http://give-me-name-please.tumblr.com/post/24131457383/ziam-interrupted-boredom
http://give-me-name-please.tumblr.com/post/23544651162/ziam-moments
http://beneaththewords.tumblr.com/post/31658303866/zarry-caught-in-the-act
http://give-me-name-please.tumblr.com/post/23546816913/larry-fly-with-me
http://give-me-name-please.tumblr.com/post/24497081681/zarry-drunk
http://bloodylights.tumblr.com/post/44302096855/one-shot-ziam-breakable
http://give-me-name-please.tumblr.com/post/30518520961/larry-fly-with-me-part-ii
http://beneaththewords.tumblr.com/post/25729757824/lirry-its-not-me
sobota, 7 czerwca 2014
czwartek, 5 czerwca 2014
http://neilzgurlfriend.tumblr.com/27days
http://dreamerhayley.tumblr.com/post/59415011320/too-close-to-enemies
Rano obudziłem się leżąc na brzuchu, z głową schowaną pomiędzy dwoma poduszkami. Jedna z moich nóg znajdowała się pod kołdrą, natomiast druga na niej. Ręce rozrzucone miałem na wszystkie strony, nie do końca zdając sobie sprawę z tego gdzie dokładnie się znajdują. W pierwszej chwili przeszło mi przez myśl, czy to jak bardzo wierciłem się w nocy i fakt, że zawsze zabierałem całą kołdrę, było powodem dla którego Louis wolał spać na kanapie. Zmartwiłem się również czy po dzisiejszym poranku, nie przeniesie się na nią z powrotem. Będąc jeszcze na granicy jawy i snu, uchyliłem ciężkie powieki, obracając się twarzą w stronę Louisa. Okazało się wtedy, iż jest ona znacznie bliżej niżeli bym się tego spodziewał. Nasze nosy stykały się, a ciepłe oddechy mieszały w jeden. Szatyn jednak zdawał się tym nie przejmować, pochrapując rozkosznie, będąc pogrążonym w głębokim śnie. Nieważne jak bardzo bym się starał, zwyczajnie nie mogłem zmusić się, aby się odsunąć. Leżąc w ten sposób zaciągnąłem się słodkim zapachem chłopaka, leniwie przymykając powieki. Szybko jednak uchyliłem je, nie chcąc marnować tej jakże cudownej chwili na sen. Czubkiem nosa przejechałem po zarumienionym policzku szatyna, wypuszczając spomiędzy ust drżący oddech. Wyciągnąwszy jedną z dłoni, umieściłem ją na biodrze niebieskookiego, delikatnie muskając je opuszkami palców. Chłopak mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, jednak nie przejąłem się tym, ponieważ po trzech latach związku wiedziałem, iż zdarza mu się mówić przez sen. Czasem bredził o alpakach w sokowirówce, a innym razem szeptał wyznania miłości, wzdychając moje imię. W tamtym momencie naprawdę wiele bym oddał, by móc usłyszeć tę drugą opcję. Bardzo delikatnie i powoli, pochyliłem się w stronę szatyna, zupełnie eliminując dystans między nami. Subtelnie musnąłem jego spierzchnięte wargi, swoimi składając na nich nikły pocałunek. Opuszki moich palów nadal pieściły jego biodro oraz talię, przez co uświadomiłem sobie iż w nocy musiał zdjąć koszulkę. Nieco odchylając kołdrę, poczułem oblewającą mnie falę gorąca, gdy zyskałem lepszy widok na tatuaże niebieskookiego. Drżącą dłonią przejechałem po napisie na jego klatce piersiowej, po czym przeniosłem ją nieco niżej, czując pod opuszkami palców, miarowe bicie jego serca. Westchnąłem wtedy w jego rozchylone wargi, ponownie czule je całując.
Nagle ni stąd ni zowąd, chłopak drgnął niespokojnie, lekko ściągając brwi. Przestraszony, szybko oderwałem się od niego, przekręcając na drugi bok. Leżąc plecami do szatyna, zaciągnąłem kołdrę na sam czubek głowy, mimowolnie wstrzymując oddech. Po chwili usłyszałem przeciągłe ziewnięcie Louisa, a materac ugiął się nieznacznie, co oznaczało, iż podniósł się on do pozycji siedzącej, lub jedynie podparł na łokciach.
-Harry - wymruczał zachrypniętym od snu głosem, sprawiając, iż moje imię w jego ustach brzmiało nieziemsko seksownie.
-Harry - powtórzył, jednak nie doczekał się odpowiedzi z mojej strony.
-Harry - jęknął, przysuwając się bliżej mnie.
-Harry - westchnął, ściągając ze mnie kołdrę, jednak ja nadal nie dawałem znaku życia, mocno zaciskając powiekami.
-Harry, nie udawaj, że śpisz - wręcz mogłem usłyszeć jak szatyn wywraca oczyma.
-Jezu, Haz, wszystko jest w porządku - zapewnił, przejeżdżając opuszkami palców po odsłoniętej skórze mojego ramienia, na co przez całe moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Mimo wszystko skruszony i zażenowany, bałem się stawić mu czoła.
-Mówię poważnie, Harry, nie musisz się mnie bać - westchnął.
W końcu przełamując się, niepewnie uchyliłem powieki. Bardzo powoli, przekręciłem się na plecy napotykając spojrzenie szatyna. Chłopak górował nade mną, podpierając się na łokciach. Będąc ze mną twarzą w twarz posłał mi kojący uśmiech, jednak ja byłem zbyt roztrzęsiony, by być w stanie go odwzajemnić.
-Przepraszam… - wyszeptałem, patrząc Lou w oczy.
-Harry… - zaczął, jednak nie dałem mu dojść do słowa.
-Tak bardzo, bardzo przepraszam. To się więcej nie powtórzy, obiecuję. Nie krzycz na mnie, proszę… - moja dolna warga zadrżała przy ostatnim słowie.
-Spokojnie, Haz, wszystko jest w porządku - odparł kojącym tonem.
-Nie jesteś zły? - spytałem nieśmiało.
-Nie… ale obudziłeś mnie dwadzieścia minut przed czasem, więc jesteś mi winien śniadanie - rzucił z łobuzerskim uśmiechem.
-Oh, w porządku, to znaczy… tak, oczywiście, już idę… to znaczy… - plątałem się, jednak mimo wszystko odetchnąłem z ulgą.
-Jezu, Haz, oddychaj - zaśmiał się chłopak, wyplątując z pościeli.
Wstając z łóżka, wyrzucił ramiona w górę, przeciągając się nieco, dzięki czemu miałem lepszy widok na jego pokrytą czarnym atramentem, karmelową skórę. Nie mogąc odwrócić wzroku, otwarcie wpatrywałem się w szatyna, z lekko rozchylonymi wargami, spomiędzy których wymknęło się jęknięcie, gdy niebieskooki podciągnął zsuwającą się z jego bioder, parę spodni. Zażenowany natychmiastowo, odwróciłem wzrok, zalewając się rumieńcem. Louis jednak puścił to mimo uszu i z lekkim półuśmiechem błądzącym na jego wargach, podszedł do mnie, wyciągając dłoń w moją stronę. Niepewnie chwyciłem ją, posyłając mu zdezorientowane spojrzenie.
-Zmienię ci opatrunek - odpowiedział na moje nieme pytanie, na co potulnie skinąłem głową.
Tak jak za każdym razem, zaprowadził mnie do łazienki, splatając ze sobą nasze dłonie, zupełnie jakbym nie znał drogi. Nie ukrywam jednak iż nie miałem nic przeciwko temu. Na miejscu, ostrożnie wdrapałem się na pralkę, czekając aż Louis zjawi się u mojego boku z pateczką. Gdy tak się stało, chłopak zmienił mi opatrunek, robiąc to niezwykłą precyzją, jak na studenta medycyny przystało.
-Dziękuję - powiedziałem, zeskakując z pralki.
-Nie ma za co. Ale moje śniadanie samo się nie zrobi - ponaglił mnie, niemalże wypychając z łazienki. Zachichotałem w dość żenujący sposób, za co momentalnie skarciłem się w myślach, jednak Lou jedynie posłał mi lekki uśmiech, prowadząc mnie do kuchni.
Gdy dostaliśmy na miejsce, szatyn wygodnie rozsiadł się na blacie, tak jak poprzedniego dnia, obserwując w ciszy jak przyrządzam śniadanie dla nas obu. Zdejmując patelnię z gazu i rozdzielając danie na dwa talerze, ustawiłem je na stole, gestem dłoni, zapraszając niebieskookiego do jedzenia. Chłopak zeskoczył z blatu, siadając na przeciwko mnie przy stole, po czym od razu wziął się za pałaszowanie śniadania.
-Muszę dziś jechać na uczelnię - odezwał się niespodziewanie, uprzednio przełykając to co miał w ustach.
-Oh - wykrztusiłem jedynie, powstrzymując protest.
-Ale nie mam pierwszej i ostatniej godziny - ciągnął, a ja patrzyłem na niego zaintrygowany, zastanawiając się do czego zmierza. - Jeśli chcesz… mógłbym dziś podrzucić się na terapię - zaproponował posyłając mi nieprzeniknione spojrzenie.
-Dziękuję, ale… um… ja… nie sądzę, by to był dobry pomysł… - odchrząknąłem, odwracając wzrok.
-Czemu? - zdziwił się.
-Ja… chyba nie chcę już chodzić na terapię… - wzruszyłem ramionami.
-Oh… myślałem, że chcesz się zmienić… - odparł dość oschle, a jego oczy wręcz rozbłysły rozczarowaniem.
-Bo chcę! - zawołałem szybko. - Tylko, że… tam będzie Niall i ja… um… niekoniecznie chcę się z nim widywać… - zemdliło mnie na samo brzmienie imienia blondyna. Louis jedynie powoli skinął głową, po czym zapanowało między nami milczenie, podczas którego chłopak wyglądał, jakby mocno się nad czymś zastanawiał.
-Sądzę… - zaczął po chwili namysłu - … że gdyby to było dla ciebie naprawdę ważne, nie martwiłbyś się Niallem - wzruszył ramionami, odwracając ode mnie wzrok.
-Daj mi dziesięć minut - powiedziałem śmiertelnie poważnie, wstając od stołu i bez słowa ruszyłem do sypialni, gdzie założyłem na siebie czarne, podarte rurki i bordową koszulkę Louisa, natomiast loki przewiązałem białą bandaną w czarne wzorki. W drodze powrotnej zahaczyłem o łazienkę, gdzie szybko wyszorowałem zęby i opłukałem twarz zimną wodą. Następnie wróciłem do kuchni, gdzie Louis siedział już ubrany i gotowy do wyjścia. - Możemy jechać - oznajmiłem, stając na przeciwko niego. Nieważne jak bardzo pragnąłem zaszyć się w domu i nie oglądać Nialla już do końca swoich dni, nie mogłem zawieść Louisa. Nie teraz, gdy układało się między nami tak dobrze. Wiele razy mówiłem iż zrobiłbym dla niego wszystko i zamierzałem słowa dotrzymać.
Chłopak skinął głową z lekkim uśmiechem, po czym chwytając telefon i kluczyki do auta, ruszył wraz ze mną do holu. Tam założyliśmy na siebie buty, a Louis podał mi swoją kurtkę mówiąc, abym ją założył, gdyż na dworze znów jest mróz i pada śnieg. Podziękowałem mu wdzięcznym uśmiechem i wciągnąłem na siebie okrycie, chowając dłonie w jego kieszeniach. Szatyn zamknął drzwi mieszkania, po czym udaliśmy się na parking, gdzie zaparkowane stało jego, a raczej nasze auto. Ja usiadłem na miejscu pasażera, natomiast niebieskooki wskoczył za kierownicę. Przekręcając kluczyk w stacyjce uruchomił pojazd, po czym wyjeżdżając z parkingu, włączył się do ruchu na autostradzie prowadzącej do centrum. Odruchowo wcisnąłem przycisk włączający radio, co powtórzyłem kilkakrotnie, gdyż nie dawało żadnego rezultatu.
-Radio się zepsuło - rzucił niespodziewanie Louis, nie spuszczając wzroku z jezdni.
-Oh - mruknąłem rozpinając kurtkę. Czułem bowiem stróżkę potu spływającą wzdłuż mojego karku, wywołaną wysoką temperaturą wewnątrz auta.
-Jeśli chcesz, możesz pośpiewać - rzucił mi przelotne spojrzenie, uśmiechając się ciepło.
-Jaki repertuar sobie życzysz? - zachichotałem, przykładając dłoń do ust. Czułem się trochę jak zakochana trzynastolatka.
-Jak nazywa się twoja nowa piosenka? - wypalił.
-Strong… - odparłem nieśmiało.
-Więc poproszę Strong z repertuaru Harrego Stylesa - podjął decyzję zatwierdzając ją uśmiechem.
-Naprawdę? - żachnąłem się.
-Oczywiście. Od wczoraj to moja ulubiona piosenka - powiedział, a ja momentalnie spłonąłem rumieńcem.
-Kocham cię - wyszeptałem muskając opuszkami palców jego dłoń ulokowaną na gałce do zmiany biegów. Chłopak spiął się nieco, otwierając usta, jednak przerwałem mu zanim zdążyło paść z nich choćby jedno słowo. - Nie musisz odpowiadać. Po prostu chciałem, żebyś wiedział - szepnąłem odsuwając rękę, a Louis jedynie głośno przełknął ślinę, utkwiwszy wzrok we wstecznym lusterku.
-My hands, your hands tied up like two ships… - zacząłem śpiewać po chwili, a twarz szatyna rozpromieniła się nieco, przyprawiając mnie tym samym o szybsze bicie serca.
Podróż upłynęła nam w brzmieniu mojego głosu i cichej pracy silnika. Kilka razy przerwałem śpiewanie, by pokierować Lou w drodze do ośrodka. Gdy zatrzymaliśmy się pod budynkiem, chłopak zgasił samochód, jednak nie pozwolił mi z niego wysiąść, chwytając mnie za rękaw kurtki. Posłałem mu zdezorientowane spojrzenie, a on odwzajemnił je karcąco.
-Lubię cię w tej koszulce, ale zapnij się. Jest strasznie zimno - powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu, a ja wykonałem jego polecenie, nie kryjąc uśmiechu cisnącego mi się na usta.
Następnie wysiadłem z auta, zamykając za sobą drzwi. Ku mojemu zdziwieniu szatyn wziął ze mnie przykład i już po chwili, ramię w ramię ruszyliśmy do ośrodka. Pewien byłem, iż Louis jedynie wysadzi mnie na parkingu, jednak ten towarzyszył mi w drodze aż pod salę 207, gdzie zawsze odbywały się spotkania mojej grupy. W holu zebrało się już parę osób, w tym również ta, której towarzystwa tak bardzo starałem się uniknąć. Niall stał w tym samym miejscu co zawsze z dłońmi wciśniętymi w kieszenie bluzy, opierając się plecami o ścianę. Zaczynając się denerwować, głośno przełknąłem ślinę, odwracając wzrok. Nie umknęło to jednak uwadze Lou.
-Który z nich to Niall? - spytał niespodziewanie.
-Słucham? - zakrztusiłem się słowami.
-Spytałem który z nich to Niall? - powtórzył wodząc wzrokiem pomiędzy niebieskookim, a brunetem, którego niejednokrotnie widywałem na terapii.
-Blondyn… - szepnąłem niepewnie, nie wiedząc dokąd chłopak zmierza.
-Poczekaj tu - rzucił, ruszając w jego stronę.
-Lou! - zawołałem za nim, starając się dotrzymać mu kroku.
-Powiedziałem, żebyś poczekał - warknął, na co ja stanąłem jak wryty, dwa metry od blondyna, którego właśnie szturchał w ramię, by zwrócić jego uwagę.
-Ty jesteś Niall, prawda? - zwrócił się do chłopaka uprzejmym tonem.
-Um, tak… Znamy się? - niebieskooki zmierzył szatyna zdezorientowanym spojrzeniem.
-Oh, gdzie moje maniery. Powinienem się najpierw przedstawić - wyciągnął dłoń w stronę blondyna, jednak zanim ten zdążył ją ująć, Louis zwinął ją w pięść, wymierzając prawy sierpowy prosto w jego nos. Nieświadomie wstrzymując oddech, zasłoniłem usta dłonią, powstrzymując krzyk przerażenia. Obezwładniony mocą uderzenia Niall, zatoczył się nieco do tyłu wpadając plecami na ścianę. Korzystając z okazji, szatyn przygwoździł go do niej, trzymając mocno dekolt jego koszulki. - Nazywam się Louis. Lepiej zapamiętaj to imię, żebyś wiedział kogo błagać o litość, gdy następnym razem będziesz próbował dobierać się do mojego chłopaka - wysyczał przez zaciśnięte zęby tuż na wprost ociekającej krwią twarzy blondyna. Następnie odepchnął go od siebie, rzucając mu ostatnie pogardliwe spojrzenie i pewnym siebie krokiem, nie oglądając się w tył, ruszył w moim kierunku.
-Cóż… Niall chyba nie odwiezie mnie dziś do domu - może nie powinienem, ale naprawdę się zaśmiałem. Moje dłonie i dolna warga drżały. Serce biło w zawrotnym tempie, a w płucach brakowało tlenu. Louis nazwał mnie swoim chłopakiem. Mnie. Swoim chłopakiem.
-Nie szkodzi. Napisz do mnie, gdy terapia się skończy. Przyjadę po ciebie - obiecał, ujmując moją dłoń i przejeżdżając kciukiem po jej kostkach.
-Dziękuję - odparłem posyłając mu wdzięczny uśmiech.
-Nie ma za co. Do zobaczenia później - pożegnał się i ku mojemu zdziwieniu, stanął na palcach, by docisnąć swoje malinowe wargi do mojego policzka.
-Poczekaj! - zawołałem, gdy ten począł się ode mnie oddalać. - Nie chcesz mojego numeru? - spytałem nieśmiało.
-Tak naprawdę znam go na pamięć - odparł, a mi zrobiło się ciepło na sercu.
Gdy Louis opuścił ośrodek nie mówiąc nic więcej, rozejrzałem się w okół w poszukiwaniu Nialla. Po chwili dostrzegłem blondyna przekraczającego próg łazienki z kawałkiem papieru toaletowego przyciśniętym do nosa, zapewne w celu zatamowania krwawienia. Szybkim krokiem ruszyłem w jego stronę, łapiąc go za ramię.
-Wszystko w porządku? - spytałem, patrząc na niego z troską.
-Tak - odparł cierpko, wyrywając się z mojego uścisku.
-Na pewno? - nie dawałem za wygraną.
-Tak. Daj temu spokój - burknął, po czym minął mnie, udając się prosto do sali 207, której drzwi właśnie otwierał Earl.
Na dzisiejszej terapii Niall nie usiadł obok mnie. Nie przejąłem się tym jednak, gdyż musiałem wytłumaczyć się wszystkim ze swojej dwudniowej nieobecności. Mieliśmy sobie ufać i mówić o wszystkim, więc postanowiłem być szczery. Przyznałem się do poniedziałkowej chwili słabości i głupiej decyzji, której efektem był opatrunek na moim lewym przedramieniu, naprawdę doceniając to, że nikt mnie nie osądzał ani nie potępiał. Potem jednak przeszedłem do tej przyjemniejszej części. Z szerokim uśmiechem na ustach, opowiedziałem o trosce i czułości z jaką potraktował mnie Lou. W pewnym momencie Niall wstał z krzesła, tym samym zwracając na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych. Następnie bez słowa wyszedł z sali, trzaskając drzwiami. Szczerze mówiąc nie zagłębiałem się zbyt długo w to dlaczego to zrobił. Niall był w moim życiu zamkniętym rozdziałem, o którym chciałem jak najszybciej zapomnieć.
Gdy terapia dobiegła końca, Louis czekał już na mnie pod ośrodkiem. Szybkim krokiem ruszyłem do naszego samochodu, pragnąć schronić się przed chłodem. Szatyn przywitał mnie czułym uśmiechem, po czym oboje zapięliśmy pasy, a chłopak odpalił silnik, by zawieźć nas do domu. Na miejscu byliśmy po niespełna dwudziestu pięciu minutach. Zjedliśmy wtedy przygotowany przeze mnie obiad, po czym dałem niebieskookiemu kilka godzin spokoju, by mógł nadrobić zaległości z ostatnich dwóch dni. Wieczór spędziliśmy na kanapie przed telewizorem, jednak tym razem Louis ponownie utrzymywał między nami bezpieczny dystans.
Zmieniło się to jednak, gdy oświadczyłem, iż idę się położyć. Wtedy, nie mówiąc ani słowa, chłopak również podniósł się z kanapy, splatając ze sobą nasze dłonie, po czym powoli, niemalże na palcach, począł prowadzić mnie do sypialni. Przez całe moje ciało przechodziły dreszcze, gdy szatyn ściągnął przez głowę swoją koszulkę, po czym to samo zrobił z moją. Następnie położył mnie na miękkim materacu, okrywając aksamitną kołdrą. Zgasiwszy światło, dołączył do mnie, posyłając mi czuły uśmiech w ciemności. Zanim zdążyłem zareagować, poczułem opuszki jego palców przesuwające się delikatnie po mojej nagiej klatce piersiowej. Rozkoszując się tym dotykiem, zamruczałem cicho, wypuszczając spomiędzy warg drżący oddech. Subtelnymi ruchem przeniósł swoją dłoń na skórę mojej szyi i szczęki. Następnie przesunął ją nieco wyżej, gładząc kciukiem mój zarumieniony policzek. Łapiąc go za nadgarstek, ucałowałem wewnętrzną stronę jego dłoni, cały czas patrząc mu w oczy w ciemności. Wyswobadzając się z mojego uścisku, splótł on ze sobą nasze palce, układając je na poduszce pomiędzy naszymi głowami. I trzymał tak moją dłoń w żelaznym uścisku, dopóki nas obu nie znużył sen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)