sobota, 21 grudnia 2013

- Wychodzę.
Zerknęłam na stojącego w wejściu do salonu Louisa znad czytanej książki. Faktycznie, nieźle się odstawił. Czerwone rurki, koszulka w paski i szelki. Moja ulubiona stylizacja, miał w niej chyba największe powodzenie. Dłonią nerwowo przeczesywał poburzone na wszelkie możliwe strony włosy. Czyżby Louis Tomlinson był zestresowany przed randką?
Od tamtego… hm… nieszczęsnego wieczoru minął tydzień. Rana na policzku wyraźnie się goiła, można było z powodzeniem zakryć ją warstwą podkładu. Siniak na brzuchu już zszedł, mimo, że drugiego dnia wyglądał naprawdę okropnie. Teraz w tym miejscu widniało lekkie zaczerwienienie. Oczywiście, Louisowi musiałam wszystko wytłumaczyć – plaster był widoczny z kilometra. Tym razem go nie okłamałam. Kiedy usłyszał, co się wydarzyło, wyglądał, jakby miał dostać apopleksji. Bladł i czerwieniał na przemian, a potem chciał wyjść i szukać tamtego dupka. Ledwo przemówiłam do resztek zdrowego rozsądku przyjaciela. Kiedy zapytał, jak to się skończyło, tylko… lekko nagięłam prawdę. Przyznałam, że był to Harry, ale znalazłam doskonałe wytłumaczenie dla jego obecności pod naszym mieszkaniem. „Wiesz, Louis, pracowaliśmy do późna i zostawiłam komórkę. Po prostu mi ją odwiózł”. Louis to łyknął, w końcu od tamtej imprezy nie widział między nami żadnych interakcji. A Styles… Idealnie odegrał swoją rolę szefa – bohatera, kiedy Tomlinson poszedł mu podziękować. Boo Bear chyba naprawdę wczuł się w rolę mojego ojca.
Oczywiście, ze Stylesem utrzymywałam kontakt. Co jakiś czas, na tyle, na ile pozwalały rozsądek i pozory, wzywał mnie do siebie do gabinetu. Obchodził się ze mną naprawdę delikatnie, ale widziałam w jego ruchach zniecierpliwienie. Wieczorami od czasu do czasu dzwonił albo pisał sms-y, ale nie było w tym przesady. Wiedziałam, jak bardzo… wypełnione miewał wieczory. Zawsze umiałam znaleźć sobie jakieś zajęcie, co nie znaczy, że nie zdarzało mi się o tym myśleć. Przez to moja frustracja tylko wzrastała.
- Okej – powiedział ostrożnie, przeciągając samogłoskę – Mogę zapytać, dokąd, czy będziesz nadal taki tajemniczy?
Ja nie zamierzałam się dzisiaj nigdzie ruszać. Co prawda, piątek miałam wolny, ale wolałam spędzić ten wieczór w spokoju. Dlatego siedziałam na kanapie, przy włączonym telewizorze, w dresie i z kubkiem herbaty pod ręką. Idealnie.
Zaczerwienione policzki Lou i nerwowe przestępowanie z nogi na nogę pozwoliło mi się domyślić, kto będzie jego partnerką na dzisiejszy wieczór.
- No… zaprosiłem Nathalie na kolację. A potem… może pójdziemy potańczyć – wymamrotał na jednym wydechu – Jak myślisz – wskazał na swoją sylwetkę – może być?
Uśmiechnęłam się lekko, widząc, jak bardzo jest przejęty. Podniosłam uniesiony kciuk.
- Jest świetnie, ja bym się zakochała, gdybyś nie zachowywał się jak mój ojciec – stwierdziłam z poważną miną, a on w odpowiedzi wywrócił oczami.
Bywałam irytująca.
- Dobra, ja idę. Wrócę późno! – zawołał i chwilę później usłyszałam trzask zamykanych drzwi.
Wreszcie upragniony spokój. Odetchnęłam głęboko i wróciłam do czytania. Nie trwało to jednak zbyt długo. Po chwili usłyszałam dzwonek do drzwi. Dość ponaglający. Z cichym przekleństwem zwlokłam się z sofy i podreptałam na korytarz. Czy on nie mógł wziąć ze sobą cholernych kluczy?
- Kurde, dopiero wylazłeś, o co… - zaczęłam, równocześnie szarpiąc klamką i otwierając drzwi. Kiedy jednak zobaczyłam, kto przed nimi stoi, dalsze słowa zamarły na moich wargach – Och.
Przede mną stał Harry Styles. No oczywiście. Uśmiechał się szeroko, kiedy patrzył na moją zaskoczoną minę. Miał na sobie zwyczajne wąskie spodnie i czarną koszulkę bez kołnierzyka. Niby nic, ale wyglądał w nich w sposób, który zapierał dech w piersiach.
- Cześć, Sophie – powiedział spokojnie – Wpuścisz mnie?
Bez słowa odsunęłam się, a on przeszedł obok i zamknął za sobą drzwi. Chwilę później stałam przygwożdżona do ściany przez jego ciało. Czułam, jak szybko unoszący się tors chłopaka napiera na moje piersi. Westchnęłam cicho. Nie takiego powitania się spodziewałam.
- Wyglądasz – zaczął niskim, zachrypniętym głosem – bardzo pociągająco w tym dresie, ale proszę, przebierz się.
- Po co? – zapytałam głupio. Dziwicie mi się? Nie miałam własnej przestrzeni, był stanowczo zbyt blisko.
- Wychodzimy – stwierdził, pochylając się lekko i muskając ustami linię mojej szczęki – Chcę z tobą… potańczyć. To jest to życzenie, które miałem wcześniej. Mam ochotę się rozerwać. W twoim towarzystwie.
Czułam, jak wolną dłonią – drugą opierał o ścianę tuż obok mojej głowy – przesuwa powoli w górę, wzdłuż boku. Zadrżałam, ale byłam w stanie lekko skinąć głową. Dopiero wtedy odsunął się z triumfującą miną, a ja na miękkich nogach wspięłam się po schodach, zostawiając go na parterze.
Przez chwilę stałam bezradnie przed szafą, zastanawiając się nad strojem. W końcu sięgnęłam po jasny, krótki top i kremową, rozkloszowaną spódniczkę przed kolano. Jak w transie zrzuciłam z siebie dres i założyłam wybrane ciuchy. Zrobiłam delikatny, szybki makijaż i rozpuściłam włosy – to wystarczyło. Zadowolona z efektu, rzuciłam ostatnie, przerażone spojrzenie i opuściłam swoją sypialnię. Wiedziałam, że ta noc będzie inna, niż dotychczasowe. Prosił, żebym w końcu się wyluzowała i po prostu dobrze bawiła. A ja… w jakimś sensie byłam mu to winna. I jakaś część mnie chyba nawet tego chciała.
Cały czas czekał w korytarzu, z nieprzeniknioną miną przyglądając się zdjęciu przedstawiającemu mnie i Louisa podczas krótkich wyjazdów nad morze. Czasami wydawało mi się, że obecność mojego przyjaciela trochę mu przeszkadza. Nie zamierzałam mimo to niczego zmieniać. Aż tyle mu nie zawdzięczałam, aby wyrzucać z życia najważniejszą osobę.
- Jestem gotowa – powiedziałam, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Kiedy na mnie spojrzał, w zielonych oczach pojawił się błysk uznania.
Bez słowa wyciągnął do mnie rękę, a kiedy się zbliżyłam, splótł nasze palce. Zadrżałam pod wpływem tego naprawdę intymnego gestu. Jeszcze nigdy nie trzymaliśmy się za ręce. Zazwyczaj trzymał mnie przy sobie, ale wtedy czułam się po prostu jak zdobycz. Teraz… och, Sophie, po prostu przestań myśleć i idź do tego cholernego klubu.
- Gotowa? – zapytał, patrząc na mnie przez ramię, kiedy zbliżaliśmy się do samochodu.
Skinęłam niepewnie głową. Oby to była prawda.

***

Mimo tłumów pod klubem, wystarczyło jedno spojrzenie Harry’ego, aby ochroniarze z porozumiewawczymi uśmieszkami wpuścili nas do środka. W środku uderzyła mnie ściana dźwięku i oszałamiający zapach alkoholu i podniecenia, unoszący się dookoła. Znajdowało się tam wielu ludzi. Część siedziała przy barze, zamawiając kolejne kolorowe drinki, część w lożach, na razie tylko rozmawiając, a część na parkiecie. Harry cały czas trzymał mnie za rękę, a teraz najwyraźniej prowadził w stronę wysokiego, barowego stołka.
Gestem wskazał, abym usiadła, a kiedy to zrobiłam, machnięciem dłoni przywołał wysokiego, przyjemnie wyglądającego barmana. Pochylił się nad barem i powiedział coś do mężczyzny, ale nie byłam w stanie przez ten hałas dosłyszeć słów. Potem ponownie skupił swoje spojrzenie na mnie, uśmiechając się lekko. Nie usiadł, ale stał obok mnie, bardzo blisko. Zbyt blisko.
Drinki pojawiły się błyskawicznie. Objęłam palcami nóżkę elegancko udekorowanego kieliszka i upiłam łyk. Smakował owocowo i bardzo alkoholowo. Harry również pił, ale nie spuszczał ze mnie wzroku. Kilkoma łykami opróżniłam naczynko. W końcu trzeba się wprowadzić w ten wyluzowany nastrój, prawda?
Odstawiłam kieliszek na bar i gestem poprosiłam o kolejnego drinka. Styles obserwował mnie z rozbawioną miną, ale sam więcej nie pił. Ja natomiast chętnie osuszyłam jeszcze trzy, czując, jak po ostatnim lekko kręci mi się w głowie. Opanował mnie zaskakująco dobry nastrój.
Przesiedzieliśmy tam jakieś pół godziny, a ja powoli stawałam się coraz bardziej rozmowna. Dyskutowałam nawet z barmanem, co wyraźnie nie spodobało się mojemu towarzyszowi.
- Okej, Sophie – usłyszałam rozbawiony głos Stylesa tuż przy swoim uchu i zachichotałam – Koniec tego dobrego na razie.
- To co będziemy robić? – zapytałam, patrząc na niego z zainteresowaniem. Język odrobinę mi się plątał, ale na razie byłam tylko wstawiona. Tak zwany idealny stan.
W odpowiedzi oplótł ramionami moją talię i postawił na podłodze.
- Idziemy zatańczyć.
Poprowadził mnie na parkiet, torując nam przejście pomiędzy ludźmi. Część z nich była już mocno wstawiona. Widziałam pary obściskujące się na kanapach, dziewczyny siedzące okrakiem na kolanach swoich facetów i ocierające się o siebie tańczące pary. Wiedziałam, że już za chwilę będę robić dokładnie to samo i na samą myśl poczułam bolesny skurcz mięśni w dole brzucha. Przyjemnie bolesny.
Harry jeszcze jakiś czas kluczył między tańczącymi, dopóki nie zaprowadził nas w nieco mniej zatłoczony fragment parkietu. Kiedy już się tam znaleźliśmy, odwrócił się do mnie z niebezpiecznym uśmiechem. Obie dłonie położył na mojej talii i mocno do siebie przyciągnął.
- Rozluźnij się – wyszeptał mi do ucha, delikatnie przygryzając jego płatek.
Poruszył biodrami w rytm muzyki, a ja automatycznie przystosowałam się do jego ruchów. Musiałam przyznać, że jest naprawdę dobry w te klocki. Poruszał się zmysłowo, miał cholerne poczucie rytmu. Poczułam, jak jego dłoń przesuwa się na mój brzuch i delikatnie sunie w górę. W odpowiedzi na to odchyliłam się do tyłu i zaraz potem poczułam na swojej wygiętej szyi jego gorące usta. Jęknęłam cicho, kiedy drugą dłonią przesunął po moich pośladkach i zatrzymał się dokładnie pod jednym z nich. Poczułam, jak unosi moją nogę i oplata wokół swojego biodra, poruszając się przy tym zmysłowo. Odpowiedziałam tym samym. Jego członek wyraźnie stwardniał, a on sam lekko rozchylił pełne usta, oddychając coraz ciężej. Pochylił się nade mną i wyszeptał:
- Nawet sobie nie wyobrażasz, co chcę z tobą zrobić. Teraz. Chcę usłyszeć, jak krzyczysz moje imię.
Westchnęłam cicho pod wpływem tych słów. Przez jakiś czas tańczyliśmy bez słowa, a ja czułam, jak moje podniecenie rośnie coraz bardziej. Dłonie Harry’ego były wszędzie. Na moich plecach, brzuchu, piersiach… Od czasu do czasu pochylał się i całował wrażliwą skórę szyi, w niektórych miejscach zostawiając malinki. Wiedziałam, że on również jest bardzo podniecony. To było… dość wyczuwalne.

Faktycznie, bawiłam się dobrze. Och, zaskakująco dobrze. Sama nie wiedziałam, dokąd mnie to może zaprowadzić.
HARRY’S P.O.V:
Minęły już trzy dni. Trzy cholerne dni, które obiecałem Sophie. Przez dwa poprzednie nie miałem większych problemów, jak zawsze zresztą. Do piętnastej siedziałem w swoim gabinecie, potem jechałem do domu, aby się przebrać i chwilę odpocząć. A wieczorem czekały mnie kolejne imprezy i napalone kobiety. Nie odczuwałem żadnego braku. Żadnego niepokojącego braku.
Dopiero dzisiaj rano poczułem jakiś cholerny dyskomfort. Ciężko mi było wysiedzieć w swoim gabinecie. Miałem ochotę iść do jej studia i zagadnąć o cokolwiek, nawet o jakąś pierdołę związaną z pracą. Zasadniczo, mogłem to zrobić. Jakaś część mojej podświadomości podpowiadała mi jednak, że wtedy ostatecznie by mnie znienawidziła.
Jakby mogła jeszcze bardziej.
Około dwudziestej pierwszej jednak nie wytrzymałem. Minęły trzy dni, tak? A my mamy umowę i to ja tutaj dyktuję warunki. Chciałem jej coś zaproponować, a ona jak zwykle musiała się zgodzić.
Podjechałem pod jej dom. Światła były zgaszone – najwyraźniej Sophie nie wróciła jeszcze z wytwórni. Wiedziałem, że z powodu wyjazdu Louisa będzie zawalona robotą. Cierpliwie czekałem i po chwili zobaczyłem jakąś kobiecą sylwetkę na końcu uliczki. Poczułem niepokój dopiero wtedy, kiedy zauważyłem, że ktoś za nią podąża. Przez chwilę straciłem zdolność do jakiegokolwiek ruchu, kiedy zobaczyłem, jak ten skurwiel łapie kobietę za ramię i popycha na kamienny mur.
Wola działania przyszła dopiero wtedy, gdy ujrzałem, jak uderza ją w twarz. W ciągu kilku sekund wyskoczyłem z samochodu i cicho zamknąłem drzwi, aby go nie spłoszyć. Biegiem puściłem się w dół uliczki. I wtedy zobaczyłem, kto kuli się pod murem. A wtedy pociemniało mi z wściekłości przed oczami.
Nie kontrolowałem tego, co robię. Po prostu spuściłem mu wpierdol, z wielką przyjemnością. Widziałem jego wykrzywioną strachem twarz i to dawało mi cholernie niedobrą satysfakcję. Słyszałem, jak nos tego skurwysyna pęka pod moim uderzeniem, a z ust wypływa strużka krwi. Kolejny cios wycelowałem w żołądek. Bardzo precyzyjnie, tak, aby poczuł dokładnie to samo, co Sophie. Miałem ochotę stłuc go do nieprzytomności, ale wiedziałem, że ona potrzebuje mojej pomocy. I że to jest ważniejsze niż moja niewyładowana agresja. Dlatego odepchnąłem go od siebie i patrzyłem, jak spieprza. Cholerny tchórz.
Przykucnąłem przy Sophie. Opierała głowę na kolanach, wiedziałem, że jest bliska utraty przytomności. Kiedy uniosłem jej głowę, patrzyła na mnie nieprzytomnie, jakby nie do końca poznając. Miała głęboko rozcięty policzek, z którego spływała strużka krwi. Przez moment miałem ochotę pobiec za tamtym skurwysynem i go zabić.
Może jednak nie w tym cholernym momencie.
Nie namyślałem się zbyt długo. Jedną dłoń umieściłem na plecach Sophie, a drugą w zgięciu kolan i wraz z nią dźwignąłem się do góry. Głowa dziewczyny niemal natychmiast opadła bezwładnie. Dawno nie czułem takiego strachu. Nogi niosły mnie coraz szybciej. Minąłem swój samochód i wbiegłem po schodkach do mieszkania Sophie. Gdzie miała klucze?
Musiałem się nagimnastykować, żeby sięgnąć do torby zwisającej jej z jednego ramienia i wysupłać stamtąd ich pęk. Jakimś cudem zdołałem jednak wejść do środka. Zanim zamknąłem drzwi, przeszedłem z Sophie na rękach do salonu i ostrożnie ułożyłem ją na sofie. Była zupełnie bezwładna, a ja zaczynałem coraz bardziej się niepokoić. Szybko wróciłem na korytarz, zamknąłem drzwi i skierowałem się do łazienki. W międzyczasie zdjąłem kurtkę i rzuciłem ją gdzieś w kąt.
Otworzyłem szafkę i znalazłem tam apteczkę. Sprawdziłem zawartość – było tam wszystko, czego potrzebowałem. Kiedy zamknąłem za sobą cicho drzwi, usłyszałem jęk dobiegający z salonu. Najwyraźniej Sophie odzyskała przytomność.
- Nie ruszaj się – ostrzegłem ją od razu. Zauważyłem w jej oczach najpierw szok, a potem zrozumienie, jakby stopniowo wszystko sobie przypominała.
Przykucnąłem obok sofy i delikatnie zacząłem przemywać zraniony policzek. Sophie przymknęła oczy i syknęła z bólu. Zauważyłem pojedynczą łzy wytaczające się spod zaciśniętych kurczowo powiek. Miałem ochotę zrobić coś… cokolwiek… co by jej ulżyło w bólu, ale sam nie wiedziałem, co.
Zakleiłem ranę plastrem i zacząłem rozpinać jej płaszcz. Sophie natychmiast otworzyła oczy i obserwowała uważnie każdy mój ruch. Uniosłem ostrożnie materiał jej bluzki. Zobaczyłem duże zaczerwienienie, które stopniowo zaczynało sinieć. Spojrzałem na nią, cholernie zaniepokojony.
- Bardzo cię boli? Wiesz, w środku? – zapytałem, przebiegając palcami po jej skórze. Zadrżała lekko, wyczułem to.
- Nie… Nie uderzył chyba aż tak mocno – powiedziała lekko zachrypniętym głosem- Bardzo szczypie, ale to wszystko. Nie musimy jechać do szpitala. Mógłbyś mi pomóc… to zdjąć?
Bez słowa pomogłem je pozbyć się płaszcza. Kiedy została w samej bluzce i dżinsach stanąłem przy kanapie. Wiedziałem, że potrzebuje snu i to bardzo. A ja nie zamierzałem jej zostawiać. Nie dzisiejszej nocy. Dlatego ponownie ją uniosłem i skierowałem swoje kroki na schody.
Wcześniej zapewne nawet nie pomyślałbym o tym, żeby zostać z którąkolwiek dziewczyną. W żadnej sytuacji. Normalnie pewnie zadzwoniłbym do jednej z jej przyjaciółek, aby się nią zaopiekowała. Teraz… teraz czułem, że muszę przy niej czuwać. Bałem się, że bez mojej pomocy, nawet w obecności kogoś innego, może się coś stać.
Ta umowa nie do końca miała tak wyglądać. Nie chciałem się o nią troszczyć.

Moja głowa pulsowała tępym bólem. To chyba było najgorsze. Brzuch tylko mocno mnie piekł, ale to wszystko. Tamten chłopak najwyraźniej nie chciał uderzyć zbyt mocno. Wolał mieć ze mnie jeszcze jakiś pożytek.
Harry niósł mnie na górę, do mojej sypialni. Pamiętałam jego oczy, zanim straciłam przytomność. Dawno nie widziałam człowieka, który tak by się bał. Bał o mnie. I… pierwszy raz czułam dziwną ulgę, że wreszcie go widzę. Uratował mnie. Musiałam to przed sobą przyznać.
Styles pchnął drzwi do mojego pokoju i po chwili znaleźliśmy się w jego wnętrzu. Powoli i delikatnie ułożył mnie po lewej stronie łóżka. Wiedziałam, że się waha. Stał nade mną, patrząc z góry. Niemal słyszałam w jego głowie bitwę myśli. W końcu zrobił gwałtowny ruch i odsunął się o krok. Nerwowym gestem poprawił włosy i wydukał:
- Gdybyś czegoś potrzebowała… będę w tej pustej sypialni obok. Wystarczy, że zawołasz.
Odwrócił się plecami, chcąc odejść. Widziałam napięcie wyraźnie rysujące się na mięśniach jego ramion i bezwiednie zaciśnięte pięści. Był już przy drzwiach. Właśnie wtedy usłyszałam swój głos wypowiadający tych to jedno słowo:
- Zostań.
Odwrócił się raptownie. Widziałam zaskoczenie w jego oczach. Przełknęłam więc ślinę i powtórzyłam, starając się brzmieć pewniej:
- Zostań ze mną… proszę.
Obserwowałam, jak niepewnie zbliża się do mojego łóżka. Kiedy znalazł się wystarczająco blisko, usiadł na niebieskiej pościeli. Pierwszy raz widziałam go tak… wytrąconego z równowagi. Jakby nigdy wcześniej nie był w takiej sytuacji. No cóż, nie on jeden.
Zdjął buty i położył się po drugiej stronie łóżka, z ramieniem podłożonym pod głowę. Był bardzo spięty. A mnie chyba naprawdę mocno musiano uderzyć w głowę, bo przesunęłam się trochę i wtuliłam twarz w jego bok. Poczułam, jak wstrzymuje oddech, a potem zaczyna oddychać szybciej. Najwyraźniej próbował odzyskać kontrolę nad sytuacją, bo poczułam, jak odwraca się na bok, przodem do mnie. Leżałam teraz z twarzą wtuloną w jego tors, a on obejmował mnie w talii, drugie ramię podłożywszy pod moją głowę. Słyszałam szybkie bicie serca Harry’ego i wdychałam przyjemną woń perfum.
- Dziękuję ci – wymamrotałam, kiedy przykrywał nas kołdrą.
W odpowiedzi przytulił mnie mocniej do siebie. Nie wiem, czy mi się wydawało, czy nie – nie mogę stwierdzić na sto procent, bo powoli dopływałam w sen – ale poczułam, jak chowa twarz w moich włosach i składa na nich lekki pocałunek.
- Śpij, Sophie.
Chcąc nie chcąc, spełniłam jego polecenie.

***
Kiedy obudziłam się rano, ból odrobinę zelżał, ale nadal czułam się słaba i otępiała. Wiedziałam, że Stylesa tutaj nie ma, druga strona łóżka również była chłodna. Otworzyłam oczy i przez chwilę walczyłam z ciemnymi mroczkami krążącymi dookoła. Dopiero, kiedy znikły w większej części, ostrożnie usiadłam i postawiłam stopy na podłodze, walcząc z zawrotami głowy.
Lekko się zataczając, wyszłam z pokoju. Tutaj również nikogo nie było. Zostawił mnie? To by było do niego podobne, ale nie mogłam opanować uczucia rozczarowania na samą myśl o takiej ewentualności.
Dopiero, kiedy schodziłam po schodach, kurczowo trzymając się barierki, usłyszałam szum wody w kuchni. Opanowała mnie dziwna, niemądra ulga. Jednak został. Chyba.
Stanęłam w drzwiach. Styles po raz kolejny był bez koszulki. Zauważyłam kanapki piętrzące się na talerzu postawionym na tacy. Najwyraźniej zamierzał przynieść mi śniadanie na górę, ja jednak go ubiegłam. Odwrócił głowę i na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie.
- Nie powinnaś była wstawać. – powiedział surowo, podchodząc do mnie i łapiąc za ramię. Po chwili siedziałam już na stołku, przygwożdżona jego poirytowanym spojrzeniem.
- Nic mi nie jest – sprzeciwiłam się. Zobaczyłam jednak, jak unosi brwi wysoko w górę i przypomniałam sobie o wielkim siniaku na moim brzuchu – W każdym razie – sprostowałam szybko – nie jestem obłożnie chora.
- Ale mocno poturbowana – skontrował twardo, stawiając przede mną kubek herbaty.
Odwrócił się do mnie tyłem, tak, że mogłam obserwować pracujące mięśnie jego ramion i pleców, kiedy przygotowywał posiłek dla siebie. Urzekający widok. Zauważyłam kilka tatuaży na jego ciele i wbrew sobie i całemu bólowi, który mnie ogarniał, poczułam skurcz w dole brzucha.
- Po co właściwie wczoraj przyjechałeś? – zapytałam nagle, przesuwając bezmyślnie palcem po złotej obwódce talerza. Zauważyłam, że jego mięśnie odruchowo się spinają.
- Miałem propozycję – odparł po prostu, a ja od razu przypomniałam sobie o naszej umowie. Bezwiednie się zgarbiłam, lekko rozczarowana – Ale w świetle ostatnich wydarzeń musimy to przesunąć.
- A… - miałam nadzieję, że nie słychać w moim głosie zawodu – o co chodziło?
Odwrócił się i usiadł po drugiej stronie wysepki. Na twarzy znowu miał ten swój uśmiech, ale … tym razem nie wydawał mi się zbyt szczery.
- Dowiesz się, kiedy tylko wydobrzejesz.
Przez chwilę jedliśmy w ciszy. Od czasu do czasu zerkałam na siedzącego naprzeciwko chłopaka. Czułam, że muszę coś powiedzieć, cokolwiek.
- Nie wiem… naprawdę nie wiem, jak ci dziękować. – wymamrotałam w końcu, czując, jak moje policzki się rumienią – Gdyby nie ty… cieszę się, że tam byłeś.
Drgnął lekko i przez chwilę nie patrzył na mnie, jakby usiłował zapanować nad wyrazem twarzy. Kiedy jednak podniósł głowę, jego spojrzenie nie wyrażało zupełnie nic.
- Nie musisz dziękować. Po prostu… spróbuj się dobrze bawić przy moim następnym życzeniu, dobra?

Niepewnie i powoli skinęłam głową. Nie wiedziałam, czy to będzie takie proste, ale… byłam mu coś winna prawda? Poza tym… miałam dziwną pewność, że jego pierwsza odpowiedź miała brzmieć zupełnie inaczej.

piątek, 20 grudnia 2013

Prolog

Harry uwielbiał filmowe wieczory, które spędzał razem z Louis’m, leżąc na jego podołku i objadając się niezbyt zdrowym, ale za to jakże pysznym popcornem. Palce Louis’ego były wplecione we włosy Harry’ego, okręcając każdego loka i Louis był szczerze zadziwiony z jaką szybkością powracały do pierwotnej postaci.

Harry zamruczał, gdy druga dłoń Louis’ego zaczęła tworzyć rozmaite znaki i kształty na jego brzuchu, powodując delikatne łaskotki.

I takie pozycje naprawdę nie były niczym dziwnym. Przynajmniej dla nich.

Harry i Louis byli najlepszymi przyjaciółmi od wieków, ludzie nazywali ich papużkami nierozłączkami, poprzez ich pragnienie ciągłego kontaktu ze sobą. Poznali się w liceum, gdy szesnastoletni Harry przypadkowo wylał swój sok na nową pasiastą bluzkę o dwa lata starszego Louis’ego. I jakoś tak, pomalutku ich więź zacieśniała się, aby skończyć na największej przyjaźni obecnych czasów.

Harry’emu nie przeszkadzało to, że ludzie posyłają im krzywe spojrzenia, gdy siadali sobie na kolanach czy jedli obiad jednymi sztućcami. Chłopcy nierzadko spotykali się z nieprzychylnymi opiniami, groźbami czy oszczerstwami rzucanymi na temat ich orientacji, ale nie przejmowali się tym, ponieważ… tak, oboje byli homo. Takie coś w ich rodzinnej miejscowości było nie do pomyślenia, więc, gdy tylko skończyli liceum, czym prędzej uciekli do Londynu. I tak zakończyli jako współlokatorzy, mogąc okazywać sobie uczucia dwadzieścia cztery godziny na dobę.

- Jestem taaaaki zmęczony – bąknął Louis, przecierając dłonią oczy i otrzymując zduszony jęk od Harry’ego, pozbawionego kojącego dotyku Louis’ego.

- Czym? – zachichotał młodszy chłopak, wpatrując się z rozbawieniem w oszałamiająco niebieskie tęczówki bruneta. – Cały dzień przeleżałeś na tej kanapie, obżerając się pizzą i popcornem.

- Ohohohoho! – przewrócił oczami Louis, jęcząc, gdy Harry uderzył go otwartą dłonią w ramię. – To był twój pomysł! I ty robiłeś dokładnie to samo.

- Coś ci się nie podobało? – podniósł zalotnie brew Harry, uśmiechając się głupkowato. – Wolałbyś snuć się bezmyślnie po Londynie, jak przykładowo, hm… - pauza – wczoraj, razem z naszymi ‘best friends forever’?

I to naprawdę była jedyna rzecz, której Harry i Louis mogli mieć dość w swoim pięknym życiu. I ta rzecz miała nawet imiona: Liam i Zayn.

Liam Payne – jeden z kumpli Harry’ego, dwudziestoletni brunet. Typ intelektualisty, raczej samotnik, niedawno nieszczęśliwie zakochany w Emily, nadal nie potrafi się po tym otrząsnąć. Ciągle ma nadzieję na swoją księżniczkę (lub księcia, dopowiedziałby Louis) z bajki.

Zayn Malik – przyjaciel Louis’ego, także dwudziestolatek, obsesyjnie zakochany w swoich cudownych włosach, najczęściej ułożonych w quiffa. Typ buntownika, imprezowicz, podobno szukający znajomości na jedną noc, ale chłopcy zauważyli, że to tylko przykrywka dla jego romantycznej natury.

- Tak, kolejne spotkanie z nimi to szczyt moich marzeń – parsknął z wyczuwalną ironią Louis, kręcąc bezmyślnie głową. – Mam już tego dosyć.

Przytaknąłem, obserwując akcję rozgrywającą się na ekranie. Oglądaliśmy jakąś tanią komedię romantyczną, opierającą się na zdradach, kłótniach i wielkim, szczęśliwym zakończeniu, ale niestety, Louis właśnie takie uwielbiał.

- Czy oni naprawdę nie mają żadnego towarzystwa, tylko łażą za nami wszędzie, o każdej porze dnia i nocy? – westchnął ponownie Louis, wypuszczając powietrze ze świstem.

Harry otworzył dotąd przymknięte powieki i od razu poczuł, że to był jego najgorszy pomysł dzisiejszego dnia. Louis miał na twarzy przyklejony ogromny, szeroki uśmiech, któremu towarzyszyły błyszczące, mocno niebieskie oczy z iskierkami szczęścia. I to od zawsze znaczyło tylko jedno…

- Nie, błagam nieee! – krzyknął, ale czuł, że było już za późno.

Louis. Miał. Plan.

- Oh, jak ty dobrze mnie znasz, Szkarbeńku – oblizał dolną wargę, oczyszczając gardło, żeby zacząć przemowę, a Harry jęknął w duchu, bo nie było już odwrotu.

Louis miał cholerny, pieprzony plan, który zapewne uwzględniał go. I nie byłoby w tym nic strasznego, naprawdę Harry był świetnym przyjacielem i zawsze chciał pomóc swojemu najlepszemu kumplowi, ale dziewięćdziesiąt dziewięć procent planów Louis’ego kończyło się fiaskiem.

Raz, jeszcze w liceum, Louis słynący z ducha romantyka, chciał wejść na dach szkoły o zachodzie słońca. Pomimo długich sprzeciwień Harry’ego i próśb, żeby tego nie robić, Louis był niepokonany – w jedną piękną, majową noc skończyli na najwyższym wierzchołku dachu szkoły, obserwując zachodzące słońce. To nie było tak piękne, jak nad morzem, ale Harry naprawdę czuł się wspaniale, siedząc koło Louis’ego i trzymając jego dłoń. Wtedy, gdy Louis nachylił się w jego stronę, aby strzepnąć rzęsę z jego policzka, Harry na jeden, krótki moment poczuł trzepotanie w brzuchu. To było chwilowe uczucie, ale kędzierzawy zdążył je pokochać, oczywiście nie mówiąc o tym nic starszemu chłopakowi. To była chyba jedyna z tajemnic Harry’ego.

A wracając do planu, chłopcy wdrapali się tam już po lekcjach, mówiąc mamom, że spędzą popołudnie u Mike’a – ich wspólnego znajomego. Louis nie przewidział tylko tego, że szkoła zostanie zamknięta i nie będą mieli jak wydostać się na zewnątrz. Uratował ich telefon do mamy, która ściągnęła władze szkoły i wypuściła przestraszonych, ale szczęśliwych nastolatków.

Harry mógłby wymienić jeszcze kilkanaście takich sytuacji, gdzie skrzętnie przygotowany plan Louis’ego zawodził, ale był zbyt leniwy, więc po prostu przeczesał swoje bujne loki, oczekując na pierwsze słowa przyjaciela.

- Tylko proszę, mów krótko, jestem zmęczony – dodał jeszcze, krzywiąc się, gdy Louis przewrócił oczami.

- Trzeba ich wystawać – oświadczył prosto Louis, a Harry zadławił się popcornem, który ciągle przeżuwał. Louis wstał, klepiąc kumpla po plecach, a gdy wreszcie Harry odchrząknął, zajął się sprzątaniem popcornu, który razem z miską wypadł z rąk Harry’ego.

- Co?! – pisnął Harry zmienionym głosem, a Louis zachichotał, otrzymując jęk od strony młodszego chłopaka. – Czekaj, jeszcze raz… CO?!

- Tak jak powiedziałem – Louis uśmiechnął się krzywo i chełpliwie, nie chcąc wyjaśnić niczego więcej. – Wiesz, Zayn i Liam razem.

- To, um.. nie… nie, to nie… niemożliwe – wyjąkał Harry, brzmiąc jak zdesperowana i zdenerwowana nastolatka. – Kurwa, Louis oszalałeś?

- Nie, koteczku, ale miło, że się o mnie troszczysz – mruknął ironicznie Louis. – Nadal będziemy bezczelni czy damy mi wreszcie dojść do głosu? – podniósł brwi starszy chłopak, wplatając palce we włosy Harry’ego, a ten przeklął pod nosem, bo Louis dobrze wiedział, że ten ruch go relaksuje.

- Mów.

- Dziękuję kotku. Pomyślałem, że skoro Liam i Zayn są tacy samotni, trzeba im znaleźć kogoś, z kim mogliby spędzać czas. A gdyby jeszcze się w sobie zakochali, mielibyśmy od nich całkowity spokój. Voilà! – pstryknął palcami Louis.

Harry kolejny raz pokręcił głową. – To niemożliwe, bo Liam jest hetero, a Zayn…

- Zayn jest gejem, Harry – przerwał Louis. – I proszę cię, nie pieprz, to oczywiste, że Liam także jest homo, lub co najmniej bi, przecież wiesz, jak patrzył na tego chłopaka w sklepie.

To prawda, Harry przypomniał sobie, że wczoraj w supermarkecie był tak cholernie przystojny facet, wyglądający na około dwadzieścia lat i sam chciał do niego podejść i poprosić o numer. Ale coś nie pozwalało mu tego zrobić…

Natomiast Liam cały czas pożerał mężczyznę wzrokiem, będąc za bardzo nieśmiałym na wykonanie jakiegokolwiek ruchu.

- Tak, tu muszę się zgodzić – pięść Louis’ego poszybowała w górę, a Harry zachichotał na głupotę starszego chłopaka. – Ale wiesz, Liam nie jest zbyt otwarty na nowe znajomości, a Zayn… on prowadzi takie rozrywkowe życie, nie wiem, czy to dobry pomysł.

- To świetny pomysł, Harry! – wykrzyknął z entuzjazmem Louis.

- Uhhh – jęknął w odpowiedzi kędzierzawy. – Myślisz, że postawisz ich przed sobą, powiesz ‘zakochajcie się w sobie’ i będziesz miał ich z głowy? To tak nie działa, Lou.

- Dlatego muszą poznać się, porozmawiać wcześniej… Myśl, Louis, myśl! – Harry przewrócił oczami, bo takie wypowiedzi były na poziomie sześciolatka lub… cóż, Louis’ego.

Po kilku minutach głuchej ciszy, przerywanej jedynie przez odgłosy lodówki, pralki i tykanie zegara, oczy starszego chłopaka zabłyszczały i Harry stracił wszystkie wątpliwości, czy może udałoby mu się odwieść przyjaciela od tego planu.

- Agencja matrymonialna – powiedział tajemniczo Louis, a gdyby nie to, że Harry przestał jeść popcorn po ostatnim ‘wybuchu’, teraz na pewno by się nim zakrztusił. – Wiesz, coś w stylu tych reklam: ‘z nami znajdziesz miłość swojego życia!’.

- Bez urazy, Loui, ale twoje dzisiejsze plany są delikaaatnie beznadziejne – przeciągnął, jakby to miało sprawić zdanie mniej złośliwym i nie chcąc urazić przyjaciela.

- Tak, tak, Harry, ty dzisiaj też – przewrócił oczami zniecierpliwiony chłopak. – Widzę, że nadal nie rozumiesz. Wiem, że Liam jest nieśmiały, a Zayn to raczej typ buntownika, ale co by było gdyby to los ich połączył? Harry, to jest świetny plan! – pisnął Louis z chichotem. – Oczywiście, gdyby naprawdę to magia miała decydować nad zakochaniem się w sobie chłopaków, nic by z tego nie wyszło. Ale co, gdybyśmy to byli my?

- Chcesz dawać usługi matrymonialne? – zapytał Harry, nadal za bardzo nie ogarniając zaistniałej sytuacji.

- Nie, głuptasie! Chcę udawać, że złożyliśmy papiery Liama i Zayna do takiej agencji, a tak naprawdę zrobić to samemu, w domu! Wystarczy dać im jakiś podrobiony kwitek i ich numery telefonów.

Harry zagryzł dolną wargę, bo cóż… to w sumie mogło się udać. Nie mieli nic do stracenia – albo Liam i Zayn zakochają się w sobie i wreszcie od nich otrzepią albo nic z tego nie wyjdzie i będzie tak jak dawniej. Jednak szybko przybyły do niego złe myśli, nie pozwalając mu na wydobycie z siebie słowa.

- Hmm, Haz? Co sądzisz?

- Nie wiem, Loui – przyznał szczerze Styles. – To… to nie jest takie złe, ale nie wiem czy się uda.

- Ha-a-arry! – westchnął starszy chłopak, przyciągając przyjaciela do siebie i mierzwiąc jego włosy. – Proszę?

Harry mógł zrezygnować, wytłumaczyć się wyrzutami sumienia, czy tym, że nie potrafiłby tak oszukiwać Liama, ale jeden rzut oka na błagalne spojrzenie Louis’ego, na piękne, błyszczące, o głębokim, niebieskim odcieniu oczy, na zmierzwione, roztrzepane włosy wystarczył, aby Harry zapomniał o wszystkich negatywnych stronach tego planu.

- Obiecuję, że jeśli coś pójdzie źle, wycofamy się z tego. A gdyby się zorientowali, że to my, wezmę całą winę na siebie – dodał jeszcze dwudziestodwulatek.

- Dobrze, Lou – mruknął w końcu Harry z nieśmiałym uśmiechem.

- Dziękuję, Hazza! Uda się, zobaczysz!

I Harry naprawdę starał się ignorować znajome trzepotanie w brzuchu, gdy Louis przycisnął go do siebie, składając na jego policzku soczysty pocałunek.

1

Gdy Zayn obudził się tego ranka, ktoś obejmował go w pasie. Jego kończyny ściśle przylegały do czyichś nóg, a coś twardego wbijało się w jego tyłek. I dla Zayna to wcale nie było niczym dziwnym. Gdy delikatnie wyplątał się z uścisku partnera, prawdopodobnie mającego imię, ale wymyślenie go było czymś za trudnym dla Zayna, owiało go świeże powietrze. Cóż, pomyślał Zayn, wcale nie było takie świeże. Z pewnością nie było to możliwe po całej nocy przepełnionej alkoholem i seksem.

Na nagiej i oblepionej spermą skórze Zayna pojawiła się gęsia skórka. Dwudziestolatek wstał z łóżka, próbując nie obudzić jego kochanka, ponieważ nie miał ochotę na poranną pobudkę i sądząc po stanie śpiącego faceta, kolejną porcję seksu. Zmierzył pomieszczenie wzrokiem, ze zdziwieniem zauważając, że było o wiele mniejsze niż wczoraj myślał. No cóż, po kilkunastu drinkach mógł być lekko nieświadomy tego, co robi i widzi. Zbierając swoje ubrania z podłogi, przypadkowo uderzył nogą w kant stolika. Obejrzał się za siebie, lustrując wzrokiem przykrytego chłopaka, który o dziwo, nadal spał. To naprawdę dobrze, bo w całej swojej wymknęsięposeksie karierze, Zayn zaliczył kilka porannych rozmów, które zdecydowanie nie należały do komfortowych.

Po kilku minutach Zayn stał ubrany przed drzwiami wyjściowymi, ponownie zastanawiając się, jak mógł zostać wciągniętym do tak maciupeńkiego mieszkania. Nawet kawalerka, którą on wynajmował była większa. Nie tylko mieszkanie ma małe, pomyślał Zayn wychodząc z budynku.

Zajęło mu chwilę, aby zorientować się w jakiej dzielnicy Londynu jest. Była to raczej biedna okolica, pełna niebezpieczeństw, imprez i wszystkiego, co niedozwolone. Zayn mieszkał w tej bogatszej dzielnicy, ciągnąc kasę na czynsz od dosyć bogatych rodziców.

Zayn dostał się do swojego bloku taksówką, nie przejmując się napiwkiem dla kierowcy, bo przecież podwożenie ludzi było jego pracą. Nie wykazał się zbyt wielką uprzejmością, precyzją czy szybkością, więc po co mu dodatkowe pieniądze?

Wspiął się po schodach, kolejny raz sprawdzając godzinę na wyświetlaczu swojego telefonu, tym razem głosił on 10:35. Jego mieszkanie mieściło się na najwyższym, piątym piętrze, razem z siedmioma innymi kawalerkami i raczej niewiele osób się tutaj kręciło. Dlatego niezmiernie zdziwiła go obecność mężczyzny stojącego przed drzwiami prowadzącymi do jego kawalerki. Chłopak odwrócił się, i o kurwa, przecież to Harry, pomyślał Zayn, uderzywszy się uprzednio wierzchem dłoni w czoło.

- Harry? Co ty tu robisz? – Zayn podszedł bliżej, szukając w kieszeniach spodni kluczy.

- Ja… um, czekałem na ciebie.

- Trudno zauważyć – zakpił Zayn z uśmiechem i przepuścił Harry’ego w drzwiach. – Przepraszam za bałagan – dodał, widząc minę przyjaciela.

- Nie, jest okay.

- Rozgość się… um, muszę iść do ubikacji.

Zayn był niemal pewien, że usłyszał za sobą ‘taaak, potrzebujesz prysznica’, ale zignorował to, wskakując pod prysznic. Nie miał na to czasu, ale wolał aby Harry poczekał chwilę, niż żeby oglądał go w takim stanie.

Po kilku minutach, odświeżony i przebrany Zayn pojawił się w salonie, rozglądając się w poszukiwaniu Harry’ego. Znalazł go siedzącego na pufie i zajętego swoim telefonem, więc odchrząknął, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.

- Jesteś – pisnął Harry, chowając telefon do kieszeni spodni.

- Jestem – potwierdził Zayn, karcąc się w myślach, bo naprawdę mógł wymyślić coś lepszego.

To nie tak, że Harry podobał się Zaynowi. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Był przystojny, uroczy, miał piękne, zielone oczy, śliczny uśmiech, świetne nogi i boski tyłek. Zapomnijcie o ostatnim… Harry mógł się wydawać ideałem, ale nie interesował Zayna z prostego powodu – to nie był jego typ. Zayn wolał umięśnionych facetów, z ciemnymi włosami, kolczykami i tatuażami. Lubił badboyi.

- Więc Harry… co sprawiło, że znalazłeś się w moim mieszkaniu?

- Mam dla ciebie pewną propozycję – odrzekł Harry, uśmiechając się niezręcznie i Zayn był niemal pewny, że jego kolega coś knuje.

- Jaką? Nie, czekaj, nie mów! Daj mi zgadnąć – wyszczerzył się szyderczo, radując się w duchu, gdy ujrzał skwaszoną minę Harry’ego i to, jak przewrócił oczami. - Wyjeżdżacie gdzieś z Louis’m i mam podlewać wasze kwiatki? Chcecie kupić pieska i mam jechać z nim do weterynarza? Czy może… mam zostać świadkiem na waszym ślubie? Twoim i Louis’ego.

Harry zakrztusił się powietrzem, gdy Zayn wypowiedział ostatnie słowa. Chłopak uśmiechnął się, podnosząc brwi do góry, bo dawniej często żartował z relacji Louis’ego i Harry’ego i nigdy tak nie reagowali. Coś jest na rzeczy, pomyślał Zayn.

- Pozwól Zayn, że odpowiem po kolei – Harry odezwał się w końcu, po czym oczyścił gardło. – Nie, nie pozwolimy ci podlewać naszych kwiatków, bo raz: nigdzie nie wyjeżdżamy, dwa: zwiędłyby po dwóch dniach. Nie kupujemy też psa, a gdybyśmy nawet to zrobili i tak byśmy cię oto nie poprosili, bo chcielibyśmy, aby przeżył kilka lat. Auuu! – zawył, gdy Zayn uderzył go pięścią w ramię. – Dzięki, wiesz, to było kochane – mruknął z ironią, pocierając dłonią obolałe miejsce. – A co o trzeciego pytania, Zaaaayn, dobrze wiesz, że jesteśmy przyjaciółmi.

Zayn wybuchnął śmiechem, opadając na kanapę tuż obok Harry’ego. – Ja-a-a-sne, stary.

- Proszę cię, to nie jest zabawne.

- Zawsze was to śmieszyło.

Tak, mruknął w duchu Zayn, trafiłem w sam środek. Harry potarł dłonią kark, wpatrując się w bliżej nieokreśloną rzecz.

- Zayn, widzę, że nie zrozumiałeś, więc powtórzę jeszcze raz: nie czuję nic do Louis’ego.

- Nic?

- Nic a nic – odrzekł Harry, a Zayn jęknął w duchu. – Oczywiście oprócz przyjaźni. Wiesz, skoczyłbym za nim w przepaść, dlatego, że go kocham. Jak przyjaciela, Zayn.

- Jasne, cokolwiek powiesz – burknął mulat, krzywiąc się na bezmyślność przyjaciela.

- Okay, cieszę się, że to zrozumiałeś – kontynuował Harry, ale Zayn skupił się na krzyczeniu w myślach: ‘to ty nic nie rozumiesz, frajerze!’

Nie był najlepszym przyjacielem Louis’ego i Harry’ego, nie mógłby sam mianować się ich wspaniałym kumplem. Z pewnością to dlatego, że Louis i Harry potrzebowali tylko siebie, a reszta była im całkowicie zbędna, powtarzał sobie w takich chwilach Zayn, nie chcąc stracić swojej wysokiej samooceny. Znał się z Louis’m od jakiegoś roku, może trochę dłużej, a ich pierwsze spotkanie miało miejsce w kawiarni, w której pracował Zayn. Chłopak pamiętał to jakoś tak: przystojny, niezbyt wysoki brunet wchodzi do środka. A później dał się ponieść emocjom, podchodząc do niego i stawiając mu kawę. Po chwili zjawił się uśmiechnięty Harry, przytulając Louis’ego na powitanie i Zayn wiedział, że to mu nie wyjdzie. Miał coś w rodzaju gejowskiego gps ukrytego w samym środku jego umysłu; mógł na pierwszy rzut oka stwierdzić, czy dana osoba jest homo. Na nieszczęście Zayna, zazwyczaj okazywało się, że nie.

Wracając do relacji Harry’ego i Louis’ego, Zayn od zawsze twierdził, że pasują do siebie. Wyglądali razem tak słodko, cudownie i uroczo (takie przymiotniki pojawiały się w głowie badboyi niezwykle rzadko, więc to musiała być prawda), gdy siedzieli sobie na kolanach, przytulali w najmniej oczekiwanych momentach czy jedli jednymi sztućcami. I gdyby nie to, że takie akcje nie pasują do jego wizerunku, Zayn zdecydowanie by ich shippował.

- Więc, co o tym sądzisz? – Harry zerknął na Zayna, który ciągle był myślami w innym wymiarze. Szturchnął go, a gdy Zayn potrząsnął głową, kontynuował. – Słuchałeś mnie w ogóle?

- Tak, tak, oczywiście – mruknął mulat.

- Dobrze. Więc?

- Um, tak, to świetny pomysł – jąkał się Zayn, nie mając żadnego pojęcia, co Harry mu proponuje.

- Serio? Świetnie! Więc, myślałem o tej nowej agencji, wiesz, co dopiero powstała i ciągle reklamują się w się-

- Zaraz, co?! – przerwał mu Zayn, patrząc na niego z zaszokowaniem. – Jaka niby agencja?

- Matrymonialna, właśnie o tym mówiłem, wiesz? – Harry przewrócił oczami, zniecierpliwiony. – Przyznaj, że nie słuchałeś.

- To nie prawda – oburzył się Zayn.

Harry zmarszczył brwi, patrząc na Zayna z sarkastycznym uśmieszkiem. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, liczył w myślach Zayn. Przy szóstce nie wytrzymał i jęknął przeciągle.

- Okay, przyznaję się. Możesz zacząć jeszcze raz?

- Tak, okay – mruknął, wypuszczając powietrze. – Pomyślałem, że dobrą zabawą byłoby złożenie papierów do jakiejś agencji matrymonialnej, wiesz, to może być całkiem zabawne – zachichotał Harry, ale Zayn nie podzielał jego entuzjazmu.

Co to w ogóle za pomysł? Umiał sam sobie znaleźć chłopaka.

- Czekaj, co? Wytłumacz mi po jaką cholerę mam to robić.

- Dla jaj – odparł prosto Harry, odgarniając samotnego loka opadającego na jego czoło. – A jeśli ta odpowiedź cię nie przekonuje, to pomyśl, że może spotkasz tak miłość swojego życia.

- Nie szukam miłości, w tej chwili jestem singlem.

- Och, Zaaayn, stary! Oboje dobrze wiemy, że to nieprawda – machnął lekceważąco dłonią Harry. Posłał mu życzliwy uśmiech, zanim kontynuował. –Ta cała twoja badboyowska stylówa, Malik dobrze wiesz, że mnie nie oszukasz.

Zayn przewrócił oczami, w duchu zgadzając się z Harry’m. Ale tylko odrobinkę. Wręcz minimalnie.

- Dlaczego namawiasz na to właśnie mnie? Zabawcie się w to z Louis’m – burknął.

- Och, my… - Harry urwał, jakby nie będąc pewnym, czy może to powiedzieć. Wziął głęboki oddech przed dokończeniem zdania. – …my też bierzemy w tym udział.

- Serio?

- Mhmmm – westchnął przeciągle Harry, a jego oddech był nierównomierny.

- Dobrze. Więc zgadzam się, stary – odparł Zayn z małym uśmiechem, odrzucając myśli typu w co ja się, do cholery wpakowałem.

****

- Zaraz, zaraz, co? – spytał po raz setny Liam, sprawiając, że Harry przewrócił oczami.

Był tu od jakiejś godziny, próbując przekonać Liama do zgłoszenia się do tej beznadziejnej agencji matrymonialnej, używając wszystkich możliwych argumentów; począwszy od obiecania, że on i Louis też biorą w tym udział, skończywszy na szantażu brakiem ciasta czekoladowego, które Liam uwielbiał.

Ale nie, on oczywiście nie mógł się po prostu zgodzić.

Nie. Bo niby dlaczego? Harry naprawdę nie miał lepszych rzeczy do robienia, wolał sterczeć tutaj i namawiać go jak jakiś idiota. To było fajne, całkiem zabawne.

Kogo on próbował oszukiwać? To nie było fajne, to było okropne. I w tej chwili Harry naprawdę chciał skopać ten seksowny tyłek Louis’ego, ponieważ musiał odwalić robotę za ich dwójkę, podczas gdy Louis zapewne wylegiwał się na kanapie, płacząc przy beznadziejnym melodramacie.

W ogóle dlaczego zgodził się zrobić to samemu? Powinni podzielić się po równo, Harry mógł załatwić sprawę z Zaynem, a cudownego Liama pozostawić Louis’mu, który swoim entuzjazmem na pewno mógłby sobie z nim poradzić. Powinien wreszcie nauczyć się mu odmawiać.

- Powtórzę po raz osiemset osiemdziesiąty ósmy, Li – mówił Harry. – Agencja matrymonialna, wiesz… poszukiwanie miłości itd.

- Wiesz, że jestem szczęśliwy z bycia singlem.

Ale my nie, dodał w myślach Harry.

- Ale miłość to wspaniałe uczucie, Liam!

- A ty, co o tym wiesz, Haz?

Kurwa.

- Hola hola, bez przesady, byłem w paru poważnych związkach – kłamał, bo eh, niby z kim? Wszystko to były jakieś bezsensowne związki, kiedy chciał zaimponować znajomym.

- Tak, Harry, wiem – głos Liama był zniechęcony, gdy przewrócił oczami. – Ale zastanawiam się, dlaczego proponujesz to mi? Moglibyście zabawić się w to sami, z Louis’m.

Cholera.

- Liam, wiesz, że jesteś moim przyjacielem – grał Harry, na poczekaniu wymyślając kolejne kłamstwa. – Z tobą będzie fajniej.

- Mówisz serio, Hazza? – spytał już bardziej przekonany Liam z małym uśmiechem.

- Oczywiście, Liaś.

Uśmiech, który rozświetlił twarz Liama był przepiękny i pomimo całej jego natarczywości, Harry zrozumiał, jakim szczęściarzem będzie Zayn.

****

Harry nie był zbytnio zdziwiony widokiem, jaki zastał po powrocie do domu. Szczerze mówiąc, był niemal pewny, że tak będzie. Jego przyjaciel siedział na kanapie, wpatrując się uporczywie w telewizor i wyświetlaną na nim grę.

- Nie, nie, nieee! – wrzasnął Louis, gdy jakiś brunatny, obślizgły stwór zabił jego wojownika, wciskając go w ziemię wielkim kopytem.

Harry nie umiał zrozumieć Louis’ego. W jednej chwili był smutny; snuł się po mieszkaniu z markotną miną, wpatrując w podłogę i co sekundę wzdychając, jakby stracił sens swojego życia. Minutę później mógł prosić o wycieczkę do wesołego miasteczka, co rusz rzucając Harry’emu błagalne spojrzenia, aż Harry wreszcie ulegał i resztę dnia spędzali na kolejce górskiej. Jego depresyjny nastrój ulatniał się tak szybko, jak Harry zdążył przytulić go i wyszeptać słodkie słówka do jego ucha.

Louis był dzieckiem, ale czasami zachowywał się tak mądrze, poważnie i inteligentnie, jakby miał co najmniej pięćdziesiąt lat. Kiedyś, chwilę później po długim wywodzie, jak Harry powinien zachowywać się w stosunku do dzikich zwierząt w lesie (jeszcze kilka dni później Harry zastanawiał się, czy Louis naprawdę sądzi, że jest takim głupcem), niebieskooki brunet grał w grę na konsoli, krzycząc jak małe dziecko, gdy przegrywał.

Zachowanie Louis’ego było dziwne, ale na swój sposób urocze. Cały był uroczy, dodałby Harry.

- Hej, Lou! – krzyknął Harry, zdejmując buty i odkładając parasol.

Jak na czerwiec, dzisiaj było dosyć chłodno; ciemne, gęste chmury osiadły nad Londynem, przepowiadając deszcz, lub co gorsza b-burzę.

Harry od zawsze bał się tego zjawiska. Grzmoty przyprawiały go o gęsią skórkę, a błyskawice przecinające błękitne niebo i spadające z hukiem na ziemię, to coś przez co mógł spędzić cały dzień w łóżku, przykryty po czubek nosa kołdrą, słuchając uspokajającej muzyki i ciepłego głosu Louis’ego.

- Harry, jesteś! – pisnął Louis, natychmiastowo zatrzymując grę i podbiegając do Harry’ego.

Harry rozpostarł ramiona, przygotowując się na to, co ma za chwilę nastąpić, bo tak, to był jeden z ich dziwacznych zwyczajów. Louis dosłownie skoczył na niego, nogi oplatając wokół pasa Harry’ego i chowając twarz w zagłębieniu jego szyi.

- Tęskniłem, wiesz?

- Louie, nie było mnie parę godzin, skarbeńku – odparł Harry, a fala ciepła rozlała się po jego ciele, gdy poczuł oddech Louis’ego na swojej szyi.

Harry kochał czuć, że Louis jest koło niego, że może go przytulić, wziąć za rękę, wyszeptać czułe słówka do jego ucha, chichotać razem z nim. Pocałować go w czoło na pożegnanie, a później tęsknić przez cały czas, który musiał spędzić bez przyjaciela.

- To tak długo… - mruknął Louis, gdy Harry prowadził ich w stronę kanapy.

- Koteczku, schodzimy – Harry starał się wyplątać z uścisku Louis’ego, kładąc starszego chłopaka na sofie.

- Uhhh – jęknął Louis, pozbawiony dotyku Harry’ego, który dopiero po chwili usiadł tuż obok niego, przewieszając ramię przez talię przyjaciela. – Czemu cię tak długo nie było? Miałeś wrócić na obiad.

- Tak, wiem, ale najpierw musiałem czekać na Zayna jakieś dwie godziny na klatce schodowej – oczy Louis’ego rozszerzyły się, a Harry zmarszczył brwi. – Wiesz…

- Znowu go nie było?

- Hm, tak, tak sądzę… to znaczy, gdy wrócił, nie pachniał jakoś specjalnie wyśmienicie – Harry zachichotał, ale był to raczej sfrustrowany śmiech. – Nie wiem, czy to dobry pomysł, Louis. On nie zmieni się tak szybko.

- Haz, teraz się nie poddamy. Nie po tej męczarni, którą zapewne musiałeś przejść.

O właśnie!

- Och, Louis, dlaczego ja miałem namówić ich obu? Czemu ty nic nie robiłeś?

- Harryyyy, nie zaczynaj znowu – burknął Louis, przewracając oczami.

- Nie, nie, nie, poczekaj, to dobry temat. Co robiłeś cały dzień?

- Tęskniłem.

Harry wiedział, że Louis się powtarza i pewnie nie jest całkowicie szczery, bo miał lepsze rzeczy do robienia od myślenia cały czas o Harry’m, ale ciągle zastanawiał się czy to możliwe, że przez wypowiedzenie jednego słowa cały gniew ulotnił się z jego ciała? To tak, jakby fakt, że Louis tęsknił, sprawił, że Harry zapomniał o całym bożym świecie i skupił się na powtarzaniu w myślach tak, Loueh, ja też tęskniłem… nawet nie wiesz jak bardzo tęksniłem.

- Aw, to słodkie, Lou – wymruczał Harry, będąc pewnym, że mógł wymyślić wiele innych, lepszych odpowiedzi, ale motylki w jego brzuchu trzepotały zbyt mocno, uniemożliwiając mu racjonalne myślenie.

Resztę dnia spędzili na kanapie, przekomarzając się i grając w tą beznadziejną grę, której Harry szczerze nienawidził, ale nie umiał odmówić Louis’emu, zważywszy na to, jak słodko wyglądał przygryzając w zdenerwowaniu wargę.

- Louie? – mruknął w zamyśleniu Harry, podnosząc się ospale ze swojego fotela. Louis odwrócił głowę w jego stronę, rzucając mu pytające spojrzenie. – Jestem śpiący.

- Okej, Haz, wstawaj – Louis wyłączył telewizor, odkładając na bok pilot i uśmiechnął się łagodnie.

I wtedy zaczęło się. Pierwsza błyskawica przecięła zachmurzone niebo, a kilka sekund później po całej okolicy rozległ się huk, powodując, że dreszcz przeszedł przez ciało Harry’ego. Chłopak odwrócił się w stronę okna, żałując tego posunięcia wręcz natychmiast, gdy sytuacja powtórzyła się. Rzucił Louis’emu błagalne spojrzenie, przygryzając w strachu dolną wargę, a kilka sekund później był już w ramionach przyjaciela, który stał na palcach, aby okręcać wokół palców jego loki.

- Jest dobrze, ciiii, Harry – mruczał ucha Harry’ego Louis. – Będzie okay, skarbie.

- B-boję się, Lou – wyjąkał Harry, a kąciki jego oczu stały się niebezpiecznie mokre.

- Chodź Haz. Wyłączymy wszystko z prądu, dobrze?

Harry skinął lekko głową, nie pozwalając Louis’emu na wyplątanie się z jego uścisku i będąc prowadzonym w stronę kuchni, gdzie Louis wyłączył urządzenia elektryczne. Zrobili to samo z całym mieszkaniem i gdy w końcu oboje leżeli na łóżku Harry’ego w całkowitej ciemności, oddech Harry’ego stopniowo się uspokajał.

- Dziękuję, Louis – powiedział Harry delikatnym tonem.

Pomimo mroku, Louis podniósł się, aby spojrzeć na twarz Harry’ego, na której teraz widniał łagodny uśmiech. – Nie ma za co, Hazza.

Harry uśmiechnął się jeszcze szerzej, ale wyraz jego twarzy zmienił się momentalnie, gdy Louis odgarnął grzywkę z czoła i usiadł na łóżku, świecącym wyświetlaczem telefonu oświetlając podłogę, aby znaleźć swoje pantofle.

- Lou? Co ty robisz? – zapytał przerażonym głosem, przygryzając od środka policzek, aby nie wybuchnąć płaczem kolejny raz.

Louis nie mógł go opuścić. Nie, nie, nie.

- Idę do siebie, Harry. Będę w pokoju obok, jakby coś się działo, wołaj – odparł Louis, wstając z materaca.

Harry nie odezwał się, nie mógł kolejny raz pokazać Louis’emu, że jest niepanującym nad emocjami i strachem bachorem. Wstrzymywał płacz tak długo, jak to możliwe, ale gdy huk rozległ się tuż obok ich mieszkania, nie wytrzymał i cichuteńko załkał.

- Harry? Wszystko dobrze?

- Boo… nie… nie odchodź, proszę – zdołał wyjąkać przez łzy.

Louis w jednej sekundzie znalazł się tuż obok niego, wskakując na łóżko. – Dobrze. Zostanę tutaj, z tobą.

Niebieskooki ucałował jego czoło, obracając się tak, że mogli patrzeć sobie w oczy. Gdy po chwili Harry otworzył dotąd przymknięte ze strachu powieki, zobaczył najpiękniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić. Louis spał tuż obok niego, jego równomierny oddech otulał twarz Harry’ego, a rozwiane włosy smyrały jego czoło.

I to wszystko sprawiało, że Harry uśmiechnął się delikatnie i pomimo wszystkiego zaczął dziękować Matce Naturze za dzisiejszą burzę. Pochylił się jeszcze, aby odgarnąć grzywkę opadającą na oczy Louis’ego i złożył buziaka na jego czole, zanim odpłynął w krainę Morfeusza.

2

Harry obudził się tuż obok Louis’ego, w tej samej pozycji, w jakiej zasnęli poprzedniej nocy. Tyle że… nastąpiła jedna zmiana – jego dłoń, która wieczorem leżała na poduszce, teraz znajdowała się na policzku bruneta.

Skóra Louis’ego była delikatna i Harry poruszył palcami, gładząc jego policzek. Po chwili, napadła go obawa, która nie pozwoliła mu się uspokoić. Czy… czy ja go po-poca… nie!, urwał szybciej niż zaczął, bojąc się własnych myśli. To Louis, jego najlepszy przyjaciel, kolega, kompan, towarzysz zabaw i ta cała reszta.

Może był wczoraj delikatnie odurzony, po pierwsze przez okropną burzę, a po drugie przez Louis’ego, jego kojący głos, jego oczy, usta, nos i kończąc na jego trosce o Harry’ego, ale zdecydowanie pamiętałby, że coś takiego się między nimi stało. A nie stało się.

Z pewnością.

Ale dla pewności i aby zapobiec nieprzyjemnej porannej rozmowy, zdjął dłoń z twarzy Louis’ego, układając ją wzdłuż własnej klatki piersiowej. Tak lepiej, pomyślał i próbował odchrząknąć najciszej, jak to możliwe.

- Haz? – najwidoczniej oczyścił gardło zbyt głośno. – Co ty wyprawiasz? – poranny głos Louis’ego był przepiękny; zachrypnięty od snu, miękki i ciepły. Starszy chłopak zachichotał, otwierając dotąd przymknięte powieki.

- Ja? – Harry był co najmniej zdziwiony. Nie, nie był zdziwiony, był zaszokowany i przestraszony. A co jeśli, przypadkowo wypowiedział swoje myśli na głos i teraz Louis miał go za jakiegoś kretyna? – Ja… ja nic nie robię.

- Harrs, najpierw chrapiesz przez całą noc, co zdecydowanie nie leży w twojej naturze – Harry przewrócił oczami, nie mogąc powstrzymać się od parsknięcia śmiechem, ale zrobił to bardziej dla rozładowania napięcia, bo jego serce ciągle waliło, jakby próbując wyskoczyć z jego piersi. – Później, mniej więcej od piątej nad ranem, sapiesz na mnie, jak jakiś opętany wilk, a gdy wreszcie udaje mi się zasnąć, zaczynasz wiercić się na łóżku, smyrać mnie po twarzy i chrząkać. No błagam cię! Jeśli chciałeś mnie stąd wygonić, wystarczyło powiedzieć.

Louis zachichotał, ale Harry był śmiertelnie poważny, bo zrozumiał, że jego przyjaciel poczuł dotyk na policzku. Tylko tego brakowało. Ale teraz wystarczyło obrócić wszystko w żart, tak. I będzie dobrze, będzie tak jak powinno być.

- Nie, um… to znaczy – jego próby bycia zabawnym chyba nie wypaliły. – Prze-przepraszam.

- Nie masz za co, Hazza, tylko się z tobą droczę – dłoń Louis’ego powędrowała do włosów Harry’ego i zielonooki zamruczał, gdy Louis pociągnął delikatnie za jego loki.

Louis znał go tak dobrze; ten gest zawsze go rozluźniał. Szczególnie w połączeniu z tym przepięknym, miękkim głosem. Jednak nie tym razem, Harry nadal pozostał spięty.

- Louis, dziękuję – widząc, że przyjaciel stara się mu przerwać, chwycił jego dłoń, kontynuując. – Nie, proszę, nie przerywaj mi. Dziękuję za wczoraj. To wiele dla mnie znaczy, wiesz? Ja po prostu… uh, to moja fobia od urodzenia, zawsze bałem się burzy – zaskakujące, jak łatwo przyszło mu wypowiedzieć ostatnie słowo. Może Louis naprawdę ma magiczne ręce. – Dziękuję, że tu ze mną zostałeś. Pewnie wyglądałem jak zwykły, rozryczany, niepanujący nad emocjami bachor, ale po prostu…

Pojedyncza łza spłynęła po jego policzku, gdy zrozumiał, że ośmieszył się przed Louis’m. Było mu wstyd. Musiał wreszcie nauczyć się kontrolować emocje, jedna błyskawica nie może doprowadzać go do płaczu.

- Nie, Harry, nie płacz, skarbie – Louis pochylił się nad nim i opuszkami palców starł łzę z jego twarzy.

Robił to wiele razy, Harry już kiedyś przed nim płakał, ale to… to było coś innego. Nowego, wspaniałego i pod jakimś względem intymnego, pomyślał Harry, a jego ciało przeszył przyjemny dreszcz. Oczy Harry’ego rozjaśniły się, a on mimowolnie ugryzł się w policzek, próbując nie wyszczerzyć zębów w ogromnym, radosnym uśmiechu. Cała negatywna energia w nim skumulowana odeszła, pozostawiając po niej tylko smutne wspomnienie, bo Louis… Louis własnymi palcami dotknął delikatnej skóry jego twarzy i w tej chwili dla Harry’ego naprawdę nie było ważnym, że zrobił to tylko, aby zetrzeć łzę.

On go dotknął. Louis go dotknął. Harry czuł, że sytuacja sprzed chwili powtarza się; po prostu zamienili się rolami.

I nie wiedzieć czemu, cały czas trzymał palce na jego policzku, wpatrując się w jego duże oczy. Zieleń przeciwko błękitowi. Harry czuł, że Louis był tak blisko, ale jednocześnie tak daleko i to go zabijało. Sprawiało, że nie mógł racjonalnie myśleć, starając się utrzymać ich znajomość we właściwych torach.

Mimo, że nie chciał, musiał to zrobić, więc podniósł się z łóżka, jęcząc, gdy zakręciło mu się w głowie, a przed oczami miał jedną, wielką plamę. Chwycił się szafki, oddychając powoli i już po kilku sekundach czuł się o wiele lepiej.

Zachichotał i z wymuszonym uśmiechem, wymamrotał:

- Koniec tego dobrego, wstawaj.

Wyraz twarzy Louis’ego był dziwny i niezrozumiały dla Harry’ego, jakby czuł się odtrącony? Nie, to niemożliwe. Ale mimo wszystkiego, Harry musiał podać mu dłoń i pociągnąć go do góry, tak że siedział prosto na łóżku, mrugając i próbując sprawić, aby świat przestał migotać.

- Uh, dzięki Harry, to było kochane – syknął, rozprostowując kręgosłup.

- Polecam się na przyszłość!

Louis jęknął i Harry słyszał, jak wstał z łóżka, prychając. Kędzierzawy w tym czasie przeglądał szuflady, aby znaleźć jakieś dresy i koszulkę, a gdy w końcu obrócił się, Louis stał kilka metrów dalej, przeczesując palcami skołtunione włosy.

Harry wczoraj nie zauważył, ale Louis miał na sobie jedynie czarne bokserki. Reszta jego garderoby leżała na podłodze i Harry kopnął się w myślach, bo wczoraj Louis był tak zaangażowany w uspokajanie Harry’ego, że nawet nie zdążył się przebrać. Choć to w sumie nie było takie złe.

Skórę Louis’ego pokryła gęsia skórka, gdy zaczął kręcić się po pomieszczeniu. Bez koszulki jego mięśnie były jeszcze bardziej widoczne; na początku tego roku zaczął chodzić na siłownię i pierwsze efekty są już dobrze widoczne (Harry za każdym razem wzdycha, gdy Louis pokazuje bicepsy, bo cholernie mu ich zazdrościł.) Harry przybliżył się z ubraniami w dłoniach, aby przejść do łazienki i wziąć prysznic, ale coś go zatrzymało. Louis podnosił ciuchy z podłogi, z tyłkiem wypiętym w stronę Harry’ego i chłopak musiał powstrzymać się, aby nie uderzyć go w pośladki.

Nie udało mu się, ale to nie było nic dziwnego, bo tak, wszyscy przyjaciele klepią się po tyłkach. Zanim Louis zdążył dogonić go z poduszką w ręku, Harry wpadł do łazienki, zamknął się w niej na klucz i ignorując nawoływania Louis’ego, oparł się o drzwi plecami i starał się oddychać miarowo.

*****

Harry i Louis razem zdecydowali, że najprostszym sposobem na możliwość komunikowania się między Zaynem a Liamem będzie czat.

Więc stworzyli kącik jedynie dla ich przyjaciół, na jednym z popularnych serwisów internetowych. Po wymyśleniu hasła do czatu, o które sprzeczali się niemal pół godziny; Harry chciał, aby było proste, żeby Liam czy Zayn przypadkowo go nie zapomnieli, Louis natomiast wymyślał najbardziej nienormalne kombinacje cyfr i liter, jakie znał świat, zajęli się nazwą dla agencji.

I tutaj był jeszcze większy problem.

- Nie, Louis! Nie zgadzam się na to – syknął Harry, a Louis przewrócił oczami, kopiąc nogami w łóżko jak pięcioletnie dziecko.

- Phh, jesteś idiotą – wymamrotał naburmuszony, wydymając dolną wargę w niezadowolonym wyrazie.

- Louis, pomyśl racjonalnie lub zważywszy na twój stan umysłu, spróbuj to zrobić – Louis prychnął, ale jego oczy świeciły z radością, gdy próbował się nie uśmiechnąć. – Nie sądzisz, że nazwanie agencji matrymonialnej Ciasteczkaa!, jest dziwne?

Louis zmarszczył brwi i wykrzywił usta w dziwnym, niezrozumiałym wyrazie, mrugając, a gdy po chwili parsknął śmiechem, Harry był co najmniej zdziwiony.

- Co? Hahahah, Harry, idioto – Louis nie umiał pohamować śmiechu, gdy złapał się pod kolanami, tworząc pospolitą kołyskę i poruszając się we wszystkie strony, chichotał.

Wyglądał tak niewinnie i pięknie, że Harry chciał go przytulić. Był jak małe dziecko, przykładające sobie dłoń do ust, aby zaprzestać śmianiu się.

- Harry, jeju, nie chcę nazwać agencji Ciasteczkaa!, ja chcę ciasteczka – odparł Louis, ciągle chichocząc. – Jestem głodny, upiecz jakieś ciacha…

- Uh, Louis, co? – wymamrotał Harry, przewracając oczami. –Obecnie wymyślamy nazwę dla usług matrymonialnych, więc daj sobie spokój ze słodyczami i wykombinuj coś, cokolwiek… żeby dać im link do tego czatu i żeby wreszcie mieć od nich spokój, okej?

Louis jęknął, opierając brodę na wewnętrznej stronie dłoni i jak mogłoby się wydawać – myśląc. Po kilku minutach głuchej ciszy, przerywanej jedynie przez dźwięki lodówki i pranych w łazience ubrań, Harry odchrząknąwszy uprzednio, spytał:

- Masz już coś?

- Niestety niee – przedłużył Louis, wpatrując się tępo w laptopa, leżącego na jego kolanach. – Może po prostu coś zwykłego?

- Jak?

- Jak… hmmm –zastanowił się, a po chwili uśmiechnął szatańsko, przygryzając dolną wargę. – Find Love?

- Znajdź miłość? Serio, Loueh, serio? – wymamrotał Harry, wypuszczając ze świstem powietrze. – Nie sądzisz, że to trochę, no nie wiem… kiczowate?

- To najzwyklejsza nazwa świata, po prostu trzeba dodać do tego coś jeszcze i naprawdę nie szukać niemożliwych rozwiązań.

- Znajdź miłość… z?

- Połączenie naszych imion, tak, Haz!

Jeden rzut oka na rozentuzjazmowanego Louis’ego wystarczył, aby Harry zgodził się z nim w stu procentach. Ten pomysł był świetny. Tylko jak połączyć nasze ksywki?, pomyślał, przygryzając od wnętrza policzek.

Harry, Louis. Haz, Lou.

- Houis? – wypowiedział to na głos i od razu skrzywił się, bo nieee, to brzmiało beznadziejnie.

Po prostu wymyśl jeden wyraz, to nie może być takie trudne, powtarzał sobie w myślach i gdy spojrzał na Louis’ego już wiedział. Było idealne.

- Larry! – wykrzyknęli oboje, uśmiechając się szeroko.

****

Pierwszą rzeczą, o której pomyślał Zayn, gdy otrzymał hasło do czatu, było kurwa, w co ja się wpakowałem? i a może by tak zrezygnować?.

To nie tak, że się bał. Nie, nie, nie, Zayn Malik niczego się nie boi. Po prostu, brakowało mu czasu (Zayn zignorował fakt, że dosłownie całe dnie spędzał na kanapie lub w klubach) i ochoty. Bo co jeśli trafi na jakąś kobietę, która jest całkowicie hetero i będzie wysyłać do niego esemesy w środku nocy? Albo jakiegoś pedofila, siedemdziesięcioletniego faceta, który poprosi go o rozmowę na skypie i będzie czarował go swoimi wdziękami całkiem nagi?

Zayn otrząsnął się, próbując wybić z pamięci ostatnie wyobrażenie. Ale z drugiej strony… mógł natrafić na fajnego faceta, z którym poflirtowałby, a później spotkaliby się w barze, toalecie, łóżku… tak, miał dużo możliwości.

I z takim optymistycznym nastawieniem, wpisał link do czatu do wyszukiwarki. Powitała go pospolita strona internetowa, z wielkim, świecącym napisem Find Love With Larry na samym środku. Ominął go i po kilku sekundach wpisał login i hasło, krzywiąc się, ponieważ nazywał się zaynekins i cholera, dlaczego Louis dał mu takie przezwisko? Miał je w podstawówce i później ciągnęło się za nim przez całe życie, doprowadzając tym Zayna do szału.

Nadal nie wiedział, z kim będzie rozmawiał; to system przydzielił mu odpowiednią osobę po wypełnieniu karty informacyjnej. W zasadzie, to nie on ją uzupełniał – zrobił to Louis i Zayn nie był całkowicie pewien, czy to dobry pomysł, ale szczerze, w ogóle nie chciało mu się tego robić, więc przystanął na propozycję przyjaciela.

Odczekał kilka sekund, uśmiechając się radośnie, gdy zauważył zielone kółeczko, oznajmiające, że druga osoba jest na czacie. Okay, pomyślał, od czego by tu zacząć?

Um… dzień dobry? Nie, to zbyt oficjalne.. Witam? Uh, to brzmi dziwnie, jakby początek do witam, szanowny panie. Może po prostu cześć? Tak, to chyba najlepsze rozwiązanie. Wystukał przywitanie, dodając jeszcze uśmiechniętą buźkę na końcu i oparł brodę na dłoni, szurając stopami po miękkim dywanie.

Zayn otrzymał odpowiedź wręcz natychmiastowo, a głośny, podobny do ćwierkania ptaków, dźwięk oznajmiający jej nadejście spowodował, że Zayn skrzywił się i wyciszył głośniki.

Um, hej J

Dobrze, pomyślał Zayn, przywitanie mają za sobą. Tylko, co teraz? Powinien zapytać go (lub ją, dopowiedział złośliwy głosik w jego głowie) o imię? To byłoby dobre, pozwoliłoby mu się dowiedzieć jakiej płci jest jego rozmówca i mógł jakoś go nazwać, a nie dyskutować z anonimkiem.

Ale… Zayn przypomniał sobie, że największą zaletą takich czatów jest anonimowośći szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie zrobi tego, przynajmniej nie na samym początku rozmowy. Więc o co może zapytać? Jaka jest u tego kogoś pogoda? Co robi? Jak się czuje?

Beznadzieja.

Wybawienie przyszło szybciej niż sądził, ukazując się jako zielone, migoczące światełko na górze strony.

Szczerze… nie jestem pewien o czym możemy rozmawiać, ale sądzę, że to może być zabawne, więc po prostu spróbujmy?

- Tak! – wykrzyknął Zayn, unosząc do góry zaciśniętą pięść i przygryzając mocno dolną wargę, bo na szczęście udało mu się i to był facet.

Albo kobieta udająca mężczyznę, dopowiedział głosik w tyle jego głowy, ale tym razem Zayn zignorował go, uśmiechając się szeroko. Pierwszy krok mieli za sobą.

Tak, jasne. Czy to go nie odstraszy?, pomyślał, ale spróbował zaryzykować. Rozumiem, że jesteś facetem?

Hah, tak, tak mi się wydaje :D

Cieszę się ;)

Zayn wystukał bezmyślnie odpowiedź, kręcąc głową w takt muzyki i wpatrując się ślepo w ekran, gdy przeczytał swoją wiadomość i o cholera, czy on właśnie nie przyznał się, do bycia homo?

Próbował usunąć to, skasować, zamaskować czymkolwiek innym, nawet głupim pytaniem o pogodę, ale nie udało się. Choć może to i dobrze, zaoszczędził im obojgu niekomfortowej rozmowy.

Więc, może zagrajmy w coś w rodzaju 10 pytań? Zadajmy je na zmianę?

Uśmiechnął się do siebie, ponieważ wymyślił całkiem niezły plan i wyciągając dłonie za głowę, odchylił się na krześle.

Yeah, może być. Zaczniesz?

Tak!, Zayn odniósł kolejny tego wieczoru sukces. Miał po prostu dobry dzień.

I w sumie, ta rozmowa, nie była taka okropna, na jaką się zapowiadała. Nie było wcale krępująco, niekomfortowo, ta gra w ‘dziesięć pytań’ powodowała, że ciągle mieli tematy do rozmów i tak, to było okay, osądził Zayn, wpatrując się w poruszające się na ekranie pióro, oznajmiające, że jego rozmówca wystukuje odpowiedź.

A jego rozmówca miał imię. Piękne imię - Liam.

Byli właśnie w trakcie ósmej odpowiedzi, kolej Liama. Od kilkudziesięciu sekund opisywał… swoje ukochane ciasto, tak, Zaynowi brakowało już pytań, ponieważ nie chciał utracić nutki anonimowości, która towarzyszyła ich rozmowie i być zbyt bezczelnym. Ale w ciągu całej tej gry, dowiedział się kilka rzeczy o tym mężczyźnie.

Po pierwsze, że nazywa się Liam. Że jest jedynakiem, z natury dosyć cichym i spokojnym dwudziestolatkiem, że studiuje (to nie był temat dla Zayna, więc nie trudził się z zapytaniem co) i idzie mu to dosyć dobrze. Że do zgłoszenia się do agencji wręcz zmusił go przyjaciel (o, ironio) i że teraz wcale nie żałuje. I dużo innych szczegółów.

Oh i że ulubionym ciastem Liama jest przepyszne czekoladowe ciacho wytworu jego mamy, które ukochał sobie już w dzieciństwie i musi zjeść przynajmniej jedno tygodniowo, bo inaczej chodzi naburmuszony cały czas. Mam tak samo, pomyślał mulat, tyle że z seksem.

Więc, Liam… to imię kojarzy mi się z jakimś przystojnym, seksownym brunetem, nieprawdaż?

Odrobina flirtu jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A z pewnością nie dwóm, samotnym dwudziestolatkom, szukających miłości (lub zabawy, w przypadku Zayna) na portalu randkowym.

Nie mnie to osądzać, nie uważasz?

Ah tak…,Zayn podniósł brwi, przygryzając od środka policzek. Masz rację, to byłoby baaardzo niegrzeczne.

Nie użył tego zwrotu specjalnie, po prostu to jedyne, co przyszło mu na myśl. Nie patrzcie tak na niego!

Ale poczekaj… teraz moja kolej. Więc, mieszkasz sam czy z kimś?

W dzień sam, w nocy z kimś, miał ochotę napisać Zayn zgodnie z prawdą, ale tym zdecydowanie odstraszyłby dosyć niewinnego Liama.

Sam i to powoli zaczyna mi się nudzić.

Tak, mi też.

Czy to jakaś propozycja? Zayn zastanowił się nad odpowiedzą, aby nie być zbyt natrętnym i ustalił, że najlepszym wyjściem będzie zmienić temat. Szczerze dziwił się, kiedy zdążył tak zmienić sposób udzielania odpowiedzi, zawsze pisał wszystko, co mu ślina na język przyniesie, a teraz zastanawiał się nad każdym pojedynczym słowem. To zdecydowanie nie było normalne.

Więc skoro jesteśmy przy temacie mieszkań, w jakiej części naszego pięknego kraju możemy cię znaleźć?

Tej najpiękniejszej ;)

Środek?, strzelił bezmyślnie, nie zastanawiając się ani chwili, gdzie w Anglii znajduje się najwięcej zabytków.

Zaaaayn, jak możesz?!

Mam to przyjąć jako ‘nie’?

Eh… tak. Południe.

Zayn był już tak blisko napisania jakiejś ciętej riposty, sarkazmu, żartu, lub czegokolwiek zbliżonego do ‘syhbgtswduaufgtvshyrfsyugdrgf, ja też, kiedy wreszcie przyjdzie nam się spotkać?!’, gdy jego uwagę zwrócił brzęczący telefon na kanapie.

Wystukał krótkie ‘przepraszam, muszę lecieć’ i skoczył ku dzwoniącej komórce. Odblokował ją jednym ruchem palca i przyłożył do ucha, nie przejmując się zerknięciem na ekran w celu odkrycia tożsamości rozmówcy. Był zbyt zdenerwowany, że ktoś przerwał jego czat z Liamem.

- Hej, Zaayn! – przywitał go radosny głos Louis’ego i Zayn musiał zamrugać, ponieważ to on zawsze dzwonił do Harry’ego i Louis’ego, aby porozmawiać czy poprosić o wspólne wyjście do baru.

- Tak, cześć, Lou – wymamrotał Zayn, ciągle trochę naburmuszony. – O co chodzi?

- O nic – zachichotał na drugim końcu linii chłopak. – Czy nie mogę po prostu zadzwonić do swojego przyjaciela, aby porozmawiać o jakichś pierdołach?

Zayn parsknął śmiechem, unosząc brwi w zabawnym geście i przytakując. – Jasne, zawsze. Tylko… dlaczego dzwonisz właśnie teraz?

- Eh, przeszkodziłem ci w czymś? – głos Louis’ego był radosny, ale starszy chłopak zakończył swoje pytanie z nutką ironii i Zayn musiał przygryźć wargę, aby nie uśmiechnąć się. Gdy przypomniał sobie, że Louis go nie widzi uśmiechnął się szczerze, ukazując przy tym rządek białych zębów.

- Nie, to znaczy… - urwał, jakby nie będąc pewnym, czy może dzielić się szczegółami swojego marnego życia towarzyskiego z kolegą.

- Taaak? No mów, mów.

Dwudziestolatek opadł na kanapę, zrezygnowany. – Dostałem hasło do tego czatu.

- I? – Louis wydawał się być coraz bardziej rozentuzjazmowany i chcąc, nie chcąc Zayn cieszył się, że choć trochę obchodzą go jego sprawy.

- I pisałem z nim – wymamrotał Zayn, czując, jak jego policzki rumienią się, a po chwili cała jego twarz, szyja i uszy były czerwone.

- I? – powtórzył, a Zayn przewrócił oczami.

- I jeśli nie przestaniesz pytać, nic ci w końcu nie powiem.

Louis jęknął bezdusznie i wciągnął kilka razy powietrze, zanim odpowiedział. – Już, będę cicho.

- Dziękuję.

I Zayn opowiedział mu, co stało się pięć minut temu, starając się nie zdenerwować na Louis’ego, który pomimo obietnicy, co chwilę mu przerywał, potakiwał, mruczał zadowolony lub krzyczał coś do Harry’ego.

A gdy w końcu skończył rozmowę, przerywając nic nie znaczącą paplaninę Louis’ego, zrobił to, na co miał ochotę od kilkunastu minut bezmyślnej dyskusji z kolegą – zajrzał na ich czat. I gdy zrobił to, musiał wziąć głęboki wdech, bo odpowiedź, która na niego czekała, sprawiła, że o mało co nie spadł z krzesła.

Dobrze. Mam nadzieję, że kiedyś to powtórzymy xx

Tak, Zayn też miał taką nadzieję. Nie wiedząc, co strzeliło mu do głowy i nie przejmując się tym zbytnio, posłał Liamowi buziaka, całując swoją dłoń i wypuszczając go w powietrze. A resztę dnia spędził marząc, aby ten o to całus dotarł do Liama. I tak musiało się stać.

****

- Jest dobrze, prawda?

- Tak, Harry, jest świetnie, chyba złapał haczyk – Louis uśmiechnął się, a gdy przerzucił rękę przez ramię przyjaciela, Harry także musiał przyznać, że było dobrze.

Wręcz rewelacyjnie.

3

Dni mijały tak szybko, jakby kalendarz planujący całe miesiące i lata był bezustannie przewijany, jakby nie zatrzymywał się w żadnym momencie, pędząc dalej jak strzała.

W ciągu tego tygodnia, może dwóch, grafik Zayn całkowicie się zmienił w porównaniu z jego poprzednim życiem. Pierwsze i najważniejsze: znalazł pracę! Był jedynie sprzedawcą w jednym z małych, przydrożnych sklepików, ale pomimo tego, jego, jak i jego rodzinę wręcz rozpierała duma, bo był to krok w dobrą stronę. W sumie, nie zdecydowały się na to, gdyby nie Liam, który pomimo studiowania architektury (Zayn w końcu zainteresował się przyszłym zawodem rozmówcy), pracował jako kelner w jednej z tych wykwintnych, luksusowych i okropnie drogich restauracji w bogatej części Londynu.

To zaimponowało Zaynowi, Liam imponował Zaynowi, ponieważ był… był Liamem. I tylko to się liczyło.

Więc każdego dnia (oprócz niedziel) po powrocie z pracy, Zayn robił sobie obiad, zastanawiając się, czy Liam jest dobrym kucharzem, później jadł ciasto czekoladowe (ostatnio tylko na takie miał ochotę i to wcale nie miało związku z tym, że to ulubiona słodkość jego rozmówcy), próbując nie wyobrażać sobie buzi Liama obsmarowanej w ciemnym, słodkim kremie, co nie przychodziło mu tak łatwo, pomimo tego, że ani razu nie widział go na oczy.

No właśnie, Zayn wprost umierał z pragnienia zobaczenia Liama; jego ciała, twarzy, oczu, nosa, uszu, ust, nóg, bicepsów, klaty, peni… zapomnijcie o ostatnim. To uczucie zjadało go od środka, paliło, przecinając go na pół, ponieważ był tak blisko Liama, a jednocześnie tak daleko. Nie mógł poprosić go o zdjęcie, ponieważ zdążył zorientować się, że mężczyzna był dosyć nieśmiały, a to mogłoby go odstraszyć. Mógłby pomyśleć, że Zayn oceniał ludzi tylko po wyglądzie (co cóż… było prawdą, ale kiedyś, nie teraz) lub po prostu przestraszyć się pokazywania swoich fotek nieznajomym w sieci.

Natomiast wieczorami, o ósmej piętnaście Zayn, pomimo tego że termometr wskazywał ponad dwadzieścia stopni, robił sobie ciepłą herbatkę i zasiadywał przed laptopem, z entuzjazmem otwierając ich czat. Uśmiechał się, gdy widział zielone kółeczko, oznajmiające, że może porozmawiać z Liamem. Gdy jednak światełko nie wyświetlało się, starał się nie denerwować, rozumiejąc, że Liam ma swoje życie i nie może całymi dniami pisać z Zaynem. Wtedy przepatrywał ich starsze rozmowy, dołując się słowami typu ‘ten podryw był zdecydowanie beznadziejny’ albo ‘mogłem napisać tak i tak’.

Liam perfekcyjnie wpasował się w jego życie. I Zayna wcale nie obchodziło, że wcale go nie znał, możliwe, że był beznadziejny w realu, wyglądał jak pięćdziesięcioletni pijak, bo dopóki rozmawiał z nim i próbował go zrozumieć, był idealny dla niego.

*****

Harry trzymał w dłoni paczkę czekoladowych płatków, uśmiechając się szeroko. Skinął głową w kierunku ich czterdziestoletniego sąsiada, odwracając wzrok i powoli się niecierpliwiąc; Louis kilka minut temu zdecydował, że zostanie przy dziale z jogurtami, ponieważ nie mógł wybrać jednego serka.

- To nie moja wina, że uwielbiam czekoladowe i jagodowe! – mówił, przypatrując się jogurtom i co chwila wzdychając.

Więc Harry poszedł dalej sam. I teraz nie był pewien, czy to dobry pomysł.

Odczekał jeszcze parę minut, w między czasie wybierając płatki i ciasteczka orzechowe, ciągle zastanawiając się, czy Louis mógł się zagubić w tak małym supermarkecie. Tak, Harry musiał przyznać, że jego kumpel czasami zachowywał się jak małe dziecko czy też niezrównoważona nastolatka, gdy zachwycał się nad nowymi zdjęciami jego ukochanego zespołu muzycznego, ale nawet pięciolatek wie, co robić w takich sytuacjach.

Kontynuował poszukiwanie ulubionego batonika, powtarzając sobie w myślach, że Louis po prostu jest zbyt łakomy i pewnie wybrał kilkanaście różnych deserów, a teraz nie może się zdecydować na tylko i wyłącznie jeden. Ale gdy usłyszał przeraźliwy huk, jakby cała druga alejka miała się zapaść, a jego serce zaczęło walić, chcąc wyskoczyć z jego śmierci, nie zważał ani sekundę i pobiegł w tamtym kierunku.

- Jezuuu – do uszu Harry’ego dotarł przeciągły jęk, połączony z masą przekleństw i po chwili zauważył sprawcę tego całego zamieszania.

Musiałby skłamać, gdyby powiedział, że zdziwił się widokiem, jaki ujrzał. Louis z całkowicie roztrzepanymi włosami, sklejonymi przez jakąś białą papkę siedział na podłodze, trzymając w dłoniach kilkanaście kubeczków z jogurtem. Wokół niego leżało jeszcze kilka deserków, na szczęście nierozlanych.

Louis przemierzył sklep oczami, dostrzegając wielu chichoczących ludzi, którzy przyglądali mu się ze szczerym rozbawieniem bądź też całkowicie na odwrót – rzucali mu oskarżające spojrzenia. Gdy jego wzrok spotkał się z wzrokiem Harry’ego, błękit spotkał zieleń, która wcale nie głosiła ‘Louis, jesteś takim idiotą’, Louis wypuścił głęboki oddech, pozwalając sobie na delikatne podniesienie kącików ust.

Harry był tuż obok niego kilkanaście sekund później, podając mu dłoń i starając się samemu nie pobrudzić, przynajmniej nie doprowadzić się do takiego stanu, w jakim znajdował się Louis. Uśmiechnął się, przeczesując zlepione kosmyki włosów przyjaciela, czując motylki w brzuchu, gdy starszy chłopak przygryzł wargę, starając nie uśmiechać się, ponieważ do cholery byli w sklepie, dokładniej przy stoisku z jogurtami, które doszczętnie zniszczyli. Odsunął się, ignorując ciepło, które rozlewało się w jego wnętrzu i zachowując między nimi bezpieczną odległość.

Tak jest bezpieczniej, pomyślał Harry, przyglądając się Louis’ego z niemym pytaniem.

- Błagam, nie – jęknął Louis, a Harry nie potrafił się dłużej powstrzymywać i wybuchł gromkim śmiechem, trzymając się za brzuch.

- Przepraszam, ale chyba muszę spytać – wymamrotał po kilkudziesięciu sekundach, wreszcie się w miarę opanowując, ale ciągle chichocząc. – No wiesz, połowa sklepu jest wkurzona, a kierownik pojawi się tutaj za kilka minut, więc to twoja ostatnia szansa na wyplątanie się z tego zamieszania, nie sądzisz?

Louis wypuścił z siebie oddech, robiąc krzywą miną i zastanawiając się, jak to ująć. Zaczął machać dłońmi wkoło, obrzucając Harry’ego deserkiem, który skapywał z jego palców.

- Chciałem kupić jogurcik – wydął usta w podkówkę, robiąc minę smutnego szczeniaczka i kurwa, to zawsze działało na Harry’ego. Louis był po prostu zbyt rozkoszny; cały umazany w serku, ze smutną miną, ale ciągle chichocząc cicho i niezbyt przejmując się całą zaistniałą sytuacją.

Choć każdy inny dorosły mężczyzna by to zrobił.

Ale tak, to był Louis. On nie był jak reszta. Był jednocześnie dziecinny i poważny, słodki i wkurzający, chamski i uroczy, rozpuszczony i… cóż, rozpuszczony. Jego śmiech był perfekcyjny, gdy chichotał jak mała dziewczynka czy dwunastolatek, który nie przeszedł jeszcze mutacji. Sposób w jaki patrzył na Harry’ego był perfekcyjny, zawsze spoglądał na niego z czułością i oddaniem godnym stwierdzenia, że naprawdę byli najlepszymi przyjaciółmi. Harry był pewien, że on patrzył na Louis’ego podobnie, może z maleńką cząstką czegoś innego, czegoś, czego Louis nigdy nie mógłby poczuć. I nie powinien tego robić.

Był idealny w całej swojej dziecinności, idealny dla Harry’ego.

- Tak, wiem Lou, ale jak to się stało, że zamiast jogurtu w naszym koszyku, – wskazał na stojący nieopodal wózek – a później w twoim brzuszku, – pogładził go po brzuchu, a Louis zamruczał, grając dalej – jest on w każdym miejscu w sklepie?

- Ja, um… tak jakby dostrzegłem mój ulubiony, brzoskwiniowy deserek na najwyższej półce i kurwa, naprawdę nie rozumiem, jaki idiota ułożył je tak wysoko, to jest niezgodne z wszystkimi prawami fizyki, to wyklucza nas, tych, którzy nie mają pieprzonych metr dziewięćdziesiąt wzrostu i do chole-

- Louis, stop! – Harry zachichotał, czując, że Louis coraz bardziej się rozkręca. – Do rzeczy.

- No i chciałem go zdjąć, stawałem na palcach, robiłem wszystko, co w mojej mocy, ale nie udało się. Więc pochyliłem się może trochę za bardzo i nie mam pojęcia jak, ale w jednej chwili wszystkie jogurty znalazły się na ziemi… - zrobił zaskoczoną minę, otwierając przesadnie usta.

Harry uśmiechnął się, kręcąc z politowaniem głową i pochylając nad Louis’m, aby zetrzeć mazię z jego policzka. Gdy palcami dotknął skóry jego twarzy, poczuł jak przechodzi go dreszcz i podniósł wzrok, spotykając zagubiony błękit. Starał się opanować, wyginając przesadnie usta i wzruszając ramionami.

Harry chciał powiedzieć coś inteligentnego, rozluźnić atmosferę, która nagle stała się bardzo napięta, a coś, co nie zostało wymówione zaległo między nimi, tworząc czarną dziurę, która powoli wsysała Harry’ego do środka. Lecz znowu przypomniał sobie, że jest, do cholery, w miejscu publicznym, wszyscy się na nich patrzą, a sklep utonął w jogurcie.

I jednocześnie był całkowicie wkurzony i rozradowany, gdy kierownik wreszcie się zjawił, od początku krzycząc na nich i przeklinając ich od dwóch niedojd. To się nie liczyło, bo był tutaj Louis, a wtedy wszystko było lepsze.

****

To był jeden z dni, podczas których Zayn chciał jedynie leżeć pod kołdrą, pić ciepłą herbatę i pozbyć się wszystkich myśli, pozostać samym ciałem i pozwolić duszy odpocząć. Ale oczywiście, to nie w chodziło w grę.

Przynajmniej w dużej mierze, ponieważ szczęśliwie udało mu się skombinować sobie jednodniowy urlop, odstawiając szopkę z chorobą przed szefem. Wcale nie skłamał; naprawdę nie czuł się dobrze. Był zmęczony i osowiały, sądził, że to przez pracę, bo przecież nie robił tego tak długo, a teraz musiał spędzać godziny w sklepie, męcząc się z nachalnymi klientami.

Nie żeby narzekał. Nie, naprawdę tego nie robił, bo polubił swoje życie, tak prawdziwie. I to zaskakujące, że tylko dzięki jednej osobie.

Więc gdy tego dnia usiadł na kanapie, tak jak sobie obiecał – pod kocykiem i z kubkiem wrzącej herbaty w dłoniach, kładąc laptopa na kolanach, nie był w najlepszym humorze. Ale za żadne skarby świata nie mógł sobie odpuścić rozmowy z Liamem, mając nadzieję, że on rozweseli jakoś ten pochmurny w jego życiu czas. Co z tego, że był już czerwiec, a temperatura na zewnątrz przekraczała dwadzieścia pięć stopni…

Hejo, Zayn!

Uśmiechnął się na szybkość z jaką Liam napisał przywitanie, musiał mieć je przygotowane już wcześniej, czyli na niego czekał, czyli mu na nim zależało. Czyli Zayn naprawdę mógł szczerzyć się do laptopa jak szalony, bo to było uzasadnione.

Czeeeeść.

Co dalej? Jakoś nigdy nie brakowało im tematów do rozmów.

Co tam u Ciebie? x

Omg, buziaczek! Zayn chciał skakać z radości, ale zaraz, zaraz, nie mógł. To do niego nie pasowało, nie pasowało do jego wizerunku, dodatkowo rozlałby swoją pyszną herbatkę, a do tego nie mógł dopuścić.

Co do pytania Liama; nie wiedział, jak odpowiedzieć. Mógł po prostu odpisać: ‘okej, dzięki, że pytasz’, ale wiedziałby, że w takim wypadku nie byłby szczery w stosunku do rozmówcy, bo chciał powiedzieć więcej, dużo, dużo więcej. Ale z drugiej strony, Liam pewnie zapytał czysto technicznie i nie obchodziło go zbytnio samopoczucie Zayna, więc nie chciał go zamęczać nudnymi opowieściami o swoim humorze.

Okej.

Zayn nie wiedział jakim cudem wystukał kolejną odpowiedź, ale czuł, że musi to zrobić. Gdy przeczytał ją po wysłaniu, jej treść, delikatnie mówiąc go zdziwiła.

Szczerze, okropnie.

Nie musiał długo czekać, już po kilkudziesięciu sekundach, zaniepokojony Liam napisał.

Co się dzieje, misiu?

Hohohoho, kiedy przeszli do takich zdrobnień? Misiu, to prawie jak skarbie, słoneczko, kwiatuszku, kochanie! Nie żeby Zayn miał coś przeciwko, ponieważ naprawdę mu się to podobało. Więc teraz, skoro Liam naprawdę się przejął (albo przynajmniej dobrze udawał), naprawdę musiał mu odpowiedzieć.

Po prostu napisał to, co czuł.

Ogólnie mam zły dzień. Czuję się jakiś odosobniony… w mieszkaniu jest tak pusto, potrzebuję czyjegoś głosu, ciepła.

Przesadził? Możliwe, ale widział, że Liam go nie odrzuci. Przynajmniej miał taką nadzieję.

Cierpliwie oczekiwał na odpowiedź, która nie nadchodziła od dwóch minut; wskaźnik pisania był w ciągłym ruchu, po czym urywał się. Tak jakby chłopak chciał coś powiedzieć, ale się bał. Tylko czego, kogo?

Um…

Serce Zayna zatrzymało się na moment, po czym zaczęło bić jak szalone, chcąc wyskoczyć z jego piersi. A co, jeśli Liam będzie chciał tu przyjechać?

Zayn uderzył się otwartą dłonią w czoło, przewracając oczami na swoją głupotę. Zbyt dużo sobie wyobrażał, miał nienormalne marzenia i nadzieje, to było bezmyślne. Naprawdę sądził, że jego rozmówca, z którym nawet osobiście się nie zna, rzuci wszystko i przyjedzie do jego mieszkania tylko dlatego, że było mu smutno? Był totalnym idiotą.

Nie wiem, czy to jakoś pomoże, ale myślałem o tym od dłuższego czasu, więc może to dobry moment?

Co, co, co, co, Liam pisz szybciej, ty wredna małpo!

Może masz ochotę ze mną porozmawiać…

Ciągle rozmawiamy :)

Przez skype?

Kurwa, Zayn czuł, że naprawdę coś mu dzisiaj odwala. Powinien się uspokoić i zacząć myśleć, bo na razie tylko ciągle się ośmiesza. I pewnie przejąłby się tym, gdyby nie propozycja Liama.

Mógł wreszcie go zobaczyć. Na własne oczy, przez kamerkę… mógł wreszcie sprawdzić, czy dobrze go sobie wyobrażał. Czy był przystojnym brunetem ze szmaragdowymi oczami, głębokimi i podobnymi do tych Harry’ego? A może blondynem z błękitnymi tęczówkami, w których tonąłby przy każdym spojrzeniu?

Zayn musiał otrząsnąć się, aby powrócić z pięknych zakątków wyobraźni do swojego prawdziwego życia. Zrobił to jedynie dlatego, że Liam czekał na odpowiedź; gdyby nie to, pozostałby we własnym, małym świecie do końca dnia. Albo i dłużej.

Oh, to miałeś na myśli.

Um, tak… ale wiesz, jeśli nie chcesz to nie mu-

- Nie! – krzyknął Zayn i dopiero wtedy uświadomił sobie, że Liam tego nie słyszy. Był przecież w innym miejscu, pewnie daleko od jego mieszkania i nawet, gdyby wrzasnął najgłośniej, jak potrafi, mężczyzna i tak tego nie usłyszy.

Nie! To świetny pomysł, serio :D

Okej, więc… podasz mi swoją nazwę?

Zayn szczerzył się jak szalony, pisząc swojego skype’a i sprawdzając każdą literę, aby być pewnym, że się nie pomylił i że zamiast z nim, Liam nie rozmawiałby z jakąś pięćdziesięcioletnią babą albo szesnastoletnim napaleńcem.

Umówił się z Liamem na dwudziestą trzydzieści, była to dosyć późna pora, ale musiał dać sobie przynajmniej dziesięć minut na przygotowanie się. To miało być jego ‘pierwsze spotkanie’ z Liamem i będąc pewnym, że on jest idealny, sam musiał wyglądać przynajmniej dobrze.

I pomimo tego, że nie miał kompleksów czy też zbyt niskiej samooceny, efekt końcowy go zadziwił. Pozytywnie. Miał na sobie dżinsową koszulę, która idealnie eksponowała jego umięśnioną klatę i czarne spodnie, najwęższe jakie udało mu się znaleźć w szafie. Mógł sobie wreszcie na takie pozwolić, nie bojąc się o ich szybkie ściągnięcie. Chyba, że…

Okej, wysłałem zaproszenie

Zaakceptowałem :)

Liam miał rację, bo już kilka sekund później do uszu Zayna dobiegł piskliwy dźwięk, oznajmiający, że są znajomymi, a zaraz po nim kilka następnych.

Więc przenosimy się na skype’a?

Tak, tak sądzę.

- Okej, okej, teraz spokojnie, Malik – mówił cicho Zayn, biorąc głębokie oddechy co słowo.

Gdy policzył do dwudziestu i wydawał się sobie na tyle uspokojony, aby wymówić chociaż jedno słowo, wcisnął przycisk rozpoczynający ich rozmowę wideo.

****

Zayn nie wiedział jak się oddycha. To było coś w stylu wdech-wydech-wdechwdechwdechwdech, tak? A przynajmniej tak robił od czasu, gdy zobaczył Liama na ekranie.

Ponieważ, kurwa, on był doskonalszy niż Zayn mógł to sobie wyobrazić.

Liam był przystojnym dwudziestolatkiem z krótko obciętymi, ciemnymi włosami i przepięknymi, głębokimi, brązowymi oczami, w których Zayn zatracił się przy pierwszym rzucie okiem na jego osobę. Miał też kilkudniowy zarost, który dodawał mu męskości i Zayn już teraz mógł sobie wyobrazić, jak kułby, gdyby brodą po jego policzku.

Ale nie powinien tego robić, bo Liam go widział i Zayn musiał zaprezentować się najlepiej, jak tylko potrafił. Uśmiechnął się delikatnie, aby pokazać, że jest zadowolony(zadowolony? Był wniebowzięty!) z ich rozmowy i z drugiej strony, nie robiąc tego zbyt mocno, aby nie wyglądać jak napalona nastolatka.

- Um, hej? – posłał mu szerszy uśmiech, podnosząc brwi do góry.

- Tak, cześć – gdyby Zayn mógł robić cokolwiek, oprócz odtwarzania w myślach ‘tak, cześć’ Liama, pewnie zauważyłby, że mężczyzna jest zdenerwowany i troszkę onieśmielony.

Ale udało m się tylko zrozumieć, że Liam miał przepiękny głos. Pomruk, który wydał z siebie był głęboki i zakończony delikatną chrypką, gdy pod koniec oczyścił swoja gardło. Mówił powoli, przeciągając sylaby i choć Zayn wypowiadał się dosyć szybko i właśnie taki tryb mówienia preferował u innych, czuł, że mógłby słuchać dźwięków, jakie wydawał Liam do końca życia i o jeden dzień dłużej.

O czym rozmawia się na skypie z bardzo, ale to bardzo przystojnym mężczyzną, którego nigdy nie widziało się na oczy?, myślał Zayn i w końcu postawił na naturalność.

- Co robisz? – no, prawie.

- Um, nic? – Liam wydał z siebie mały chichot, który Zayn natychmiastowo wpisał na listę cudów świata. – Jak widzisz, właśnie rozmawiam z tobą i eee, to chyba tyle.

- Okej – Zayn także zachichotał i to by było na tyle, bo cóż… zrobiło się naprawdę niezręcznie. – To takie dziwneee.

Liam zaśmiał się ponownie; tym razem jego śmiech był inny, jakby bardziej szczery i to zdecydowanie rozluźniło sytuację. – Tak, masz całkowitą rację.

To była jego szansa.

- Miałem rację też w innej sprawie – zaczął Zayn, biorąc łyka swojej herbaty.

- Hmmm, o co chodzi? – Liam podniósł brwi, a jego twarz dziwnie pobladła.

- O to, że naprawdę jesteś przystojnym brunetem – powiedział to, wreszcie to powiedział i był naprawdę z siebie dumny.

- Oh – Liam mruknął, nie wiedząc, jak odpowiedzieć. Podrapał z zastanowieniem szyję, mówiąc – Dziękuję?

Kolejnym powodem do dumy, mógł być kolor, który przyozdobił policzki, szyję i uszy Liama. To urocze, stwierdził Zayn, karcąc się w myślach za oddalanie się od swojego starego imagu.

- To po prostu prawda – wyszczerzył się, czując, jak cały jego okropny nastrój pozostawia go w spokoju, pozwalając szczeniackiej radości przejąć jego serce.

Może ten wieczór nie był jeszcze stracony?

****

- Dobranoc, Harry – wyszeptał Louis, przebrany w swoją piżamę z misiami.

- Branoc, Lou – odrzekł Harry, posyłając mu delikatny uśmiech i znikając za drzwiami sypialni.

Kilka sekund później, Louis wskoczył na niego, składając pocałunek na jego czole i Harry naprawdę chciał go uderzyć. Gdy jego przyjaciel wybiegł, ciągle chichocząc jak dziewczynka, Harry oparł się o drzwi, oddychając ciężko.

****

Obudził się w takiej samej pozycji, w jakiej zasnął. Z jedną różnicą: laptop leżący na jego kolanach zaczął mocno mu ciążyć; wcale nie był taki lekki, jak obiecywał sprzedawca. Nie wiedział jak udało mu się tak zasnąć, pamiętał tylko, że przeglądał do późna jakieś strony internetowe i powoli zasypiał przed ekranem komputera.

Jęknął cicho, mrugając jak szalony, aby świat powrócił do pierwotnych barw. Zmarszczył brwi, patrząc na laptop; jego ekran świecił się, co nie było czymś normalnym, przecież miał ,wyznaczony czas czuwania.

Po kilkunastu sekundach wszystko się wyjaśniło. Głośny dźwięk dzwonka na skypie przerwał głuchą ciszę, którą tak umiłował sobie Harry. Spojrzał na ekran, nie mogąc zrozumieć, kto byłby w stanie dzwonić do niego – spojrzenie na prawy, dolny kąt ekranu – o trzeciej w nocy.

- Oczywiście – Harry przewrócił oczami, czytając napis, bo mógł się tego spodziewać. Tylko jego przyjaciel mógłby to zrobić, będąc kilkanaście metrów dalej.

Harry przyjął rozmowę wideo, a już kilka sekund później jego oczom ukazał się zaspany obraz Louis’ego.

I Harry chciał umrzeć, bo to niemożliwe, aby wyglądać tak perfekcyjnie o takiej porze. Ale znów przypomniał sobie, że to przecież Louis i jedynie westchnął, odwracając wzrok od błękitów jego oczu i niesfornych kosmyków grzywki.

- Tak, Lou? – zapytał delikatnym tonem, przeczesując palcami loki i układając się wygodniej na łóżku.

- Nie mogę zasnąć – głos chłopaka był cichy i drżący, a Harry chciał go chwycić w ramiona i nie puszczać, aż wreszcie na jego ustach pojawi się ten rozbrajający uśmiech.

- Dlaczego po prostu tutaj nie przyszedłeś?

- Nie obudziłbyś się, potrzebne mi było coś głośnego – Louis zachichotał, ale nadal brzmiał smutno, co łamało serce Harry’ego.

-Tak, to prawda – zgodził się.

- Zaśpiewaj mi kołysankę, – mruknął Louis, a widząc skwaszony wyraz twarzy Harry’ego, dodał – proszę?

- Lou – zaczął Harry delikatnie, starając się go nie urazić. – Wiesz, że ja nie śpiewam.

- Nieprawda – kłócił się Louis. – Słyszałem jak śpiewasz pod prysznicem, Haz. Robisz to przepięknie!

- Oh… - Harry zakodował sobie w myślach, aby nigdy więcej tego nie mruczeć w łazience. Pomimo, że to uwielbiał. – Więc inaczej: nie śpiewam dla ludzi.

- Ha-rryyy – nalegał Louis, przeciągając sylaby.

- Nie, Lou – warknął stanowczo, może trochę zbyt mocno. – Przepraszam.

Louis westchnął, wyginając usta w podkówkę. – Okej.

- Mogę opowiedzieć ci dobranockę – zaproponował Harry z chichotem.

I Louis przystał na to, a Harry mówił cicho i delikatnie, co chwila zerkając na przyjaciela, aż wreszcie usłyszał ciche chrapanie. Uśmiechnął się, całując ekran w miejscu, gdzie powinno być czoło Louis’ego i zamknął laptop, powoli odpływając w krainę Morfeusza.