Początek tygodnia zapowiada się szalenie, zostaje tylko kilka dni do premiery Phantom, więc Louis upewnia się, by przyjść do pracy o wczesnym poniedziałkowym poranku, zatrzymując się, by pomachać Danielle przez drzwi studia tańca i idąc wyżej do swojego biura. Nie jest pewien kiedy zaczął oczekiwać przychodzenia do pracy, ale zauważa, że pomrukuje z radością, zapisując w notatniku wiadomości ze skrzynki z weekendu, następnie wpisując numer Harry’ego z pamięci.
- Dzień dobry, słońce – mówi, kiedy Harry odbiera – nie oczekiwałam, że odbierzesz, myślałem, że będziesz już w pracy. Chyba że wagarujesz, czekając na mój telefon, mylę się?
- Nie do końca – odpowiada Harry ochrypłym głosem – dziś idę na południe, zamieniłem się zmianami.
- Aww – mówi Louis do telefonu – czy w takim razie obudziłem małego Harry’ego? – Jęk i dźwięk wydmuchiwania nosa w chusteczkę potwierdza jego przypuszczenia. – Cóż – mówi – dzwoniłem, żeby upewnić się, że przekażesz Liamowi i Zaynowi, że otwieramy o siódmej trzydzieści, żeby wiedzieli, o której przyjść, jeśli chcieliby zjeść wcześniej kolację. – Wyciąga się na krześle, naprężając ramię, by zamknąć drzwi do biura. – Jak przebiega wielka niespodzianka?
- Całkiem dobrze – mówi Harry. – Wydaje mi się, że Liam przewrócił oczyma na Webbera i w ogóle, ale próbował to ukryć.
- Jestem pewien, że mimo wszystko cię za to kochają – mówi Louis, bo wie, że to prawda, mimo że nie zna Liama i Zayna.
- Tak – mówi Harry. – Czekaj sekundę, muszę przełożyć koszulkę przez głowę, odłożę telefon. – Louis usiłuje nie wić się na krześle na myśl o Harrym zdejmującym koszulkę, ale jego krzesło i tak lekko chwieje się na kółkach.
- Czy chcesz mi przez to powiedzieć, że wspaniały Harry Styles jest bez koszulki w mojej obecności? – pyta Louis nieco uwodzicielskim głosem dla dobrego efektu. – Cóż, czuję się wyróżniony na tę myśl, naprawdę.
- Naprawdę jesteś dziwny, prawda? – żartuje Harry. – Ale, um. Tak.
- Tak? – pyta Louis, bo to bardzo, bardzo odnosi się do jego zainteresowań. Jego ponownie wzbudzonych zainteresowań.
- Znaczy… to prawdopodobnie niezręczne, jesteś w pracy i… nieważne – mówi, a Louis uwielbia, kiedy Harry jest tak wytrącony z równowagi, przypomina mu to o początku ich telefonicznych zalotów. – Powiem Liamowi i Zaynowi o otwarciu, jestem pewien, że będą chcieli iść najpierw na kolację.
Louis przełyka ślinę i zgaduje, że to teraz albo nigdy, biorąc pod uwagę, że przedstawienie jest już za niecały tydzień. – Czy to musi być niezręczne?
- Czy… czy co musi być niezręczne? – Głośne przełykanie śliny Harry’ego jest słyszalne nawet przez telefon.
- Mówię tylko – zaczyna Louis, zaniżając głos, żeby nie było go słychać w większym biurze i mając nadzieję, że Paul nie przechodzi obok właśnie w tym momencie – że nie ma niczego złego w byciu bez koszulki, prawda?
- Oczywiście, że nie – wyjąkuje Harry. – Znaczy, częściej jestem bez koszulki niż w kosuzlce, szczerze mówiąc… znaczy…
- Och nie, nie pozwalam – mówi Louis, uśmiechając się i odjeżdżając na krześle od drzwi. – Nie możesz mnie tak z tym zostawić, prawda? Kontynuuj, proszę, Harry Stylesie.
- Kontynuować? – pyta Harry. – W sensie… jakby, mam mówić ci, co mam teraz na sobie?
- Jeśli chcesz? – pyta Louis, usiłując mówić ochrypłym głosem, który prawdopodobnie brzmi na zmordowany, bo zaczyna mu się już ciężko oddychać w tym zamkniętym, cholernym biurze.
- Ja… cóż, w porządku – mówi Harry, wzdychając, jakby nie był w stanie do końca stwierdzić, czy to dobry pomysł, czy nie, ale dodaje – Znaczy… teraz, kiedy koszulka jest na ziemi, jestem jedynie w slipkach – co oznacza, że zdecydował się błądzić po stronie kontynuowania.
- Mmm – mówi Louis, desperacko usiłując wyobrazić sobie ten widok, nawet nie wiedząc, od czego zacząć, ale ciesząc się tym i tak. – Jakiego koloru?
- Um. Niebieskie? – pyta Harry, brzmiąc na tak zdenerwowanego, jak pierwszego dnia, kiedy rozmawiali.
- Dobrze – mówi Louis ledwo słyszalnie, dostając paranoi na myśl, że ktoś na zewnątrz może słyszeć, jak ta rozmowa przybrała, cóż, taki obrót.
- Dobrze? – powtarza Harry.
I dlatego, że Louis nigdy nie był z tych, którzy się od czegoś powstrzymują, mamrocze – Tak, ale lepiej, gdybyś ich nie miał, wiesz…
Na to Harry bierze nieprzyzwoity płytki wdech.
- Ja, um – mówi, po czym zatrzymuje się, a Louis musi nieco poprawić się na siedzeniu na to, co przychodzi później – zgaduję, że również nie miałbym nic przeciwko.
- Dobrze wiedzieć – mamrocze Louis, prostując się na dźwięk kroków za drzwiami. Zatrzymuje się, aż dźwięk cichnie, po czy dodaje – Jako że żaden z nas nie miałby nic przeciwko, może chciałbyś mi powiedzieć, czemu jeszcze nie miałbyś nic przeciwko?
- Och – mówi Harry, mimo że jest to raczej zwyczajne skomlenie, nie słowo, a Louis przygryza wargę. – Znaczy. Nie miałbym nic przeciwko… Jeśli chciałbyś… Znaczy…
- Chciałbym? – pyta Louis i tak trudno jest mówić cicho, tak trudno jest nie móc widzieć teraz Harry’ego na swoim łóżku w samych slipkach, nie wiedzieć, jak w ogóle wygląda ten widok, tak trudno nie przycisnąć teraz ręki do swojego krocza.
- Chciałbyś, wiesz – mówi Harry tak niskim głosem, że to jedynie nieco więcej niż gruchotanie – dołączyć do mnie. W nieposiadaniu wielu ubrań na sobie.
- Kurwa – szepcze Louis, cicho, nisko gwiżdżąc. – Ja też nie miałbym nic przeciwko, no nie powiem.
- Mógłbym w tym pomóc – kontynuuje Harry – gdybyś chciał. Jestem bardzo chętny, żeby ci dogodzić, jeśli jeszcze się nie domyśliłeś.
- Mógłbyś to zrobić – mówi Louis, patrząc na klamkę, usiłując jednym uchem dosłyszeć nawet najcichszy krok. – Zdecydowanie mógłbyś to zrobić, mów dalej.
- Um – mamrocze Harry – cóż, najpierw musiałbym wiedzieć, co masz na sobie.
Louis ponownie spogląda na drzwi, oblicza swoje szanse i sięga, by zamknąć je na klucz. – Fioletowa koszula na guziki, obcisłe spodnie, nie mam podkoszulka – mamrocze, odsuwając się jak najdalej od drzwi w kąt biura i w końcu przyciskając dłoń do miejsca przechodzącego przez jego ciało napięcia.
- Chciałbyś, żebym je dla ciebie odpiął? – pyta Harry, a jego głos jest zaskakująco pewny jak na niego, jakby robił już coś takiego wcześniej, a myśl o tym doprowadza Louisa do obłędu. – Zrobiłbym to powoli, wiesz. Po jednym.
- Tak – syczy Louis – mógłbyś to zrobić, tak.
- Po jednym – powtarza Harry – aż nie zostałby już żaden. A potem co bym zrobił?
- Kurwa – mówi ponownie Louis – zawsze jest jeszcze jeden guzik, z którym mógłbyś mi pomóc, wiesz? Nie tylko w koszuli są guziki.
- Masz rację – mówi Harry. – Z tym też mógłbym pomóc.
- Chciałbym, żebyś pomógł – szepcze Louis.
- Ja też bym chciał. – Głos Harry’ego jest teraz tylko odrobinę głośniejszy.
Louis powstrzymuje jęk, zaciskając usta, ale wie, że Harry jest w stanie go usłyszeć.
Harry nic nie mówi.
Obaj nic nie mówią.
A Louis po raz pierwszy nie wie, co z tym zrobić.
- Um – mówi Harry po minucie. – Prawdopodobnie powinienem… Mam do załatwienia kilka rzeczy przed pracą, więc prawdopodobnie powinienem iść.
- Ja też – zgadza się Louis, nadal wijąc się na krześle. – Powinienem… Muszę oddzwonić na kilka telefonów.
- Prawdopodobnie powinieneś to zrobić – mówi Harry, a jego głos jest nieco dziwny. – Jesteś w pracy i w ogóle.
- Tak – mówi Louis i, cholera, miał rację, mówiąc, że Harry jest złośliwcem, bo w tej chwili jego erekcja napiera na spodnie, a twarz musi mieć setki odcieni czerwieni. – Prawdopodobnie powinienem.
- Powinieneś – mówi Harry. – Ja powinienem iść.
- Tak – mówi Louis, po czym dodaje na przekór wszystkiemu, bo to właśnie robili to dej pory – daj mi znać, jeśli będziesz miał jeszcze jakieś pytania przed przedstawieniem w piątek, dobrze?
- Dobrze – jest wszystkim, co mówi Harry, zanim się rozłącza.
Louis otwiera drzwi, z ledwością nasłuchując kroków i udaje się do toalet na piątym piętrze tak szybko, jak jest w stanie w desperackiej, ewidentnej próbie nie wpadnięcia na nikogo po drodze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz