Pomyśl zanim coś zrobisz.
Pierdolona zasada. Zayn z całą pewnością nie potrafił się do niej dostosować. Nie myślał wczorajszej nocy, wbijając na wpół przytomnego Stylesa w zimne, łazienkowe kafelki, nie myślał także dzisiaj, napierając ponownie na usta szatyna z jeszcze większą zachłannością i pożądaniem. A w momencie, gdy znalazł się w pozycji klęczącej, mając przed sobą męskość Harry’ego, wszystkie jakiekolwiek racjonalne myśli uleciały z głowy chłopaka, pozostawiając tylko te nieprzyzwoite. Dosłownie dał się wyruchać. Ale czy istniała możliwość wstrzemięźliwości przy takiej pokusie, jaką prezentował sobą pan Styles?
Zayn często bywał porywczy, impulsywny, ale o ile dobrze pamiętał, nigdy nie dał się aż tak wyprowadzić z równowagi, i to dwa razy w ciągu zaledwie dwóch dni. Właściciel pieprzonych zielonych oczu nieźle namieszał mu w głowie; pozostawił po sobie bałagan, z którym Malik musiał się teraz uporać. Umysłowy mętlik nie był jego jedynym problemem. Pominąwszy potargane włosy i wciąż opuchnięte wargi, postać Zayna prezentowała się w miarę przyzwoicie, lecz reszta otoczenia prosiła o pomstę do nieba. Chaos, rozgardiasz, nieład. Brunet z trudem doszukał się podłogi pod stertą zapewnie ważnych papierów i teczek.
- Kurwa. – cisnął, zrzucając pozostałości z dębowego biurka. Większy bałagan był już niemożliwy.
Nierówny oddech powoli wracał do normy, a wydarzenia sprzed kilku ostatnich minut łączyły się do analizy. Zrób, a potem pomyśl. Niedorzeczne. Malik nie mógł sobie pozwalać na takie wybryki, to przecież mogłoby zadecydować o jego stanowisku w firmie. Czy przypadkiem to nie on teraz obejmuje przegraną pozycję? Stracił kontrolę, a Styles może chełpić się zwycięstwem. Wygrana w dennej konkurencji na kreatywność nic nie znaczyła, gra nabrała nowych, całkiem innych zasad i Zayn musi się ich szybko nauczyć, zanim zrobi to jego zielonooki przeciwnik.
Cichy odgłos pukania do drzwi zabrzmiał w uszach Mulata. Zaalarmowany szybko znalazł się przy wejściu; panujący bałagan w pomieszczeniu powinien na razie zostać w ukryciu. Prześlizgnął się przez wąską przestrzeń między drzwiami a framugą, by rozmowa odbyła się poza terenem gabinetu. Gościem okazała się szczupła blondynka, do której Zayn nie pałał szczególną sympatią. Ta niechęć była bezpodstawna, widoczne zauroczenie panny Delevingne w Stylesie nic nie znaczyło, a przynajmniej tak sobie wmawiał.
Malik posłał dziewczynie nieme pytanie, szczelnie zamykając drewnianą powłokę za swoimi plecami.
- Wszyscy na pana czekają w konferencyjnej, spotkanie powinno zacząć się pięć minut temu. – wytłumaczyła grzecznie, nie zwracając uwagi na ostrożność mężczyzny przy zamykaniu drzwi.
- Jakie spotkanie? – Brunet nie miał pojęcia o żadnym spotkaniu, Depp nic nie wspominał, zostawiając mu biuro pod opiekę.
Cara wydawała się jeszcze bardziej zszokowana niewiedzą Malika niż on sam, zamrugała kilka razy swoimi dużymi oczami i ponownie przemówiła:
- Spotkanie z nowym klientem, pan Depp zadecydował, że wstępne rozmowy zostaną przeprowadzone przez asystentów. – Mina Zayna ciągle ukazywała lekkie zagubienie i dezorientację, co przypomniało dziewczynie o pewnym ważnym fakcie. – Hazz miał panu to przekazać, gdyż to jego Depp o tym poinformował kilka dni przed swoją planowaną nieobecnością. – dodała ostatecznie.
- Hazz?
- Znaczy się pan Styles. – rzekła cicho, spuszczając wzrok na swoje wypolerowane czółenka, a na jej policzkach zakwitły różowe barwy.
Hazz! Wymyśliła już nawet dla niego zdrobnienie! A brzmi jak nazwa środka owadobójczego! „Nie pozwól komarom zburzyć cudownego snu, rozpyl Hazz, a owady padną na raz! Przy zakupie dwóch opakowań, łapka na muchy gratis!” Ciekawe czy Hazz wie, że tak o nim mówi. Są już przecież takimi bliskimi przyjaciółmi, że mogą używać słodkich zdrobnień, wymieniać się drugim śniadaniem i grać w łapki.
Szkoda tylko, że Hazz to pierdolony kutas i zupełnie przypadkiem zapomniał poinformować Zayna o spotkaniu z wpływowym klientem.
Malik ominąwszy w pośpiechu Carę, dotarł do sali konferencyjnej. Przeprosił za swoje spóźnienie i zajął miejsce naprzeciwko Stylesa, który nie ukrywał zuchwałego spojrzenia spod nieokiełznanej grzywki przykrywającej czoło chłopaka. Poniekąd, Zayn był dumny z fryzury szatyna, którą sam skomponował podczas incydentu w gabinecie Deppa. Odkaszlnął cicho i skupił swoją uwagę na starszym mężczyźnie zajmującym centralne miejsce przy stole. Siwe oczy inteligenta skupiały się na czytanym tekście, a wyraziste rysy twarzy oddawały każdą emocję; nad cienką linią bladych warg rosły dumne wąsy, zakręcając się delikatnie przy końcach. Postawę miał łagodną, bezkonfliktową. Poczciwy wujaszek, którego rady człowiek zrozumie dopiero po popełnionym błędzie.
- Ma pan tendencję do spóźnień, panie Malik. – wypowiedział z udawaną grzecznością Styles. Oparł się luźno o lakierowany blat stołu. W oczach miał zaciekłą iskierkę o nazwie prowokacja.
Nadchodzącą wymianę zdań powstrzymał Davis, tak właśnie nazywał się mężczyzna z wąsami. Zainteresowany był jedynie tym, co PromoTeam jest w stanie mu zaproponować, potyczki słowne pracowników były całkowicie zbędne. Asystenci zrozumieli przekaz, to była praca i tego należy się trzymać. Pierwszy głos należał do Stylesa lub jak ktoś woli Hazzy. Był wyśmienicie przygotowany, słowa ulatywały z jego ust pewnie, bez zawahania. A Zayn? Musiał improwizować. Znowu znajdował się na przegranej pozycji. Chyba że…
Pomyśl zanim coś zrobisz.
Zayn pomyślał. Musiał jakoś ratować się w tej sytuacji, skoro Harry grał nieczysto, Malik musiał znaleźć tajną broń. Wiedział, że Styles jest opanowany, lubi kontrolę i porządek, jednak posiada słaby punkt. I teraz ten słaby punkt miał zamiar wykorzystać.
Odkaszlnął ponownie, przykładając sobie rękę do ust. Gest ten zwrócił uwagę pozostałych, czyli tak jak zaplanował brunet.
- Zaschło mi w ustach, wybaczcie. – rzekł, sięgając po plastikową butelkę wody, która była dla niego przeznaczona.
Davis kiwnął tylko głową i nieprzyjęty słowami Malika wrócił do przemowy Stylesa, który jeszcze nie zdawał sobie sprawy, co szykuje dla niego Zayn. Spokojnie kontynuował przygotowaną argumentację, nie spuszczając bruneta z oczu.
Idealnie.
Mulat powoli odkręcił butelkę, utrzymując ciągle kontakt wzrokowy z szatynem. Zamiast od razu przyłożyć butelkę do ust, zaczął jeździć palcami po plastikowym ustniku, wolne, delikatne kółka. Styles głęboko wciągnął powietrzne, odczytując subtelne gesty ciemnowłosego, który w środku celebrował już swoje rychłe zwycięstwo. Przymrużył kusicielsko brązowe oczy i pozwolił, aby jego wargi delikatnie się rozchyliły. Wszystkie te bodźce docierały do Harry’ego, który miał coraz większe problemy z umiarkowaniem swego oddechu.
Zayn miał ułatwione zadanie, gdyż ich klient siedział całkowicie zwrócony do szatyna, więc nie mógł zauważyć jego poczynań, które stawały się z każdą chwilą odważniejsze. Butelka znajdowała się już przy soczystych wargach bruneta; upewniwszy się, że ciągle był obserwowanego przez Harry;ego, przejechał językiem po plastiku w identyczny sposób, w jaki doprowadzał Stylesa do szału niecałe pół godziny temu. W duchu zaśmiał się na nerwową reakcję zielonookiego, który całkowicie stracił wątek swojej wypowiedzi, wiercąc się na swoim miejscu, zapewne by ukryć powstały problem w jego spodniach.
- Dobrze się pan czuje? – zapytał najstarszy, widząc dziwne zachowanie swojego rozmówcy.
- Ta-ak – Zazwyczaj opanowany głos teraz niebezpiecznie się zachwiał. – Tak. – poprawił się już trochę pewniej.
Malik upił łyk wody i z uśmiechem odstawił napój na miejsce. Victoria. Jednak spodobała mu się ta zabawa, nie miał zamiaru tak szybko odpuścić Stylesowi, który z całych sił starał się omijać wzrokiem sylwetkę Mulata.
- Wygląda pan na zdenerwowanego. – ton Davisa ponownie rozległ się po pomieszczeniu, gdy jego soczewki badawczo przyglądały się szatynowi. – To może teraz pan zabierze głos. – tym razem zwrócił się do drugiego mężczyzny, który prezentował zupełnie inną postawę. Był rozluźniony i zrelaksowany. W myślach szybko przygotował krótką przemowę, z którą teraz zapoznawał towarzyszy, tego starszego z obojętną miną i szatyna, który mógłby zabić wzrokiem.
Jad z zielonych oczu Stylesa jeszcze bardziej podsycił Zayna. Oparł się wygodnie o skórzane obicie fotela, trzymając w ręku jeden z naszykowanych długopisów. Szybko zaznajomił się z pisakiem, przesuwając po nim palcami w górę i w dół. Kolejne prowokujące spojrzenia w stronę Harry’ego, który zdawał się być na skraju wytrzymania. Ponad rumianymi policzkami połyskiwały pożądliwe zielone tęczówki, a klatka piersiowa zaczęła się poruszać w szybki rytm oddechu, który starał się nieudolnie wstrzymywać.
Malik nie przestawał sprawnie poruszać długopisem w swoich dłoniach, ciesząc się pewnym zwycięstwem. Bezceremonialnie wygrał.
- Na tym chyba dzisiaj skończymy. – Davis stwierdził, zbierając do teczki wszystkie omawiane dokumenty; przyjrzał się jeszcze ostatni raz swoim rozmówcom, zatrzymując dłuzej wzrok na postaci Stylesa. – Prześlę raport do pana Deppa i wtedy będziemy kontynuować naszą współpracę. Do widzenia, panom. – pożegnał się i zniknął za drewnianą powłoką.
Pozostała dwójka jeszcze przez chwilę siedziała w ciszy, Zayn z triumfalnym uśmiechem, a Harry…Cóż, Harry nie miał powodów do uśmiechu. Po kilku sekundach zamaszystymi ruchami podniósł się z miejsca i bez słowa skierował do wyjścia.
- Nie powiedziałeś mi o spotkaniu. – zatrzymały go słowa Malika.
Przez moment stał bez ruchu, analizując całą zaistniałą sytuację, by jeszcze bardziej się w niej nie pogrążyć. Odwrócił się miękko na pięcie i odszukał wzrokiem drugiego mężczyznę.
- Ups, chyba mi się zapomniało. – stwierdził ironicznie. Jego usta wygięły się w chytry uśmiech, prowokując Zayna. Bo przecież Harry Styles nigdy nie przegrywał. Lecz Harry Styles nie spodziewał się również słów, które opuszczą za chwilę gardło bruneta.
- Zauważyłem, że masz problemy z pamięcią, dlatego też postanowiłem trochę nad nią dziś popracować. – Malik powoli wstał i małymi krokami obszedł duży, drewniany stół w sali konferencyjnej, podchodząc finalnie do zielonookiego, którego sylwetka była doprawdy spięta, wszystkie jego mięśnie zostały napięte, a żyła na szyi widocznie uwydatniona.
Zuchwały uśmiech nie opuszczał śniadej twarzy bruneta. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem, aż Styles z prychnięciem odwrócił się, by wreszcie pogrzebać tę sytuację, lecz ponownie jego czyn został zatrzymany. Tym razem nie przez słowa; Harry został przyparty do ściany, jego nadgarstki z impetem spotkały się z powierzchnią nad jego głową, przytrzymywane przez mocny uścisk dłoni Zayna.
- Ze mną tak łatwo nie wygrasz w tej grze. – ostrzegł brutalnie Malik, napierając całym ciałem na szatyna. Ciepły oddech, towarzyszący tym słowom, spowodował coraz większe napięcie między tą dwójką. Ich ciała działały jak magnesy, przyciągały się z niewyobrażalną siłą, która z każdym zbliżeniem rosła. – Zasady są takie: nie ma zasad. – Tłumaczył zaciekle dalej, by w końcu przybliżyć swoje usta do ucha rywala. – 1:0 dla mnie. – wyszeptał przeciągle, powodując kolejną falę przyjemnych dreszczy na ciele mężczyzny.
- Twój ruch. – dodał, uwalniając nadgarstki szatyna z uścisku. Odsunął się dwa kroki, wyczuwając pewną nabrzmiałość. – Tym razem ci nie pomogę, Hazz. – rzucił z łobuzerskim uśmiechem, wskazując na krocze chłopaka. Puścił jeszcze oczko w jego stronę i opuścił pomieszczenie z głośnym trzaskiem zamykanych drzwi.
***
Zayn głęboko zaciągnął się nikotynowym dymem, kojąc tym swoje nerwy, które ostatnio miały wiele niespodziewanych atrakcji. Czy te atrakcje przypadły do gustu Malika? Cóż, na pewno wzbogaciły jego życie erotyczne i pobudziły rejony wyobraźni, które już od dawna były przykryte kurzem.
- Tu się nie pali. – wyobraźnia Zayna musiała zatrzymać projektor z dość nieprzyzwoitą sceną, by chłopak mógł skupić się na słowach przyjaciela, który z lekką irytacją wymalowaną na delikatnej twarzy czekał aż brunet porzuci swoje myśli i papierosa.
- Nie ma nigdzie znaku zakazującego palenie. – stwierdził po przebadaniu otoczenia.
- Ale ja mówię, że tu się nie pali, więc się nie pali. – oznajmił szorstko, wyrywając cienkiego papierosa z ręki Mulata.
Malik przewrócił oczami; mimo upływu lat Tomlinson nie przyzwyczaił się do nałogu mężczyzny, lub jak twierdził dbał o jego zdrowie. Pierdolenie. Palenie należy do przyjemności, a Zayn nie rezygnuje z przyjemności, nawet jeśli troskliwy Lou narzeka pod nosem.
- Nie wyglądasz najlepiej. – zmartwił się niebieskooki. Uważnie badał spiętą sylwetkę Zayna, popijając swoją wymyślną kawę o nieokreślonym smaku z milionem słodkich dodatków, które zabijały całą esencję smaku. Malik za to pił zwykłą czarną kawę, słodką i zimną.
Brunet nie odpowiedział; skupił się na robieniu konfetti z serwetek. Biała kupka rosła z każdą sekundą, a palące spojrzenie Tomlinsona nie opuszczało twarzy Malika. Matko Boska! To miał być zwykły wypad na kawę, a nie psychoanaliza! W tym momencie zdał sobie sprawę, że piwo w głośnym pubie w towarzystwie zagorzałych kibiców piłki nożnej byłoby lepszą alternatywą.
- Gdzie się podział wiecznie rozgadany Zayn Malik, któremu nikt się nie oprze? – zażartował starszy chłopak, dopijając ostatni łyk kawy. W pewnym momencie pochylił się nad stolikiem, by zbliżyć się do towarzysza. – Nie mów, że masz problemy? No wiesz z czym… - wyszeptał, by reszta otoczenia nie dosłyszała ostatnich słów.
Oczy Zayna natychmiastowo się rozszerzyły, a stare kawiarniane krzesło aż zachybotało, gdy chłopak odskoczył do tyłu.
- MATKO BOSKA! NIE! – odpowiedział dosadnie, zwracając tym uwagę wszystkich zgromadzonych.
Louis łagodnie się uśmiechnął, wracając do poprzedniej pozycji. Reakcja Zayna była jednoznaczna, nie pozostawiała cienia wątpliwości.
- Ale jakbyś miał, to zawsze możesz mi powie…
- Nie mam żadnych problemów! – Malik zaakcentował mocno każde słowo; na jego twarzy pojawiły się nieśmiałe rumieńce, nie miał zamiaru dyskutować na takie tematy w miejscu publicznym. Bezpośredniość Tomlinsona momentami go przerażała. Zwinnie zmienił temat, obierając kierunek narzekań na masę pracy, którą musi wykonać po powrocie do mieszkania. Papierkowa robota, przejrzeć dokumenty i wykonać raporty. Louis szybko połknął haczyk i nie wracał już do tak niewygodnego dla bruneta tematu.
Po niedługiej dyskusji rozbrzmiał dźwięk telefonu Louisa. Rozmowa telefoniczna tak pochłonęła mężczyznę, że zapomniał o swoim towarzyszu na kolejne dziesięć minut. Zaynowi to nie przeszkadzało, jednak gdy ostatnia serwetka dołączyła do puchatego konfetti, przerzucił oczami na znak, by przyjaciel skończył tę dłużącą się rozmowę.
- Tak, kochanie. Dwa kilo ziemniaków i majeranek, zapamiętam. Pa, pa…Ja ciebie też. – padły ostatnie słowa i telefon zniknął w kurtce szatyna.
- Jesteś pantoflarzem, wiesz? – Zayn oparł brodę o ramiona, które uprzednio umiejscowił na blacie stolika. Wpatrywał się znużony w swojego przyjaciela, który w mgnieniu oka był gotowy do wyjścia.
- Chodźmy już, muszę wskoczyć jeszcze do sklepu. – zignorował uwagę bruneta, wyjmując odliczoną kwotę pieniędzy za zamówienie.
- Robi z tobą co chce, jesteś na każde jej skinienie. – dalej się droczył, ślamazarnie zakładając na ramiona skórzaną kurtkę.
- Kochany, ja przynajmniej jem ciepłe i smaczne posiłki na obiad, a nie przeterminowane jogurty. – zaoponował. Zayn wzdrygnął się w odpowiedzi, nigdy nie zjadł przeterminowanego jogurtu, no może raz albo dwa. Góra trzy!
- Tracisz przez nią swoją męskość! – dodał ostatecznie, opuszczając stolik w rogu lokalu.
Louis rzucił mu szybkie spojrzenie, zastanawiając się nad swoją odpowiedzią. Na jego twarzy pojawiło się nikłe zawahanie, lecz po chwili ustąpiło, w zamian tego zakwitł chytry uśmiech, który nie przepowiadał niczego dobrego.
- Mówi to facet, który połyka nasienie innych i daje się ruchać. – Tomlinson nawet nie starał się przyciszyć tonu swego głosu, słowa opuściły jego gardło naprawdę głośno.
Palące rumieńce pojawiły się na polikach Malika, gdy całe towarzystwo skupiło na nim swoje oburzone spojrzenia. Niektórzy po chwili zaskoczenia zaczęli szeptać słowa odrazy i niechęci. Tylko jedna siwa staruszka zaśmiała się przyjaźnie pod nosem. Zayn szybko opuścił lokal, starając się unikać morderczych spojrzeń.
Dzięki, Tomlinson. Kolejne miejsce, w którym Zayn już nigdy się nie pokaże.
Zdanie innych nie obchodziło Malika. Liczyło się tylko to, co myślą o nim najbliżsi, a oni akceptowali Zayna takim, jakim był i to mu wystarczało. Nie wściekł się, nie wszczął awantury i nie zamordował przyjaciela. Choć było blisko tego ostatniego, ale ostatecznie Tomlinson przeżył.
Rozeszli się i po dwudziestu minutach Mulat znalazł się w swoim mieszkaniu, gdzie czekała na niego sterta papierów.
Zrobię to później.
Te trzy słowa stanowiły dewizę życiową mężczyzny. Wszystkie obowiązki odkładał na później, lecz umiał wypić piwo, którego sobie naważył i zawsze skrupulatnie wywiązywał się z obowiązków, nawet jeśli miał rezygnować ze snu. Raporty poczekają, a reszta produktywnych zajęć domowych nie. Do tych zajęć należała gra w sapera, obejrzenie telenoweli i zjedzenie jogurtu. O ironio, czyżby Tomlinson miał rację co do posiłków Zayna?
Waniliowy jogurt z kawałkami czekolady jednak nie był przeterminowany i doskonale pasował do paczki chipsów znalezionej przy łóżku. Malik w swojej sypialni oprócz nawilgotniałych chipsów paprykowych odnalazł inną ciekawą rzecz, a raczej rzeczy. Uważnie badał znalezione przedmioty, zapamiętując najmniejsze szczegóły. Małe flakoniki nie prezentowały się najlepiej. Zaschnięte resztki oblepiały ich powierzchnie, nadal pozostawiając ślady na dłoniach zainteresowanego. Doszukał się najcenniejszej barwy, która okazała się daleka od ideału. Nakrętka sprawiała problemy, dawno nie odkręcana nie chciała pozwolić na otworzenie niewielkiej farbki. Jednak po chwili chemiczny zapach rozniósł się po sypialni. Odkręcił również inne flakoniki. Zmieszał kilka kolorów, chcąc uzyskać poszukiwany odcień, lecz żaden nie zbliżył się nawet do pożądanego efektu.
Szybko zakręcił otworzone flakoniki i pozostawił kartki z zielonymi plamami na szafce nocnej. Nie wiedział do czego zmierza, a raczej dlaczego? Przecież to zwykły kolor, zwykłe oczy, zwykła osoba. Wyrzucił z głowy powstałe myśli, opuszczając tym samym pomieszczenie. Potrzebował zająć czymś swój umysł, praca wydawała się doskonałym rozwiązaniem, w końcu dochodziła godzina dwunasta, trzeba kiedyś uporać się z papierami. Zebrał wszystkie dokumenty, włączył laptopa i radio, miał nadzieję, że muzyka umili mu wypełnianie żmudnych obowiązków. W oczekiwaniu na uruchomienie systemu udał się do kuchni. Jogurt niestety nie okazał się być sycącym posiłkiem, więc zebrał kilka przypadkowych produktów i wrzucił do miksera, sąsiedzi powinni już przywyknąć do ciągłych nocnych hałasów.
Spokojnie miksował podejrzaną mieszankę, gdy nagle wszystko ucichło, muzyka przestała grać, a wokół zapanowała ciemność.
- Co jest kurwa? – rzucił sam do siebie, szukając latarki w kuchennych szafkach.
Ze słabych światłem z elektronicznego urządzenia rozejrzał się po salonie w poszukiwaniu telefonu, który odnalazł w zwiniętym kocu na kanapie. Rozładowany.
Zayn opadł zrezygnowany na sofę, wydając z siebie przeciągły jęk.
Był uziemiony.
piątek, 6 grudnia 2013
233
Harry nigdy nie należał do wesołych ludzi. Komedie i kabarety go nudziły, a szczęśliwe zakończenia irytowały. Uśmiechy mijanych ludzi wydawały się niezrozumiałe i w istocie zupełnie zbędne. Spotkania towarzyskie stały się katorgą, której Styles starał się z całych sił uniknąć, lecz z niewiadomych przyczyn niektóre osoby wciąż czekały na zaangażowanie ze strony szatyna i mimo jego chłodnego nastawienia, nie zamierzały zerwać tej znajomości.
Pogrążony w swej monotonii i wysoce zaawansowanej melancholii Harry przestał zauważać pozytywne aspekty życia, które według niego po prostu nie istniały. Lecz dziś, gdy spokojnie obserwował swojego pracodawcę, mógł mniemać, że ogarnęło go uczucie na pozór podobne do szczęścia, a przynajmniej tak mu się wydawało. I to szczęście rosło proporcjonalnie do nieszczęścia Johnny’ego, który był widocznie zawiedziony tym, co go czekało po powrocie z wyjazdu służbowego. Styles nigdy nie cenił swojego rywala zbyt wysoko, ale nie spodziewał się całkowitego braku kompetencji z jego strony. Malik, pozostawiając biuro w nieładzie, skazywał się na totalną porażkę i gdy mijały kolejne minuty jego spóźnienia, Harry pozwolił sobie na stwierdzenie, iż to właśnie on wygrał tę bitwę, wojnę lub czymkolwiek to było.
Wygranej już nie mogło mu odebrać nagłe pojawienie się Zayna, który dopiero, gdy stanął w progu pomieszczenia zorientował się w jakim stanie pozostawił biuro poprzedniego dnia. Poproszony o wyjaśnienia nie był pewien jakich słów użyć, by chociaż częściowo polepszyć swoją sytuację.
- Śmiało – Głos Harry’ego chwilowo przerwał panującą ciszę, by jeszcze bardziej pogrążyć bruneta. – Czekamy.
Styles zapragnął zemsty i jego przeciwnik doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie było żadnych zasad i Harry się po prostu do tego dostosował.
- To stało się przypadkiem… - ciche mamrotanie wydostało się z gardła Malika.
- Proszę cię! – Szatyn niespodziewanie uniósł głos, wstając z wcześniej zajmowanego miejsca na fotelu. Podszedł do biurka i odwrócił się w kierunku Zayna; na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech, gdy wypowiadał kolejne słowa. – Chyba nie powiesz, że zdemolowałeś to miejsce zupełnie przypadkiem! Musiało się coś wydarzyć.
Tak, musiało coś się wydarzyć, by powstał taki bałagan. Takim cosiem mogło być cokolwiek, na przykład wyładowanie frustracji seksualnej poprzez dosłowne rzucenie się na swojego konkurenta i przywarcie do jego ust…i nie tylko ust. Jednak ta informacja nie powinna dotrzeć do Johnny’ego, Zayn doskonale to wiedział i jedyne, co mu pozostawało to mordowanie wzrokiem Stylesa, który wydawał się być uradowany zaistniałą sytuacją.
- Dosyć tego – Johnny zdecydował się przerwać ten niewidzialny pojedynek między podwładnymi. – Nie wiem, co tu się stało i chyba nie chcę wiedzieć.
Pobłażliwość Deppa nie spodobała się Harry’emu. Dlaczego on wczoraj mógł się zbłaźnić, a Zaynowi darowano? Nagle uczucie domniemanego szczęścia zniknęło, a chęć zemsty nabrała na sile.
- Jest coś jeszcze. Tak jakby nie wypełniłem tych raportów na dzisiaj… - Harry z trudem dowierzał słowom wypowiedzianym przez bruneta. Nie musiał nic robić, by pogrążyć rywala, on sam to robił.
- Słucham? – Depp również był zdziwiony wyznaniem Zayna.
- Wysiadł prąd. Całe osiedle jest martwe przez najbliższe dwa tygodnie. – wytłumaczył.
Bajki. Harry nie wierzył w te brednie. Według niego była to kolejna denna historyjka wymyślona na poczekaniu, by uniknąć konsekwencji za swoje niedociągnięcia, ale Johnny przyjął inną postawę. Bacznie przyglądał się swoim pracownikom, układając poszczególne myśli w głowie.
- W ogóle nie nadajesz się na to stanowisko, wszędzie zostawiasz po sobie bałagan, ciągle się spóźniasz, a teraz jeszcze wymigujesz się od obowiązków. Nie wiem dlaczego jeszcze tu jesteś… - Złośliwy uśmiech nie schodził z ust szatyna.
- Przeprowadzisz się do Stylesa. – słowa najstarszego mężczyzny zawisły niebezpiecznie w powietrzu.
Po chwili ciszy kąciki warg Harry’ego opadły, kiedy to zdanie wypowiedziane przez Johnny’ego przedarło się do jego świadomości, a kark zabolał od zbyt szybkiej zmiany położenia, gdy Styles utkwił zaszokowane spojrzenie w swoim pracodawcy. Jego powieki ciężko opadały i unosiły się w niedowierzaniu. Nie był pewien, jak powinien zareagować na ten nieśmieszny żart, bo to musiał być nieśmieszny żart, prawda?
- Słucham? – nienaturalnie wysoki pisk wydobył się z gardła szatyna, a po dwóch sekundach zawtórował mu brunet.
- Zayn się do ciebie przeprowadzi, sądzę, że jest to dobry po…
- To nie jest dobry pomysł! – przerwał mu natychmiast zielonooki widocznie niezadowolony z tej propozycji. – Nie mam zamiaru…
- Owszem, masz zamiar. Odpowiednie warunki pomogą Zaynowi nadrobić zaległości.
- Śmiem wątpić, by cokolwiek mogło mu pomóc.
Harry został spiorunowany spojrzeniem, co oznaczało koniec konwersacji. Decyzja zapadła, jednak on ani Zayn tak szybko się z nią nie pogodzą. Styles z trudem znosił towarzystwo Mulata w godzinach pracy, a co dopiero, gdy ten idiota zacznie panoszyć się po jego mieszkaniu, gdzie wszystko miało swoje ustalone miejsce i tylko sam Harry mógł je zmienić.
Ponadto, zachowanie Deppa ingerowało w życie prywatne pracowników, do którego nie powinien mieć dostępu. Umowa o pracę nie przewidywała przymusowej integracji z całą rzeszą współpracowników…lub jednym współpracownikiem, ale jakże irytującym. Idealnym rozwiązaniem byłoby natychmiastowe opuszczenie tego miejsca i przesłanie wymówienia z zażaleniem o karygodnym zachowaniu pracodawcy. Idealnym rozwiązaniem byłby również pożywny stek z warzywami na obiad zamiast lichej kanapki, na którą Harry się zdecydował wczorajszego popołudnia.
Zapowiadało się na to, że dzisiaj Styles również zadowoli się ubogim posiłkiem. Idealne rozwiązania są takie nieidealne.
- Witaj nowy współlokatorze– rozbawiony głos Zayna rozbrzmiał tuż po wyjściu Johnny’ego. Zostali sami. – Wspólna praca, wspólne mieszkanie…Boję się, że za bardzo się w to zaangażujesz, Hazz. – drwina z ust chłopaka podziałała jak czerwona płachta na byka.
- Nie rozumiem Deppa, na jego miejscu już dawno bym cię stąd wykopał. Jesteś beznadziejnym pracownikiem.. – przy swoich słowach Styles pozwolił sobie na ciche prychnięcie. Z całą pewnością można by stwierdzić, iż gardził swoim konkurentem i jego lekceważącym podejściem do obowiązków.
Malik spokojnym krokiem dotarł do skórzanego fotela, spod którego wyciągnął kilka papierów. Styles mógłby przysiąc, że zwariował, ale ruchy mężczyzny były…kuszące, a wręcz pobudzającego pewne partie ciała. Każdy gest nabierał intensywności, przyprawiając o gęsią skórkę.
- Przypominam, że to nie ja wpadłem w wir alkoholowego upojenia na oficjalnym przyjęciu.
- Ja przynajmniej nie mam problemów z popędem seksualnym i nie rzucam się na przypadkowych ludzi, by zaspokoić własne potrzeby. Polecam wizytę u psychiatry na problemy z libido. – Styles ani na chwilę nie pozostawał dłużny.
- Och, aż tak za tym tęsknisz…
Wystarczył ułamek sekundy, by Harry znalazł się przy Maliku, łapiąc go za barki i przygniatając brutalnie do ściany. Zniwelował dzielącą ich przestrzeń, wyrzucił z głowy wszystkie myśli, pozwalając działać zmysłom, które wręcz pragnęły ciemnowłosego. Jego dotyku, głosu, zapachu.
Harry stracił kontrolę. Znowu.
Świadome myślenie powróciło dopiero, gdy wpatrywanie się w błyszczące tęczówki trwało kilka tyknięć zegara za długo. Przyspieszony oddech szatyna powoli wracał do normy. Cera Malika, która uprzednio pobladła na tak niespodziewany atak, ponownie nabierała kolorów. Mulat przekrzywił głowę o kilka stopni, a usta wykrzywił w chytrym uśmiechu. Wachlarz niemożliwie długich rzęs kilkukrotnie opadł na policzki właściciela, który wydawał się wyraźnie zadowolony ze swojego położenia.
- Zrób to. Wiem, że chcesz.
I chciał. Harry Styles tego chciał.
Matko Boska, Harry Styles tego pragnął!
Nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo tego pragnął; wpić się w te przepyszne usta, zatracić się w namiętnym pocałunku, powiedzieć tak pożądaniu, a nie racjonalnemu myśleniu, które w tym momencie krzyczało ‘uciekaj!’. Poddanie się namiętności byłoby jednocześnie porażką, kolejnym punktem na koncie Zayna. Harry nie mógł na to pozwolić.
Pokonał ostatnie centymetry wolnej przestrzeni. Przymknął powieki i głęboko odetchnął, kierując ciepły powiew powietrza ku rozchylonym wargom. Sam również czuł słodką woń oddechów Malika połączoną z odurzającym zapachem jego perfum. Przez chwilę trwali w cudownym transie, delektując się sobą wzajemnie. Harry uniósł powieki, by na czekający go widok podwójnie zaniemówić.
Zayn był idealny.
Styles spostrzegł w nim coś, czego dotychczas nie zauważał. Sarkazm z ironią uciekły, a za nimi duma wraz z pychą. Zarumienione policzki i rozchylone usta budziły w Harrym swoistego rodzaju zachwyt. Ciemna grzywka, która wyjątkowo opadała na czoło mężczyzny, dodawała mu uroku. Wyglądał tak niewinnie i bezbronnie. Obserwacja ta była sama w sobie czymś niezmiernie przyjemnym, budzącym dziwne uczucie ciepła, które zaniepokoiło szatyna. Natychmiast wyrzucił z umysłu te idiotyczne myśli, wracając do zamierzonego planu. Zayn to był tylko obiekt, do którego co najwyżej mógł poczuć pociąg. Zayn to tylko obiekt, przedmiot.
- 1:1 – wyszeptał wprost do jego ust. – Odbieram zaległy punkt za ten cały bałagan, Zayniee. – dodał głosem pełnym prowokacji. Tylko prowokacji, zero zbędnych uczuć.
Wynik został wyrównany. Styles mógł spokojnie odsunąć się od bruneta oraz ponownie ogarnąć wzrokiem panujący w gabinecie chaos. Nie umknął także mu widok zdezorientowanego Malika. Totalnie zdruzgotany. Harry bez słowa poprawił marynarkę i zaczesał nieposłuszne kosmyki, które przedostały się do jego oczu. Posławszy mężczyźnie ostatnie triumfalne spojrzenie, skierował się do wyjścia.
- Ach, jeszcze jedno – Otwierając drewnianą powłokę, przypomniał sobie o najważniejszym. – Twój ruch. – Rzekł, puszczając perskie oko.
I tak Zayn został sam z bałaganem, a Harry z nieprzyjemnym kłuciem w brzuchu, które tłumaczył zwykłą niestrawnością.
*
Styles z cichym westchnięciem przekręcił klucz w zamku, czując za plecami obecność drugiej osoby. Ciągle nie pojął, czemu zgodził się na nowego współlokatora. Dzielenie z kimś mieszkania to była ostatnia z ostatnich opcji w jego życiu. Cenił sobie święty spokój, a mieszkanie traktował jako samotnię oddzielającą go od wszystkich problemów. Teraz jeden wielki problem miał zagnieździć się na jego kanapie.
- Buty. – szatyn upomniał surowo, po czym odłożył drobny pęczek kluczy do przygotowanej miseczki na półce stojącej w przedpokoju. Prócz małego naczynia, nic nie zakłócało drewnianego blatu wypolerowanego na błysk.
Na twarzy Malika pojawił się lekki grymas, gdy upomniany zdejmował obuwie, które w jego mniemaniu wcale nie było zabłocone i z pewnością nie zaszkodziłyby jasnym panelom. Odłożył wypchaną torbę i z zaciekawieniem rozpoczął obserwację nowego miejsca. Niedługi przedpokój prowadził do salonu połączonego z niewielka kuchnią. Z prawej strony korytarza znajdowały się zamknięte drzwi, prawdopodobnie do sypialni jak dotychczas jedynego mieszkańca tego lokum.
Wystrój mieszkania wydawał się dobrze przemyślany, każdy element do siebie idealnie pasował, beżowe ściany, meble wykonane z ciemnego drewna, kanapa wraz z fotelami barwy mlecznej czekolady. Mimo ciepłych barw, mieszkanie jednak raziło chłodem. Powierzchnie drewnianych mebli lśniły nieskazitelną czystością. Na opustoszałych półkach tylko gdzie niegdzie pojawiały się pudełka z nieznaną zawartością, a stolik do kawy chroniły podkładki na naczynia w razie pozostawienia niechcianych śladów. Ściany ozdabiały przeróżne obrazy w ciemnych ramach. Kuchenne blaty mogły pełnić rolę lustra, a podłogi stołu do jedzenia.
- Stary, ty to masz nieźle nasrane w bani. – wykrztusił Malik ciągle rozglądając się po pokoju.
- Słucham? – Styles zupełnie zaskoczony tymi słowami nie krył swojego oburzenia.
- Powiedz, który normalny facet mieszka w takich warunkach? Tu jest sterylnie jak w jakimś pieprzonym szpitalu, do tego ten zapach…Co to? Pomarańcza? – pociągnął kilkakrotnie nosem, wdychając świeżą woń.
- Cytryna. - poprawił go odruchowo. Największym wrogiem Stylesa był kurz, nienawidził go. Codziennie przed godziną osiemnastą zabierał się za skrupulatne ścieranie mebli, zawsze tym samym środkiem o zapachu cytryny, który od dwóch lat kupował w pobliskim supermarkecie w alejce Detergenty chemiczne za dwanaście funtów. Gdy wybijała godzina osiemnasta, zasiadał w fotelu i z herbatą w prawej ręce, włączał muzykę. Wsłuchując się w spokojne tony, zaczynał myśleć. Jego myśli dotyczyły praktycznie wszystkiego, wspominał ostatnio przeczytane książki, przesłuchane utwory czy spotkanych ludzi, którzy niewątpliwie zirytowali go swoim zachowaniem. Gdy temat zaczynał krążyć wokół rodziny, wypijał pierwszy łyk herbaty, po czym od razu się krzywił. Próbował zrezygnować z cukru, lecz gorzki smak napoju zamiast pomagać, to jeszcze bardziej go dobijał. Po dosypaniu dokładnie jednej łyżeczki do czarnej herbaty opadał tym razem na kanapę i zagłuszał myśli telewizorem bądź rozpoczynał walkę z zadaną pracą do firmy. Ten idealny porządek miał zostać doszczętnie zrujnowany w najbliższym czasie, a wszystko za sprawą Malika. Jego obecność sporo komplikowała.
- Cenię sobie widok podłogi i brak żywej społeczności bakterii w zlewie. – dodał, wracając do otaczającej go rzeczywistości, w której Zayn już się panoszył. Wspomnienie mieszkania bruneta nim wzdrygnęło. Podejrzewał, iż to może być jakiś eksperyment naukowy. Jak długo ludzka istota wytrzyma w warunkach zagrażających zdrowiu, a nawet życiu. Styles nie podjąłby się takiego wyzwania. W chwili, w której przekroczył próg mieszkania Malika, by pomóc mu w przeprowadzce, od razu zapragnął jak najszybciej opuścić to miejsce.
- Nie było aż tak źle, akurat niedawno sprzątałem.
- Niedawno?! Masz chyba na myśli miesiąc temu!
- Możliwe… - Zayn odwrócił wzrok od świdrujących tęczówek szatyna, który natchniony opowiadał o bałaganie, którego był świadkiem. Już wcześniej nie szczędził sobie uwag na temat stanu, w jakim znajdowało się mieszkanie bruneta, krytykując każdą jego część, począwszy od sterty ubrań, która znajdowała się…wszędzie, a skończywszy na podejrzanym kubku. Malik odważył się sprawdzić zawartość owego naczynia, była to zwykła kawa z mlekiem. Zmieniona została jedynie konsystencja z ciekłej na galaretowatą z białym osadem.
- Nie pozwalam na eksperymenty, ma tu panować porządek. – Styles kreślił surowym tonem panujące zasady w jego małym imperium. – Śpisz na kanapie, od razu po sobie ścielesz, nie zostawiasz nigdzie ubrań ani naczyń, nie jesz i nie pijesz w salonie, nie palisz, nie wchodzisz do mojego pokoju…
- Mam też nie oddychać? – przerwał mu Malik.
- Byłbym wdzięczny. – Harry odpowiedział ze słodkim uśmieszkiem na twarzy.
Brunet przewrócił oczami, ignorując złośliwość współlokatora. Ponownie rozejrzał się po przestronnym salonie i jego uwagę przykuł stoliczek z dwoma krzesłami. Podszedł bliżej, by zbadać jedyne wyposażenie mieszkania, które zamiast ukryte po szafach prezentowało się w całej okazałości.
- Nie dotykaj! – Nim wyciągnięta ręka bruneta sięgnęła swojego celu szorstki głos Stylesa odbił się echem po ścianach. – Najlepiej jakbyś niczego tutaj nie dotykał.
Mulat zlekceważył tę uwagę i z zaciekawieniem chwycił czarną figurę.
Król.
Szybko przejrzał kolejne bierki na czarno-białej szachownicy. Wszystkie były w idealnym stanie, mimo że z pewnością były często używane. Białe przeciwko czarnym.
- Nie wiedziałem, że grasz w szachy. – rzucił i zamiast odpowiedzi usłyszał ciche prychnięcie. No tak, co Zayn mógł wiedzieć o Harrym. – Nauczysz mnie grać?
- Nie. – Prosta i szybka odpowiedź.
- Nie daj się prosić, naucz mnie.
- Nie. – Ponownie prosta i szybka odpowiedź bez cienia zastanowienia.
Zanim Malik zdążył otworzyć usta, Styles go uciszył ruchem ręki i zaprowadził do swojego pokoju, niestety jedyna droga do łazienki. Sypialnia bardzo nie różniła się od reszty mieszkania. Główny element stanowiło ogromne łóżko po środku z burgundową pościelą. Przez chwilę Zayn odpłynął w niebezpieczne rejony, wyobrażając sobie wykorzystanie tego mebla w najodpowiedniejszy dla niego sposób. Miało odpowiednie rozmiary i z pewnością byłoby znacznie wygodniejsze niż biurko czy blat kuchenny. Kurwa.
- Jeśli chcesz do łazienki, pukasz i czekasz aż cię wpuszczę. Wtedy tylko możesz wchodzić do tego pokoju. Nie obraziłbym się, gdybyś większość swoich potrzeb załatwiał poza domem. – Harry spokojnie wytłumaczył system korzystania z toalety, podkreślając, że nie życzy sobie obecności Malika w tym pokoju.
Brunet pokiwał głową przyswajając przedstawione reguły. Oprócz łóżka w sypialni znajdowało się niewielkie biurko, szafa i regalik z książkami, do którego właśnie podszedł Mulat.
- Dużo czytasz, ja też to lubię. – stwierdził po chwili ciszy. Harry uniósł brwi i wykrzywił usta w zadziornym uśmiechu.
- Nie sądziłem, że umiesz.
- Utknąłem na dzieleniu na sylaby, ale jakoś sobie radzę.
Może w ich grze nie było reguł, ale mieszkanie Harry’ego to była jedna wielka reguła, której na obecną chwilę Zayn nie ogarniał. Wyszedł lub jak ktoś się upiera, został wyrzucony z sypialni Stylesa i powolutku zaczął zaznajamiać się z nowym domem. Interesująca okazała się kuchnia, chociaż Malik wątpił czy by to na pewno była kuchnia. Przeszukał lodówkę, szafki, sprawdził nawet pod zlewem i nigdzie nie znalazł jedzenia.
Harry Styles to pieprzony cyborg, który nie śpi i nie je!
To by wyjaśniało wygląd mężczyzny i jego stosunek do porządku. Lecz, gdy Malik zaczął szukać podejrzanych akumulatorów i kabli, które by dostarczały energię robotowi, znalazł puszkę z napojem gazowanym. Czyli jednak nie jest cyborgiem.
Bez namysłu otworzył napój, by po chwili tego pożałować. Wąskie spodnie po zamoczeniu robią się jeszcze węższe i wydobycie z nich jakiekolwiek części ciała wymaga cudu.
Ubranie nieoczekiwanie gładko oderwało się od skóry Malika; od razu chwycił za drugą parę spodni. Tym razem było trudniej. Rurki z trudem pokonywały swoją drogę wzdłuż ud mężczyzny, który począł przeklinać modowe trendy.
- Siema, Styles! Przyszedłem cię trochę uspołeczniać! – Zayn usłyszał donośny głos dobiegający z korytarza i czym prędzej próbował uporać się z nieznośnym materiałem. – Chociaż tobie przydałoby się co innego… - głos był coraz bliżej, a spodnie wciąż nieugięte.
- Oj, nie sądziłem, że Harry ma gości. – Tym razem słowa były skierowane do Malika, któremu wreszcie udało się ubrać, no nie do końca. Rozporki wydawały mu się wtedy największym przekleństwem tego świata, zdecydowanie wolał je rozpinać niż zapinać. – Ooo.. – dłuższy dźwięk wydobył się z ust przybyłego blondyna, gdy przyjrzał się, w jakim stanie zastał nieznajomego. – To ja może jednak was zostawię, nie chcę przeszkadzać. – dodał z nieukrywanym uśmiechem.
- Co?! – Brunet zapiszczał w odwecie. – Nie, to nie tak…ja..
- Spoko, nie tłumacz się. Ja wszystko rozumiem. – Blondyn rozłożył ręce przed sobą, by podkreślić swoją postawę do całego zajścia. – Tak w ogóle, to dzięki, stary. Stylesowi już od dawna było potrzebne porządne ruchanie, bo przecież ileż można się zabawiać z własną ręką?
Malik znieruchomiał, lecz słowa chłopaka nie miały nic z tym wspólnego. Tuż za jego plecami stał Harry, który wychodząc ze swojego pokoju zdążył usłyszeć ostatnie słowa blondyna. Zayn z litością spojrzał na jeszcze nieświadomego swojego losu mężczyznę, nie zdawał sobie sprawy, iż jego dni były policzone. Łatwo się domyśleć, że Styles już zakopywał ciało blondyna w swojej wyobraźni. Chociaż Mulat musiał przyznać, że szatyn z mocno zaciśniętymi pięściami i wzrokiem morderczo utkwionym w swojej przyszłej ofierze wyglądał seksownie.
I wtedy znowu pomyślał o blacie kuchennym. Kurwa.
Grobową ciszę przerwał dźwięk zapinanego rozporka. Najmniej odpowiedni moment.
- O, Harry! Przyniosłem piwo. – oznajmił radośnie nowoprzybyły, gdy spostrzegł za sobą przyjaciela.
Szatyn wydał się nie drgnąć.
- Przyniosłeś piwo…- powtórzył głucho, ciągle mordując wpatrując się w beztroską sylwetkę Irlandczyka.
- Yhy, chciałem cię trochę rozweselić, ale widzę, że ktoś inny się już tym zajął. – zażartował niewinnie, oplatając Stylesa ramieniem, który jeszcze bardziej zesztywniał, słysząc te słowa.
- Wynocha z mojego domu, natychmiast. – wypowiedział zrzucając ciało przyjaciela z ramion.
- Och, jeszcze nie skończyliście. – palnął kolejne głupstwo. Malik wybuchł głośnym, niepohamowanym śmiechem, a oczy Harry’ego rozszerzyły się do granic możliwości. Złapał Horana za ramiona i zaprowadził go grzecznie do wyjścia.
- Spierdalaj stąd zanim cię wykastruję w najbardziej okrutny sposób, w jaki człowiek może to zrobić!
- Nie napalaj się tak, Styles! – wrzasnął blondyn nim drzwi z hukiem dotarły do jego nosa.
Harry oparł się jedną ręką o drewnianą powłokę. Pochylił głowę do przodu, czekając aż nierówny oddech wróci do normy. Czuł nadchodzące wypieki na policzkach.
Był poniżony.
Po trzech sekundach usłyszał ciche kroki. Przymknął powieki, nie wiedząc czego się spodziewać. Mógł przysiąc, że Zayn oparł się nonszalancko o kant ściany, a na jego twarzy powstał chytry uśmieszek.
- To co, Hazz? Miewasz częste przygody z własną ręką?
Pogrążony w swej monotonii i wysoce zaawansowanej melancholii Harry przestał zauważać pozytywne aspekty życia, które według niego po prostu nie istniały. Lecz dziś, gdy spokojnie obserwował swojego pracodawcę, mógł mniemać, że ogarnęło go uczucie na pozór podobne do szczęścia, a przynajmniej tak mu się wydawało. I to szczęście rosło proporcjonalnie do nieszczęścia Johnny’ego, który był widocznie zawiedziony tym, co go czekało po powrocie z wyjazdu służbowego. Styles nigdy nie cenił swojego rywala zbyt wysoko, ale nie spodziewał się całkowitego braku kompetencji z jego strony. Malik, pozostawiając biuro w nieładzie, skazywał się na totalną porażkę i gdy mijały kolejne minuty jego spóźnienia, Harry pozwolił sobie na stwierdzenie, iż to właśnie on wygrał tę bitwę, wojnę lub czymkolwiek to było.
Wygranej już nie mogło mu odebrać nagłe pojawienie się Zayna, który dopiero, gdy stanął w progu pomieszczenia zorientował się w jakim stanie pozostawił biuro poprzedniego dnia. Poproszony o wyjaśnienia nie był pewien jakich słów użyć, by chociaż częściowo polepszyć swoją sytuację.
- Śmiało – Głos Harry’ego chwilowo przerwał panującą ciszę, by jeszcze bardziej pogrążyć bruneta. – Czekamy.
Styles zapragnął zemsty i jego przeciwnik doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie było żadnych zasad i Harry się po prostu do tego dostosował.
- To stało się przypadkiem… - ciche mamrotanie wydostało się z gardła Malika.
- Proszę cię! – Szatyn niespodziewanie uniósł głos, wstając z wcześniej zajmowanego miejsca na fotelu. Podszedł do biurka i odwrócił się w kierunku Zayna; na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech, gdy wypowiadał kolejne słowa. – Chyba nie powiesz, że zdemolowałeś to miejsce zupełnie przypadkiem! Musiało się coś wydarzyć.
Tak, musiało coś się wydarzyć, by powstał taki bałagan. Takim cosiem mogło być cokolwiek, na przykład wyładowanie frustracji seksualnej poprzez dosłowne rzucenie się na swojego konkurenta i przywarcie do jego ust…i nie tylko ust. Jednak ta informacja nie powinna dotrzeć do Johnny’ego, Zayn doskonale to wiedział i jedyne, co mu pozostawało to mordowanie wzrokiem Stylesa, który wydawał się być uradowany zaistniałą sytuacją.
- Dosyć tego – Johnny zdecydował się przerwać ten niewidzialny pojedynek między podwładnymi. – Nie wiem, co tu się stało i chyba nie chcę wiedzieć.
Pobłażliwość Deppa nie spodobała się Harry’emu. Dlaczego on wczoraj mógł się zbłaźnić, a Zaynowi darowano? Nagle uczucie domniemanego szczęścia zniknęło, a chęć zemsty nabrała na sile.
- Jest coś jeszcze. Tak jakby nie wypełniłem tych raportów na dzisiaj… - Harry z trudem dowierzał słowom wypowiedzianym przez bruneta. Nie musiał nic robić, by pogrążyć rywala, on sam to robił.
- Słucham? – Depp również był zdziwiony wyznaniem Zayna.
- Wysiadł prąd. Całe osiedle jest martwe przez najbliższe dwa tygodnie. – wytłumaczył.
Bajki. Harry nie wierzył w te brednie. Według niego była to kolejna denna historyjka wymyślona na poczekaniu, by uniknąć konsekwencji za swoje niedociągnięcia, ale Johnny przyjął inną postawę. Bacznie przyglądał się swoim pracownikom, układając poszczególne myśli w głowie.
- W ogóle nie nadajesz się na to stanowisko, wszędzie zostawiasz po sobie bałagan, ciągle się spóźniasz, a teraz jeszcze wymigujesz się od obowiązków. Nie wiem dlaczego jeszcze tu jesteś… - Złośliwy uśmiech nie schodził z ust szatyna.
- Przeprowadzisz się do Stylesa. – słowa najstarszego mężczyzny zawisły niebezpiecznie w powietrzu.
Po chwili ciszy kąciki warg Harry’ego opadły, kiedy to zdanie wypowiedziane przez Johnny’ego przedarło się do jego świadomości, a kark zabolał od zbyt szybkiej zmiany położenia, gdy Styles utkwił zaszokowane spojrzenie w swoim pracodawcy. Jego powieki ciężko opadały i unosiły się w niedowierzaniu. Nie był pewien, jak powinien zareagować na ten nieśmieszny żart, bo to musiał być nieśmieszny żart, prawda?
- Słucham? – nienaturalnie wysoki pisk wydobył się z gardła szatyna, a po dwóch sekundach zawtórował mu brunet.
- Zayn się do ciebie przeprowadzi, sądzę, że jest to dobry po…
- To nie jest dobry pomysł! – przerwał mu natychmiast zielonooki widocznie niezadowolony z tej propozycji. – Nie mam zamiaru…
- Owszem, masz zamiar. Odpowiednie warunki pomogą Zaynowi nadrobić zaległości.
- Śmiem wątpić, by cokolwiek mogło mu pomóc.
Harry został spiorunowany spojrzeniem, co oznaczało koniec konwersacji. Decyzja zapadła, jednak on ani Zayn tak szybko się z nią nie pogodzą. Styles z trudem znosił towarzystwo Mulata w godzinach pracy, a co dopiero, gdy ten idiota zacznie panoszyć się po jego mieszkaniu, gdzie wszystko miało swoje ustalone miejsce i tylko sam Harry mógł je zmienić.
Ponadto, zachowanie Deppa ingerowało w życie prywatne pracowników, do którego nie powinien mieć dostępu. Umowa o pracę nie przewidywała przymusowej integracji z całą rzeszą współpracowników…lub jednym współpracownikiem, ale jakże irytującym. Idealnym rozwiązaniem byłoby natychmiastowe opuszczenie tego miejsca i przesłanie wymówienia z zażaleniem o karygodnym zachowaniu pracodawcy. Idealnym rozwiązaniem byłby również pożywny stek z warzywami na obiad zamiast lichej kanapki, na którą Harry się zdecydował wczorajszego popołudnia.
Zapowiadało się na to, że dzisiaj Styles również zadowoli się ubogim posiłkiem. Idealne rozwiązania są takie nieidealne.
- Witaj nowy współlokatorze– rozbawiony głos Zayna rozbrzmiał tuż po wyjściu Johnny’ego. Zostali sami. – Wspólna praca, wspólne mieszkanie…Boję się, że za bardzo się w to zaangażujesz, Hazz. – drwina z ust chłopaka podziałała jak czerwona płachta na byka.
- Nie rozumiem Deppa, na jego miejscu już dawno bym cię stąd wykopał. Jesteś beznadziejnym pracownikiem.. – przy swoich słowach Styles pozwolił sobie na ciche prychnięcie. Z całą pewnością można by stwierdzić, iż gardził swoim konkurentem i jego lekceważącym podejściem do obowiązków.
Malik spokojnym krokiem dotarł do skórzanego fotela, spod którego wyciągnął kilka papierów. Styles mógłby przysiąc, że zwariował, ale ruchy mężczyzny były…kuszące, a wręcz pobudzającego pewne partie ciała. Każdy gest nabierał intensywności, przyprawiając o gęsią skórkę.
- Przypominam, że to nie ja wpadłem w wir alkoholowego upojenia na oficjalnym przyjęciu.
- Ja przynajmniej nie mam problemów z popędem seksualnym i nie rzucam się na przypadkowych ludzi, by zaspokoić własne potrzeby. Polecam wizytę u psychiatry na problemy z libido. – Styles ani na chwilę nie pozostawał dłużny.
- Och, aż tak za tym tęsknisz…
Wystarczył ułamek sekundy, by Harry znalazł się przy Maliku, łapiąc go za barki i przygniatając brutalnie do ściany. Zniwelował dzielącą ich przestrzeń, wyrzucił z głowy wszystkie myśli, pozwalając działać zmysłom, które wręcz pragnęły ciemnowłosego. Jego dotyku, głosu, zapachu.
Harry stracił kontrolę. Znowu.
Świadome myślenie powróciło dopiero, gdy wpatrywanie się w błyszczące tęczówki trwało kilka tyknięć zegara za długo. Przyspieszony oddech szatyna powoli wracał do normy. Cera Malika, która uprzednio pobladła na tak niespodziewany atak, ponownie nabierała kolorów. Mulat przekrzywił głowę o kilka stopni, a usta wykrzywił w chytrym uśmiechu. Wachlarz niemożliwie długich rzęs kilkukrotnie opadł na policzki właściciela, który wydawał się wyraźnie zadowolony ze swojego położenia.
- Zrób to. Wiem, że chcesz.
I chciał. Harry Styles tego chciał.
Matko Boska, Harry Styles tego pragnął!
Nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo tego pragnął; wpić się w te przepyszne usta, zatracić się w namiętnym pocałunku, powiedzieć tak pożądaniu, a nie racjonalnemu myśleniu, które w tym momencie krzyczało ‘uciekaj!’. Poddanie się namiętności byłoby jednocześnie porażką, kolejnym punktem na koncie Zayna. Harry nie mógł na to pozwolić.
Pokonał ostatnie centymetry wolnej przestrzeni. Przymknął powieki i głęboko odetchnął, kierując ciepły powiew powietrza ku rozchylonym wargom. Sam również czuł słodką woń oddechów Malika połączoną z odurzającym zapachem jego perfum. Przez chwilę trwali w cudownym transie, delektując się sobą wzajemnie. Harry uniósł powieki, by na czekający go widok podwójnie zaniemówić.
Zayn był idealny.
Styles spostrzegł w nim coś, czego dotychczas nie zauważał. Sarkazm z ironią uciekły, a za nimi duma wraz z pychą. Zarumienione policzki i rozchylone usta budziły w Harrym swoistego rodzaju zachwyt. Ciemna grzywka, która wyjątkowo opadała na czoło mężczyzny, dodawała mu uroku. Wyglądał tak niewinnie i bezbronnie. Obserwacja ta była sama w sobie czymś niezmiernie przyjemnym, budzącym dziwne uczucie ciepła, które zaniepokoiło szatyna. Natychmiast wyrzucił z umysłu te idiotyczne myśli, wracając do zamierzonego planu. Zayn to był tylko obiekt, do którego co najwyżej mógł poczuć pociąg. Zayn to tylko obiekt, przedmiot.
- 1:1 – wyszeptał wprost do jego ust. – Odbieram zaległy punkt za ten cały bałagan, Zayniee. – dodał głosem pełnym prowokacji. Tylko prowokacji, zero zbędnych uczuć.
Wynik został wyrównany. Styles mógł spokojnie odsunąć się od bruneta oraz ponownie ogarnąć wzrokiem panujący w gabinecie chaos. Nie umknął także mu widok zdezorientowanego Malika. Totalnie zdruzgotany. Harry bez słowa poprawił marynarkę i zaczesał nieposłuszne kosmyki, które przedostały się do jego oczu. Posławszy mężczyźnie ostatnie triumfalne spojrzenie, skierował się do wyjścia.
- Ach, jeszcze jedno – Otwierając drewnianą powłokę, przypomniał sobie o najważniejszym. – Twój ruch. – Rzekł, puszczając perskie oko.
I tak Zayn został sam z bałaganem, a Harry z nieprzyjemnym kłuciem w brzuchu, które tłumaczył zwykłą niestrawnością.
*
Styles z cichym westchnięciem przekręcił klucz w zamku, czując za plecami obecność drugiej osoby. Ciągle nie pojął, czemu zgodził się na nowego współlokatora. Dzielenie z kimś mieszkania to była ostatnia z ostatnich opcji w jego życiu. Cenił sobie święty spokój, a mieszkanie traktował jako samotnię oddzielającą go od wszystkich problemów. Teraz jeden wielki problem miał zagnieździć się na jego kanapie.
- Buty. – szatyn upomniał surowo, po czym odłożył drobny pęczek kluczy do przygotowanej miseczki na półce stojącej w przedpokoju. Prócz małego naczynia, nic nie zakłócało drewnianego blatu wypolerowanego na błysk.
Na twarzy Malika pojawił się lekki grymas, gdy upomniany zdejmował obuwie, które w jego mniemaniu wcale nie było zabłocone i z pewnością nie zaszkodziłyby jasnym panelom. Odłożył wypchaną torbę i z zaciekawieniem rozpoczął obserwację nowego miejsca. Niedługi przedpokój prowadził do salonu połączonego z niewielka kuchnią. Z prawej strony korytarza znajdowały się zamknięte drzwi, prawdopodobnie do sypialni jak dotychczas jedynego mieszkańca tego lokum.
Wystrój mieszkania wydawał się dobrze przemyślany, każdy element do siebie idealnie pasował, beżowe ściany, meble wykonane z ciemnego drewna, kanapa wraz z fotelami barwy mlecznej czekolady. Mimo ciepłych barw, mieszkanie jednak raziło chłodem. Powierzchnie drewnianych mebli lśniły nieskazitelną czystością. Na opustoszałych półkach tylko gdzie niegdzie pojawiały się pudełka z nieznaną zawartością, a stolik do kawy chroniły podkładki na naczynia w razie pozostawienia niechcianych śladów. Ściany ozdabiały przeróżne obrazy w ciemnych ramach. Kuchenne blaty mogły pełnić rolę lustra, a podłogi stołu do jedzenia.
- Stary, ty to masz nieźle nasrane w bani. – wykrztusił Malik ciągle rozglądając się po pokoju.
- Słucham? – Styles zupełnie zaskoczony tymi słowami nie krył swojego oburzenia.
- Powiedz, który normalny facet mieszka w takich warunkach? Tu jest sterylnie jak w jakimś pieprzonym szpitalu, do tego ten zapach…Co to? Pomarańcza? – pociągnął kilkakrotnie nosem, wdychając świeżą woń.
- Cytryna. - poprawił go odruchowo. Największym wrogiem Stylesa był kurz, nienawidził go. Codziennie przed godziną osiemnastą zabierał się za skrupulatne ścieranie mebli, zawsze tym samym środkiem o zapachu cytryny, który od dwóch lat kupował w pobliskim supermarkecie w alejce Detergenty chemiczne za dwanaście funtów. Gdy wybijała godzina osiemnasta, zasiadał w fotelu i z herbatą w prawej ręce, włączał muzykę. Wsłuchując się w spokojne tony, zaczynał myśleć. Jego myśli dotyczyły praktycznie wszystkiego, wspominał ostatnio przeczytane książki, przesłuchane utwory czy spotkanych ludzi, którzy niewątpliwie zirytowali go swoim zachowaniem. Gdy temat zaczynał krążyć wokół rodziny, wypijał pierwszy łyk herbaty, po czym od razu się krzywił. Próbował zrezygnować z cukru, lecz gorzki smak napoju zamiast pomagać, to jeszcze bardziej go dobijał. Po dosypaniu dokładnie jednej łyżeczki do czarnej herbaty opadał tym razem na kanapę i zagłuszał myśli telewizorem bądź rozpoczynał walkę z zadaną pracą do firmy. Ten idealny porządek miał zostać doszczętnie zrujnowany w najbliższym czasie, a wszystko za sprawą Malika. Jego obecność sporo komplikowała.
- Cenię sobie widok podłogi i brak żywej społeczności bakterii w zlewie. – dodał, wracając do otaczającej go rzeczywistości, w której Zayn już się panoszył. Wspomnienie mieszkania bruneta nim wzdrygnęło. Podejrzewał, iż to może być jakiś eksperyment naukowy. Jak długo ludzka istota wytrzyma w warunkach zagrażających zdrowiu, a nawet życiu. Styles nie podjąłby się takiego wyzwania. W chwili, w której przekroczył próg mieszkania Malika, by pomóc mu w przeprowadzce, od razu zapragnął jak najszybciej opuścić to miejsce.
- Nie było aż tak źle, akurat niedawno sprzątałem.
- Niedawno?! Masz chyba na myśli miesiąc temu!
- Możliwe… - Zayn odwrócił wzrok od świdrujących tęczówek szatyna, który natchniony opowiadał o bałaganie, którego był świadkiem. Już wcześniej nie szczędził sobie uwag na temat stanu, w jakim znajdowało się mieszkanie bruneta, krytykując każdą jego część, począwszy od sterty ubrań, która znajdowała się…wszędzie, a skończywszy na podejrzanym kubku. Malik odważył się sprawdzić zawartość owego naczynia, była to zwykła kawa z mlekiem. Zmieniona została jedynie konsystencja z ciekłej na galaretowatą z białym osadem.
- Nie pozwalam na eksperymenty, ma tu panować porządek. – Styles kreślił surowym tonem panujące zasady w jego małym imperium. – Śpisz na kanapie, od razu po sobie ścielesz, nie zostawiasz nigdzie ubrań ani naczyń, nie jesz i nie pijesz w salonie, nie palisz, nie wchodzisz do mojego pokoju…
- Mam też nie oddychać? – przerwał mu Malik.
- Byłbym wdzięczny. – Harry odpowiedział ze słodkim uśmieszkiem na twarzy.
Brunet przewrócił oczami, ignorując złośliwość współlokatora. Ponownie rozejrzał się po przestronnym salonie i jego uwagę przykuł stoliczek z dwoma krzesłami. Podszedł bliżej, by zbadać jedyne wyposażenie mieszkania, które zamiast ukryte po szafach prezentowało się w całej okazałości.
- Nie dotykaj! – Nim wyciągnięta ręka bruneta sięgnęła swojego celu szorstki głos Stylesa odbił się echem po ścianach. – Najlepiej jakbyś niczego tutaj nie dotykał.
Mulat zlekceważył tę uwagę i z zaciekawieniem chwycił czarną figurę.
Król.
Szybko przejrzał kolejne bierki na czarno-białej szachownicy. Wszystkie były w idealnym stanie, mimo że z pewnością były często używane. Białe przeciwko czarnym.
- Nie wiedziałem, że grasz w szachy. – rzucił i zamiast odpowiedzi usłyszał ciche prychnięcie. No tak, co Zayn mógł wiedzieć o Harrym. – Nauczysz mnie grać?
- Nie. – Prosta i szybka odpowiedź.
- Nie daj się prosić, naucz mnie.
- Nie. – Ponownie prosta i szybka odpowiedź bez cienia zastanowienia.
Zanim Malik zdążył otworzyć usta, Styles go uciszył ruchem ręki i zaprowadził do swojego pokoju, niestety jedyna droga do łazienki. Sypialnia bardzo nie różniła się od reszty mieszkania. Główny element stanowiło ogromne łóżko po środku z burgundową pościelą. Przez chwilę Zayn odpłynął w niebezpieczne rejony, wyobrażając sobie wykorzystanie tego mebla w najodpowiedniejszy dla niego sposób. Miało odpowiednie rozmiary i z pewnością byłoby znacznie wygodniejsze niż biurko czy blat kuchenny. Kurwa.
- Jeśli chcesz do łazienki, pukasz i czekasz aż cię wpuszczę. Wtedy tylko możesz wchodzić do tego pokoju. Nie obraziłbym się, gdybyś większość swoich potrzeb załatwiał poza domem. – Harry spokojnie wytłumaczył system korzystania z toalety, podkreślając, że nie życzy sobie obecności Malika w tym pokoju.
Brunet pokiwał głową przyswajając przedstawione reguły. Oprócz łóżka w sypialni znajdowało się niewielkie biurko, szafa i regalik z książkami, do którego właśnie podszedł Mulat.
- Dużo czytasz, ja też to lubię. – stwierdził po chwili ciszy. Harry uniósł brwi i wykrzywił usta w zadziornym uśmiechu.
- Nie sądziłem, że umiesz.
- Utknąłem na dzieleniu na sylaby, ale jakoś sobie radzę.
Może w ich grze nie było reguł, ale mieszkanie Harry’ego to była jedna wielka reguła, której na obecną chwilę Zayn nie ogarniał. Wyszedł lub jak ktoś się upiera, został wyrzucony z sypialni Stylesa i powolutku zaczął zaznajamiać się z nowym domem. Interesująca okazała się kuchnia, chociaż Malik wątpił czy by to na pewno była kuchnia. Przeszukał lodówkę, szafki, sprawdził nawet pod zlewem i nigdzie nie znalazł jedzenia.
Harry Styles to pieprzony cyborg, który nie śpi i nie je!
To by wyjaśniało wygląd mężczyzny i jego stosunek do porządku. Lecz, gdy Malik zaczął szukać podejrzanych akumulatorów i kabli, które by dostarczały energię robotowi, znalazł puszkę z napojem gazowanym. Czyli jednak nie jest cyborgiem.
Bez namysłu otworzył napój, by po chwili tego pożałować. Wąskie spodnie po zamoczeniu robią się jeszcze węższe i wydobycie z nich jakiekolwiek części ciała wymaga cudu.
Ubranie nieoczekiwanie gładko oderwało się od skóry Malika; od razu chwycił za drugą parę spodni. Tym razem było trudniej. Rurki z trudem pokonywały swoją drogę wzdłuż ud mężczyzny, który począł przeklinać modowe trendy.
- Siema, Styles! Przyszedłem cię trochę uspołeczniać! – Zayn usłyszał donośny głos dobiegający z korytarza i czym prędzej próbował uporać się z nieznośnym materiałem. – Chociaż tobie przydałoby się co innego… - głos był coraz bliżej, a spodnie wciąż nieugięte.
- Oj, nie sądziłem, że Harry ma gości. – Tym razem słowa były skierowane do Malika, któremu wreszcie udało się ubrać, no nie do końca. Rozporki wydawały mu się wtedy największym przekleństwem tego świata, zdecydowanie wolał je rozpinać niż zapinać. – Ooo.. – dłuższy dźwięk wydobył się z ust przybyłego blondyna, gdy przyjrzał się, w jakim stanie zastał nieznajomego. – To ja może jednak was zostawię, nie chcę przeszkadzać. – dodał z nieukrywanym uśmiechem.
- Co?! – Brunet zapiszczał w odwecie. – Nie, to nie tak…ja..
- Spoko, nie tłumacz się. Ja wszystko rozumiem. – Blondyn rozłożył ręce przed sobą, by podkreślić swoją postawę do całego zajścia. – Tak w ogóle, to dzięki, stary. Stylesowi już od dawna było potrzebne porządne ruchanie, bo przecież ileż można się zabawiać z własną ręką?
Malik znieruchomiał, lecz słowa chłopaka nie miały nic z tym wspólnego. Tuż za jego plecami stał Harry, który wychodząc ze swojego pokoju zdążył usłyszeć ostatnie słowa blondyna. Zayn z litością spojrzał na jeszcze nieświadomego swojego losu mężczyznę, nie zdawał sobie sprawy, iż jego dni były policzone. Łatwo się domyśleć, że Styles już zakopywał ciało blondyna w swojej wyobraźni. Chociaż Mulat musiał przyznać, że szatyn z mocno zaciśniętymi pięściami i wzrokiem morderczo utkwionym w swojej przyszłej ofierze wyglądał seksownie.
I wtedy znowu pomyślał o blacie kuchennym. Kurwa.
Grobową ciszę przerwał dźwięk zapinanego rozporka. Najmniej odpowiedni moment.
- O, Harry! Przyniosłem piwo. – oznajmił radośnie nowoprzybyły, gdy spostrzegł za sobą przyjaciela.
Szatyn wydał się nie drgnąć.
- Przyniosłeś piwo…- powtórzył głucho, ciągle mordując wpatrując się w beztroską sylwetkę Irlandczyka.
- Yhy, chciałem cię trochę rozweselić, ale widzę, że ktoś inny się już tym zajął. – zażartował niewinnie, oplatając Stylesa ramieniem, który jeszcze bardziej zesztywniał, słysząc te słowa.
- Wynocha z mojego domu, natychmiast. – wypowiedział zrzucając ciało przyjaciela z ramion.
- Och, jeszcze nie skończyliście. – palnął kolejne głupstwo. Malik wybuchł głośnym, niepohamowanym śmiechem, a oczy Harry’ego rozszerzyły się do granic możliwości. Złapał Horana za ramiona i zaprowadził go grzecznie do wyjścia.
- Spierdalaj stąd zanim cię wykastruję w najbardziej okrutny sposób, w jaki człowiek może to zrobić!
- Nie napalaj się tak, Styles! – wrzasnął blondyn nim drzwi z hukiem dotarły do jego nosa.
Harry oparł się jedną ręką o drewnianą powłokę. Pochylił głowę do przodu, czekając aż nierówny oddech wróci do normy. Czuł nadchodzące wypieki na policzkach.
Był poniżony.
Po trzech sekundach usłyszał ciche kroki. Przymknął powieki, nie wiedząc czego się spodziewać. Mógł przysiąc, że Zayn oparł się nonszalancko o kant ściany, a na jego twarzy powstał chytry uśmieszek.
- To co, Hazz? Miewasz częste przygody z własną ręką?
czwartek, 5 grudnia 2013
231
-
Harry pragnął umrzeć. Z kilku powodów.
Po pierwsze – okropnie bolała go głowa. Po drugie – promienie słoneczne raniły jego oczy, kiedy próbował je otworzyć. Po trzecie – czuł w ustach smak, jakby coś wczołgało się do nich, by umrzeć.
I w końcu, pomyślał, powoli i ostrożnie odwracając się na plecy, żeby nie pogarszać bólu – uprawiał seks z Louisem.
Cóż, obciągnęli sobie nawzajem, ale to liczyło się jako seks w myślach Harry’ego.
Plan, jak zwykle, był inny. Harry chciał się wkraść, szybko doprowadzić Louisa do szczytu, po czym cicho się wykraść.
Louis wszystko zniszczył odwracając się do Harry’ego w momencie, kiedy ten wspiął się na jego łóżko, przytulając go i mamrocząc jego imię. Louis mamrotał jego imię i wtulał nos w jego klatkę piersiową, i jak Harry miał zareagować?
Louis był uroczy, słodki i kochany – Harry nie zdawał sobie z tego sprawy aż do tamtego momentu. Chciał go przytulać i trzymać blisko, i zasnąć tam przy Louisie, w jego ramionach. Nie był pewien, jak Louis sprawił, że Harry czuł się otulony jego ciałem, bo, naprawdę, był dużo mniejszy od Harry’ego i to Harry zwykle przytulał jego, gdy dzielili łóżko, ale… ale jakimś sposobem to Louis otulał jego.
Harry przypomniał sobie, po co tam przyszedł, i powoli zaczął przesuwać ręką od talii Louisa, przez jego mięśnie brzucha i w dół. A sposób, w jaki Louis reagował, był niesamowicie seksowny. Harry był jedynie w stanie wpatrywać się z podziwem w jego twarz, zaczynając przesuwać ręką po cienkim materiale jego bokserek. Jego twarz znajdowała się tak blisko Harry’ego, jego usta były lekko uchylone, a oddech stawał się szybszy, płytszy i cieplejszy na skórze młodszego.
Harry chciał go pocałować. Czuł tę potrzebę w każdym włóknie ciała. Potrzebę pochylenia się, złączenia ich warg, wsunięcia języka do ust Louisa, sprawdzenia, czy odwzajemniłby pocałunek we śnie. Sprawdzenia, jak wyglądałby, kiedy obudziłby się z Harrym nad sobą, zatraconym w całowaniu go.
Ale kiedy Harry już miał porzucić wszystkie swoje wątpliwości i zmartwienia, Louis zrobił to ponownie.
- Harry – wydyszał złamanym szeptem, który sprawił, że cała krew odpłynęła Harry’emu z mózgu prosto do podbrzusza.
Louis nie myślał o żadnym blond chłopaku i nie myślał o nikim jak Greg lub kimś, kto zaproponował mu seks – Harry nie mógł być pewien. To, że on nie był zainteresowany Louisem, nie znaczyło, że nie oferowały się inne osoby.
Rzecz w tym, że Louis nie myślał o nich, kiedy podniecał się we śnie. Myślał o Harrym. A Harry musiał przyznać, że to podniecało jego. Sposób, w jaki Louis zaczął powoli się poruszać, wpadając w rytm z jego dłonią i wydając te ciche dźwięki niskim i zachrypniętym głosem.
Było to dość seksowne i Harry nie mógł nie byś podniecony. Nie wiedział, że sprawy przyjmą takiego obrotu; nie planował, że Louis się obudzi i odda tę przysługę. Nie planował tak szybkiej potrzeby odpowiadania na wszystkie te pytania. Ale Louis wydawał się raczej spokojny. Fakt, że Louis nie był tak przeciwko myśli uprawiania z Harrym seksu, już go tak nie zaskakiwała.
Nie planował zmięknąć i zostać z Louisem.
Ale jako że tak się stało, Harry musiał przyznać, że czuł się nieco zawiedziony, budząc się w samotności. Dziwnym sposobem przyzwyczaił się do budzenia się, przytulając Louisa lub z twarzą schowaną w ramię chłopaka. Tym razem nawet nie zasnął w ten sposób, po tym, jak… uprawiali seks. W końcu to był seks.
Otworzył oczy, zamrugał i ujrzał biały sufit, taki jak w jego pokoju. Po zapachu nie był już w stanie stwierdzić, w czyim był łóżku – swoim czy Louisa. Na początku mógł to sprawdzić z zamkniętymi oczami. Ale wtedy jego łóżko nie pachniało już tylko nim, a łóżko Louisa nie pachniało jedynie Louisem. Zapachy nieco się zmieszały i łóżka pachniały jak… oni.
Harry zamrugał ponownie, leniwie przyzwyczajając wzrok do światła.
Drzwi otworzyły się, a on nie kłopotał się odwracaniem głowy. Musiał stanąć twarz w twarz z Louisem, wyjaśnić mu i powiedzieć mu… nie do końca był pewien co.
Bycie pijanym nie było wystarczającą wymówką, prawda?
Materac lekko się zapadł, kiedy Louis usiadł obok niego. Wtedy Harry obrócił głowę. Louis miał na sobie proste, czarne spodenki i szarą koszulkę, przez co Harry uświadomił sobie, że sam był nagi, przykryty od pasa jedynie kołdrą chłopaka.
Louis podał mu kubek i Harry usiadł, poprawiając kołdrę na podołku, po czym zabrał kubek i Louis podał mu lek przeciwbólowy. Połknął go szybko i wymamrotał podziękowanie, oferując Louisowi jednostronny uśmiech. Nie był pewien, dlaczego wstydził się wtedy swojej nagości – Harry nigdy nie wstydził się bycia nagim.
Odwzajemniając uśmiech, Louis wśliznął się z powrotem pod kołdrę i popijał herbatę. Harry był wdzięczny, że chłopak jeszcze o nic nie pytał, nic nie mówił i nie robił czegokolwiek, co mogłoby wtedy nadejść. Zamiast tego siedzieli razem w ciszy, pijąc herbatę, oboje skacowani i zmęczeni.
- Więc – powiedział w końcu Louis.
Harry uniósł głowę i spojrzał na niego, usiłując przyjąć nie dający się rozszyfrować wyraz twarzy. Nie sądził, by to działało – nigdy tak nie było – ale nie mógł zbyt łatwo się poddawać.
- Więc? – spytał.
Louis wzruszył ramionami. – Nie mam pojęcia, od czego zacząć.
Harry przełknął ślinę i wpatrywał się w swój kubek z herbatą, próbując znaleźć swoje odbicie. Może to on powinien zacząć? To był jego głupi pomysł, a Louis nie miał żadnego wyboru. Naprawdę był w stanie zrozumieć, jeśli Louis był zdenerwowany, zdezorientowany lub… coś w tym stylu.
- Kiedy się wprowadziłeś, naprawdę sądziłem, że w ogóle nie jesteś w moim typie – powiedział w końcu. Świetnie.
Louis wydawał się przyjąć to z łatwością. – Wszyscy się czasami mylimy – powiedział z rozbawieniem.
Harry zastanawiał się, czy Louis naprawdę był rozbawiony. Jak Louisa mogło to bawić? Byli przyjaciółmi, ich relacje były naprawdę dobre, sprawiało to, że czuli, że mogą być najlepszymi przyjaciółmi, wyjątkowymi najlepszymi przyjaciółmi. Louis tak dobrze go rozumiał i zawsze wiedział, co powiedzieć. Mógł zareagować na każdy nastrój Harry’ego i Harry naprawdę go lubił. Tyle że nie w romantyczny sposób.
Zdecydowanie nie w romantyczny sposób. Dlatego tamta noc była błędem i Harry obawiał się (przez Louisa wypowiadającego jego imię we śnie), że może Louis nie odbierał tego w taki sposób. Nie mógł złamać serca. Szczególnie Louisowi.
- Nadal nie jesteś – powiedział w końcu Harry.
- Więc wygląda na to, że ja również się czasem mylę – odpowiedział Louis i napił się herbaty. Harry obserwował stabilne ręce Louisa, spokojną twarz, nadal zmęczone oczy.
- To może wydarzyć się pomiędzy przyjaciółmi, prawda? – spytał Harry w desperackiej próbie utrzymania wszystkiego w porządku. Nie wyglądało na to, ale naprawdę nie chciał niszczyć ich przyjaźni. – Jesteś naprawdę wspaniały, wiesz? Mieszkanie z tobą jest naprawdę wygodne, masz takie poczucie humoru, że rozumiesz moje żarty i naprawdę dobrze się razem bawimy, prawda? Po prostu tak naprawdę nie jesteśmy nikim więcej niż przyjaciółmi i naprawdę nie chcę tego stracić tylko dlatego, że zrobiłem po pijanemu coś naprawdę głupiego.
Na moment zaległa cisza i Harry czuł, jak serce podskakuje mu do gardła; bał się, że Louis wstanie i wyjdzie lub zacznie na niego krzyczeć, lub nie zrozumie.
Zamiast tego Louis po chwili odwrócił głowię i uśmiechnął się. Zmierzwił włosy Harry’ego i cicho się zaśmiał. – Było dość dużo naprawdę w tych zdaniach, Curly.
Harry rozluźnił się i odwzajemnił uśmiech.
- To może wydarzyć się między przyjaciółmi – powiedział po chwili Louis i zabrał rękę. – To nie oznacza, że cokolwiek się zmieni. Pomogło nam to zrozumieć, że niczego pomiędzy nami nie ma, prawda?
Harry kiwnął głową i czuł, jak unosi mu się kącik ust. Nigdy nie czuł takiej ulgi. Nie stracił Louisa i Louis czuł wobec tego dokładnie to samo. Nie był na niego zły za to, co się stało. Tego jedynie potrzebował się dowiedzieć.
- Więc – powiedział Harry i uderzył o siebie ich kolanami pod kołdrą – przyjaciele?
Louis lekko odwzajemnił gest. – Przyjaciele.
Harry pragnął umrzeć. Z kilku powodów.
Po pierwsze – okropnie bolała go głowa. Po drugie – promienie słoneczne raniły jego oczy, kiedy próbował je otworzyć. Po trzecie – czuł w ustach smak, jakby coś wczołgało się do nich, by umrzeć.
I w końcu, pomyślał, powoli i ostrożnie odwracając się na plecy, żeby nie pogarszać bólu – uprawiał seks z Louisem.
Cóż, obciągnęli sobie nawzajem, ale to liczyło się jako seks w myślach Harry’ego.
Plan, jak zwykle, był inny. Harry chciał się wkraść, szybko doprowadzić Louisa do szczytu, po czym cicho się wykraść.
Louis wszystko zniszczył odwracając się do Harry’ego w momencie, kiedy ten wspiął się na jego łóżko, przytulając go i mamrocząc jego imię. Louis mamrotał jego imię i wtulał nos w jego klatkę piersiową, i jak Harry miał zareagować?
Louis był uroczy, słodki i kochany – Harry nie zdawał sobie z tego sprawy aż do tamtego momentu. Chciał go przytulać i trzymać blisko, i zasnąć tam przy Louisie, w jego ramionach. Nie był pewien, jak Louis sprawił, że Harry czuł się otulony jego ciałem, bo, naprawdę, był dużo mniejszy od Harry’ego i to Harry zwykle przytulał jego, gdy dzielili łóżko, ale… ale jakimś sposobem to Louis otulał jego.
Harry przypomniał sobie, po co tam przyszedł, i powoli zaczął przesuwać ręką od talii Louisa, przez jego mięśnie brzucha i w dół. A sposób, w jaki Louis reagował, był niesamowicie seksowny. Harry był jedynie w stanie wpatrywać się z podziwem w jego twarz, zaczynając przesuwać ręką po cienkim materiale jego bokserek. Jego twarz znajdowała się tak blisko Harry’ego, jego usta były lekko uchylone, a oddech stawał się szybszy, płytszy i cieplejszy na skórze młodszego.
Harry chciał go pocałować. Czuł tę potrzebę w każdym włóknie ciała. Potrzebę pochylenia się, złączenia ich warg, wsunięcia języka do ust Louisa, sprawdzenia, czy odwzajemniłby pocałunek we śnie. Sprawdzenia, jak wyglądałby, kiedy obudziłby się z Harrym nad sobą, zatraconym w całowaniu go.
Ale kiedy Harry już miał porzucić wszystkie swoje wątpliwości i zmartwienia, Louis zrobił to ponownie.
- Harry – wydyszał złamanym szeptem, który sprawił, że cała krew odpłynęła Harry’emu z mózgu prosto do podbrzusza.
Louis nie myślał o żadnym blond chłopaku i nie myślał o nikim jak Greg lub kimś, kto zaproponował mu seks – Harry nie mógł być pewien. To, że on nie był zainteresowany Louisem, nie znaczyło, że nie oferowały się inne osoby.
Rzecz w tym, że Louis nie myślał o nich, kiedy podniecał się we śnie. Myślał o Harrym. A Harry musiał przyznać, że to podniecało jego. Sposób, w jaki Louis zaczął powoli się poruszać, wpadając w rytm z jego dłonią i wydając te ciche dźwięki niskim i zachrypniętym głosem.
Było to dość seksowne i Harry nie mógł nie byś podniecony. Nie wiedział, że sprawy przyjmą takiego obrotu; nie planował, że Louis się obudzi i odda tę przysługę. Nie planował tak szybkiej potrzeby odpowiadania na wszystkie te pytania. Ale Louis wydawał się raczej spokojny. Fakt, że Louis nie był tak przeciwko myśli uprawiania z Harrym seksu, już go tak nie zaskakiwała.
Nie planował zmięknąć i zostać z Louisem.
Ale jako że tak się stało, Harry musiał przyznać, że czuł się nieco zawiedziony, budząc się w samotności. Dziwnym sposobem przyzwyczaił się do budzenia się, przytulając Louisa lub z twarzą schowaną w ramię chłopaka. Tym razem nawet nie zasnął w ten sposób, po tym, jak… uprawiali seks. W końcu to był seks.
Otworzył oczy, zamrugał i ujrzał biały sufit, taki jak w jego pokoju. Po zapachu nie był już w stanie stwierdzić, w czyim był łóżku – swoim czy Louisa. Na początku mógł to sprawdzić z zamkniętymi oczami. Ale wtedy jego łóżko nie pachniało już tylko nim, a łóżko Louisa nie pachniało jedynie Louisem. Zapachy nieco się zmieszały i łóżka pachniały jak… oni.
Harry zamrugał ponownie, leniwie przyzwyczajając wzrok do światła.
Drzwi otworzyły się, a on nie kłopotał się odwracaniem głowy. Musiał stanąć twarz w twarz z Louisem, wyjaśnić mu i powiedzieć mu… nie do końca był pewien co.
Bycie pijanym nie było wystarczającą wymówką, prawda?
Materac lekko się zapadł, kiedy Louis usiadł obok niego. Wtedy Harry obrócił głowę. Louis miał na sobie proste, czarne spodenki i szarą koszulkę, przez co Harry uświadomił sobie, że sam był nagi, przykryty od pasa jedynie kołdrą chłopaka.
Louis podał mu kubek i Harry usiadł, poprawiając kołdrę na podołku, po czym zabrał kubek i Louis podał mu lek przeciwbólowy. Połknął go szybko i wymamrotał podziękowanie, oferując Louisowi jednostronny uśmiech. Nie był pewien, dlaczego wstydził się wtedy swojej nagości – Harry nigdy nie wstydził się bycia nagim.
Odwzajemniając uśmiech, Louis wśliznął się z powrotem pod kołdrę i popijał herbatę. Harry był wdzięczny, że chłopak jeszcze o nic nie pytał, nic nie mówił i nie robił czegokolwiek, co mogłoby wtedy nadejść. Zamiast tego siedzieli razem w ciszy, pijąc herbatę, oboje skacowani i zmęczeni.
- Więc – powiedział w końcu Louis.
Harry uniósł głowę i spojrzał na niego, usiłując przyjąć nie dający się rozszyfrować wyraz twarzy. Nie sądził, by to działało – nigdy tak nie było – ale nie mógł zbyt łatwo się poddawać.
- Więc? – spytał.
Louis wzruszył ramionami. – Nie mam pojęcia, od czego zacząć.
Harry przełknął ślinę i wpatrywał się w swój kubek z herbatą, próbując znaleźć swoje odbicie. Może to on powinien zacząć? To był jego głupi pomysł, a Louis nie miał żadnego wyboru. Naprawdę był w stanie zrozumieć, jeśli Louis był zdenerwowany, zdezorientowany lub… coś w tym stylu.
- Kiedy się wprowadziłeś, naprawdę sądziłem, że w ogóle nie jesteś w moim typie – powiedział w końcu. Świetnie.
Louis wydawał się przyjąć to z łatwością. – Wszyscy się czasami mylimy – powiedział z rozbawieniem.
Harry zastanawiał się, czy Louis naprawdę był rozbawiony. Jak Louisa mogło to bawić? Byli przyjaciółmi, ich relacje były naprawdę dobre, sprawiało to, że czuli, że mogą być najlepszymi przyjaciółmi, wyjątkowymi najlepszymi przyjaciółmi. Louis tak dobrze go rozumiał i zawsze wiedział, co powiedzieć. Mógł zareagować na każdy nastrój Harry’ego i Harry naprawdę go lubił. Tyle że nie w romantyczny sposób.
Zdecydowanie nie w romantyczny sposób. Dlatego tamta noc była błędem i Harry obawiał się (przez Louisa wypowiadającego jego imię we śnie), że może Louis nie odbierał tego w taki sposób. Nie mógł złamać serca. Szczególnie Louisowi.
- Nadal nie jesteś – powiedział w końcu Harry.
- Więc wygląda na to, że ja również się czasem mylę – odpowiedział Louis i napił się herbaty. Harry obserwował stabilne ręce Louisa, spokojną twarz, nadal zmęczone oczy.
- To może wydarzyć się pomiędzy przyjaciółmi, prawda? – spytał Harry w desperackiej próbie utrzymania wszystkiego w porządku. Nie wyglądało na to, ale naprawdę nie chciał niszczyć ich przyjaźni. – Jesteś naprawdę wspaniały, wiesz? Mieszkanie z tobą jest naprawdę wygodne, masz takie poczucie humoru, że rozumiesz moje żarty i naprawdę dobrze się razem bawimy, prawda? Po prostu tak naprawdę nie jesteśmy nikim więcej niż przyjaciółmi i naprawdę nie chcę tego stracić tylko dlatego, że zrobiłem po pijanemu coś naprawdę głupiego.
Na moment zaległa cisza i Harry czuł, jak serce podskakuje mu do gardła; bał się, że Louis wstanie i wyjdzie lub zacznie na niego krzyczeć, lub nie zrozumie.
Zamiast tego Louis po chwili odwrócił głowię i uśmiechnął się. Zmierzwił włosy Harry’ego i cicho się zaśmiał. – Było dość dużo naprawdę w tych zdaniach, Curly.
Harry rozluźnił się i odwzajemnił uśmiech.
- To może wydarzyć się między przyjaciółmi – powiedział po chwili Louis i zabrał rękę. – To nie oznacza, że cokolwiek się zmieni. Pomogło nam to zrozumieć, że niczego pomiędzy nami nie ma, prawda?
Harry kiwnął głową i czuł, jak unosi mu się kącik ust. Nigdy nie czuł takiej ulgi. Nie stracił Louisa i Louis czuł wobec tego dokładnie to samo. Nie był na niego zły za to, co się stało. Tego jedynie potrzebował się dowiedzieć.
- Więc – powiedział Harry i uderzył o siebie ich kolanami pod kołdrą – przyjaciele?
Louis lekko odwzajemnił gest. – Przyjaciele.
230
-
- Napisałeś do Harry’ego?
Louis ponownie sprawdził telefon i kiwnął głową. – Tak, wie. Napisał, że przyjdzie prosto z wykładów.
- Świetnie – powiedział Liam i rozpromienił się, kiedy Woodstock znalazł się w zasięgu jego wzroku, dochodząc do nich szybko na krótkich nóżkach, w zębach niosąc gałąź większą od niego samego.
- Jak on w ogóle unosi taką gałąź? – Louis zmarszczył brwi.
- Gdzie on w ogóle znalazł taką gałąź? – poprawił go Liam i pochylił się, żeby pogłaskać głowę Woodstocka. Pies podskakiwał mu przy nogach, a Liam nagrodził go smakołykiem.
- Nie mieliśmy umowy?
Louis odwrócił się do zbliżającego się Zayna ubranego w ciemnozielony szalik nałożony na skórzaną kurtkę i szarą czapkę na głowie. Jego ręce były schowane głęboko w kieszeniach i lekko się uśmiechał. Liam również się odwrócił, a Woodstock szczeknął z podekscytowaniem, po czym pobiegł przywitać Zayna. Zayn podniósł psa i pozwolił mu polizać swoją twarz.
Liam podszedł do nich i wyciągnął kolejny smakołyk dla Woodstocka jako sposób na odwrócenie jego uwagi, by pocałować usta Zayna. Louis zastanawiał się, czy wiedzieli, jak bardzo uroczo wyglądali i jak przypominali stare małżeństwo.
- Mówiłem ci, że masz go nie nagradzać za nic – skarcił go Zayn.
Liam uśmiechnął się. – To nie było za nic. Znalazł sobie do zabawy coś, co nie jest martwym zwierzęciem.
Louis wolał nie zastanawiać się, gdzie dokładnie w tym parku pies mógłby znaleźć martwe zwierzęta lub co mogło zabić te biedne dusze. Spojrzał an Woodstocka i zastanawiał się, czy pies jak on byłby w stanie zabić inne zwierzę. Oczywiście nie psa, ale może kota. Lub jakiegoś bezbronnego ptaszka, lub mysz, lub cokolwiek wystarczająco małe do zabicia. Woodstock zamerdał ogonkiem i spojrzał na Liama i Zayna.
Louis widział, że Zayn nie potrafił powstrzymać uśmiechu. – A to teraz?
- Cóż – powiedział Liam i wzruszył ramionami, karmiąc psa kolejnym – to za znalezienie mi czegoś do zabawy.
Zayn zaśmiał się i przyciągnął Liama do właściwego pocałunku. Pies pomiędzy nimi cierpliwie spoglądał na sowich panów.
- Jesteście tacy obrzydliwi – skomentował Louis i poprawił czapkę na swoich włosach.
- Nie przekonasz nas o tym nawet za milionowym razem, kiedy tak stwierdzisz – powiedział Zayn i puścił Liama, po czym przytulił Louisa.
Louis odwzajemnił uścisk i powstrzymał uśmiech. – Nie poddam się – stwierdził, szczypiąc Zayna w pasie.
W końcu był marzec i Louis czuł, że wiosna była tuż za rogiem. Nie było jeszcze zbyt ciepło, ale w dni jak tamten, ze słońcem wysoko na niebie, czuł, że wiosna nadchodzi.
Dwa miesiące z Harrym; Louis odliczał tygodnie tego, jak długo już z nim mieszkał. Wszystko zmieniło się od kiedy Harry wkradł się do jego łóżka i mu obciągnął. Z zewnątrz wszystko wydawało się być takie, jakie było, ale nie wewnątrz. Nie sądził, żeby Harry wiedział lub zauważył. Louis był dobrym aktorem i niczego nie pokazał.
Byli przyjaciółmi i nikim więcej, i wszystko było takie, na jakie zgodzili się po tamtej nocy, spokojnie pijąc rankiem herbatę.
Jeśli tego chciał Harry, Louis nie sprzeciwiał się. I tak nie było w tym sensu. Harry jasno oznajmił, że nie był zainteresowany Louisem, że był to błąd i Louis był tylko jego przyjacielem.
To nic takiego. Louis mógł z tym żyć. Całkowicie w porządku. W końcu to nic nie zmieniało w ich relacji. Byli przyjaciółmi wcześniej i Harry mu się podobał, a teraz również byli przyjaciółmi i Harry nadal mu się podobał.
Nic takiego. Może poza tymi chwilami, w których Louis dokładnie pamiętał, jak to jest dotykać Harry’ego. Tymi chwilami, kiedy podniecał się jedynie widokiem Harry’ego chodzącego po mieszkaniu w samych bokserkach. Chwilami, w których Louis czuł, jak zapada mu się serce w piersi, kiedy zmęczony Harry przytulał się do niego, kiedy oglądali film. I kiedy zasypiał przy jego klatce piersiowej.
Rzecz w tym, że Louis nie mógł być zły na Harry’ego. Był tak nieświadom niczego i zdecydowanie nie miał złych zamiarów. Był uroczy i dziwaczny jak zwykle, myślał o różnych rzeczach, mówił powoli, przytulał się, kiedy był zmęczony i lubił się dotykać, kiedy był wstawiony. I był tak cholernie piękny. Przez cały czas.
Teraz się uśmiechał, podchodząc do nich z Niallem. Jego loki lekko poruszały się na wietrze i miał na sobie płaszcz z futrzanym kołnierzem w kształcie świątecznego dzwonka i nogi odziane w te przylegające spodnie.
Wyglądał jak francuska uczennica.
A Louis szczerze zastanawiał się, jak Harry był w stanie sprawić, że nie wyglądało to śmiesznie. Raczej uroczo i czarująco.
Louis nie miał wątpliwości co do tego, że był przeklęty. A poznanie Harry’ego było jego karą za każde zło, do którego w życiu się przyczynił.
- Cześć, chłopaki – przywitał ich Niall, krótko ich przytulając i puszczając piłkę spod ramienia, by pobiec za Woodstockiem wzdłuż alejki.
Harry wesoło się uśmiechnął, obserwując ich, po czym został przytulony przez Zayna, a Liam uszczypnął jego policzek.
- Już nie macie dla mnie czasu – powiedział Harry, owijając ramiona wokół talii Zayna z udawanym smutkiem – Teraz, kiedy macie nowe dziecko.
Liam zaśmiał się. – Dorosłeś tak szybko, a dom wydawał się pusty bez dziecka.
Harry wyplątał się z uścisku i dotarł do Louisa, zarzucił ramię na jego barki i przytulił go. Louis chciał rozpłynąć się w tym uścisku. Harry pachniał jak wanilia i miód, i cytryna, i sól, wszystko to na raz. – Przegapiliście chwilę, w której zyskałem swojego pierwszego prawdziwego chłopaka. Było to tego warte?
Zayn uśmiechnął się. – Nic z tego nie przegapiliśmy. – Pstryknął palcem w czoło Harry’ego. – Przyjdź nas kłopotać, kiedy przyjdzie czas na ślub.
Harry uśmiechnął się i pocałował policzek Louisa. – Nie będziecie zaproszeni.
Louis chciał umrzeć. Lub chciał, żeby usta Harry’ego zostały przy jego policzku na trochę dłużej. Właściwie nie było w tym dużej różnicy.
- Niall nas zaadoptuje – powiedział Harry.
- Jesteś pewien, że to dokładnie przemyślałeś? – Louis zmarszczył brwi i nie mógł powstrzymać się od uniesienia ręki, by odgarnąć mu loka z twarzy.
- Każdy Irlandczyk jest rodzinny. – Harry uśmiechnął się do niego. – I nie będzie nas musiał wspierać, Lou. Będziemy mieli kochającego rodzica zamiast tych dwóch, którzy porzucili nas dla szczeniaczka.
Liam nawet już nie słuchał, będąc całkowicie zajętym pokazywaniem Niallowi sztuczki, której nauczył się Woodstock. Zayn posłał im czuły uśmiech i pochylił się w ich kierunku, mrugając jednym okiem. – Wy dwoje zawsze będziecie moimi ulubionymi dziećmi.
Louis uśmiechnął się. – Co muszę zrobić, żeby być twoim jedynym ulubionym dzieckiem?
- Nie wiem – odpowiedział Zayn i wzruszył ramionami. – Przestać pieprzyć się z drugim dzieckiem?
Harry westchnął, zamilkł i Louis widział, jak się rumieni. I, świetnie, Harry nie umiał kłamać, więc wszystko zostało na jego głowie. Albo chłopcy dowiedzieliby się, że doszło między nimi do… cóż, zbliżenia, po którym Harry go spławił.
Louis naprawdę nie chciał dodawać sobie do nędzy.
- Nie mam takich fetyszy – odpowiedział spokojnie z dumnym uśmiechem na ustach. – Kto się pieprzy z psami, Zayn? To ohydne.
Zayn zaśmiał się i zdzielił go po głowie, po czym odwrócił się do Nialla, który przywołał go gestem dłoni.
Louis zerknął na Harry’ego, który przygryzał dolną wargę ze spuszczoną głową.
Louis chciał krzyczeć na niego i mocno go uściskać jednocześnie. Zamiast tego szturchał palcem jego policzek, aż ukazały się jego dołeczki, a reszta się do nich odwróciła. Zaczęli grać w piłkę i na chwilę Louis zapomniał, co działo się w jego życiu.
W tamtym momencie był z czwórką swoich przyjaciół, którzy nagle stali się da niego ważni i byli niezastąpieni. Nie było już tylko Nialla, był Niall, który zawsze był przy nim, bez względu na wszystko. I nie było LiamaiZayna. Był Liam, który zgolił włosy, bo był zakochany oraz Zayn, najbardziej sarkastyczny z nich wszystkich, ale okazujący to tylko, kiedy było to konieczne, opiekuńczy dla tych, których kochał.
I Harry. Nie Harry, który mu się podobał, ale Harry, który mówił powoli i śmiał się głośno, który był niesamowicie miły, z umysłem pięćdziesięciolatki i sercem pięciolatka.
Były to złote momenty i Louis nie zamieniłby ich na nic w świecie. Nie będzie przeżywał ich jeszcze długo, więc zdecydował się cieszyć się nimi tak bardzo, jak był w stanie. Dopóki będzie mógł trzymać przy sobie tę czwórkę, nie chciał o tym zapominać.
Mógł jedynie przypominać sobie, że został niecały miesiąc. Jeden miesiąc i będzie mógł zniknąć z życia Harry’ego. Oczywiście mógł wyprowadzić się już wtedy i zatrzymać się u Nialla na trzy tygodnie, ale musiałby to wyjaśnić.
A jak miał wyjaśnić Harry’emu – lub któremukolwiek z chłopaków – że nie mógł być przy nim, kiedy wszystkim, czego pragnął, było bycie przy nim? Oczywiście cieszył się każdą minutą spędzoną z Harrym; każdy uśmiech, każdy śmiech, każde słowo, każdy dotyk był starannie zapisany w jego pamięci. Czasami pozwalał im wypłynąć w środku nocy i tonął w nich, wyobrażając sobie, że coś oznaczały.
Tylko że kiedy leżał z zamkniętymi oczami, otoczony wspomnieniami skóry Harry’ego, jego wyglądu, jego włosów, Harry leżał obok, spokojnie śpiąc. Dla niego nie było to niczym wyjątkowym, niczym nawet w części tak wspaniałym jak dla Louisa. Lubił Louisa i cieszył się jego towarzystwem, Louis wiedział o tym. Ale nie zachowywał się przy nim w żaden inny sposób niż przy Niallu, Liamie, czy Zaynie.
Louis nie sądził, żeby kiedykolwiek mógł być tak wyjątkowy dla Harry’ego. Mógł ruszyć dalej i zapomnieć o Harrym, prawdopodobnie powoli umierać, żeby chłopak niczego nie podejrzewał. Albo żeby nie był zraniony straceniem go.
Louis naprawdę chciał być jego przyjacielem. I byli przyjaciółmi. Ale Louis tak naprawdę nie mógł być tylko jego przyjacielem. Chciał czegoś więcej i potrzebował tego bardziej z każdym mijającym dniem.
W niektóre poranki, kiedy budził się przez Harrym, leżał tak, obserwując go. Harry wyglądał jak dziecko, kiedy spał, i to przyprawiało Louisa o uśmiech. Jego loki luźno zwisały na jego czole, a ciemne rzęsy zawijały się pod powiekami, jego usta były różowe i pełne.
Czasami Louis ważył się sięgać do nich i przesuwać po nich kciukiem. Obserwował, jak zmieniały barwę na jasnoróżową od lekkiego nacisku, po czym wracały do naturalnego koloru, kiedy odsuwał rękę. Harry nigdy się nie przebudził, nigdy niczego nie zauważył.
Każdego ranka, kiedy obudził się przez Harrym, jego dłoń przykrywała rękę Harry’ego lub leżała wystarczająco blisko niej, by w jakiś sposób jej dotykać. Harry już nie przytulał się do niego w śnie, a Louis nigdy tego nie wymuszał. Więc spali obok siebie, ale Louis nie był w stanie tego kontrolować. Jego ręka zawsze szukała Harry’ego.
Cóż, Harry o niczym nie wiedział. A jeśli wiedział, nigdy o tym nie wspominał.
-
Następnego ranka Louis leżał na boku i obserwował śpiącego Harry’ego. Słońce już dawno wzeszło, ale jego promienie były słabe i przyciemnione ciężkimi chmurami wylewającymi wiadra deszczu. Jego dłoń leżała blisko ręki Harry’ego, wystarczająco, by ich palce się stykały. Louis łagodnie poruszał swoimi palcami przy palcach Harry’ego, w leniwym rytmie bawił się nimi, splatał je, rozplatał, splatał ponownie.
Dokładnie tamtego ranka uświadomił sobie, że palce Harry’ego idealnie mieściły się pomiędzy jego palcami. Wypełniały pustą przestrzeń pomiędzy nimi, nie pozostawiały ani cala skóry bez dotyku i były ciepłe na grzbiecie jego dłoni. Długie i smukłe, i jeśli Harry by chciał, mogły owinąć całą rękę Louisa.
Ich ręce idealnie do siebie pasowały.
A Louis był zakochany w Harrym.
- Napisałeś do Harry’ego?
Louis ponownie sprawdził telefon i kiwnął głową. – Tak, wie. Napisał, że przyjdzie prosto z wykładów.
- Świetnie – powiedział Liam i rozpromienił się, kiedy Woodstock znalazł się w zasięgu jego wzroku, dochodząc do nich szybko na krótkich nóżkach, w zębach niosąc gałąź większą od niego samego.
- Jak on w ogóle unosi taką gałąź? – Louis zmarszczył brwi.
- Gdzie on w ogóle znalazł taką gałąź? – poprawił go Liam i pochylił się, żeby pogłaskać głowę Woodstocka. Pies podskakiwał mu przy nogach, a Liam nagrodził go smakołykiem.
- Nie mieliśmy umowy?
Louis odwrócił się do zbliżającego się Zayna ubranego w ciemnozielony szalik nałożony na skórzaną kurtkę i szarą czapkę na głowie. Jego ręce były schowane głęboko w kieszeniach i lekko się uśmiechał. Liam również się odwrócił, a Woodstock szczeknął z podekscytowaniem, po czym pobiegł przywitać Zayna. Zayn podniósł psa i pozwolił mu polizać swoją twarz.
Liam podszedł do nich i wyciągnął kolejny smakołyk dla Woodstocka jako sposób na odwrócenie jego uwagi, by pocałować usta Zayna. Louis zastanawiał się, czy wiedzieli, jak bardzo uroczo wyglądali i jak przypominali stare małżeństwo.
- Mówiłem ci, że masz go nie nagradzać za nic – skarcił go Zayn.
Liam uśmiechnął się. – To nie było za nic. Znalazł sobie do zabawy coś, co nie jest martwym zwierzęciem.
Louis wolał nie zastanawiać się, gdzie dokładnie w tym parku pies mógłby znaleźć martwe zwierzęta lub co mogło zabić te biedne dusze. Spojrzał an Woodstocka i zastanawiał się, czy pies jak on byłby w stanie zabić inne zwierzę. Oczywiście nie psa, ale może kota. Lub jakiegoś bezbronnego ptaszka, lub mysz, lub cokolwiek wystarczająco małe do zabicia. Woodstock zamerdał ogonkiem i spojrzał na Liama i Zayna.
Louis widział, że Zayn nie potrafił powstrzymać uśmiechu. – A to teraz?
- Cóż – powiedział Liam i wzruszył ramionami, karmiąc psa kolejnym – to za znalezienie mi czegoś do zabawy.
Zayn zaśmiał się i przyciągnął Liama do właściwego pocałunku. Pies pomiędzy nimi cierpliwie spoglądał na sowich panów.
- Jesteście tacy obrzydliwi – skomentował Louis i poprawił czapkę na swoich włosach.
- Nie przekonasz nas o tym nawet za milionowym razem, kiedy tak stwierdzisz – powiedział Zayn i puścił Liama, po czym przytulił Louisa.
Louis odwzajemnił uścisk i powstrzymał uśmiech. – Nie poddam się – stwierdził, szczypiąc Zayna w pasie.
W końcu był marzec i Louis czuł, że wiosna była tuż za rogiem. Nie było jeszcze zbyt ciepło, ale w dni jak tamten, ze słońcem wysoko na niebie, czuł, że wiosna nadchodzi.
Dwa miesiące z Harrym; Louis odliczał tygodnie tego, jak długo już z nim mieszkał. Wszystko zmieniło się od kiedy Harry wkradł się do jego łóżka i mu obciągnął. Z zewnątrz wszystko wydawało się być takie, jakie było, ale nie wewnątrz. Nie sądził, żeby Harry wiedział lub zauważył. Louis był dobrym aktorem i niczego nie pokazał.
Byli przyjaciółmi i nikim więcej, i wszystko było takie, na jakie zgodzili się po tamtej nocy, spokojnie pijąc rankiem herbatę.
Jeśli tego chciał Harry, Louis nie sprzeciwiał się. I tak nie było w tym sensu. Harry jasno oznajmił, że nie był zainteresowany Louisem, że był to błąd i Louis był tylko jego przyjacielem.
To nic takiego. Louis mógł z tym żyć. Całkowicie w porządku. W końcu to nic nie zmieniało w ich relacji. Byli przyjaciółmi wcześniej i Harry mu się podobał, a teraz również byli przyjaciółmi i Harry nadal mu się podobał.
Nic takiego. Może poza tymi chwilami, w których Louis dokładnie pamiętał, jak to jest dotykać Harry’ego. Tymi chwilami, kiedy podniecał się jedynie widokiem Harry’ego chodzącego po mieszkaniu w samych bokserkach. Chwilami, w których Louis czuł, jak zapada mu się serce w piersi, kiedy zmęczony Harry przytulał się do niego, kiedy oglądali film. I kiedy zasypiał przy jego klatce piersiowej.
Rzecz w tym, że Louis nie mógł być zły na Harry’ego. Był tak nieświadom niczego i zdecydowanie nie miał złych zamiarów. Był uroczy i dziwaczny jak zwykle, myślał o różnych rzeczach, mówił powoli, przytulał się, kiedy był zmęczony i lubił się dotykać, kiedy był wstawiony. I był tak cholernie piękny. Przez cały czas.
Teraz się uśmiechał, podchodząc do nich z Niallem. Jego loki lekko poruszały się na wietrze i miał na sobie płaszcz z futrzanym kołnierzem w kształcie świątecznego dzwonka i nogi odziane w te przylegające spodnie.
Wyglądał jak francuska uczennica.
A Louis szczerze zastanawiał się, jak Harry był w stanie sprawić, że nie wyglądało to śmiesznie. Raczej uroczo i czarująco.
Louis nie miał wątpliwości co do tego, że był przeklęty. A poznanie Harry’ego było jego karą za każde zło, do którego w życiu się przyczynił.
- Cześć, chłopaki – przywitał ich Niall, krótko ich przytulając i puszczając piłkę spod ramienia, by pobiec za Woodstockiem wzdłuż alejki.
Harry wesoło się uśmiechnął, obserwując ich, po czym został przytulony przez Zayna, a Liam uszczypnął jego policzek.
- Już nie macie dla mnie czasu – powiedział Harry, owijając ramiona wokół talii Zayna z udawanym smutkiem – Teraz, kiedy macie nowe dziecko.
Liam zaśmiał się. – Dorosłeś tak szybko, a dom wydawał się pusty bez dziecka.
Harry wyplątał się z uścisku i dotarł do Louisa, zarzucił ramię na jego barki i przytulił go. Louis chciał rozpłynąć się w tym uścisku. Harry pachniał jak wanilia i miód, i cytryna, i sól, wszystko to na raz. – Przegapiliście chwilę, w której zyskałem swojego pierwszego prawdziwego chłopaka. Było to tego warte?
Zayn uśmiechnął się. – Nic z tego nie przegapiliśmy. – Pstryknął palcem w czoło Harry’ego. – Przyjdź nas kłopotać, kiedy przyjdzie czas na ślub.
Harry uśmiechnął się i pocałował policzek Louisa. – Nie będziecie zaproszeni.
Louis chciał umrzeć. Lub chciał, żeby usta Harry’ego zostały przy jego policzku na trochę dłużej. Właściwie nie było w tym dużej różnicy.
- Niall nas zaadoptuje – powiedział Harry.
- Jesteś pewien, że to dokładnie przemyślałeś? – Louis zmarszczył brwi i nie mógł powstrzymać się od uniesienia ręki, by odgarnąć mu loka z twarzy.
- Każdy Irlandczyk jest rodzinny. – Harry uśmiechnął się do niego. – I nie będzie nas musiał wspierać, Lou. Będziemy mieli kochającego rodzica zamiast tych dwóch, którzy porzucili nas dla szczeniaczka.
Liam nawet już nie słuchał, będąc całkowicie zajętym pokazywaniem Niallowi sztuczki, której nauczył się Woodstock. Zayn posłał im czuły uśmiech i pochylił się w ich kierunku, mrugając jednym okiem. – Wy dwoje zawsze będziecie moimi ulubionymi dziećmi.
Louis uśmiechnął się. – Co muszę zrobić, żeby być twoim jedynym ulubionym dzieckiem?
- Nie wiem – odpowiedział Zayn i wzruszył ramionami. – Przestać pieprzyć się z drugim dzieckiem?
Harry westchnął, zamilkł i Louis widział, jak się rumieni. I, świetnie, Harry nie umiał kłamać, więc wszystko zostało na jego głowie. Albo chłopcy dowiedzieliby się, że doszło między nimi do… cóż, zbliżenia, po którym Harry go spławił.
Louis naprawdę nie chciał dodawać sobie do nędzy.
- Nie mam takich fetyszy – odpowiedział spokojnie z dumnym uśmiechem na ustach. – Kto się pieprzy z psami, Zayn? To ohydne.
Zayn zaśmiał się i zdzielił go po głowie, po czym odwrócił się do Nialla, który przywołał go gestem dłoni.
Louis zerknął na Harry’ego, który przygryzał dolną wargę ze spuszczoną głową.
Louis chciał krzyczeć na niego i mocno go uściskać jednocześnie. Zamiast tego szturchał palcem jego policzek, aż ukazały się jego dołeczki, a reszta się do nich odwróciła. Zaczęli grać w piłkę i na chwilę Louis zapomniał, co działo się w jego życiu.
W tamtym momencie był z czwórką swoich przyjaciół, którzy nagle stali się da niego ważni i byli niezastąpieni. Nie było już tylko Nialla, był Niall, który zawsze był przy nim, bez względu na wszystko. I nie było LiamaiZayna. Był Liam, który zgolił włosy, bo był zakochany oraz Zayn, najbardziej sarkastyczny z nich wszystkich, ale okazujący to tylko, kiedy było to konieczne, opiekuńczy dla tych, których kochał.
I Harry. Nie Harry, który mu się podobał, ale Harry, który mówił powoli i śmiał się głośno, który był niesamowicie miły, z umysłem pięćdziesięciolatki i sercem pięciolatka.
Były to złote momenty i Louis nie zamieniłby ich na nic w świecie. Nie będzie przeżywał ich jeszcze długo, więc zdecydował się cieszyć się nimi tak bardzo, jak był w stanie. Dopóki będzie mógł trzymać przy sobie tę czwórkę, nie chciał o tym zapominać.
Mógł jedynie przypominać sobie, że został niecały miesiąc. Jeden miesiąc i będzie mógł zniknąć z życia Harry’ego. Oczywiście mógł wyprowadzić się już wtedy i zatrzymać się u Nialla na trzy tygodnie, ale musiałby to wyjaśnić.
A jak miał wyjaśnić Harry’emu – lub któremukolwiek z chłopaków – że nie mógł być przy nim, kiedy wszystkim, czego pragnął, było bycie przy nim? Oczywiście cieszył się każdą minutą spędzoną z Harrym; każdy uśmiech, każdy śmiech, każde słowo, każdy dotyk był starannie zapisany w jego pamięci. Czasami pozwalał im wypłynąć w środku nocy i tonął w nich, wyobrażając sobie, że coś oznaczały.
Tylko że kiedy leżał z zamkniętymi oczami, otoczony wspomnieniami skóry Harry’ego, jego wyglądu, jego włosów, Harry leżał obok, spokojnie śpiąc. Dla niego nie było to niczym wyjątkowym, niczym nawet w części tak wspaniałym jak dla Louisa. Lubił Louisa i cieszył się jego towarzystwem, Louis wiedział o tym. Ale nie zachowywał się przy nim w żaden inny sposób niż przy Niallu, Liamie, czy Zaynie.
Louis nie sądził, żeby kiedykolwiek mógł być tak wyjątkowy dla Harry’ego. Mógł ruszyć dalej i zapomnieć o Harrym, prawdopodobnie powoli umierać, żeby chłopak niczego nie podejrzewał. Albo żeby nie był zraniony straceniem go.
Louis naprawdę chciał być jego przyjacielem. I byli przyjaciółmi. Ale Louis tak naprawdę nie mógł być tylko jego przyjacielem. Chciał czegoś więcej i potrzebował tego bardziej z każdym mijającym dniem.
W niektóre poranki, kiedy budził się przez Harrym, leżał tak, obserwując go. Harry wyglądał jak dziecko, kiedy spał, i to przyprawiało Louisa o uśmiech. Jego loki luźno zwisały na jego czole, a ciemne rzęsy zawijały się pod powiekami, jego usta były różowe i pełne.
Czasami Louis ważył się sięgać do nich i przesuwać po nich kciukiem. Obserwował, jak zmieniały barwę na jasnoróżową od lekkiego nacisku, po czym wracały do naturalnego koloru, kiedy odsuwał rękę. Harry nigdy się nie przebudził, nigdy niczego nie zauważył.
Każdego ranka, kiedy obudził się przez Harrym, jego dłoń przykrywała rękę Harry’ego lub leżała wystarczająco blisko niej, by w jakiś sposób jej dotykać. Harry już nie przytulał się do niego w śnie, a Louis nigdy tego nie wymuszał. Więc spali obok siebie, ale Louis nie był w stanie tego kontrolować. Jego ręka zawsze szukała Harry’ego.
Cóż, Harry o niczym nie wiedział. A jeśli wiedział, nigdy o tym nie wspominał.
-
Następnego ranka Louis leżał na boku i obserwował śpiącego Harry’ego. Słońce już dawno wzeszło, ale jego promienie były słabe i przyciemnione ciężkimi chmurami wylewającymi wiadra deszczu. Jego dłoń leżała blisko ręki Harry’ego, wystarczająco, by ich palce się stykały. Louis łagodnie poruszał swoimi palcami przy palcach Harry’ego, w leniwym rytmie bawił się nimi, splatał je, rozplatał, splatał ponownie.
Dokładnie tamtego ranka uświadomił sobie, że palce Harry’ego idealnie mieściły się pomiędzy jego palcami. Wypełniały pustą przestrzeń pomiędzy nimi, nie pozostawiały ani cala skóry bez dotyku i były ciepłe na grzbiecie jego dłoni. Długie i smukłe, i jeśli Harry by chciał, mogły owinąć całą rękę Louisa.
Ich ręce idealnie do siebie pasowały.
A Louis był zakochany w Harrym.
229
-
- Znalazłem pracę! – ogłosił Harry w chwili, w której wpadł do pokoju.
Louis podniósł wzrok znad książki i zamrugał, wydawało się, że był zdezorientowany i nie potrafił ująć sensu tego, co powiedział Harry, ale w końcu uśmiechnął się do chłopaka. Jego grzywka była niezdarnie odgarnięta z czoła i miał na nosie okulary.
Harry zdał sobie sprawę, że naprawdę podobał mu się Louis w okularach.
- W końcu – odpowiedział Louis i odłożył książkę, a na nią swoje okulary. Przeciągnął się i jego sweter podniósł się nad talię, ukazując fragment skóry. Harry oderwał spojrzenie.
Louis miał się wyprowadzić w ciągu dwóch tygodni, a te trzy miesiące przeminęły dużo szybciej, niż Harry oczekiwał. Będzie tęsknił za Louisem.
- Jaką znalazłeś pracę? – Louis poklepał poduszkę obok siebie i Harry opadł na nią i ułożył głowę na podołku Louisa.
- W piekarni – odpowiedział Harry. – W tej tuż za rogiem od twojego nowego mieszkania. – Odchylił głowę, żeby spojrzeć na Louisa i zauważył, jak chłopak się uśmiecha, choć nie dosięgało to jego oczu. – Co?
- Co co? – Louis przesunął ręką przez loki Harry’ego i zawinął je wokół swoich palców. – To dobrze.
- Nie wyglądasz na szczęśliwego.
- Chciałbyś żebym krzyczał i wrzeszczał?
- … z całych sił?* - Harry się uśmiechnął. – Nie, nieważne. Cieszę się, że mi się udało. Wszyscy są bardzo mili i nawet pozwolą mi pomóc w kuchni. Z pieczeniem i w ogóle.
Louis ułożył rękę na klatce piersiowej. – Pozwolą ci piec w piekarni?
Harry zachichotał i uszczypnął Louisa w brzuch. Louis klepnął go w rękę i bardziej naciągnął swój sweter. Harry ułożył rękę na swoim brzuchu, czule się uśmiechnął i zamknął oczy. To nie był pierwszy raz, kiedy zauważył, że Louis był niepewny swojego ciała. Nigdy by tego nie przyznał, ale sądził, że to urocze. W sposób, w jaki Louis był uroczy.
Ręce Louisa nadal przesuwały się przez jego włosy i Harry pomyślał, że mógłby tak zasnąć, w ogóle nie miałby nic przeciwko. Może Louis również.
- Harry.
Głos Louisa był cichy i Harry naprawdę nie chciał otwierać oczu, ale jednak to zrobił. Natychmiast dostrzegł, że Louis również na niego patrzy.
- O co chodzi? – spytał Harry.
Louis siedział w ciszy przez chwilę dłużej i jego wplątana we włosy Harry’ego ręka zatrzymała się, kiedy otworzył usta. Później zamknął je z powrotem, a ręka znów się poruszyła.
- Rozmawiałem dziś z właścicielem i powiedział, że mogę przywieźć rzeczy w przyszłą środę.
Harry zamrugał. – Już?
- Tak, cóż. Jeszcze tylko dwa tygodnie do przeprowadzki. Czwartek za dwa tygodnie. – Louis wzruszył ramionami, a jego palce lekko drapały czaszkę Harry’ego.
- Wiem – powiedział Harry. – Po prostu… wiedziałem, ale teraz wydaje się, że to tak wcześnie.
Louis lekko się uśmiechnął. – Tak, nie mogę doczekać się siedzenia na balkonie, kiedy zacznie się lato.
Co to było? Czy przez to serce Harry’ego zapadło mu się w piersi? Louis nie mógł doczekać się wyprowadzki od Harry’ego, a Harry uświadomił sobie, że z nim było zupełnie inaczej. Nie chciał, żeby to się stało. Znów będzie sam, a nienawidził mieszkania w samotności.
Harry wątpił, żeby ktokolwiek mógłby być tak wspaniałym współlokatorem jak Louis.
- Znów będę miał dla siebie mój pokój nagości – powiedział, usiłując nie wyjawić tego, co naprawdę miał na myśli. – Też się nie mogę doczekać.
Louis się zaśmiał. – Twój pokój nagości?
- Pokój, w którym zakazane jest noszenie ubrań. W każdym mieszkaniu powinien być taki pokój. – Harry zuchwale się uśmiechnął.
- To najśmieszniejsza rzecz, jaką ostatnio powiedziałeś – powiedział Louis i lekko się przesunął. – Przeniosłeś tę zasadę na całe mieszkanie.
- Nie miałem wyboru, jako że mój pokój nagości został przez ciebie zajęty. Ubranego ciebie, swoją drogą – dodał Harry i się uśmiechnął.
- Nie byłem świadom tej zasady – powiedział Louis. – Gdybym wiedział, oczywiście cały czas byłbym w tym pokoju bez ubrań.
- Cóż… nadal masz dwa tygodnie, żeby to nadrobić i żyć zgodnie z zasadami.
- Jeden tydzień.
- Och, racja. – Harry zmarszczył brwi. – Nie możesz zostać w tym pokoju, jeśli już wyniesiesz swoje rzeczy. W tym wypadku – dodał i poruszył brwiami – znów przenoszę zasadę na całe mieszkanie. Możesz w takim razie przenieść swoją nagość na sofę.
Louis niezbyt delikatnie pociągnął za jego loka. – Kazałeś mi spać w swoim łóżku przez dwa miesiące, kiedy moje było w pokoju obok. A kiedy wyniosę swoje, każesz mi spać na sofie?
Harry zaśmiał się i usiadł, krzyżując nogi. – Jeśli będziesz nagi.
- Ty kazałeś mi być nagi.
Uśmiechając się, Harry przesunął palcem po zmarszczkach na czole Louisa. – No to dlaczego nadal jesteś ubrany?
I nagle powietrze między nimi zgęstniało i Harry zauważył, że znajduje się bliżej Louisa. To nie Louis się zbliżył. Harry pochylał się i twarz Louisa znajdowała się tylko kilka cali od jego. Na sekundę spojrzał na usta Louisa, po czym przeniósł wzrok z powrotem na jego oczy.
Louis zesztywniał, nie ruszał się, patrzył na niego i wyglądał, jakby zamarł. Jego oczy były szeroko otwarte, szczęka opuszczona.
I, cholera, znów to wracało. Od czasu do czasu to po prostu się pojawiało – zupełnie jak tamtej nocy, kiedy popełnił błąd i pozwolił się temu ponieść. Pojawiał się ten dziwny pociąg do Louisa; Harry nie był w stanie tego wyjaśnić, nie wiedział, skąd to się nagle wzięło, ale zawsze wracało.
Musiał się tego pozbyć. Przez to jego relacja z Louisem stawała się niezręczna. Byli przyjaciółmi, a przyjaciele nie pociągali się seksualnie. Więc od kiedy dokładnie Louis pociągał Harry’ego? I od kiedy dokładnie patrzył na usta Louisa i zastanawiał się, jakby to było je całować?
Cholera, ale Harry instynktownie przybliżył się, by pocałować Louisa i to naprawdę nie powinno było się stać. Nigdy.
Louis jako pierwszy się ocknął. Uniósł rękę i szturchnął palcem policzek Harry’ego.
- Za blisko, Styles – powiedział i brzmiał, jakby był speszony.
Harry usiadł z powrotem i wymusił śmiech, ale wiedział, że wygląda nieśmiało. – Pójdę się przespać przed pracą i… w ogóle.
- Dobrze – odpowiedział Louis i ponownie podniósł książkę i okulary. Okej, Harry musiał wydostać się z pokoju, zanim Louis założy te okulary. Naprawdę nie pomagały.
Od kiedy dokładnie tak wszystko schrzaniał?
-
*Harry ma na myśli piosenką Scream And Shout.
- Znalazłem pracę! – ogłosił Harry w chwili, w której wpadł do pokoju.
Louis podniósł wzrok znad książki i zamrugał, wydawało się, że był zdezorientowany i nie potrafił ująć sensu tego, co powiedział Harry, ale w końcu uśmiechnął się do chłopaka. Jego grzywka była niezdarnie odgarnięta z czoła i miał na nosie okulary.
Harry zdał sobie sprawę, że naprawdę podobał mu się Louis w okularach.
- W końcu – odpowiedział Louis i odłożył książkę, a na nią swoje okulary. Przeciągnął się i jego sweter podniósł się nad talię, ukazując fragment skóry. Harry oderwał spojrzenie.
Louis miał się wyprowadzić w ciągu dwóch tygodni, a te trzy miesiące przeminęły dużo szybciej, niż Harry oczekiwał. Będzie tęsknił za Louisem.
- Jaką znalazłeś pracę? – Louis poklepał poduszkę obok siebie i Harry opadł na nią i ułożył głowę na podołku Louisa.
- W piekarni – odpowiedział Harry. – W tej tuż za rogiem od twojego nowego mieszkania. – Odchylił głowę, żeby spojrzeć na Louisa i zauważył, jak chłopak się uśmiecha, choć nie dosięgało to jego oczu. – Co?
- Co co? – Louis przesunął ręką przez loki Harry’ego i zawinął je wokół swoich palców. – To dobrze.
- Nie wyglądasz na szczęśliwego.
- Chciałbyś żebym krzyczał i wrzeszczał?
- … z całych sił?* - Harry się uśmiechnął. – Nie, nieważne. Cieszę się, że mi się udało. Wszyscy są bardzo mili i nawet pozwolą mi pomóc w kuchni. Z pieczeniem i w ogóle.
Louis ułożył rękę na klatce piersiowej. – Pozwolą ci piec w piekarni?
Harry zachichotał i uszczypnął Louisa w brzuch. Louis klepnął go w rękę i bardziej naciągnął swój sweter. Harry ułożył rękę na swoim brzuchu, czule się uśmiechnął i zamknął oczy. To nie był pierwszy raz, kiedy zauważył, że Louis był niepewny swojego ciała. Nigdy by tego nie przyznał, ale sądził, że to urocze. W sposób, w jaki Louis był uroczy.
Ręce Louisa nadal przesuwały się przez jego włosy i Harry pomyślał, że mógłby tak zasnąć, w ogóle nie miałby nic przeciwko. Może Louis również.
- Harry.
Głos Louisa był cichy i Harry naprawdę nie chciał otwierać oczu, ale jednak to zrobił. Natychmiast dostrzegł, że Louis również na niego patrzy.
- O co chodzi? – spytał Harry.
Louis siedział w ciszy przez chwilę dłużej i jego wplątana we włosy Harry’ego ręka zatrzymała się, kiedy otworzył usta. Później zamknął je z powrotem, a ręka znów się poruszyła.
- Rozmawiałem dziś z właścicielem i powiedział, że mogę przywieźć rzeczy w przyszłą środę.
Harry zamrugał. – Już?
- Tak, cóż. Jeszcze tylko dwa tygodnie do przeprowadzki. Czwartek za dwa tygodnie. – Louis wzruszył ramionami, a jego palce lekko drapały czaszkę Harry’ego.
- Wiem – powiedział Harry. – Po prostu… wiedziałem, ale teraz wydaje się, że to tak wcześnie.
Louis lekko się uśmiechnął. – Tak, nie mogę doczekać się siedzenia na balkonie, kiedy zacznie się lato.
Co to było? Czy przez to serce Harry’ego zapadło mu się w piersi? Louis nie mógł doczekać się wyprowadzki od Harry’ego, a Harry uświadomił sobie, że z nim było zupełnie inaczej. Nie chciał, żeby to się stało. Znów będzie sam, a nienawidził mieszkania w samotności.
Harry wątpił, żeby ktokolwiek mógłby być tak wspaniałym współlokatorem jak Louis.
- Znów będę miał dla siebie mój pokój nagości – powiedział, usiłując nie wyjawić tego, co naprawdę miał na myśli. – Też się nie mogę doczekać.
Louis się zaśmiał. – Twój pokój nagości?
- Pokój, w którym zakazane jest noszenie ubrań. W każdym mieszkaniu powinien być taki pokój. – Harry zuchwale się uśmiechnął.
- To najśmieszniejsza rzecz, jaką ostatnio powiedziałeś – powiedział Louis i lekko się przesunął. – Przeniosłeś tę zasadę na całe mieszkanie.
- Nie miałem wyboru, jako że mój pokój nagości został przez ciebie zajęty. Ubranego ciebie, swoją drogą – dodał Harry i się uśmiechnął.
- Nie byłem świadom tej zasady – powiedział Louis. – Gdybym wiedział, oczywiście cały czas byłbym w tym pokoju bez ubrań.
- Cóż… nadal masz dwa tygodnie, żeby to nadrobić i żyć zgodnie z zasadami.
- Jeden tydzień.
- Och, racja. – Harry zmarszczył brwi. – Nie możesz zostać w tym pokoju, jeśli już wyniesiesz swoje rzeczy. W tym wypadku – dodał i poruszył brwiami – znów przenoszę zasadę na całe mieszkanie. Możesz w takim razie przenieść swoją nagość na sofę.
Louis niezbyt delikatnie pociągnął za jego loka. – Kazałeś mi spać w swoim łóżku przez dwa miesiące, kiedy moje było w pokoju obok. A kiedy wyniosę swoje, każesz mi spać na sofie?
Harry zaśmiał się i usiadł, krzyżując nogi. – Jeśli będziesz nagi.
- Ty kazałeś mi być nagi.
Uśmiechając się, Harry przesunął palcem po zmarszczkach na czole Louisa. – No to dlaczego nadal jesteś ubrany?
I nagle powietrze między nimi zgęstniało i Harry zauważył, że znajduje się bliżej Louisa. To nie Louis się zbliżył. Harry pochylał się i twarz Louisa znajdowała się tylko kilka cali od jego. Na sekundę spojrzał na usta Louisa, po czym przeniósł wzrok z powrotem na jego oczy.
Louis zesztywniał, nie ruszał się, patrzył na niego i wyglądał, jakby zamarł. Jego oczy były szeroko otwarte, szczęka opuszczona.
I, cholera, znów to wracało. Od czasu do czasu to po prostu się pojawiało – zupełnie jak tamtej nocy, kiedy popełnił błąd i pozwolił się temu ponieść. Pojawiał się ten dziwny pociąg do Louisa; Harry nie był w stanie tego wyjaśnić, nie wiedział, skąd to się nagle wzięło, ale zawsze wracało.
Musiał się tego pozbyć. Przez to jego relacja z Louisem stawała się niezręczna. Byli przyjaciółmi, a przyjaciele nie pociągali się seksualnie. Więc od kiedy dokładnie Louis pociągał Harry’ego? I od kiedy dokładnie patrzył na usta Louisa i zastanawiał się, jakby to było je całować?
Cholera, ale Harry instynktownie przybliżył się, by pocałować Louisa i to naprawdę nie powinno było się stać. Nigdy.
Louis jako pierwszy się ocknął. Uniósł rękę i szturchnął palcem policzek Harry’ego.
- Za blisko, Styles – powiedział i brzmiał, jakby był speszony.
Harry usiadł z powrotem i wymusił śmiech, ale wiedział, że wygląda nieśmiało. – Pójdę się przespać przed pracą i… w ogóle.
- Dobrze – odpowiedział Louis i ponownie podniósł książkę i okulary. Okej, Harry musiał wydostać się z pokoju, zanim Louis założy te okulary. Naprawdę nie pomagały.
Od kiedy dokładnie tak wszystko schrzaniał?
-
*Harry ma na myśli piosenką Scream And Shout.
228
Louis zapiął torbę i podniósł się z ziemi, by jeszcze raz rozejrzeć się po pokoju Harry’ego. Na zewnątrz było ciemno, a pomieszczenie oświetlane było jedynie małą lampką znajdującą się obok łóżka chłopaka.
Louis próbował zasnąć, ale nic nie działało. Nigdy nie udało mu się zasnąć samotnie w łóżku Harry’ego. Nie wydawało się to właściwie.
Było trzydzieści minut po północy. Harry pracował, a Louis spędzał swoją ostatnią noc w jego mieszkaniu. Zwykle, kiedy Harry pracował w nocy, Louis spał we własnym łóżku; była to jedyna noc w tygodniu, kiedy nie spał z Harrym. Jednak teraz jego łóżko przeniesione zostało już do nowego mieszkania, a zasypianie samotnie w łóżku Harry’ego nie wydawało się właściwe. Nawet nie próbował iść spać, łóżko wyglądało na zbyt duże, zbyt puste i zbyt zimne bez Harry’ego.
Więc zamiast iść spać, Louis zajął się czymś innym.
Następnego dnia o dziesiątej miał spotkać się z właścicielem domu, podpisać umowę i dostać klucze. Po tym oficjalnie wprowadzić się do nowego mieszkania z dwoma pokojami i balkonem. Louis już kochał to miejsce.
Tydzień wcześniej przeniesiono wszystkie jego rzeczy. Właściciel nie miał nic przeciwko i jako że było trzeba jedynie naprawić kilka rzeczy w łazience, mógł zostawić swoje kartony z rzeczami i meble w innych pokojach.
Zayn i Liam byli pod wrażeniem i zaprosili sami siebie na kolację w pierwszy weekend. Niall oczywiście natychmiastowo się dołączył i był za zrobieniem grilla na balkonie, który był zdecydowanie za mały na takie rzeczy. Jednak Louis wiedział, że i tak go zrobią. Tak dla rozrywki.
Harry był raczej cichy w ciągu wieczora. Pomagał przenieść rzeczy Louisa, zgadzał się z miłymi opiniami o mieszkaniu, ale nie był do końca sobą.
I to nie dawało Louisowi spokoju. Harry wydawał się podenerwowany całą sytuacją i Louis nie miał pojęcia, jak to przyjąć. Mimo wszystko cała sprawa był postawiona jasno od początku i Louis naprawdę czuł ulgę z powodu wyprowadzki. Nie sądził, że kiedykolwiek zapomni o ataku serca, którego dostał, kiedy Harry prawie pocałował go tamtego popołudnia.
Udawanie, że to był żart było najtrudniejszą rzeczą. Louis chciał się zbliżyć, złapać te wargi pomiędzy swoje… Zaczął nawet śnić o ustach Harry’ego. Przekształciło się to w chorą obsesję, przez co myśli Louisa stale były zajęte wargami Harry’ego.
Mógł ulec. Wiedział, że był to idealny moment, by ulec i posmakować ust Harry’ego, dowiedzieć się, jaki byłby ten pocałunek. Ale szczerze mówiąc – a przed sobą Louis mógł być szczery w sprawie uczuć wobec Harry’ego – Louis obawiał się tego, co miało wydarzyć się później.
Mógł odepchnąć Harry’ego tej nocy, kiedy chłopak wkradł się do jego łóżka. Skorzystał jednak z tego, co mógł zyskać, z nadzieją, że doprowadzi go to dokładnie tam, gdzie chciał być. Zamiast tego zakończyło się to słowami Harry’ego, mówiącymi że był to błąd.
Całowanie Harry’ego, dowiadywanie się, jaki byłby ten pocałunek i słyszenie potem jego słów, że był to błąd, było ostatnią rzeczą, którą Louis mógłby znieść.
Nie ponownie.
Zatem udawał, że byli jedynie przyjaciółmi. To był w stanie robić, tyle mógł z siebie dać.
A teraz to wszystko dobiegało końca. Nie będzie musiał już czuć wewnętrznego bólu, budząc się obok Harry’ego, nie będzie musiał powstrzymywać palenia w brzuchu, jedząc śniadanie, kiedy Harry będzie wchodził do kuchni, mając na sobie tyle co nic.
Nie będzie już siedział na sofie i oglądał daremnych programów w telewizji z Harrym zwiniętym przy jego boku. Nigdy więcej nie będzie wracał do domu na pyszny obiad i nie będzie rozmawiał z Harrym podczas jedzenia.
Wyprowadzka miała dobre i złe strony. Louis usiłował skupić się na tych dobrych, jako że to te liczyły się na dłuższą metę. Nieważne, jak kochany był Harry, nigdzie to Louisa nie prowadziło. Nie, dopóki Harry zapewniał, że byli jedynie przyjaciółmi.
Im prędzej Louis uwolni się od tej jednostronnej miłości, tym lepiej. Naprawdę. Wolał nie myśleć o fakcie, że nazywa to miłością. Wszystko i tak było już wystarczająco żałosne.
Sprawdzając ponownie godzinę, Louis westchnął i zerknął na łóżko.
Nie, spanie na nim bez Harry’ego było nie w porządku. Jak czekanie na ukochanego, grzanie mu miejsca, żeby mógł dołączyć, kiedy wróci do domu. Louisowi naprawdę nie podobał się ten pomysł. To nie tak wyglądała ich relacja.
Dzielili łóżko każdej nocy. Ale nie jako kochankowie.
Louis opuścił sypialnię i zdecydował się spać na kanapie. Dziesięć minut później siedział za kierownicą swojego samochodu i próbował sobie wmówić, że nie był głupi, odbierając Harry’ego z pracy.
I tak nie spał i tylko wyświadczał przyjacielowi przysługę. Nic więcej.
To było tego warte. Każda sekunda wewnętrznego konfliktu, czekanie na zimnie, moment, w którym Harry go dostrzegł i jego twarz się rozświetliła. Harry zawsze był piękny, ale wyglądał szczególnie pięknie w takich chwilach; jego oczy zmęczone i zaczerwienione, ciemne cienie pod nimi, blada skóra i zmierzwione, wyglądające na lekko przetłuszczone loki. Nie powinien wyglądać pięknie w takiej sytuacji, ale jednak tak właśnie było. Wyglądał dobrze nawet w takim stanie i to dlatego był piękny w oczach Louisa.
Louis nie znał innej osoby, która byłaby w stanie tego dokonać.
- Co tu robisz? – przywitał go Harry.
- Nie mogłem spać, więc pomyślałem, że przyjadę i cię podwiozę. – Louis lekko się uśmiechnął i dostrzegł wystającą spod kurtki chłopaka pomarańczową, brzydką koszulę, którą Harry musiał nosić do pracy. To był ostatni raz, kiedy widział takiego Harry’ego. Nie tylko dlatego, że się wyprowadzał, ale również dlatego, że był to ostatni dzień Harry’ego w tej pracy. – I zabiorę cię stąd jak najszybciej się da – dodał.
- Świetnie – odpowiedział Harry i przysunął się, by pocałować policzek Louisa. – Jesteś najlepszy.
Była to tortura i przyjemność równocześnie, a Louis naprawdę zaczynał się o siebie martwić. Prawdopodobnie posiadł jakiś masochistyczny fetysz.
- Wsiadaj – powiedział wysokim głosem. Jego ręce lekko się pociły. – Zabiorę cię do domu.
- Będzie mi brakowało Henry’ego – powiedział Harry, wsiadając. – Naprawdę się do siebie zbliżyliśmy.
- Będziesz musiał zrekompensować to przez rozmawianie ze swoim odkurzaczem. Ale on też jest miłym facetem. – Louis się uśmiechnął. – Polubisz go.
- Jestem niemal pewien, że spędzam z moim odkurzaczem więcej czasu niż ty. Czy ty go w ogóle kiedykolwiek widziałeś?
- A skąd miałbym wiedzieć, że jest miłym kolesiem?
Harry przewrócił oczami i ułożył się głębiej w fotelu, krzyżując ręce na piersi. – Nie widziałeś go. W przeciwnym razie wiedziałbyś, jaką zrzędliwą suką potrafi czasami być.
- Nigdy nie zachowywał się jak suka w stosunku do mnie – zapewnił Louis.
- Bo go nie używasz – powiedział cicho Harry. Mamrocząc, zakończył temat, a Louis nie naciskał. Stwierdził, że Harry był po prostu zmęczony i nie w nastroju do przekomarzania, więc skoncentrował się na prowadzeniu.
- Kiedy spotykasz się jutro z właścicielem? – spytał Harry po kilku minutach ciszy.
- O dziesiątej. Opuszczę poranne lekcje. – Louis zatrzymał samochód na światłach i zerknął na Harry’ego. – Czemu?
- Tak tylko pytam – powiedział cicho Harry. – Więc chyba zobaczymy się na lunchu.
Louis kiwnął tylko głową. Nie był pewien, czy powinien pojawiać się na lunchu. Łamanie już teraz ich wspólnej tradycji w pierwszy dzień wydawało się nie w porządku. Ale Louis planował się od tego uwolnić. Lubił spędzać czas z chłopakami, ale z planem odsunięcia się od Harry’ego, nie mógł spotykać się z nimi tak często.
Po tym oboje ucichli nie rozmawiali dopóki nie dotarli do mieszkania. Harry poszedł przodem i zniknął w łazience, zanim Louis w ogóle zamknął za sobą drzwi. Nie będąc pewnym, jak to przyjąć, Louis rozebrał się i zostawił ubrania na podłodze. Wspiął się pod pościel do łóżka Harry’ego i leżał, wsłuchując się w dźwięk lejącej się pod prysznicem wody.
Kiedy Harry wszedł do pokoju, był nagi. Louis zerknął na niego, ale szybko odwrócił wzrok na sufit, podczas gdy Harry wyjął z szuflady bokserki i założył je na swoje biodra. Wszedł do łóżka obok Louisa i przez chwilę leżeli w ten sposób.
Louis zamknął oczy, usiłując stłumić wszystko, co odbierały jego zmysły. Ramię Harry’ego otarło się o jego, skóra chłopaka była ciepła, wilgotna i gładka. Jego włosy były nadal mokre i pachniały szamponem Louisa. Harry kiedyś zaczął go używać, a Louis po prostu tego nie komentował. Kiedy pakował wcześniej rzeczy, zostawił go pod prysznicem, udając, że o nim zapomniał.
Pościel zaszeleściła i ciepła skóra przesunęła się po ciele Louisa, kiedy Harry przysunął się i zwinął przy jego boku. Jego duże dłonie chwyciły za talię Louisa, przysuwając go, a mokre loki przycisnęły do jego ramienia. Louis próbował, naprawdę próbował nie ulec, ale jego opór przypominał opór zamku z piasku wobec fal. Odwrócił się do Harry’ego i owinął ramionami jego pas, przysuwając go bliżej do swojej klatki piersiowej.
Harry cicho westchnął i wtulił nos w jego szyję.
Cała ta sytuacja była dość pokręcona, ale Louis naprawdę nie mógł nic zrobić. To i tak był ostatni raz. Zostało tylko kilka godzin, aż Harry będzie musiał wstać na lekcje i opuścić mieszkanie. I kiedy wróci popołudniu, Louisa nie będzie.
Tylko kilka godzin – przypomniał sobie Louis – a potem wykreśli Harry’ego Stylesa ze swojego życia.
-
Louis obudził się na dźwięk alarmu Harry’ego. Jego oczy szybko się otworzyły i cicho jęknął, sięgając po telefon, żeby go wyłączyć. Jednak nie sięgnął tak daleko, ponieważ Harry owinął się wokół niego, trzymając go w miejscu nogami splecionymi z nogami Louisa i ramionami ciasno wokół niego owiniętymi.
- Harry – powiedział Louis zachrypniętym i zaspanym głosem. Lekko przesunął ręką po kręgosłupie Harry’ego, żeby go obudzić. – Hej, skarbie, czas wstawać.
Harry jęknął i przytulił się bardziej.
Louis pomyślał, że mógłby umrzeć, gdyby Harry jeszcze trochę się przybliżył. Harry próbował wczołgać się do jego wnętrza i wydawało się, że to faktycznie działało. Louis czuł jego ciepło wszędzie; nie było cala jego ciała, który nie dotykałby Harry’ego.
- Wstawaj – spróbował ponownie – Spóźnisz się na lekcje.
- Nie idę – powiedział Harry w szyję Louisa. – Dziś zostanę w łóżku.
- Jesteś chory?
- Nie.
- Czy dzisiejsze lekcje zostały odwołane?
- Nie.
Louis cicho westchnął. – Więc nie widzę powodu, dla którego miałbyś został w łóżku.
- Jest kilka – wykłócał się Harry i, cóż, udało mu się przysunąć jeszcze bliżej. Louis czuł, jak w dole jego brzucha zbiera się ciepło. Włosy Harry’ego nadal pachniały jego szamponem a jego skóra była delikatna i ciepła, jego palce wbijały się w bok Louisa z idealnym naciskiem.
Było na to zbyt wcześnie – pomyślał Louis i powstrzymał nędzne jęknięcie.
- Jestem zmęczony – dodał Harry, sięgając, by wyłączyć swój alarm. – A teraz jest ciepło i przytulnie i naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego miałbym wstawać.
- Edukacja, Haroldzie – przypomniał mu Louis. – To dla twojej edukacji.
- Idź spać, Lou. – Harry przycisnął twarz do obojczyków Louisa i jego ciepły i wilgotny oddech uderzał o skórę chłopaka. – To nie twoja sprawa, czy opuszczam lekcje.
- Ale…
- Ty też dziś opuszczasz, prawda? – przerwał mu Harry. – Czy ja się ciebie o to czepiam? Twoja decyzja. A opuszczanie moich porannych lekcji przeze mnie, jest moją sprawą.
Louis uciszył się i przygryzł wargę, wpatrując się nad włosami Harry’ego w ścianę naprzeciw. Oddech Harry’ego uspokoił się i Louis miał nadzieję, że chłopak zasnął. Zdecydowanie łatwiej było go znieść, kiedy spał.
Louis leżał z Harrym śpiącym w jego ramionach, zwiniętym przy nim i trzymającym go. Harry kilka razy się poruszył, ale nie puścił Louisa. Bycie tak blisko było nieco niewygodne i nogi Louisa zaczęły drętwieć, ale nie mógł zmusić się do opuszczenia objęć Harry’ego.
Nadal leżał, kiedy kilka godzin później zadzwonił jego alarm. Harry się obudził, uniósł głowę i powoli zamrugał, po czym opuścił ją z powrotem na ramię Louisa.
- Muszę wstać – powiedział cicho Louis.
Harry kiwnął głową, ale nie się ruszył. Przesunął rękę na biodro Louisa i przez moment ją tam trzymał. Louis wstrzymał oddech, ale również się nie poruszył. Harry powoli odsunął się od Louisa i usiadł. Spojrzał na niego w dół zmęczonym, ale przenikliwym wzrokiem. Przez chwilę Louis myślał, że Harry się przybliży, ale chłopak wydawał się nie znaleźć w jego twarzy tego, czego szukał, ponieważ szybko odwrócił wzrok i spuścił nogi z łóżka.
- Zrobię śniadanie – wymamrotał i wyszedł z pokoju.
Louis przez chwilę czekał i zamknął ponownie oczy, usiłując zahamować burzę emocji przechodzących przez jego klatkę piersiową. Nie mógł teraz zmięknąć.
Harry Styles ewidentnie robił sobie z niego żarty, a Louis mu na to nie pozwoli.
Mieszkanie pachniało bekonem i czerwoną fasolką, kiedy wyszedł z łazienki chwilę później. Pakując ostatnie rzeczy, słyszał jak Harry cicho śpiewa jakąś popową piosenkę w radiu. Właśnie nakrywał do stołu, kiedy Louis wszedł do kuchni.
- Wszystko gotowe – powiedział Harry z lekkim uśmiechem. – Zrobiłem ci jajka na toście.
Louis uśmiechnął się i usiadł przy stole, patrząc, jak Harry nakłada jedzenie. – Nie musiałeś się tak starać.
- Cóż, to ostatni raz, kiedy mogę – odpowiedział Harry i również usiadł. – Posiadanie współlokatora jednak jest fajne. Będzie mi tego brakowało.
- Jestem pewien, że szybko znajdziesz kogoś nowego. – I, cóż, to nie zabrzmiało tak, jak w głowie Louisa. Dlaczego to wyglądało jak zerwanie, jeśli nawet nie było czego zrywać?
Harry uśmiechnął się. – Tak, jestem pewien. Liam mówił, że jego znajomy szuka pokoju.
- Upewnij się, że ten koleś jest znośny. – Louis wzruszył ramionami, nabierając na widelec trochę bekonu. – Liam ma kilku przyjaciół, którzy są dupkami.
Harry szeroko się uśmiechnął. – Pamiętasz, jak się tu znalazłeś?
- Dzięki Niallowi.
- Który znał Liama. – Harry się uśmiechnął. – Nie wszyscy przyjaciele Liama są dupkami.
- Jednak kilku jest. Gdyby Zayn się nim nie opiekował… - Louis się uśmiechnął.
Harry się zaśmiał. – Żadnych przerażających prześladowców w pobliżu Liama, dopóki jest przy nim Zayn.
Louis uśmiechnął się, odłożył widelec i uniósł kubek, by podmuchać na gorącą powierzchnię herbaty. – W każdym razie jestem pewien, że szybko znajdziesz jakiegoś współlokatora.
- Nie wiem, czy w ogóle będę go chciał – powiedział Harry i wstał, żeby włożyć swój talerz do zlewu. Stał odwrócony plecami do Louisa. Louis dostrzegał pod jego skórą kości i napięte mięśnie. Wtedy widział już wszystkie tatuaże Harry’ego, ale nadal nie spytał o ich znaczenie. Harry lekko odwrócił się w lewo i z tego kąta, Louis widział statek na jego ramieniu, duże, czarne serce i napis na jego kości biodrowej. Był pewien, że ostatniego nie było tam, kiedy ostatnio pozwolił sobie bliżej przyjrzeć się ciału Harry’ego.
Louis usiłował nie przyglądać się bliżej ciału Harry’ego.
Wtedy próbował skoncentrować się na tym, co powiedział Harry, ale jego umysł zawsze wracał do tego, jak bardzo chciał przesunąć palcem po kręgosłupie Harry’ego i zbliżyć się wystarczająco, by móc odczytać napis na jego biodrze.
- Nie chcesz?
Harry wzruszył ramionami, odwracając się. Ptaki – Louis nigdy nie był pewien, jaki to gatunek – kontrastowały z bladością jego skóry. – Mam teraz wysokie wymagania co do kandydatów. Oczekuję, że będą bawili się moimi włosami, kiedy będę śpiący, że będą odbierali mnie z pracy i dzielili ze mną łóżko. Nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł robić to wszystko.
Louis lekko się uśmiechnął i nagle jego serce zaczęło boleć. Naprawdę nie lubił myśleć melodramatycznymi metaforami ale sposób, w jaki zacisnęło mu się serce, jakby ktoś owinął wokół niego pięść, naprawdę nie zostawiał mu wyboru.
Pieprzyć Harry’ego i sposób, w jaki zamieniał Louisa w poetycki nieład, pragnący wszystkiego, co było po prostu Harrym.
- Ja… - Louis ciężko przełknął ślinę i wstał. – Chyba muszę już iść.
Harry przez chwilę stał w ciszy i patrzył na niego, po czym kiwnął z poważnym wyrazem twarzy. Louis przekroczył kuchnię i zabrał torbę z pokoju Harry’ego po czym nałożył kurtkę i buty.
- Do zobaczenia – powiedział cicho Harry.
Zobaczą się. Louis tylko się wyprowadzał, nic wielkiego. Zobaczy się z Harrym później na lunchu. O boże, to naprawdę było coś wielkiego, prawda? Kiedy stało się to tak istotne? Dlaczego opuszczanie tego mieszkania łamało mu serce? Naprawdę nie powinno.
Louis wymusił krótkie kiwnięcie głową, podnosząc torbę.
- Ja… - Harry zacisnął wargi i Louis zmusił się do patrzenia na niego. Jego loki były zmierzwione, skóra blada i gładka w łagodnym porannym świetle. Miał gęsią skórkę na ramionach i torsie i Louis naprawdę chciał go przytulić, aż Harry byłby ponownie ciepły, jak kiedy obudził się w jego ramionach.
- Będzie mi cię brakowało, Lou.
I to było okrutne, niesamowicie okrutne, bo Louisowi już brakowało Harry’ego. Był idealny i słodki, i był wszystkim, czego Louis kiedykolwiek pragnął, i nie mógł go mieć, mógł być jedynie jego przeklętym przyjacielem, podczas gdy chciał się budzić tak jak tamtego ranka każdego cholernego dnia. Może jedynie z tą różnicą, że mógłby wykorzystać to, że Harry czuł się przytulnie i ciepło w jego ramionach, obciągając mu, liżąc jego skórę i…
Harry nagle znalazł się tak blisko, że oddech Louisa uwiązł mu w gardle, gdy ramiona Harry’ego owinęły się wokół jego karku i blisko go przyciągnęły. Zamknął oczy i wdychał zapach Harry’ego, zapamiętując sposób, w jaki jego loki łaskotały jego policzki, i jakie było uczucie jego nagiej skóry.
- Możesz mnie odwiedzić, kiedy tylko będziesz chciał, okej? – powiedział cicho Harry w jego szyję, a Louisowi udało się kiwnąć głową, mimo że wiedział, że to kłamstwo. Nigdy więcej nie przyjdzie odwiedzić Harry’ego. Musiał się upewnić, że już nigdy nie spotka Harry’ego w samotności. To było jedyne właściwe rozwiązanie.
Harry odsunął się i zabrał ręce z barków Louisa, wymusił uśmiech i oblizał usta. Louis nie mógł powstrzymać się patrzenia na tę czynność.
- Do zobaczenia, Louis – powiedział cicho Harry.
- Do zobaczenia– odpowiedział Louis i nigdy wcześniej nie brakowało mu słów, jednak to właśnie działo się w tamtej chwili. Zawsze miał coś inteligentnego do powiedzenia, jakiś sarkastyczny komentarz, żeby rozluźnić atmosferę, ale nie miał nic w tamtej chwili. – Trzymaj się, Haz.
Harry kiwnął głową i nagle znów znalazł się w przestrzeni osobistej Louisa, a Louis naprawdę nie pojmował zaistniałej sytuacji, mimo że wszystko działo się w zwolnionym tempie. Harry w ogóle go nie dotknął, ale ich spojrzenia się spotkały i Louis wiedział, co nadchodzi, ale nie mógł nic z tym zrobić. Zamarł, zatracając się w zieleni oczu Harry’ego.
Nie zamknął oczu, kiedy wargi Harry’ego dotknęły jego, a Harry nie zamknął swoich. Wpatrywał się w oczy Louisa, kiedy jego usta łagodnie, z wahaniem się poruszyły, zamykając w sobie wargi Louisa. To nie było nic wielkiego, tylko lekkie muśnięcie, nieśmiałe przesunięcie skóry po skórze.
A potem język Harry’ego przesunął się po dolnej wardze chłopaka i powieki Louisa zatrzepotały, po czym jego oczy się zamknęły i Louis lekko rozchylił usta, żeby wessać wargę Harry’ego między swoje. Harry przesunął zębami po wargach Louisa i przechylił głowę pod lepszym kątem, po czym jego język wysunął się ponownie, w tym samym momencie co język Louisa, przez co oba nawzajem się trąciły.
W tym momencie Louis odsunął na bok wszystko inne i pozwolił sobie zatracić się w pocałunku.
Louis pozwolił Harry’emu przejąć kontrolę, pozwolił mu prowadzić pocałunek i oddawał tyle, ile dawał mu Harry. Harry przygryzł jego dolną wargę, przechylał głowę, powoli przesuwał ustami po wargach Louisa i powtarzał te czynności.
Louis nie spieszył się, chwycił dłońmi twarz Harry’ego, potem pociągnął za jego wargę zębami i przesunął po niej językiem. Otrzymał westchnienie, bardzo nikłe westchnienie w odpowiedzi, ale było ono wystarczające, by go zachęcić. W tym samym wolnym tempie i z tą samą łagodnością pogłębił pocałunek, niepewnie odkrywał, brał tyle, ile dawał.
Ręce Harry’ego odnalazły jego biodra i ułożyły się na linii jego spodni, wsunęły pod bluzę, żeby otrzeć się o skórę i tam pozostać. Westchnął w usta Louisa, przysuwając się bardziej, wsunął język do jego ust i Louis widział pod powiekami eksplodujące gwiazdy.
Pocałunek był dokładnie taki, jakim Louis sobie go wyobrażał. Może nawet lepszy. Harry całował tak powoli i leniwie, jak mówił, i z taką samą siłą i koncentracją, jaką wykazywał się podczas gotowania. Smakował jak bekon i miętowa pasta do zębów, i coś, co prawdopodobnie było po prostu Harrym – jak śnieg i wiśnie, i dziecięca guma do żucia. Louis przeniósł ręce z twarzy Harry’ego do jego loków, mocno za nie złapał i otworzył usta, by spotkać język chłopaka, a dźwięk, który wydostał się z jego gardła, był zdecydowanie sprośny.
Jego dłonie przesuwały się niżej, przez ramiona Harry’ego, opuszkami palców lekko ocierając się o jego łokcie, po czym układając się na rękach chłopaka i odrywając jego palce od swojej talii. Jego palce wsunęły się w odstępy pomiędzy palcami Harry’ego i Louis splótł je łagodnie i leniwie, aż jego dłonie opierały się o dłonie Harry’ego.
Harry trzymał je, przygryzając dolną wargę Louisa i następnie gładząc ją ruchem języka. Louis łagodnie się odsunął, pozwolił pocałunkowi zamienić się w krótkie muśnięcia, po czym w końcu zrobił krok w tył i otworzył oczy.
Harry wpatrywał się w niego mglistym spojrzeniem, zamroczonym pożądaniem i pragnieniem, i wszystkimi tymi emocjami, których Louis nie potrafił odczytać, ponieważ nigdy nie widział Harry’ego w takim stanie. Chciał rzucić ironiczny komentarz, ale nie zrobił tego. Nie ufał wtedy swojemu głosowi.
Wyplątał palce z uścisku Harry’ego i powoli odwrócił się, żeby podnieść torbę, którą upuścił podczas pocałunku. Nie spojrzał ponownie na Harry’ego, otworzył drzwi i wyszedł z mieszkania.
Jego serce groziło, że w każdej chwili może eksplodować mu w piersi, jego stopy zdrętwiały, a usta były nagrzane i wydawały się płonąć. Dłonie miał zimne i każda komórka w jego ciele prawdopodobnie wywróciła się do góry nogami.
Louis nadał czuł Harry’ego na swoim języku.
Dopiero kiedy wyszedł z mieszkania na światło dzienne, przywitany ciepłym, wiosennym słońcem, nagle zaczął biec. Biegł i biegł, nie będąc pewnym dokąd, po prostu z daleka od Harry’ego. Musiał oddalić się od Harry’ego tak szybko, jak było to możliwe. Nawet nie wiedział dlaczego przez krótki, błogi moment chciał uwierzyć w ideał.
Harry zdecydowanie mieszał mu w głowie, nawet kiedy Louis już się od niego uwolnił. Jednym pocałunkiem przypomniał mu, że to nie było takie proste.
Bez wątpienia był to najbardziej idealny pocałunek w całym życiu Louisa.
Louis próbował zasnąć, ale nic nie działało. Nigdy nie udało mu się zasnąć samotnie w łóżku Harry’ego. Nie wydawało się to właściwie.
Było trzydzieści minut po północy. Harry pracował, a Louis spędzał swoją ostatnią noc w jego mieszkaniu. Zwykle, kiedy Harry pracował w nocy, Louis spał we własnym łóżku; była to jedyna noc w tygodniu, kiedy nie spał z Harrym. Jednak teraz jego łóżko przeniesione zostało już do nowego mieszkania, a zasypianie samotnie w łóżku Harry’ego nie wydawało się właściwe. Nawet nie próbował iść spać, łóżko wyglądało na zbyt duże, zbyt puste i zbyt zimne bez Harry’ego.
Więc zamiast iść spać, Louis zajął się czymś innym.
Następnego dnia o dziesiątej miał spotkać się z właścicielem domu, podpisać umowę i dostać klucze. Po tym oficjalnie wprowadzić się do nowego mieszkania z dwoma pokojami i balkonem. Louis już kochał to miejsce.
Tydzień wcześniej przeniesiono wszystkie jego rzeczy. Właściciel nie miał nic przeciwko i jako że było trzeba jedynie naprawić kilka rzeczy w łazience, mógł zostawić swoje kartony z rzeczami i meble w innych pokojach.
Zayn i Liam byli pod wrażeniem i zaprosili sami siebie na kolację w pierwszy weekend. Niall oczywiście natychmiastowo się dołączył i był za zrobieniem grilla na balkonie, który był zdecydowanie za mały na takie rzeczy. Jednak Louis wiedział, że i tak go zrobią. Tak dla rozrywki.
Harry był raczej cichy w ciągu wieczora. Pomagał przenieść rzeczy Louisa, zgadzał się z miłymi opiniami o mieszkaniu, ale nie był do końca sobą.
I to nie dawało Louisowi spokoju. Harry wydawał się podenerwowany całą sytuacją i Louis nie miał pojęcia, jak to przyjąć. Mimo wszystko cała sprawa był postawiona jasno od początku i Louis naprawdę czuł ulgę z powodu wyprowadzki. Nie sądził, że kiedykolwiek zapomni o ataku serca, którego dostał, kiedy Harry prawie pocałował go tamtego popołudnia.
Udawanie, że to był żart było najtrudniejszą rzeczą. Louis chciał się zbliżyć, złapać te wargi pomiędzy swoje… Zaczął nawet śnić o ustach Harry’ego. Przekształciło się to w chorą obsesję, przez co myśli Louisa stale były zajęte wargami Harry’ego.
Mógł ulec. Wiedział, że był to idealny moment, by ulec i posmakować ust Harry’ego, dowiedzieć się, jaki byłby ten pocałunek. Ale szczerze mówiąc – a przed sobą Louis mógł być szczery w sprawie uczuć wobec Harry’ego – Louis obawiał się tego, co miało wydarzyć się później.
Mógł odepchnąć Harry’ego tej nocy, kiedy chłopak wkradł się do jego łóżka. Skorzystał jednak z tego, co mógł zyskać, z nadzieją, że doprowadzi go to dokładnie tam, gdzie chciał być. Zamiast tego zakończyło się to słowami Harry’ego, mówiącymi że był to błąd.
Całowanie Harry’ego, dowiadywanie się, jaki byłby ten pocałunek i słyszenie potem jego słów, że był to błąd, było ostatnią rzeczą, którą Louis mógłby znieść.
Nie ponownie.
Zatem udawał, że byli jedynie przyjaciółmi. To był w stanie robić, tyle mógł z siebie dać.
A teraz to wszystko dobiegało końca. Nie będzie musiał już czuć wewnętrznego bólu, budząc się obok Harry’ego, nie będzie musiał powstrzymywać palenia w brzuchu, jedząc śniadanie, kiedy Harry będzie wchodził do kuchni, mając na sobie tyle co nic.
Nie będzie już siedział na sofie i oglądał daremnych programów w telewizji z Harrym zwiniętym przy jego boku. Nigdy więcej nie będzie wracał do domu na pyszny obiad i nie będzie rozmawiał z Harrym podczas jedzenia.
Wyprowadzka miała dobre i złe strony. Louis usiłował skupić się na tych dobrych, jako że to te liczyły się na dłuższą metę. Nieważne, jak kochany był Harry, nigdzie to Louisa nie prowadziło. Nie, dopóki Harry zapewniał, że byli jedynie przyjaciółmi.
Im prędzej Louis uwolni się od tej jednostronnej miłości, tym lepiej. Naprawdę. Wolał nie myśleć o fakcie, że nazywa to miłością. Wszystko i tak było już wystarczająco żałosne.
Sprawdzając ponownie godzinę, Louis westchnął i zerknął na łóżko.
Nie, spanie na nim bez Harry’ego było nie w porządku. Jak czekanie na ukochanego, grzanie mu miejsca, żeby mógł dołączyć, kiedy wróci do domu. Louisowi naprawdę nie podobał się ten pomysł. To nie tak wyglądała ich relacja.
Dzielili łóżko każdej nocy. Ale nie jako kochankowie.
Louis opuścił sypialnię i zdecydował się spać na kanapie. Dziesięć minut później siedział za kierownicą swojego samochodu i próbował sobie wmówić, że nie był głupi, odbierając Harry’ego z pracy.
I tak nie spał i tylko wyświadczał przyjacielowi przysługę. Nic więcej.
To było tego warte. Każda sekunda wewnętrznego konfliktu, czekanie na zimnie, moment, w którym Harry go dostrzegł i jego twarz się rozświetliła. Harry zawsze był piękny, ale wyglądał szczególnie pięknie w takich chwilach; jego oczy zmęczone i zaczerwienione, ciemne cienie pod nimi, blada skóra i zmierzwione, wyglądające na lekko przetłuszczone loki. Nie powinien wyglądać pięknie w takiej sytuacji, ale jednak tak właśnie było. Wyglądał dobrze nawet w takim stanie i to dlatego był piękny w oczach Louisa.
Louis nie znał innej osoby, która byłaby w stanie tego dokonać.
- Co tu robisz? – przywitał go Harry.
- Nie mogłem spać, więc pomyślałem, że przyjadę i cię podwiozę. – Louis lekko się uśmiechnął i dostrzegł wystającą spod kurtki chłopaka pomarańczową, brzydką koszulę, którą Harry musiał nosić do pracy. To był ostatni raz, kiedy widział takiego Harry’ego. Nie tylko dlatego, że się wyprowadzał, ale również dlatego, że był to ostatni dzień Harry’ego w tej pracy. – I zabiorę cię stąd jak najszybciej się da – dodał.
- Świetnie – odpowiedział Harry i przysunął się, by pocałować policzek Louisa. – Jesteś najlepszy.
Była to tortura i przyjemność równocześnie, a Louis naprawdę zaczynał się o siebie martwić. Prawdopodobnie posiadł jakiś masochistyczny fetysz.
- Wsiadaj – powiedział wysokim głosem. Jego ręce lekko się pociły. – Zabiorę cię do domu.
- Będzie mi brakowało Henry’ego – powiedział Harry, wsiadając. – Naprawdę się do siebie zbliżyliśmy.
- Będziesz musiał zrekompensować to przez rozmawianie ze swoim odkurzaczem. Ale on też jest miłym facetem. – Louis się uśmiechnął. – Polubisz go.
- Jestem niemal pewien, że spędzam z moim odkurzaczem więcej czasu niż ty. Czy ty go w ogóle kiedykolwiek widziałeś?
- A skąd miałbym wiedzieć, że jest miłym kolesiem?
Harry przewrócił oczami i ułożył się głębiej w fotelu, krzyżując ręce na piersi. – Nie widziałeś go. W przeciwnym razie wiedziałbyś, jaką zrzędliwą suką potrafi czasami być.
- Nigdy nie zachowywał się jak suka w stosunku do mnie – zapewnił Louis.
- Bo go nie używasz – powiedział cicho Harry. Mamrocząc, zakończył temat, a Louis nie naciskał. Stwierdził, że Harry był po prostu zmęczony i nie w nastroju do przekomarzania, więc skoncentrował się na prowadzeniu.
- Kiedy spotykasz się jutro z właścicielem? – spytał Harry po kilku minutach ciszy.
- O dziesiątej. Opuszczę poranne lekcje. – Louis zatrzymał samochód na światłach i zerknął na Harry’ego. – Czemu?
- Tak tylko pytam – powiedział cicho Harry. – Więc chyba zobaczymy się na lunchu.
Louis kiwnął tylko głową. Nie był pewien, czy powinien pojawiać się na lunchu. Łamanie już teraz ich wspólnej tradycji w pierwszy dzień wydawało się nie w porządku. Ale Louis planował się od tego uwolnić. Lubił spędzać czas z chłopakami, ale z planem odsunięcia się od Harry’ego, nie mógł spotykać się z nimi tak często.
Po tym oboje ucichli nie rozmawiali dopóki nie dotarli do mieszkania. Harry poszedł przodem i zniknął w łazience, zanim Louis w ogóle zamknął za sobą drzwi. Nie będąc pewnym, jak to przyjąć, Louis rozebrał się i zostawił ubrania na podłodze. Wspiął się pod pościel do łóżka Harry’ego i leżał, wsłuchując się w dźwięk lejącej się pod prysznicem wody.
Kiedy Harry wszedł do pokoju, był nagi. Louis zerknął na niego, ale szybko odwrócił wzrok na sufit, podczas gdy Harry wyjął z szuflady bokserki i założył je na swoje biodra. Wszedł do łóżka obok Louisa i przez chwilę leżeli w ten sposób.
Louis zamknął oczy, usiłując stłumić wszystko, co odbierały jego zmysły. Ramię Harry’ego otarło się o jego, skóra chłopaka była ciepła, wilgotna i gładka. Jego włosy były nadal mokre i pachniały szamponem Louisa. Harry kiedyś zaczął go używać, a Louis po prostu tego nie komentował. Kiedy pakował wcześniej rzeczy, zostawił go pod prysznicem, udając, że o nim zapomniał.
Pościel zaszeleściła i ciepła skóra przesunęła się po ciele Louisa, kiedy Harry przysunął się i zwinął przy jego boku. Jego duże dłonie chwyciły za talię Louisa, przysuwając go, a mokre loki przycisnęły do jego ramienia. Louis próbował, naprawdę próbował nie ulec, ale jego opór przypominał opór zamku z piasku wobec fal. Odwrócił się do Harry’ego i owinął ramionami jego pas, przysuwając go bliżej do swojej klatki piersiowej.
Harry cicho westchnął i wtulił nos w jego szyję.
Cała ta sytuacja była dość pokręcona, ale Louis naprawdę nie mógł nic zrobić. To i tak był ostatni raz. Zostało tylko kilka godzin, aż Harry będzie musiał wstać na lekcje i opuścić mieszkanie. I kiedy wróci popołudniu, Louisa nie będzie.
Tylko kilka godzin – przypomniał sobie Louis – a potem wykreśli Harry’ego Stylesa ze swojego życia.
-
Louis obudził się na dźwięk alarmu Harry’ego. Jego oczy szybko się otworzyły i cicho jęknął, sięgając po telefon, żeby go wyłączyć. Jednak nie sięgnął tak daleko, ponieważ Harry owinął się wokół niego, trzymając go w miejscu nogami splecionymi z nogami Louisa i ramionami ciasno wokół niego owiniętymi.
- Harry – powiedział Louis zachrypniętym i zaspanym głosem. Lekko przesunął ręką po kręgosłupie Harry’ego, żeby go obudzić. – Hej, skarbie, czas wstawać.
Harry jęknął i przytulił się bardziej.
Louis pomyślał, że mógłby umrzeć, gdyby Harry jeszcze trochę się przybliżył. Harry próbował wczołgać się do jego wnętrza i wydawało się, że to faktycznie działało. Louis czuł jego ciepło wszędzie; nie było cala jego ciała, który nie dotykałby Harry’ego.
- Wstawaj – spróbował ponownie – Spóźnisz się na lekcje.
- Nie idę – powiedział Harry w szyję Louisa. – Dziś zostanę w łóżku.
- Jesteś chory?
- Nie.
- Czy dzisiejsze lekcje zostały odwołane?
- Nie.
Louis cicho westchnął. – Więc nie widzę powodu, dla którego miałbyś został w łóżku.
- Jest kilka – wykłócał się Harry i, cóż, udało mu się przysunąć jeszcze bliżej. Louis czuł, jak w dole jego brzucha zbiera się ciepło. Włosy Harry’ego nadal pachniały jego szamponem a jego skóra była delikatna i ciepła, jego palce wbijały się w bok Louisa z idealnym naciskiem.
Było na to zbyt wcześnie – pomyślał Louis i powstrzymał nędzne jęknięcie.
- Jestem zmęczony – dodał Harry, sięgając, by wyłączyć swój alarm. – A teraz jest ciepło i przytulnie i naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego miałbym wstawać.
- Edukacja, Haroldzie – przypomniał mu Louis. – To dla twojej edukacji.
- Idź spać, Lou. – Harry przycisnął twarz do obojczyków Louisa i jego ciepły i wilgotny oddech uderzał o skórę chłopaka. – To nie twoja sprawa, czy opuszczam lekcje.
- Ale…
- Ty też dziś opuszczasz, prawda? – przerwał mu Harry. – Czy ja się ciebie o to czepiam? Twoja decyzja. A opuszczanie moich porannych lekcji przeze mnie, jest moją sprawą.
Louis uciszył się i przygryzł wargę, wpatrując się nad włosami Harry’ego w ścianę naprzeciw. Oddech Harry’ego uspokoił się i Louis miał nadzieję, że chłopak zasnął. Zdecydowanie łatwiej było go znieść, kiedy spał.
Louis leżał z Harrym śpiącym w jego ramionach, zwiniętym przy nim i trzymającym go. Harry kilka razy się poruszył, ale nie puścił Louisa. Bycie tak blisko było nieco niewygodne i nogi Louisa zaczęły drętwieć, ale nie mógł zmusić się do opuszczenia objęć Harry’ego.
Nadal leżał, kiedy kilka godzin później zadzwonił jego alarm. Harry się obudził, uniósł głowę i powoli zamrugał, po czym opuścił ją z powrotem na ramię Louisa.
- Muszę wstać – powiedział cicho Louis.
Harry kiwnął głową, ale nie się ruszył. Przesunął rękę na biodro Louisa i przez moment ją tam trzymał. Louis wstrzymał oddech, ale również się nie poruszył. Harry powoli odsunął się od Louisa i usiadł. Spojrzał na niego w dół zmęczonym, ale przenikliwym wzrokiem. Przez chwilę Louis myślał, że Harry się przybliży, ale chłopak wydawał się nie znaleźć w jego twarzy tego, czego szukał, ponieważ szybko odwrócił wzrok i spuścił nogi z łóżka.
- Zrobię śniadanie – wymamrotał i wyszedł z pokoju.
Louis przez chwilę czekał i zamknął ponownie oczy, usiłując zahamować burzę emocji przechodzących przez jego klatkę piersiową. Nie mógł teraz zmięknąć.
Harry Styles ewidentnie robił sobie z niego żarty, a Louis mu na to nie pozwoli.
Mieszkanie pachniało bekonem i czerwoną fasolką, kiedy wyszedł z łazienki chwilę później. Pakując ostatnie rzeczy, słyszał jak Harry cicho śpiewa jakąś popową piosenkę w radiu. Właśnie nakrywał do stołu, kiedy Louis wszedł do kuchni.
- Wszystko gotowe – powiedział Harry z lekkim uśmiechem. – Zrobiłem ci jajka na toście.
Louis uśmiechnął się i usiadł przy stole, patrząc, jak Harry nakłada jedzenie. – Nie musiałeś się tak starać.
- Cóż, to ostatni raz, kiedy mogę – odpowiedział Harry i również usiadł. – Posiadanie współlokatora jednak jest fajne. Będzie mi tego brakowało.
- Jestem pewien, że szybko znajdziesz kogoś nowego. – I, cóż, to nie zabrzmiało tak, jak w głowie Louisa. Dlaczego to wyglądało jak zerwanie, jeśli nawet nie było czego zrywać?
Harry uśmiechnął się. – Tak, jestem pewien. Liam mówił, że jego znajomy szuka pokoju.
- Upewnij się, że ten koleś jest znośny. – Louis wzruszył ramionami, nabierając na widelec trochę bekonu. – Liam ma kilku przyjaciół, którzy są dupkami.
Harry szeroko się uśmiechnął. – Pamiętasz, jak się tu znalazłeś?
- Dzięki Niallowi.
- Który znał Liama. – Harry się uśmiechnął. – Nie wszyscy przyjaciele Liama są dupkami.
- Jednak kilku jest. Gdyby Zayn się nim nie opiekował… - Louis się uśmiechnął.
Harry się zaśmiał. – Żadnych przerażających prześladowców w pobliżu Liama, dopóki jest przy nim Zayn.
Louis uśmiechnął się, odłożył widelec i uniósł kubek, by podmuchać na gorącą powierzchnię herbaty. – W każdym razie jestem pewien, że szybko znajdziesz jakiegoś współlokatora.
- Nie wiem, czy w ogóle będę go chciał – powiedział Harry i wstał, żeby włożyć swój talerz do zlewu. Stał odwrócony plecami do Louisa. Louis dostrzegał pod jego skórą kości i napięte mięśnie. Wtedy widział już wszystkie tatuaże Harry’ego, ale nadal nie spytał o ich znaczenie. Harry lekko odwrócił się w lewo i z tego kąta, Louis widział statek na jego ramieniu, duże, czarne serce i napis na jego kości biodrowej. Był pewien, że ostatniego nie było tam, kiedy ostatnio pozwolił sobie bliżej przyjrzeć się ciału Harry’ego.
Louis usiłował nie przyglądać się bliżej ciału Harry’ego.
Wtedy próbował skoncentrować się na tym, co powiedział Harry, ale jego umysł zawsze wracał do tego, jak bardzo chciał przesunąć palcem po kręgosłupie Harry’ego i zbliżyć się wystarczająco, by móc odczytać napis na jego biodrze.
- Nie chcesz?
Harry wzruszył ramionami, odwracając się. Ptaki – Louis nigdy nie był pewien, jaki to gatunek – kontrastowały z bladością jego skóry. – Mam teraz wysokie wymagania co do kandydatów. Oczekuję, że będą bawili się moimi włosami, kiedy będę śpiący, że będą odbierali mnie z pracy i dzielili ze mną łóżko. Nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł robić to wszystko.
Louis lekko się uśmiechnął i nagle jego serce zaczęło boleć. Naprawdę nie lubił myśleć melodramatycznymi metaforami ale sposób, w jaki zacisnęło mu się serce, jakby ktoś owinął wokół niego pięść, naprawdę nie zostawiał mu wyboru.
Pieprzyć Harry’ego i sposób, w jaki zamieniał Louisa w poetycki nieład, pragnący wszystkiego, co było po prostu Harrym.
- Ja… - Louis ciężko przełknął ślinę i wstał. – Chyba muszę już iść.
Harry przez chwilę stał w ciszy i patrzył na niego, po czym kiwnął z poważnym wyrazem twarzy. Louis przekroczył kuchnię i zabrał torbę z pokoju Harry’ego po czym nałożył kurtkę i buty.
- Do zobaczenia – powiedział cicho Harry.
Zobaczą się. Louis tylko się wyprowadzał, nic wielkiego. Zobaczy się z Harrym później na lunchu. O boże, to naprawdę było coś wielkiego, prawda? Kiedy stało się to tak istotne? Dlaczego opuszczanie tego mieszkania łamało mu serce? Naprawdę nie powinno.
Louis wymusił krótkie kiwnięcie głową, podnosząc torbę.
- Ja… - Harry zacisnął wargi i Louis zmusił się do patrzenia na niego. Jego loki były zmierzwione, skóra blada i gładka w łagodnym porannym świetle. Miał gęsią skórkę na ramionach i torsie i Louis naprawdę chciał go przytulić, aż Harry byłby ponownie ciepły, jak kiedy obudził się w jego ramionach.
- Będzie mi cię brakowało, Lou.
I to było okrutne, niesamowicie okrutne, bo Louisowi już brakowało Harry’ego. Był idealny i słodki, i był wszystkim, czego Louis kiedykolwiek pragnął, i nie mógł go mieć, mógł być jedynie jego przeklętym przyjacielem, podczas gdy chciał się budzić tak jak tamtego ranka każdego cholernego dnia. Może jedynie z tą różnicą, że mógłby wykorzystać to, że Harry czuł się przytulnie i ciepło w jego ramionach, obciągając mu, liżąc jego skórę i…
Harry nagle znalazł się tak blisko, że oddech Louisa uwiązł mu w gardle, gdy ramiona Harry’ego owinęły się wokół jego karku i blisko go przyciągnęły. Zamknął oczy i wdychał zapach Harry’ego, zapamiętując sposób, w jaki jego loki łaskotały jego policzki, i jakie było uczucie jego nagiej skóry.
- Możesz mnie odwiedzić, kiedy tylko będziesz chciał, okej? – powiedział cicho Harry w jego szyję, a Louisowi udało się kiwnąć głową, mimo że wiedział, że to kłamstwo. Nigdy więcej nie przyjdzie odwiedzić Harry’ego. Musiał się upewnić, że już nigdy nie spotka Harry’ego w samotności. To było jedyne właściwe rozwiązanie.
Harry odsunął się i zabrał ręce z barków Louisa, wymusił uśmiech i oblizał usta. Louis nie mógł powstrzymać się patrzenia na tę czynność.
- Do zobaczenia, Louis – powiedział cicho Harry.
- Do zobaczenia– odpowiedział Louis i nigdy wcześniej nie brakowało mu słów, jednak to właśnie działo się w tamtej chwili. Zawsze miał coś inteligentnego do powiedzenia, jakiś sarkastyczny komentarz, żeby rozluźnić atmosferę, ale nie miał nic w tamtej chwili. – Trzymaj się, Haz.
Harry kiwnął głową i nagle znów znalazł się w przestrzeni osobistej Louisa, a Louis naprawdę nie pojmował zaistniałej sytuacji, mimo że wszystko działo się w zwolnionym tempie. Harry w ogóle go nie dotknął, ale ich spojrzenia się spotkały i Louis wiedział, co nadchodzi, ale nie mógł nic z tym zrobić. Zamarł, zatracając się w zieleni oczu Harry’ego.
Nie zamknął oczu, kiedy wargi Harry’ego dotknęły jego, a Harry nie zamknął swoich. Wpatrywał się w oczy Louisa, kiedy jego usta łagodnie, z wahaniem się poruszyły, zamykając w sobie wargi Louisa. To nie było nic wielkiego, tylko lekkie muśnięcie, nieśmiałe przesunięcie skóry po skórze.
A potem język Harry’ego przesunął się po dolnej wardze chłopaka i powieki Louisa zatrzepotały, po czym jego oczy się zamknęły i Louis lekko rozchylił usta, żeby wessać wargę Harry’ego między swoje. Harry przesunął zębami po wargach Louisa i przechylił głowę pod lepszym kątem, po czym jego język wysunął się ponownie, w tym samym momencie co język Louisa, przez co oba nawzajem się trąciły.
W tym momencie Louis odsunął na bok wszystko inne i pozwolił sobie zatracić się w pocałunku.
Louis pozwolił Harry’emu przejąć kontrolę, pozwolił mu prowadzić pocałunek i oddawał tyle, ile dawał mu Harry. Harry przygryzł jego dolną wargę, przechylał głowę, powoli przesuwał ustami po wargach Louisa i powtarzał te czynności.
Louis nie spieszył się, chwycił dłońmi twarz Harry’ego, potem pociągnął za jego wargę zębami i przesunął po niej językiem. Otrzymał westchnienie, bardzo nikłe westchnienie w odpowiedzi, ale było ono wystarczające, by go zachęcić. W tym samym wolnym tempie i z tą samą łagodnością pogłębił pocałunek, niepewnie odkrywał, brał tyle, ile dawał.
Ręce Harry’ego odnalazły jego biodra i ułożyły się na linii jego spodni, wsunęły pod bluzę, żeby otrzeć się o skórę i tam pozostać. Westchnął w usta Louisa, przysuwając się bardziej, wsunął język do jego ust i Louis widział pod powiekami eksplodujące gwiazdy.
Pocałunek był dokładnie taki, jakim Louis sobie go wyobrażał. Może nawet lepszy. Harry całował tak powoli i leniwie, jak mówił, i z taką samą siłą i koncentracją, jaką wykazywał się podczas gotowania. Smakował jak bekon i miętowa pasta do zębów, i coś, co prawdopodobnie było po prostu Harrym – jak śnieg i wiśnie, i dziecięca guma do żucia. Louis przeniósł ręce z twarzy Harry’ego do jego loków, mocno za nie złapał i otworzył usta, by spotkać język chłopaka, a dźwięk, który wydostał się z jego gardła, był zdecydowanie sprośny.
Jego dłonie przesuwały się niżej, przez ramiona Harry’ego, opuszkami palców lekko ocierając się o jego łokcie, po czym układając się na rękach chłopaka i odrywając jego palce od swojej talii. Jego palce wsunęły się w odstępy pomiędzy palcami Harry’ego i Louis splótł je łagodnie i leniwie, aż jego dłonie opierały się o dłonie Harry’ego.
Harry trzymał je, przygryzając dolną wargę Louisa i następnie gładząc ją ruchem języka. Louis łagodnie się odsunął, pozwolił pocałunkowi zamienić się w krótkie muśnięcia, po czym w końcu zrobił krok w tył i otworzył oczy.
Harry wpatrywał się w niego mglistym spojrzeniem, zamroczonym pożądaniem i pragnieniem, i wszystkimi tymi emocjami, których Louis nie potrafił odczytać, ponieważ nigdy nie widział Harry’ego w takim stanie. Chciał rzucić ironiczny komentarz, ale nie zrobił tego. Nie ufał wtedy swojemu głosowi.
Wyplątał palce z uścisku Harry’ego i powoli odwrócił się, żeby podnieść torbę, którą upuścił podczas pocałunku. Nie spojrzał ponownie na Harry’ego, otworzył drzwi i wyszedł z mieszkania.
Jego serce groziło, że w każdej chwili może eksplodować mu w piersi, jego stopy zdrętwiały, a usta były nagrzane i wydawały się płonąć. Dłonie miał zimne i każda komórka w jego ciele prawdopodobnie wywróciła się do góry nogami.
Louis nadał czuł Harry’ego na swoim języku.
Dopiero kiedy wyszedł z mieszkania na światło dzienne, przywitany ciepłym, wiosennym słońcem, nagle zaczął biec. Biegł i biegł, nie będąc pewnym dokąd, po prostu z daleka od Harry’ego. Musiał oddalić się od Harry’ego tak szybko, jak było to możliwe. Nawet nie wiedział dlaczego przez krótki, błogi moment chciał uwierzyć w ideał.
Harry zdecydowanie mieszał mu w głowie, nawet kiedy Louis już się od niego uwolnił. Jednym pocałunkiem przypomniał mu, że to nie było takie proste.
Bez wątpienia był to najbardziej idealny pocałunek w całym życiu Louisa.
227
Louis wiedział, że Zayn już niebawem się odezwie.
Minęły trzy tygodnie od kiedy wyprowadził się z mieszkania Harry’ego i od wtedy z powodzeniem unikał spotkania z nim. W każdy czwartek wymyślał nową historyjkę dla Zayna, mówiącą dlaczego nie może iść z nimi na lunch. Przy każdej innej okazji udawał, że jest już gdzieś indziej, musi napisać referat, zrobić zadanie domowe lub jest umówiony z przyjaciółmi.
Jednak tym razem nie znalazł wymówki. Zayn siedział przy nim z surową i zaciekawioną jednocześnie miną i skrzyżowanymi ramionami.
- Naprawdę nie wiem, czy rozumiesz, na czym polega przyjaźń, ale to co robisz, całkowicie jej zaprzecza.
Louis przewrócił oczami. – Byliśmy na lunchu w poniedziałek, prawda? Przykro mi, że nie mogę się z wami spotykać codziennie.
- Nie w tym rzecz. Nie proszę cię, żebyś spotykał się z nami codziennie – odpowiedział Zayn. – Nie jestem głupi, Louis. Odmawiasz za każdym razem, kiedy idzie też Harry.
- To zbieg okoliczności – zaprzeczył Louis.
- Louis.
- Co? – Wstał i chwycił swoją torbę. – Już mam plany na piątkowy wieczór.
- Nie, nie masz. Po prostu nie chcesz przyjść, bo Harry też tam będzie. – Zayn również wstał i zagrodził Louisowi przejście. Zostali po lekcji, w sali nie było nikogo innego. Aż do następnej lekcji, kiedy zaczną schodzić się uczniowie. Co przy odrobinie szczęścia mogłoby się zacząć za niedługo. Louis naprawdę nie chciał przeprowadzać tej dyskusji, którą właśnie rozpoczęli.
- Nie rozumiem, czemu w ogóle chcecie spędzić ten wieczór z przyjaciółmi – wykłócał się, żeby odciągnąć Zayna od głównego tematu. – To wasza rocznica, Zayn. Nie powinieneś, nie wiem, zabrać Liama do jakiejś drogiej restauracji i słodko się zachowywać, całować podczas romantycznej kolacji przy świecach i pieprzyć całą noc?
Zayn uśmiechnął się. – To będziemy robić w czwartek, dokładnie w naszą rocznicę. W piątek chcemy świętować z najbliższymi przyjaciółmi.
- Od kiedy Niall i ja jesteśmy na poziomie najbliższych przyjaciół?
- Nie do końca jestem w stanie stwierdzić, jak udało się to Niallowi – odpowiedział Zayn i wzruszył ramionami. – Ale ty zdecydowanie od nocy, kiedy uprawialiśmy z Liamem seks w twoim łóżku.
Louis skrzywił się i jęknął. – Nie, proszę, naprawdę nie chciałem potwierdzenia tego.
- I tak nie spałeś w tym łóżku. – Zayn uniósł brew. – Z tego co wiem, spędzałeś noce u Harry’ego.
Marszcząc brwi, Louis wpatrywał się w drzwi, zastanawiając się, jak może się stamtąd wydostać. – On też często sypiał u mnie.
- Rzecz w tym – przypomniał mu Zayn – że spaliście razem.
- To nie twoja sprawa, Zayn.
- Louis – powiedział ponownie Zayn poważnym tonem. – Wiesz, że on cię lubi, prawda?
- Oczywiście – odpowiedział Louis i naprawdę nie podobał mu się kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa. – Jesteśmy przyjaciółmi.
- Nie w ten sposób. On cię lubi.
Louis czuł, jak wzrasta w nim gniew. – Jesteś dupkiem, Zayn.
Zayn wydął wargi. – Co?
- Gdybym sam się nie domyślił, niegrzecznym z twojej strony byłoby przekazywanie mi takich informacji. – Louis zmierzył go spojrzeniem ze skrzyżowanymi ramionami. – To nie ty powinieneś mi o tym mówić.
Na twarzy Zayna pojawił się wyraz poczucia winy. – Tak, chyba masz racę. Przepraszam. Ale – dodał i spojrzał z nadzieją na Louisa – powiedziałeś, że już się sam domyśliłeś.
- Nie jestem głupi, Zayn – odpowiedział Louis. – Widzę, że mu się podobam. Chodzi o to, że on nie chce, żebym mu się podobał.
- Prawdopodobnie jeszcze się nie domyślił. – Zayn wzruszył ramionami. – Naprawdę go lubisz, prawda?
Louisowi naprawdę nie lubił faktu, że brzmiało to, jakby oboje mieli po siedemnaście lat i jakby Harry mu się tylko podobał. Chodziło wiele więcej i było to bardziej skomplikowane. – Tak – odpowiedział w końcu. – I lubiłem go od samego początku. Cholera, chyba ty najbardziej powinieneś pamiętać, że chciałem się z nim pieprzyć od kiedy go pierwszy raz zobaczyłem.
Zayn lekko się na to uśmiechnął. – Tak, pamiętam. Więc dlaczego się pieprzyliście, a potem tak od siebie oddaliliście, jeśli to oczywiste, że się lubicie?
- Naprawdę nie muszę o tym rozmawiać – odpowiedział Louis i ponownie chciał przejść obok Zayna, ale chłopak go zatrzymał, owijając palce wokół jego bicepsa.
- Nie odpuszczę ci, Lou.
- Pieprz się – odpowiedział Louis i uwolnił ramię z uścisku, ale już nie uciekał. To naprawdę nie była sprawa Zayna, a Louis nie rozumiał, dlaczego ta żenująca prawda była dla niego tak ważna. – Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego twierdzisz, że uprawiałem seks z Harrym.
Zayn zmarszczył brwi. – Co? Czekaj. – Jego mina zrzedła i opadła mu szczęka. – A nie uprawialiście?
- Raz – przyznał Louis. – Tylko raz.
Zayn nadal wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.
- To naprawdę nie powinno cię interesować, ale jeśli musisz wiedzieć – powiedział Louis i westchnął – on mnie spławił.
- On co? – Zayn zrobił krok w jego kierunku. – Kiedy? Czemu?
- Może bądź jeszcze bardziej ciekawski? – fuknął Louis. – Słuchaj, rozumiem, że on w jakiś sposób mnie lubi i z pewnością mu się podobam. Teraz, patrząc na to z dystansu, mogę nawet stwierdzić, że zachowywał się, jakby był o mnie zazdrosny. – Przyznanie tego naprawdę bolało, a Louis tego nie lubił. Nikt nie powinien mieć takiej siły, by móc go zranić. Szczególnie nie Harry Styles, który zdołał skraść serce Louisowi, nie dając swojego w zamian. A tak powinno być, prawda? Zakochujecie się, jesteście razem, dzielicie cudowny czas i jedno z was kończy ze złamanym sercem, kiedy drugie decyduje, że ma dość.
To niesprawiedliwe, że serce Louisa zostało złamane bez uprzedniego miłego czasu.
- Jestem pewien, że nie chciał i jest kochany, i tak dalej, ale bawił się ze mną w kotka i myszkę, a ja mam dość. – Louis wzruszył ramionami. – Już tego nie chcę.
Zayn tylko przez chwilę się w niego wpatrywał. – Nic między wami nie było?
Najwidoczniej nie umiał uwierzyć.
Louis pokręcił głową. – Okej, nigdy go nie powstrzymywałem, kiedy przekraczaliśmy granicę przyjaźni. Ale za każdym razem później mówił mi dokładnie to samo – że jesteśmy przyjaciółmi, a ja nie jestem w jego typie. Zdecydowanie mu się podobałem i coś z tym robił. Ale miał trzy miesiące, żeby zmienić zdanie o tym, że nie chce ze mną być. Trzy miesiące, z których każdy dzień spędziliśmy wspólnie. – Louis ponownie wzruszył ramionami i wtedy, kiedy już wszystko to powiedział, nagle poczuł, że to prawda. Naprawdę nie było nadziei dla Harry’ego i niego. Nieważne, co się działo, nie daliby rady, minęło zbyt wiele czasu. – Nie zmienił przez ten czas zdania, więc wątpię, żebym miał teraz czego oczekiwać.
Nie podobał mu się widok żalu w wyrazie twarzy Zayna, wypisanego w nim współczucia.
- Nie patrz tak na mnie, Malik. – Louis jęknął i przewrócił oczami. – To nie tak, że on jest miłością mojego życia, a ja mam złamane serce i płaczę przez to codziennie przed snem. – O boże, dlaczego czuł, że kłamie? Louis nie płakał z powodu Harry’ego – nie do tamtego dnia. Prawdopodobnie będzie tak, kiedy wróci do domu.
- Cóż, po prostu… - Zayn wzruszył ramionami. – Przykro mi? Mogę sobie tylko wyobrazić, jakby to było, gdyby Liam się tak przy mnie zachowywał, nie będąc ze mną.
- Harry i ja nie możemy być porównani z Liamem i tobą – odpowiedział Louis niewzruszonym tonem. – Wy się naprawdę kochacie. Między Harrym i mną nigdy nie było miłości.
Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Tak bardzo zakochał się w Harrym, że nie sądził, by kiedykolwiek mógł się odkochać. Musiał nad tym popracować, zapomnieć o tym i odciągnąć uwagę od wspomnień. Wspomnień, które nawet nie zawierały związku. Były jedynie wspomnieniami tortur związanych z nieodwzajemnianą miłością.
- Więc – powiedział Zayn i jego głos ponownie stał się lżejszy, a wyraz twarzy lekko żartobliwy – piątek nie powinien być problemem.
Cóż, co mogło być lepszym sposobem na zapomnienie od wyjścia, upicia się i prawdopodobnie zaliczenia kogoś? Mógł po prostu ignorować obecność Harry’ego.
Louis przegrany kiwnął głową i uniósł ręce, kiedy pierwsi uczniowie zaczęli zbierać się w klasie. – Dobrze, okej. Nie chciałbym zawieść Liama i ciebie.
Zayn uśmiechnął się i ułożył rękę na ramieniu Louisa, wyprowadzając go z pomieszczenia.
- Cieszę się, że mogłem cię przekonać.
Minęły trzy tygodnie od kiedy wyprowadził się z mieszkania Harry’ego i od wtedy z powodzeniem unikał spotkania z nim. W każdy czwartek wymyślał nową historyjkę dla Zayna, mówiącą dlaczego nie może iść z nimi na lunch. Przy każdej innej okazji udawał, że jest już gdzieś indziej, musi napisać referat, zrobić zadanie domowe lub jest umówiony z przyjaciółmi.
Jednak tym razem nie znalazł wymówki. Zayn siedział przy nim z surową i zaciekawioną jednocześnie miną i skrzyżowanymi ramionami.
- Naprawdę nie wiem, czy rozumiesz, na czym polega przyjaźń, ale to co robisz, całkowicie jej zaprzecza.
Louis przewrócił oczami. – Byliśmy na lunchu w poniedziałek, prawda? Przykro mi, że nie mogę się z wami spotykać codziennie.
- Nie w tym rzecz. Nie proszę cię, żebyś spotykał się z nami codziennie – odpowiedział Zayn. – Nie jestem głupi, Louis. Odmawiasz za każdym razem, kiedy idzie też Harry.
- To zbieg okoliczności – zaprzeczył Louis.
- Louis.
- Co? – Wstał i chwycił swoją torbę. – Już mam plany na piątkowy wieczór.
- Nie, nie masz. Po prostu nie chcesz przyjść, bo Harry też tam będzie. – Zayn również wstał i zagrodził Louisowi przejście. Zostali po lekcji, w sali nie było nikogo innego. Aż do następnej lekcji, kiedy zaczną schodzić się uczniowie. Co przy odrobinie szczęścia mogłoby się zacząć za niedługo. Louis naprawdę nie chciał przeprowadzać tej dyskusji, którą właśnie rozpoczęli.
- Nie rozumiem, czemu w ogóle chcecie spędzić ten wieczór z przyjaciółmi – wykłócał się, żeby odciągnąć Zayna od głównego tematu. – To wasza rocznica, Zayn. Nie powinieneś, nie wiem, zabrać Liama do jakiejś drogiej restauracji i słodko się zachowywać, całować podczas romantycznej kolacji przy świecach i pieprzyć całą noc?
Zayn uśmiechnął się. – To będziemy robić w czwartek, dokładnie w naszą rocznicę. W piątek chcemy świętować z najbliższymi przyjaciółmi.
- Od kiedy Niall i ja jesteśmy na poziomie najbliższych przyjaciół?
- Nie do końca jestem w stanie stwierdzić, jak udało się to Niallowi – odpowiedział Zayn i wzruszył ramionami. – Ale ty zdecydowanie od nocy, kiedy uprawialiśmy z Liamem seks w twoim łóżku.
Louis skrzywił się i jęknął. – Nie, proszę, naprawdę nie chciałem potwierdzenia tego.
- I tak nie spałeś w tym łóżku. – Zayn uniósł brew. – Z tego co wiem, spędzałeś noce u Harry’ego.
Marszcząc brwi, Louis wpatrywał się w drzwi, zastanawiając się, jak może się stamtąd wydostać. – On też często sypiał u mnie.
- Rzecz w tym – przypomniał mu Zayn – że spaliście razem.
- To nie twoja sprawa, Zayn.
- Louis – powiedział ponownie Zayn poważnym tonem. – Wiesz, że on cię lubi, prawda?
- Oczywiście – odpowiedział Louis i naprawdę nie podobał mu się kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa. – Jesteśmy przyjaciółmi.
- Nie w ten sposób. On cię lubi.
Louis czuł, jak wzrasta w nim gniew. – Jesteś dupkiem, Zayn.
Zayn wydął wargi. – Co?
- Gdybym sam się nie domyślił, niegrzecznym z twojej strony byłoby przekazywanie mi takich informacji. – Louis zmierzył go spojrzeniem ze skrzyżowanymi ramionami. – To nie ty powinieneś mi o tym mówić.
Na twarzy Zayna pojawił się wyraz poczucia winy. – Tak, chyba masz racę. Przepraszam. Ale – dodał i spojrzał z nadzieją na Louisa – powiedziałeś, że już się sam domyśliłeś.
- Nie jestem głupi, Zayn – odpowiedział Louis. – Widzę, że mu się podobam. Chodzi o to, że on nie chce, żebym mu się podobał.
- Prawdopodobnie jeszcze się nie domyślił. – Zayn wzruszył ramionami. – Naprawdę go lubisz, prawda?
Louisowi naprawdę nie lubił faktu, że brzmiało to, jakby oboje mieli po siedemnaście lat i jakby Harry mu się tylko podobał. Chodziło wiele więcej i było to bardziej skomplikowane. – Tak – odpowiedział w końcu. – I lubiłem go od samego początku. Cholera, chyba ty najbardziej powinieneś pamiętać, że chciałem się z nim pieprzyć od kiedy go pierwszy raz zobaczyłem.
Zayn lekko się na to uśmiechnął. – Tak, pamiętam. Więc dlaczego się pieprzyliście, a potem tak od siebie oddaliliście, jeśli to oczywiste, że się lubicie?
- Naprawdę nie muszę o tym rozmawiać – odpowiedział Louis i ponownie chciał przejść obok Zayna, ale chłopak go zatrzymał, owijając palce wokół jego bicepsa.
- Nie odpuszczę ci, Lou.
- Pieprz się – odpowiedział Louis i uwolnił ramię z uścisku, ale już nie uciekał. To naprawdę nie była sprawa Zayna, a Louis nie rozumiał, dlaczego ta żenująca prawda była dla niego tak ważna. – Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego twierdzisz, że uprawiałem seks z Harrym.
Zayn zmarszczył brwi. – Co? Czekaj. – Jego mina zrzedła i opadła mu szczęka. – A nie uprawialiście?
- Raz – przyznał Louis. – Tylko raz.
Zayn nadal wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.
- To naprawdę nie powinno cię interesować, ale jeśli musisz wiedzieć – powiedział Louis i westchnął – on mnie spławił.
- On co? – Zayn zrobił krok w jego kierunku. – Kiedy? Czemu?
- Może bądź jeszcze bardziej ciekawski? – fuknął Louis. – Słuchaj, rozumiem, że on w jakiś sposób mnie lubi i z pewnością mu się podobam. Teraz, patrząc na to z dystansu, mogę nawet stwierdzić, że zachowywał się, jakby był o mnie zazdrosny. – Przyznanie tego naprawdę bolało, a Louis tego nie lubił. Nikt nie powinien mieć takiej siły, by móc go zranić. Szczególnie nie Harry Styles, który zdołał skraść serce Louisowi, nie dając swojego w zamian. A tak powinno być, prawda? Zakochujecie się, jesteście razem, dzielicie cudowny czas i jedno z was kończy ze złamanym sercem, kiedy drugie decyduje, że ma dość.
To niesprawiedliwe, że serce Louisa zostało złamane bez uprzedniego miłego czasu.
- Jestem pewien, że nie chciał i jest kochany, i tak dalej, ale bawił się ze mną w kotka i myszkę, a ja mam dość. – Louis wzruszył ramionami. – Już tego nie chcę.
Zayn tylko przez chwilę się w niego wpatrywał. – Nic między wami nie było?
Najwidoczniej nie umiał uwierzyć.
Louis pokręcił głową. – Okej, nigdy go nie powstrzymywałem, kiedy przekraczaliśmy granicę przyjaźni. Ale za każdym razem później mówił mi dokładnie to samo – że jesteśmy przyjaciółmi, a ja nie jestem w jego typie. Zdecydowanie mu się podobałem i coś z tym robił. Ale miał trzy miesiące, żeby zmienić zdanie o tym, że nie chce ze mną być. Trzy miesiące, z których każdy dzień spędziliśmy wspólnie. – Louis ponownie wzruszył ramionami i wtedy, kiedy już wszystko to powiedział, nagle poczuł, że to prawda. Naprawdę nie było nadziei dla Harry’ego i niego. Nieważne, co się działo, nie daliby rady, minęło zbyt wiele czasu. – Nie zmienił przez ten czas zdania, więc wątpię, żebym miał teraz czego oczekiwać.
Nie podobał mu się widok żalu w wyrazie twarzy Zayna, wypisanego w nim współczucia.
- Nie patrz tak na mnie, Malik. – Louis jęknął i przewrócił oczami. – To nie tak, że on jest miłością mojego życia, a ja mam złamane serce i płaczę przez to codziennie przed snem. – O boże, dlaczego czuł, że kłamie? Louis nie płakał z powodu Harry’ego – nie do tamtego dnia. Prawdopodobnie będzie tak, kiedy wróci do domu.
- Cóż, po prostu… - Zayn wzruszył ramionami. – Przykro mi? Mogę sobie tylko wyobrazić, jakby to było, gdyby Liam się tak przy mnie zachowywał, nie będąc ze mną.
- Harry i ja nie możemy być porównani z Liamem i tobą – odpowiedział Louis niewzruszonym tonem. – Wy się naprawdę kochacie. Między Harrym i mną nigdy nie było miłości.
Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Tak bardzo zakochał się w Harrym, że nie sądził, by kiedykolwiek mógł się odkochać. Musiał nad tym popracować, zapomnieć o tym i odciągnąć uwagę od wspomnień. Wspomnień, które nawet nie zawierały związku. Były jedynie wspomnieniami tortur związanych z nieodwzajemnianą miłością.
- Więc – powiedział Zayn i jego głos ponownie stał się lżejszy, a wyraz twarzy lekko żartobliwy – piątek nie powinien być problemem.
Cóż, co mogło być lepszym sposobem na zapomnienie od wyjścia, upicia się i prawdopodobnie zaliczenia kogoś? Mógł po prostu ignorować obecność Harry’ego.
Louis przegrany kiwnął głową i uniósł ręce, kiedy pierwsi uczniowie zaczęli zbierać się w klasie. – Dobrze, okej. Nie chciałbym zawieść Liama i ciebie.
Zayn uśmiechnął się i ułożył rękę na ramieniu Louisa, wyprowadzając go z pomieszczenia.
- Cieszę się, że mogłem cię przekonać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)