piątek, 6 grudnia 2013

233

Harry nigdy nie należał do wesołych ludzi. Komedie i kabarety go nudziły, a szczęśliwe zakończenia irytowały. Uśmiechy mijanych ludzi wydawały się niezrozumiałe i w istocie zupełnie zbędne. Spotkania towarzyskie stały się katorgą, której Styles starał się z całych sił uniknąć, lecz z niewiadomych przyczyn niektóre osoby wciąż czekały na zaangażowanie ze strony szatyna i mimo jego chłodnego nastawienia, nie zamierzały zerwać tej znajomości.

Pogrążony w swej monotonii i wysoce zaawansowanej melancholii Harry przestał zauważać pozytywne aspekty życia, które według niego po prostu nie istniały. Lecz dziś, gdy spokojnie obserwował swojego pracodawcę, mógł mniemać, że ogarnęło go uczucie na pozór podobne do szczęścia, a przynajmniej tak mu się wydawało. I to szczęście rosło proporcjonalnie do nieszczęścia Johnny’ego, który był widocznie zawiedziony tym, co go czekało po powrocie z wyjazdu służbowego. Styles nigdy nie cenił swojego rywala zbyt wysoko, ale nie spodziewał się całkowitego braku kompetencji z jego strony. Malik, pozostawiając biuro w nieładzie, skazywał się na totalną porażkę i gdy mijały kolejne minuty jego spóźnienia, Harry pozwolił sobie na stwierdzenie, iż to właśnie on wygrał tę bitwę, wojnę lub czymkolwiek to było.

Wygranej już nie mogło mu odebrać nagłe pojawienie się Zayna, który dopiero, gdy stanął w progu pomieszczenia zorientował się w jakim stanie pozostawił biuro poprzedniego dnia. Poproszony o wyjaśnienia nie był pewien jakich słów użyć, by chociaż częściowo polepszyć swoją sytuację.

- Śmiało – Głos Harry’ego chwilowo przerwał panującą ciszę, by jeszcze bardziej pogrążyć bruneta. – Czekamy.

Styles zapragnął zemsty i jego przeciwnik doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie było żadnych zasad i Harry się po prostu do tego dostosował.

- To stało się przypadkiem… - ciche mamrotanie wydostało się z gardła Malika.

- Proszę cię! – Szatyn niespodziewanie uniósł głos, wstając z wcześniej zajmowanego miejsca na fotelu. Podszedł do biurka i odwrócił się w kierunku Zayna; na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech, gdy wypowiadał kolejne słowa. – Chyba nie powiesz, że zdemolowałeś to miejsce zupełnie przypadkiem! Musiało się coś wydarzyć.

Tak, musiało coś się wydarzyć, by powstał taki bałagan. Takim cosiem mogło być cokolwiek, na przykład wyładowanie frustracji seksualnej poprzez dosłowne rzucenie się na swojego konkurenta i przywarcie do jego ust…i nie tylko ust. Jednak ta informacja nie powinna dotrzeć do Johnny’ego, Zayn doskonale to wiedział i jedyne, co mu pozostawało to mordowanie wzrokiem Stylesa, który wydawał się być uradowany zaistniałą sytuacją.

- Dosyć tego – Johnny zdecydował się przerwać ten niewidzialny pojedynek między podwładnymi. – Nie wiem, co tu się stało i chyba nie chcę wiedzieć.

Pobłażliwość Deppa nie spodobała się Harry’emu. Dlaczego on wczoraj mógł się zbłaźnić, a Zaynowi darowano? Nagle uczucie domniemanego szczęścia zniknęło, a chęć zemsty nabrała na sile.

- Jest coś jeszcze. Tak jakby nie wypełniłem tych raportów na dzisiaj… - Harry z trudem dowierzał słowom wypowiedzianym przez bruneta. Nie musiał nic robić, by pogrążyć rywala, on sam to robił.

- Słucham? – Depp również był zdziwiony wyznaniem Zayna.

- Wysiadł prąd. Całe osiedle jest martwe przez najbliższe dwa tygodnie. – wytłumaczył.

Bajki. Harry nie wierzył w te brednie. Według niego była to kolejna denna historyjka wymyślona na poczekaniu, by uniknąć konsekwencji za swoje niedociągnięcia, ale Johnny przyjął inną postawę. Bacznie przyglądał się swoim pracownikom, układając poszczególne myśli w głowie.

- W ogóle nie nadajesz się na to stanowisko, wszędzie zostawiasz po sobie bałagan, ciągle się spóźniasz, a teraz jeszcze wymigujesz się od obowiązków. Nie wiem dlaczego jeszcze tu jesteś… - Złośliwy uśmiech nie schodził z ust szatyna.

- Przeprowadzisz się do Stylesa. – słowa najstarszego mężczyzny zawisły niebezpiecznie w powietrzu.

Po chwili ciszy kąciki warg Harry’ego opadły, kiedy to zdanie wypowiedziane przez Johnny’ego przedarło się do jego świadomości, a kark zabolał od zbyt szybkiej zmiany położenia, gdy Styles utkwił zaszokowane spojrzenie w swoim pracodawcy. Jego powieki ciężko opadały i unosiły się w niedowierzaniu. Nie był pewien, jak powinien zareagować na ten nieśmieszny żart, bo to musiał być nieśmieszny żart, prawda?

- Słucham? – nienaturalnie wysoki pisk wydobył się z gardła szatyna, a po dwóch sekundach zawtórował mu brunet.

- Zayn się do ciebie przeprowadzi, sądzę, że jest to dobry po…

- To nie jest dobry pomysł! – przerwał mu natychmiast zielonooki widocznie niezadowolony z tej propozycji. – Nie mam zamiaru…

- Owszem, masz zamiar. Odpowiednie warunki pomogą Zaynowi nadrobić zaległości.

- Śmiem wątpić, by cokolwiek mogło mu pomóc.

Harry został spiorunowany spojrzeniem, co oznaczało koniec konwersacji. Decyzja zapadła, jednak on ani Zayn tak szybko się z nią nie pogodzą. Styles z trudem znosił towarzystwo Mulata w godzinach pracy, a co dopiero, gdy ten idiota zacznie panoszyć się po jego mieszkaniu, gdzie wszystko miało swoje ustalone miejsce i tylko sam Harry mógł je zmienić.

Ponadto, zachowanie Deppa ingerowało w życie prywatne pracowników, do którego nie powinien mieć dostępu. Umowa o pracę nie przewidywała przymusowej integracji z całą rzeszą współpracowników…lub jednym współpracownikiem, ale jakże irytującym. Idealnym rozwiązaniem byłoby natychmiastowe opuszczenie tego miejsca i przesłanie wymówienia z zażaleniem o karygodnym zachowaniu pracodawcy. Idealnym rozwiązaniem byłby również pożywny stek z warzywami na obiad zamiast lichej kanapki, na którą Harry się zdecydował wczorajszego popołudnia.

Zapowiadało się na to, że dzisiaj Styles również zadowoli się ubogim posiłkiem. Idealne rozwiązania są takie nieidealne.

- Witaj nowy współlokatorze– rozbawiony głos Zayna rozbrzmiał tuż po wyjściu Johnny’ego. Zostali sami. – Wspólna praca, wspólne mieszkanie…Boję się, że za bardzo się w to zaangażujesz, Hazz. – drwina z ust chłopaka podziałała jak czerwona płachta na byka.

- Nie rozumiem Deppa, na jego miejscu już dawno bym cię stąd wykopał. Jesteś beznadziejnym pracownikiem.. – przy swoich słowach Styles pozwolił sobie na ciche prychnięcie. Z całą pewnością można by stwierdzić, iż gardził swoim konkurentem i jego lekceważącym podejściem do obowiązków.

Malik spokojnym krokiem dotarł do skórzanego fotela, spod którego wyciągnął kilka papierów. Styles mógłby przysiąc, że zwariował, ale ruchy mężczyzny były…kuszące, a wręcz pobudzającego pewne partie ciała. Każdy gest nabierał intensywności, przyprawiając o gęsią skórkę.

- Przypominam, że to nie ja wpadłem w wir alkoholowego upojenia na oficjalnym przyjęciu.

- Ja przynajmniej nie mam problemów z popędem seksualnym i nie rzucam się na przypadkowych ludzi, by zaspokoić własne potrzeby. Polecam wizytę u psychiatry na problemy z libido. – Styles ani na chwilę nie pozostawał dłużny.

- Och, aż tak za tym tęsknisz…

Wystarczył ułamek sekundy, by Harry znalazł się przy Maliku, łapiąc go za barki i przygniatając brutalnie do ściany. Zniwelował dzielącą ich przestrzeń, wyrzucił z głowy wszystkie myśli, pozwalając działać zmysłom, które wręcz pragnęły ciemnowłosego. Jego dotyku, głosu, zapachu.

Harry stracił kontrolę. Znowu.

Świadome myślenie powróciło dopiero, gdy wpatrywanie się w błyszczące tęczówki trwało kilka tyknięć zegara za długo. Przyspieszony oddech szatyna powoli wracał do normy. Cera Malika, która uprzednio pobladła na tak niespodziewany atak, ponownie nabierała kolorów. Mulat przekrzywił głowę o kilka stopni, a usta wykrzywił w chytrym uśmiechu. Wachlarz niemożliwie długich rzęs kilkukrotnie opadł na policzki właściciela, który wydawał się wyraźnie zadowolony ze swojego położenia.

- Zrób to. Wiem, że chcesz.

I chciał. Harry Styles tego chciał.

Matko Boska, Harry Styles tego pragnął!

Nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo tego pragnął; wpić się w te przepyszne usta, zatracić się w namiętnym pocałunku, powiedzieć tak pożądaniu, a nie racjonalnemu myśleniu, które w tym momencie krzyczało ‘uciekaj!’. Poddanie się namiętności byłoby jednocześnie porażką, kolejnym punktem na koncie Zayna. Harry nie mógł na to pozwolić.

Pokonał ostatnie centymetry wolnej przestrzeni. Przymknął powieki i głęboko odetchnął, kierując ciepły powiew powietrza ku rozchylonym wargom. Sam również czuł słodką woń oddechów Malika połączoną z odurzającym zapachem jego perfum. Przez chwilę trwali w cudownym transie, delektując się sobą wzajemnie. Harry uniósł powieki, by na czekający go widok podwójnie zaniemówić.

Zayn był idealny.

Styles spostrzegł w nim coś, czego dotychczas nie zauważał. Sarkazm z ironią uciekły, a za nimi duma wraz z pychą. Zarumienione policzki i rozchylone usta budziły w Harrym swoistego rodzaju zachwyt. Ciemna grzywka, która wyjątkowo opadała na czoło mężczyzny, dodawała mu uroku. Wyglądał tak niewinnie i bezbronnie. Obserwacja ta była sama w sobie czymś niezmiernie przyjemnym, budzącym dziwne uczucie ciepła, które zaniepokoiło szatyna. Natychmiast wyrzucił z umysłu te idiotyczne myśli, wracając do zamierzonego planu. Zayn to był tylko obiekt, do którego co najwyżej mógł poczuć pociąg. Zayn to tylko obiekt, przedmiot.

- 1:1 – wyszeptał wprost do jego ust. – Odbieram zaległy punkt za ten cały bałagan, Zayniee. – dodał głosem pełnym prowokacji. Tylko prowokacji, zero zbędnych uczuć.

Wynik został wyrównany. Styles mógł spokojnie odsunąć się od bruneta oraz ponownie ogarnąć wzrokiem panujący w gabinecie chaos. Nie umknął także mu widok zdezorientowanego Malika. Totalnie zdruzgotany. Harry bez słowa poprawił marynarkę i zaczesał nieposłuszne kosmyki, które przedostały się do jego oczu. Posławszy mężczyźnie ostatnie triumfalne spojrzenie, skierował się do wyjścia.

- Ach, jeszcze jedno – Otwierając drewnianą powłokę, przypomniał sobie o najważniejszym. – Twój ruch. – Rzekł, puszczając perskie oko.

I tak Zayn został sam z bałaganem, a Harry z nieprzyjemnym kłuciem w brzuchu, które tłumaczył zwykłą niestrawnością.

*

Styles z cichym westchnięciem przekręcił klucz w zamku, czując za plecami obecność drugiej osoby. Ciągle nie pojął, czemu zgodził się na nowego współlokatora. Dzielenie z kimś mieszkania to była ostatnia z ostatnich opcji w jego życiu. Cenił sobie święty spokój, a mieszkanie traktował jako samotnię oddzielającą go od wszystkich problemów. Teraz jeden wielki problem miał zagnieździć się na jego kanapie.

- Buty. – szatyn upomniał surowo, po czym odłożył drobny pęczek kluczy do przygotowanej miseczki na półce stojącej w przedpokoju. Prócz małego naczynia, nic nie zakłócało drewnianego blatu wypolerowanego na błysk.

Na twarzy Malika pojawił się lekki grymas, gdy upomniany zdejmował obuwie, które w jego mniemaniu wcale nie było zabłocone i z pewnością nie zaszkodziłyby jasnym panelom. Odłożył wypchaną torbę i z zaciekawieniem rozpoczął obserwację nowego miejsca. Niedługi przedpokój prowadził do salonu połączonego z niewielka kuchnią. Z prawej strony korytarza znajdowały się zamknięte drzwi, prawdopodobnie do sypialni jak dotychczas jedynego mieszkańca tego lokum.

Wystrój mieszkania wydawał się dobrze przemyślany, każdy element do siebie idealnie pasował, beżowe ściany, meble wykonane z ciemnego drewna, kanapa wraz z fotelami barwy mlecznej czekolady. Mimo ciepłych barw, mieszkanie jednak raziło chłodem. Powierzchnie drewnianych mebli lśniły nieskazitelną czystością. Na opustoszałych półkach tylko gdzie niegdzie pojawiały się pudełka z nieznaną zawartością, a stolik do kawy chroniły podkładki na naczynia w razie pozostawienia niechcianych śladów. Ściany ozdabiały przeróżne obrazy w ciemnych ramach. Kuchenne blaty mogły pełnić rolę lustra, a podłogi stołu do jedzenia.

- Stary, ty to masz nieźle nasrane w bani. – wykrztusił Malik ciągle rozglądając się po pokoju.

- Słucham? – Styles zupełnie zaskoczony tymi słowami nie krył swojego oburzenia.

- Powiedz, który normalny facet mieszka w takich warunkach? Tu jest sterylnie jak w jakimś pieprzonym szpitalu, do tego ten zapach…Co to? Pomarańcza? – pociągnął kilkakrotnie nosem, wdychając świeżą woń.

- Cytryna. - poprawił go odruchowo. Największym wrogiem Stylesa był kurz, nienawidził go. Codziennie przed godziną osiemnastą zabierał się za skrupulatne ścieranie mebli, zawsze tym samym środkiem o zapachu cytryny, który od dwóch lat kupował w pobliskim supermarkecie w alejce Detergenty chemiczne za dwanaście funtów. Gdy wybijała godzina osiemnasta, zasiadał w fotelu i z herbatą w prawej ręce, włączał muzykę. Wsłuchując się w spokojne tony, zaczynał myśleć. Jego myśli dotyczyły praktycznie wszystkiego, wspominał ostatnio przeczytane książki, przesłuchane utwory czy spotkanych ludzi, którzy niewątpliwie zirytowali go swoim zachowaniem. Gdy temat zaczynał krążyć wokół rodziny, wypijał pierwszy łyk herbaty, po czym od razu się krzywił. Próbował zrezygnować z cukru, lecz gorzki smak napoju zamiast pomagać, to jeszcze bardziej go dobijał. Po dosypaniu dokładnie jednej łyżeczki do czarnej herbaty opadał tym razem na kanapę i zagłuszał myśli telewizorem bądź rozpoczynał walkę z zadaną pracą do firmy. Ten idealny porządek miał zostać doszczętnie zrujnowany w najbliższym czasie, a wszystko za sprawą Malika. Jego obecność sporo komplikowała.

- Cenię sobie widok podłogi i brak żywej społeczności bakterii w zlewie. – dodał, wracając do otaczającej go rzeczywistości, w której Zayn już się panoszył. Wspomnienie mieszkania bruneta nim wzdrygnęło. Podejrzewał, iż to może być jakiś eksperyment naukowy. Jak długo ludzka istota wytrzyma w warunkach zagrażających zdrowiu, a nawet życiu. Styles nie podjąłby się takiego wyzwania. W chwili, w której przekroczył próg mieszkania Malika, by pomóc mu w przeprowadzce, od razu zapragnął jak najszybciej opuścić to miejsce.

- Nie było aż tak źle, akurat niedawno sprzątałem.

- Niedawno?! Masz chyba na myśli miesiąc temu!

- Możliwe… - Zayn odwrócił wzrok od świdrujących tęczówek szatyna, który natchniony opowiadał o bałaganie, którego był świadkiem. Już wcześniej nie szczędził sobie uwag na temat stanu, w jakim znajdowało się mieszkanie bruneta, krytykując każdą jego część, począwszy od sterty ubrań, która znajdowała się…wszędzie, a skończywszy na podejrzanym kubku. Malik odważył się sprawdzić zawartość owego naczynia, była to zwykła kawa z mlekiem. Zmieniona została jedynie konsystencja z ciekłej na galaretowatą z białym osadem.

- Nie pozwalam na eksperymenty, ma tu panować porządek. – Styles kreślił surowym tonem panujące zasady w jego małym imperium. – Śpisz na kanapie, od razu po sobie ścielesz, nie zostawiasz nigdzie ubrań ani naczyń, nie jesz i nie pijesz w salonie, nie palisz, nie wchodzisz do mojego pokoju…

- Mam też nie oddychać? – przerwał mu Malik.

- Byłbym wdzięczny. – Harry odpowiedział ze słodkim uśmieszkiem na twarzy.

Brunet przewrócił oczami, ignorując złośliwość współlokatora. Ponownie rozejrzał się po przestronnym salonie i jego uwagę przykuł stoliczek z dwoma krzesłami. Podszedł bliżej, by zbadać jedyne wyposażenie mieszkania, które zamiast ukryte po szafach prezentowało się w całej okazałości.

- Nie dotykaj! – Nim wyciągnięta ręka bruneta sięgnęła swojego celu szorstki głos Stylesa odbił się echem po ścianach. – Najlepiej jakbyś niczego tutaj nie dotykał.

Mulat zlekceważył tę uwagę i z zaciekawieniem chwycił czarną figurę.

Król.

Szybko przejrzał kolejne bierki na czarno-białej szachownicy. Wszystkie były w idealnym stanie, mimo że z pewnością były często używane. Białe przeciwko czarnym.

- Nie wiedziałem, że grasz w szachy. – rzucił i zamiast odpowiedzi usłyszał ciche prychnięcie. No tak, co Zayn mógł wiedzieć o Harrym. – Nauczysz mnie grać?

- Nie. – Prosta i szybka odpowiedź.

- Nie daj się prosić, naucz mnie.

- Nie. – Ponownie prosta i szybka odpowiedź bez cienia zastanowienia.

Zanim Malik zdążył otworzyć usta, Styles go uciszył ruchem ręki i zaprowadził do swojego pokoju, niestety jedyna droga do łazienki. Sypialnia bardzo nie różniła się od reszty mieszkania. Główny element stanowiło ogromne łóżko po środku z burgundową pościelą. Przez chwilę Zayn odpłynął w niebezpieczne rejony, wyobrażając sobie wykorzystanie tego mebla w najodpowiedniejszy dla niego sposób. Miało odpowiednie rozmiary i z pewnością byłoby znacznie wygodniejsze niż biurko czy blat kuchenny. Kurwa.

- Jeśli chcesz do łazienki, pukasz i czekasz aż cię wpuszczę. Wtedy tylko możesz wchodzić do tego pokoju. Nie obraziłbym się, gdybyś większość swoich potrzeb załatwiał poza domem. – Harry spokojnie wytłumaczył system korzystania z toalety, podkreślając, że nie życzy sobie obecności Malika w tym pokoju.

Brunet pokiwał głową przyswajając przedstawione reguły. Oprócz łóżka w sypialni znajdowało się niewielkie biurko, szafa i regalik z książkami, do którego właśnie podszedł Mulat.

- Dużo czytasz, ja też to lubię. – stwierdził po chwili ciszy. Harry uniósł brwi i wykrzywił usta w zadziornym uśmiechu.

- Nie sądziłem, że umiesz.

- Utknąłem na dzieleniu na sylaby, ale jakoś sobie radzę.

Może w ich grze nie było reguł, ale mieszkanie Harry’ego to była jedna wielka reguła, której na obecną chwilę Zayn nie ogarniał. Wyszedł lub jak ktoś się upiera, został wyrzucony z sypialni Stylesa i powolutku zaczął zaznajamiać się z nowym domem. Interesująca okazała się kuchnia, chociaż Malik wątpił czy by to na pewno była kuchnia. Przeszukał lodówkę, szafki, sprawdził nawet pod zlewem i nigdzie nie znalazł jedzenia.

Harry Styles to pieprzony cyborg, który nie śpi i nie je!

To by wyjaśniało wygląd mężczyzny i jego stosunek do porządku. Lecz, gdy Malik zaczął szukać podejrzanych akumulatorów i kabli, które by dostarczały energię robotowi, znalazł puszkę z napojem gazowanym. Czyli jednak nie jest cyborgiem.

Bez namysłu otworzył napój, by po chwili tego pożałować. Wąskie spodnie po zamoczeniu robią się jeszcze węższe i wydobycie z nich jakiekolwiek części ciała wymaga cudu.

Ubranie nieoczekiwanie gładko oderwało się od skóry Malika; od razu chwycił za drugą parę spodni. Tym razem było trudniej. Rurki z trudem pokonywały swoją drogę wzdłuż ud mężczyzny, który począł przeklinać modowe trendy.

- Siema, Styles! Przyszedłem cię trochę uspołeczniać! – Zayn usłyszał donośny głos dobiegający z korytarza i czym prędzej próbował uporać się z nieznośnym materiałem. – Chociaż tobie przydałoby się co innego… - głos był coraz bliżej, a spodnie wciąż nieugięte.

- Oj, nie sądziłem, że Harry ma gości. – Tym razem słowa były skierowane do Malika, któremu wreszcie udało się ubrać, no nie do końca. Rozporki wydawały mu się wtedy największym przekleństwem tego świata, zdecydowanie wolał je rozpinać niż zapinać. – Ooo.. – dłuższy dźwięk wydobył się z ust przybyłego blondyna, gdy przyjrzał się, w jakim stanie zastał nieznajomego. – To ja może jednak was zostawię, nie chcę przeszkadzać. – dodał z nieukrywanym uśmiechem.

- Co?! – Brunet zapiszczał w odwecie. – Nie, to nie tak…ja..

- Spoko, nie tłumacz się. Ja wszystko rozumiem. – Blondyn rozłożył ręce przed sobą, by podkreślić swoją postawę do całego zajścia. – Tak w ogóle, to dzięki, stary. Stylesowi już od dawna było potrzebne porządne ruchanie, bo przecież ileż można się zabawiać z własną ręką?

Malik znieruchomiał, lecz słowa chłopaka nie miały nic z tym wspólnego. Tuż za jego plecami stał Harry, który wychodząc ze swojego pokoju zdążył usłyszeć ostatnie słowa blondyna. Zayn z litością spojrzał na jeszcze nieświadomego swojego losu mężczyznę, nie zdawał sobie sprawy, iż jego dni były policzone. Łatwo się domyśleć, że Styles już zakopywał ciało blondyna w swojej wyobraźni. Chociaż Mulat musiał przyznać, że szatyn z mocno zaciśniętymi pięściami i wzrokiem morderczo utkwionym w swojej przyszłej ofierze wyglądał seksownie.

I wtedy znowu pomyślał o blacie kuchennym. Kurwa.

Grobową ciszę przerwał dźwięk zapinanego rozporka. Najmniej odpowiedni moment.

- O, Harry! Przyniosłem piwo. – oznajmił radośnie nowoprzybyły, gdy spostrzegł za sobą przyjaciela.

Szatyn wydał się nie drgnąć.

- Przyniosłeś piwo…- powtórzył głucho, ciągle mordując wpatrując się w beztroską sylwetkę Irlandczyka.

- Yhy, chciałem cię trochę rozweselić, ale widzę, że ktoś inny się już tym zajął. – zażartował niewinnie, oplatając Stylesa ramieniem, który jeszcze bardziej zesztywniał, słysząc te słowa.

- Wynocha z mojego domu, natychmiast. – wypowiedział zrzucając ciało przyjaciela z ramion.

- Och, jeszcze nie skończyliście. – palnął kolejne głupstwo. Malik wybuchł głośnym, niepohamowanym śmiechem, a oczy Harry’ego rozszerzyły się do granic możliwości. Złapał Horana za ramiona i zaprowadził go grzecznie do wyjścia.

- Spierdalaj stąd zanim cię wykastruję w najbardziej okrutny sposób, w jaki człowiek może to zrobić!

- Nie napalaj się tak, Styles! – wrzasnął blondyn nim drzwi z hukiem dotarły do jego nosa.

Harry oparł się jedną ręką o drewnianą powłokę. Pochylił głowę do przodu, czekając aż nierówny oddech wróci do normy. Czuł nadchodzące wypieki na policzkach.

Był poniżony.

Po trzech sekundach usłyszał ciche kroki. Przymknął powieki, nie wiedząc czego się spodziewać. Mógł przysiąc, że Zayn oparł się nonszalancko o kant ściany, a na jego twarzy powstał chytry uśmieszek.

- To co, Hazz? Miewasz częste przygody z własną ręką?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz