Dwa dni później ponownie zapukałem do drzwi mieszkania Louisa i, tak jak poprzednio, nikt mi nie otworzył. Zacisnąwszy palce prawej dłoni na futrynie, zakląłem w stronę sufitu. Szlag by trafił jego i te korepetycje. Po co miałem się denerwować, skoro było tylu innych nauczycieli, którzy traktowaliby to, dla odmiany, poważnie? Nie musiałem męczyć się akurat z nim. Nawet nie dostałem numeru jego komórki, żeby ewentualnie do niego zadzwonić.
Postanowiłem jednak zaczekać. A nuż za chwilę pojawi się z kolejną torbą pełną zakupów i będę mógł go zapytać, po co każe mi przychodzić o dwunastej, skoro jest to najwyraźniej jego ulubiona pora wychodzenia z domu i dlaczego, do diabła, zachowuje się jak nienormalny?
Usiadłem na schodku i wbiłem wzrok w ścianę, a minuty wlekły się niemiłosiernie, podgotowując we mnie złość. Kwadrans później, gdy już prawie zmieniłem zdanie przeklinając wszystko od góry do dołu, dobiegło mnie z parteru trzaśnięcie ciężkich metalowych drzwi. Ktoś zaczął wspinać się po schodach, postukując rytmicznie butami o posadzkę. Podświadomie czułem, że to Louis.
Już po chwili moim oczom ukazała się pełna sylwetka chłopaka. Znowu miał na sobie te niedorzecznie kolorowe ubrania, które pozwalały na spekulacje o jego orientacji, a w ręce trzymał torbę z supermarketu.
Podniosłem się na nogi, a na mój widok Louis raptownie zatrzymał się na najwyższym stopniu i zastygł w bezruchu. Wyglądał, jakby zobaczył ducha, jego twarz autentycznie pobladła ze zdenerwowania.
-Powinieneś kupić sobie zegarek- odezwałem się z pretensją, nie zawracając sobie głowy powitaniem. –Albo kazać mi przychodzić o jakiejś innej porze, bo najwyraźniej w południe lubisz oddawać się szałowi zakupów. Czekam tu prawie dwadzieścia minut!
Patrzył na mnie nieprzytomnie.
-I dlaczego, do diabła, wyglądasz jakbym właśnie zamordował kogoś na twoich oczach?
Z każdą sekundą stawałem się coraz bardziej zirytowany i złapałem się na tym, że nerwowo szarpałem sznurki przy kapturze bluzy, więc szybko je puściłem.
-To ty, Styles… przyniosłeś ze sobą dokumenty? Chcę je zobaczyć.
I jeszcze to, jakby jego zachowanie było niedostatecznie dziwne.
Zacisnąłem szczęki, ale wygrzebałem z torby legitymację szkolną i włożyłem ją w rozpostartą dłoń Louisa, który prawie nie zwrócił uwagi na zawarte w niej dane, zamiast tego chowając ją do kieszeni. Nie rozumiałem tego kompletnie, ale najwyraźniej sam fakt posiadania czegoś należącego do mnie uspokoił go, ponieważ jego twarz odzyskała kolor i Louis postąpił naprzód, pokonując wreszcie ostatni schodek.
-Tak, no cóż… prawdopodobnie powinienem cię przeprosić. –Podszedł do drzwi, które następnie otworzył kluczem, wpuszczając nas do swojego mieszkania. –Możesz być pewny, że w poniedziałek nie będziesz musiał czekać. Przepraszam.
Wiedziałem, że wcale nie jest mu przykro.
-Uwierzę, gdy zobaczę- mruknąłem, przechodząc przez przedpokój bez oglądania się na Louisa. Usiadłem przy stole w salonie, gdzie poprzednim razem pracowaliśmy i czekałem aż do mnie dołączy, a jednocześnie starałem się o nim nie myśleć. Z każdym kolejnym spotkaniem miałem o nim coraz gorsze zdanie.
Obrzuciłem wzrokiem puste ściany i surowy wystrój pokoju, które przywodziły mi na myśl szpital, a potem przeniosłem spojrzenie na jedyną kolorową rzecz w salonie- kanapę obitą jasnoczerwoną skórą. Biorąc pod uwagę to, jak chłopak się ubierał, wcale nie byłem zaskoczony jej kolorem, a raczej spodziewałbym się w mieszkaniu więcej takich „okazów”, chociaż żadnego innego dotąd nie ujrzałem.
-Na czym ostatnio skończyliśmy?- Drgnąłem, gdy Louis pojawił się nagle obok mnie, stawiając przede mną kubek z mrożoną herbatą i zasiadając na swoim krześle. –Ah, już wiem. Wodorotlenki i ich pochodne. Odrobiłeś pracę domową, jak mniemam?
Zakląłem w myślach, przypominając sobie, że rzeczywiście dostałem od niego jakąś kserówkę z zadaniami, ale pozostała nietknięta pomiędzy stronami któregoś z podręczników. Chciałem ją odrobić, ale… zapomniałem. Tamtego wieczora byłem zajęty imprezowaniem u Payne’a, a cały następny dzień przeleżałem w łóżku, dochodząc do siebie i po prostu wyleciało mi to z głowy.
Spojrzałem wymownie na Louisa, choć byłem pewny, że sam wszystkiego się domyślił.
Chłopak przymknął na moment powieki.
-Dobrze, przyniesiesz ją razem z dzisiejszą na następne zajęcia. To pierwszy i ostatni raz, ponieważ nie mam zamiaru marnować swojego czasu…
-… na osobę, która się nie stara- wszedłem mu w słowo, wywracając oczami. -Wiem.
-To dobrze. –Louis sięgnął po kubek i napił się, patrząc znacząco na moją nietkniętą herbatę, której nie zamierzałem nawet próbować. Nie chciałem mieć nic wspólnego z niczym, co wyszło spod palców tego chłopaka. –Spróbuj, to naprawdę dobry gatunek.
-Dzięki, może później- odparłem, nieco zaskoczony łagodną nutą w jego głosie.
-Nalegam.
Zmarszczyłem brwi, odsuwając od siebie szklankę na odległość ramienia, i wlepiłem rozzłoszczone spojrzenie w Louisa. Mieliśmy się uczyć, pragnąłem mu przypomnieć oraz najlepiej wylać mu tę herbatę na głowę, żeby się odczepił. Musiał być nienormalny, jeżeli sądził, że wypiłbym lub zjadł przyniesione przez niego jedzenie.
-Może później – powtórzyłem, splatając ręce na piersiach. Spiorunował mnie wzrokiem, ale nie kontynuował sporu, zamiast tego rzucając w moją stronę plik kartek. W ostatniej chwili je złapałem.
-Jesteś głupi myśląc, że dosypałbym ci czegoś do napoju, podczas gdy twoja mama doskonale wie, gdzie jesteś i o której powinieneś wrócić do domu. Zresztą, nieważne. –Pokręcił głową. -Przejrzyj to i powiedz, co o tym sądzisz.
Wzruszyłem ramionami, bo w końcu miałem prawo mu nie ufać, i zająłem się kartkowaniem czegoś, co okazało się być czymś w rodzaju katalogu rzeźb i obrazów z różnych epok.
-No i?- Ponaglił, kiedy moje milczenie się przedłużało.
Odłożyłem katalog na blat stołu, unosząc spojrzenie na jego twarz, na której malowało się słabo skrywane napięcie.
-Nie znam się na sztuce –poinformowałem go po prostu, nie mając na ten temat nic innego do powiedzenia.
Na czole Louisa pojawiła się poprzeczna zmarszczka, która mogła oznaczać zarówno niezadowolenie jak i rozczarowanie.
-Nie musisz się znać. Powiedz tylko co pomyślałeś, gdy zacząłeś to przeglądać.
-Nie wiem, nic nie pomyślałem. Co to tak właściwie jest? I dlaczego akurat mnie zapytałeś?
-Praca zaliczeniowa- odparł sucho, zbierając kartki do żółtej teczki na gumkę, którą następnie przerzucił na stojącą nieopodal komodę. –Potrzebowałem opinii ludzi w różnym wieku, dlatego pomyślałem, że może się w końcu do czegoś przydasz. Cóż… teraz przynajmniej wiem, że nie tylko chemia jest twoją piętą achillesową. A tak nawiasem mówiąc, to czy istnieje w ogóle coś, w czym jesteś dobry? Jedna jedyna rzecz, Styles, która daje twojej matce nadzieję, że nie jesteś kompletną pomyłką?
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Zamrugałem kilkakrotnie, czując niechciane rumieńce na policzkach.
-Cofnij to, co powiedziałeś!
Louis zaśmiał się niewesoło. Nie sądziłem, że śmiech może być aż tak ponury.
-Wszystko robisz na odwal i jedyne co masz w głowie to rozrywka oraz ćpanie na imprezach- kontynuował zgorszonym głosem. -Nie potrafisz nawet nauczyć się kilku formułek i wzorów na pamięć, które pozwoliłby ci przejść do następnej klasy. W dodatku niczym się nie interesujesz, co widzą wszyscy wokół: nauczyciele, twoja mama i ojczym, nawet ja po jednym spotkaniu. Założę się, że tylko dzięki twojej siostrze wasi rodzice jeszcze cię nie skreślili, ponieważ dziewczyna nadrabia braki, jakie tworzysz i wyrównuje poziom.
Zerwałem się z miejsca, gwałtownie przechylając przez stół, i zacisnąłem dłonie na przedzie jego koszulki, przyciągając go do siebie. Oczy Louisa błyszczały triumfalnie, przez co niemal zachłysnąłem się powietrzem z oburzenia.
-Zamknij się- wysyczałem trzęsącym się głosem, zezując, ponieważ byliśmy tak blisko. –Nic o mnie nie wiesz, ty popieprzony świrze, dlatego dobrze ci radzę, nic więcej nie mów! To wszystko są bzdury!
Louis oblizał wargi, przybliżając twarz jeszcze bliżej, niemal stykając swój nos z moim.
-No to pokaż mi, na co cię stać, Styles- wyszeptał. -Udowodnij mi, że potrafisz zrezygnować z narkotyków i jeżeli chcesz, to możesz zrobić coś porządnie.
Dysząc ciężko, odepchnąłem go od siebie i wyprostowałem plecy. Ostatkiem sił powstrzymałem się od starcia pięściami tego grymasu zadowolenia z twarzy Louisa, ale nie dałbym rady dłużej siedzieć z nim w tym samym pomieszczeniu.
-Koniec tego - powiedziałem, potrząsając szybko głową i wychodząc z salonu. Trzasnąwszy drzwiami miałem nadzieję już nigdy więcej ich nie zobaczyć.
***
-Harry, miło cię…
-Czy Zayn jest w domu?- Przerwałem mamie mojego przyjaciela, niecierpliwie odgarniając włosy z czoła. Wściekłość na Louisa wciąż buzowała mi w żyłach, przez co nie miałem ochoty na wymianę uprzejmości. Kobieta musiała wyczytać to z mojej twarzy, bo choć była nieco urażona, przepuściła mnie w drzwiach mówiąc, że Zayn jest w swoim pokoju.
Pokonałem schody, przeskakując po dwa stopnie, i jak burza wpadłem do sypialni Malika. Jeszcze w korytarzu poczułem słodkawy zapach marihuany, dlatego nie zdziwiłem się widząc Zayna rozciągniętego na łóżku z dosyć nieprzytomną miną. Stanąłem nad nim.
-Fajnie, że wpadłeś- powiedział chłopak, uśmiechając się leniwie w stronę sufitu. Brąz jego tęczówek zniknął, zastąpiony czernią źrenic. –Mam trochę świetnego towaru… Chcesz?
Spojrzałem na duże bongo stojące u wezgłowia łóżka. Nawet nie wiedział, ile bym dał, aby móc zapalić i o niczym nie myśleć.
-Nie, w każdej chwili mogą mi zrobić testy na obecność- przeniosłem wzrok z powrotem na Zayna, który podciągnął się do pozycji półleżącej, klepiąc zapraszająco miejsce obok siebie.
Nie usiadłem, co wreszcie zwróciło jego uwagę na mój stan.
-Stary, coś się stało?
-Mój korepetytor się stał, ot co!- Krzyknąłem, dając w końcu upust złości. Zacząłem krążyć po pokoju, jakby miało mi to przynieść ulgę. -Nie dość, że jest popaprańcem i zawsze sprawdza moje dokumenty, to jeszcze mnie obraża, wygadując takie rzeczy… same brednie, ale jednak… o mojej mamie i o mnie.
-Co takiego powiedział?
Przystanąłem, wypuszczając powietrze z płuc.
-Mówił, że jestem dla niej ciężarem i najlepiej by było, gdybym w ogóle nie istniał. I że niczego nie umiem dobrze zrobić- urwałem, czując pieczenie w gardle, więc przełknąłem ślinę, aby się go pozbyć. Odwróciłem się w stronę Zayna, marszcząc brwi na widok szerokiego uśmiechu na jego ustach. –To nie jest śmieszne, ja naprawdę… Przestań się tak szczerzyć!
-Nie mogę- wyjęczał przez śmiech i złapał się za brzuch. –Słyszałeś słowo „korepetytor”? Jak to brzmi! Powinno być ko-re-pe-ty-ta-tor, bo łatwiej to wymówić!
Złapałem się za głowę, mieląc w zębach przekleństwo. Tyle w kwestii poważnej męskiej rozmowy i przyjacielskiego wsparcia, których oczekiwałem od Zayna.
Zdecydowałem się usiąść jednak obok niego.
-Skup się! Właśnie powiedziałem, że Louis zmieszał mnie kompletnie z błotem, a ty się śmiejesz. Trawa już całkiem wypaliła ci mózg?
Zayn trochę się uspokoił i otarł łzy z policzków. Obrzuciłem go niechętnym spojrzeniem, wbijając wzrok w ścianę naprzeciwko nas, gdzie ktoś, prawdopodobnie któraś z jego sióstr, powiesił plakat zespołu Pink Floyd. Głupota, ponieważ mój przyjaciel słuchał całkiem innej muzyki.
-Przepraszam, stary. Postaram się… Kto to jest Louis?
Westchnąłem.
-Mój korepetytor.
-Okej, a co takiego zrobił, że jesteś na niego zły?
Moje oczy rozszerzyły się z frustracji. Ta rozmowa kompletnie nie miała sensu.
-Przecież dopiero co… Nieważne i tak teraz tego nie zrozumiesz. Jesteś na kompletnym haju, Zayn.
Mulat opadł na poduszki, chichocząc pod nosem.
-Masz całkowitą rację. Ale powinieneś wiedzieć jedno: Harry Styles, jakiego znam, nigdy nie bierze do siebie opinii innych ludzi i nie daje się sprowokować jakiemuś idiocie. Zawsze to w tobie podziwiałem, wiesz? –Zamyślił się na moment, a ja w skupieniu oczekiwałem na ciąg dalszy. –Taaak, jesteś typem człowieka „pieprzcie się wszyscy, bo i tak zrobię po swojemu”, którym też czasami chciałbym być.
Poczułem się zaskoczony. Naprawdę tak właśnie mnie postrzegał? Może kiedyś tak było, ale dzisiejszy dzień jednak doskonale pokazał, że jest zupełnie inaczej i słowa Louisa dotknęły mnie do żywego. To było wręcz niepojęte jak szybko udało mu się mnie sprowokować.
-Dzięki. To dużo dla mnie znaczy.
-Nie ma sprawy- odparł nonszalancko, a potem zmarszczył brwi, zwracając na mnie pociemniałe spojrzenie. –A co właściwie?
Wywróciłem oczami, zrezygnowany. Malik był absolutnie niemożliwy będąc w takim stanie, jednak w jakiś przedziwny sposób sprawił, że cała złość ze mnie wyparowała.
Poklepałem go po ramieniu.
-Nic takiego. Chyba będę się zbierał.
Zayn pomachał mi na pożegnanie, znowu szeroko uśmiechnięty, a ja wyszedłem.
Idąc chodnikiem, pomyślałem o wysłaniu wiadomości do mamy, ponieważ powinienem już od dawna być w domu. Włożyłem rękę do kieszeni, gdzie zwykle trzymałem telefon, ale była pusta. Sprawdziłem dokładnie pozostałe, ale nadal go nie znalazłem i wtedy coś sobie przypomniałem. Coś, co kazało mi się zatrzymać i uderzyć mocno w czoło.
-Cholera jasna, przecież telefon nadal jest w torbie. W torbie, którą zostawiłem u Louisa.
Najwyraźniej ktoś tam na górze dobrze się bawił, planując ścieżkę mojego losu i musiałem
jeszcze ten ostatni raz się z nim spotkać.
Po chwili namysłu stwierdziłem, że im szybciej będę miał to za sobą, tym lepiej, dlatego zawróciłem i udałem się w stronę ulicy, na której mieszkał Louis.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz