Od przyjęcia organizowanego przez rodziców Harry’ego minęły trzy dni. Przez ten czas nie kontaktowaliśmy się ze sobą. Żadnych sms-ów, telefonów, maili, nic. Nie widywałam go nawet w pracy – przychodziłam tam wcześniej, od niego i do godziny czternastej nie opuszczałam studia, poza krótką przerwą obiadową w kafejce. Styles przesiadywał w swoim gabinecie i nawet nie zaglądał do mnie i Louisa. Idealny spokój.
Mimo wszystko pod koniec drugiego dnia zaczęłam czuć się nieco… dziwnie. Za każdym razem, kiedy ktoś wchodził do naszego studia, odwracałam gwałtownie głowę, aby sprawdzić, czy to może nie on. Kiedy okazywało się, że to tylko pracownik innego działu albo Zayn czułam… rozczarowanie? Niewielkie, ale tylko takie określenie nasuwało mi się na myśl, aby nazwać to, co czuję.
Wychodząc z wytwórni, zerknęłam na drzwi gabinetu. Były zamknięte, jak zwykle, a Katie obdarzyła mnie tylko promiennym uśmiechem. Odwzajemniłam go z trudem i przyspieszyłam kroku. Sama nie wiedziałam, co właściwie się ze mną dzieje. To ja byłam stroną, która poprosiła o trochę czasu. Dlaczego więc nagle zaczęło mi to tak doskwierać?
Kiedy wieczorem wróciłam do domu, zauważyłam spakowaną, niewielką torbę podróżną mojego przyjaciela. Powoli odwiesiłam płaszcz, nie odrywając zdziwionego spojrzenia od bagażu. Jeszcze jakieś zaskoczenie?
- Louis? – zawołałam, rozglądając się po mieszkaniu i kierując swoje kroki do salonu.
Z drzwi w głębi pomieszczenia wyłonił się mój wyraźnie zaaferowany przyjaciel, dzierżący w dłoniach mały stosik koszulek. Oparłam się o kanapę, zaplatając ręce na piersiach i wpatrując w niego uważnie. Na widok mojej miny zatrzymał się, a na jego twarzy wreszcie pojawiła skrucha.
- Przepraszam, Sophie, to nagła sytuacja… - zaczął się tłumaczyć, nieświadomie miętosząc ubrania w dłoniach – Zupełnie zapomniałem, że Lottie ma urodziny, rano zadzwoniła do mnie mama… Kupiłem jakiś prezent i jadę, na kilka dni… Powinienem być w piątek, naprawdę przepraszam…
Potrząsnęłam głową, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu. Cały Louis, jak zawsze roztargniony nawet na tyle, żeby zapomnieć o urodzinach siostry.
- Nie przepraszaj, przecież rozumiem – uniosłam obie dłonie, chcąc powstrzymać go od dalszych tłumaczeń.
Louis uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością i niemal biegiem ruszył do przedpokoju. Obserwowałam, jak na siłę upycha T-shirty w niewielkiej przestrzeni torby i z trudem zasuwa suwak. Na koniec, swoim zwyczajem bałaganiarza, zaczął uklepywać bagaż, aby nadać mu bardziej foremny kształt. Kiedy prychnęłam śmiechem, spojrzałam na mnie z wyrzutem. Od razu spoważniałam, chociaż kąciki ust wciąż lekko mi drżały.
Kiedy skończył swoją ciężką pracę, a ja w tym czasie wyszłam na korytarz, odwrócił się do mnie i przyciągnął do siebie, mocno obejmując. Odwzajemniłam uścisk i pocałowałam lekko w policzek. Louis popatrzył na mnie z troską.
- Poradzisz sobie? – zapytał, jakbym była małym dzieckiem. Może i dzieliła nas różnica kilku lat, ale to jeszcze naprawdę o niczym nie świadczyło.
- Zawsze sobie radzę – wywróciłam oczami – Jakby coś, zadzwonię do Patricii albo Perrie.
Chłopak uśmiechnął się, wyraźnie uspokojony. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi, ale w progu obejrzał się jeszcze i zawołał:
- Będę dzwonić, mała! Trzymaj się!
- Pozdrów ode mnie Lottie! – zawołałam, patrząc, jak wsiada do swojego samochodu i odpala silnik, machając mi jednocześnie.
Dopiero, kiedy zamknęłam drzwi i znalazłam się w dziwnie pustym, cichym mieszkaniu zrozumiałam, że w obecnej sytuacji wcale nie będzie tak łatwo, jak to przedstawiłam Louisowi.
Na ulicach robiło się coraz ciemniej. Louis od wczoraj był w Doncaster, musiałam więc wrócić do starych, sprawdzonych środków komunikacji miejskiej. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo zabiegany. Od rana do piętnastej na uczelni, potem szybki obiad w niewielkiej restauracji i pędem do wytwórni. Ponieważ Louis był nieobecny, musiałam dopilnować kilku z pozoru drobnych rzeczy, które w rzeczywistości urosły do rozmiarów tak wielkich, że musiałam przesiedzieć tam do dwudziestej pierwszej. Kiedy skończyłam, moje oczy były zaczerwienione i mocno szczypały, a w wytwórni panowała cisza i pustka. Niemalże na palcach opuściłam biuro i ruszyłam na stację londyńskiego metra, licząc, że złapię jeszcze jakieś w kierunku mojego mieszkania.
Okazało się jednak, że się spóźniłam, a do przyjazdu następnego pociągu miałam jeszcze dwadzieścia minut. Mimo, że było cholernie ciemno i nieprzyjemnie, zdecydowałam się na trochę dłuższy spacer. Nie zamierzałam odmrażać sobie tutaj tyłka przez prawie pół godziny. W tym czasie na pewno uda mi się dojść spokojnie do domu.
Ponownie znalazłam się na ulicy i głębiej wsunęłam dłonie w kieszenie grubego płaszcza, chroniąc je przed nieprzyjemnym chłodem. Teoretycznie Londyn o tej porze dopiero budził się do życia, ale to wcale nie oznaczało, że w zaułkach nie zbierały się szumowiny wszelkiego możliwego rodzaju. Starałam się iść spokojnie, ale energicznie, aby nie przyciągać niczyjej uwagi.
Kiedy jednak mijałam sklep z alkoholem pięć minut od mojego mieszkania, ściągnęłam na siebie spojrzenia grupki młodych, ale niezbyt przyjaźnie wyglądających chłopaków. Przeszłam obok, starając się im nie przyglądać, słyszałam jednak za swoimi plecami idiotyczne i żenujące komentarze. To było typowe – o każdej porze można tutaj było spotkać młodych ludzi, kompletnie pozbawionych perspektyw i chęci działania. A kiedy akurat opuszczali swoją stałą miejscówkę, w oczy rzucały się potłuczone butelki i niedopałki. Czasami na chodniku widniały także rdzawe plamy zakrzepłej krwi.
Uspokoiłam się, kiedy ich głosy ucichły. Dyskretnie obejrzałam się za siebie, a wtedy na dobrą chwilę moje serce zamarło. Za mną, w niewielkim oddaleniu podążał jeden z tych gości. Dość wysoki i barczysty, w szarym dresie. Twarz zasłaniał mu obszerny kaptur bluzy. Mimo, że trzymałam ręce w kieszeniach, poczułam, jak drętwieją z zimna powodowanego strachem. Nieznacznie przyspieszyłam kroku, mając nadzieję, że w końcu się odczepi.
Tak się jednak nie stało.
Kiedy skręciłam w swoją uliczkę i przeszłam jeszcze kilkanaście kroków, czując niemal ulgę na widok drzwi mojego mieszkania, poczułam gwałtowne szarpnięcie. Zaskoczona jego siłą, zatoczyłam się i uderzyłam plecami o kamienny mur, za którym znajdował się niewielki, drewniany kościół. Teraz jednak mogłam widzieć twarz swojego napastnika. Była naprawdę nieciekawa – kanciasta i zapuszczona, przez policzek mężczyzny przebiegały dwie grube blizny. Najwyraźniej lekko się skrzywiłam, bo zauważyłam jak jego twarz jeszcze bardziej deformuje wściekłość.
Zanim zebrałam się do ucieczki, podszedł bliżej i przyparł mnie swoim ciałem do muru. Czułam jego kwaśny, przesycony alkoholem oddech i mój żołądek zrobił salto. Jedną dłonią złapał mnie za ramię, tak mocno, że jęknęłam z bólu. Mężczyzna tylko uśmiechnął się głupkowato i zwiększył nacisk. Miałam wrażenie, że jeszcze chwila, a połamie mi kości.
- Kiedy cię wołaliśmy, ślicznotko, powinnaś była zostać – jego głos był równie nieprzyjemny, jak cała reszta – Teraz będzie gorzej.
Ostatnim wysiłkiem woli, nie do końca opanowanej jeszcze przez strach, zmusiłam się do lekkiego uniesienia stopy. Chciałam nią mocno nadepnąć na stopę napastnika, aby chociaż na chwilę odwrócić jego uwagę. Zrobiłam to, a ten skrzywił się z bólu, nie przyniosło to jednak oczekiwanego efektu. Zdjął dłoń z mojego ramienia, a chwilę później poczułam jej uderzenie na policzku. Głowa odskoczyła mi w bok, a w ustach poczułam smak krwi. Chwilę później opadłam na kolana, kiedy kolano mężczyzny z impetem zagłębiło się w moim brzuchu. Poczułam, jak zbiera mi się na mdłości, a przed oczami widziałam tylko ciemne plamy.
Wiedziałam, że się zbliża. Słyszałam jego świszczący oddech, ale nie potrafiłam już nic zrobić. Otępiał mnie ostry ból i krew, coraz bardziej wzbierająco w moich ustach. Poczułam, jak wsuwa dłoń w moje włosy i szarpie w górę, tak abym na niego popatrzyła. Wiedziałam, do czego to prowadzi. Słyszałam już opowieści o nieszczęsnych dziewczynach gwałconych w jakichś zaułkach przez właśnie takich typków. Ja miałam być następna i nawet nie miałam siły na ucieczkę.
A potem wszystko się skończyło.
Mężczyzna gwałtownie zabrał dłoń, odciągnięty przez kogoś innego. Zobaczyłam wysoką, męską sylwetkę, ale nie byłam w stanie skupić na niej wzroku. Skuliłam się z bólu pod murem, nieprzytomnej wzrokiem przyglądając się rozgrywającej przede mną scenie.
Oprych z wściekłością zamierzył się na mojego wybawcę, ale tamten tylko z gracją uchylił się przed ciosem. Chwilę później dłoń tajemniczego mężczyzny złapała napastnika za ramię, tak aby nie mógł się wyrwać, a druga, zwinięta w pięść, z chrzęstem łamanego nosa wylądowała na jego twarzy. Potem uderzyła drugi raz, tym razem w brzuch. Oprych skulił się z bólu, a ten drugi mocno złapał go za przód bluzy i przyciągnął do siebie.
- Spierdalaj stąd.
Coś podpowiadało mi, że skądś znam ten głos. Tylko skąd?
Potem mocno odepchnął go od siebie. Chłopak zatoczył się do tyłu, ale nie upadł. Spojrzał ze strachem na drugiego mężczyznę, po czym odwrócił się i puścił biegiem w jakąś uliczkę. Co jakiś czas desperacko oglądał się za siebie, chcąc sprawdzić, czy go nie goni.
Opuściłam głowę na swoje kolana. Świat wokół mnie wirował coraz bardziej, nie mogłam już tego znieść. Po chwili poczułam jednak czyjąś obecność, bardzo blisko. Kolana tamtej osoby dotknęły moich, a ja wzdrygnęłam się lekko.
Poczułam dwa palce pod swoją brodą i chwilę później patrzyłam w wypełnione resztkami wściekłości i strachem zielone oczy.
Osobą, która mnie uratowała, był nie kto inny, tylko Harry Styles. To dlatego ten głos wydawał mi się taki cholernie znajomy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz