piątek, 28 lutego 2014

Przez następne kilka dni Louis nie zbliżał się do Harry’ego. Można by było pomyśleć, że chłopak po tym co zobaczył w toalecie i w aucie sobie go odpuścił. Nic bardziej mylnego. Tamte wydarzenia jeszcze bardziej nakręciły szatyna do tego, by zbliżył się do zielonookiego. Już nie chodziło o sam seks o którym chłopak wciąż pamiętał, ale o potrzebę opiekowania się nim - jeżeli można było to tak nazwać - i pomoc w wyjściu mu z tego gówna jakim były narkotyki. Louis wychował się w domu pełnym dzieci. Tata pracował do późna by utrzymać rodzinę na dogodnym poziomie, a mama w tym czasie chodziła po salonach urody, by dobrze się prezentować się na bankietach. Louisowi nie zostawało nic innego jak opiekowanie się młodszym rodzeństwem, gdy te były jeszcze zbyt małe, żeby zostać same w domu. Nic więc dziwnego, że widząc osobę, która według Louisa była słaba i krucha, chciał się nią zająć. A Harry taki właśnie był i wyzwalał w nim jego cechy które starał się skrzętnie ukrywać, nie chcąc wyjść na mięczaka. Wysoki i umięśniony jednocześnie nieśmiały i zagubiony. Tomlinson uważał również, że Harry zostaje wykorzystywany przez swoich ‘dostawców’. Mógł sobie rękę uciąć, że pewnie najpierw pomogli mu wpaść w nałóg, a później gdy chłopak nie był wstanie bez tego żyć, wykorzystywali jego sytuację, zabawiając się nim. Według Louisa było to z ich strony nieludzkie i naprawdę nie miał wtedy czasu myśleć, że on również ma go zamiar wykorzystać. Było czwartkowe popołudnie, a większość klas kończyła właśnie swoje zajęcia. Louis pożegnał się z przyjaciółmi, którzy zostawali na dodatkowej matematyce, by poprawić sprawdzian. Na plecy zarzucił kurtkę i kończąc dopinać plecak, wyszedł ze szkoły. Z racji tego, że było już kilka minut po dzwonku - cóż… żegnając się z Liamem i Zaynen, nigdy nie wystarczyło krótkie “Cześć. Do później!” - dlatego też, teren szkoły był już niemalże pusty, nie licząc kilku dziewcząt, które odpinały rowery. Louis ledwo zszedł ze schodków, a przez siatkę zauważył dobrze znaną mu sylwetkę. Przed szkołą stał Harry i rozmawiał z jakimś obleśnym mężczyzną. Niebieskooki mógł się tylko domyślać czego dotyczyła rozmowa - nie jego wina, że teraz wszyscy podejrzani kolesie w towarzystwie Stylesa, kojarzyli mu się jedynie jako narkomani - jednak chciał być tego pewny. Dlatego też niewiele myśląc przyśpieszył kroku, idąc prosto w ich stronę. Żaden z mężczyzn jednak nie zwrócił na niego uwagi. Wysoki brunet powiedział coś do Harry’ego - Louis niestety nie mógł nic usłyszeć - po czym nachylając się w jego stronę, złapał za jego dłoń. Styles skinął głową jednak po jego minie można było stwierdzić, że wcale nie lubi tego kolesia, co tylko utwierdziło Louisa w tym z jest to jeden z jego dilerów.

- Hej, Harry - powiedział głośno i z szerokim uśmiechem na twarzy pomachał do Harry’ego. Zaskoczony loczek obrócił się w jego stronę, szybko wyrywając dłoń - ze strachu nie zabierając woreczka z narkotykami - z uścisku drugiego chłopaka. Jak gdyby nigdy nic wsadził dłonie do kieszeni, myśląc że Louis nie zauważy nic podejrzanego w tym ruchu. Louis jednak nie zamierzał wyprowadzać go z błędu i nadal zachowywał się pusta blondynka. Nie zależało mu na opinii tego wyrostka, a Harryemu miał nadzieję to później wytłumaczyć. - i kolego Harry’ego - dodał, spoglądając na ‘kolegę’ Stylesa z taką samą podekscytowaną miną. Obaj chłopcy spojrzeli na niego jak na idiotę. Harry ze zmarszczonym czołem zastanawiał się o co mu chodzi, a jeszcze wyższy i bardziej napakowany niż zielonooki chłopak z wyraźną złością. Louis jednak na to nie reagował i dalej grał głupkowatego kolegę. - Pani z historii kazała ci przekazać, że tego referatu na musisz przynosić na następną lekcję. - ponownie się zwrócił w stronę loczka. Było to pierwsze co przyszło mu do głowy, by cała ta sytuacja wyglądała w miarę naturalnie. Mina szatyna wyrażała jeszcze większą konsternację niż wcześniej, bo o czym on do cholery mówił? - A tobie - spojrzał na drugiego chłopaka, z tą różnicą, że teraz wyraz jego twarzy był zacięty - że masz zabrać swój zawszony, ćpuński tyłek z pod szkoły i się tu więcej nie pokazywać. - powiedział odważnie, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że był on dwa razy większy od niego. - Kapiszi? - dodatkowo szturchnął go palcem w klatkę piersiową. Z boku mogło to wyglądać komicznie, mały Lou rzuca się do napakowanego kolesia. Jednak w rzeczywistości tak nie było i doszło to do Louisa, gdy chłopak z wściekłością wypisaną na twarzy, popchał go na siatkę. Może faktycznie tego nie przemyślał, bo zdecydowanie nie miał z nim szans. Miał jednak nadzieję, że Harry weźmie pod uwagę to, że to dla niego Louis to zrobił i mu pomoże. Harry jednak stał z boku i zaskoczony patrzył się na całą tę sytuację. Tomlinson dziękował w myślach Bogu za to, że wychodził ze szkoły nauczyciel wf, który skutecznie odgonił ‘koleżkę’ wyższego chłopaka. Gdy tylko napakowany brunet odszedł od nich, grożąc przy tym Louisowi - co chłopak puścił mimo uszu - uśmiechnął się szeroko do Harry’ego, dumny z tego, że przeszkodził mu w zakupie prochów. Jego entuzjazm jednak nie był do końca odwzajemniony przez drugiego chłopaka.

- Czy cię do końca porąbało?! - krzyknął, popychając Louisa. - Jesteś tak głupi sam z siebie czy ci ktoś za to płaci. - mówił, wyraźnie zdenerwowany tym co miało tu miejsce. - Nawet przedszkolak wie, że pewnych osób się nie obraża i on był jednym z nich. - ponownie go szturchnął, chcąc mu pokazać jak bardzo jest na niego zły. Harry nie wiedział co on takiego zrobił, że od kilkunastu dni przyczepił się do niego Louis i skutecznie komplikował mu życie. W szkole się nie wychylał, nie pyskował do nieodpowiednich osób i próbował prowadzić spokojne życie, które Louis od pewnego czasu uprzykrzał mu bardziej niż kiedyś. Sto razy bardziej wolał to gdy chłopcy ze szkoły z daleka go wyzywali lub szturchali, niż to co teraz wyczyniał Tomlinson. Mógł przeżyć to, że praktycznie zmusił go do gry w piłkę nożną. Przeżył nawet to, że przyczepił się do niego w klubie i przez to Eric był mniej delikatny gdy pieprzył do w samochodzie. Ale teraz? Za kogo on się do cholery uważał, żeby wtrącać się w nie swoje sprawy.

- Nie boję się. - powiedział hardo Tomlinson z uniesioną brodą.

- A powinieneś! - powiedział ostro Harry. Na tym się jednak skończyło i choć otworzył usta jakby coś jeszcze chciał powiedzieć to nic nie dodał i tylko machnął ręką, po czym obrócił się na pięcie i skierował się w stronę swojego mieszkania. Nie miał już cierpliwości do tego chłopaka. Na początku myślał, że po prostu coś sobie ubzdurał i Louis wcale za nim nie łazi, ale teraz był tego pewien.

- Trudno.- wzruszył ramionami, czego jednak loczek nie mógł już zobaczyć. - Ty i twoje mięśnie będziecie musieli mnie bronić. - powiedział głośno, podbiegując za chłopakiem i tymi jego wielkimi krokami. Harry gdy tylko to usłyszał zatrzymał się natychmiast, tak że Louis o mały włos w niego nie wpadł.

- Hahahahaha… - z jego ust wydobywał się głośny zachrypnięty śmiech. Chłopak nawet w pewnym momencie zgiął się w pół nie mogąc wytrzymać. - nie. - wyprostował się nagle i pokręcił głową z poważną miną. - Zapomnij. Nie ruszę nawet palcem. - powiedział i już miał kontynuować marsz, gdy do głowy wpadł mu inny pomysł. - Chociaż nie. - ponownie obrócił się w jego stronę. - Gdy przyjadą po twoje nazwisko to zupełnie przez przypadek dorzucę im twój adres. - powiedział swobodnie i po raz kolejny szturchnął go w ramię.

- Ale się z ciebie pyskacz zrobił. - mówił Louis cały czas, próbując iść za chłopakiem. - Wcześniej nie byłeś taki bezczelny. - skrzyżował ręce na piersi. Musiał przyznać, że o wiele bardziej podobała mu się ta wersja Harry’ego. Chociaż nieśmiały i bezbronny Styles też miał w sobie coś pociągającego.

- Wcześniej mnie tak nie denerwowałeś. - odpowiedział, nawet na niego nie zerkając. Mimo to w jego tonie nie było już tej złości, która była tam jeszcze kilka sekund temu. Teraz gościła tam obojętność i znudzenie.

- Nie? - zdziwił się Louis.

- Nie. Docinki Zayna i twój śmiech hieny są niczym w porównaniu z ciągłym łażeniem za mną. - na moment przekręcił głowę, by na niego zerknąć. - Serio nie masz ciekawszych spraw?

- Aktualnie nie, ale pracuję na tym. - na twarzy niższego chłopca pojawił się uśmiech od ucha do ucha, węsząc okazję. - To jak? Dasz się zaprosić na kawę, herbatę, ciastko, pizzę? - wymieniał po kolei. W końcu nie mógł mieć pewności na co będzie miał ochotę Harry. Miał jednak nadzieję, że chociaż w czymś trafił.

- Zdecydowanie nie.- odpowiedział Harry obojętnie.

***

Była godzina ósma wieczorem tego samego dnia. Niall siedział przy biurku i przygryzając końcówkę długopisu próbował rozwiązywać zadania z matematyki. Jednak nie bardzo mógł się na tym skupić, bo wszystko o czym myślał zupełnie odbiegało od tego przedmiotu. To podśpiewywał sobie piosenki, które słyszał z zza ściany od sąsiadów, to pustym wzrokiem wpatrywał się w ścianę. Wszystko byleby nie robić zadania. Dlatego gdy tylko jego brzuch wydał pierwszy odgłos, uznał to za znak. Nie zdążył jednak nawet dojść do kuchni, by przygotować jajecznicę o której myślał od rana, gdy wpadł na niego Harry, który jak huragan wtargnął do mieszkania.

- Halo! - zawołał, a w jego głośnie był cień rozbawienia. Zniknął on jednak, gdy usłyszał stłumione przez rękę którą trzymał przy nosie przeprosiny.

- Co jest? - zatrzymał się i spojrzał na przyjaciela. Harry jednak nie zwrócił uwagi na pytanie Horana i nawet nie ściągając kurtki ani butów poszedł do łazienki. Było to dla Niall dość czytelnym znakiem, że coś jest nie tak. - Hej, Hazz… Co jest? - zapytał jeszcze raz, wsadzając głowę do łazienki, na wszelki wypadek, gdyby Harryemu nic nie było i właśnie brał prysznic.

- Nic się nie stało. - powiedział, nachylając się nad umywalką, na której odznaczały się plamy z jego krwi.

- Przecież widzę, że jednak coś. - nie dawał się zbyć Niall, wchodząc głębiej do pomieszczenie. Może gdyby nie to, że widział z sekundy na sekundę coraz więcej kropli krwi na ceramice to dałby czas Harryemu na ogarnięcie się i dopiero wtedy rozpocząłby dochodzenie. To teraz, choć nie zamierzał odpuszczać, to martwił się o kumpla i jego priorytetem było doprowadzenie go do stanu używalności. - Ty krwawisz. - powiedział, jakby Harry nie był tego świadom. Loczek pomyślał dokładnie to samo i chciał obrócić się, by posłać mu no-co-ty spojrzenie. Jednak tak samo mocno nie chciał, by Niall widział go w tym stanie, więc nachylił się jeszcze bardziej nad zlewem, po omacku próbując znaleźć ręcznik.

- To nic. - mruknął.

- Umywalka pływa w twojej krwi - no dobra może trochę przesadził, ale był zdenerwowany i zmartwiony, więc każdy mu wybaczy. - Więc nie próbuj mi wmawiać, że to nic. - powiedział próbując zobaczyć resztę obrażeń chłopaka. Ten jednak wcale mu tego nie ułatwił co rusz obracając się coraz bardziej w drugą stronę. - Cholera Hazz! - krzyknął. Szatyn zachowywał się jak małe dziecko. - Daj mi się zobaczyć i pomóc opatrzyć! - mówił głośno, uderzając rękę o ścianę, co nie było takim dobrym pomysłem, bo miał wrażeniem ze stłukł sobie kostki. Harry z tym jego uporem i lekkomyślności, zaczynał go irytować. Przecież jego nos mógł być złamany.

- Dam sobie radę. - powiedział loczek, strzepując krople krwi z jego dłoni, co wcale nie uspokoiło blondyna.

- Nie, nie dasz sobie rady! - krzyknął i złapał go za ramię, by odwrócić go do siebie. Harry nie spodziewając się takiego ruchu ze strony przyjaciele, poddał się jego dotykowi i sekundę później z wielkimi z zaskoczenia oczami, stał przodem do Irlandczyka. Jednak Niall nie wyglądał o wiele lepiej. Jego oczy były wielkości piłeczek pingpongowych, a jego usta lekko się rozwarły, na widok twarzy Harry’ego. Dłoń którą przyciskał do posiniaczonego nosa, była cała w krwi. Jego prawe oko było całe opuchnięte, a łuk brwiowy i skóra na kości policzkowej rozcięte. Wyglądał okropnie, jakby ktoś zrobił sobie w niego worek treningowy.

- Cholera Hazz. - jęknął Niall, a cała złość na przyjaciele z niego wyparowała, a na jej miejsce wstąpiła troska. - Tylko spokojnie, tylko spokojnie. - powiedział do siebie, oddychając głęboko, jakby to miało mu pomóc z zachowaniu świeżego umysłu. - Musimy jechać do szpitala. - powiedział po chwili do Harry’ego.

- Nigdzie nie jadę. - pokręcił delikatnie głową loczek, ale nawet taki ruch sprawił mu ból.

- Zwariowałeś?! Możesz mieć złamany nos, wstrząśnienie mózgu. Nie mówiąc już o tym, że trzeba ci zszyć łuk brwiowy. - mówił głośno. Nie miał pojęcia kto zrobił coś takiego jego przyjacielowi, ale postanowił, że zabije tę osobę. Na to czas jednak było później, a teraz musiał zająć się Harrym. - Nie bądź uparty.

- Powiedziałem nigdzie nie jadę. Nic mi nie jest. - nie dawał za wygraną Harry. Nie mając już nic do ukrycia przed Niallem złapał za ręcznik i przyłożył go sobie do nosa. Harry nie był głupi i zdawał sobie sprawę za tego, że jeżeli pójdzie do szpitala za takimi obrażeniami to będzie musiał powiedzieć co się stało. A jak miał powiedzieć lekarzowi, że został pobity przez dilera? Przecież później skończyłby sto razy gorzej, gdyby do nich doszło, że Styles na nich doniósł. Niall spojrzał na przyjaciela i na jego zaciętą minę i już wiedział, że przegrał. Zielonooki był strasznie uparty i jeżeli sobie coś postanowił to nie było osoby, która namówiłaby go do zmienienia zdania. Blondyn westchnął i bez słowa wyszedł z łazienki. Harry i odetchnął z ulgą, że Niall go zostawił i nie ciągnął dalej tego tematu. Nie mógł patrzeć na te pełne troski oczy, które wciąż okłamywał. Jego wyrzuty już bez tego były kolosalne, a co dopiero teraz, gdy Niall nie mając pojęcia, że Harry sam się o to prosił, wyglądał na tak zdeterminowanego, by zabrać od niego ból, że Harry miał ochotę płakać. Nie nacieszył się jednak samotnością zbyt długi czas, po po chwili Irlandczyk wrócił, trzymając w ręce zamrożone filety z kurczaka, owinięte ścierką. Chociaż w taki sposób, mógł pomóc przyjacielowi.

- Usiądź. - wskazał na toaletę - i trzymaj. - wyciągnął w jego stronę rękę. - Przyłóż do oka. - wzruszył ramionami, wyglądając na trochę obrażonego. Harry otworzył usta, by znowu odepchnąć jego pomoc, tłumacząc się tym, że nic mu nie jest, ale Niall go uprzedził. - Siadaj i przyłóż. - rozkazał. Harry nie miał więc wyboru niż wykonać polecenie przyjaciela pod jego czujnym wzrokiem. - Kto ci to w ogóle zrobił, co? - zapytał, zabierając z jego dłonie zakrwawiony ręcznik i wrzucając go do zlewu, po czym wziął kolejny.

- Nikt. - powiedział spokojnie Harry. Nie mógł przecież powiedzieć mu prawdy. Niall by go znienawidził.

- Aha, - prychnął, delikatnie ocierając twarzy przyjaciela z krwi. - więc mówisz, że jesteś niezdarą i wszedłeś w ścianę, albo spadłeś ze schodów? - spojrzał na niego z pod uniesionych brwi. - Nie żartuj, przecież nie jestem głupi. - pokręcił głową. Na moment zaprzestał przecieranie jego twarzy - co Harry przyjął z ulga, bo to cholernie bolało - żeby wyciągnąć z szafki wodę utlenioną. - Będzie boleć jeszcze bardziej. - uprzedził. Blondyn wylał na materiał trochę specyfiku i przyłożył do zranionego policzka przyjaciela. - To Zayn? Albo Chris, co? - próbował zgadywać Niall. Co prawda chłopcy ze szkoły nigdy nie podnieśli na Harry’ego ręki, oprócz lekkich, ale pełnych nienawiści szturchnięć, ale kto wie co wpadło im teraz do głowy? - Ostatnio się z nim posprzeczałem, ale nie myślałem, że odegra się na tobie. - mówił, nie przestając dezynfekować ran przyjaciela. - Kretyn. - warknął i przycisnął nieco mocniej ręcznik do jego twarzy, co spotkało się z jękiem Harry’ego. - Przepraszam. - powiedział cicho. Jednak nie chodziło mu tylko o ból który swoim dotykiem mu sprawił. Myślał, że to przez niego oberwało się Harryemu. Co było niewyobrażalnym kłamstwem, ale Styles nie mógł mu tego powiedzieć. Mimo że pełne skruchy oczy przyjaciele sprawiały, że miał ochotę mu o wszystkich opowiedzieć i prosić o wybaczenie oraz pomoc, to nie potrafił. Bał się, że go straci, a wtedy spadnie już na samo dno. - Ale tak bardzo przepraszam Hazz, że musiałeś oberwać za mój nie wyparzony język. - spojrzał w poobijane oczy przyjaciela. - Normalnie zabiję, go gdy tylko go spotkam. - warknął Niall.

- To nie on. - powiedział cicho Harry.

- A kto? - mina Niall wyrażał autentyczne zdziwienie. - Jacyś inni pożal się Boże męscy chłopcy? - zapytał. - Albo to może jeden z… no wiesz. Hazz mówiłem ci, że nie podoba mi się twój gust.- mówił Niall. Jeżeli to nie był Chris, ani żadni inni chłopcy z szkoły to musiał być to któryś z Harry’ego facetów. Niall zawsze powtarzał Harryemu, że nie podobają mu się kolesie których Harry wybiera, jednak Harry zbywał to zawsze jakimś głupim komentarzem, że Niall przesadza. Przecież nie powie mu, że w większość przypadków wcale ich nie wybierał. Była to druga z dwóch tajemnic jaką Harry miał przed Niallem. Irlandczyk myślał, że Styles po prostu lubi się zabawić i tyle. Prawda była taka, że fakt Harry lubił się zabawić, kochał seks, ale również swoim ciałem nie rzadko płacił za dragi. Dwa w jednym, czemu nie? Harry chciał się zaśmiać na te słowa, bo oni w ogóle nie byli w jego guście. Wolał delikatnych i zadbanych chłopców, niż ohydnych i napakowanych gości, ale co mógł poradzić, że to właśnie ci drudzy zajmowali się rozprowadzaniem narkotyków. - Myślę, że powinieneś pójść z tym na policję. - powiedział po chwili Niall, a Harry spiął się na te słowa. Policja była ostatnią instytucją do jakiej zamierzał się zgłaszać. - Powinien dostać jakąś karę, Hazz. Nie można katować ludzi i wychodzić z tego bez karnie. - powiedział. - Co jeśli zrobi to jeszcze komuś? - zapytał. - Jakiemuś innemu niewinnego dzieciakowi? - na słowa Niall przed oczami Harry’ego od razu pojawiła się twarz Louisa. To wszystko było przez niego. Gdyby nie wtrącał się z jego życie i nie próbował zgrywać bohatera nic takiego nie miałoby miejsca. Nie musiałby odbywać tej rozmowy z Niallem i dalej brnąć w te kłamstwa. Cześć jego żałował, że podjął taką, a nie inną decyzję. Powinien grzecznie wyśpiewać jego imię i nazwisko, a resztą zajęli by się ludzi Wielkiego Eda. Ale nie… Harry oczywiście w przebłysku odwagi - albo raczej głupoty - musiał mu się postawić. Powinien pozwolić im znaleźć Louisa, żeby raz i wyraźnie wytłumaczyli mu, że nie zadziera się z nieodpowiednimi ludźmi. To był jednak Harry, który nawet w całej swojej złości nie mógł im wydawać tego głupiego i denerwującego chłopaka, który w rzeczywistości nie zrobił nic złego. Był tylko zbyt naiwny myśląc, że jest w stanie zakończyć rozprowadzanie narkotyków pod swoją szkołą. - Hazz dorośnij w końcu.

- Ty nawet nie wiesz o czym mówisz! - powiedział naglę wyrywając zaskoczonemu Niallowi ręcznik z rąk. Nie mógł dłużej słuchać i patrzeć na zmartwionego blondyna. Harry tkwił w kłamstwie i przez takie sytuację coraz bardziej go to męczyło, uświadamiając mu że tak naprawdę jest nikim. Bo jak można być kimś, gdy nawet nie potrafi się być dobrym przyjacielem? - Dlatego mnie zostaw. Poradzę sobie sam. - warknął, odpychając od siebie przyjaciela. Wolał, żeby skończyło się to na małej kłótni, którą jutro zrzuci na złe samopoczucie, niż gdyby miał stracić silną wolę i przyznać się Niallowi do tego, że dalej ćpa, co przechodziło mu kilka razy przez głowę. Niall był dla niego taki dobry i nie zasługiwał na kłamstwa. - Nie wiem? - spojrzał na niego. - A właśnie, że doskonale wiem! - podniósł głos, powoli wyprowadzany z równowagi. Jak Harry mógł mówić, że Niall nie ma o niczym pojęcia, gdy to właśnie Irlandczyk był przy nim w jego najgorszych chwilach. Można by więc rzec, że Niall był doskonale obeznany w takich sprawach.

- Może i nie mam na plecach karteczki “Przyciągam problemy” tak jak ty, ale ciągle jestem tu koło ciebie, więc śmiało mogę powiedzieć, że przechodzę to samo, albo i jeszcze więcej. Nie mów więc, że nie wiem o czym mówię. - nie spuszczał wzroku z Harry’ego. - Za każdym razem, gdy wychodzisz z klubu z jakimś dryblasem, o mało co nie schodzę na zawał zachodząc w głowę czy ci nic nie jest. Wiem, że lubisz… seks. Ale to nie jest zdrowe. To znaczy to jakich partnerów wybierasz. Stać cię na więcej. - powiedział, podchodząc na chłopaka kładąc mu rękę na ramieniu. Harry słuchając go czuł się jeszcze bardziej beznadziejnie.

- Niall ty naprawdę w to nie wierzysz. - pokręcił przecząco głową. Nie wierzył w to, że może się komuś spodobać, dlatego zawsze nigdy nie odmawiał komuś gdy go podrywał. Wolał wykorzystywać okazję, obojętnie jak bardzo osoba była ohydna.

- Wierzę. - uśmiechnął się delikatnie blondyn.

- Wierzę w to tak samo jak wierzyłem, w to, że wyjdziesz z dragów i co? Proszę. Jesteś czysty. - spojrzał na niego z dumą wymalowaną na twarzy, przez co Harry się spiął. Niall naprawdę bardzo w niego wierzył, a on to wszystko spieprzył. - Harry? - zapytał niepewnie Irlandczyk, wyczuwając napięcie się ciała Harry’ego. - Coś nie tak?

- Too .. Wielki Ed. - powiedział cicho, ze spuszczoną głową.

- Słucham? - dłoń Nialla natychmiast zniknęła z jego ramion. Blondyn doskonale słyszał, ale chciał się upewnić.

- Wielki Ed mnie pobił. - wyszeptał Harry, płonąc ze wstydu.

- Dlaczego miałby cię pobić właśnie teraz. Od pół roku nie masz z nim żadnego kontaktu. - powiedział Niall, chcąc przekonać się do tego, że ma rację, a Harry wcale nie zaczął znowu ćpać. - Prawda? - zapytał. Cisza. - Prawda?! - krzyknął, a Harry zrobił się jeszcze mniejszy. Niall przymknął oczy, łącząc ze sobą wszystkie fakty.

- Ty znowu ćpasz!? - kolejny krzyk wydobył się w ust blondyna. - A może nigdy nie przestałeś, co? - Harry po raz kolejny nie zaprzeczył. Nie miał jednak odwagi spojrzeć na przyjaciela. - Jesteś pieprzonym, zakłamanym ćpunem Harry! Nie wierzę jak mogłeś mi to zrobić! Jak mogłeś mnie tak okłamywać i to prosto w oczy! Przez cały czas, gdy ja byłem dumny z ciebie, ty pewnie pod nosem śmiałeś się ze mnie jaki to jestem głupi. - krzyczał, a w jego oczach zbierały się łzy. Nie chciał płakać, bo był mężczyzną, ale świadomość, że jednak z najważniejszych osób w twoim życiu, osoba, za którą oddałbyś życie i nie raz nadstawiałeś karku, ciągle cię okłamywała, sprawiała, że wymiękał.

- To nie tak.

- A jak? To właśnie tak. Ty nigdy pewnie nawet nie próbowałeś, woląc wykorzystywać mnie!

- Jaa… przepraszam. - wyjęczał Harry, który również powstrzymywał się od rozklejenia.

- Teraz to do cholery nic nie warte Harry! - krzyknął wychodząc z łazienki, a po kilku sekundach z domu.

***

Niall gniewnie wkroczył do klubu i zatrzymał się przy barze. Wziął kilka głębokich oddechów, ale czuł, że nadal jest wściekły na Harry’ego. Jak mógł go tak długo okłamywać?! I jak on mógł być tak ślepy, nie dostrzegając niczego?! A może był zły przyjacielem? Jasne, że był! Każdy byłby nie wystarczająco dobrym przyjacielem takiego zakłamanego ćpuna jakim jest Harry! Usiadł przy barze i zamówił piwo. Nie przejmował się tym, że jutro jest szkoła i nie powinien za dużo pić. Miał to serdecznie gdzieś i właśnie dlatego po wypiciu pierwszego piwa zamówił drugie, a później kolejne. Dopiero po wypiciu trzeciego piwa, poczuł jak jego ciało powoli się rozluźnia. Przyjemne uczucie nie trwało jednak długo, bo wystarczyło jedno spojrzenie w stronę drzwi, a jego ciało ponownie się spięło, a gniew sięgnął maksimum. Odłożył z hukiem pusty kufel, co spotkało się ze spojrzeniem dezaprobaty ze strony barmana, ale Niall się tym nie przejął tylko ruszył w stronę mężczyzny. Kiedy był już dosyć blisko, uderzył silnie otwartymi dłońmi w klatkę piersiową przeciwnika.

- Niall co ty do cholery wyprawiasz? - zaśmiał się Zayn, patrząc ze zdziwieniem w dół na blondyna.

- Myślisz, że to jest zabawne?! - krzyknął, skupiając na sobie wzrok innych gości klubu.

- O co ci chodzi? - zapytał wyraźnie zdziwiony Mulat. Jednak blondyn nie wydawał się chętny do spokojnej rozmowy, bo znowu popchał Zayn. Tego było już za dużo. - Niall uspokój się do cholery. - wyższy o kilka centymetrów chłopak złapał go za nadgarstki by uniemożliwić mu kolejny atak na jego osobę. - Jesteś wkurwiony na kogoś i…

- Jestem wkurwiony na ciebie Malik! - krzyczał. - Myślisz, że możesz sobie robić co chcesz? Że to co robisz nie wpływa na nikogo innego. Że to wszystko jest tylko zabawą? Ooo obrażę go, będzie zabawnie. - powiedział, próbując naśladować bruneta. - Hahaha. Boki zrywać! Co z tego, że wierzy w każde twoje słowo, myśląc, że jedyną rzeczą w jakiej jest dobry to ćpanie. - z jego ust wylatywały chaotyczne słowa, a Zayn nie miał pojęcia o czym on mówi. O całe uzależnienie Harry’ego blondyn obwiniał ludzi, który go prześladowali w szkole. To przez ciągle drwiny i poniżanie, Harry sięgnął po narkotyki, chcąc poczuć się dobrze. A później wszystko poszło z górki. A kto najbardziej upodobał sobie psychiczne maltretowanie Harry’ego? Zayn.

- O czym ty…

- Zamknij się! Nie powinno cię to obchodzić, nędzna podróbko człowieka!

- Niall ja. - Zayn był wyraźnie zmieszany zachowaniem chłopaka. I choć normalnie powiedział był jakiś wredny komentarz, teraz wiedział, że jest to nie na miejscu, bo Niall nie wygadał najlepiej. Właściwie po raz pierwszy widział go w takim stanie.

- Najpierw się zachowujesz jak skończony dupek, a potem jak gdyby nigdy nic stajesz w mojej obronie?! - dalej krzyczał, ale mogłoby się wydawać, że całkiem o czymś innym. - Co ci się upieprzyło w tej pustej głowie co?! Mam przez ciebie mętlik! To wszystko twoja wina i po tylu latach przyjaźni, Harry jak możesz? - krzyczał Horan, próbując wyrwać się z uścisku Zayna. Dopiero po chwili doszło do niego, że pomylił Zayna z Harrym.

- Jestem Zayn…- rzucił Malik z uniesionymi brwiami.

- Przecież mówię, że to wszystko twoja wina! - wrzasnął blondyn, będąc bliskim płaczu. To wszystko go przerastało. Ta cała sytuacja z Harrym i Zaynem. Był skołowany, zmęczony i czuł, że zbiera mu się na płacz. Nie myśląc wiele nagle oparł głowę o ramie Mulata i przytulił się do niego. Zayn podskoczył trzymając ręce jak najdalej od Irlandczyka.

- Horan! Co ty wyprawiasz! Odwal się! Ludzie się gapią - syknął Zayn, odsuwając powoli blondyna od siebie. Horan całkowicie zaskoczył go tym ruchem i czuł, że na jego policzki przez to wkraczając rumieńce, a serce bije szybciej niż powinno. Mulat spojrzał na niego uważnie, chcąc dostrzec to czego na pierwszy rzut oka dostrzec się nie dało. Cała twarz blondyna był czerwona od krzyku, a jego oczy zamglone. Był to zdecydowanie najbardziej żałosny widok jaki kiedykolwiek widział. Jakby za chwile miał się popłakać. Zayn staczając ze sobą wewnętrzną walkę, położył dłoń na jego ramieniu. Sam zastanawiał się dlaczego chce go pocieszyć.

- Lepiej już? - zapytał cicho, gdy blondyn patrzył na niego, oddychając głęboko, przez kilka sekund nic nie mówiąc. Niall przytaknął. - Pokłóciłeś się z Harrym?

- Tak, ale już nieważne…- szepnął Horan, spoglądając po ludziach w klubie. Czuł się głupio i było mu wstyd, że Zayn widział go w chwili załamania. Nie sądził, że może go spotkać go coś gorszego. Nie miał zamiaru się zwierzać. A może miał, ale na pewno nie Malikowi.

- Jak to nieważne przecież…

- Malik skończ, albo ja z tobą skończę. To była tylko chwila słabości - syknął w jego stronę. - I jeżeli chociaż raz o tym wspomnisz, a ja obije tą twoją piękną buźkę. - rzucił wściekle blondyn, na co Zayn jak zwykle przybrał ten irytujący uśmieszek.

- Czy ty właśnie znowu powiedziałeś, że mam piękną buźkę?

- Pierdol się Malik- wycedził Horan, patrząc na Mulata z obrzydzeniem, po czym wstał i bez namysłu zabrał drinka ze stołu obok którego stał i wylał na czystą koszulkę chłopaka.

- Horan! Co Ty wyprawiasz, to jest…- zaczął Malik, śmiejąc się sam nie wiedząc dlaczego, co jeszcze bardziej rozjuszyło Nialla.

- To za śniadanie!- ryknął Horan ignorują krzyki właściciela drinka i obrócił się na pięcie, zostawiając Malika samego. Zayn uśmiechnął się pod nosem, kręcą niedowierzająco głową. Niall zdecydowanie był niezrównoważony.

- Halo, mój drink. - powiedział jakiś mężczyzna, a Zayn nie mógł zrobić niczego innego jak odkupić mu jego napój.

***

Był poniedziałek, koniec lekcji. Każdy z uczniów powinien się z tego cieszyć, bo to znaczyło, że za cztery dni będzie weekend, ale nie Harry. Harry chciał umrzeć. Pokłócił się z Niallem i ten do teraz go unikał. Jego twarz nadal bolała i żeby było jeszcze lepiej, musiał chodzić w okularach, by ukryć opuchliznę, która wcale nie zmalała. Więc tak… miał dobre powody.

- Hej Hazz.- usłyszał za sobą ten denerwujący go głos i dopisał to do swojej listy. Louis.

- Odpieprz się. - powiedział, nawet się nie zatrzymując. Nie wierzył w to, że ten chłopak potrafił być taki głupi, uparty, żeby myśleć, że Harry po tym wszystkim będzie miał jeszcze ochotę z nim rozmawiać. Nawet nie chodziło o to, że przez niego dostał największy łomot jaki kiedykolwiek ktoś mu spuścił. Ale o to, że to był Louis Tomlinson. - Hej. - zawołał, niby to obrażony.

- Nie musisz być taki niegrzeczny agencie. - zaśmiał się nawiązując do okularów na nosie chłopaka.

- Nie rozumiesz po ludzku Tomlinson? - spojrzał na niego. - Odwal się ode mnie to to znaczy. - powiedział. Był już zmęczony tym ciągłym odpychaniem od siebie chłopaka.

- Och… rzuca nazwiskami jaki groźny. - Louisa nie opuszczał dobry humor. Był on niezłomny i postanowił sobie, że dzisiaj będzie szedł tak długo za Harrym póki ten nie zgodzi się z nim gdzieś wyjść. Już od kilku dni próbował się zbliżyć do chłopaka ten jednak mu to ciągle utrudniał, a to nie świadczyło dobrze o Louisie i jego umiejętności podrywania. Bo jak mógł nie potrafić poderwać geja? Po za tym chciał mieć już to wszystko za sobą. - Daj spokój. - szturchnął go przyjaźnie w ramię.

- Nie będę niczemu dawał spokoju, pieprzony chodzący problemie! - wydarł się na niego. Tomlinson się jednak nie zwrócił na to uwagi, za bardzo przejęty widokiem chłopaka. Z daleka w szkole lub idąc po jego lewej stronie nie dostrzegł dosyć pokaźnego strupka na jego policzku czy łuku brwiowym.

- Czekaj… Co ty… pobił cię ktoś? - zapytał głupio. - Matko. - zakrył usta dłonią.

- Spadaj.

- Pobił cię ktoś. - tym razem było to zdanie twierdzące. Szatyn szybko wyprzedził chłopaka i zatrzymał się przed nim, by przeszkodzić mu w dalszym marszu.

- No co ty nie powiesz. - sarknął Harry.

- Ale kto? Czy to któryś z chłopaków? Czy to Zayn? - szybko stawiał nowe pytania, nie mogąc uwierzyć, że jego przyjaciel mógł posunąć się do czegoś takiego, sememu będąc gejem.

- Czy naprawdę myślisz, że dałbym się pobić Malikowi? - zaśmiał się Harry. - Może sobie mnie obrażać, ale nic więcej.- powiedział pewnie. Harry może i nigdy nie stawiał się chłopakom w szkole, gdy ci go przezywali, bo nie widział w tym sensu. W całości się zgadzał z tym co oni mówili. Ale gdyby któryś z nich spróbował go skrzywdzić, nie był masochistą, by pozwolić im na to. Niestety z Wielkim Edem nie miał szans.

- Nie mów, że to… - jęknął łącząc ze sobą fakty. - Boże Harry nie wiedziałem. - nie miał pojęcie, że to co Harry mówił tamtego dnia, może być prawdą. Cholera nie sądził, że odegrają się na Stylesie. Chłopak nie powinien obrywać przez głupotę Louisa. - Przepraszam. - i wyciągnął rękę w stronę twarzy szatyna, chcąc przejechać po jego policzku. Harry zaskoczony tym gestem, nie odsunął się do tyłu i pozwolił, by delikatna dłoń Louisa przesunęła się po jego chropowatej skórze.

- Nie masz za co. - powiedział, odzyskując zdrowy rozsądek, odchylając się do tyłu. Cieszył się, że miał na sobie okulary, bo dzięki temu chłopak nie musiał wstydzić się za to, że dotyk niższego chłopaka, tak naprawdę był dla niego przyjemny. - To tylko i wyłącznie przez moją głupotę. - wyminął Louisa.- Powinienem im ciebie sprzedać. - syknął w jego stronę. Louis stał w miejscu, a słowa chłopaka powoli do niego dochodziły. Czy on naprawdę zrobił to dla mnie? Przecież on mnie nawet nie lubi. - pomyślał szatyn. Szybko jednak się otrząsnął i pobiegł za chłopakiem.

- Przepraszam i dziękuję. - powiedział cicho, nie sądząc, że jego dobry humor jest w tej sytuacji na miejscu.

- Gdybym mógł cofnąć czas, wydałbym cię. - powiedział ostro Harry. Jednak sam doskonale wiedział, że to nie była prawda. Gdyby drugi raz miał wybierać, czy dać się zlać, czy wydać Louisa, wybrałby łomot. Nie sądził, że Louis byłby w stanie to przetrwać. Poza tym w fioletowym było mu nie do twarzy.

- I tak dziękuję. - wzruszył ramionami. Szatynowi było głupio, że przez jego - mogłoby się wydawać - heroizm, Harry musi cierpieć. Zaimponował mu również swoją odwagą i tym, że jednak się za nim wstawił. Nie ważne było to, że Louis - jak sam Harry mu powiedział - myślał, że chłopak tego żałuje. Obronił go i był dla Louisa bohaterem.

- Dlatego może dasz się zaprosić na kawę? Tak w ramach przeprosin i podziękowania. - spojrzał na niego pełnymi nadziej oczami.

- Nie piję kawy.

- To na herbatę i ciastko. - szybko zaproponował coś innego.

- Jak na heteroseksualnego chłopaka, bardzo zależy ci na wspólnym wyjściu. - powiedział Harry, patrząc na niego podejrzliwie.

- Ymm.. To w ramach przeprosin tylko. - oburzył się Louis, a na jego policzki zaczynała się wkradać zdradliwa czerwień.

- Tssaa.. - prychnął Harry. - Ale obiecujesz, że po tym wyjściu odczepisz się ode mnie i od moich sprawa raz na zawsze? - zapytał, uważnie przyglądając się chłopakowi.

- Słowo harcerza. - skinął głową. Jedną rękę uniósł do góry, a drugą przyłożył do serca. Nigdy niestety nie był harcerzem.

- Niech stracę. - zgodził się, a na twarzy Louisa zagościł szczęśliwy uśmiech, czego nie można było powiedzieć o Harrym. Po kilku minutach, gdy ustalili miejsce spotkania i termin, Louis nadal podekscytowany tym, że w końcu zaczyna się coś dziać, z rozpędu uściskał zaskoczonego Harry’ego. Chłopak jednak nie odwzajemnił przytulasa, stojąc jak zamurowany. Tomlinson jednak się tym nie przejmował i machając mu odszedł w swoją stronę. Nie miał jednak pojęcia, że po drugiej stronie wracał ze sklepu Zayn, który obserwował całą tą sytuację.

czwartek, 27 lutego 2014

*9 Dzisiejszy dzień był słoneczny. Na niebie błąkało się tylko kilka pierzastych chmurek, które nie mogły przynieść nawet kropelki deszczu. Niebo było niezwykle błękitne i gdy Liam na nie spojrzał pomyślał, że jest trochę jak oczy Nialla. Gdy tylko zdał sobie stawę, ze swoich myśli, od razu wyrzucił je z głowy.


Wziął swój wiosenny, szary płaszcz i zarzucił na ramiona. Z szafki zgarną świstek papieru oraz granatową smycz. Jego pies od razu znalazł się przy drzwiach, skrobiąc po nich i skomląc. Dobrze wiedział, że smycz oznaczała długi spacer poza zamek. A Loki strasznie to uwielbiał.

Liam zaśmiał się przyjaźnie, a gdy napotkał niebieskie oczy swojego psa, pokręcił tylko głową i kucnął zapinając smycz na obroży.

- Później ci ją odepnę – zapewnił psa, drapiąc go za uchem. – Obiecuję.

Haskie zaszczekał, a on wyprostował się, nacisnął klamkę drzwi i wyszli na korytarz. Skierowali się do pokoju blondyna, a gdy zapukał odpowiedziała mu cisza. Zajrzał więc do środka, ale pomieszczenie okazało się puste. Zamrugał zaskoczony i spojrzał na swój zegarek, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie spieszy.

- No proszę. Dziś postanowił być punktualny – mruknął do siebie pod nosem i ruszył wraz z Lokim przy nodze do głównego hallu. Wyszli na dziedziniec i skierowali się na błonia, gdzie już zebrała się grupka związanych z naturą. Liam z oddali dostrzegł nauczyciela człapiącego między nimi. Rozpoznał też Nialla w swojej czarnej bluzie, przestępującego z nogi na nogę. Najwyraźniej denerwował się dzisiejszym treningiem. Nie dziwił mu się. Po tym co przeszedł tydzień temu.

- Ah. Jest i pan Payne – zawołał pan Reynolds, a wszystkiego głowy odwróciły się w jego stronę. – Wie pan, że nie wolno przyprowadzać zwierząt na trening? – zapytał mężczyzna i zlustrował go swoimi małymi oczkami. – I to chyba nie najodpowiedniejszy strój do ćwiczeń?

- Ale odpowiedni na wyprowadzenie psa na spacer – stwierdził Liam i podał mężczyźnie kartę, który wziął ją od niego. Sięgnął do kieszeni po okulary i zaczął studiować wiadomość. Gdy spostrzegł parafkę Simona na końcu, podniósł wzrok na szatyna, który wyszczerzył zęby w sztucznym uśmiechu.

- Panie Horan – zaczął nauczyciel, mu kartkę – jest pan zwolniony z dzisiejszych zajęć. Proszę iść z Panem Paynem.

Szatyn wziął kartkę od mężczyzny i odwrócił się na pięcie. Loki, który grzecznie siedział przy jego nodze, podniósł się i podreptał przy nodze swojego pana. Li puścił oczko do zaskoczonego blondyna i wyciągnął do niego dłoń, którą zacisnął lekko na jego ramieniu, by pociągnąć go ze sobą.

- Ale jak to zwolniony z zajęć? – zapytał, gdy znaleźli się na dziedzińcu i skierowali się do miasta.

- Myślałem, że się ucieszysz? – odpowiedział pytaniem na pytanie starszy mężczyzna. – Biorąc pod uwagę, to jak zdenerwowany byłeś, gdy tam szedłem.

- Nie no, cieszę się – przyznał blondyn. – Ale dlaczego zostałem zwolniony? I kto wydał na to zgodę?

- Simon oczywiście – oznajmił brązowooki, spoglądając na niego, gdy wyszli przez bramę miasta i ruszyli w las. – A zwolnił cię, bo… On widzi w tobie kogoś więcej niż zwykłego Pure-Blood. Powiedzmy… Przywódcę. Kogoś w rodzaju wybrańca.

- Ja, przywódcą? – zdziwił się Niall, gdy weszli na południową ścieżkę, a szatyn odpiął smycz swojemu psu. – Niby czego?

- Tego idziemy się dowiedzieć – oświadczył, prostując się i patrząc jak Loki biegnie przed siebie wyraźnie szczęśliwy, że w końcu może się wyszaleć. Payne przewiesił sobie smycz przez kark i powoli ruszył ścieżką. Zatrzymał się jednak po chwili i spojrzał na Irlandczyka wciąż stojącego w miejscu. Był wyraźnie przestraszony, że ma dowodzić czemuś o czym nawet on sam nie ma pojęcia. Wrócił więc do niego i przebiegł palcami przez jego złote kosmyki.

- Nie bój się. Cokolwiek się stanie będę przy tobie – zapewnił go i pogładził kciukiem po policzku.

- Obiecujesz? – zapytał niepewnie Horan, a on posłał mu ciepły uśmiech.

- Obiecuję – przytaknął i objął go ramieniem. – Nie ważne co będzie się działo, stanę za tobą murem.

Niall uśmiechnął się blado i zacisnął palce na jego płaszczu. Liam pogładził go po ramieniu i nie wypuszczając go powoli ruszyli ścieżką. Co jakiś czas dochodziło ich radosne szczekanie Lokiego. On natomiast pogrążył się w rozmyślaniach.

Nie dziwił się młodszemu. Był tu zaledwie dwa tygodnie, a nagle na jego głowę zwaliło się tak wiele rzeczy. Umiejętność władania jakąkolwiek magią, demony czyhające na jego życie, a teraz wiadomość, że ma stanąć na czele czegoś. Też by był przestraszony na jego miejscu. I nie dziwił mu się ani trochę. Dlatego postanowił go wspierać, a pierwszym krokiem będzie sprowadzenie tutaj tej dziewczyny ze zdjęcia. Demi. Już kilka razy rozmawiał z Simonem, ale na marne. Dziś zrobi kolejne podejście. Jak tylko dowie się co się dzieje w Świątyni.

- Gdzie my właściwie idziemy? – pytanie Nialla wyrwało go z rozmyślań, a gdy odwrócił głowę, napotkał duże niebieskie oczy wpatrzone prosto w niego z nieukrywaną ciekawością.

- Pamiętasz jak mówiłem ci o wyznacznikach granic Violet Hill? – odpowiedział pytaniem na pytanie, a Irlandczyk przytakną w odpowiedzi. – Idziemy w jedno z tych miejsc. Na granicę.

- Po co? – dopytywał się blondyn. Już chciał odpowiedzieć, kiedy dostrzegł Lokiego idącego w jego stronę z podkulonym ogonem i skomlącego cicho. Zdał sobie sprawę, że w Świątyni muszą się dziać naprawdę nieprzyjemne rzeczy, skoro jego pies je wyczuł już pół kilometra przed łukiem.

- No chodź tu do mnie – przykucną, a pies podszedł. Przytulił go do siebie i pogłaskał po głowie, spoglądając na łuk ozdobiony sznurkiem ze wstążkami. – Jest jeszcze gorzej niż myślałem.

- Co masz na myśli? – spytał Horan, spoglądając przed siebie. – I co to za miejsce?

- Biegałem tu w poniedziałek i postanowiłem zajrzeć do Świątyni – wyznał głaszcząc uspokajająco psa po grzbiecie. – Duchy były niespokojne, więc poinformowałem o tym Simona. Ale dziś są jeszcze bardziej zaniepokojone. Spójrz na Lokiego. Cały się trzęsie. A jesteśmy pół kilometra od Świątyni.

- Ale przecież mówiłeś, że nie wolno do niej wchodzić – zawołał oburzony mężczyzna.

- Tak, wiem co mówiłem. Ale to dotyczy uczniów, którzy zapuścili by się tutaj – odparł, podnosząc się na równe nogi, za którymi skrył się pies. – My czasami do niej wchodzimy by sprawdzić czy duchy czym się niepokoją. Na nas one nie zadziałają tak jak na was. Na ciebie.

- To Świątynia Druidów – oświeciło Nialla. – Ja jestem ich potomkiem, więc teoretycznie…

- …duchy w niej zaklęte mogą się z tobą skontaktować – dokończył za niego i położył mu dłonie na ramionach, nawiązując z nim kontakt wzrokowy. – Simon chcę byś tam wszedł i dowiedział się, czemu są tak bardzo niespokojne. Nie dotykaj niczego, gdy już do niej wejdziesz. Nawet wstążki, czy kamienia. Chyba, że one tego od ciebie zażądają. To bardzo stare duchy, więc wysłuchaj ich uważnie i zapamiętaj wszystko co ci przekażą. Będziesz to musiał powtórzyć Simonowi. Zrozumiałeś?

- Tak – szepnął wystraszony blondyn.

- Nie bój się – pocieszył go, znów gładząc po policzku. – Nie masz czego. Mogą cię wystraszyć, ale nie zrobią ci krzywdy. Zaczekam tu na ciebie. A teraz idź.

Potargał jego jasną grzywkę i pogładził go po plechach, kiedy niepewnie ruszył w stronę łuku, przyozdobionego sznurkiem z kolorowymi wstążkami. Chciał jeszcze za nim krzyknąć aby przypomnieć mu, by niczego nie dotykał. Uznał to jednak za zbędne i odprowadził go swoimi sarnimi oczyma.

2.

Irlandczyk zagryzł dolną wargę niemal do krwi i wsunął dłonie do kieszeni, tak na wszelki wypadek, gdyby korciło go dotknięcie czegokolwiek. Z jednej strony był tym wszystkim zaciekawiony i podekscytowany, ale z drugiej zwyczajnie się bał. Zaledwie dwa tygodnie po przyjeździe został rzucony na głęboką wodę, postawiony przed faktami, których nikt tak naprawdę nie był pewny.

Biorąc spokojne, głębokie oddechy, stanął przed łukiem i uniósł głowę, pospiesznie omiatając go niepewnym spojrzeniem. W myślach zaczynał malować najczarniejsze scenariusze, jednak szybko przywołał się do porządku. Liam zapewnił go, że nie stanie mu się krzywda, więc postanowił mu zaufać. I tak nie miał większego wyboru, skoro dał się przyprowadzić na samą granicę.

- Miejmy to za sobą – powiedział zduszonym głosem, zaciskając mocno dłonie i wbijając paznokcie w swoją jasną skórę. Tylko to broniło go przed utratą resztek opanowania. – No dalej, Niall… Dasz sobie radę – dodał cicho, próbując zmusić się do wykonania pierwszego kroku.

Zebrawszy w sobie całą odwagę, blondyn wysunął dłonie z kieszeni i opuścił je wzdłuż ciała, a potem przeszedł przez łuk. Gdy tylko znalazł się w świątyni, poczuł przenikliwe zimno oraz ruch powietrza wokół siebie, chociaż dzień był bezwietrzny. Wciąż wystraszony, zacisnął powieki z całej siły i wszedł dalej, nie wykonując gwałtownych ruchów. Na plecach czuł spojrzenie swojego opiekuna, ale szybko zepchnął to w głąb swojej świadomości.

- Dasz radę – głos blondyna uwiązł w jego gardle, kiedy powoli otworzył oczy, usiłując opanować drżenie swojego ciała.

Mężczyzna przesunął spojrzeniem po tym, co widział dookoła siebie i uspokoił się nieco, kiedy nie dostrzegł niczego niepokojącego. Jednakże czuł czyjąś obecność. I na pewno nie była to jedna istota. Było ich wiele, kłębiących się w granicach świątyni, niespokojnych, żądnych uwagi ze strony drobnego blondyna.

Uspokojony na tyle, by myśleć trzeźwo, niebieskooki rozluźnił spięte mięśnie i wyciszył rozkołatane myśli. Rytm jego serca przeszedł z niespokojnego łopotania w równomierne, powolne uderzenia. Wówczas, kiedy przestał słyszeć w uszach szum płynącej krwi, mógł wsłuchać się w nerwowe szepty. Duchy świątyni były wyraźnie poruszone jego obecnością, próbowały zwrócić na siebie uwagę.

- Niebezpieczeństwo… Strach… Zło… – kolejne słowa mieszały się ze sobą, wprawiając Horana w zdezorientowanie.

- Przestańcie! – pisnął blondyn, osuwając się na kolana z powodu zbyt wielu bodźców, docierających do jego zmysłów, wyczulonych bardziej niż zwykle. – Powoli, błagam, powoli – wydyszał, opierając dłonie na trawie o kolorze wyblakłej zieleni. – I p-po kolei – poprosił, próbując poskromić strach palący w piersi.

Dusze zaszemrały wzburzone, ale o dziwo umilkły, pozwalając mężczyźnie na przyzwyczajenie się. Dopiero po kilku minutach, ciągnących się w nieskończoność, rozpoczęły się wyjaśnienia, chaotyczne, ale dające się zrozumieć bez większego problemu.

- Granice… Niebezpieczeństwo – ponure szepty jednego z duchów dotarły do uszu blondyna, a pozostałe zaszumiały na potwierdzenie. – Zło… Mrok… Siła… – mruczenie zaczęło stopniowo cichnąć, a Horan podniósł się z trawy na drżące nogi, strzepując z dłoni grudki czarnej ziemi.

- Więc twierdzicie, że Mrok rośnie w siłę? – upewnił się, ściskając ciemne rękawy bluzy w swoich szczupłych palcach. – I my m-musimy coś z tym zrobić, tak? – zapytał, na powrót wsłuchując się w mamrotanie, które tylko potwierdziło jego obawy. – Ale ja nie… – zaczął cichym głosem, jednak natychmiast zaatakowały go zdenerwowane głosy, głośniejsze od poprzednich. – Przepraszam – jęknął i cofnął się o kilka kroków, przez co upadł boleśnie. – C-coś z tym zrobię. Obiecuję.

Zamieszanie uspokoiło się częściowo, a dusze ustąpiły, stopniowo tworząc więcej przestrzeni dookoła mężczyzny. Ten po raz drugi poniósł się z twardego podłoża i opuścił ramiona wzdłuż tłowia, usiłując się wyciszyć. Nie było to łatwe, zważywszy na krążące wokół niego duchy, które co kilka chwil zacieśniały krąg dookoła niego.

- Czy to wszystko? – odruchowo ściszył głos, rzucając spojrzenie za siebie, gdzie dostrzegł zaniepokojonego Liama. – Wrócę… sam – dodał, mając nadzieję, że opiekun nie jest w stanie go usłyszeć.

- Ponad charakter… Patrzeć ponad charakter – powiedziała wyraźnie i zrozumiale jedna z dusz, którą blondyn czuł dokładnie na przeciwko siebie. – Serce ważniejsze. Patrzeć ponad charakter – powtórzyła, zanim zanurzyła się z powrotem w nieprzeniknione zbiorowisko, bezustannie mieszające się i kłębiące.

Niebieskooki otworzył usta z zaskoczenia i ponownie spojrzał za siebie, kiedy zrozumiał, że mowa była o Liamie. Skąd istoty mogły wiedzieć co kryje się w głębi starszego mężczyzny. Chciał o to zapytać, ale uznał, że one po prostu wiedzą, więc zostawił to bez komentarza. Wiedziony niejasnym przeczuciem, skłonił się i wycofał w kierunku łuku. Na szczęście udało mu się opuścić świątynię bez wzbudzania niezadowolenia.

Dziwnie spokojny, Irlandczyk stanął przed brązowookim i posłał mu słaby uśmiech, po czym pokręcił głową, kiedy tamten otworzył usta, żeby zapytać co się wydarzyło. Niall nie był gotowy, żeby opowiedzieć o wszystkim, ponieważ musiał sobie wszystko poukładać. A czuł, że rozmowa z kimkolwiek mu tego nie ułatwi, bo będzie tylko czuł presję.

- Wracajmy – poprosił, wsuwając rozdygotane dłonie do kieszeni bluzy. – Sądzę, że wystarczy mi na dzisiaj wrażeń – stwierdził, usiłując się roześmiać, żeby rozładować napięcie, wiszące w powietrzu między nim a Paynem.

Szatyn zmarszczył brwi, ale pokiwał głową, zgadzając się na prośbę. Na jego twarzy malowała się troska o młodszego, którego objął opiekuńczo ramieniem i poprowadził ścieżką w stronę miasteczka. Najprawdopodobniej powinien zaprowadzić go prosto do Simona, lecz mimo wszystko postanowił tego nie robić.

Całą drogę do zamku, który wydawał się bardziej ponury niż zwykle, przebyli w milczeniu, rzucając sobie zaledwie kilka spojrzeń. Żaden z nich nie był w nastroju do rozmowy, a niepokój wiszący w powietrzu, nie ułatwiał nawet bezsensownej wymiany zdań na temat pogody.

- Chyba odpuszczę dzisiaj kolację – mruknął pod nosem blondyn, kiedy już znalazł się przy dębowych drzwiach, prowadzących do jego pokoju. – Potrzebuję być teraz sam – dodał z naciskiem, kiedy zauważył, że opiekun chce wejść do pomieszczenia razem z nim. – Do zobaczenia jutro rano – szepnął, zatrzasnął drzwi i drżącymi palcami przekręcił klucz w zamku, inicjując charakterystyczne kliknięcie.

Horan oparł czoło o zimne drzwi i zacisnął powieki, kiedy usłyszał smutne westchnięcie, wypływające z ust szatyna. W głębi duszy wiedział, że starszy nie jest zadowolony z zaistniałej sytuacji, ale nie będzie naciskał. I bardzo cieszył go taki stan rzeczy, ponieważ zyskał czas niezbędny do przetrawienia wszystkiego.

Zmęczony przeżyciami, Irlandczyk zsunął z ramion ciepłą bluzę i rzucił ją niedbale na krzesło, gdzie po chwili wylądowały kolejne części garderoby. Po zrzuceniu z nóg przemoczonych tenisówek, ruszył w kierunku łazienki, wziął szybki prysznic i nasunął czystą piżamę, a następnie położył się w łóżku. Zasnął zanim jego głowa zdążyła dotknąć miękkiej poduszki.

3.

Drzwi gabinetu Simona otworzyły się z hukiem, a do środka wszedł zły Liam. Nie. Zły to było niewłaściwe określenie. On był wściekły, a z jego sarnich tęczówek ciskały pioruny. Usta wyły zaciśnięte, a paznokcie wbiły się w dłonie tak mocno, że zostawiały na nich ślady.

Brunet podniósł wzrok wyraźnie zaskoczony tym harmidrem, a gdy spostrzegł szatyna westchnął ciężko. Młody mężczyzna podszedł do biurka i trzasnął dłońmi w blat. Oddychał ciężko i nierówno.

- Od początku wiedziałem, że to był zły pomysł! – krzyknął Payne. – Zabrałem go do tej pieprzonej Świątyni i co! Zamknął się w pokoju na klucz nie mówiąc nawet ani słowa o tym co się tam wydarzyło.

- To niedobrze. Potrzebne nam te informacje – stwierdził spokojnie Simon.

- No ja nie wytrzymam – westchnął Liam i odepchnął się. Przeszedł przez całą długość gabinetu, po czym wrócił do biurka znów opierając dłonie na blacie. – Czy ty nie rozumiesz, że jest przerażony tym wszystkim co się wokół niego dzieje? Jest tu zaledwie dwa tygodnie, a teraz jeszcze to.

- To go uspokój i dowiedz się co duchy mu powiedziały – odparł mężczyzna, a on nie wytrzymał i wymierzył mu siarczystego policzka. W pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana tylko nierówny oddechem szatyna, który wciąż był wyraźnie zdenerwowany. Simon w końcu podniósł dłoń do twarzy i przejechał opuszkami palców po zaczerwienionym miejscu. Dopiero po chwili spojrzał w stanowcze, sarnie oczy.

- Znów to zrobiłem, prawda? – zapytał cicho na co Liam przytaknął. – Przepraszam.

- Teraz porozmawiamy jak wuj z siostrzeńcem, a nie szef z podwładnym – oznajmił mu, a jego twarz zaczęła łagodnie. – Niall jest u od dwóch tygodni, a rzuciłeś go na głęboką wodę. Wyznaczyłeś mu zadanie, o którym powinien dowiedzieć dużo później. Potrzebuje kogoś komu może zaufać i się zwierzyć.

- Ty masz być tą osobą – przypomniał mu Cowell.

- Tak, wiem, ale nie stanę się nią w przeciągu dwóch tygodni – odparł Payne. – Nie po tym, jak wyrwałem go z jego świata.

- Wiem do czego zmierzasz, Liam i nie zgadzam się na to – pogroził siostrzeńcowi palcem, podnosząc się ze swojego miejsca i podchodząc do szafki, na której stała karafka z bursztynowym napojem.

- Ale to jedyny sposób, wuju – wyprostował szatyn, rozkładając ramiona. – Zna tę dziewczynę pięć lat. Ufa jej. Powie jej dosłownie wszystko. Pozwól mi ją tu przywieźć. Wtajemniczę ją we wszystko, powiem co wolno, a czego nie, dam odpowiednie papiery do podpisania, zamieszka w moim mieszkaniu w mieście. Tylko pozwól mi ją tu przywieźć.

Simon spojrzał na niego upijając łyk swojej whiskey i spojrzał na swojego siostrzeńca. Dopiero teraz dostrzegł jak bardzo wydoroślał oraz zmężniał. Stał przed nim młody mężczyzna, a nie przestraszony chłopiec, który przyjechał tu dziesięć lat temu. I ten mężczyzna najwyraźniej poczuł coś do jednego z przebywających tu Pure-Blood.

- Zależy ci na tym chłopaku – zauważył Simon znad szklanki, a Liam spuścił wzrok, co dało jednoznaczną odpowiedź. – Dobrze. Przywieź tu tę dziewczynę ze zdjęcia i przyjdź z nią do mnie, kiedy wrócicie. Znajdziemy jej jakieś zajęcie. I będzie musiała podpisać odpowiednie papiery. Weź ze sobą foldery dotyczące Pure-Blood i Violet Hill. Jak się ta dziewczyna nazywa.

- Demetria Devone Lovato. Mieszka przy 76 Old Oak Common Lane w Londynie – odpowiedział. – A foldery już dawno wziąłem od Perrie. Wyjadę w poniedziałek.

- Dobrze. A teraz zmykaj – rzucił Cowell, więc odwrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu. Za drzwiami odtańczył mały taniec szczęścia, po czym wrócił do zamku. Wspiął się po schodach, kierując do swojego pokoju. Nie było sensu zachodzenia do Nialla. Pewnie położył się spać albo zdecydował na długi prysznic.

- Liam? – usłyszał za sobą delikatny głos, więc przystaną i spojrzał przez ramię. Na końcu korytarza dostrzegł mężczyznę w czarno-czerwonym w jodełkę oraz ciemnych dżinsach. Kasztanowa grzywka opadała mu na czoło przysłaniając trochę oczy. Tańczyły w niej złote refleksy słońca padającego przez okna.

- Jesteś Liam, prawda? – zapytał ponownie, robiąc dwa kroki w jego stronę.

- Tak, to ja. A ty kim jesteś? – odparł, przyglądając się niższemu mężczyźnie, który podszedł do niego. Dopiero teraz mógł dostrzec stalowo-niebieskie tęczówki, które były dziwnie chłodne. Zaczął się domyślać, kim jest szatyn stojący przed nim.

- Jestem Louis Tomlinson – padło, a kącik ust Liama drgnął ku górze. – Moim opiekunem jest Zayn Malik. Przyjaźnicie się, prawda?

- Tak. Ale to chyba nie daje ci uprawnień do zaczepiania mnie na korytarzu – odparł lekko rozbawiony, po czym dodał. – Przepraszam. Więc, o co chodzi?

- Nie wiesz gdzie jest Zayn? – spytał niebieskooki. – Szukam go od kilku godzin, ale nie mogę znaleźć.

- Oh. To nie powiedział ci? – zdziwił się Li, a widząc zdziwione spojrzenie Tomlinsona, wznowił. – Zayn nie musi już chodzić za tobą jak cień. Twoje dwa tygodnie ochronne już się skończyły, a on jest szpiegiem ISMIO. Wyjechał na misję w te środę.

- Na misję – powtórzył wyraźnie zaskoczony szatyn. – I nie pożegnał się ze mną?

- Najwyraźniej nie chciał znów dostać szronem po oczach – stwierdził, wzruszając ramionami. Lou otworzył usta zszokowany, jednak po chwili je zamknął. Payne nachylił się, by spojrzeć prosto w jego oczy i powiedział:

- Poza tym, on nie jest zimny jak lód, który najwyraźniej zmroził ci serce. Zayn bardzo cię lubi. Nawet więcej niż bardzo.

Odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia, jednak zatrzymała go dłoń, zaciskając się na rękawie jego płaszcza. Przystanął więc i przekręcił głowę w lewo, dając mu tym samym znak, że słucha go.

- Też go lubię. Nawet więcej niż lubię. Ale nie potrafię inaczej.

- Czasem wystarczy zwykły uśmiech i buziak w policzek – odpowiedział mu i szatyn puścił jego rękaw. Na powrót więc ruszył do swojego pokoju myśląc o tym co powiedział Louisowi. Może on też powinien dać buziaka Niallowi?

środa, 26 lutego 2014

*Za szafą, za biurkiem, za stosem biurowych kartek – jest pistolet i fotel. W oknie tkwią dwie szklane tafle, czarne, lśniące od nocy. I jeszcze niebo, i ta szyba okryta opuchłymi chmurami, które wiatr spycha w dół, i w dół, ku północy, poza mury siedziby MI6. Jest cicho, dostatecznie cicho.

Czwartego dnia miesiąca, kiedy ludzie nastawieni są na nikłą dozę księżyca i atramentowe niebo, Liam podnosi wzrok znad polerowanego przez siebie Walthera P99; jego długie palce mechanicznie przebiegają po matowej barwie, wkładając magazynek i zabezpieczając spust. Smuga cienia leży na jego czole i oczach, i spływa wzdłuż policzka jak przejrzysty szal. Jego wargi są rozchylone. Między zębami drży leciutko ciemny koniuszek języka; i uśmiecha się. Kiedy mocniej zaciska palce wokół podstawy pistoletu, błysk leżący na dnie jego oczu matowieje i gaśnie. To tylko licencja, jego licencja na zabijanie.

Gabinet M nocą przypomina tonący statek. Pokój ciemnieje w lekkiej poświacie księżyca i mahoniowe drzwi, które subtelnie się uchylają, jedynie powiększają zasięg wpadającej do pomieszczenia wiązki światła. Gwiazdy bledną, niebo przybiera ciemniejszy kolor, a zarys cienia otula postać stojącą w progu drzwi. Cichy szelest drogiego materiału wystarcza Liamowi, by zauważyć, że osobą przybyłą musi być mężczyzna. Po latach pracy w MI6 jest w stanie rozpoznać sposób w jaki przemieszcza się jego szef, nawet bez potrzeby podnoszenia wzroku.

M stoi nieruchomo – jest wysoki, wysportowany, a jego twarz pociągła. Czarny garnitur szyty na miarę podkreśla jego sylwetkę, długie nogi i szczupłe ramiona – to zabawne w jaki sposób jego ciało sztywnieje, kiedy usta układają się w podkówkę, a iskierki tkwiące w niebieskich oczach tracą swój blask.

- 007, co ty tutaj jeszcze w ogóle robisz? – pyta. Słowa swobodnie opuszczają jego usta i zawisają w powietrzu; i nawet gwiazdy nie są w stanie usłyszeć sposobu, w jaki bije jego serce. – Czy ty w ogóle sypiasz?

- Nigdy na służbie. – Głos Liama jest zachrypnięty, miękki i przyjemnie szeleści, oświetlony wiązką światła, póki nie opada, a długie i zimne palce nie przestają zahaczać o lufę Walthera. – Naprawdę nie musisz się o mnie martwić, M. Nic się nie dzieje. To tylko bezsenność.

Bo zmarłych przecież nie obchodzi zemsta. Są jak pływające w oddali światła boje – dryfują samotnie wśród wzburzonych i ciemnych fal morza, nikomu niepotrzebne, przyciągane jedynie przez samotne nawoływanie latarni morskich. Tylko nieliczni są w stanie usłyszeć ich szept.

- 007… - mówi, a jego głos łaskocze ciszę. – Idź do domu.

- Do domu…

Dom wcale nie brzmi dla niego obco. Jest latarnią morską, które przypomina przystań – jego własną, znajomą, cichą; przynależy do niego, podobnie jak szary garnitur, biała koszula i cienki granatowy krawat, który ma na sobie. Dom brzmi dobrze, więc wstaje, zabezpiecza broń i podnosi wzrok, dopóki jego spojrzenie nie zatrzymuje się na M, teraz swobodnie opartym o framugę okna – beżowa firanka powiewa na wietrze, zahaczając o jego ciemne kosmyki włosów, które giną gdzieś pomiędzy lekkimi podmuchami rześkiego powietrza i Liam wychodzi.

- Dobranoc, M – rzuca jeszcze przez ramię, zanim nie znika i sen – sen jest dobry; sen jest tym, czego Liam w tej chwili potrzebuje.

- Liam… Uważaj na siebie – słyszy za sobą, ale nie odwraca się. Znika. To tylko poczucie winy, myśli.

Kiedy wraca do swojego mieszkania, mieszczącego się tuż na skraju Londynu, gwiazdy zaczynają blednąć, niebo staje się coraz bardziej przezroczyste i podnosi się nad nim, a on zastanawia się nad tym, ile tak właściwie waży księżyc.

Miasto jest puste; po krętych i wąskich ulicach, które przypominają zawijane wstążki przejeżdża jedynie kilka samochodów i kiedy dociera do swojego mieszkania, wita go różowe niebo i słońce lekko wyłaniające się zza nocnego nieba, zupełnie jak opadający wodospad i tylko szklanka wody jest tym, co staje między nim i wygodnym snem. Pamięta o tym, że jego łóżko jest duże, miękkie, zimne i tak strasznie puste, ale jest zbyt zmęczony, by myśleć, że zasługuje na więcej. Stojący na szafce nocnej zegar wskazuje czwartą piętnaście.

Tu w Anglii, gdzie wszyscy wiedzą o nim wszystko, czuje się jak Murzyn, któremu czarownik ukradł cień. Jest oziębły, brak mu współczucia, a miejsce, w którym niegdyś miał serce emanuje topniejącym śniegiem – zupełnie nie przypomina człowieka sprzed kilkunastu lat; jego troska zniknęła wraz z pojawieniem się pierwszej plamy krwi. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a on wychował się w przytułku i to naprawdę nie jest przypadek - M zawsze powtarza, że sieroty to odpowiedni materiał na agenta z licencją na zabijanie, bo w rzeczy samej Liam ma wszystko – jest cholernie inteligentny, błyskotliwy, wyrafinowany, trzy razy w tygodniu uczęszcza na strzelnicę, jego ciało jest wysportowane, nie brakuje mu niczego, a mimo to wciąż jest sam.

Kiedy był mały, przyjaciel jego ojca często zabierał go ze sobą na polowanie, powierzał w jego ręce strzelbę i tłumaczył, jak odpowiednio z niej korzystać - Liam zawsze pamiętał o tym, że lufa starej dubeltówki jego ojca znosi na lewo. Na środku polany, która była ich odwiecznym miejscem postoju stało pojedyncze drzewo – było ogromne i krzywe, ale Liam ukochał sobie jego wygląd i specyficzny zapach żywicy, do którego wracał z uśmiechem na ustach, puszczając kaczki z drobnych, podłużnych kamieni o zachodzie słońca na tafli pobliskiego jeziora. Często marzył o spokoju - o ucieczce, o beczce w samolocie, o dotarciu tam, gdzie rzeka kończy swój bieg. Nie rozumie jednak dlaczego po tylu latach jego łóżko wciąż jest tak straszliwie puste.

W jego życiu nie ma przecież spokoju – panuje w nim brak ładu i nieporządek, i to coś, co spędza mu sen z powiek. Na swojej drodze spotyka wielu ludzi – pięknych mężczyzn, niebanalne kobiety, szybkie auta i diamenty – ale każdy z nich jest epizodem; spotyka się z nimi raz, wykorzystuje i zapomina. Są i po chwili znikają, bo w życiu agenta z licencją na zabijanie nie ma przecież miejsca na słabość i nawet miłość nie jest w stanie go dogonić. To tylko bezduszny i bestialski świat – kolejne zlecenie, kolejny pocisk, ciało i dusza. Dryfująca boja.

Życie się nie zmienia – świat potrzebuje zwykłych obrońców i czasami nawet gwiazdy gasną na tle szafirowego nieba. Wszystko zniewala cisza, przerażająca, i nienawiść – odległa o sto galaktyk. Liam nie pamięta nawet tego, kiedy ostatnio miał czas na sen. Uporczywe tykanie zegara irytuje go jeszcze tylko przez chwilę, a potem wszystko ustaje – nawet szmer wiatru i w końcu zasypia.

{Lie Down}

Na końcu korytarza pojawia się światło; jest przyciemnione przez wewnętrznie otwarte drzwi i migocze – punktowe diody przerywają smog gęstego cienia nad jego głową i Liam w nikłym blasku widzi sylwetkę tak znajomą, że prawie się przewraca. Jego brązowe włosy wznoszą się nad uszami. Ma smukłe ciało i skórę pięknie zbrązowiałą od słońca – to pewnie efekt jego ostatniego pobytu w Istambule. Leży bezwiednie na fotelu, jest wyższy, bardziej dojrzały, nagi do pasa, a ciemne spodnie luźno zwisają na jego szczupłych biodrach i kończą się na bosych stopach. To z pewnością nie może być przypadek.

- Mamy martwego agenta – mówi i to wystarczy. Jest pewny, że M wie, co to oznacza.

003 pracuje z Liamem od przeszło pięciu lat – trzy z nich spędzili na wspólnym angażowaniu się w sprawy MI6; kolejne dwa na czynnej akcji w terenie i to naprawdę niemożliwe, by M pozwolił mu na samodzielną akcję. Liam myśli, że po ostatniej misji jest w stanie zliczyć wszystkie jego rany, ale to nieprawda – krew wypływająca z jego rannej klatki piersiowej to dla niego zbyt wiele. Prostuje przed sobą ręce, w których trzyma broń, a jego kroki stają się coraz mniejsze – w końcu wchodzi do pokoju i to wszystko; pomieszczenie jest czyste. Wszędzie walają się porozrzucane kartki, w rogu pokoju leży przewrócona komoda na książki, a przy wejściu do łazienki znajduje się kałuża krwi – kiedy Liam wchodzi do jej środka, znajduje martwe ciało w wannie i zakrwawiony kij; żrący zapach dociera do jego nosa i wykrzywia twarz. Nieporządek wywołuje u niego śmiech.

Omija powstały na podłodze bałagan i wraca do pokoju – wiatr nieporadnie targa długimi, śnieżnymi firankami, rozpylając po pomieszczeniu zapach rozkładającego się ciała i Liam wie, że jest za późno; spóźnił się. Stara, stylowa kanapa jest porysowana, a komputer niedbale rzucony o jej wezgłowie – już wie, czego w nim brakuje, ale zanim to robi, sprawdza jeszcze tętno agenta, choć wie, że to niepotrzebne – chce po prostu mieć czyste sumienie i kiedy nie wyczuwa pulsu, podnosi z kanapy laptopa. Nie ma w nim twardego dysku i Liam wie, że śmierć jego przyjaciela poniesiona została na marne.

- Zniknął twardy dysk – ogłasza spokojnym głosem i to nic nowego; stara się opanować emocje. Jest skruszony. Słuchawka w jego uchu drga lekko, powielając ciszę i zanim M odpowiada, mija kilka sekund.

- Wiecie jaka jest stawka. Macie przechwycić listę.

- Tak jest.

I to wystarczy. Liam rzuca się w kierunku betonowych schodów, przeskakując po kilka na raz i wbiega na oblane południowym słońcem podwórko. Ulicę zdobi tabun ludzi i kolory mieszają się w jedną całość; wszyscy zajęci się swoimi codziennymi sprawami, wesołe nawoływanie sprzedawców podsyca gwar, a baldachimy ich stoisk lekko podrygują na przyjemnym wietrze. Liam stara się unormować oddech i to nie trwa długo; po chwili podjeżdża duży, terenowy samochód i Liam do niego wsiada – zostawia za sobą rozochocony tłum gapiów, biegające po podwórku białe kury i barwność owoców; kilka ulic dalej pozbywa się z nosa nawet uciążliwego zapachu przypraw. Wie, że mają przed sobą zadanie, które muszą wykonać.

Agentka Jones to wysoka kobieta o pięknej, czekoladowej skórze, kręconych czarnych włosach i szczupłej sylwetce. Jej zielone oczy przeczesują rozgrzany asfalt, ręce sprawnie manewrują pojazdem, kierownicą i skrzynią biegów, a ubrania subtelnie powiewają na wietrze, kiedy ścigają uciekającą przed nimi granatową Chrysler Crossfire. Liam jest w stanie wyczuć to wiszące między nimi napięcie.

- Spróbuj do nich podjechać – sugeruje, próbując przekrzyczeć silnik i to działa. Jego głos miesza się z powietrzem i to powinno być dziwne – uczucie ciepła, rozchodzące się po jego ciele, kiedy może wyciągnąć broń i bezkarnie mierzyć w ruchomy cel jest zupełnie niepodobne do zachowania, do którego przywykł. Eve wykonuje gwałtowny skręt i wjeżdżają w wąskie przejście. Znajduje się w nim pełno starych, różnej wielkości kartonów, na ziemi leżą wyrwane pojedyncze strony gazet, jest ślisko, a wokół unosi się odpychający smród rozgrzanego za dnia asfaltu i ciężkie opary spalin, i to nie pomaga przy zwężeniu z prawej strony nieotynkowanego muru; auto uderza o jego strukturę, tracąc prawe lusterko. - Masz rację, ono wcale nie było ci potrzebne. I tak z niego nie korzystałaś.

Nie potrzebują więcej słów, bowiem uśmiech na jej twarzy jest wystarczającą nagrodą. Uliczka się kończy, auto ciągle przed nimi przyśpiesza, a pociski nieregularnie przeciskają powietrze, kiedy Liam próbuje kilkoma strzałami przebić ich tylną oponę. Mija kilka sekund, nic się nie dzieje. Przejeżdżający obok nich samochód ciężarowy w końcu miażdży również i lewe lusterko.

- Z tego też nie – polemizuje i to brzmi dobrze. Jej głos jest przyjemny, pozwala oderwać się na chwilę od rzeczywistości i Liam powinien być jej za to wdzięczny. Ich wyrzuty sumienia znikają za zakrętem.

- Po prostu zajedź mu drogę – prosi i to się dzieje. Auto gwałtownie wpada w poślizg, przecinając jezdnię i zagradzając im drogę ucieczki; samochód obraca się kilka razy wokół własnej osi, zanim nie uderza w wielką górę świeżych papai, znajdującą się na jednym z podwyższeń najbliższego bazarku i Liam krzyczy:

- Schyl głowę.

Zaraz potem w przednią szybę zielonego Hummera H1uderza seria pocisków, a szkło roztrzaskuje się na miliony kawałków. Liam wyskakuje z pojazdu i biegiem rusza w pościg za uciekającym przed nim Mollako z listą przewieszoną przez jego szyję, swobodnie podrygującą na wietrze. Wiązka światła przyjemnie ogrzewa ich skórę i to prawdopodobnie złudzenie; fatamorgana spowodowana zbyt długim przebywaniem na słońcu, ale Liam chce się stąd wydostać. Chce być daleko, tak bar­dzo daleko - od czerwieni, dymu i słońca. Biegnie, choć nie może zapomnieć widoku martwego ciała swojego partnera, skąpanego we krwi i jego pustych oczu – martwych, bez widocznego blasku. To tylko sekunda, jeden moment, jeden strzał. W jego oczach spala się życie, a po czole skraplają się maleńkie kropelki potu; lśnią wesoło w mocnym słońcu.

Biegną po gruzie. Jego stopy przesuwające się po zniekształconej materii, potrze­bują powietrza i znajomej ulgi. Chce po prostu stanąć w miejscu i rozsypać się w proch, póki nienawiść goreje w jego żyłach i ma siłę przeciwstawić się samemu sobie, ale tego nie robi, bo w rzeczy samej Liam nigdy nie zawodzi.

- Gdzie teraz są? – słyszy głos M i to daje mu nadzieję. Mollako jest tylko ruchomym celem, pełnym sprzeczności i chęci na zdobycie chwały. Chełpi się w swojej chwili tryumfu, póki biegnie tylko kilka kroków przed nim, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jeszcze chwila, już prawie go ma.

- Na dachu wielkiego bazaru.

Niski głos Billa Tannera dochodzący z oddali przypomina Liamowi, że 00, to człowiek, który uczucia potrafi wyłączyć, by zabijać z zimna krwią; wtedy jest maszyną do zabijania, nawet biega jak T-1000, ale też potrafi je uruchomić, by kochać diamenty. Każde jego poprzednie wcielenie polegało na tym samym: był z pozoru dżentelmenem, który z podobnym wdziękiem grał w karty, mordował ludzi, prowadził szybkie auta i uwodził. Zawsze ironiczny, szarmancki i niezawodny. 00 Liama krwawi, brudzi się, popełnia błędy i bywa zwyczajnie, zwierzęco brutalne. Liam to przecież typ człowieka, który swoje uczucia trzyma na wodzy, nigdy nie płacze i obejmuje swoje diamenty ramieniem, nie po to, żeby przykryć je kołdrą, zgasić światło i wyjść, ale po to, by ściągnąć z nich ubranie. Liam Payne to człowiek z licencją na zabijanie.

- Co mam robić? – pyta, choć dobrze wie, jak powinna brzmieć odpowiedź. Potrzebuje po prostu przeczyścić gardło, usychające na gorącym słońcu. Jego głos jest pewny i stabilny, podobnie jak jego długie, sprawne nogi i zwinne palce, zahaczające o rąbek jasnej koszuli Mollako; chwyta za jej koniec i kiedy słyszy: - Jak to co? Biegnij za nim, złap go, wypytaj i spróbuj nie zabić – jest już za późno: ich ciała splatają się w szaleńczej walce, a kłęby kurzu unoszą się wokoło, drażniąc nozdrza i wywołując natarczywy kaszel; ostre kamienie, które wbijają się w ciało Mallako dogłębnie ranią jego plecy, krew powoli sączy się przez pokrywające jego nagą skórę zranienia i Liam dobrze wie, że to koniec – mężczyzna leżący pod nim nie ma najmniejszych szans.

W nędznym i duszącym powietrzu jego okrągłe oczy są całkiem czarne, a cera mlecznobiała, prawie przeźroczysta i raczej mało atrakcyjna, ale kiedy spogląda w górę spod wachlarza rzęs, Liam musi powstrzymać się przed tym, by bardziej nie sponiewierać jego kruchych kości i nie naznaczyć bladej skóry serią kolejnych, bolesnych ran – jedyne, co chce zrobić w tym momencie, to wyciągnąć pistolet z kabury i strzelić mu nim prosto w twarz, jednak nie robi tego.

- Dla kogo pracujesz? – pyta, kiedy jego dłonie zaciskają się na nadgarstkach mężczyzny, uniemożliwiając nawet najmniejszy ruch; mężczyzna wierzga się i szarpie, ale jest zbyt słaby, więc Liam bierze to za znak - jest pewien, że w każdym innym momencie spodobałaby mu się zaistniała między nimi sytuacja, ale nie jest głupi; potrafi odróżnić życie zawodowe od tego prywatnego i wie, gdzie kończy i rozpoczyna się granica. – Pytałem dla kogo pracujesz – powtarza, a jego dłoń przypadkowo mocniej zaciska się na nadgarstku napastnika, kciuki przyciskając do ich pulsujących na przegubach żył.

- Jeśli myślisz, że ci powiem, to jesteś w wielkim błędzie, kolego. Nigdy nie dowiecie się kto próbuje was wykiwać. Jesteście zbyt słabi. Żałosna agencja i jeszcze bardziej żałośni agenci. Widzicie jedynie czubek własnego nosa – prycha i Liam z trudem przyjmuje serię jego przepełnionych jadem słów. Słońce w południe niemiłosiernie parzy i topi ich skórę. Liam dostrzega w oddali tlącą się blachę – jest matowa, zakrzywiona i w słońcu przypomina plastelinę; stanowczym ruchem podnosi z ziemi wierzgające ciało i ze złością rzuca nim o błyszczącą się materię. Ciszę przerywa przerażający wrzask i na jego usta wkrada się zbłąkany uśmiech.

- Mówiłeś, że dla kogo pracujesz? – ponawia swoje pytanie i widzi, jak z pobliskiego dachu, spłoszone krzykiem, kluczem odlatują czarne ptaki. Jego noga lekko naciska na klatkę piersiową mężczyzny leżącego pod nim, zwijającego się z bólu i urywającego oddech, póki nie mówi: – Chyba nie dosłyszałem.

- Powiedziałem: pieprzcie się wszyscy, bez wyjątku. – W jego oczach widoczny jest ból i nitki pojedynczego cierpienia; z trudem łapie kolejny płytki oddech. Jest spokojny, tylko przez chwilę. Później wykrzywia twarz, by ponownie wysyczeć: - Zdechnijcie.

- A chciałem rozegrać to wszystko po dobroci. Widzisz, nie zostawiasz mi żadnego wyboru.

Liam nie jest impulsywny. Bardzo ciężko jest wytrącić go z równowagi, ale to nie znaczy, że po wyłączeniu uczuć przypomina człowieka – w czasie wykonywania zadania jest zwyczajną maszyną do zabijania. Nie zna litości.

- Ostatnie słowo? – pyta, sięgając dłonią po broń, idealnie umiejscowioną w kaburze pod jego pachą. Odbezpieczając spust, zachwyca się sposobem w jaki wpasowuje się w jego dłoń; jego własna broń, jego powołanie. - Jakiekolwiek? – Lekko przekrzywia głowę, nasłuchując, ale jego uszu nie dochodzi żaden, nawet najmniejszy dźwięk. - Cóż, myślę, że twój czas minął.

I długo się nie zastanawia. Strzela prosto w jego głowę – ciemna plama krwi rozpryskuje się na boki, brudząc jego buty i białą koszulę, a on zrywa z jego szyi kartę z listą i po prostu odchodzi.

- 007, w porządku? – słyszy głos M i chwilę zwleka z odpowiedzią. Jego ręce zdobi świeża plama krwi, więc wyciera ją w materiał czarnych spodni. Czasami wydaje mu się, że nienawidzi swojej pracy.

- Tak, tylko muszę zmienić garnitur. Ten odrobinę się… zbrudził. Czy Eve mnie odbierze? – pyta, choć zna odpowiedź. Zza zakrętu wyjeżdża srebrny Aston Martin DBS i Liam uśmiecha się do siebie, zanim nie wsiada do niego, a jego głowa swobodnie opiera się o wezgłowie czarnego fotela. – M, jeśli chcesz listę, to sam po nią przyjedź. Na dzisiaj skończyłem. – Z jego ust wyrywa się cichy chichot i M nie potrafi się na niego złościć. To tylko 007, jego najlepszy agent.

- Ty seksistowski, mizoginistyczny dinozaurze, relikcie epoki zimnej wojny, ta lista zawiera dane osobowe tajnych agentów umieszczonych w siatkach organizacji terrorystycznych na polecenie państw NATO. Czy według ciebie właśnie to nie jest mi w tej chwili potrzebne?

- Szczerze? Tak, właśnie tak uważam. Ale spokojnie, M, mamy czas. Mamy czas.

Liam nawet nie udaje, że to, co pojawia się na jego twarzy, nie jest uśmiechem. Jest tak szczęśliwy, że nie wie, co ze sobą zrobić, więc bardziej zatapia się w wygodnym fotelu, długo i mocno, dopóki nie dojeżdżają na lotnisko i nie musi wstać. Kiedy opuszcza samochód, robi to tylko na moment, aby powiedzieć:

- Przecież wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Bo przecież na wieczną zgryźliwość z M może się zgodzić.

{Of The Night}

Kiedy wchodzi swobodnym krokiem do swojego ulubionego klubu, „Tattoo”, uderza w niego fluorescencyjna wiązka światła i przyjemnie mruży oczy. Lubi tu przebywać – pozwala na to, by głośna muzyka zagłuszała i odcinała od umysłu wszystkie jego niechciane myśli. To tylko chwila – jedna, krótka chwila, zanim nie mija ocierających się o siebie nocnych gości klubu i nie kieruje się w stronę baru. Po prostu uśmiecha się z satysfakcją i zajmuje miejsce na wysokim barowym krześle, by wesprzeć łokcie na blacie.

- Wódka – martini. Wstrząśnięta, nie zmieszana – woła w kierunku barmana i to wystarczy; jego umysł przestaje walczyć.

Po chwili barman podaje mu niski kieliszek z subtelnie zabarwionym alkoholem o intensywnym zapachu i Liam sięga po niewielką oliwkę, wgryzając się w jej soczystą barwę - wlewa w gardło piekącą ciecz i zamiast odruchowo się skrzywić, śmieje się głośno i obraca wokół własnej osi, a teatralne klaśnięcie w dłonie przykuwa spojrzenie kilku osób siedzących obok. To dopiero życie.

Odstawiając puste szkło, rusza w stronę parkietu. Ludzie kołyszą się w rytm intensywnego dźwięku, alkohol zgarnia ich w swoje objęcia i Liam czuje się jakby był poza świadomością. Cudowny, interesujący, naprawdę godny polecenia stan, w którym wszystko na co ma ochotę, to lekkie kołysanie się na parkiecie i smak wolności. Powietrze jest tutaj ciężkie, duszne i powoduje palące uczucie w przełyku. W rozkoszy, wystarcza mu siły, by poluzować muszkę.

Kolorowe światła co kilka chwil otulają jego twarz jaskrawymi refleksami i Liam tęskniąc za smakiem wolności dostrzega w tłumie jego twarz. Jest lekko zgarbiony – ubrany w ściśle opinający jego szczupłe ciało i jeszcze szczuplejsze biodra czarny materiał i stylowy kapelusz tego samego koloru. Jego długie palce szaleńczo zaciskają się na brzegach ciemnych szelek, które ma na sobie, idealnie kontrastując z białą koszulą; i kiedy Liam wędruje po linii jego wzroku, topnieje. Mężczyzna w czerni wygląda jak anioł - posiada wydęte, pełne malinowe usta, mocną linię szczęki, udekorowaną subtelnym zarostem, lekko zadarty nos, piękne, brązowe oczy, które dostrzega mimo dzielącej ich odległości i perfekcyjnie zmierzwione czarne włosy, z grzywką starannie ułożoną w idealnego quiffa, nawet pod osłoną kapelusza, który uroczo zsuwa mu się z głowy.

Liam wstrzymuje oddech i stoi jak sparaliżowany, nie potrafiąc wykonać żadnego ruchu, bo naprawdę, nigdy wcześniej nie spotkał anioła. Rękę zatrzymuje w połowie drogi do ust i po prostu śledzi dokładnie każdy jego ruch, zachowując się jak psychopata, ale mało go to w tym momencie obchodzi. Rozsądek nie może go tu dogonić.

Z daleka, pragnie dotknąć jego przymkniętych powiek, okalanych wachlarzem długich, ciemnych rzęs; chce lizać zarysowaną szczękę i uwydatnione kości policzkowe, niezwykle przyjemne dla oka. Widzi wszystko wyraźnie: jego gładkie ręce, swobodne ruchy i panowanie nad oddechem. Liam zamiera, kiedy anioł zmierza w jego kierunku, rozluźniony, choć jego oczy zdradzają co innego. Płynie w nich pragnienie.

– Obserwujesz mnie? - pyta, jakby Liama w ogóle tam nie było, po czym przechyla głowę na bok jednym, gładkim ruchem. Liam nienawidzi tego i myśli, że chce to zrobić; chce pozostawić swoją żądzę gdziekolwiek da radę. Pod językiem czarnego anioła, na nachyleniu jego kręgosłupa i w przestrzeni pomiędzy jego perfekcyjnymi i cholernie długimi nogami. Chce to zrobić, chce, ale nie może. Kolorowe refleksy rozmywają mu się między oczami, a on nie trzeźwieje. Oszałamiająca bliskość chłopaka cholernie miesza mu w głowie. – Hmm, myślę, że nawet możesz postawić mi drinka.

- Skąd pewność, że mnie na niego stać?

- Garnitur dobrze na tobie leży.

- Żartujesz - mówi, widząc, jak jego czekoladowe oczy kontrastują tak mile z gęstymi, długimi rzęsami i gładkimi ciemnymi włosami, na które założył czarny kapelusz. Liam ma ochotę zrzucić mu go z głowy i przebiegać palcami po ciemnych włosach tak długo, dopóki sam nie poprosi go o to, by przestał.

- Nie, nie bardzo.

- W takim razie czego się napijesz? – Jego wzrok machinalnie zatrzymuje się na jego ustach i kiedy mówi, może poczuć jego słowa, które są ulotne jak liście puszczone na wietrze. Długo szumią mu w głowie.

- A co proponujesz?

- Martini, ale wstrząśnięte, nie zmieszane – odpiera, a jego własne tęczówki błyszczą, kiedy wygina usta w przyjaznym uśmiechu i chwyta go za rękę, ciągnąc w stronę baru, zdziwiony brakiem oporu z jego strony. Uśmiecha się do niego i woła do barmana, myśląc, że to właśnie ten czas – czas, w którym daje się porwać emocjom.

Czarny anioł kiwa głową, nieśmiało popijając drinka, zdziwiony, że podoba mu się chłodny, słodko-palący smak. Liam śmieje się z wyrazu jego twarzy, a ten dźwięk przebiega po jego kręgosłupie i sprawia, że na jego ramionach pojawia się gęsia skórka. To niski, zachrypnięty i statyczny śmiech. Liam czuje, że jego serce zaczyna szybciej bić.

- Okej, nie znam tu naprawdę nikogo, w przeciwieństwie do ciebie, ale mam wyjaśnienie, które się sprawdza.

- Naprawdę? - Liam kładzie wielki nacisk na to słowo.

- Naprawdę - przytakuje, wciąż się szeroko uśmiechając. Czarny kontur jego tatuażu błyska w miejscu, w którym rozpięty kołnierzyk koszuli ukazuje fragment jego obojczyka. - Więc, jak masz na imię?

Liam patrzy na niego wielkimi, szczerymi oczami, a jego głos jest głęboki, kiedy mówi: - Nie kryjesz zainteresowania.

- Jestem tylko człowiekiem i wszystko, co ludzkie jest mi znane. Lubię dostawać to, czego chcę. A w tym momencie pragnę poznać twoje imię.

- Nazywam się Liam. Liam Payne.

- Więc Liamie Paynie, skusisz się na jeden taniec z nowopoznanym nieznajomym?

Liam kocha swoją pracę, niezależność i diamenty, ale najbardziej oczarowany jest mężczyznami i ich temperamentem - w szczególności jednym, urodziwym Brytyjczykiem, którego brąz tęczówek i egzotyczna uroda rozmywa mu się przed oczami, a oddech topnieje w gardle.

- Czy jeśli ktoś nowopoznany poda ci swoje imię, to czy dalej będzie nieznajomym? – pyta, a w jego policzkach ukazują się dwa głębokie dołeczki, kiedy się uśmiecha, odwzajemniając jego spojrzenie i ujmując dłoń. - Z największą przyjemnością… eee.

- Zayn. Jestem Zayn – odpowiada.

Sobota wieczór to jego rutyna. Zazwyczaj wchodzi do klubu, jakiś frajer próbuje złapać go za tyłek, ale robi unik między dymem papierosowym a zapachem wódki i spermy, próbując dostać się do baru – wypija setkę lub dwie i szuka kogoś, kim mógłby się zainteresować, ale dzisiaj jest inaczej; dzisiaj wpada na Liama. Już z daleka widzi, jak bardzo cudowny jest, skąpany w blasku fluorescencyjnej wiązki światła i jaskrawych refleksów. Podoba mu się sposób w jaki porusza swoim ciałem, kołysząc się lekko w rytm sączącej się z głośników muzyki, całkowicie odseparowany od świata. To chodzący seks, myśli i niczego nie żałuje, bo kiedy do niego podchodzi, obezwładnia go jego mocny zapach perfum i idealna twarz. W końcu znajduje kogoś, kto wyróżnia się z tłumu.

Bo Zayn tak naprawdę jest skomplikowany. Ma dwadzieścia cztery lata, idealne życie i mnóstwo czasu, który trwoni na zabawę w klubach i jednonocne przygody. Świat, do którego należy różni się zupełnie od tego, w którym przyszło mu żyć. Jest bardziej skryty, a jego łóżko jest puste i zimne – potrzeba mu kogoś, kto mógłby to zmienić.

Kiedy opada na oparcie i wpatruje się w światła, myśli o tym, jaki fantastyczny jest Liam i to burzy jego mury, bo naprawdę bycie interesującym, bystrym i seksownym powinno być zabronione, prawda?

- Dokąd teraz? – pyta, dopijając swojego drinka, którego razem z Liamem zostawił na jednej ze srebrnych tac, zanim zgodził się na taniec, i które obija się o brzegi kieliszków jak morze o wapienne skały; jego kolor jest czysto intensywny. Liam patrzy na niego i wzrusza ramionami. Po takim tańcu może za nim pójść wszędzie.

- Musisz spędzać tu mnóstwo czasu, skoro do głowy przychodzą ci tak mądre myśli - zauważa.

- Przez ostatnie pół roku co miesiąc, tydzień albo dwa. - Wzrusza ramionami i zerka na niego, chcąc zdobyć jego uwagę. To zaskakująco proste.

- Och – szepcze Liam, nieco przytłoczony intensywnością spojrzenia Zayna i zapewnieniem w jego głosie. Nie potrafi zrozumieć, co takiego ten chłopak w sobie ma, by przewracać jego na pozór poukładany świat do góry nogami. – Dziękuję.

- Nie ma za co – mamrocze i puszcza jego łokieć, oferując mały uśmiech. Sięga i szturcha ramię Liama, a dziwne napięcie, które pomiędzy nimi zaległo, znika i Liam znów może oddychać.

Podnosi wzrok i widzi, że Zayn wpatruje się w niego swoimi wspaniałymi, seksownymi brązowymi oczami spod ciężkich powiek, i czuje, że ciągnie go do niego jakaś nieodparta, magnetyczna siła. A kiedy się pochyla i przyciska swoje usta do jego ust, Liam rozpływa się w nicość i myśli tylko o Trójkącie Bermudzkim.

Wplatając palce w jego włosy, Zayn tuli jego twarz i dalej go całuje tak namiętnie i tak bez reszty, i tak świetnie, że Liam całkiem się w nim zatraca. Pochyla głowę, zamyka oczy i rozkoszuje się dotykiem ust Zayna pieszczących płatek jego ucha, kiedy jego ręce zaczynają wędrować z jego ramion do klatki piersiowej; wówczas zatrzymuje się i odpycha go, ponieważ nie ma nic przeciwko miłemu drobnemu okazywaniu sobie afektacji w miejscu publicznym, na oczach innych ludzi, ale ręce sunące niebezpiecznie blisko jego męskości przyprawiają go o ból głowy. Nie, na to nie może się zgodzić. Nie w Wielkiej Brytanii.

- Nic ci nie jest? – pyta Zayn. Pochyla się w jego stronę i chwytając go za brodę, podnosi jego twarz, spoglądając mu w oczy. Brąz jego oczu iskrzy niewyobrażalnie w świetle kryształowego żyrandolu.

- Nic, ale muszę iść. Rano wybieram się do Szwajcarii.

- Ale już jest rano. – Zayn wskazuje na tarczę zegara wiszącego na jednej ze ścian. Jest pierwsza w nocy. Czasu brytyjskiego.

- W takim razie naprawdę muszę już iść. – Liam ostatni raz pochyla się tej nocy w jego stronę, żeby go znowu pocałować, a później ucieka, zupełnie jak Kopciuszek, gubiąc po drodze swój zdrowy rozsądek. To naprawdę nie wróży nic dobrego.

{Certain Things}

Liam od pewnego czasu jest inny, zimny, a niebo późnym popołudniem ma atramentowy, ciemny odcień i zdobi je kilka pojedynczych chmurek, wyglądających jak kremowe lody waniliowe. Jest popołudnie 20 grudnia 2013 roku i Liam liczy na jakiś pojedynczy, nawet najmniejszy cud. Grudniowe słońce powoli kryje się za chmurami i Liam stoi na balkonie siedziby MI6, wpatrując się zachłannie w panoramę Londynu. Na stoliku obok znajduje się kubek z zimną już herbatą, a jego ciało, okryte tylko cienkim kawałkiem swetra, drga lekko na mroźnym wietrze.

Martini… Dużo martini… To coś, czego potrzebuje do pobudzenia bardzo już wymęczonych szarych komórek. Ostatnie dwie godziny spędza na bezowocnym siedzeniu na fotelu przed gabinetem M i przez cały ten czas rozmyśla nad skonstruowaniem kilku spójnych zdań, skoncentrowanych na jednym konkretnym przesłaniu, tak na dobry początek, ale to nie jest takie proste, jak mu się wcześniej wydawało. Z zirytowaniem wstaje, przechadzając się w tę i z powrotem wzdłuż korytarza, miarowo łapiąc oddech; nawet nie zauważa tego, kiedy mahoniowe drzwi ukazują postać M, z zaciętym wyrazem twarzy i brwiami lekko uniesionymi do góry - gestem ręki zaprasza Liama do środka i Liam to robi.

M zamyka za sobą drzwi, po czym pewnym krokiem kieruje się w stronę swojego czarnego fotela, rozsiadając się w nim wygodnie. Zaplata swoje długie palce, po czym kładąc je na biurku, przenosi swoje spojrzenie na twarz Liama, która teraz nie wyraża żadnych emocji. Biorąc długi, nerwowy i przeciągły wdech, zaczyna swoją przemowę.

- Zaliczyłeś strzelnicę, wszystkie ćwiczenia bojowe i nawet psycholog dał ci zielone światło, ale…. Zdajesz sobie sprawę z tego, że nałóg, to poważne uzależnienie, które trzeba leczyć? – mówi i jego oczy ciemnieją jak ta łuszcząca się farba, którą Liam w ramach żartu pomalował gzyms wejścia do jego mieszkania rok temu. Tracą swój wewnętrzny blask.

- Jestem tego świadomy.

- Wiesz również, że wszelkie uzależnienia wyniszczają organizm? Takie osoby stają się bardziej nadpobudliwe, nie kontrolują swojego zachowania?

- Do czego zmierzasz? – pyta, pochylając się w stronę mężczyzny; ich twarze dzieli tylko kilka centymetrów, ale to nie ma w tym momencie żadnego znaczenia. Oczy Liama pałają gniewem.

- Obydwoje wiemy, że osoby mające tylko jedną nerkę muszą uważać. Dlatego wytłumacz mi, proszę, dlaczego nadużywasz składników odurzających? Nie chodzi mi tutaj tylko o kawę czy herbatę. Ty po prostu jesteś uzależniony od alkoholu – oznajmia, opierając się plecami o zagłówek fotela. Wskazówki wiszącego na ścianie zegara wystukują irytujący takt, a jego pół-uśmiech pogłębia ciszę.

- Od kiedy wypicie jednego albo dwóch martini podczas samotnego wieczora wpływa na człowieka niekorzystnie? – Liam nerwowo przeczesuje swoje włosy palcami. Jest zdziwiony, a maleńkie serduszka tkwiące w jego brązowych oczach iskrzą się w nikłym świetle biurowej lampy.

- Mój drogi, nie chodzi o to czy jest to korzystne, czy też nie. Po prostu doprowadź się do porządku. To, że jesteś zdrowy, nie oznacza, że nie masz na siebie uważać. Wystarczy, że ograniczysz… tylko niektóre ze swoich nawyków i wszystko wróci do normy – zapewnia, uśmiechając się i ukazuje przy tym rząd swoich jasnych zębów. Liam mocno zagryza swoją własną wargę, hamując wkradający się na jego twarz uśmiech.

- Spędziłem tutaj tyle godzin, tylko i wyłącznie po to, aby dowiedzieć się, że tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie w tym, bym dalej kontynuował tę niekończącą się farsę? – woła i M jest pewien, że przemawia przez niego irytacja. Lekko mruży oczy, kiedy dodaje: - Dlaczego ta lista jest dla niego taka ważna?

- 007, chciałem, żebyś wiedział, że musisz się na to przygotować. To nie jest zwykły przeciwnik. Różni się znacznie od twoich poprzednich zadań i z tego, co wiemy, gotowy jest na wszystko. Nie wie, czym jest granica – oznajmia spokojnym tonem głosu, jakby zawziętość sącząca się z oczu szatyna nie robiła na nim żadnego wrażenia.

- Dla niektórych ludzi jest tylko jedno zastosowanie - manekin na strzelnicy! Chciałem się tylko dowiedzieć, jaka jest twoja decyzja. Nie prosiłem o prawienie mi kazań. – Liam prycha i M myśli, że to koniec. Wdawanie się w kłótnię z 007 jeszcze nikomu nie wyszło na dobre.

- Chcesz wiedzieć, jaka jest moja decyzja? Proszę bardzo. Na początek zalecałbym ci wizytę u jakiegoś dobrego psychologa – takiego, który z czystym sumieniem nauczyłby cię korzystać z własnego mózgu, nie urażając przy tym twojego małego, zbyt wybujałego ego. – M uśmiecha się do siebie i w odpowiedzi potwierdzająco kiwa głową. – Do tego sugerowałbym ci porządny prysznic i zmianę ubrań, bo naprawdę Liam, cuchniesz na kilometr. To byłoby wszystko. Jak myślisz, odprowadzić cię czy dasz radę zrobić to sam?

- Poradzę sobie – syczy i wychodzi, i Liam czasami naprawdę czuje się tak, jakby był na strzelnicy – jest celem, a Bóg jest osobą trzymającą pistolet. Mimo tego, że mie­rzy w niego, to strzela w ludzi dookoła, a on zrozpaczony pyta się: czemu nie trafiłeś we mnie?

Kiedy opuszcza budynek, trzaska z całej siły drzwiami, mląc pod nosem kilka przekleństw. Jego kłykcie bieleją matowo jak jego twarz od mocnego zaciskania dłoni na parapecie. Oczy ma ciemne od niechęci, twarz w słońcu bladą, prawie niepozłoconą słonecznym blaskiem. Przez pięć minut stoi przed wejściem z wyciągniętymi rękami i czuje wiatr we włosach. Zapomina narzucić płaszcz, granatowy krawat kłębi się wokół niego i faluje. I naprawdę, Liam jest latawcem - leci z wiatrem ponad wieżę kościoła, ponad siebie samego. Na chwilę traci orientację. Widzi swoją szkarłatną figurkę daleko w dole i kiedy opada w siebie z powrotem, M spogląda na niego z wysokiego okna.

Wiatr uderza w tył jego głowy, zanim wchodzi z powrotem do siedziby MI6. Wie, że M uzna to za wyzwanie, wie, ale dziś, pod koniec długiego dnia stara się być beztroski. Wiatr rozwiał wszystkie jego obawy. Machaniem ręki ponownie wita Człowieka w Czerni w jego wieży, przy konturze, a drobinki wiatru tańczą z jego falującym krawatem. Jest tak, jakby czekał na miłe, miłe niespodzianki.

007, myśli, chyba będziesz musiał się na to naprawdę przygotować.

Uśmiecha się i lekko mruży oczy. Zimowe powietrze, które przebiega po korytarzu bawi się kosmykami jego ciemnych blond włosów i kiedy wsadza nos z powrotem do gabinetu M, krzywi się na widok papierosów w popielniczce.

- Przecież ty nie palisz – dziwi się, widząc jak M wyciąga pojedynczego papierosa z niepełnego już pudełka czerwonych Marlboro.

- Nie palę. Tylko…

- Coś się stało? Skoro palisz, coś musiało się stać.

M siedzi na krześle pod oknem, koło swojego biurka i nie wygląda dobrze. Jest blady, zimny i zmartwiony, a jego skostniałe palce mielą wrażliwą powłokę białej bibułki, którą dzierży w jednej z dłoni. Patrzy na Liama niepewnie i to koniec, potrzebuje napić się czegoś mocnego.

- M, nie widziałeś gdzieś moich papier… - Do jego gabinetu płynnym ruchem wpada nowa postać i urywa, widząc jak szatyn z przepraszającą miną ostawia je na bok. Pudełko nie jest w najlepszej kondycji – stłamszony i lekko oberwany papier nie przypomina nowej paczki, którą zakupił rankiem w kiosku, na rogu swojej ulicy i mężczyzna zastanawia się, czy powinien być na niego zły.

- No co?

- Nic, po prostu chciałbym odzyskać swoje papierosy. – Liam słyszy jego głos i moment, w którym wzdycha jest bardziej łamliwy, niż popiół ze skrzydeł feniksa. Wciąż stoi do niego odwrócony tyłem, ale to niemożliwe; to nie może być on, prawda?

- Trzymaj. Mnie i tak nie są już potrzebne. – Przypadki nie chodzą po ludziach i Liam dobrze o tym wie, bo przeznaczenie jest przecież przypadkiem, o który się potykasz. Spogląda na M i kiedy widzi na jego twarzy niknący uśmiech, zamiera, a jego oddech staje się bardziej płytki; dusi się i musi lekko poluzować swój granatowy krawat, by nie upaść. Przez chwilę zastanawia się, czy to zimne powietrze przypadkiem mu nie zaszkodziło, ale tak nie jest, bo kiedy się odwraca, jego czarny anioł wciąż tam stoi, a do jego uszu z trudem dociera cichnący głos M. – Nie denerwuj mnie, Malik.

- Chciałbym zauważyć, że te ząbki są jeszcze w bardzo dobrym stanie. Mam nadzieję, że jesteś szczepiony, bo jeśli nie, to czeka cię bolesna seria zastrzyków. – Zayn śmieje się i ukazuje przy tym rząd śnieżnobiałych zębów; uśmiech rozświetla jego przystojną twarz i Liam naprawdę ze wszystkich sił stara się nie jęknąć. Postawa Zayna jest swobodna: stoi lekko oparty o framugę drzwi, przebiegając długimi palcami przez gęste włosy i kiedy odwraca się w jego stronę, jego czekoladowe oczy błyszczą, a usta rozkładają się w uśmiechu i rozpraszają go; ciemny koniuszek języka nawilża ich strukturę i mówi: – Witaj, Liam – i Liam zamiera.

Jest duszno, powietrze powoduje palące uczucie w przełyku i Liam stara się nie upaść, kiedy ostatkiem sił podpiera się na jasnym biurku M, ręką zrzucając stosik starannie ułożonych dokumentów. Nogi uginają się pod nim, gdy słyszy ten głos i widzi te oczy, i te kości policzkowe i omal znów się nie przewraca. Jego skronie pulsują tępym bólem i to nie pomaga; przymyka oczy, a kiedy z powrotem je uchyla, słyszy:

- Liam, Zayn jest twoim nowym kwatermistrzem. Przyjechał ze Szwajcarii, ma dwadzieścia cztery lata i wydaną książkę na swoim koncie. Lepiej żebyście się ze sobą dogadywali, bo naprawdę Liam, potrzebujesz go.

- Dwadzieścia cztery? – Jego głos łamie się i czuje jak opada; opada w dół, w przestworza, ponad horyzont i kiedy wraca, światło razi jego oczy, a oddech usycha w gardle. - M, przecież to nadal dziecko. Czy kwatermistrzem MI6 nie powinien być ktoś z doświadczeniem i stażem w agencji?

- Zwykle nie przekazujemy sobie agentów podczas misji, ale to… to wyjątkowa sytuacja. Jestem pewien, że jakoś się dogadacie, prawda Zayn? – M posyła mu pokrzepiający uśmiech i to wydaje się być dobre.

Chmury przykrywają niebo szarością i z daleka wyglądają jak wielkie płaty nieskazitelnego materiału. Zayn marszczy czoło, zanim mówi: - Co powiesz na nowego, srebrnego Astona Martina DBS?

Jego głos przyjemnie przerywa ciszę i skapuje jak dojrzałe krople miodu, wzdłuż przełyku i Liam naprawdę chce do niego podbiec, wspiąć się na palce i wylizać każdą jego pozostałość, aż w ustach pozostanie mu sam słodki, lekko mdławy smak, ale tego nie robi, jest profesjonalistą.

- Chyba zaczynam cię lubić – wyznaje i to jest bezpieczne. Nikt nie może dojrzeć błysku szczęścia w jego oczach.

- Tego właśnie oczekiwałem – mówi, a potem się odwraca i gdyby Liam spojrzał w jego stronę, zobaczyłby rumieniec pokrywający jego twarz i nikły uśmiech rozświetlający pomieszczenie, i gdyby Zayn został, prawdopodobnie ujrzałby to samo, bo Liam płonie i zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek.

{Adore You}

Późnym popołudniem niebo jest kolorową mgłą. Kiedy Zayn wchodzi do mieszkania, już przy drzwiach odkrywa, że alarm jest wyłączony. Sięga po broń, którą trzyma w bocznej kieszeni torby od laptopa i czuje chłodny ciężar w swojej dłoni – od kiedy zaczął pracować w MI6, a Liam stał się jego partnerem, czuje się bezpieczniej, jednak to niewystarczające; jeszcze nie przywykł do własnego posiadania broni. Zatrzaskuje dni, a klucze z cichym brzdękiem lądują w koszyku na brązowej, niewysokiej komodzie, stojącej po prawej stronie korytarza, tuż przed wejściem do salonu i kiedy Zayn do niego wchodzi, cicho skradając się na palcach, z teczką w jednej dłoni, a bronią w drugiej, potrzebuje dwóch sekund, by poznać ciemną sylwetkę rozłożoną na jego kanapie. Wypuszcza z siebie wstrzymywany oddech i rzuca pistolet na blat stołu z obrzydzeniem.

- 007, do cholery, co ty tutaj robisz? – pyta, zapalając światło. Kiedy do oczu Liama dochodzi jasna poświata, mruga kilka razy, marszcząc oczy.

- Szukam towarzystwa – odpowiada, jak gdyby nigdy nic i podnosi szklankę z płynem zabarwionym na bursztynowy kolor w geście toastu.

Zayn wzdycha cicho i opada na miękki fotel obok, a mebel przyjemnie ugina się pod jego ciężarem. Butelka stojąca na stole kusi go swoim wyglądem i kiedy spogląda na nią ponownie, cicho warcząc, sięga po nią i bierze pierwszego łyka, a alkohol niemiłosiernie pali jego gardło. Pozwala swoim myślom przemyśleć zaistniałą sytuację i kiedy jest prawie pewny tego, że wizyta Liama nie jest przypadkiem, dobiega go jego zachrypnięty głos.

- Jesteś wystarczająco dorosły, żeby pić?

- Obawiam się, że nie nadaję się na twoje dzisiejsze towarzystwo, Payne, nawet jeśli bardzo bym chciał. Tym bardziej na twoje trochę bardzo irytujące mnie dzisiejszej nocy zaczepki – przyznaje ze zmęczeniem i jego powieki samoistnie opadają w dół. Mija dłuższa chwila, zanim z powrotem zmusza się do ich otwarcia, a wtedy dodaje: – Miałem ciężki dzień, więc jeśli pozwolisz, chciałbym się położyć.

Kiedy w końcu udaje mu się z powrotem spojrzeć na chłopaka, sen nie zostaje przegoniony i opada na jego długich rzęsach i jasnych powiekach. Liam posłusznie wstaje z jego kanapy i ciszę przerywa przyjemne łaskotanie wiatru, które Zayn czuje na swojej twarzy. Chwilę później silne i znajome ramiona unoszą jego drobną sylwetkę, a on bezwiednie obejmuje jego szyję rękoma, ciasno przylegając do jego ciepłego ciała.

Znajomy zapach perfum Liama unosi się w powietrzu, drażniąc go swoim smakiem i Zayn wzdycha, kiedy jego głowa kryje się w zagłębieniu jego szyi, a ciepły nos kreśli ścieżkę wzdłuż mięśni jego śniadej szyi. Brązowe tęczówki wpatrują się w niego z uwielbieniem, gdy chwilę później, minąwszy drewniany próg sypialni, opada bezwładnie na łóżko i zagłębiając swoje ciało w miękkim materacu, przytula się do znajomo pachnącej poduszki. Puszysty koc lubieżnie opatula jego nagie już nogi, a dotyk chłodnych palców pospiesznie przeczesuje misternie zmierzwione pukle ciemnych włosów.

Mrucząc, zamyka czekoladowe tęczówki, nieświadomie dryfując w krainę snu, a Liam, przysiadając na brzegu łóżka, muska ciepłymi wargami fragment jego zarumienionego policzka. Wstając cicho, pod osłoną nocy, przemierza kilka kroków jego pokoju, dzielących go do wyjścia, zamykając za sobą przesiąknięte wiekiem drzwi i to może być prawda, myśli Zayn - Liam smakuje jak whisky i cierpka kawa, a jego ręce pachną prochem. Tej nocy śni mu się trzydniowy zarost drapiący go w skroń i lekki pocałunek na jego czole, i to jest naprawdę coś, do czego może się przyzwyczaić.

Kilka dni później, za oknem panuje niespokojna harmonia wiatru i mrozu, i delikatny puch zdobi szklaną taflę okna, kreśląc nowe wzory na zarysie jego płótna. Odrobina nieba zawarta w jasnych płatkach tajemnicy, myśli Zayn, przegryzając delikatnie dolną wargę i wpatrując się z uwielbieniem w niebieskie nitki żył zdobiące jego ręce, które widzi, wchodzi do oświetlonego czerwonymi refleksami światła klubu.

Stoi przy barze, kiedy dochodzi go jego głos – cichy, zachrypnięty i nerwowy. Odwraca się w jego stronę i uspakajając szybko bijące serce, mruga.

- Wódka – martini – Liam woła i barman zaalarmowany tonem jego głosu, zerka w jego stronę.

- Wstrząśnięta czy zmieszana?

- Mam to w dupie – mówi i kiedy podnosi wzrok, obok siebie widzi cudownego faceta, który macha do niego pustą ręką, w której nie trzyma szklanki z kolorowym drinkiem. Spogląda na niego, a jego oczy wydają się ciemne w słabym oświetleniu pomieszczenia, choć naturalnie bardzo dobrze pamięta tę twarz – to twarz Zayna. ‪

- Co tutaj robisz? - pyta. Jego głos jest niski, przyjemny i ochrypły, a słowa kapią z jego ust wolno jak krople miodu, jednak wyraz jego twarzy nie jest obcy. Liamowi wydaje się, że zna go na pamięć. Podchodzi do niego i kiedy wspina się na palce, całując jego policzek, czuje, jak maleńki łokieć jego ręki wbija się lekko w jego brzuch. Liam śmieje się, nerwowo przygryzając swoją kuszącą, dolną wargę.

- Nie pozwalaj sobie – syczy Zayn, a jego drobne dłonie zaciskają się w pięści. Wzrok Zayna przypomina huragan i Liam tylko przez sekundę, dosłownie przez sekundę ma ochotę cofnąć się do tyłu i dać temu spokój, ale po chwili wszystko ustaje; Liam znów przybiera na twarz pewny uśmiech. – Co ty sobie wyobrażasz?

- Jak to co? Ocieplam nasze stosunki, nie widać? – pyta, a jego oczy mrużą się ze zdziwienia. Zachowanie jego czarnego anioła od samego początku jest dla niego zagadką.

- Chryste Panie, weź przestań. - I to tylko chwila, zanim Zayn wyciąga w kierunku Liama środkowy palec i mówi: - Wsadź go sobie w dupę, Payne!

- Z wielką chęcią, Malik. – Uśmiech na twarzy Liama powiększa się, a zmarszczki wokół jego oczu przyjemnie się zacieśniają. - Możesz skorzystać z okazji i zrobić to samodzielnie, jeśli tak bardzo nalegasz.

- Podziękuję. Po prostu mnie zostaw i przestań prowokować – prosi. Otwierając oczy, spogląda na jego smukłą twarz i jego ciało natychmiastowo kuli się w sobie. Gładzi swoje miękkie włosy, kiedy do jego nozdrzy dochodzi znajomy zapach, zdecydowanie zbyt blisko – wdycha go i kiedy spogląda w górę, wie, że to zapach mrozu ze skóry jego szyi.

- Powiedz jeszcze raz: „prowokować”. Prowokująco układasz przy tym usta. – Głos Liama załamuje się tuż przy jego uchu i to dla niego zbyt wiele.

- Wal się! Po prostu wal się, Payne - prosi szeptem, a jego białe dłonie samoistnie zaciskają się na miękkiej koszuli Liama. Przymykając powieki, zatraca się w intensywnej woni jego perfum. - Natychmiast.

- Zi, uspokój się. – Liam przytrzymuje jego ciało, chwytając go za rękę i to prawdopodobnie zbyt wiele; zaciśnięta pięść Zayna na koszuli Liama odrywa się i kilkakrotnie uderza w jego klatkę piersiową, wywołując jego śmiech. - Widzę, że nie możemy rozwiązać tego po dobroci – mruczy i to tylko jeden ruch; zwinnie pochyla się nad chłopakiem, podnosi go i przerzuca sobie przez ramię, a jego głowa zwisa w dół i Zayn czuje, że to koniec. Przestaje oddychać.

Wierzga się i próbuje wyrwać, a jego krzyk odbija się od ścian klubu, kiedy wychodzą: - Puść mnie, puść mnie, ty idioto!

- Idioto? – Liam śmieje się, kręcąc głową. – I po co ta cała niechęć? Ja naprawdę jestem miły. No dobrze, przeważnie. Okej, tylko wtedy, kiedy żaden sukinsyn nie próbuje mnie zabić.

- Nie wątpię. – Głos Zayna ocieka ironią, a jego ręka uderza z całej siły w plecy Liama i Zayn jest w stanie usłyszeć krótkie i cierpiętnicze „auu”, póki głos Liama nie przerywa tej czynności.

- Jeśli przestaniesz się wiercić, postawię cię z powrotem na ziemię, dobrze? – pyta i Zayn to wie. Ich związek jest skomplikowany. Na swój sposób pokręcony, wrzaskliwy i w każdym wypadku niebezpieczny, ale Zayn lubi to i od pewnego czasu czuje, że żyje. To nie może się zmienić, więc kiedy z nieba zaczyna spadać biały puch, pozwala temu zaistnieć.

Wargi Liama są ciepłe, miękkie i jest coś między szaleńczym proszę, proszę, proszę a cierpiętniczym błagam, daj mi więcej, które może poczuć i Zayn to wie. Pochłania go każdą swoją cząsteczką, jakby chciał mu przekazać: zaczynam coś do ciebie czuć i to wcale nie jest dla nas takie dobre. Nie mogę się zakochać. Nie mogę pozwolić byś ty kochał mnie, i to go obezwładnia. Stara się być bliżej niego, przyciąga go do siebie, szarpie za ubrania i liże, pragnąc więcej i potrzebując mieć go na własność. To nie jest dobre i Zayn o tym wie, ale oszałamiająca bliskość Liama i jego usta na jego własnych skutecznie odrywają go od przytłaczających myśli.

Kiedy wracają do domu Zayna, Liam jest w stanie wyszeptać: - Chodź do mnie - po czym odgarnia mu z twarzy przypadkowy kosmyk czarnych włosów, i właśnie wtedy, kiedy myśli, że nie wytrzyma już ani sekundy dłużej bez jego ust, on przyciąga go do siebie ponownie i całuje, pośpieszne i długo.

Całują się jak więźniowie na ucieczce. Jak upadłe anioły, które zgrzeszyły dla śmiertelnika, a Zayna to pochłania tak całkowicie, tak się w tym zatraca, że już nie dociera do niego nic prócz faktu, że nie chce, by się to kiedykolwiek skończyło. Potem Liam, przyciska go mocno do siebie, sięga do jego koszuli i ciasnych spodni, i ściąga je całkiem, aż Zayn leży pod nim tylko w swojej bieliźnie, która kosztuje go wiele bólu przez drzemiące w nim pragnienia.

- Rany – szepce Liam, opuszkami palców wiodąc po miękkim i ciemnym materiale jedwabnych majtek Zayna, zakończonych ciemną gumką. Potem podnosi go, przyciska swoje spierzchnięte usta do jego mlecznej szyi, zanosi do wielkiego łóżka i składa na samym jego środku. Zayn patrzy, jak sam zdejmuje swoją białą koszulę, a koralowe guziki rozsypują się po dębowej podłodze, przerywając ich przyspieszone oddechy, kiedy zrzuciwszy buty, klęka na skraju i ściąga mu bieliznę, i usadawia się tam, a on nie może dłużej się opanować.

- Liam – skomle, ciągnąc go za umięśnione ręce i ramiona, pokryte czarnymi malowidłami. Kolory rozmywają mu się pod powiekami, ale jest pewien. Pragnie tego. Pragnie Liama.

Liam, powoli wędrując w górę jego ciała, wtula twarz w jego szyję, zaś Zayn gorączkowo zaczyna rozpinać mu pasek i ściągać spodnie. Nie sposób mu się oprzeć. Jest największą pokusą, nie tylko dla Zayna – dla każdego, kto spojrzy w jego hipnotyzujące oczy, kto dostrzeże nonszalancki uśmiech, usłyszy szept tuż przy swoim uchu i oddech, owiewający kark; dla każdego, kto poczuje dotyk chłodnych dłoni na swojej cielesności.

- Och, Zayn – mówi, wciskając w jego szyję wilgotne czoło. – Jesteś taki piękny. – Oddycha jeszcze szybciej i ciężej, zatracając się w jego bliskości i blednącemu w oddali blasku księżyca. Nie może doczekać się, aż w końcu to poczuje, uciekając przed ostatkami dnia.

Gdy unosi wachlarze rzęs ku górze, widzi jego nagi tors - jego klatka piersiowa faluje niemiarowo pod wpływem przyśpieszonego oddechu, a nieobecne spojrzenie muska każdy cal jego odkrytego ciała. Oddycha spokojnie, gdy jego usta przywierają do jego szyi, bo w końcu może to poczuć. Jego dłonie wolno suną w dół, zatrzymując się na moment przy obojczykach i skóra zdaje się w tym miejscu płonąć, nakazując mu wić się w subtelnym rodzaju agonii. Satysfakcja wymalowana na jego twarzy jest bowiem wystarczająca nagrodą.

Gdy Liam dociera do jego brzucha i naznacza go kilkoma muśnięciami, Zayn wplata palce w jego lekko przystrzyżone, miękkie włosy. Stęka cicho, gdy zanurza się między jego udami, by bez ostrzeżenia dotknąć przyjemnością najbardziej wrażliwego miejsca. Jego plecy wyginają się w łuk, a uda zaczynają trząść nieludzko.

Zayn myśli o tym, wyczekując tego i kiedy w końcu to otrzymuje, każde pchnięcie, westchnienie i czucie w sobie Liama zmusza go do krzyku, który przyprawia o ból gardła, jednak nigdy nie zwraca na to uwagi, krzycząc głośniej, wymawiając jego imię i błagając o więcej. Ma rozpaloną twarz, wysmukłą, pokrytą kolorem szyję, mleczne, zroszone potem ciało, otarcia od zarostu i jest niewyobrażalnie szczęśliwy, osiągając spełnienie dzięki delikatnym dłoniom Liama i jego silnemu uściskowi, który na każdym kroku uwodzi go swoją subtelnością i nikłym uśmiechem.

Kiedy kończą, Zayn długo wpatruje się w twarz Liama, który spogląda na niego z uwielbieniem, obmyty blaskiem księżyca. Jego nogi znajdują się między nogami Zayna, zaplątane w mocnym uścisku i jeszcze przez długi czas nie może uwierzyć w szczęście jakie go spotkało, dotykając wrażliwych, otartych miejsc na ciele i uśmiechając się do swoich wspomnień.

- Jesteś wspaniały – słyszy jeszcze, przymykając powieki i mruczy, kiedy księżyc delikatnie kołysze ich ciała do snu. Jest szczęśliwy.

{What Now}

Czas, który nadchodzi jest chwiejny. Dręczą go koszmary, poczucie winy jest zbyt wielkie i kiedy dostaje pierwszy telefon, stara się opanować emocje, bo naprawdę, wbrew ostrzeżeniom M, nie jest przygotowany na coś takiego.

- 007, to pan? – słyszy i dreszcze przebiegają po jego ciele, a na odkrytych nadgarstkach pojawia się gęsia skórka.

- Dobrze się bawisz? – pyta i choć powinien być na to przygotowany, przy każdym słowie Le Chiffre’a jego żołądek opada w dół, coraz niżej, a gęsta gorzka żółć wypełnia jego usta i ma ochotę zwymiotować.

- Zadawanie bólu to moje prawdziwe powołanie – wyjawia i Liam musi wbić paznokcie w swoje dłonie, zostawiając ślady bladych półksiężyców, by nie krzyknąć.

- Masz chory umysł. Powinieneś się leczyć.

- Och, 007, bierzesz to zbyt do siebie. – W słuchawce rozbrzmiewa jego niski, basowy głos i Liam zastanawia się, gdzie podziało się jego całkowite wyzbycie emocji, kiedy najbardziej tego potrzebuje. - Przy okazji, ma pan naprawdę bardzo przystojnego chłopaka. Ośmielę się rzec, że, umm, dzisiejszego wieczora wygląda zabójczo.

Jeśli Liamowi wydawało się, że to nieprzyjemne drganie, powielające ciszę ustanie, kiedy usłyszy jego słowa, był w wielkim błędzie. Jego dłonie niekontrolowanie zaciskają się mocniej na aparacie telefonu, a w oczach błyska gniew. W porządku, jeśli poniesie śmierć, wiedząc, że życiu Zayna nie zagraża żadne niebezpieczeństwo, może się na to zgodzić. Teraz przynajmniej wie, co czuje każda z jego ofiar.

- Jeśli tylko go tkniesz… - syczy, a jego głos przepełniony jest jadem. To powinno być absurdalne: kłótnia z osobą, która planuje śmierć twojego bliskiego, ale Liama to nie obchodzi. Pragnie dorwać go w swoje ręce i własnoręcznie zabić, łamiąc kości i skręcając kark. Czas napawania się zwycięstwem bezpowrotnie minął i Liam za tym tęskni. Prostuje się w fotelu M, póki nie powtarza swoich słów, a każde z nich z trudem prześlizguje się przez jego zaciśnięte zęby. – Jeśli go tkniesz, własnoręcznie cię zabiję.

- Spokojnie, po co te nerwy? – Między nimi zapada cisza, ale nie jest to cisza zwiastująca coś dobrego. Liam ponownie czuje to straszne uczucie w żołądku i to boli. - Zabawmy się: ja daruję życie tobie i twojemu ślicznemu chłoptasiowi, a ty dostarczysz mi listę. Jak myślisz, umowa stoi? Zgadzasz się na takie warunki?

Wypowiedziane przez Le Chiffre’a słowa nieprzyjemnie ciążą mu w głowie, powodując huragan i Liam czuje się, jakby ktoś uderzył go mocno młotkiem w tył głowy. Ból kumuluje się w jego żyłach i Liam wkłada wiele wysiłku w to, by wypowiedziane przez niego słowa zabrzmiały ostro.

- Nie w tym życiu, Le Chiffre.

- W takim razie pożegnaj się z Zaynem – słyszy i to koniec, mężczyzna rozłącza się i Liam ma ochotę się rozpłakać. Wiatr nieprzyjemnie mrozi jego ciało i opada na podłogę. Firanka uderza lekko o framugę okna i to drażni, powoduje wstręt – Liam zaciska dłonie na swoich włosach, próbując unormować oddech i jeśli myśli, że to wystarczy, jest w błędzie po raz kolejny tego dnia. Poczucie winy pali jego ciało.

Mija kilka minut, jego głowa nieprzyjemnie ciąży i to wszystko doprowadza go do szału. Na chwiejnych nogach wstaje z ziemi i chce opuścić gabinet M; uciec z niego, jak najdalej się da, do Zayna i ich spokojnego życia, ale drzwi się uchylają i Liam słyszy znajomy głos i dwie osoby wchodzą do pomieszczenia.

- Wy nadal myślicie, że nie wiem, co się między wami dzieje. – M prycha, a potem zajmuje miejsce w swoim fotelu. Natarczywe stukanie firanki o framugę okna jedynie potwierdza jego słowa.

- M, chciałbym z tobą porozmawiać – Liam mówi i jego głos jest chłodny, podobnie, jak oczy, które zmatowiały i straciły swój blask. Stara się nie zdemolować pomieszczenia, kiedy odwraca się w stronę Zayna i z cierpieniem w oczach dodaje: - To nie jest miejsce dla ciebie, Z. Idź do domu. Proszę.

- Och, nie bądź idiotą, 007. Wiem dokładnie, co planujesz i zdecydowanie będziesz potrzebował mojej pomocy. Masz pieprzoną licencję na zabijanie, a nie na łamanie przepisów drogowych, Payne, więc pozwól, że chociaż raz nie wysłucham twojego rozkazu i pojadę z tobą. Dopadniemy Le Chiffre’a razem, słyszysz? Zrobimy to wspólnie.

Jego głos jest przyjemny, ciepły i pozwala oderwać się od rzeczywistości. Liamowi z trudem udaje się podnieść wzrok, a kiedy to robi, spogląda w jego oczy i choć wie, że nie powinien, musi to zrobić. Życie Zayna jest dla niego najważniejsze.

- Wybacz, Zayn, ale to jest coś, co muszę załatwić sam – mówi i wychodzi, a odgłos jego kroków jeszcze długo wisi w powietrzu, póki nie opada, a wtedy z drżącym głosem Zayn zwraca się w stronę M, który siedzi wygodnie w swoim czarnym fotelu i obserwuje go krytycznym wzrokiem, jakby zachowanie 007 nie robiło na nim wrażenia.

- Przecież oni go zabiją – wyjawia i nagle powietrze staje się bardziej suche i pali go w przełyku.

M kręci głową, zanim mówi:

- Pozwól, że ci coś powiem – zaczyna i jego palce samoistnie zaciskają się na oparciu drewnianego biurka, wzrok ciemnieje i Zayn zdaje sobie sprawę z tego, że może to przyjąć. - Anonimowość to podstawa w jego fachu. Każdy ślad jego prawdziwej tożsamości trafiający gdziekolwiek do akt zmniejsza jego użyteczność i w końcu zagraża życiu. 007 musi na siebie uważać i za wszelką cenę chronić swoją prywatność. Uważaj na niego, Liam – kiedy się angażuje, staje się bardzo zaborczy. Musisz dać mu chwilę na odsapnięcie. W gniewie jest w stanie powiedzieć wiele przykrych, czasami naprawdę przykrych rzeczy. – Głos M cichnie i kiedy ponownie patrzy na Zayna, wygląda bardziej dojrzale, jakby ciężar, który spoczywał na jego ramionach, przygniatał go coraz bardziej. – Idź do domu i daj mu czas. Jestem pewien, że wróci.

I to koniec. M wraca do swoich zajęć, udając, że zaistniała między nimi chwilę wcześniej sytuacja w ogóle nie miała miejsca. Zayn to rozumie – marszczy swoje brwi i wychodzi, zostawiając gabinet M w mroku i poczuciu bezpieczeństwa.

Jego droga do domu przedłuża się. Długimi godzinami włóczy się po ulicach Londynu, odwiedza każdy jego zakątek, nawet ten najbardziej obskurny i kiedy myśli, że nie wytrzyma więcej widoku umierającego miasta i stęchłego zapachu witającego go na każdym rogu, postanawia wrócić.

Ulice nocą przypominają srebrną wstążkę – księżyc ciepło oświetla mu drogę, a drobinki śniegu przyjemnie osiadają w kosmykach jego czarnych włosów. Kiedy Zayn wchodzi do swojego salonu, już znacznie spokojniejszy, z nikłym uśmiechem na ustach i rumieńcem zdobiącym jego śniade policzki, - niechybna pozostałość po mroźnym powietrzu - dostrzega zabarwione czerwienią dłonie i wykrzywioną w bólu twarz Liama, rozłożonego na jego jasnej kanapie.

- To twoja krew? – pyta i podchodzi bliżej. Jego kroki są ostrożne, a Liam w odpowiedzi zsuwa czarną marynarkę z ramion, odsłaniając plamę soczystej czerwieni na białej koszuli i dziurę w materiale, którą zdecydowanie wyszarpało ostrze noża, chociaż on nigdy się do tego nie przyzna.

Zayn przygryza ze złości wargę i kiedy ponownie zabiera głos, stara się nie złamać, chociaż wszystko w nim krzyczy, by mu pomóc, dotknąć go i najzwyczajniej w świecie przy nim być, kiedy najbardziej tego potrzebuje.

- Powinieneś iść z tym do skrzydła szpitalnego MI6, a nie odwiedzać mnie po nocach – prycha i odsuwa się. Ma nadzieję, że z daleka od problemu będzie mu łatwiej. Zawsze tak robi – ucieka, a poczucie winy zjada go po nocach, jednak tym razem jest inaczej. Tym razem chodzi o Liama.

- Mają mnie tam już serdecznie dosyć. – Liam mimo bólu uśmiecha się i to topi serce Zayna; nie może powstrzymać krótkiego parsknięcia śmiechem, więc robi to, robi i uśmiecha się, kiedy pyta:

- Skąd wiesz, że ja nie mam ciebie dosyć?

- Kochasz mnie. – Jego głos jest cichy, miękki i Zayn tak bardzo chce go w tym momencie pocałować, oddając mu się w całości, póki nie rejestruje znaczenia wypowiedzianych przez niego słów i zamiera. Na to nie jest przygotowany. - Albo mógłbyś pokochać. Dlaczego mnie nie kochasz? – Liam cierpi i jego głos jest tylko maleńką plamą na tle roziskrzonego nieba. Jego powieki podskakują do góry, odsłaniając błyszczące oczy, kiedy wstrzymuje oddech i kiwa głową. Czuje, że jego serce zaczyna zrywać się do sprintu, kiedy spogląda w stronę Liama, a wtedy stado małych potworków drażni wnętrze dna jego żołądka, ściskając go i dusząc każde ziarenko spokoju w zarodku; Zayn czuje się jak niedoszły morderca.

Zayn to wie, wie, że powinien wykopać 007 ze swojego mieszkania, zmusić go do pójścia do lekarza i przestać poddawać się sentymentom przez swoje absurdalne zauroczenie, ale wtedy spotyka wzrok ciemnych, zmęczonych oczu i ignorując jego słowa, choć wnętrze jego żołądka daje o sobie znać, idzie po apteczkę.

- Jesteś świadom tego, że przeszedłem jedynie przez podstawowe szkolenie medyczne? – pyta, kiedy wraca i Liam uśmiecha się, choć ból neutralizuje jego ciało.

- Wystarczające. Zrobiłbym to sam, ale nie dosięgnę.

Zayn wzdycha, a jego nozdrza wypełnia metaliczna woń krwi – jego spojrzenie przeskakuje z rany chłopaka na łopatce na resztę odsłoniętych pleców i naprawdę, Zayn nie może powstrzymać wzroku przed wodzeniem po zarysowanych mięśniach ciała Liama i liniach jego dawnych blizn. Bierze głęboki oddech, kiedy słyszy:

- Trzeba było powiedzieć, że słabo ci na widok krwi. – Zayn myśli, że słabo mu na widok czegoś zupełnie innego, ale w złości szturcha jego ramię i Liam wydaje z siebie krótkie „auu”. Taki z niego dzieciak.

- Nie myśl, że za to przeproszę. – Śmieje się i sięga po igłę, starając się powstrzymać drżenie rąk, kiedy czuje gorącą skórę Liama pod swoimi palcami. To całkiem naturalne. Jeszcze nie tak dawno zaistniała między nimi sytuacja nie wydawałaby się być tak bardzo niezręczna, ale wiele się między nimi zmieniło. Poznali się wzajemnie i Zayn zdążył się w nim zakochać, choć wiedział, że nie przyniesie mu to nic dobrego.

Jest cicho, przyjemnie cicho i Zayn może skupić się na kontrolowaniu drżenia swoich rąk i zręcznym operowaniu igłą z nićmi. Podejmując pracę w MI6 nie myślał, że pewnej nocy będzie mu dane zszywać leżącego na jego kanapie, w jego własnym domu agenta z licencją na zabijanie. Wtedy nie wiedział również tego, że ten sam agent zmieni jego życie i nie da mu tak po prostu odejść. Kiedy podnosi wzrok, przyłapuje się na tym, że Liam go obserwuje, a jego ciemne tęczówki wesoło błyszczą w leniwym świetle jarzeniówki.

- Gapisz się – upomina go, ale nie może nic poradzić na uśmiech wpełzający na jego usta. Obecność Liama upija go lepiej niż kilkuletnie wino.

- Nic nie mogę poradzić na to, że jesteś taki wspaniały. – Zayn rumieni się pod wpływem jego słów i jego dłonie zaciskają się lekko na bicepsie Liama, kiedy kończy zszywanie jego rany i igła wraz z niepotrzebną nicią wędruje z powrotem do apteczki, a ciepły dotyk powoduje uczucie pustki w sercu Liama. - Zawsze mogę na ciebie liczyć – szepce i przytula jego drobne ciało, obserwując jego zarumienioną twarz i zaglądając mu głęboko w oczy, bo w końcu Zayn jest wszystkim, czego potrzebuje. Potrzebuje jego miłości, smaku jego obecności i to wszystko ma na wyciągnięcie ręki i wtedy, kiedy prosi Boga, by mu uległ, słyszy:

- Zostań ze mną. – Zayn prosi i drga, swój wzrok przenosząc z jego klatki piersiowej na twarz, jakby chcąc upewnić się, że nie Liam żartuje. Głębokie, czekoladowe oczy, wpatrują się w niego z miłością, wymalowaną na pokrytej lekkim zarostem twarzy, z uśmiechem błąkającym się na miękkich ustach i to musi być to. - Ale tylko dlatego, że jesteś najlepszym agentem, jakiego znam – przyznaje i milknie, kiedy palec Liama znajduje się na jego ustach.

- I kochasz mnie.

- I kocham cię. – Zayn wzdycha ze zrezygnowania i Liam to czuje; miłość wypalającą piętno na jego nagiej skórze i pod palcami długich palców, kiedy przyciąga Zayna bliżej siebie, a ich usta zderzają się w niechlujnym pocałunku, pełnym uczucia i troski.

Całują się długo, leniwie i bez powietrza i Liam skłamałby, mówiąc, że mu to przeszkadza. Czasy, w których wyłączał uczucia zniknęły bezpowrotnie i to jest lepsze, bardziej prawdziwe i życiowe. To wszystko, czego Liam w tej chwili potrzebuje, więc bierze to, a gwiazdy mocno błyszczą na tle atramentowego nieba i to jest to – Liam już więcej nie zastanawia się, ile tak właściwie waży księżyc, bo tam, gdzie przebywa z nim Zayn nie istnieje grawitacja i nawet ziemia nie jest w stanie go dosięgnąć.

Tam wszystko przewrócone jest do góry nogami. Nawet miłość.