niedziela, 23 lutego 2014

*- Kocham cię.

To było tak ciche, ale Louis usłyszał to wyraźnie, że wkradło się do jego piersi jakby było odłamkiem szkła, który powoli posuwałby się w kierunku jego serca, wysyłając ból, którego Louis nie mógł ubrać w słowa.

Co on zrobił? Louis mrugając odgonił łzy. Nie był pewien, dlaczego płacze, ale wiedział, że to z powodu tych słów, które Zayn mu powiedział. Sprawiły, że uświadomił sobie wiele rzeczy. Rzecz, których nie chciał wcześniej przyznać, ale wszystkie wypełniały jego serce bólem.

Takim bólem, że ciało Louisa zwinęło się w kłębek. Obie jego ręce trzymały tkaninę na jego piersi, rozpaczliwe chcąc zatrzymać ból, przestać słyszeć głos Zayna, przestać myśleć o tym jaką okropną był osobą. O tym, jak nie zdawał sobie sprawy, że przez cały czas o tym, jako o grze, gdy Zayn czuł to w przeciwieństwie do niego.

I za każdym razem gdy Louis w nią grał, część serca Zayna łamało się.

Raz widział te oblicze Zayna i to było coś, czego żałował najbardziej. Widział, jak patrzyły na niego te oczy, jak Zayn błagał go, żeby cofnął te wszystkie rzeczy, które powiedział, aby powiedział, że to nie jest gra i to znaczy dla niego tyle co dla Zayna. Ale milczał, coś co Louis wiedział, że nie powinien robić, bo chwilę potem Zayn powiedział mu, że powinni przestać, to było gorsze niż uderzenie przez konia.

Jak to się stało, że zdał sobie z tego sprawę teraz, kiedy tak się miały sprawy?

Louis zawsze kochał uwagę Zayna, bardziej niż tą, którą dawali mu rodzice. Kochał jak chłopak poświęcał mu swój czas, nawet na te najgłupsze rzeczy, Zayn nigdy nie przekonywał go i zawsze był zgodny, wiedząc, że to go uszczęśliwi. Uwielbiał, gdy Zayn był pierwszą osobą, którą widział o poranku i ostatnią przed snem. Kochał jak Zayn nie pieprzył go po prostu – to zawsze było coś pomiędzy zderzeniami ich ciał, a przekleństwami, że Louis wiedział, że Zayn wciąż traktuje go delikatnie.

A teraz, czuł się tak głupio, że nie pomyślał o tych rzeczach wcześniej. O tym jak bardzo chciał grać z uczuciami ludzi, jak bardzo chciał przyciągnąć ich do swojego świata i rozpaczliwych wyrzucić z niego, że stał się tak ślepy, kiedy chodziło o sposób jak oni się czuli. O to co naprawdę Zayn czuł do niego.

Od kiedy Zayn czuł to do niego? Na ceremonii? Kiedy upadał na kolana i ssał go? Kiedy oboje się pocałowali? KIedy Zayn zaczął go pieprzyć? Która część byłą zbyt dużą? Której części tej całej gry Zayn nie był w stanie zobaczyć, że zaczął go kochać? I od której części został zraniony?

Nie. Wciąż mogę to zrobić. Wciąż mogę zrobić to dobrze. Zastanawiał się Louis, skacząc z łóżka, wycierając ślady łez na policzkach, owijając się szatą i wychodząc z pokoju. Wciąż nie był pewny co powiedzieć, kiedy zobaczy Zayna, ale Louis wiedział że musi coś zrobić albo będzie za późno dla ich obu. Wiedział że przeprosiny nie wystarczą, za to co zrobił, ale to początek. Zayn mógł zrozumieć. Wciąż będzie słuchał. Nie jest złym facetem, w przeciwieństwie do niego. Louis był w 100% pewny, dzisiaj nie będzie walenia do drzwi wieczorem.

W końcu wyszedł na korytarz dla służby. Przypomniało mu to o ostatnim razie gdy tu był – tym czasie, w którym Zayn spojrzał na niego, jakby chciał mu coś powiedzieć. Być może była to jeden z prób Zayna, by powiedzieć mu co do niego czuje. Jakoś Louis żałuje, że był przerażony i uciekł, gdyby nie to, pewne rzeczy by się nie wydarzyły.

Louis wyciszył się przed drzwiami, układając ręce na biodrach. Możesz to zrobić Louis. To nie ma znaczenia jeśli Zayn wciąż jest zły albo nie chce z nim rozmawiać, jeśli będzie musiał powiedzieć każde słowo przez drzwi albo wsunąć przez nie papier, niech tak będzie. Nie zaśnie, dopóki nie naprawi wszystkiego i nie powie tego, czego ma powiedzieć.

Podniósł rękę i chciał zapukać…

- W…Wasza Wysokość? – kobiecy, wysoki głos zatrzymał jego rękę w powietrzu. Louis cofnął się i odwrócił się, rozpoznając kobietę w piżamie i różowym czepcu na głowie jak Merinde, jedyną którą zarządza całym praniem w pałacu. Ich oczy się spotkały i Merinda, nawet z trudnością się kłaniając, zrobiła to szybko i wciąż z gracją.

Louis zakaszlał, potem lekko się uśmiechając, gdy ich oczy ponownie się spotkały. Merinda wyprostowała się z pewną trudnością, Louis zauważył, ale nie był w nastroju żeby jej pomóc, bo jego umysł nie wypełniało nic tylko ZaynZaynZayn. Musiał go szybko zobaczyć.

- Uhm, czy jest coś czego potrzebujesz? – zaczął Louis, widząc sposób w jaki oczy Merindy mówią mu, że nie ma mowy, żeby wyszła wkrótce.

- O nie, oczywiście. Zastanawiam się, co robisz tutaj w środku nocy, stojąc przed pokojem Zayna Wasza Wysokość. – dodała ‘Wasza Wysokość’ wysokim głosem, sprawiając, że Louisa zirytowało jej pytanie. Czy to nie oczywiste, że chciałem zobaczyć mojego lokaja?

- Uhm, musze porozmawiać o czymś z Zaynem – powiedział Louis, obracając głowę w kierunku drzwi, myśląc, czy to będzie wystarczający znak, że chce zostać sam.

- To musi być bardzo ważne, że przyszedłeś tutaj Wasza Wysokość. – Merinda zrobiła to ponownie i Louis bardzo chciał uderzyć ją łokciem, żeby się zamknęła. Oczywiście kurwa, że to ważne. Czy ona naprawdę musi pytać się o każdą oczywistą rzecz?

- Spójrz Merinda…

- Ale Zayn właśnie wyszedł – przerwała mu, prawie tracąc cały wdzięk, który miała wcześniej.

- Co… Co masz na myśli mówiąc, że właśnie wyszedł? Był ze mną godzine temu.

- I wyszedł godzinę temu Wasza Wysokość. Zapytałam go gdzie idzie i powiedział, że to pilne. Wspomniał, że Król i Królowa wiedzą o tym, więc mu pozwoliła. Wyglądał naprawdę… blado i na zmartwionego. Ten dzieciak musi być chory. – Jej słowa brzmiały jakby bardziej mówiła do siebie i Louis czuł jakby tonął.

Ze wszystkich rzeczy które musiał zrobić Zayn, dlaczego musiał teraz iść? Louis z powrotem spojrzał na drzwi, jego serce biło mocno w jego piersi. Miał złe przeczucia. Coś o Zaynie zostawiających go nagle bez powodu. Starał się nie myśleć o tym – Zayn nie zostawiłby go z tego powodu, że wcześniej się coś stało. Nie może. Nie pozwoli mu.

- Wasza Wysokość? Wszystko… Wszystko w porządku? – Merinda podniosła rękę i dotknęła ramie Louisa, z pogardą do Louisa, że wzdrygnął się i cofnął się kilka kroków. – Prz…Przepraszam.

- Nie… Jest… jest w porządku. Ja tylko… Mówił coś o tym kiedy wróci? – zapytał Louis, nie bardzo dbając o tym, że brzmi na zbyt zmartwionego o swojego lokaja.

Maridna skinęła i potrząsnęła głową w tym samym czasie. Louis zawsze myślał, że musi sprawdzić swój mózg, bo być może jest on wypełniony mydłem i detergentami, przez to co robiła. Kaszlnęła, okręcając wystające kosmyki i chowając pod czepcem, po czym spojrzała w górę. W końcu otworzyła usta.

- Byłem bardzo senna, gdy zobaczyłam go, więc zamieniłam z nim tylko kilka słów. Mówił coś o lokaju, trzech dniach i powrocie wkrótce. A potem pocałował mnie w czoło, słodki chłopak z niego, po czym odszedł.

- Trzy dni? Co on będzie robił w trzy dni? Powinien mi powiedzieć… - zatrzymał się, zdając sobie sprawę, że w ciągu ostatnich nie było dobrze między nimi i nie by sposobu, żeby Zayn o tym wspomniał. Jednak Louis czuje się nieco rozczarowany dystansem między nimi. Wciąż był jego lokajem i miał obowiązek mówić mu o pewnych rzeczach – nawet jeśli była możliwość, że Zayn go teraz nienawidził.

- Ach. Nie martw się Wasza Wysokość. Jestem pewien, że wróci tak szybko jak będzie mógł. W między czasie dlaczego nie przygotujesz…

- Nie. – powiedział Louis i Merinda niemal straciła równowagę, gdy Louis patrzył się na nią. – Wspomnij jeszcze raz o weselu i będziesz się pakować. – Louis ostrzegł ją, gdy przeszedł przez drzwi, jego ramiona opadły to co uwierzył, że Merinda uważała za drżenie ramion.

Louis wrócił z powrotem do swojego pokoju, czując ciężar i rozczarowanie. Nie mógł uwierzyć, że Zayn nie był w swoim pokoju i że wszystkie słowa, które planował powiedzieć, będą musiały poczekać trzy dni. Chwycił się poręczy schodów i zatrzymał się na jednym schodku. Wiedział, że wiele rzeczy może zdarzyć się przez trzy dni. Zayn mógł go już nienawidzić, a to sprawiało, że rzeczy były cięższe dla Louisa do konfrontacji. Co jeśli zrezygnował?

Nie. Louis natychmiast odrzucił tą myśl. Nie mógł tego zrobić. Zayn nigdy tego nie zrobi. Nigdy go nie opuści. Obiecał, że będzie z nim 24/7, a Zayn – Zayn nigdy nie łamał obietnic. Louis usiadł tam, gdzie stał. On po prostu musiał zaufać Zaynowi. Poczeka na niego i gdy ten wróci, nie ma mowy, żeby Louis ponownie pozwolił mu odejść.

XXX

Louis siedział na kanapie na środku biblioteki, przypadkowo czytając książkę, bez wciągania się w nią. Nie rozumiał tego na co patrzył albo co czytał – po prostu potrzebował zrobić coś, co sprawi, że czas zleci mu szybciej.

To drugi dzień i jest wciąż tak samo jak wczoraj. Wszystko wydaje się działać w zwolnionym tempie, wszystko się przeciąga, a słońce wydaje się cieszyć tym, że jest na niebie, tak długo, że Louis zdecydował położyć się wcześniej, żeby po prostu zakończyć swój dzień.

A teraz był tutaj, ukryty wśród stosów książek o jakiejkolwiek treści i po prostu przewracał strony, chcąc żeby jedna książka zajęła mu co najmniej trzy godziny, a kiedy opuści to miejsce, będzie kolejny dzień i zobaczy ponownie Zayna, Zerknął na zegarek, marszcząc brwi. Była 1645.

- Kurwa. – Louis przewrócił oczami, odsuwając od siebie wielką księgę i chowając głowę w dłoniach, warcząc i wydając nieludzkie dźwięki. – Kurwa. Kurwa. Kurwa.

- Wow. Proszę powiedz mi, że nie czytam. – Znajomy głos pojawił się znikąd, a Louis szybko wyprostował się, obracając się tyłem, spoglądając na Eleanor, stojącą przy jednej z pólek, jego włosy spięte były w kok, a ona miała na sobie kremową sukienkę w kwiaty, która sięgała jej do kolan. – Historia Wielkiej Brytanii? A co to jest? – Podniosła kolejną książkę. – Zbiór tragedii Szekspira, księga pierwsza. Jesteś chory?

- Zamknij się – jęknął Louis, unosząc głowę na dłoniach. Zapomniał o spotkaniu z El, mieli rozmawiać na temat motywu ich ślubu lub coś takiego. Szczerze, nie chciał jej widzieć, albo rozmawiać o tym wszystkich rzeczach odnośnie tego cholernego wesela, które przypominało mu, że wciąż nie mógł porozmawiać o tym z rodzicami.

Eleanor nie wydaje się przejmować jego zły nastrojem, więc odpycha stos książek i siada obok niego. Opiera brodę na dłoni, po prostu obserwując Louisa z uśmiechem (zbyt sensownym, żeby mógł być niewinny) na twarzy. – Gdzie jest Zayn?

To pytanie było zbyt wielką rzeczą dla Louisa, tak że uderzyła go jedna z tych dużych i grubych książek, która spadłą prosto na jego głowę. Westchnął. Chciał to wiedzieć. – Nie wiem.

- Och – powiedziała, brzmiąc na zaskoczoną. – Myślałam, że twój lokaj powinien być z tobą cały czas?

Serio? Czy Eleanor została wysłana tutaj, żeby sprawić, żeby poczuł się gorzej? Stwierdzając te oczywiste rzeczy jak to jak wczoraj Merinda sprawiła wczoraj, że chciał ją uderzyć.

Od czasu ostatniej nocy, Louis miał ochotę wyładowywać swoją frustrację na każdym, kto z nim rozmawia. Odmówił tacy oferowanej przez zastępczego lokaja, gdy wspomniał coś o ślubie, kopnął nowo ułożone kwiaty w jadalni, gdy usłyszał jak pokojówki mówiły o Zaynie i nie wstawił się na zajęciach z Nickiem – mógł mu coś zrobić, jeśli zobaczyłby by jego twarz, a Louis chciał tego uniknąć.

Louis słyszął jak Eleanor wzięła głęboki oddech. – Tęsknisz za nim, prawda?

- Co?! Nie. Nie., ja nie…

- Jak to? Och, daj spokój Lou. Znam cię. Mogę wyraźnie zobaczyć jak tęsknisz za swoim lokajem. – Dziewczyna kręci głową i spojrzała na niego w sposób, że Louis pomyślał ‘Yeah, może ona faktycznie to widzi.’ Starał się powiedzieć coś co zmieniłoby temat ich rozmowy albo znaleźć sposób, żeby temu zaprzeczyć, ale nie mógł więc po prostu lekko skinął głową.

- Naprawdę?

- Skinołem głową nie? Więc yeah… tak. Tęsknie za Zaynem. – Wyraźnie nie wiedział, dlaczego Eleanor wydawała się być tym zainteresowana. To nie jest normalne mówić jak bardzo się za kimś tęskni przed swoją narzeczoną i wciąż ona tam byłą uśmiechając się w ten sposób jakby usłyszała najlepsze wieści. – Co do cholery jest z tobą nie tak?

- Co? – zapytała niewinnie, unosząc brwi, ale wciąż się uśmiechając. – Nic nie jest, tylko pytam.

- Dlaczego? – Louis usiadł, drapiąc się palcem po zmarszczonym nosie.

- Bo… Myślę, że zakochałeś się w Zaynie. Nie. Nie myślę, że się w nim zakochałeś… Wiem i wierzę w to, że to zrobiłeś.

Szczęka Louisowi opadła, jego nogi poślizgnęły się na podłodze, gdy wstał, słowa splątały się w jego gardle. Eleanor obserwowała go z rozbawieniem. Kładzie rękę na stole i zgina palce. – Twoja reakcja to zdradza.

- Czekaj… Ty… Jak… Dlaczego… - bełkotał Louis. Było tak wiele pytań wewnątrz niego, brzmiały wszystkie naraz. Eleanor wyprostowała się i wyglądało na to, że rozumie wszystko, pokazując Lou, żeby ponownie usiadł. – El…

- Skąd o tym wiem? To dość oczywiste, jeśli zobaczyłbyś siebie Lou. Patrzysz na Zayna inaczej i nigdy nie widziałam ciebie takiego wcześniej. Patrzysz na niego jak jakby był najcenniejszą osobą w twoim życiu. I może nie byłam z tobą w ciągu kilku ostatnich lat, ale wiem, gdy patrzysz na kogoś albo na coś, co jest dla ciebie ważne. Twoje oczy… one błyszczą okej? A wtedy gdy uratowałeś go przed Georgią… Wyraz na twojej twarzy mówił wszystko. NIe możesz pozwolić sobie na utratę jego albo skrzywdzenie go. Boże, tak bardzo romantyczne jak powieści. – Eleanor zaśmiała sie, tym rodzajem śmiechu, który roznośił echo wewnątrz pokoju i okazuje się być to szyderczym śmiechem dla Louisa.

Chciał zapytać El jak kurwa zobaczyła to wszystko podczas tak krótkiego czasu i jak ona wpadła na to, ale dokładność jej obserwacji wprawiły Louisa w osłupienie. Ale to co przeszkadzało mu najbardziej to pomysł, jak ona mówiła jakby była taka fajna z tym pomysłem i nie tak jakby mieli się wkrótce pobrać.

- Lou, nie mów mi tylko, że oczekujesz naszego małżeństwa? – zapytała Eleanor, odchylając głowę do tyłu i uniosła brwi. – Chodzi mi o to, że oboje wiemy, że nie ma mowy, żebym z tobą żyła prawda? I tak, vice versa. Nie lubisz mnie, a ja nie lubię ciebie, co wiemy od samego początku.

Louis zamrugał. – Ja, uch….

- Czekaj… Więc ty rzeczywiście myślisz…. O mój Boże. Pozwalasz, żeby to wszystko się stało?

- Co? Nie! – Louis uderzył pięścią w stół. – Byłem po ptostu w szoku. Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś?

- Moja mama jest uciążliwa. Zmusza mnie do zaprzyjaźnienia się z twoją rodziną, wiesz, sprawy biznesowe. – Louis starał się nie wyglądać sceptycznie, ale Eleanor tak czy siak zobaczyła to. – Yeah, to jest do dupy co? To tak jakbym była w bajce, gdzie moja mama jest złą czarownicą i jeśli miałaby trujące jabłko i mogła je wpakować do moich ust, zrobiłaby to. – Eleanor skrzywiła się, rysując palcem po stole. – Ale nie martw się. Nie pozwolę jej. Mam na myśli to, że ucieknę z moim chłopakiem.

Louis uspokoił się. Zastanawiał się, ile jeszcze rewelacji otrzyma w rozmowie z nią. – Masz chłopaka? Dlaczego mi nie powiedziałaś? Dlaczego udawałaś?

- Udawałam? Kto udawał? Myślałam, że ty udajesz!

- Dlaczego do cholery miałbym udawać?

- Uhm, helo? Jesteś Louis Tomlinson. Facet, który udaje przed rodzicami, że mnie lubi a potem wylewa na mnie farbę gdy jesteśmy sami? Tego rodzaju Louisa oczekiwałam, gdy wyszła ta cała sprawa z małżeństwem. – Eleanor obruszyła się, kręcąc głową i mrucząc ‘Nie mogę uwierzyć, że to było prawdziwe. – Okej. Jestem zakochana w studencie i ucieknę z nim.

- El to nie jest dobry pomysł. Ludzie pomyślą, że zachęciłem cię to zrobienia tego, więc się nie zaręczymy.

- Niech się martwią. Nie obchodzi mnie to. A poza tym, robię ci wielką przysługę, widząc jak nie wiesz co się naprawdę dzieje. – Przewraca oczami i być może, jeśli jej włosy nie byłyby spięte w koku, przerzucałaby nimi cały czas. – Moja mama była ostatnio histeryczna i potrzebuję trochę dystansu od niej. Lucas mieszka we własnym domu w Australii. Zamieszkamy tam.

- Wciąż nie możesz uciec. Twoja mama mnie zabije.

- Pozwól jej spróbować. Ona nawet nie przyjdzie do twoich bram, nawet jeśli jej życie zależałoby od tego. Jeśli nadal ci to przeszkadza, w porządku przyprowadzę Lucasa, moja mama omdleje a potem ucieknę, brzmi lepiej?

Louis stanowczo kiwnął głową. – Więc przez cały ten czas trzymałaś mnie za rękę i całowałaś mnie jakbyś się o mnie martwiła, to było częścią twojego planu?

- Duh, oczywiście. Zastanawiałam się, kiedy naskoczysz na mnie, żebym przestała cię przyduszać. Chociaż muszę przyznać, że świetnie się bawiłam patrząc jak reaguje na to twój lokaj.

Louis czuł jak jego serce podskakuje mu do gardła. – Masz na myśli Zayna?

- Kogo innego głupku? Patrzył na mnie, jakby chciał mnie udusić, kiedy o tobie mówiłam. Jest tak zazdrosny, że nie mógł tego ukryć.

Ślina stanęła mu w gardle, a po chwili zadławił się nią. – Zayn jest zazdrosny?

- Boże. Myślałam, że robisz te rzeczy dla niego, wiesz, żeby stał się zazdrosny czy coś.

Louis zmusił się do uśmiechu. – Gdybym wiedział o tym, nie spędzałbym w ogóle z tobą czasu. – Spojrzał na Eleanor z przepraszającym uśmiechem na twarzy, a dziewczyna uznała przeprosiny, uśmiechając się słodko i kiwając głową. – Szczerze mówiąc, w nocy dowiedziałem się, że Zayn mnie kocha.

Louis słyszał oddech Eleanor, widzi jej napięte ruchy. – I ze wszystkich tych rzeczy, ja po prostu… Ja po prostu tylko się bawiłem. Myślałem, że jak będzie z jego poprzednikami. Kiedy zorientowałem się, że coś do niego czuje, stało się to zbyt skomplikowane. Nie wiedziałem co robić. Było zaangażowanie, a Zayn nie rozmawiał ze mną, a potem nagle odszedł.

Louis chowa głowę w dłoniach, czując jak jego oczy pieką. Wiedział, że może zacząć ponownie płakać, ale przygryzł wnętrze policzków. Płacz pozwalał mu myśleć, że to był koniec dla obojga. Coś w nim spalało się przez myśl, że jedyna osoba, która naprawdę troszczyła się o niego, zostawiła go.

Poczuł rękę Eleanor na swoim ramieniu. – W porządku Lou. Wszystko będzie dobrze. Jutro Zayn wróci i powiesz mu wszystko, że ślub jest odwołany, że go kochasz i że przepraszasz.

- Co jeśli jest za późno? Co jeśli nie będzie chciał mnie słuchać? Nawet nie wiem co mu powiedzieć, kiedy tu przyjdzie.

- Wtedy musisz poczekać. Wystarczy być szczerym. Może nie znam Zayna długo, ale oceniając po sposobie jaki na ciebie wpływa, wiem, że to dobry facet. Wysłucha cię, bez względu na to, jak bardzo cię nienawidzi.

- A co jeśli nadal mnie nienawidzi?

- Wtedy musisz poczekać.

- Nienawidzę czekania – przyznał Louis, kręcąc głową z niedowierzaniem na radę, którą otrzymał od El. To nie tak, że nie chciał czekać na Zayna albo na cokolwiek innego na co czekał, ale te dni były dla niego już wystarczającą torturom, że miał czekać, bez upewnienia się, że wszystko będzie w porządku?

Usłyszał cichy dźwięk krzesła obok siebie. Louis spojrzał tam i zobaczył, że Eleanor wstała gotowa do wyjścia. Poklepała go po głowie i roztrzepała mu ujmująco włosy. – Wtedy zrób coś, żeby wrócił twój kamerdyner. Nie wiem jak, ale po prostu zrób to. To nie tak, że każdego dnia, jesteś tym który musi się wysilać prawda?

- Obrażasz mnie?

Eleanor nie powiedziała nic i dygnęła, nawet lekko unosząc krańce spódnicy, aby uczynić ten gest bardziej wiarygodnym. – Wasza Wysokość, nie obrażam cię. Motywuję cię.

Louis czuł się dużo lepiej, więc uśmiechnął się naturalnie, machając ręką przed Eleanor. – Spadaj stąd, nie jesteś w tym dobra.

- Dobrze wiedzieć, bo nie ma mowy, żebym zrobiła to jeszcze kiedyś – powiedziała, rzucając mu spojrzenie, zanim odwróciła się i odeszła w kierunku wyjścia.

Uśmiech Louis znika, gdy odwraca się w kierunku okna, widząc jak niebo powoli robi się ciemne, dzień ma się ku końcowi, a on nie myślał wiele, co powie Zaynowi, gdy go znowu zobaczy. Przerażało go to, że Zayn może być inny, niż myślała o nim Eleanor. Ludzie potrafią się zmienić w ciągu nocy, a co dopiero w ciągu trzech dni. Może już nie być więcej Zaynem, a być tylko jego lokajem. Zayn potrafi być obojętny względem niego i może zrobić to ponownie.

Louis nie mógł tego znieść. Nie mógł znieść samotności. Nie mógł znieść przekonywania siebie, że był szczęśliwy, zanim to zrobił. Zayn nauczył go. Nauczył go, że ktoś może wkroczyć niespodziewanie do twojego życia i zmienić całą twoją grę. I nie ma znaczenia jak zły jesteś, tak długo, aż ktoś będzie w stanie to zaakceptować to i być z tobą przez cały ten czas.

Louis żałował, że nie dowiedział się o uczuciach Zayna wcześniej, może mógłby przestać ranić go, nie mówić tych raniących słów i nie robić rzeczy, które miały różne znaczenie dla obojga. Ale jeśli Zayn zrobiłby to, zaakceptowałby to, czy upokorzyłby go, za posiadanie uczuć do niego? Louis czuł się jak idiota, myśląc o tym jak niedojrzałym był facetem, robiącym głupie rzeczy nie tylko Zaynowi, ale też jego poprzednikom.

To jest to przed czym ostrzegali go ludzie. Czas, w którym był na szczycie, a potem ktoś wirował wokół niego, dopóki nie spadł na dół, gdzie uderzało go, gdzie go bolało, gdzie wydawało się niemożliwe, żeby być z powrotem na szczycie.

A Louis miał nadzieję, że Zayn będzie tam, kiedy to się stanie.

XXX

Przyszedł następny dzień, a Louis obudził się. On już jest na nogach, wykąpał się i ubrał się na cokolwiek co miał dzisiaj zrobić. Posłał łóżko, odsłonił zasłony. Chciał się upewnić, że gdy Zayn zapuka do jego drzwi, nie będzie żadnych zakłóceń. Porozmawiają i Zayn nie będzie musiał się o nic martwić. (I może, Zayn go skomplementuje.)

Louis wziął kilka głębokich oddechów, kręcąc się niewygodnie na swoim krześle co chwilę. W każdej chwili, ktoś może zapukać do jego drzwi wołając ‘Wasza Wysokość’, a on zobaczy Zayna ponownie.

Spojrzał na swój zegarek po raz setny, a dźwięk wskazówek rozchodził się po całym pokoju. Uspokoił się na chwilę i odetchnął, przewracając nerwowo palcami. Możesz to zrobić Louis. Śpiewał cicho wstając i idąc ostrożnie w kierunku drzwi. Przez całą noc myślał, czy rozsądne będzie zaatakować Zayna przytuleniem lub pocałunkiem, ale potem zdał sobie sprawę, że Zayn wciąż może być na niego zły i zamiast go pocałować, może pocałować go swoją pięścią.

- P…Proszę. – Louis czuł suchość w gardle, a słowa nie wychodzą z jego ust, ale potem klamka się obraca i Louis czuje, jak jego oddech się zatrzymuje, podobnie jak cały świat.

Drzwi się otwierają, a serce Louisa staje.

Przed nim stał człowiek, którego nigdy nie widział na oczy. Wyglądał, jakby był w tym samym wieku co Louis. Był wyższy od niego, że Louis uniósł wzrok, żeby spotkać jego brązowe oczy. Chłopak wzdryga się, unosząc się natychmiast, mrucząc coś o tym co Louis oczekuje usłyszeć – ale nie od niego. Kiedy wstał, klatka piersiowa Louisa napięła się.

Nosił te same ubrania, które Zayn miał na sobie każdego dnia. Te rękawice, stoper w kieszonce, ale Zayn nigdy go nie używał, bo wolał patrzeć na zegarek i herb na kołnierzu – the Tomlinsons’ Coat of Arms – znaczek dostawali tylko ci, którzy mieli zaszczyt służyć rodzinie królewskiej. To była odznaka kamerdynera Księcia.

Jego lokaja. Zayna. Nie jego. Nie tego chłopaka. Nie kogoś innego.

- Kim jesteś? – Louis zamrugał, jego oczy wciąż wpatrywały się w odznakę na jego płaszczu. – Gdzie jest Zayn?

- Jestem Liam. Liam Payne, Wasza Wysokość. Jestem twoim nowo mianowanym lokajem. Zayn Malik poprosił mnie o zastępstwo w czasie swojego, nagłe urlopu. Król i Królowa powiedzieli mi, że nie koniecznie muszę przechodzić ceremonii, ale oni powiedzieli mi…

- Nie obchodzi mnie co oni powiedzieli – przerwał mu Louis z irytacją, rozczarowaniem, rozdrażnieniem i złością. Jego słowa nie miały dla niego sensu. Wszystko co usłyszał to Zayn Malik, wymiana i nagły wyjazd. – Pytałem się ciebie gdzie jest teraz Zayn.

- On jest w Nowy Jorku Wasza Królewska Mość – powiedział Liam, jego wargi drżały, a ręce złożone były za plecami.

- Nowy… Nowy Jork?! Dlaczego? Co będzie tam robił? Dlaczego mi nie powiedział? Dlaczego nie zostałem o tym poinformowany? – wrzasnął Louis, jęgo ręce złapały ramiona Liama, przyciskając go do ściany. – Kiedy wyjechał? Od kiedy jesteś moim lokajem?

- Zayn jest moim przyjacielem. Zadzwonił do mnie następnego dnia, oferując mi tą pracę. Zapytałem go, dlaczego tak nagle wyjeżdża, a on powiedział mi, że chciał zrobić coś innego. Chce studiować Wasza Wysokość. Powiedział, że chce być nauczycielem sztuki i myślał o tym, odkąd przyszedł do pałacu. Oszczędzał pieniądze Wasza Wysokość. .

Uścisk Louisa rozluźnił się, pozwalając mu odejść na kilka kroków, gdy jego ręce dotknęły włosów. – Nie…Zayn. On… On nigdy nie wspominał mi o tym. On… On nigdy nie mówił, że chciał być nauczycielem sztuki.

- Ja…Przykro mi. Nie uwierzyłem mu za pierwszym razem, ale on przyszedł do mnie tej nocy, kiedy do mnie dzwonił Wasza Wysokość. Powiedział mi, że już jest wszystko ustalone. Że już rozmawiał z Królem i Królową, a oni zgodzili…

- Zgodzili się?! I oni… Nie wspomnieli mi o tym? – Louis wraca się i udaje mu się usiąść w rogu łóżka. Nie mógł oddychać czuł się słaby i chory. Zayn…Odszedł. Naprawdę go zostawił. A jego rodzice… Oni wiedzieli o tym i nie zapytali się go o zgodę. – To błąd…Zayn… nie mógł, nie mógł mnie zostawić. – Louis spojrzał na Liama, który stał tam, gdzie wcześniej. – Nie rozumiesz Liam. Nie mógł mnie zostawić! Jest moim lokajem! Jest moim jedynym lokajem…On nie mógł…Nie mógł mnie zostawić…

Louis uderzył kilkakrotnie pięścią w materac, krzycząc i kopiąc w powietrzu. Płakał i nie mógł się powstrzymać. Płakał i to bolało, to tak cholernie bolało, bo wiedział, że Zayn nie zapuka ponownie do jego drzwi. Bolało, bo nigdy nie zobaczy go ponownie. Nigdy nie poczuje jego ust, albo jego skroni albo jego powiek, nosa lub każdej innej części ciała. Bolało bo nigdy nie usłyszy ponownie jego głosu, albo nie zobaczy jego uśmiechu. Nie zobaczy już nigdy Zayna, bo on był gdzieś tam – kilometry od niego, bo Zayn gardzi nim. Lepiej byłoby, gdyby Zayn powiedział mu to w twarz zanim odszedł, a nie tak. Nie w ten sposób, że mówi mu, że nie ma żadnych szans. Że nie ma znaczenia co powie, albo zrobi, to nie ma więcej znaczenia, więc lepiej było odejść, bo nic się nie zmieni.

Nie zasługiwał na szansę, żeby to wszystko odwrócić. Nie zasługiwał na Zayna.

I ta myśl bolała najbardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz