*Louis wyszedł spod prysznica, owijając się ręcznikiem, czując się dziwacznie z wielkim plastikowym gipsem na ramieniu, krępującym jego ruchy. Poszedł do swojego pokoju, nie przejmując się ręcznikiem, skoro drzwi były zamknięte i zaczął szukać jakichś ubrań.
Po ubraniu się i usunięciu warstwy wilgotnego plastiku z ramienia, ruszył na dół, by usiąść na kanapie jak poinstruował go Harry. Na początku niechętnie słuchał jego poleceń, ale kiedy Harry oznajmił, że nie słuchanie ich, może sprawić, że spowrotem trafi do szpitala, nie miał wyboru.
Po wejściu do salonu, zauważył mamę Harry’ego siedzącą na kanapie, najwyraźniej czekającą na niego. Tak naprawdę nie miał szansy odpowiednio się wczoraj przywitać, więc czuł się trochę niezręcznie. Pomachał do niej sztywno swoją zdrową ręką
-Er… Dzień dobry, pani Styles – przywitał się, krzywiąc się wewnętrznie na to, jak sztywno zabrzmiał.
Kobieta zachichotała
-Louis, będziemy spędzać razem całkiem sporo czasu, przez kolejne dni. Proszę mów mi Anne – oznajmiła lekko – Poza tym, nie mam na nazwisko Styles, tylko Cox. Zmieniłam je kiedy ponownie wyszłam za mąż.
-Och – mruknął cicho – Przepraszam… Nie wiedziałem.
Anne machnęła dłonią z rozbawieniem.
-W porządku. To naprawdę nic ważnego. Masz ochotę na herbatę, Louis?
Louis podniósł wzrok, zaskoczony nagłą zmianą tematu.
-Uh… Czemu nie. Mógłbym prosić z mlekiem i bez cukru?
Kobieta pokiwała głową, a na jej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy ruszyła do kuchni by zrobić herbatę. Louis siedział na kanapie bawiąc się palcami, czekając aż wróci.
Kiedy to zrobiła, niecałe dziesięć minut później, niosła dwa kubki. Podała mu jeden, po czym usiadła obok siego na kanapie powoli pijąc herbatę. Zrobił to samo zerkając na nią ciekawsko znad krawędzi kubka. Kobieta oparła kubek na kolanach i spojrzała na niego nonszalancko.
-Mój syn mówił, że jesteście bardzo blisko – powiedziała figlarnie.
Na twarzy Louisa pojawił się łagodny uśmiech. Harry. On był tematem na który mógł rozmawiać nie czując się niezręcznie.
-Tak, to prawda. Zwłaszcza ostatnio, kiedy to wszystko się działo, a dziewczynki go uwielbiają – zachichotał – Ja zresztą też. Nigdy nie miałem przyjaciela jak on.
-Tak – mruknęła Anne do siebie – Spotkaliście się w przedszkolu, tak?
-Tak. To była trochę zawstydzająca sytuacja. Nie zorientowałem się, że to on jest nauczycielem, więc podszedłem i spytałem, czy wie gdzie znajdę nauczyciela. Jestem szczęściarzem, że się za to nie obraził – powiedział zamyślony – Szczerze, nie wyobrażam sobie mojego życia bez niego. Zwłaszcza teraz.
-A jakie są twoje zamiary wobec niego? – spytała mimochodem.
Louis zakrztusił się herbatą.
-P-przepraszam? – rzucił – M-moje zamiary?
-Tak – odparła – Kiedy masz zamiar się oświadczyć?
-Oświadczyć? Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie… Myślę, że mogła pani źle zrozumieć – uniósł dłonie w geście obronnym – Ja i Harry… My tylko się przyjaźnimy. My nie… Nie umawiamy się!
-Ale jesteś w nim zakochany – ozajmiła tonem, który nie pozwalał na dyskusję – Widać to po twojej mowie ciała.
-O czym pani mówi? – spytał z oburzeniem – Jaka mowa ciała?
-Twoja – odparła – Zacznijmy od wczoraj, dobrze?
Louis tylko skinął głową.
-Kiedy Harry, zabrał dziewczynki do parku, wykręcałeś swoje palce i zerkałeś w stronę drzwi, co kilka minut, aż wrócili. Kiedy już byli w domu, cały się wyprostowałeś, a twoja twarz się rozjaśniła, a kiedy usiadł obok ciebie twoje ciało automatycznie się rozluźniło. Potem usiadłeś obok niego na kolacji i nawet kiedy kroiłeś jedzenie na talerzu Daisy, twoje ciało było zwrócone w jego stronę, jakbyś próbował się skupić na Daisy, ale twoje ciało samo się odwracało. Obserwowałeś go przez cały posiłek z uśmiechem na twarzy i tym łagodnym, szczęśliwym spojrzeniem. Kiedy usiedliśmy oglądać film, wy skuliliście się po jednej stronie stronie kanapy to było odruchowe. Nie umawialiście się na to. Po prostu to zrobiliście, a potem zasnąłeś w jego ramionach. To samo wskazuje na to co do niego czujesz. Czujesz się przy nim wystarczająco swobodnie i wystarczająco mu ufasz, żeby pozwolić mu być przy sobie, kiedy jesteś najbardziej bezbronny. Zaufałeś mu, żeby się tobą zaopiekował i żeby cię obronił.
-To dlatego, że Harry się mną opiekuje. Opiekuje się nami wszystkimi – powiedział.
Anne rzuciła mu krótkie spojrzenie.
-No i kolejna rzecz. Dziewczynki są bardzo do niego przywiązane. Co zrobisz, kiedy wyzdrowiejesz i Harry wróci do siebie.
-Ja… Nie wiem. Naprawdę nie myślałem o tym –przyznał się.
-Więc może pora pomyśleć. Wpadliście w określony rytm. Może być już za późno, żeby to przerwać. Z tego co słyszałam i co widziałam, nie sądzę, żeby dziewczynki dobrze zniosły wyprowadzkę Harry’ego. Tobie też sprawiłoby to trudności – powiedziała łagodnie.
Louis spuścił wzrok na swoje kolana, na których spoczywał kubek z chłodną już herbatą.
-Nie będzie, aż tak daleko. Bliźniaczki i ja nadal będziemy widywać go w przedszkolu, poza tym będzie przychodził na sobotnie kolacje. Wpadliśmy w jakiś rytm jeszcze przed moim wypadkiem –lekko oburzony.
Anne poklepała go po koląnie.
-Nie był taki, jak ten w który wpadliście teraz – to nie było pytanie, bo oboje znali odpowiedź – Kocham mojego syna bardziej niż cokolwiek w świecie, ale on bywa trudny. Louis, wybacz jeśli to zbyt bezpośrednie, ale myślę, że powinieneś zaproponować mu, żeby się wprowadził. Na stałe. Nie, nie… Nie panikuj! – odezwała się szybko, widząc, że chłopak jest bliski paniki – Posłuchaj, dziewczynki kochają Harry’ego i to bardzo, to jest niezaprzeczalne. Harry też kocha dziewczynki, to też jest oczywiste, a między waszą dwójką… Jest niezwykła przyjaźń i widzę, że bardzo kochasz mojego syna. Nie mam wątpliwości co do tego, że on kocha cię tak samo mocno. Widzę tylko dobre strony tego rozwiązania!
-Tak, ale… Mogłoby się zrobić niezręcznie! Jesteśmy obaj chłopakami. Róże rzeczy… Rzeczy się zdarzają – powiedział Louis z desperacją.
Anne parsknęła śmiechem.
-Takie jak poprzedniej nocy?
-Powiedział ci? – Louis zbladł.
-Czemu jesteś taki zawstydzony? Wydawałeś się nie mieć z tym problemów dziś rano. W zasadzie, wydaje mi się, że całkiem nieźle się bawiłeś.
-Ja nie, nie – rzucił Louis, po czym westchnął – Po prostu… To jest dla mnie dziwne. To nie jest coś o czym wiedzą rodzice. Mam na myśli… Jasne w teorii, wiedzą, ale nie powinni słysześć, że coś takiego zdarza się ich dzieciom. To tak jakby dziecko myślało nad tym jak rodzice uprawiali seks, żeby ono mogło żyć. To… dziwne – Anne zaśmiała się łagodnie.
-Louis, powiem ci coś, czego nie wie nawet Harry – Kiedy był nastolatkiem, przyłapywałam go wiele razy, czasami był sam, czasami z dziewczyną. Za każdym razem kiedy to się zdarzało, po prostu wycofywałam się po cichu i zamykałam drzwi, a potem prosiłam, żeby przed kolacją umył ręce.
-To naprawdę zabawne – zachichotał Louis – Kiedy lata temu miałem pierwszego chłopaka, zaprosiłem go na noc. Spotykaliśmy się wtedy już kilka miesięcy, a że moi rodzice byli z dziewczynkami u dziadków, pomyślałem, że moglibyśmy zrobić krok do przodu. A oni wrócili do domu wcześniej, bo Georgia miała gorączkę – potarł swój kark – Mama usłyszała, jak… Wiesz… Ale myślała, że coś mnie boli. Och, boże… To było takie zawstydzające, kiedy weszła, a my… Byliśmy blisko… Najgorszą rzeczą było to, że nie powiedziałem mamie, że jestem gejem, więc dla niej to była niespodzianka. Potem dowiedziałem się, że ona wiedziała już od dawna i po prostu czekała, aż będę gotowy jej powiedzieć. Naprawdę za nią tęsknię.
Potarł swoje smutne oczy, a Anne poklepała go po kolanie. Zaśmiał się cicho.
-A teraz nigdy nie przerwie dziewczynkom, kiedy będą miały swoich pierwszych chłopaków. Nigdy nie poczują się winne, bo do pokoju weszła ich matka, ktoś kto myśałby, że coś je boli. Nigdy nie przedstawią jej pierwszego chłopaka, nie będą biegali po pomieszczeniu szukając swoich ubrań – ukrył twarz w dłoniach, trzymając kubek kolanami – To brzmi tak głupi, że to są rzeczy, przez które jestem smutny! Chciałem tego dla nich. Chciałem, żeby przeżywały te zawstydzające momenty bycia nastolatkiem. Chciałem, żeby miały przy sobie mamę, żeby miały normalne życie, a tak utknęły ze mną. Nie powinienem być ich ojcem, Anne. Powiniene być ich bratem. Spojrzał na nią desperacko szukając czegoś czego ona nie mogła mu zapewnić.
-Wiem Louis, ale to nie jest ci teraz dane. Może pewnego dnia, kiedy one dorosną będziesz mógł znowu być ich starszym bratem, ale teraz potrzebują ojca. Odwalasz kawał dobrej roboty opiekując się nimi. Wiem, że starasz się jak tylko możesz, żeby dać im normalne życie i nawet jeśli tego nie rozumieją, to kiedyś zrozumieją – powiedzieła przytulając go - Poza tym nie jesteś całkiem sam. Wiem, że Harry jest bardziej niż szczęśliwy, że może ci pomóc. To, że nie poprawił dziewczynek, ani razu, kiedy nazwały go ojcem jest dowodem. Jedyne co musisz zrobić to poprosić go, żeby z wami zamieszkał i nie ważne czy zostanie, czy nie, zawsze będzie z tobą.
-Dziękuję – mruknął przytulając się do kobiety – Przytulasz jak moja mama.
Anne mruknęła nie pewna jak na to zareagować.
-Proszę bardzo Louis – szepnęła w jego włosy – Jesteś teraz członkiem rodziny, to żaden probem.
-A jeśli Harry nie jest na to gotowy? Co jeśli nie jest gotowy żebym był częścią jego rodziny i żeby być częścią mojej? – spytał nagle Louis po krótkiej ciszy.
-Jest gotowy, skarbie – powiedziała Anne – Znam mojego syna i widziałam jak funkcjonuje z tobą i dziewczynkami i mogę ci powiedzieć, że jest. Jest bardziej niż gotowy.
*Kiedy Harry wrócił do domu, on i bliźniaczki zostali przywitani przez zapach ciasteczek i gwar rozmowy dobiegający z kuchni. Pomógł dziewczynkom zdjąć buty, a potem ruszył za nimi do kuchni.
Po wejściu zauważył dwie rzeczy: pierwsza, kuchnia była jednym wielkim bałaganem. Druga, jego matka i Louis siedzieli przy stole, śmiejąc się i rozmawiając jak starzy przyjaciele, pijąc herbatę i jedząc świeżo upieczone ciasteczka. Natychmiast zorientował się, że to Louis był powodem bałaganu. Louis miał mąkę na gipsie, grzywce i ubraniach oraz masło na twarzy i ramionach.
Harry denerwował się bałaganem, który najpewniej właśnie on będzie musiał sprzątać, jednak widząc uśmiechającego się Louisa po prostu nie mógł się gniewać. Kiedy chłopak zerwał się na nogi, by uściskać przyjaciela, jednak Harry go powstrzymał.
-Zwolnij Lou, nie mam ochoty być cały w mące – wyciągnął rękę i przeczesał grzywkę Louisa.
Na jego palcach pozostał biały puder. Chłopak zachichotał.
-Może najpierw się umyj. Wyglądasz jakbyś się kąpał w mące.
Louis spojrzał na niego sceptycznie.
-Dobrze, ale tylko jeśli potem mnie przytulisz – powiedział. Jego twarz rozjaśniła się, kiedy Harry rzucił krótkie „jasne” i popędził po schodach, krzycząc do Harry’ego, żeby się pospieszył.
Harry zignorował uśmieszek swojej matki i podążył za Lou. Znalazł chłopaka w łazience grzebiącego w szafce pod umywalką tylko w bokserkach. Podniósł wzrok na Harry’ego, kiedy wszedł do pomieszczenia. Trzymał w dłoni plastikową butelkę.
-Pomożesz mi, Haz? – spytał niewinnie – Nie mogę umyć włosów jedną ręką.
-Tak, jasne… Co robisz! Nie zdejmuj ich! – krzyknął Harry widząc, że Louis chciał zdjąć bokserki.
Chłopak zamarł po czym wywrócił oczami.
-Daj spokój, Harry! Jesteśmy chłopakami… Nie mam niczego, czego byś wcześniej nie widział – powiedział rozdrażniony.
-Nie Lou – rzekł Harry stanowczo.
Nagi Louis mógł być źródłem problemów, a Harry naprawdę nie chciał musieć się z nimi uporać. Louis westchnął i mruknął ciche „dobrze” i wyciągnął w stronę Harry’ego plastikową butelkę nadal rozdrażniony. Harry wywrócił oczami widząc dziecinne zachowanie przyjaciela. Chwycił plastikową osłonkę i owinął ją wokół gipsu. Kiedy upewnił się, że się nie odwiążę, podszedł do wanny, obracając pokrętła tak, że po chwili zbiornik napełniał się ciepłą wodą. Louis wszedł do wanny, obracając się dookoła, jak pies, zanim usiadł w wodzie. Oparł ramiona na brzegach, spoglądając na Harry’ego niewinnie.
-Dołączysz do mnie? – spytał słodko.
Harry zakrztusił się, a jego twarz zrobiła się czerwona. Szybko jednak opanował się, odchrząkując, by zatuszować swoją gafę.
-Nie… Myślę, że wolę zostać suchy – odparł.
Louis spojrzał na niego zamyślony zanim zanurzył zdrowe ramię w wodzie. Oczy Harry’ego rozszerzyły się, a on spróbował się pospiesznie cofnąć, kiedy zorientował się co chce zrobić jego przyjaciel.
-Nie, Louis, nie rób…
Woda chlusnęła prosto w jego twarz, przerywając mu. Parsknął, przez przypadek wdychając trochę wody. Potrząsnął głową, odrzucająs swoje mokre teraz loki, z twarzy. Otarł oczy i otworzył je. Louis zakręcił wodę, nadal się uśmiechając. Odwrócił się lekko nabierając wody w zdrową dłoń, po czym pozwolił jej prześliznąć się między palcami. Brzęczący dźwięk rozśmieszył Harry’ego.
-No to sobie nagrabiłeś – powiedział patrząc w oczy Louisa, kiedy zdjął przemoczoną koszulkę i ściągnął spodnie.
Louis pisnął i jeszcze raz chlusnął wodą w stronę przyjaciela, kiedy ten wchodził do wanny. Harry energicznie przycisnął się do brzegu, ledwo unikając ściany, jednak osiągnął swój cel. Wielka fala, zalała ich i podłogę wokół wanny. Louis krzyknął, śmiejąc się i ignorując strugi wody spływające po jego twarzy.
Przysunął się do przyjaciela, przypierając Harry’ego plecami do ściany. Chłopak zaśmiał się wesoło, obejmując przyjaciela w talii. Siłowali się tak zalewając łazienkę wodą, kiedy chlapali się, obracali i kręcili, przemieszczając się w wannie. Ochrypły śmiech, wypełnił dom.
Anne podniosła wzrok, patrząc na sufit. Z góry dobiegł odgłos uderzenia, a zaraz po nim radosny śmiech. Parsknęła i ponownie spojrzała na planszę gry w którą grała z bliźniaczkami. Daisy przesunęła czerwony pionek o trzy pola po czym spojrzała na Anne.
-Babciu Anne – spytała – Czemu Tatuś i Louis nie całują się, jak normalni rodzice?
Anne zachichotała.
-Oni nie są normalnymi rodzicami, prawda? – spytała, kiedy Phoebe rzuciła kostką.
-Dlatego, że są obaj chłopcami?
-Przecież się kochają. Czy to nie wszystko co się liczy? – wysepleniła Phoebe.
-Oczywiście, że tak, skarbie – odparła Anne – Ale Harry i Louis nie są razem.
-Tak, ale… Dlaczego?- Spytała Daisy rozdrażniona rzucając kostką – Przecież przytulają się cały czas!
-A Louis nigdy się naprawdę nie uśmiechał, dopóki nie poznał Harry’ego. Nawet przed przeprowadzką – dodała Phoebe.
Daisy spojrzała na siostrę.
-Nie, nie! To nie prawda – powiedziała jej – To po prostu jego uśmiech. Teraz jest inny. Szczęśliwszy – Phoebe uśmiechnęła się rozmarzona.
-Tak… Flick i Lottie już planują ich wesele – powiedziała Anne zadowolona.
Kobieta uniosła brwi w odpowiedzi.
-Naprawdę? – spytała z ciekawością.
Daisy i Phoebe skinęły głowami. Gra została puszczona w niepamięć. Podniosły wzrok przerywając na chwilę rozmowę, kiedy na górze rozległo się uderzenie i krzyk, po czym rozległ się chichot. Anne pokręciła głową, uśmiechając się.
-Jeżeli ich relacje będą rozwijać się w takim tempie, to faktycznie będzie niedługo potrzebne.
Twarze Daisy i Phoebe pojaśniały, a na nich pojawiły się identyczne uśmiechy.
-Naprawdę? – spytały równocześnie.
Anne zaśmiała się.
-Nie wiem, skarby. Będziecie musiały spytać Harry’ego, kiedy zdecyduje się spytać Louisa, żeby wziął z nim ślub – powiedziała, a na ich zwykle niewinnych twarzach pojawiły się psotne uśmiechy.
-Dobrze, dosyć tego plotkowania. Wracamy do gry.
*~*~*~*
Lottie upuściła plecak na ziemię i podążyła za Flick do kuchni, gdzie Anne i Georgia robiły coś do jedzenia. dropped her back pack on the ground, following Flick into the kitchen, where Anne and Georgia where making something to eat.
-Gdzie jest tata i Lou? – spytała zabierając jedno ciasteczko z talerza.
Anne wskazała w kierunku salonu.
-Tam – powiedziała – Louis chyba śpi
Lottie skinęła głową i ruszyła szukać swojego brata oraz jego przyjaciela. Zamarła wchodząc do salonu.
Harry zerknął znad książki, zauważając Lottie i uśmiechnął się do niej.
Harry glanced up from his book, noticing Lottie and smiling at her.
-Witaj skarbie – przywitał się – Jak w szkole?
Lottie przysunęła się trochę, zerkając na jego mokre włosy.
-Nieźle – odpowiedziała powoli – Nie jest ci niewygodnie?
-Czemu? – spytał zdziwiony
Lottie zaczęła gestykulować w jego stronę, a on zerknął w dół.
-Och, nie. Jest w porządku, śpi głęboko i nie wierci się za bardzo, chociaż mówi przez sen.
-Nie jest ciężki? – spytała zerkając ciekawsko na brata, który leżał przytulony do klatki piersiowej Harry’ego z twarzą ukrytą w szyi przyjaciela.
Harry jeszcze raz spojrzał na Louisa, z łagodnym uśmiechem na twarzy.
-Troszkę. Śpi, więc to jest ciężar jego bezwładnego ciała, ale nie przeszkadza mi to. Nie spał za dobrze w nocy, przeszkadzał mu gips – przesunął nieco książkę tak, że oparta była o plecy Louisa – Poza tym to pierwszy raz od tygodni, kiedy mogę poczytać, więc mi to nie przeszkadza.
-Czemu wy nie jesteście małżeństwem? - spytała nagle.
Harry spojrzał na nią z niedowierzaniem.
-Przepraszam?
-Dlaczego ty i mój brat nie jesteście małżeństwem? – powtórzyła Lottie.
Harry spojrzał na nią.
-Bo nie jesteśmy w sobie zakochani – oznajmił surowo.
-Jasne. Już ci wierzę. Bo nie przytulacie się właśnie, ani nie robicie nic romantycznego – zaszydziła – Posłuchaj, tato, musisz po prostu się zebrać na odwagę i zaprosić go gdzieś… Zanim zrobi to ktoś inny – oznajmiła po czym poprawiła włosy i wróciła do kuchni, chichocząc kiedy usłyszała jak Harry krzyczy za nią.
-Nie pozwalaj sobie, młoda damo!
*~*~*~*
Pół godziny później, Georgia poszła po brata, szukając kogoś kto zabierze ją do parku. Babcia Anne odesłała ją do Louisa i Harry’ego, mówiąc, że Louis powinien wreszcie wstać. Dziewczynka ruszyła do salonu i ujrzała swojego brata razem z Harrym na kanapie. Harry, który poprzednio czytał, teraz spał, jego prawe ramię zwisało bezwładnie za oparciem kanapy. W dłoni trzymał książkę. Lewym ramieniem obejmował tłów Louisa. Georgia usiadła na kanapie delikatnie wyjmując książkę z dłoni Harry’ego i odkładając ją na stolik do kawy. Potem ponownie podbiegła do kanapy i wyciągnęła palec, dźgając Harry’ego w twarz.
-Tatusiu – jęknęła – Tatusiu, Tatusiu, Tatusiu, Tatusiu – każde słowo poprzedzało dźgnięcie go w twarz.
W końcu Harry poruszył się, zamrugał i spojrzał na nią.
-Georgia – mruknął zaspany – Która godzina?
-Dochodzi piąta – odpowiedziała delkatnie, jakby przed chwilą nie szturchała go w twarz.
Westchnął poruszając się nieco, pod ciałem Louisa, obejmując przyjaciela drugim ramieniem i jeszcze raz zamykając oczy.“Nearly five,” she answered daintily, as though she hadn’t just accosted his face. He sighed through his nose, shifting slightly under Louis’ body, wrapping his other arm around his friend, and closed his eyes once again.
-Obudź nas, kiedy będzie kolacja, dobrze? – mruknął sennie.
Georgia zmarszczyła nos.
-Ale ja chcę iść do parku – oznajmiła.
Harry ponownie westchnął.
-Przepraszam skarbie,. Nie dam rady, jestem zmęczony. Poproś babcię Anne. Ja zabiorę cię jutro, obiecuję.
Georgia zirytowała się niemniej jednak, zgodziła się. Wyszła jeszcze raz, ponownie szukając, jednak tym razem babci.
*~*~*~*
Kiedy Harry ponownie się obudził, było ciemno, a jemu było zimno. Jego pierwszym odruchem była chęć znalezienia Louisa, który powinien być z nim. Jego ręka przesunęła się po kanapie, a on skrzywił się. Usiadł i potarł sennie oczy. Kręciło mu się w głowie, a widok przed oczami był niewyraźny. Wstał powoli i ruszył w kierunku włącznika światła w kuchni. Louis podniósł wzrok, kiedy Harry wszedł do pomieszczenia, uśmiechając się, kiedy jego dłonie zasłoniły oczy przed ostrym światłem.
-Hej śpiochu –zachichotał.
-Cześć – mruknął Harry – Która godzina?
-Dochodzi dziewiąta – odpowiedział Louis.
Harry chrząknął i przysunął się do Louisa, obejmująąc go i chowając twarz w jego szyi, po czym westchnął.
-W takim razie przegapiłem kolację – mruknął – Kiedy wstałeś?
-Jakieś pół godziny temu – poinformował go Louis – Robię makaron, masz ochotę?
-Jasne. Gdzie jest mama i dziewczynki?
-Lottie i Anne są na dole, oglądając jakiś babski film, a twoja mama położyła spać Georgię i bliźniaczki za nas. Flick coś czyta na górze – wyjaśnił Louis, poruszając się lekko, starając się nie poruszyć Harrym. Chłopak ponownie chrząknął. Louis zerknął na loki otaczające głowę przyjaciela.
-Zasypiasz na mnie Haz?
Harry jęknął w szyję Louisa, a ten się zaśmiał.
-No skarbie, jemy i idziemy spać.
Harry westchnął po czym wstał i opadł ciężko na krzesło. Jego głowa opadła na stół. Louis napełnił talerz makaronem, chichocząc i podszedł do Harry’ego, zajmując miejsce obok niego. Harry uniósł głowę i chwycił widelec, nabierając jedzenia i powoli unosząc go do ust. Louis szybko zjadł swoją porcję i spojrzał na Harry’ego, który jadł powoli, jak w letargu. Wywrócił oczami, kiedy jego przyjaciel nie trafił widelcem do ust, a na jego policzku pozostał ślad po sosie. Przez twarz Harry’ego przemknęło zdziwienie. Chłopak nie do końca zdawał sobie sprawę z tego dlaczego jego twarz jest mokra. To sprawiło, że Louis wybuchł śmiechem, a Harry spojrzał na niego jeszcze bardziej zdziwiony. Kiedy śmiech Louisa ucichł, chłopak podniósł serwetkę i chwycił brodę Harry’ego zwracając jego twarz w swoją stronę, żeby mógł wytrzeć sos z jego policzka. Wyjął widelec z luźnego uchwytu Harry’ego i przysunął do siebie jego talerz.
-Otwórz usta – nakazał
Harry wykonał jego polecenie, jego oczy nadal były zamknięte z wyczerpania. Kiedy Harry skończył przeżuwać, jeszcze raz otworzył usta pospieszając Louisa, krótkim, gardłowym „aaa”. Louis zachichotał i nabrał jedzenia ponownie podsuwając widelec Harry’emu.
-Chodź – powiedział Louis, kiedy skończyli.
Harry pokiwał głową i wstał. Zaczekał, aż Louis odniesie ich talerze do zlewu, po czym podążył za nim do sypialni. Chłopak przez chwilę męczył się z guzikiem spodni. W końcu odpuścił,ściągnął koszulkę i ruszył w kierunku łóżka, na którym leżał już Louis. Chłopak spojrzał na niego, jakby coś rozważał. Westchnął, po czym przysunął się do krawędzi siadając i przyciągając Harry’ego do siebie za szlufki. Jego spodnie po chwili opadły na wysokość kostek.
Louis przesunął się do ściany, a Harry wspiął się na łóżko. Jego umysł podświadomie popchnął go w stronę Louisa. Objął go w talii i przyciągnął go do siebie, przytulając do swojej klatki piersiowej. Louis westchnął z zadowoleniem i ułożył głowę pod brodą Harry’ego. Jego dłoń spoczęła na obojczyku przyjaciela.
-Dobranoc, Haz – mruknął sennie.
-Dobranoc, Lou.
sobota, 8 marca 2014
*Kiedy Harry wszedł do poczekalni szpitala, zobaczył płaczącą Lottie. Podbiegł do dziewczynki, a ona objęła go mocno, wtulając się w jego klatkę piersiową niczym małe dziecko. Schylił się i z pewnym wysiłkiem podniósł ją. Jęknęła w jego szyję, a on szeptał jej coś do ucha. Płakała, chrypiała i krzyczała. Robiła dużo hałasu. Koszulka Harry’ego była cała mokra od jej łez, kiedy jakieś dziesięć minut później dziewczynka zasnęła zmęczona zawodzeniem.
Poruszył nią lekko w swoich ramionach. Jej dziesięcioletnia sylwetka nie pasowała do jego ramion. Powoli ruszył do ławki i usadził dziewczynkę na jednej z nich, okrywając ją swoją kurtką, zanim podszedł do pielęgniarki.
-Przyszedłem do Louisa Tomlinsona? – spytał nerwowo.
Jedna z kobiet z jasno rudymi włosami spiętymi w koka na czubku głowy, podeszła do niego
-Jest pan spokrewniony? – spytała.
-Ja… Tak. Tak jestem – powiedział, a motyle w jego brzuchu ponowne dały o sobie znać.
Spojrzała na niego, po czym westchnęła.
-Obawiam się, że nie może pan go jeszcze zobaczyć. Jest operowany. Damy panu znać kiedy coś się zmieni, ale na razie radziłabym po prostu czekać. Jeżeli mała będzie czegokolwiek potrzebowała, proszę pytać bez wahania – oznajmiła uprzejmie – Biedne dziecko, jest załamane. Cały czas pytała o tatusia. Myślę, że nie wytrzymałaby bez pana dłużej.
Uśmiechnął się w jej stronę, mamrocząc ciche podziękowanie, zanim wrócił na ławkę, gdzie spała Lottie. Delikatnie uniósł jej głowę i ułożył ją na swoich kolanach, głaszcząc ją po włosach. Coś w jej kieszeni zaczęło wibrować, więc nachylił się i wyciągnął z niej telefon Louisa. Na wyświetlaczu wyświetliło się imię Caroline. Harry zamarł.
-Halo? – odebrał.
-Pan Styles? – Caroline była zmieszana – Czemu odbiera pan telefon Louisa?
-Jestem w szpitalu. Miał wypadek samochodowy. Naprawdę nie mogę teraz rozmawiać – powiedział szybko.
-Mój boże! Nic mu się nie stało? Przyjechałam do jego domu, żeby odstawić Daisy i Phoebe i zastałam jego dwie siostry siedzące na schodach – wyjaśniła – Czy mogę coś zrobić, żeby pomóc? Mam je tam zabrać?
-Tak naprawdę, to mogłabyś nam pomóc i to bardzo – Harry odetchnął z ulgą – Lottie jest tu ze mną i nie chce się stąd ruszyć, w razie gdyby coś się stało jej bratu. Po prostu… Powiedz Flick i Georgii, że się ze mną zobaczą. Jestem w szpitalu Świętej Marii.
Usłyszał jak kobieta wypuszcza powietrze.
-Oczywiście. Do zobaczenia panie Styles.
*~*~*~*
Harry nawet nie zorientował się, że zapadł w drzemkę dopóki nie obudziły go rozmowy bliźniaczek. Jego lewa ręka zdrętwiała od podtrzymywania głowy i stracił czucie w nodze na której spoczywała głowa Lottie.
Georgia zauważyła go pierwsza. Jej przerażone oczy spotkały się z jego już kiedy weszła do poczekalni. Podbiegła do niego natychmiast. Kiedy stanęła przed nim, przyciągnął ją ostrożnie do swojej klatki piersiowej, tak żeby jej nogi nie uderzyły w głowę Lottie. Dziewczynka chwyciła się go mocno, mamrocząc w jego szyję.
-Mamusia i Tatuś umarli w szpitalu – szepnęła – Poczekalnia wyglądała tak samo jak ta i Louis zostawił nas na chwilę z pielęgniarką, kiedy poszedł ich zobaczyć. Wrócił płacząc. Proszę, nie wracaj płacząc.
Serce Harry’ego pękło, kiedy usłyszał te słowa wyszeptane w jego szyję. Te dziewczynki już straciły rodziców, czy naprawdę miały stracić też brata?
Flick znalazła się po jego lewej i chwyciła jego dłoń, jej policzki były mokre od łez. Uścisnął jej dłoń nie bardzo wiedząc co jeszcze może zrobić. Caroline podeszła bliżej, a Daisy i Phoebe ucichły kiedy zobaczyły w jakim stanie są ich siostry. Podbiegły i chwyciły się nóg Harry’ego. Caroline otuliła się ściśle swoim cardiganem.
-Ma pan jakieś wieści, panie Styles? Z Louisem będzie w porządku?
-Możesz mnie nazywać po prostu „Harry”? Naprawdę nie mam teraz siły na „Pana Stylesa“. Poza tym nie, nie wiem – wymamrotał gorzko.
Caroline skinęła głową poruszając się nerwowo.
-Mogę spytać, jak to się stało, że dziewczynki cię znają? Po prostu… Wydajecie się być naprawdę blisko -
“Do you mind me asking how the girls know you? It’s just… You all seem really close – urwała.
-Nie, w porządku. Louis i ja jesteśmy blisko. Często ich odwiedzam, a w piątki opiekuję się Daisy i Phoebe, a Louis przyprowadza pozostałe dziewczynki, kiedy wrócą ze szkoły – poprawił Georgię siedząca na jego nogach tak by jej kolano nie spoczywało na jego kroczu – Są dla mnie niemal jak rodzina.
Oczy Harry’ego spojrzały nad ramieniem Caroline. Zauważył doktora, podchodzącego do rudej pielęgniarki. Ona zerknęła na niego, po czym ponownie zwróciła wzrok na doktora, zanim skinęła głową i coś powiedziała. Lekarz odwrócił się i przeszedł przez podwójne drzwi. Kobieta podeszła do dziewczynek, które otaczały Harry’ego.
-Proszę pana?
Usiadł prosto, delikatnie odciągając od siebie Georgię.
-Czy mogę z panem porozmawiać na osobności? Nie wiem czy rozsądnie było by omawiać stan pana męża przy małych – szepnęła, jednak Flick i Caroline usłyszały jej słowa.
Harry westchnął i skinął głową zanim ostrożnie postawił Georgię na podłodze oraz zdjął głowę Lottie z kolan. Bliźniaczki, jednak nadal mocno trzymały się jego nóg, a Flick i Georgia próbowały zastąpić mu drogę. Zerknął prosząco na Caroline, która ukucnęła i delikatnie odciągnęła od niego bliźniaczki oraz namówiła Georgię i Flick by usiadły obok niej na ławce. Harry jeszcze raz się odwrócił, zapewniając, że wszystko będzie dobrze i że szybko wróci, zanim podążył za pielęgniarką. Ona złapała podkładkę i przejrzała kartki z ponurym wyrazem twarzy.
-Louis Tomlinson, tak? – Harry skinął – Panie Tomlinson, pana mąż będzie zdrowy, jednak całkowity powrót do zdrowia zajmie trochę czasu. W wypadku uderzył głową w szybę samochodu, a w jego ramię wbiły się spore odłamki szkła. Wyjęliśmy je już i zaszyliśmy ranę, jednak nie będzie mógł ruszać tą ręką przez jakiś czas, szkło wbiło się stosunkowo głęboko i uszkodziło kość. Ma jednak szczęście. Jeszcze trochę i uszkodziło by arterię. Zmienimy bandaż i szwy jutro rano i będziemy musieli założyć gips na cztery tygodnie. Potem przyjdą państwo na kontrolę, zdejmiemy gips i szwy. Od tamtego czasu, zobaczymy… Czasami takie rzeczy goją się naprawdę dobrze i szybko, jednak inni nie są takimi szczęściarzami. Pan Tomlinson jest teraz przytomny, gdyby chciał go pan zobaczyć. Obawiam się jednak, że nie możemy wpuścić całej rodziny na raz. Najlepiej będzie jak pan porozmawia z nim pierwszy, a potem małe będą wchodzić dwójkami lub pojedynczo. Chce pan go zobaczyć?
Harry pokiwał energicznie głową. Ulga i nadzieja odebrały mu głos. Podążył za rudowłosą pielęgniarką przez podwójne drzwi, przez biały korytarz z dużą ilością okien i drzwi. Wsiedli do windy, która zawiozła ich na trzecie piętro. Przeszli przez kolejny długi korytarz, aż do przeszklonych drzwi, które otworzyły się przed nimi automatycznie.
Tam na łóżku, ze sztywnym białym bandażem wokół głowy siedział Louis. Wyglądał na kompletnie niewzruszonego otoczeniem. Jednak w momencie w którym zobaczył Harry’ego jego twarz pojaśniała. Harry poczuł ulgę rozlewającą się po jego żyłach i przysłoniła jego świadomość tak, że nie był w stanie robić niczego poza patrzeniem na swojego przyjaciela. W końcu podszedł do łóżka. Louis spojrzał na niego z nerwowym uśmiechem. Po minucie nie mógł wytrzymać i delikatnie dotknął ramienia Harry’ego.
-Harry? –szepnął.
Harry dalej patrzył na niego, po czym uderzył go w ramię.
-Ał! – pisnął Louis – Za co to?
-To za to, że myślałem, że jesteś martwy! Boże, Lou, nie waż się więcej mnie tak straszyć – odpowiedział Harry. Jego twarz szybko zmieniła wyraz ze złości na zmęczenie i smutek – Myślałem, że umarłeś, Lou.
Twarz Louisa złagodniała, a chłopak złapał nadgarstek Harry’ego, przyciągnął go do siebie i przytulił. Harry topniał pod jego uściskiem, a jego biodra opadły kiedy usiadł obok Louisa na łóżku. Harry zamrugał, kiedy poczuł pieczenie oczu. Nie, pomyślał, Obiecałem, że nie będę płakać. Boże, Styles, jesteś beznadziejny, ale oczy nie przestawały go kłuć, więc zacisnął ramiona mocniej wokół swojego przyjaciela i ukrył twarz w jego szyi.
Próbował. Naprawdę się starał, ale myśli nie chciały go opuścić. Siedział obok swojego idealnego przyjaciela, który miał szwy na ramieniu i bandaż wokół głowy, a dziś niemal go stracił. Prawie stracił jego, jego objęcia, jego uśmiec, jego śmiech, jego stuknięty styl, jego obsesję na punkcie marchewek i… Boże, tak się czuje kiedy wyrwą serce z piersi?
-Jesteś moim najlepszym przyjacielem – zapłakał – Nie możesz mnie zostawić.
Louis nic nie powiedział, tylko pogłaskał go po plecach kołysząc go. W końcu Harry uspokoił się wystarczająco, żeby przesunąć się i przytulić się do niego na łóżku opierając głowę na ramieniu Louisa. Lou przeczesał jego włosy, tak jak Harry to robił pół godziny temu z Lottie. Podniósł wzrok i spojrzał na swojego przyjaciela, wciąż nie mogąc pojąć jak to możliwe, że mógł go dziś stracić.
-Haz? – spytał Louis, z jakiegoś powodu czując, że musi szeptać – Co się stało?
-Dostałem telefon od Lottie niedługo po tym jak wyszliście – zaczął biorąc wdech – Z nią wszystko było w porządku. Powiedziała mi, że mieliście wypadek i że karetka zabrała was do szpitala Świętej Marii… Gdzie teraz jesteśmy, gdybyś się zastanawiał, więc przyjechałem. Kiedy tu dotarłem to… Szczerze, Lou, nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek był tak załamany. Dosłownie zasnęła z płaczem. Po prostu usnęła w środku płaczu, a potem nie pozwolili mi cię zobaczyć, bo miałeś operację czy coś, więc czekałem z Lottie. Wtedy zadzwoniła Caroline i przyjechała z pozostałymi dziewczynkami i czeka z nimi w poczekalni. Pielęgniarka powiedziała, że nie możemy wejść wszyscy na raz, bo to byłby dla ciebie szok. Ach, a przy okazji, ona myśli, że jesteśmy małżeństwem.
-Co masz na myśli mówiąc, myśli, że jesteśmy małżeństwem? – brwi Louisa powędrowały do góry.
Harry uśmiechnął się niewinnie.
-Powiedziałem, że jestem z tobą spokrewniony, żeby pozwoliła mi ci zobaczyć, a ona od razu przeskoczyła do „męża”, bo Lottie pytała o tatusia i wariowała w tej poczekalni dopóki nie przyszedłem – Harry wzruszył ramionami – Nie mówiłem nic o tym, że jesteśmy małżeństwem, czy że jestem ojcem Lottie.
“I told her I was your kin, so she’d let me see you, and everything. She made the jump to ‘husband’ because Lottie was asking for her daddy and freaking out in the waiting room, and only stopped when I got there,” Harry shrugged, “I didn’t actually say we were married or that I was Lottie’s dad. Okoliczności same ułożyły się w jej głowie w ten pomysł.
Louis prychnął.
-Oczywiście, że tak. Okoliczności często na to ostatnio wskazywały – rozbawione spojrzenie Louisa spoczęło na Harrym, a oni zaśmiali się cicho.
Przerwało im wejście rudowłosej pielęgniarki ze zmęczonym wyrazem twarzy.
-Przepraszam panie Tomlinson, pańska córka się obudziła i ona… Pyta o pana – zakończyła speszona.
Harry usiadł i westchnąwszy, niechętnie wyplątał się z uścisku Louisa.
-Może lepiej pójdę opanować sytuację. Zaraz wrócę – oznajmił ze znużeniem.
Spojrzał jeszcze na Louisa i nie zastanawiając się nad tym co robi, schylił się i pocałował go w policzek.
-Spróbuj uniknąć kłopotów, kiedy mnie nie będzie, dobrze?
Louis bezczelnie wystawił język, a Harry mrugnął w odpowiedzi zanim wyszedł za rudowłosą pielęgniarką z pokoju i ruszył korytarzem. Kiedy byli w windzie, ona uśmiechnęła się lekko i nachyliła się, by wyszeptać do ucha Harry’ego.
-Jesteście piękną parą. No i macie najbardziej urocze małe dziewczynki. Prawdziwe córeczki tatusiów – uśmiechnęła się szeroko.
Harry nie wiedział co powiedzieć, więc po prostu uśmiechnął się i pokiwał głową mamrocząc podziękowanie, żeby nie wyjść na niegrzecznego, jednak ta sytuacja była dla niego krępująca.
Weszli do poczekalni, a Harry automatycznie spojrzał na Lottie. Jego serce zatrzepotało, a jego żołądek opadł.
-Nie – krzyczała – Nie chcę ciebie. Chcę do taty. Teraz.
Harry podszedł do niej delikatnie kładąc dłoń na jej ramieniu. Ona odwróciła się, a na jej twarzy pojawiła się ulga, kiedy go zobaczyła. Rzuciła się na niego i objęła go mocno. Cofnął się parę kroków, otaczając ją ramionami, ona objęła go w pasie, a chłopak nachylił się, żeby złożyć pocałunek na jej włosach.
-Wszystko w porządku, kochana? – spytał.
Ona przycisnęła twarz do jego klatki piersiowej, kiwając głową i potwierdzając, mruknięciem. Spojrzał na Caroline, która posłała mu dziwne spojrzenie. Pokręcił tylko głową, jakby mówił „nie teraz”.
-Chcecie zobaczyć Louisa?
Głowa Lottie natychmiast wystrzeliła do góry, a w jej oczach pojawiły się łzy.
-Wszystko jest w porządku? - wychrypiała
-Lou ma się dobrze – odpowiedział uśmiechając się łagodnie – Ma trochę bandaży, ale ma się dobrze.
Lottie pokiwała głową z ulgą. Harry uśmiechnął się do niej i chwycił jej rękę prowadząc ją w stronę drzwi.
-Chodźmy. Zobaczymy jak się ma.
-Dziewczynki, zwolnijcie, muszę najpierw otworzyć te drzwi! – krzyknął Harry, kiedy Lottie i Flick zaczęły biec w kierunku drzwi. Pomógł wysiąść z samochod Daisy, Phoebe i Georgii zanim zamknął samochód i ruszył za dziewczynkami do drzwi. Kiedy je otworzył, wszyscy wpadli do środka, biegnąc do siebie.
Harry i Louis zgodzili się w kwestii, że Harry powinien zostać u nich jakiś czas, dopóki Louis nie będzie w stanie zająć się sobą i dziewczynkami. Harry zaproponował również, że zaprosi swoją mamę na jakiś czas, żeby opiekowała się Lou, kiedy Harry będzie w pracy. Louis niechętnie się zgodził po tym jak Harry wspomniał, że byłby sam w domu, w ciągu dnia, bo on, Liam i Zayn będą w pracy, a dziewczynki będą w szkole. Poza tym mógłby coś sobie zrobić, a nawet jeśli nie to nudziłby się niemiłosiernie. Poza tym mama Harry’ego umierała z chęci poznania Louisa. Chłopak usłużnie wspomniał mu, że jeśli się zgodzi na pobyt mamy Harry’ego u nich, to na ten czas on i Harry będą musieli dzielić pokój. To nie pomagało Harry’emu w odpędzeniu rosnących w nim uczuć, ale wzruszył ramionami, tak nonszalancko jak tylko mógł i nie, nie zarumienił się, więc przestańcie tak na niego patrzeć.
Dochodziła ósma wieczorem, kiedy ta zbieranina wróciła ze szpitala. Dziewczynki zareagowały zaskakująco spokojnie widząc swojego brata w szpitalnym łóżku, bo rozumiały, że Louis ma się dobrze i że wyzdrowieje niedługo. To co zajęło im najwięcej czasu to niechęć Harry’ego do zostawiania Louisa. Caroline poszła do domu, bo rodzina jej potrzebowała. Dziewczynki siedziały przed pokojem Louisa nudząc się, podczas gdy Harry i Louis rozmawiali przez dobre dwie godziny.
W końcu Lottie przyszła do Sali mówiąc
-Nie chcę wam przeszkadzać ptaszki, ale jesteśmy głodne, więc… Możemy iść?
Harry spojrzał na nią z niechęcią, a ona tylko wywróciła oczami.
-Tato, przecież wrócimy jutro.
Louis uśmiechnął się bezczelnie, widząc jak Harry się czerwieni, nadal nie mogąc się przyzwyczaić do zwyczaju nazywania go tatą. Niechętnie zgodził się i przyprowadził dziewczynki, żeby mogły pożegnać się z Lou. Lottie objęła brata mocno i szepnęła do jego ucha krótkie „Kocham cię”. Harry podszedł do łóżka niepewny jak ma się pożegnać z przyjacielem. Louis wywrócił oczami widząc onieśmielenie Harry’ego. Złapał go za dłoń i przyciągnął do siebie, żeby go objąć. Harry czując jego ramiona wokół siebie zrelaksował się. Louis jeszcze podniósł się i cmoknął go w policzek szepcząc w skórę Harry’ego „dziękuję” i „kocham cię”. Harry zadrżał i poczuł jak jego policzki robią się ciepłe, w jego brzuchu trzepoczą skrzydłami motyle, a jego serce tłucze się o . Po krótkiej chwili zorientował się jednak, że Louis nie mówił tego w sposób w jaki chciał to od niego usłyszeć i odszepnął mu to samo, starając się ukryć nutkę rozczarowania.
Potem wyszli, a Harry jakimś cudem zdołał usadzić dziewczynki w ich fotelikach, w swoim samochodzie i pojechał do domu Louisa, słuchając rozmów dziewczynek i ignorując uśmiech Lottie.
Ugotował dziewczynkom makaron, bo było to szybkie i łatwe, a on naprawdę nie miał siły na gotowanie czy cokolwiek co zajęłoby więcej czasu. Dziewczynki zadowolone zjadły, rozmawiając o tym jak to będzie mieszkać z Lou, Harrym i mamą. Potem przygotowały się do spania. Harry pomógł Daisy i Phoebe przebrać się w ich piżamy i nadzorował to jak myły zęby, a potem ułożył je w łóżkach i przeczytał im bajkę na dobranoc („Musisz zmieniać głos, Tatusiu, tak jak Louis.”) i pocałował je w czoła, zanim zabrał się do położenia Georgii.
Harry był wyczerpany po zapewnianiu Flick, że Louis nie umrze we śnie i że zobaczy go jutrzejszego popołudnia. Zamknął jej drzwi wzdychając cicho i opierając się o nie czołem, zbierając się w sobie, zanim poszedł sprawdzić co u Lottie.
Leżał z nią blisko pół godziny, śpiewając i szepcząc jej do ucha, uspokajając ją, by zasnęła. Była roztrzęsiona przez wypadek. W zasadzie, bardziej przez obrażenia, które odniósł Louis niż przez samo zdarzenie, chociaż nie pokazywała tego w drodze do domu. Rozumiała, że pokazywanie jak źle się czuje w takich okolicznościach, nie pomogłoby nikomu. Jednak teraz bez młodszych sióstr w pobliżu, źle reagowała na stres. Potrzebowała, żeby ktoś ją uspokoił, a jedyną osobą od której tego oczekiwała, nie licząc Louisa, był Harry.
Później chłopak wyplątał się z jej rozluźnionego przez sen ciała, ostrożnie zamykając za sobą drzwi i wyczerpany dowlókł się do kanapy na dole, gdzie zadzwonił do mamy, po czym zapadł w sen.
*~*~*~*
Następnego ranka Harry obudził się o wpół do siódmej. Kanapa była niewygodna i od spania na niej, bolały go plecy, a jak mówił, jego wczesna pobudka nie miała nic wspólnego z tym, że Louis wracał tego dnia do domu. Jego matka przyjechała około 10.30, żeby zaopiekować się dziewczynkami kiedy Harry pojedzie po Louisa do szpitala. Dzięki temu miał uniknąć zbędnych opóźnień, a Louis miał mieć szansę przygotowania się na wybuch ekscytacji, który miał nastąpić, kiedy tylko chłopak przekuśtyka przez próg.
Nie zniknął na tak długo, jednak dla dziewczynek było to jak cztery miesiące i chociaż tego nie okazywały, jego widok w łóżku szpitalnym wstrząsnął nimi wszystkimi.
Około 7 Daisy i Phoebe zbiegły po schodach, z blond włosami rozczochranymi od snu. Kiedy zobaczyły, że Harry nie śi natychmiast zaczęły prosić go o naleśniki. Chłopak łatwo się zgodził, desperacko szukając czegoś co odciągnie jego myśli od tego niebezpiecznego, przerażającego miejsca gdzie kryły się jego uczucia do Louisa.
Daisy i Phoebe usiadły przy stole, rozmawiając z podekscytowaniem, kiedy Harry krzątał się po kuchni robiąc naleśniki. Dziewczynki nie zwracały na niego uwagi dopóki naleśniki nie stanęły przed nimi na stole.
-Tatusiu? – spytała Phoebe, powodując, że Harry się zakrztusił.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że pozostałe dziewczynki też go tak nazywają. Nie był pewien czy to było dobre, czy nie.
-Tak, Phoebe?
-Kiedy twoja mama, przyjedzie, jak mamy ją nazywać?
-To dobre pytanie, skarbie – odpowiedział marszcząc brwi – Naprawdę nie wiem jak na to odpowiedzieć. Będziecie musiały ją zapytać.
-Możemy do niej mówić babciu? – tym razem odezwała się Daisy - Bo ty jesteś tatusiem, a ona jest twoją mamą, czyli babcią, prawda?
Harry zamarł z naleśnikiem w połowie drogi do ust.
-Daisy, wiecie, że nie jestem naprawdę waszym tatusiem, tak?
Ona spojrzała na niego zdziwiona.
-Tak, ale jesteś w połowie drogi. Kochasz Louisa, który jest zupełnie jak nasz tatuś, a Louis kocha ciebie. Pewnego dnia weźmiecie ślub i naprawdę będziesz naszym tatusiem. Więc możemy cię tak nazywać, prawda?
Harry zakrztusił się, a na jego policzkach zakwitły rumieńce, kiedy o tym pomyślał. Tak pomyśał o tym. Ślub… Rodzina… Pocałunki… Miesiąc miodowy… Och, boże dość. Nie możesz tego robić, kiedy one są w pokoju, a Daisy czeka na odpowiedź. Odpowiedz jej kretynie.
Harry odkaszlnął.
-Eee… Tak… Myślę, że tak.
Twarze bliźniaczek pojaśniały, a dziewczynki były najwyraźniej zadowolone z tego, że wszystko zostało wyjaśnione.
Kiedy skończyli jeść, Harry zabrał je na górę, by się ubrały, zobaczył, że Georgia również się obudziła i jej również pomógł się ubrać. Potem usiadł z nimi przed telewizorem oglądając Spongeboba, Georgia z talerzem naleśników stojącym na stoliku przed nią. W końcu ruszył, żeby przygotować posłanie dla swojej mamy. W piwnicy był pokój gościnny, więc chłopak zaścielił łóżko czystą pościelą i posprzątał pomieszczenie, uważając by nic nie wyrzucić.
Zajęło mu to zaskakująco dużo czasu i kiedy skończył była 10. Wrócił na górę, gdzie ujrzał wszystkich poza Lottie na kanapie przed telewizorem kompletnie pochłoniętych bajką. Nałożył kolejne dwa talerze podgrzanych naleśników, po czym jeden z nich postawił przed Flick, a z drugim ruszył na górę, by obudzić Lottie.
Uchylił drzwi i zajrzał do pokoju. Parsknął, kiedy zobaczył ją rozciągniętą na całym łóżku, zajmującą tak wiele miejsca jak to tylko możliwe. Otworzył lekko drzwi, na palcach podszedł do jej łóżka i potrząsnął delikatnie jej ramieniem.
-Lottie – szepnął, uśmiechając się, kiedy odowiedział mu tylko jęk – Wstajemy, skarbie, musisz wstać. Chcę, żebyście były ubrane, kiedy przyjedzie moja mama, więc wstań proszę.
Lottie podniosła głowę i spojrzała na niego zaspana.
-Śpię – mruknęła nierwyraźnie, ponownie chowając twarz w zgięciu łokcia.
Harry zaśmiał się cicho.
-Właśnie widzę. Nie jesteś ani trochę podekscytowana tym, że Louis wraca do domu?
Jej głowa wystrzeliła do góry, a ona wstała opierając się na wszystkich czterech kończynach, po czym przysiadła na piętach.
-Louis wraca do domu? Ach tak! Wraca do domu! – uśmiechnęła się, a w jej oczach zamigotały radosne iskierki.
Harry również się uśmiechnął.
-Tak, a moja mama przychodzi, żeby się wami zająć, żebym mógł po niego pojechać, więc wstawaj z tego łóżka, dziewczyno!
Zaśmiała się po czym wyskoczyła z łóżka i podbiegła do szafy. Harry opuścił pokój schodząc na dół. Lottie dołączyła do nich kilka minut później i usiadła przy stole przysuwając do siebie talerz z naleśnikami.
Kiedy minuty mijały, Harry był coraz bardziej niecierpliwy. Był gotowy do wyjścia, chciał już pojechać do Louisa. Kiedy jego matka, Anne w końcu przyjechała, pospiesznie przedstawił ją dziewczynkom. Kiedy doszedł do Daisy, ona uśmiechnęła się radośnie, a w jej oczach widniało pytanie.
-Możemy nazywać cię babcią? Tatuż powiedział, że mamy spytać ciebie, bo on nie wie – spytała niewinnie.
Brwi Anne powędrowały do góry. Rzuciła Harry’emu jedno ze spojrzeń typu „porozmawiamy o tym później”. On tylko wzruszył ramionami zbyt nieciepliwy, żeby się zawstydzić.
-Nie widzę powodu, żebyście nie mogły. Mi to nie przeszkadza – powiedziała powoli uśmiechając się.
Bliźniaczki pisnęły cicho. Harry ponownie zerknął zniecierpliwiony na zegar. Jego matka zauważyła to z rozdrażnieniem.
-Harry po prostu jedź po niego. Przez ciebie sama się denerwuję, kiedy tak tu stoisz – parsknęła.
Uśmiech, który pojawił się na ustach chłopaka był oślepiając. Nachylił się, by cmoknąć ją w policzek, zanim ucałował dziewczynki na pożegnanie i wybiegł przez drzwi.
*~*~*~*
Rudowłosa pielęgniarka, którą pamiętał ze wczoraj przywitała go z uśmiechem.
-Właśnie się ubiera. Zejdzie tu za chwilę. Proszę zaczekać chwilę – powiedziała łagodnie.
Rozpromienił się, praktycznie biegnąc w podskokach, by usiąść w poczekalni. Nie powinienem być tak podekscytowany, że go zobaczę, pomyślał, więc czemu jestem? Szybko stłumił tą myśl w swojej głowie, nie chcąc by jego umysł odbiegł w to nadal mylące miejsce, gdzie ostatnio często bywał.
Podniósł wzrok, kiedy przez podwójne drzwi wyszła inna pielęgniarka popychając wózek inwalidzki na którym siedział Louis. Jego ramie było zakryte pomarańczowym gipsem, jego głowa była obandażowana, a jego twarz podekscytowana. Jego oczy od razu odnalazły oczy Harry’ego, a na twarzach obu chłopców zakwitły identyczne uśmiechy. Harry podniósł się i podszedł do przyjaciela, który ignorując protest pielęgniarki podniósł się z wózka i wpadł w wyciągnięte ramiona przyjaciela. Obaj zaśmiali się radośnie. Radość Harry’ego wynikała z widoku Louisa opuszczającego miejsce, gdzie mógł zginąć, a Louis bo wreszcie wychodził z tego dusznego, starego szpitala. Ich śmiechy były wesołym dźwiękiem, który rozbrzmiał w uszach każdego dookoła. Uścisnęli się, upewniając drugiego, że u nich w porządku, a to naprawdę się dzieje.
Harry odsunął się, uśmiechając się na widok przepięknej twarzy Louisa. Louis automatycznie odwzajemnił uśmiech, wspinając się na palce, by złożyć na policzku przyjaciela czuły pocałunek. Harry parsknął śmiechem.
-Chodź szalony Lou. Zabierzemy cię z tąd – rzucił Harry dokuczliwie. Louis pisnął lekko oszołomiony, jednak wyrwał się z ramion Harry’ego i pobiegł w kierunku drzwi. Uśmiech Harry’ego złagodniał, kiedy poszedł za Lou, wspierając go – Zwolnij, tygrysie. Proszę, spróbuj się znowu się nie uszkodzić – powiedział łagodnie.
Poprowadził Louisa do samochodu żegnając się z pielęgniarkami, kiedy odjeżdżali.
*~*~*~*
Podczas jazdy samochodem wyjąc razem z wykonawcami, których piosenki puszczali w radio, przerywając tylko na chwilę, by trochę porozmawiać. Kiedy wjechali na podjazd, Louis zaczął bawić się i wykręcać swoje palce ze zdenerwowania. Harry spojrzał na niego.
-Wszystko w porządku, Lou? – spytał łagodnie.
Louis spojrzał na niego, a po wyrazie jego twarzy widać było, że jest zdenerwowany.
-Denerwuję się poznaniem twojej mamy – przyznał – Co jeśli mnie nie polubi?
-Polubi cię – obiecał Harry – bo ja cię lubię. Po prostu… Spróbuj się nie denerwować. To jedyna rzecz, której nie lubi. Kiedy ludzie się denerwują w jej obecności. Jest bardzo przyjazną i otwartą osobą, więc nie lubi, kiedy lydzie czują, że nie mogą z nią porozmawiać i po prostu powiedzieć co im chodzi po głowie.
Louis westchnął.
-Dobrze. No to lećmy.
Harry uśmiechnął się i poklepał go po plecach.
-O tym mówiłem, Lou. W takim razie, chodź.
Wysiedli z samochodu, a Louis zachwiał się lekko, ale udało mu się utrzymać w pionie bez pomocy. Harry podszedł blisko niego, gotowy złapać go, gdyby było to potrzebne. Popchnął drzwi i wszedł do środka przed Lou. Dziewczynki Dziewczynki wypadły pędem z korytarza z szerokimi uśmiachemi przyklejonymi do twarzy, na widok których Harry uniósł ręce z wahaniem.
-Dziewczynki, dziewczynki, wolniej. Ostrożnie, dobrze? Dopiero wyszedł ze szpitala i nie jest jeszcze w stuprocentowej formie – powiedział surowo.
Dziewczynki pokiwały głowami i zbliżyły się do brata o wiele ostrożniej. Każda po kolei przytuliła go mocno. Mama Harry’ego stała w korytarzu obserwując zaistniałą sytuację z zainteresowaniem.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy Harry kucnął tak, że jego twarz znajdowała się na wysokości buzi Phoebe i spytał czy dobrze się bawiła. Dziewczynka uśmiechnęła się i pokiwała gwałtownie głową wyciągając ręce w jego stronę. Harry przytulił ją do siebie, obejmując ją ramionami i opierając ją na swoim biodrze. Ona oparła główkę na jego ramieniu, a z jej ust wyrwało się ciche westchnienie. Anne uśmiechnęła się do Georgii, kiedy dziewczynka podeszła do niej i objęła ją ramionami w talii. Właśnie na to czekała. Na rodzinę. Na wnuki. Miała tylko nadzieję, że Harry tego nie zepsuje.
Obserwowała ich przez cały dzień i zauważyła, że Harry jest bardzo blisko z dziewczynkami i ich bratem. Wszystkie nazywały go tatą, lub tatusiem, a Harry wytumaczył jej, że to ich niedawno rozpoczęty nawyk, który przyjął się po wypadku. Spędzili cały dzień kręcąc się w okolicy domu. Harry zabierał Daisy, Phoebe i Georgię do parku na końcu ulicy, kiedy zaczęły nudzić się w domu i zaczęły trochę za bardzi szturchać Louisa.
Kolacja była około 18, a jadalnię wypełnił gwar dziecięcych rozmów. Dziewczynki pochłaniały jedzenie z talerzy jakby nie jadły od wieków. Później Harry włączył film „Shrek”, a wszyscy zebrali się w salonie, żeby obejrzeć go razem. Georgia przytuliła się do boku Anne, zaspana śmiejąc się z bajki. Harry usiadł tak, że plecami opierał się o podłokietnik kanapy, Louis usadowił się między nogami Harry’ego, a ramiona chłopaka objęły jego plecy. Anne cały czas obserwowała ich kątem oka, uśmiechając się, kiedy Louis ukrywał twarz w szyi Harry’ego, a dłoń jej syna automatycznie wędrowała do włosów drugiego chłopaka, żeby go po nich pogłaskać. Louis zasnął po trzech kwadransach opadając na klatkę piersiową Harry’ego. Anne zakryła uśmiech dłonią, kiedy jej syn zaczął się wiercić dopóki Louis nie znalazł się w jego ramionach, w sposób w jaki trzyma się panny młode i zabrał chłopaka z pokoju, jak wywnioskowała, do łóżka. Harry wrócił kilka minut później, obserwując zaspane twarze dziewczynek i decydując się wyłączyć film. Dookoła rozległy się protesty, jednak wszyscy byli wyczerpani po długim i ekscytującym dniu. Harry wziął Phoebe na ręce i zaniósł ją do jej pokoju. Daisy uczepiła się jego dłoni i pozwoliła się pociągnąć na górę.
Anne pomogła Harry’emu położyć dziewczynki spać, zajmując się głównie Georgią, która po ułożeniu ją do łóżka przez Anne, poprosiła ją o przekazanie Harry’emu (albo Tatusiowi) że może przyjść pocałować ją na dobranoc. Uśmiechnęła się i poszła znaleźć Harry’ego. Znalazła go, zamykającego drzwi do pokoju bliźniaczek. Potem ruszył do pokoju Georgii i pocałował ją na dobranoc, szepcząc „słodkich snów, skarbie”. Anne cofnęła się ze łzami w oczach zastanawiając się jak to możliwe, że Harry nie widzi jak bardzo ta rodzina go kochała i potrzebowała. Jak bardzo on kochał i potrzebował ich. Po cichu zamknął drzwi pokoju dziewczynki, podchodząc do matki i całując ją w policzek, mamrocząc krótkie dobranoc, zanim ruszył korytarzem do pokoju Flick. Anne zeszła po schodach nie chcąc przeszkadzać uśpionym już mieszkańcom i ruszyła do swojego pokoju.
*~*~*~*
Harry sapnął ciężko. Pot perlił się na jego szyi. Chłodne palce zacisnęły się na jego lokach, a palce drugiego mężczyzny paliły jego skórę z każdym czułym i przyciągającym go dotykiem. Harry przycisnął go mocniej do ściany, a jego biodra zetknęły się z miednicą mężczyzny. Pochylił się łapiąc między zęby delikatną skórę na szczęce mężczyzny, czując na ustach drapiący, kilkudniowy zarost. Mężczyzna wplótł palce głębiej w włosyHarry’ego i odchylił głowę uderzając nią o ścianę. Harry spojrzał na niego spod rzęs napawając się widokiem roztrzepaej grzywki i delikatnych kości policzkowych. Mężczyzna zauważył, że Harry zaprzestał wykonywania czynności, otworzył oczy i spojrzał na niego najbardziej niebieskimi oczami jakie Harry kiedykolwiek widział.
Louis pociągnął Harry’ego za loki, domagając się kontynuowania przerwanych czynności. Z gardła Harry’ego wyrwał się jęk, a on szarpnął biodrami do przodu, zderzając się z miednicą Louisa, zanim opuścił głowę i ukrył twarz w zagięciu szyi chłopaka.
Przycisnął nos do skóry za uchem Louisa. Zapach był tak słodki, że nie mógł się powstrzymać od wysunięcia języka i posmakowania jej. Louis jęknął, a Harry uśmiechnął się. Jego język jeszcze raz przebiegł po skórze za uchem Louisa drażniąc językiem to miejsce, jak kot. Louis zakołysał biodrami, a jego powieki opadły. W odpowiedzi Harry podniósł go nadal przyciskając do ściany. Nogi Louisa automatycznie owinęły się wokół talii Harry’ego. Harry jęknął, nowe położenie dawło mu o wiele więcej dostępu. Ponownie wypchnął biodra w kierunku Louis, niemal mdlejąc z powodu odczuć. Wrócił do szyi Louisa i zaczął ssać czując jak skóra chłopaka puchnie. Puścił ją i przebiegł językiem po siniaku, łagodząc ból. Louis poruszył się, a jego plecy wygięły się w łuk, kiedy wypchnął biodra w stronę Harry’ego. Wyciągnął szyję, a jego usta musnęły ucho Harry’ego.
-Harry – szepnął ponaglająco – Harry… Harry, wstawaj. Harry.
To nie miało żadnego sensu. Dlaczego Louis kazał mu wstawać, przecież dopiero zaczynała się ta dobra część.
Harry… Na miłość boską! Harry nie jesteś psem. Proszę obudź się i przestań kopać mnie w nogę.
Głos Louisa był rozbawiony, ale rozdrażniony. Ten dźwięk wstrząsnął Harrym i
Natychmiast go obudził.
Pierwszą rzeczą, którą zauważył było to, że był boleśnie twardy. Drugą rzeczą, którą zauważył, był Louis zerkający na niego z rozbawieniem. Popukał Harry’ego w klatkę piersiową.
-Chyba powinieneś pójść do łazienki i… Zająć się twoim problemem – uśmiechnął się – Wróć, kiedy się doprowadzisz do ładu.
Harry jęknął czując jak upokorzenie przepływa przez jego żyły. Boże, pomyślał, co się z tobą dzieje, Styles? Stoczył się z łóżka i kaczkowatym krokiem ruszył do łazienki obok pokoju Louisa ignorując chichot dochodzący z jego sypialni.
Zamknął drzwi i przekręcił klucz w zamku, by mieć pewność, że nikt mu nie przerwie. Miał dość wstydu jak na jedną noc.
Wsunął rękę do bokserek i jęknął desperacko próbując nie myśleć o mężczyźnie czekającym na niego w sypialni. Och, Boże, on czeka na mnie w sypialni. To mogło zostać uznane za eufemizm. Ta myśl sprawiła, że z jego ust wyrwał się kolejny jęk. Szybko zdjął bokserki, nie za bardzo uśmiechało mu się kupowanie nowych po wszystkim. To bez wątpienia wywołało by o Louisa śmiech.
Usiadł na brzegu wanny. Chłodna porcelana działała kojąco na jego rozpaloną skórę. Jego dłonie pracowały szybko, szarpiąc i ciągnąc. Jego oddech przyspieszył i stał się urywany i nierówny, z każdym ruchem jego palców. Twarz Louisa przemknęła przed jego oczami. Najpierw ujrzał Louisa ze swojego snu, na ten widok poczuł ogień płynący przez jego żyły, a skóra zaczęła go palić, dopóki obraz nie przekształcił się w jego Louisa. Louisa, który żartował za każdym razem, gdy zdarzyła się ku temu okazja, Louisa który kochał swoje siostry bardziej niż cokolwiek innego, Louisa który był zawzięty, kochający i piękny. Louisa, który codziennie powtarzał mu, że go kocha. Słyszał jak szepcze te słowa do jego ucha. Kocham cię.
Z tą myślą szczytował. Jego plecy wygięły się w łuk, a z jego gardła wyrwał się bolesny, zduszony jęk. Osunął się po wannie, jego mięśnie zwiotczały z wyczerpania.
Spojrzał na ścianę i jęknął. Narobił niezłego bałaganu, czyż nie? Westchnął i podniósł się zaciągając zasłonę prysznica, zanim włączył wodę. Uderzyła o ścianę i zmyła z niej wszystko, podczas gdy on zastanawiał się co to właściwie znaczyło.
Tak naprawdę wysnuwał tylko jeden wniosek i był głupcem próbując wcześniej temu zaprzeczyć. Naprawdę, zakochiwał się w swoim najlepszym przyjacielu.
To zdecydowanie nie było w porządku. Nie mógł tego zrobić. Nie tylko dlatego, że nie był gejem, ale Louis był jego najlepszym przyjacielem i potrzebował go, żeby trzymać się w kupie, nie żeby jeszcze bardziej rozrywać go na strzępy, do czego nieuchronnie prowadziło zakochanie się w najlepszym przyjacielu. Jeśli jego uczucia nie były odwzajemnione to mogło zniszczyć ich obu.
Harry obrócił się nieco, pozwalając strugom wody spłynąć po jego ramionach. Z drugiej strony, jeśli było odwzajemnione… Nie. Nie mógł iść tą drogą. To prowadziłoby do zrobienia sobie nadziei , a nadzieja do złamanego serca.
Gwałtwnie zakręcił korki, wyłączając wodę i stając na podłodze. Wytarł się szybko, zanim ponownie założył bokserki. Otworzył drzwi i potykając się w ciemnym korytarzu kiedy ruszył z powrotem do pokoju Louisa. Delikatnie otworzył drzwi i ujrzał Louisa w łóżku, zwróconego plecami w jego stronę. Ostrożnie i po cichu wszedł do sypialni, unikając piszczącej podłogi w okolicach łóżka i omijając ubrania rozrzucone po podłodze. Uniósł kołdrę i wsunął się pod nią kładąc się za Lou. Louis mruknął coś przez sen, poruszając się troszkę i przewracając się, układając głowę przy głowie Harry’ego.
-Jak tam, skarbie? – mruknął w szyję Harry’ego.
Chłopak poczuł, że jego policzki płoną z upokorzenia. Jęknął.
-Nigdy nie pozwolisz mi o tym zapomnieć, prawda? – spytał go.
Poczuł jak Louis uśmiecha się w jego szyję
-Nie – zachichotał – To zbyt zabawne. A teraz idź spać i nie budź mnie znowu. Spróbuj się kontrolować, dobrze?
Harry wywrócił oczami i ostrożnie objął Louisa w talii.
-Dobrze, a teraz zamknij się głupku – mruknął.
*~*~*~*
Następny ranek był niewiarygodnie niezręczny dla Harry’ego. Louis nie widział nic złego w dokuczanio mu przy wszystkich, wliczając jego mamę. Każde zdanie, które powiedział, zawierało jakiś zmyślnie ukryty eufemizm, nie pozwalając twarzy Harry’ego powrócić do normalnej barwy.
Po boleśnie długim śniadaniu, Louis ogłosił, że idzie wziąć prysznic, mrugając do Harry’ego kiedy opuszczał pomieszczenie. Mama Harry’ego oczywiście wszystko widziała i zaciągnęła Harry’ego do kuchni.
-Mamo, muszę pomóc Daisy i Phoebe przygotować się do szkoły –zaprotestował słabo – Musimy wyjść za kwadrans.
Jego matka wywróciła oczami.
-Harry myślę, że możesz poświęcić parę minut na rozmowę z matką – oznajmiła surowo – Więc wyjaśnij mi, kiedy ty i Louis zaczęliście ze sobą spać?
-C-co? O czym ty mówisz? – wyrzucił z siebie – Nie śpię z Lou! Znaczy… Śpię, ale nie w ten sposób.
-Harry, coś się stało poprzedniej nocy – oznajmiła pewnie – A ty mi powiesz co to było.
-Er… - zaczął niezręcznie – Ja… Uh… Mogłem… Mogłem mieć… Er… Sen poprzedniej nocy i… och, Boże. Nie mogę ci tego powiedzieć!
-Miałeś erotyczny sen o nim, prawda?
-Ja… Nie! – oznajmił pospiesznie – Nie, ja zdecydowanie nie… Dobrze, tak miałem.
Jego matka wywróciła oczami.
-Boże, to takie zawstydzające. W tym śnie ja… No wiesz… Byłem z nim i ja, uh… Ja… Odbywałem stosunek… Z nim…?
Jego matka zacisnęła usta w wąską linię, próbując ukryć rozbawienie, dając mu sygnał, by kontynuował. Harry westchnął.
-Louis obudził się, a potem obudził mnie i powiedział mi, żebym… Zajął się swoim problemem i wrócił, kiedy skończę.
-I to zrobiłeś. Zająłeś się swoim problemem, a potem znowu położyłeś się z nim do łóżka.
Harry potarł swój kark, zażenowany. Nigdy nie myślał, że będzie rozmawiał o tym z matką. Oczywiście, kochał ją i ufał jej radom, ale to było przekroczenie linii. Jego matka nie powinna wiedzieć, że to robił. Nigdy. Po prostu… Po prostu nie.
-Harry, zadam ci pytanie i chcę, żebyś odpowiedział na nie szczerze – matka spojrzała na niego uważnie – Czy jesteś w nim zakochany?
Harry zawstydzony zacisnął powieki.
-Nie, ale sądzę, że jestem tego bliski – mruknął cicho.
Anne westchnęła. Jej syn brzmiał jakby był załamany z tego powodu.
-To nie jest zła rzecz, Harry. Nikogo nie będzie obchodziło czy go lubisz – powiedziała łagodnie.
Syn spojrzał na nią pokonany.
-To nie prawda. Jego może to obchodzić. Nie mogę go stracić, mamo. Wolę być jego przyjacielem niż w ogóle nie móc przy nim być – szepnął smutno.
Jej oczy złagodniały i otworzyła usta, by powiedzieć mu co o tym muśli, kiedy Daisy weszła do kuchni trzymając swoje buty. Harry odwrócił się do swojej matki po tym jak wziął od Daisy buty.
-Przepraszam, ale naprawdę musimy iść. One mają szkołę, a ja pracę. Porozmawiamy później, obiecuję.
Pocałował ją w policzek, po czym ruszył za Daisy na schody gdzie siedziała Phoebe. Odłożył buty Daisy schylając się i zawiązując najpierw buty Phoebe, zanim podniósł Daisy i usadził ją na schodach, by zawiązać jej. Cała trójka krzyknęła pożegnanie, po czym wzięła swoje torby i ruszyła do szkoły.
Poruszył nią lekko w swoich ramionach. Jej dziesięcioletnia sylwetka nie pasowała do jego ramion. Powoli ruszył do ławki i usadził dziewczynkę na jednej z nich, okrywając ją swoją kurtką, zanim podszedł do pielęgniarki.
-Przyszedłem do Louisa Tomlinsona? – spytał nerwowo.
Jedna z kobiet z jasno rudymi włosami spiętymi w koka na czubku głowy, podeszła do niego
-Jest pan spokrewniony? – spytała.
-Ja… Tak. Tak jestem – powiedział, a motyle w jego brzuchu ponowne dały o sobie znać.
Spojrzała na niego, po czym westchnęła.
-Obawiam się, że nie może pan go jeszcze zobaczyć. Jest operowany. Damy panu znać kiedy coś się zmieni, ale na razie radziłabym po prostu czekać. Jeżeli mała będzie czegokolwiek potrzebowała, proszę pytać bez wahania – oznajmiła uprzejmie – Biedne dziecko, jest załamane. Cały czas pytała o tatusia. Myślę, że nie wytrzymałaby bez pana dłużej.
Uśmiechnął się w jej stronę, mamrocząc ciche podziękowanie, zanim wrócił na ławkę, gdzie spała Lottie. Delikatnie uniósł jej głowę i ułożył ją na swoich kolanach, głaszcząc ją po włosach. Coś w jej kieszeni zaczęło wibrować, więc nachylił się i wyciągnął z niej telefon Louisa. Na wyświetlaczu wyświetliło się imię Caroline. Harry zamarł.
-Halo? – odebrał.
-Pan Styles? – Caroline była zmieszana – Czemu odbiera pan telefon Louisa?
-Jestem w szpitalu. Miał wypadek samochodowy. Naprawdę nie mogę teraz rozmawiać – powiedział szybko.
-Mój boże! Nic mu się nie stało? Przyjechałam do jego domu, żeby odstawić Daisy i Phoebe i zastałam jego dwie siostry siedzące na schodach – wyjaśniła – Czy mogę coś zrobić, żeby pomóc? Mam je tam zabrać?
-Tak naprawdę, to mogłabyś nam pomóc i to bardzo – Harry odetchnął z ulgą – Lottie jest tu ze mną i nie chce się stąd ruszyć, w razie gdyby coś się stało jej bratu. Po prostu… Powiedz Flick i Georgii, że się ze mną zobaczą. Jestem w szpitalu Świętej Marii.
Usłyszał jak kobieta wypuszcza powietrze.
-Oczywiście. Do zobaczenia panie Styles.
*~*~*~*
Harry nawet nie zorientował się, że zapadł w drzemkę dopóki nie obudziły go rozmowy bliźniaczek. Jego lewa ręka zdrętwiała od podtrzymywania głowy i stracił czucie w nodze na której spoczywała głowa Lottie.
Georgia zauważyła go pierwsza. Jej przerażone oczy spotkały się z jego już kiedy weszła do poczekalni. Podbiegła do niego natychmiast. Kiedy stanęła przed nim, przyciągnął ją ostrożnie do swojej klatki piersiowej, tak żeby jej nogi nie uderzyły w głowę Lottie. Dziewczynka chwyciła się go mocno, mamrocząc w jego szyję.
-Mamusia i Tatuś umarli w szpitalu – szepnęła – Poczekalnia wyglądała tak samo jak ta i Louis zostawił nas na chwilę z pielęgniarką, kiedy poszedł ich zobaczyć. Wrócił płacząc. Proszę, nie wracaj płacząc.
Serce Harry’ego pękło, kiedy usłyszał te słowa wyszeptane w jego szyję. Te dziewczynki już straciły rodziców, czy naprawdę miały stracić też brata?
Flick znalazła się po jego lewej i chwyciła jego dłoń, jej policzki były mokre od łez. Uścisnął jej dłoń nie bardzo wiedząc co jeszcze może zrobić. Caroline podeszła bliżej, a Daisy i Phoebe ucichły kiedy zobaczyły w jakim stanie są ich siostry. Podbiegły i chwyciły się nóg Harry’ego. Caroline otuliła się ściśle swoim cardiganem.
-Ma pan jakieś wieści, panie Styles? Z Louisem będzie w porządku?
-Możesz mnie nazywać po prostu „Harry”? Naprawdę nie mam teraz siły na „Pana Stylesa“. Poza tym nie, nie wiem – wymamrotał gorzko.
Caroline skinęła głową poruszając się nerwowo.
-Mogę spytać, jak to się stało, że dziewczynki cię znają? Po prostu… Wydajecie się być naprawdę blisko -
“Do you mind me asking how the girls know you? It’s just… You all seem really close – urwała.
-Nie, w porządku. Louis i ja jesteśmy blisko. Często ich odwiedzam, a w piątki opiekuję się Daisy i Phoebe, a Louis przyprowadza pozostałe dziewczynki, kiedy wrócą ze szkoły – poprawił Georgię siedząca na jego nogach tak by jej kolano nie spoczywało na jego kroczu – Są dla mnie niemal jak rodzina.
Oczy Harry’ego spojrzały nad ramieniem Caroline. Zauważył doktora, podchodzącego do rudej pielęgniarki. Ona zerknęła na niego, po czym ponownie zwróciła wzrok na doktora, zanim skinęła głową i coś powiedziała. Lekarz odwrócił się i przeszedł przez podwójne drzwi. Kobieta podeszła do dziewczynek, które otaczały Harry’ego.
-Proszę pana?
Usiadł prosto, delikatnie odciągając od siebie Georgię.
-Czy mogę z panem porozmawiać na osobności? Nie wiem czy rozsądnie było by omawiać stan pana męża przy małych – szepnęła, jednak Flick i Caroline usłyszały jej słowa.
Harry westchnął i skinął głową zanim ostrożnie postawił Georgię na podłodze oraz zdjął głowę Lottie z kolan. Bliźniaczki, jednak nadal mocno trzymały się jego nóg, a Flick i Georgia próbowały zastąpić mu drogę. Zerknął prosząco na Caroline, która ukucnęła i delikatnie odciągnęła od niego bliźniaczki oraz namówiła Georgię i Flick by usiadły obok niej na ławce. Harry jeszcze raz się odwrócił, zapewniając, że wszystko będzie dobrze i że szybko wróci, zanim podążył za pielęgniarką. Ona złapała podkładkę i przejrzała kartki z ponurym wyrazem twarzy.
-Louis Tomlinson, tak? – Harry skinął – Panie Tomlinson, pana mąż będzie zdrowy, jednak całkowity powrót do zdrowia zajmie trochę czasu. W wypadku uderzył głową w szybę samochodu, a w jego ramię wbiły się spore odłamki szkła. Wyjęliśmy je już i zaszyliśmy ranę, jednak nie będzie mógł ruszać tą ręką przez jakiś czas, szkło wbiło się stosunkowo głęboko i uszkodziło kość. Ma jednak szczęście. Jeszcze trochę i uszkodziło by arterię. Zmienimy bandaż i szwy jutro rano i będziemy musieli założyć gips na cztery tygodnie. Potem przyjdą państwo na kontrolę, zdejmiemy gips i szwy. Od tamtego czasu, zobaczymy… Czasami takie rzeczy goją się naprawdę dobrze i szybko, jednak inni nie są takimi szczęściarzami. Pan Tomlinson jest teraz przytomny, gdyby chciał go pan zobaczyć. Obawiam się jednak, że nie możemy wpuścić całej rodziny na raz. Najlepiej będzie jak pan porozmawia z nim pierwszy, a potem małe będą wchodzić dwójkami lub pojedynczo. Chce pan go zobaczyć?
Harry pokiwał energicznie głową. Ulga i nadzieja odebrały mu głos. Podążył za rudowłosą pielęgniarką przez podwójne drzwi, przez biały korytarz z dużą ilością okien i drzwi. Wsiedli do windy, która zawiozła ich na trzecie piętro. Przeszli przez kolejny długi korytarz, aż do przeszklonych drzwi, które otworzyły się przed nimi automatycznie.
Tam na łóżku, ze sztywnym białym bandażem wokół głowy siedział Louis. Wyglądał na kompletnie niewzruszonego otoczeniem. Jednak w momencie w którym zobaczył Harry’ego jego twarz pojaśniała. Harry poczuł ulgę rozlewającą się po jego żyłach i przysłoniła jego świadomość tak, że nie był w stanie robić niczego poza patrzeniem na swojego przyjaciela. W końcu podszedł do łóżka. Louis spojrzał na niego z nerwowym uśmiechem. Po minucie nie mógł wytrzymać i delikatnie dotknął ramienia Harry’ego.
-Harry? –szepnął.
Harry dalej patrzył na niego, po czym uderzył go w ramię.
-Ał! – pisnął Louis – Za co to?
-To za to, że myślałem, że jesteś martwy! Boże, Lou, nie waż się więcej mnie tak straszyć – odpowiedział Harry. Jego twarz szybko zmieniła wyraz ze złości na zmęczenie i smutek – Myślałem, że umarłeś, Lou.
Twarz Louisa złagodniała, a chłopak złapał nadgarstek Harry’ego, przyciągnął go do siebie i przytulił. Harry topniał pod jego uściskiem, a jego biodra opadły kiedy usiadł obok Louisa na łóżku. Harry zamrugał, kiedy poczuł pieczenie oczu. Nie, pomyślał, Obiecałem, że nie będę płakać. Boże, Styles, jesteś beznadziejny, ale oczy nie przestawały go kłuć, więc zacisnął ramiona mocniej wokół swojego przyjaciela i ukrył twarz w jego szyi.
Próbował. Naprawdę się starał, ale myśli nie chciały go opuścić. Siedział obok swojego idealnego przyjaciela, który miał szwy na ramieniu i bandaż wokół głowy, a dziś niemal go stracił. Prawie stracił jego, jego objęcia, jego uśmiec, jego śmiech, jego stuknięty styl, jego obsesję na punkcie marchewek i… Boże, tak się czuje kiedy wyrwą serce z piersi?
-Jesteś moim najlepszym przyjacielem – zapłakał – Nie możesz mnie zostawić.
Louis nic nie powiedział, tylko pogłaskał go po plecach kołysząc go. W końcu Harry uspokoił się wystarczająco, żeby przesunąć się i przytulić się do niego na łóżku opierając głowę na ramieniu Louisa. Lou przeczesał jego włosy, tak jak Harry to robił pół godziny temu z Lottie. Podniósł wzrok i spojrzał na swojego przyjaciela, wciąż nie mogąc pojąć jak to możliwe, że mógł go dziś stracić.
-Haz? – spytał Louis, z jakiegoś powodu czując, że musi szeptać – Co się stało?
-Dostałem telefon od Lottie niedługo po tym jak wyszliście – zaczął biorąc wdech – Z nią wszystko było w porządku. Powiedziała mi, że mieliście wypadek i że karetka zabrała was do szpitala Świętej Marii… Gdzie teraz jesteśmy, gdybyś się zastanawiał, więc przyjechałem. Kiedy tu dotarłem to… Szczerze, Lou, nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek był tak załamany. Dosłownie zasnęła z płaczem. Po prostu usnęła w środku płaczu, a potem nie pozwolili mi cię zobaczyć, bo miałeś operację czy coś, więc czekałem z Lottie. Wtedy zadzwoniła Caroline i przyjechała z pozostałymi dziewczynkami i czeka z nimi w poczekalni. Pielęgniarka powiedziała, że nie możemy wejść wszyscy na raz, bo to byłby dla ciebie szok. Ach, a przy okazji, ona myśli, że jesteśmy małżeństwem.
-Co masz na myśli mówiąc, myśli, że jesteśmy małżeństwem? – brwi Louisa powędrowały do góry.
Harry uśmiechnął się niewinnie.
-Powiedziałem, że jestem z tobą spokrewniony, żeby pozwoliła mi ci zobaczyć, a ona od razu przeskoczyła do „męża”, bo Lottie pytała o tatusia i wariowała w tej poczekalni dopóki nie przyszedłem – Harry wzruszył ramionami – Nie mówiłem nic o tym, że jesteśmy małżeństwem, czy że jestem ojcem Lottie.
“I told her I was your kin, so she’d let me see you, and everything. She made the jump to ‘husband’ because Lottie was asking for her daddy and freaking out in the waiting room, and only stopped when I got there,” Harry shrugged, “I didn’t actually say we were married or that I was Lottie’s dad. Okoliczności same ułożyły się w jej głowie w ten pomysł.
Louis prychnął.
-Oczywiście, że tak. Okoliczności często na to ostatnio wskazywały – rozbawione spojrzenie Louisa spoczęło na Harrym, a oni zaśmiali się cicho.
Przerwało im wejście rudowłosej pielęgniarki ze zmęczonym wyrazem twarzy.
-Przepraszam panie Tomlinson, pańska córka się obudziła i ona… Pyta o pana – zakończyła speszona.
Harry usiadł i westchnąwszy, niechętnie wyplątał się z uścisku Louisa.
-Może lepiej pójdę opanować sytuację. Zaraz wrócę – oznajmił ze znużeniem.
Spojrzał jeszcze na Louisa i nie zastanawiając się nad tym co robi, schylił się i pocałował go w policzek.
-Spróbuj uniknąć kłopotów, kiedy mnie nie będzie, dobrze?
Louis bezczelnie wystawił język, a Harry mrugnął w odpowiedzi zanim wyszedł za rudowłosą pielęgniarką z pokoju i ruszył korytarzem. Kiedy byli w windzie, ona uśmiechnęła się lekko i nachyliła się, by wyszeptać do ucha Harry’ego.
-Jesteście piękną parą. No i macie najbardziej urocze małe dziewczynki. Prawdziwe córeczki tatusiów – uśmiechnęła się szeroko.
Harry nie wiedział co powiedzieć, więc po prostu uśmiechnął się i pokiwał głową mamrocząc podziękowanie, żeby nie wyjść na niegrzecznego, jednak ta sytuacja była dla niego krępująca.
Weszli do poczekalni, a Harry automatycznie spojrzał na Lottie. Jego serce zatrzepotało, a jego żołądek opadł.
-Nie – krzyczała – Nie chcę ciebie. Chcę do taty. Teraz.
Harry podszedł do niej delikatnie kładąc dłoń na jej ramieniu. Ona odwróciła się, a na jej twarzy pojawiła się ulga, kiedy go zobaczyła. Rzuciła się na niego i objęła go mocno. Cofnął się parę kroków, otaczając ją ramionami, ona objęła go w pasie, a chłopak nachylił się, żeby złożyć pocałunek na jej włosach.
-Wszystko w porządku, kochana? – spytał.
Ona przycisnęła twarz do jego klatki piersiowej, kiwając głową i potwierdzając, mruknięciem. Spojrzał na Caroline, która posłała mu dziwne spojrzenie. Pokręcił tylko głową, jakby mówił „nie teraz”.
-Chcecie zobaczyć Louisa?
Głowa Lottie natychmiast wystrzeliła do góry, a w jej oczach pojawiły się łzy.
-Wszystko jest w porządku? - wychrypiała
-Lou ma się dobrze – odpowiedział uśmiechając się łagodnie – Ma trochę bandaży, ale ma się dobrze.
Lottie pokiwała głową z ulgą. Harry uśmiechnął się do niej i chwycił jej rękę prowadząc ją w stronę drzwi.
-Chodźmy. Zobaczymy jak się ma.
-Dziewczynki, zwolnijcie, muszę najpierw otworzyć te drzwi! – krzyknął Harry, kiedy Lottie i Flick zaczęły biec w kierunku drzwi. Pomógł wysiąść z samochod Daisy, Phoebe i Georgii zanim zamknął samochód i ruszył za dziewczynkami do drzwi. Kiedy je otworzył, wszyscy wpadli do środka, biegnąc do siebie.
Harry i Louis zgodzili się w kwestii, że Harry powinien zostać u nich jakiś czas, dopóki Louis nie będzie w stanie zająć się sobą i dziewczynkami. Harry zaproponował również, że zaprosi swoją mamę na jakiś czas, żeby opiekowała się Lou, kiedy Harry będzie w pracy. Louis niechętnie się zgodził po tym jak Harry wspomniał, że byłby sam w domu, w ciągu dnia, bo on, Liam i Zayn będą w pracy, a dziewczynki będą w szkole. Poza tym mógłby coś sobie zrobić, a nawet jeśli nie to nudziłby się niemiłosiernie. Poza tym mama Harry’ego umierała z chęci poznania Louisa. Chłopak usłużnie wspomniał mu, że jeśli się zgodzi na pobyt mamy Harry’ego u nich, to na ten czas on i Harry będą musieli dzielić pokój. To nie pomagało Harry’emu w odpędzeniu rosnących w nim uczuć, ale wzruszył ramionami, tak nonszalancko jak tylko mógł i nie, nie zarumienił się, więc przestańcie tak na niego patrzeć.
Dochodziła ósma wieczorem, kiedy ta zbieranina wróciła ze szpitala. Dziewczynki zareagowały zaskakująco spokojnie widząc swojego brata w szpitalnym łóżku, bo rozumiały, że Louis ma się dobrze i że wyzdrowieje niedługo. To co zajęło im najwięcej czasu to niechęć Harry’ego do zostawiania Louisa. Caroline poszła do domu, bo rodzina jej potrzebowała. Dziewczynki siedziały przed pokojem Louisa nudząc się, podczas gdy Harry i Louis rozmawiali przez dobre dwie godziny.
W końcu Lottie przyszła do Sali mówiąc
-Nie chcę wam przeszkadzać ptaszki, ale jesteśmy głodne, więc… Możemy iść?
Harry spojrzał na nią z niechęcią, a ona tylko wywróciła oczami.
-Tato, przecież wrócimy jutro.
Louis uśmiechnął się bezczelnie, widząc jak Harry się czerwieni, nadal nie mogąc się przyzwyczaić do zwyczaju nazywania go tatą. Niechętnie zgodził się i przyprowadził dziewczynki, żeby mogły pożegnać się z Lou. Lottie objęła brata mocno i szepnęła do jego ucha krótkie „Kocham cię”. Harry podszedł do łóżka niepewny jak ma się pożegnać z przyjacielem. Louis wywrócił oczami widząc onieśmielenie Harry’ego. Złapał go za dłoń i przyciągnął do siebie, żeby go objąć. Harry czując jego ramiona wokół siebie zrelaksował się. Louis jeszcze podniósł się i cmoknął go w policzek szepcząc w skórę Harry’ego „dziękuję” i „kocham cię”. Harry zadrżał i poczuł jak jego policzki robią się ciepłe, w jego brzuchu trzepoczą skrzydłami motyle, a jego serce tłucze się o . Po krótkiej chwili zorientował się jednak, że Louis nie mówił tego w sposób w jaki chciał to od niego usłyszeć i odszepnął mu to samo, starając się ukryć nutkę rozczarowania.
Potem wyszli, a Harry jakimś cudem zdołał usadzić dziewczynki w ich fotelikach, w swoim samochodzie i pojechał do domu Louisa, słuchając rozmów dziewczynek i ignorując uśmiech Lottie.
Ugotował dziewczynkom makaron, bo było to szybkie i łatwe, a on naprawdę nie miał siły na gotowanie czy cokolwiek co zajęłoby więcej czasu. Dziewczynki zadowolone zjadły, rozmawiając o tym jak to będzie mieszkać z Lou, Harrym i mamą. Potem przygotowały się do spania. Harry pomógł Daisy i Phoebe przebrać się w ich piżamy i nadzorował to jak myły zęby, a potem ułożył je w łóżkach i przeczytał im bajkę na dobranoc („Musisz zmieniać głos, Tatusiu, tak jak Louis.”) i pocałował je w czoła, zanim zabrał się do położenia Georgii.
Harry był wyczerpany po zapewnianiu Flick, że Louis nie umrze we śnie i że zobaczy go jutrzejszego popołudnia. Zamknął jej drzwi wzdychając cicho i opierając się o nie czołem, zbierając się w sobie, zanim poszedł sprawdzić co u Lottie.
Leżał z nią blisko pół godziny, śpiewając i szepcząc jej do ucha, uspokajając ją, by zasnęła. Była roztrzęsiona przez wypadek. W zasadzie, bardziej przez obrażenia, które odniósł Louis niż przez samo zdarzenie, chociaż nie pokazywała tego w drodze do domu. Rozumiała, że pokazywanie jak źle się czuje w takich okolicznościach, nie pomogłoby nikomu. Jednak teraz bez młodszych sióstr w pobliżu, źle reagowała na stres. Potrzebowała, żeby ktoś ją uspokoił, a jedyną osobą od której tego oczekiwała, nie licząc Louisa, był Harry.
Później chłopak wyplątał się z jej rozluźnionego przez sen ciała, ostrożnie zamykając za sobą drzwi i wyczerpany dowlókł się do kanapy na dole, gdzie zadzwonił do mamy, po czym zapadł w sen.
*~*~*~*
Następnego ranka Harry obudził się o wpół do siódmej. Kanapa była niewygodna i od spania na niej, bolały go plecy, a jak mówił, jego wczesna pobudka nie miała nic wspólnego z tym, że Louis wracał tego dnia do domu. Jego matka przyjechała około 10.30, żeby zaopiekować się dziewczynkami kiedy Harry pojedzie po Louisa do szpitala. Dzięki temu miał uniknąć zbędnych opóźnień, a Louis miał mieć szansę przygotowania się na wybuch ekscytacji, który miał nastąpić, kiedy tylko chłopak przekuśtyka przez próg.
Nie zniknął na tak długo, jednak dla dziewczynek było to jak cztery miesiące i chociaż tego nie okazywały, jego widok w łóżku szpitalnym wstrząsnął nimi wszystkimi.
Około 7 Daisy i Phoebe zbiegły po schodach, z blond włosami rozczochranymi od snu. Kiedy zobaczyły, że Harry nie śi natychmiast zaczęły prosić go o naleśniki. Chłopak łatwo się zgodził, desperacko szukając czegoś co odciągnie jego myśli od tego niebezpiecznego, przerażającego miejsca gdzie kryły się jego uczucia do Louisa.
Daisy i Phoebe usiadły przy stole, rozmawiając z podekscytowaniem, kiedy Harry krzątał się po kuchni robiąc naleśniki. Dziewczynki nie zwracały na niego uwagi dopóki naleśniki nie stanęły przed nimi na stole.
-Tatusiu? – spytała Phoebe, powodując, że Harry się zakrztusił.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że pozostałe dziewczynki też go tak nazywają. Nie był pewien czy to było dobre, czy nie.
-Tak, Phoebe?
-Kiedy twoja mama, przyjedzie, jak mamy ją nazywać?
-To dobre pytanie, skarbie – odpowiedział marszcząc brwi – Naprawdę nie wiem jak na to odpowiedzieć. Będziecie musiały ją zapytać.
-Możemy do niej mówić babciu? – tym razem odezwała się Daisy - Bo ty jesteś tatusiem, a ona jest twoją mamą, czyli babcią, prawda?
Harry zamarł z naleśnikiem w połowie drogi do ust.
-Daisy, wiecie, że nie jestem naprawdę waszym tatusiem, tak?
Ona spojrzała na niego zdziwiona.
-Tak, ale jesteś w połowie drogi. Kochasz Louisa, który jest zupełnie jak nasz tatuś, a Louis kocha ciebie. Pewnego dnia weźmiecie ślub i naprawdę będziesz naszym tatusiem. Więc możemy cię tak nazywać, prawda?
Harry zakrztusił się, a na jego policzkach zakwitły rumieńce, kiedy o tym pomyślał. Tak pomyśał o tym. Ślub… Rodzina… Pocałunki… Miesiąc miodowy… Och, boże dość. Nie możesz tego robić, kiedy one są w pokoju, a Daisy czeka na odpowiedź. Odpowiedz jej kretynie.
Harry odkaszlnął.
-Eee… Tak… Myślę, że tak.
Twarze bliźniaczek pojaśniały, a dziewczynki były najwyraźniej zadowolone z tego, że wszystko zostało wyjaśnione.
Kiedy skończyli jeść, Harry zabrał je na górę, by się ubrały, zobaczył, że Georgia również się obudziła i jej również pomógł się ubrać. Potem usiadł z nimi przed telewizorem oglądając Spongeboba, Georgia z talerzem naleśników stojącym na stoliku przed nią. W końcu ruszył, żeby przygotować posłanie dla swojej mamy. W piwnicy był pokój gościnny, więc chłopak zaścielił łóżko czystą pościelą i posprzątał pomieszczenie, uważając by nic nie wyrzucić.
Zajęło mu to zaskakująco dużo czasu i kiedy skończył była 10. Wrócił na górę, gdzie ujrzał wszystkich poza Lottie na kanapie przed telewizorem kompletnie pochłoniętych bajką. Nałożył kolejne dwa talerze podgrzanych naleśników, po czym jeden z nich postawił przed Flick, a z drugim ruszył na górę, by obudzić Lottie.
Uchylił drzwi i zajrzał do pokoju. Parsknął, kiedy zobaczył ją rozciągniętą na całym łóżku, zajmującą tak wiele miejsca jak to tylko możliwe. Otworzył lekko drzwi, na palcach podszedł do jej łóżka i potrząsnął delikatnie jej ramieniem.
-Lottie – szepnął, uśmiechając się, kiedy odowiedział mu tylko jęk – Wstajemy, skarbie, musisz wstać. Chcę, żebyście były ubrane, kiedy przyjedzie moja mama, więc wstań proszę.
Lottie podniosła głowę i spojrzała na niego zaspana.
-Śpię – mruknęła nierwyraźnie, ponownie chowając twarz w zgięciu łokcia.
Harry zaśmiał się cicho.
-Właśnie widzę. Nie jesteś ani trochę podekscytowana tym, że Louis wraca do domu?
Jej głowa wystrzeliła do góry, a ona wstała opierając się na wszystkich czterech kończynach, po czym przysiadła na piętach.
-Louis wraca do domu? Ach tak! Wraca do domu! – uśmiechnęła się, a w jej oczach zamigotały radosne iskierki.
Harry również się uśmiechnął.
-Tak, a moja mama przychodzi, żeby się wami zająć, żebym mógł po niego pojechać, więc wstawaj z tego łóżka, dziewczyno!
Zaśmiała się po czym wyskoczyła z łóżka i podbiegła do szafy. Harry opuścił pokój schodząc na dół. Lottie dołączyła do nich kilka minut później i usiadła przy stole przysuwając do siebie talerz z naleśnikami.
Kiedy minuty mijały, Harry był coraz bardziej niecierpliwy. Był gotowy do wyjścia, chciał już pojechać do Louisa. Kiedy jego matka, Anne w końcu przyjechała, pospiesznie przedstawił ją dziewczynkom. Kiedy doszedł do Daisy, ona uśmiechnęła się radośnie, a w jej oczach widniało pytanie.
-Możemy nazywać cię babcią? Tatuż powiedział, że mamy spytać ciebie, bo on nie wie – spytała niewinnie.
Brwi Anne powędrowały do góry. Rzuciła Harry’emu jedno ze spojrzeń typu „porozmawiamy o tym później”. On tylko wzruszył ramionami zbyt nieciepliwy, żeby się zawstydzić.
-Nie widzę powodu, żebyście nie mogły. Mi to nie przeszkadza – powiedziała powoli uśmiechając się.
Bliźniaczki pisnęły cicho. Harry ponownie zerknął zniecierpliwiony na zegar. Jego matka zauważyła to z rozdrażnieniem.
-Harry po prostu jedź po niego. Przez ciebie sama się denerwuję, kiedy tak tu stoisz – parsknęła.
Uśmiech, który pojawił się na ustach chłopaka był oślepiając. Nachylił się, by cmoknąć ją w policzek, zanim ucałował dziewczynki na pożegnanie i wybiegł przez drzwi.
*~*~*~*
Rudowłosa pielęgniarka, którą pamiętał ze wczoraj przywitała go z uśmiechem.
-Właśnie się ubiera. Zejdzie tu za chwilę. Proszę zaczekać chwilę – powiedziała łagodnie.
Rozpromienił się, praktycznie biegnąc w podskokach, by usiąść w poczekalni. Nie powinienem być tak podekscytowany, że go zobaczę, pomyślał, więc czemu jestem? Szybko stłumił tą myśl w swojej głowie, nie chcąc by jego umysł odbiegł w to nadal mylące miejsce, gdzie ostatnio często bywał.
Podniósł wzrok, kiedy przez podwójne drzwi wyszła inna pielęgniarka popychając wózek inwalidzki na którym siedział Louis. Jego ramie było zakryte pomarańczowym gipsem, jego głowa była obandażowana, a jego twarz podekscytowana. Jego oczy od razu odnalazły oczy Harry’ego, a na twarzach obu chłopców zakwitły identyczne uśmiechy. Harry podniósł się i podszedł do przyjaciela, który ignorując protest pielęgniarki podniósł się z wózka i wpadł w wyciągnięte ramiona przyjaciela. Obaj zaśmiali się radośnie. Radość Harry’ego wynikała z widoku Louisa opuszczającego miejsce, gdzie mógł zginąć, a Louis bo wreszcie wychodził z tego dusznego, starego szpitala. Ich śmiechy były wesołym dźwiękiem, który rozbrzmiał w uszach każdego dookoła. Uścisnęli się, upewniając drugiego, że u nich w porządku, a to naprawdę się dzieje.
Harry odsunął się, uśmiechając się na widok przepięknej twarzy Louisa. Louis automatycznie odwzajemnił uśmiech, wspinając się na palce, by złożyć na policzku przyjaciela czuły pocałunek. Harry parsknął śmiechem.
-Chodź szalony Lou. Zabierzemy cię z tąd – rzucił Harry dokuczliwie. Louis pisnął lekko oszołomiony, jednak wyrwał się z ramion Harry’ego i pobiegł w kierunku drzwi. Uśmiech Harry’ego złagodniał, kiedy poszedł za Lou, wspierając go – Zwolnij, tygrysie. Proszę, spróbuj się znowu się nie uszkodzić – powiedział łagodnie.
Poprowadził Louisa do samochodu żegnając się z pielęgniarkami, kiedy odjeżdżali.
*~*~*~*
Podczas jazdy samochodem wyjąc razem z wykonawcami, których piosenki puszczali w radio, przerywając tylko na chwilę, by trochę porozmawiać. Kiedy wjechali na podjazd, Louis zaczął bawić się i wykręcać swoje palce ze zdenerwowania. Harry spojrzał na niego.
-Wszystko w porządku, Lou? – spytał łagodnie.
Louis spojrzał na niego, a po wyrazie jego twarzy widać było, że jest zdenerwowany.
-Denerwuję się poznaniem twojej mamy – przyznał – Co jeśli mnie nie polubi?
-Polubi cię – obiecał Harry – bo ja cię lubię. Po prostu… Spróbuj się nie denerwować. To jedyna rzecz, której nie lubi. Kiedy ludzie się denerwują w jej obecności. Jest bardzo przyjazną i otwartą osobą, więc nie lubi, kiedy lydzie czują, że nie mogą z nią porozmawiać i po prostu powiedzieć co im chodzi po głowie.
Louis westchnął.
-Dobrze. No to lećmy.
Harry uśmiechnął się i poklepał go po plecach.
-O tym mówiłem, Lou. W takim razie, chodź.
Wysiedli z samochodu, a Louis zachwiał się lekko, ale udało mu się utrzymać w pionie bez pomocy. Harry podszedł blisko niego, gotowy złapać go, gdyby było to potrzebne. Popchnął drzwi i wszedł do środka przed Lou. Dziewczynki Dziewczynki wypadły pędem z korytarza z szerokimi uśmiachemi przyklejonymi do twarzy, na widok których Harry uniósł ręce z wahaniem.
-Dziewczynki, dziewczynki, wolniej. Ostrożnie, dobrze? Dopiero wyszedł ze szpitala i nie jest jeszcze w stuprocentowej formie – powiedział surowo.
Dziewczynki pokiwały głowami i zbliżyły się do brata o wiele ostrożniej. Każda po kolei przytuliła go mocno. Mama Harry’ego stała w korytarzu obserwując zaistniałą sytuację z zainteresowaniem.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy Harry kucnął tak, że jego twarz znajdowała się na wysokości buzi Phoebe i spytał czy dobrze się bawiła. Dziewczynka uśmiechnęła się i pokiwała gwałtownie głową wyciągając ręce w jego stronę. Harry przytulił ją do siebie, obejmując ją ramionami i opierając ją na swoim biodrze. Ona oparła główkę na jego ramieniu, a z jej ust wyrwało się ciche westchnienie. Anne uśmiechnęła się do Georgii, kiedy dziewczynka podeszła do niej i objęła ją ramionami w talii. Właśnie na to czekała. Na rodzinę. Na wnuki. Miała tylko nadzieję, że Harry tego nie zepsuje.
Obserwowała ich przez cały dzień i zauważyła, że Harry jest bardzo blisko z dziewczynkami i ich bratem. Wszystkie nazywały go tatą, lub tatusiem, a Harry wytumaczył jej, że to ich niedawno rozpoczęty nawyk, który przyjął się po wypadku. Spędzili cały dzień kręcąc się w okolicy domu. Harry zabierał Daisy, Phoebe i Georgię do parku na końcu ulicy, kiedy zaczęły nudzić się w domu i zaczęły trochę za bardzi szturchać Louisa.
Kolacja była około 18, a jadalnię wypełnił gwar dziecięcych rozmów. Dziewczynki pochłaniały jedzenie z talerzy jakby nie jadły od wieków. Później Harry włączył film „Shrek”, a wszyscy zebrali się w salonie, żeby obejrzeć go razem. Georgia przytuliła się do boku Anne, zaspana śmiejąc się z bajki. Harry usiadł tak, że plecami opierał się o podłokietnik kanapy, Louis usadowił się między nogami Harry’ego, a ramiona chłopaka objęły jego plecy. Anne cały czas obserwowała ich kątem oka, uśmiechając się, kiedy Louis ukrywał twarz w szyi Harry’ego, a dłoń jej syna automatycznie wędrowała do włosów drugiego chłopaka, żeby go po nich pogłaskać. Louis zasnął po trzech kwadransach opadając na klatkę piersiową Harry’ego. Anne zakryła uśmiech dłonią, kiedy jej syn zaczął się wiercić dopóki Louis nie znalazł się w jego ramionach, w sposób w jaki trzyma się panny młode i zabrał chłopaka z pokoju, jak wywnioskowała, do łóżka. Harry wrócił kilka minut później, obserwując zaspane twarze dziewczynek i decydując się wyłączyć film. Dookoła rozległy się protesty, jednak wszyscy byli wyczerpani po długim i ekscytującym dniu. Harry wziął Phoebe na ręce i zaniósł ją do jej pokoju. Daisy uczepiła się jego dłoni i pozwoliła się pociągnąć na górę.
Anne pomogła Harry’emu położyć dziewczynki spać, zajmując się głównie Georgią, która po ułożeniu ją do łóżka przez Anne, poprosiła ją o przekazanie Harry’emu (albo Tatusiowi) że może przyjść pocałować ją na dobranoc. Uśmiechnęła się i poszła znaleźć Harry’ego. Znalazła go, zamykającego drzwi do pokoju bliźniaczek. Potem ruszył do pokoju Georgii i pocałował ją na dobranoc, szepcząc „słodkich snów, skarbie”. Anne cofnęła się ze łzami w oczach zastanawiając się jak to możliwe, że Harry nie widzi jak bardzo ta rodzina go kochała i potrzebowała. Jak bardzo on kochał i potrzebował ich. Po cichu zamknął drzwi pokoju dziewczynki, podchodząc do matki i całując ją w policzek, mamrocząc krótkie dobranoc, zanim ruszył korytarzem do pokoju Flick. Anne zeszła po schodach nie chcąc przeszkadzać uśpionym już mieszkańcom i ruszyła do swojego pokoju.
*~*~*~*
Harry sapnął ciężko. Pot perlił się na jego szyi. Chłodne palce zacisnęły się na jego lokach, a palce drugiego mężczyzny paliły jego skórę z każdym czułym i przyciągającym go dotykiem. Harry przycisnął go mocniej do ściany, a jego biodra zetknęły się z miednicą mężczyzny. Pochylił się łapiąc między zęby delikatną skórę na szczęce mężczyzny, czując na ustach drapiący, kilkudniowy zarost. Mężczyzna wplótł palce głębiej w włosyHarry’ego i odchylił głowę uderzając nią o ścianę. Harry spojrzał na niego spod rzęs napawając się widokiem roztrzepaej grzywki i delikatnych kości policzkowych. Mężczyzna zauważył, że Harry zaprzestał wykonywania czynności, otworzył oczy i spojrzał na niego najbardziej niebieskimi oczami jakie Harry kiedykolwiek widział.
Louis pociągnął Harry’ego za loki, domagając się kontynuowania przerwanych czynności. Z gardła Harry’ego wyrwał się jęk, a on szarpnął biodrami do przodu, zderzając się z miednicą Louisa, zanim opuścił głowę i ukrył twarz w zagięciu szyi chłopaka.
Przycisnął nos do skóry za uchem Louisa. Zapach był tak słodki, że nie mógł się powstrzymać od wysunięcia języka i posmakowania jej. Louis jęknął, a Harry uśmiechnął się. Jego język jeszcze raz przebiegł po skórze za uchem Louisa drażniąc językiem to miejsce, jak kot. Louis zakołysał biodrami, a jego powieki opadły. W odpowiedzi Harry podniósł go nadal przyciskając do ściany. Nogi Louisa automatycznie owinęły się wokół talii Harry’ego. Harry jęknął, nowe położenie dawło mu o wiele więcej dostępu. Ponownie wypchnął biodra w kierunku Louis, niemal mdlejąc z powodu odczuć. Wrócił do szyi Louisa i zaczął ssać czując jak skóra chłopaka puchnie. Puścił ją i przebiegł językiem po siniaku, łagodząc ból. Louis poruszył się, a jego plecy wygięły się w łuk, kiedy wypchnął biodra w stronę Harry’ego. Wyciągnął szyję, a jego usta musnęły ucho Harry’ego.
-Harry – szepnął ponaglająco – Harry… Harry, wstawaj. Harry.
To nie miało żadnego sensu. Dlaczego Louis kazał mu wstawać, przecież dopiero zaczynała się ta dobra część.
Harry… Na miłość boską! Harry nie jesteś psem. Proszę obudź się i przestań kopać mnie w nogę.
Głos Louisa był rozbawiony, ale rozdrażniony. Ten dźwięk wstrząsnął Harrym i
Natychmiast go obudził.
Pierwszą rzeczą, którą zauważył było to, że był boleśnie twardy. Drugą rzeczą, którą zauważył, był Louis zerkający na niego z rozbawieniem. Popukał Harry’ego w klatkę piersiową.
-Chyba powinieneś pójść do łazienki i… Zająć się twoim problemem – uśmiechnął się – Wróć, kiedy się doprowadzisz do ładu.
Harry jęknął czując jak upokorzenie przepływa przez jego żyły. Boże, pomyślał, co się z tobą dzieje, Styles? Stoczył się z łóżka i kaczkowatym krokiem ruszył do łazienki obok pokoju Louisa ignorując chichot dochodzący z jego sypialni.
Zamknął drzwi i przekręcił klucz w zamku, by mieć pewność, że nikt mu nie przerwie. Miał dość wstydu jak na jedną noc.
Wsunął rękę do bokserek i jęknął desperacko próbując nie myśleć o mężczyźnie czekającym na niego w sypialni. Och, Boże, on czeka na mnie w sypialni. To mogło zostać uznane za eufemizm. Ta myśl sprawiła, że z jego ust wyrwał się kolejny jęk. Szybko zdjął bokserki, nie za bardzo uśmiechało mu się kupowanie nowych po wszystkim. To bez wątpienia wywołało by o Louisa śmiech.
Usiadł na brzegu wanny. Chłodna porcelana działała kojąco na jego rozpaloną skórę. Jego dłonie pracowały szybko, szarpiąc i ciągnąc. Jego oddech przyspieszył i stał się urywany i nierówny, z każdym ruchem jego palców. Twarz Louisa przemknęła przed jego oczami. Najpierw ujrzał Louisa ze swojego snu, na ten widok poczuł ogień płynący przez jego żyły, a skóra zaczęła go palić, dopóki obraz nie przekształcił się w jego Louisa. Louisa, który żartował za każdym razem, gdy zdarzyła się ku temu okazja, Louisa który kochał swoje siostry bardziej niż cokolwiek innego, Louisa który był zawzięty, kochający i piękny. Louisa, który codziennie powtarzał mu, że go kocha. Słyszał jak szepcze te słowa do jego ucha. Kocham cię.
Z tą myślą szczytował. Jego plecy wygięły się w łuk, a z jego gardła wyrwał się bolesny, zduszony jęk. Osunął się po wannie, jego mięśnie zwiotczały z wyczerpania.
Spojrzał na ścianę i jęknął. Narobił niezłego bałaganu, czyż nie? Westchnął i podniósł się zaciągając zasłonę prysznica, zanim włączył wodę. Uderzyła o ścianę i zmyła z niej wszystko, podczas gdy on zastanawiał się co to właściwie znaczyło.
Tak naprawdę wysnuwał tylko jeden wniosek i był głupcem próbując wcześniej temu zaprzeczyć. Naprawdę, zakochiwał się w swoim najlepszym przyjacielu.
To zdecydowanie nie było w porządku. Nie mógł tego zrobić. Nie tylko dlatego, że nie był gejem, ale Louis był jego najlepszym przyjacielem i potrzebował go, żeby trzymać się w kupie, nie żeby jeszcze bardziej rozrywać go na strzępy, do czego nieuchronnie prowadziło zakochanie się w najlepszym przyjacielu. Jeśli jego uczucia nie były odwzajemnione to mogło zniszczyć ich obu.
Harry obrócił się nieco, pozwalając strugom wody spłynąć po jego ramionach. Z drugiej strony, jeśli było odwzajemnione… Nie. Nie mógł iść tą drogą. To prowadziłoby do zrobienia sobie nadziei , a nadzieja do złamanego serca.
Gwałtwnie zakręcił korki, wyłączając wodę i stając na podłodze. Wytarł się szybko, zanim ponownie założył bokserki. Otworzył drzwi i potykając się w ciemnym korytarzu kiedy ruszył z powrotem do pokoju Louisa. Delikatnie otworzył drzwi i ujrzał Louisa w łóżku, zwróconego plecami w jego stronę. Ostrożnie i po cichu wszedł do sypialni, unikając piszczącej podłogi w okolicach łóżka i omijając ubrania rozrzucone po podłodze. Uniósł kołdrę i wsunął się pod nią kładąc się za Lou. Louis mruknął coś przez sen, poruszając się troszkę i przewracając się, układając głowę przy głowie Harry’ego.
-Jak tam, skarbie? – mruknął w szyję Harry’ego.
Chłopak poczuł, że jego policzki płoną z upokorzenia. Jęknął.
-Nigdy nie pozwolisz mi o tym zapomnieć, prawda? – spytał go.
Poczuł jak Louis uśmiecha się w jego szyję
-Nie – zachichotał – To zbyt zabawne. A teraz idź spać i nie budź mnie znowu. Spróbuj się kontrolować, dobrze?
Harry wywrócił oczami i ostrożnie objął Louisa w talii.
-Dobrze, a teraz zamknij się głupku – mruknął.
*~*~*~*
Następny ranek był niewiarygodnie niezręczny dla Harry’ego. Louis nie widział nic złego w dokuczanio mu przy wszystkich, wliczając jego mamę. Każde zdanie, które powiedział, zawierało jakiś zmyślnie ukryty eufemizm, nie pozwalając twarzy Harry’ego powrócić do normalnej barwy.
Po boleśnie długim śniadaniu, Louis ogłosił, że idzie wziąć prysznic, mrugając do Harry’ego kiedy opuszczał pomieszczenie. Mama Harry’ego oczywiście wszystko widziała i zaciągnęła Harry’ego do kuchni.
-Mamo, muszę pomóc Daisy i Phoebe przygotować się do szkoły –zaprotestował słabo – Musimy wyjść za kwadrans.
Jego matka wywróciła oczami.
-Harry myślę, że możesz poświęcić parę minut na rozmowę z matką – oznajmiła surowo – Więc wyjaśnij mi, kiedy ty i Louis zaczęliście ze sobą spać?
-C-co? O czym ty mówisz? – wyrzucił z siebie – Nie śpię z Lou! Znaczy… Śpię, ale nie w ten sposób.
-Harry, coś się stało poprzedniej nocy – oznajmiła pewnie – A ty mi powiesz co to było.
-Er… - zaczął niezręcznie – Ja… Uh… Mogłem… Mogłem mieć… Er… Sen poprzedniej nocy i… och, Boże. Nie mogę ci tego powiedzieć!
-Miałeś erotyczny sen o nim, prawda?
-Ja… Nie! – oznajmił pospiesznie – Nie, ja zdecydowanie nie… Dobrze, tak miałem.
Jego matka wywróciła oczami.
-Boże, to takie zawstydzające. W tym śnie ja… No wiesz… Byłem z nim i ja, uh… Ja… Odbywałem stosunek… Z nim…?
Jego matka zacisnęła usta w wąską linię, próbując ukryć rozbawienie, dając mu sygnał, by kontynuował. Harry westchnął.
-Louis obudził się, a potem obudził mnie i powiedział mi, żebym… Zajął się swoim problemem i wrócił, kiedy skończę.
-I to zrobiłeś. Zająłeś się swoim problemem, a potem znowu położyłeś się z nim do łóżka.
Harry potarł swój kark, zażenowany. Nigdy nie myślał, że będzie rozmawiał o tym z matką. Oczywiście, kochał ją i ufał jej radom, ale to było przekroczenie linii. Jego matka nie powinna wiedzieć, że to robił. Nigdy. Po prostu… Po prostu nie.
-Harry, zadam ci pytanie i chcę, żebyś odpowiedział na nie szczerze – matka spojrzała na niego uważnie – Czy jesteś w nim zakochany?
Harry zawstydzony zacisnął powieki.
-Nie, ale sądzę, że jestem tego bliski – mruknął cicho.
Anne westchnęła. Jej syn brzmiał jakby był załamany z tego powodu.
-To nie jest zła rzecz, Harry. Nikogo nie będzie obchodziło czy go lubisz – powiedziała łagodnie.
Syn spojrzał na nią pokonany.
-To nie prawda. Jego może to obchodzić. Nie mogę go stracić, mamo. Wolę być jego przyjacielem niż w ogóle nie móc przy nim być – szepnął smutno.
Jej oczy złagodniały i otworzyła usta, by powiedzieć mu co o tym muśli, kiedy Daisy weszła do kuchni trzymając swoje buty. Harry odwrócił się do swojej matki po tym jak wziął od Daisy buty.
-Przepraszam, ale naprawdę musimy iść. One mają szkołę, a ja pracę. Porozmawiamy później, obiecuję.
Pocałował ją w policzek, po czym ruszył za Daisy na schody gdzie siedziała Phoebe. Odłożył buty Daisy schylając się i zawiązując najpierw buty Phoebe, zanim podniósł Daisy i usadził ją na schodach, by zawiązać jej. Cała trójka krzyknęła pożegnanie, po czym wzięła swoje torby i ruszyła do szkoły.
*Odłożył kolejne probówki, które niebezpiecznie wyślizgiwały mu się spomiędzy palców. Gdy tylko ostatnia bez szwanku wylądowała w stojaku, westchnął głośno i opadł na krzesełko, czekając na wynik wyszukiwania w bazie danych dla detektyw Karens. Przebiegł palcami po grzywce i przymknął oczy.
Od razu pod powiekami pojawiły się brązowe tęczówki. Wpatrywały się w niego z wymalowanym w nich niedowierzaniem, a pełne wargi były lekko rozchylone. Niall sięgnął wolną dłonią do swoich ust i przejechał po nich opuszkami palców, przypominając sobie ten subtelny, delikatny pocałunek. Trwało to zaledwie kilkadziesiąt sekund, ale mimo wszystko jego serce biło wtedy jak szalone, a rumieńce rozkwitły na policzkach.
A potem się odsunął, by zobaczyć te czekoladowe oczy wpatrzone w niego. I spanikować. Porwał wtedy swój płaszcz i po prostu uciekł z sali. Tak po prostu.
Jęknął cicho i oparł czoło na metalowym blacie stołu. Rozchylił powieki, a dłonie ułożył na kolanach. Od tamtych wydarzeń minęły cztery dni, a on wciąż nie mógł się pozbierać. Jego ręce były ciągle zimne i nie wiedział dlaczego. Czasami niepokojąco drżały. Zwłaszcza na strzelnicy, kiedy ćwiczył. A do tego nie sypiał dobrze. Miewał koszmary, w których nie umiał wystrzelić z broni i Zayn zwyczajnie się topił. Budził się wtedy zlany potem, nie umiejąc potem zasnąć.
Wyprostował się i spojrzał spod grzywki na mulata, który dziś rano pojawił się w biurze. Irlandczyk był zaskoczony, bo jeszcze kilka dni temu mężczyzna leżał ledwo żywy na szpitalnym łóżku. Wściekła Myra, rzuciła mu rano na biurko stos papierów, krzycząc, że nie powinien wypisywać się na własne życzenie ze szpitala i wracać do pracy, ale skoro się uparł, to teraz będzie przerzucał miliony kartek.
Westchnął ciężko i pokręcił głową z dezaprobatą. Co jak co, ale z tej całej zgrai idiotów, do której się zaliczał, zawsze wydawało mu się, że najbardziej nierozważnym był Harry.
Pukanie wyrwało go z rozmyślań, a gdy podniósł głowę na progu spostrzegł uśmiechniętą detektyw. Tuż za nią do pomieszczenia wszedł lokaty, susząc swoje idealnie białe zęby. Spojrzał na nich wysoko unosząc brwi.
- Zoe, jesteś już wolna. Możesz iść na lunch – stwierdziła Myra, na co rudowłosa laborantka spojrzała najpierw na Nialla, potem na nią i w końcu wyszła.
Blondyn odprowadzał ją wzrokiem dopóki nie zniknęła w windzie i dopiero wtedy spojrzał na parę policjantów. Kobieta, położyła na blacie teczkę oprawioną w czarną skórę. Taką samą, w jakiej otrzymał dyplom ukończenia szkoły. Podsunęła ją w jego stronę i odezwała się:
- Postanowiliśmy ci to dać, skoro Zayn zawlekł już tutaj swoją dupę – stwierdziła z przekąsem, kiedy Horan przejechał palcami po czarnej skórze. – Jako pierwszy złożył podpis.
Laborant otworzył teczkę i zamrugał zaskoczony. Było to bowiem pozwolenie na posiadanie broni. Pod nim znalazły się podpisy Zayna, Myry i przełożonego. Naprawdę był zdziwiony, biorąc pod uwagę, że nie ukończył jeszcze kursu. Jednak mimo wszystko ucieszyło go to.
- Nie musieliście tego tak oprawiać – uśmiechnął się lekko, po raz pierwszy od kilku dni. – To tylko pozwolenie.
- To był mój pomysł – Harry podniósł do góry dłoń, jakby padło pytanie, na które zna odpowiedź. – Pomyślałem, że będzie to dla ciebie choć trochę wyjątkowe. To co zrobiłeś w mieszkaniu Isaaca było naprawdę godne podziwu.
- I wyjątkowo nieodpowiedzialne – dodała Myra.
- Oj, nie psuj wszystkiego – oburzył się loczek, a uśmiech Irlandczyka poszerzył się. – Ten gnojek nawet nie przypuszczał, że on strzeli.
Kobieta spojrzała na młodszego detektywa i pokręciła głową, po czym wróciła wzrokiem do Nialla. Przyjrzała mu się uważnie. Widziała delikatne cienie pod tymi ślicznymi, niebieskimi oczyma. Cała jego twarz wyglądała na zmęczoną. Nie chciała jednak się wtrącać.
No dobrze - chciała, bo ta dwójka już zbyt długo się mija. Uznała więc, że wspomni Zaynowi o stanie chłopaka. To on powinien się o niego zatroszczyć.
- Tak. To był wyjątkowy akt odwagi – przytaknęła w końcu i poklepała jasnowłosego po ramieniu. – A teraz idź już z Harrym. Za chwilę pora lunchu, a ja myślę, że będziesz chciał to zalegalizować. Niech więc Styles ci pomoże. Usprawiedliwię waszą nieobecność, jeśli się spóźnicie.
Obaj skinęli głowami, a ona wyszła z laboratorium. Horan zamknął teczkę i podniósł się z miejsca. Podszedł do szafki, z której wyciągnął swoją torbę. Schował do niej teczkę oraz zamknął metalowe drzwiczki. Następnie zamienił biały kitel na swój płaszcz i wraz z loczkiem wyszli na zatłoczony korytarz.
- Słuchaj… - zaczął Styles, ale gdy dostrzegł, że coś zwróciło uwagę jego przyjaciela, również odwrócił głowę.
Ich wzrok spoczął na szatynie o sarnich oczach, który szybkim krokiem przemierzał korytarz. Na jego twarzy widniała złość, a dłonie były zaciśnięte w pięści. Do płaszcza przypięty miał identyfikator gościa. Chłopak wyminął ich, nie rzucając nawet „cześć”, a oni przystanęli i bezmyślnie powiedli za nim wzrokiem. Mężczyzna podszedł do gabinetu Zayna i zapukał w drzwi. Nie. Poprawka. Wręcz w nie załomotał. Nie czekał na odpowiedź po drugiej stronie, tylko wszedł do środka.
- Jesteś skończonym debilem, Malik… - dotarło do ich uszu zanim drzwi zatrzasnęły się. Harry spojrzał na Nialla, który tylko wzruszył ramionami, po czym skierował się do windy. Brunet ruszył za nim i dopiero gdy znaleźli się na świeżym powietrzu wznowił rozmowę.
- A tak swoją drogą, to jak się czujesz? – spytał loczek wciskając ręce w kieszenie. Blondyn zerknął na niego przelotnie i westchnął ciężko.
- Dziwnie. Nie sypiam dobrze. Ciągle śni mi się, że nie zdążam – wyznał, chowając nos w szaliku. – Dłonie czasem mi drżą.
- Może powinieneś porozmawiać z psychologiem – zaproponował Harry, pokrzepiająco głaszcząc przyjaciela po plecach. – Pamiętam, jak ja pierwszy raz strzeliłem do przestępcy. Zastanawiałem się, czy to było właściwe. Ale, koniec końców, przecież na tym polega nasza praca. Ratować życie innych.
- Też o tym myślałem. Czy to właściwie… – przyznał się. – Ale gdybym tego nie zrobił, może utopiłby Zayna.
- Dokładnie. Ale wiesz… Idź do Thomsona. Pogadaj z nim – odparł Harry, a blondyn przytaknął na potwierdzenie, po czym udali się do swojej ulubionej knajpki na lunch, kompletnie zmieniając temat.
2.
Wypisanie się ze szpitala na własne życzenie po akcji takiego kalibru i z poniesionymi przez niego obrażeniami było niczym w porównaniu do powrotu do pracy. Chociaż doktor Ellis nie chciała wypuszczać go do domu tak szybko, nie miała zbytniego wyboru. Kiedy Zayn złapał za wenflon grożąc, że jeśli ktoś nie odłączy go od „tego cholerstwa”, to on sam to zrobi – musiała skapitulować i podać mu odpowiedni formularz. Myra nie była już tak spolegliwa, gdy zobaczyła go w pracy następnego dnia. Gdyby Malik nie wytoczył swojego ostatecznego argumentu, to zażarta dyskusja między tą dwójką detektywów trwałaby dłużej niż tylko czterdzieści minut:
- Myra, jeśli skażesz mnie na kolejne dni, które spędzę w łóżku myśląc, to mogę ci obiecać, że City będzie mogło rozliczać moje kwitki za psychiatrę. – Brunet posłał jej przy tym spojrzenie, które lepiej niż słowa przekazywało jego prośbę.
- Niech cię weźmie cholera, Malik! – warknęła Karens, podpierając się ręką o fotel. Druga dłoń kontynuowała jej nienaturalnie ożywioną gestykulację. – Nie myśl sobie, że wyściubisz nos poza to piętro!
Zayn obrzucił zmęczonym spojrzeniem dwa duże kartony, które stały na wózku przywiezionym z archiwum. Starsza detektyw uziemiła go w gabinecie z masą papierkowej roboty. Nie miał do niej żalu o to, że przydzieliła mu zadanie, na jakie w normalnych warunkach skazywani byli świeżacy. Policjant był boleśnie świadomy tego, że z połamanymi żebrami nie nadawał się nawet do głupiego patrolu.
- Jesteś skończonym debilem, Malik! – Brunet raptownie odwrócił się w stronę drzwi i natychmiastowo skrzywił się, czując rwący ból w boku. – Widzisz, idioto?! Właśnie o tym mówię!
- Umm, Liam? Co ty tutaj robisz?
- Co ja tutaj robię?! – Szatyn wytrzeszczył na niego oczy i gdyby nie okoliczności, to Zayn roześmiałby się, bo Payne wyglądał doprawdy śmiesznie. – Mam lepsze pytanie: co ty tutaj robisz!?
- Pracuję. A właściwie, pracowałem, póki ty, w jakże spokojny sposób, mi nie przerwałeś – odparł ironicznie Malik, ciągle słysząc w uszach trzaśnięcie drzwiami, jakim barman zaznaczył swoje wejście.
- Nie denerwuj mnie, Z.! Powinieneś być w domu, odpoczywać! Masz połamane kości, do ciężkiej cholery, a ty nie dość, że wypisujesz się ze szpitala, to jeszcze zjawiasz się w pracy, jak gdyby, kurwa, nic!
- Tylko trzy żebra. Nie pierwszy i nie ostatni raz musieli mnie sklejać taśmami. To nie koniec świata. – Malik wzruszył ramionami. – Poza tym, Li, wiesz przecież, że siedzenie na dupie nie jest dla mnie. Dostałbym szału po…
- Piętnastu minutach? – przerwał mu drugi mężczyzna. Zacięcie nie ustępowało z jego twarzy. – Uroczo. Doprawdy, uroczo, Zaynie. Może w tym szale przyswoiłbyś fakt, że byłeś w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia tego twojego gejowskiego tyłka i tylko dzięki Horanowi nie stoję teraz nad marmurem z twoim nazwiskiem!
Na bezpośrednie wspomnienie wydarzeń sprzed niespełna tygodnia powietrze natychmiastowo zgęstniało. Zayn starał się nie myśleć o tym, co zrobił dla niego Niall. Dług, jaki miał teraz u Irlandczyka, był nierzeczywiście ogromny.
- Zee… - westchnął Liam, przysuwając się do detektywa i układając dłoń na jego spiętym ramieniu. – Nie chcę dla ciebie źle. Obaj wiemy, że twoje zachowanie jest teraz skrajnie, skrajnie gówniarsko nieodpowiedzialne i gdybym to ja był na twoim miejscu, to siłą zaciągnąłbyś mnie do mieszkania. Rozumiem, że kochasz swoją pracę, że wiąże się ona z pewnym ryzykiem, ale nie pozwolę ci teraz odgrywać chojraka, którego nic nie rusza tylko dlatego, że masz ego wielkości Jowisza i nie potrafisz przyznać, że coś cię boli.
- Dali mi tyle leków, że mógłbym znieczulić pół wojska, więc…
- Zayn! – Przyjaciel zrugał go spojrzeniem. Zdeterminowanie aż kipiało z sarnich oczu szatyna. – Masz pięć minut, żeby spakować swoje rzeczy i oddać mi klucze do twojego samochodu. Ty na pewno nie będziesz kierować autem na pół przyćpany.
- Nie ma takiej opcji, stary. Wywalczyłem u Myry lżejsze zmiany i mam zamiar się z nich wywiązać!
- Nie dyskutuj, Malik. Karens i ja już rozmawialiśmy. Obiecałem zagrozić ci telefonem do twojego ojca, jeśli nie będziesz chciał iść ze mną po dobroci.
Mulat nie był świadomy, jak bardzo jego ciało jest zmęczone i obolałe, póki działanie środków przeciwbólowych nie zaczęło powoli słabnąć. Zgodnie z zaleceniami lekarki, kolejne dawki leków powinien przyjmować co sześć do ośmiu godzin. Dwie tabletki, zażyte w południe, pozostawiały mu więc prawie półtorej godziny czasu.
Delikatna wibracja, sygnalizująca nową wiadomość, oderwała Zayna od oglądania powtórkowej emisji jednego z pierwszych odcinków Supernatural. Mężczyzna sięgnął po telefon i przesunął palcami po ekranie, wzbudzając urządzenie do życia. Dymek z nadpisem „Liam Payne” delikatnie zamigotał.
- Wyszedłeś ode mnie piętnaście minut temu, stary… - mruknął do siebie policjant i dwukrotnie stuknął jaśniejsze pole.
Od: Liam Payne
Jakbyś jeszcze nie zauważył – a jak Cię znam, to tak pewnie jest – zostawiłem Ci w łazience małą niespodziankę. Zrelaksuj się i odpoczywaj, Z. Później podziękuj Dani! Xx
4:21PM Czw, 13Mar
Zaciekawiony mężczyzna podniósł się z wygodnej pozycji na kanapie, odrzucając na bok miękki koc i skierował się w głąb korytarza. Niepewnie pchnął ciemne drzwi, nieznacznie obawiając się tego, na jaki ambitny pomysł mógł wpaść Payno. Na widok smukłej butelki z aromatycznym płynem do kąpieli z krzywo dowiązaną kokardką uśmiechnął się szeroko.
Do: Liam Payne
Nie ma świeczek i schłodzonego wina. Jestem rozczarowany. Z nami koniec!
4:23PM Czw, 13Mar
Do: Liam Payne
(Żartowałem. Musisz użerać się ze mną jeszcze troszkę. Dziękuję, Li Xx)
4:24PM Czw, 13Mar
Na co dzień Zayn nie miał czasu na długie kąpiele. Szybki prysznic, kawa i papieros rano; szybki prysznic, papieros i łóżko wieczorem. Dynamiczny tryb życia wymagał pewnych poświęceń, ale Malik nie narzekał. Wbrew opiniom, które słyszał o sobie jako młody chłopak, nie fascynowało go spędzanie całych dni w łóżku z książką o filozofii lub poruszającą inne, abstrakcyjne dla niego tematy. Naturalnie, czasem potrzebował chwili błogiego lenistwa, ale do tego wystarczały mu krótkie momenty z papierosem w ustach i…
Mężczyzna potrząsnął głową, odrywając się od myśli, zmierzających w niebezpieczną stronę. Z delikatnym uśmiechem napuścił wody do dużej wanny, dodając do niej sporą ilość pachnącego miodem i karmelem żelu. Biała piana powoli zaczęła pojawiać się na powierzchni wody, a całe pomieszczenie stopniowo wypełniało się przyjemnie słodkim zapachem.
- Czasem przechodzisz sam siebie, Payno – mruknął mulat, odkładając telefon na półkę.
Brunet ostrożnie zdjął z siebie bluzę i niespiesznie zsunął z siebie poprzecierane jeansy. Byłby w stanie dać sobie uciąć rękę za to, że jeszcze kilka prań, a jaśniejsze miejsce na udzie zamieni się w stylową dziurą. Na tę myśl zaśmiał się do siebie. Styles nosił się w ten sposób przez dziewięćdziesiąt procent czasu!
Kiedy wanna zapełniła się odrobinę ponad połowę, Malik z westchnieniem wsunął się do ciepłej wody, pozwalając bąbelkom otoczyć jego ciało. Książka, którą zaczął dobre pół roku temu czekała w swoim stałym miejscu – jak zawsze, kiedy decydował się na kąpiel. „Pluton wyrzutków” miał zakładkę, włożoną dokładnie za dwudziestą siódmą stroną, ale detektyw nie potrafił skupić się na tyle, aby tego dnia przełożyć ją choćby o kilka kartek dalej. Otumaniony lekami umysł cały czas uciekał myślami, nie dając się okiełznać, podsyłając oczom jeden obraz – Nialla.
Horan w laboratorium, Horan na obiedzie, Horan na strzelnicy, Horan w drzwiach łazienki Zacka. Wyobrażenie blondyna nie chciało odejść – było tak samo uparte jak sam laborant. Zayn jęknął cicho, czując jak jego ciało mimo jego woli zaczyna reagować na podsuwane mu wizualizacje.
- No chyba sobie ze mnie kpicie…
Mulat mocno zacisnął zęby i z całych sił złapał się krawędzi wanny – wszystko, byleby nie wsunąć ręki do aromatycznej wody, zwodniczo pobudzającej jego zmysły.
- Myśl o Anji Rubik, myśl o nagiej Anji Rubik! – powtarzał w myślach, stopniowo się uspokajając.
Kilka minut zajęło mu doprowadzenie się do względnego porządku. Świadomość, że Irlandczyk doprowadzał go do takiego stanu jednocześnie go drażniła i wywoływała przyjemne dreszcze. Detektyw nie mógł zaprzeczyć, że Horan – ze swoją niewinną urodą – był piękny na swój unikalny, niepowtarzalny sposób.
Na opuszkach palców bruneta zaczęły pojawiać się pierwsze zmarszczki spowodowane wodą, kiedy w mieszkaniu rozległ się przenikliwy dźwięk dzwonka. Fakt, że ktoś prześlizgnął się bez używania domofonu przez bramę wejściową, wzbudził podejrzliwość młodego mężczyzny.
- Lyyyum, jeśli to będziesz ty, a twoją jedyną wymówką będzie „Chciałem sprawdzić, czy faktycznie się relaksujesz”, to skopię ci dupę – powiedział pod nosem Zayn i z niechęcią podniósł się z wygodnej pozycji w wannie.
Pospiesznie przetarł mokre ciało i w pośpiechu narzucił na siebie bieliznę, grafitowe dresy, które normalnie służyły mu za spodnie od piżamy oraz biały tank top. Jasny materiał koszulki w wielu miejscach przylgnął do jego wilgotnego ciała, a kapiące z włosów kropelki wody tylko to ułatwiały.
- Idę przecież! – Malik wywrócił oczyma, gdy natarczywy gość przerzucił się z uporczywego wciskania dzwonka na rytmiczne walenie w drzwi. – Czego chcesz tym razem, Payno?!
Ku jego zdziwieniu, za ciemnym drewnem nie dojrzał zatroskanego przyjaciela, ani nawet pełnego energii Harry’ego, który obiecał, że wpadnie. Na korytarzu stała elegancka, dojrzała kobieta, a sam mulat znał ją doskonale.
- M-mama? – wydukał mężczyzna, kiedy brunetka wyminęła go i weszła do środka.
- Zaynie Javaddzie Maliku – zaczęła nawet nie zdejmując ośnieżonego płaszcza. – Lepiej, żebyś miał arcydobre wytłumaczenie, dlaczego nie poinformowano mnie, że mój najstarszy syn prawie zginął w akcji?!
- Ja…
- Tak, ty! – fuknęła na niego i bez ceregieli kontynuowała swoją tyradę. – Musiałam dowiedzieć się z wiadomości, że po latach bezcelowych poszukiwań świetna ekipa policyjna, w której jest moje dziecko, w końcu złapała tego seryjnego zabójcę, ale prawie straciła przy tym człowieka! Zgadnij: jak nazywał się ten detektyw? O dziwo tak samo, jak mój mały chłopiec – Malik!
- Mamo, ja…
- Nie przerywaj mi! Jeszcze nie skończyłam! – obruszyła się Patricia, a w jej oczach zalśniły łzy. – Czy ty sobie w ogóle wyobrażasz, co ja poczułam, kiedy Liam mi to potwierdził? Myśl o tym, że mogłam cię już nigdy nie zobaczyć, a nasza ostatnia rozmowa dotyczyła jakiegoś banalnego obiadu, na który nie miałeś czasu była nie do zniesienia. Przepłakałam cały wieczór i dziś z samego rana przygnałam do Londynu i nie wiem, czy powinnam cię uściskać i dziękować bogom, że dalej żyjesz, czy skopać ci tyłek tak mocno, żebyś znowu wylądował w szpitalu! – Matka policjanta westchnęła głęboko, a jej poważna mina nieco zelżała, ustępując miejsca malującej się na twarzy uldze i wzruszeniu. – Dziecko…
- Nie chciałem cię denerwować. To ryzyko zawodowe. Dałem się troszkę pokiereszować, ale koniec końców wyszedłem z tego obronną ręką, prawda? To się chyba liczy, co?
- Połamane żebra, praktycznie podcięte żyły na nadgarstkach i niezliczone próby utopienia, to nie jest „trochę”. Nie patrz tak. Ucięłam sobie pogawędkę z tą twoją Myrą. Naprawdę chciałeś wrócić do pracy, kochanie? Czy ty oszalałeś do reszty? – Kobieta z niedowierzaniem pokręciła głową. Chwilę później pokonała dzielący ją od syna dystans i ostrożnie wzięła go w objęcia. – Nie możesz tak robić. To nie jest zdrowe. Powinieneś rzucić tę pracę w cholerę!
- Ale to moje życie. – Brunet zacisnął ramiona wokół swojej matki odrobinę mocniej i wtulił twarz w jej włosy.
- Gadasz jak twój ojciec! – mruknęła pod nosem kobieta. – Takie same dwa uparte osły. Słowo daję, że jeśli jeszcze raz odstawisz taki numer…
- Obiecuję, że jeśli następnym razem będą chcieli mnie unieruchomić w łóżku na tydzień, będziesz wiedziała jako pierwsza. No, może druga. – Młody Malik delikatnie się uśmiechnął.
- Mój mały chłopiec już dorósł, a czasem i tak dalej zachowuje się jak dziecko. – Kobieta z politowaniem pokiwała głową. Gdy odsunęła się od policjanta na odległość ramion na jej twarzy nie było widać już żalu czy smutku. – Może wejdźmy dalej, co? Zrobimy sobie herbatę, ja przygotuję ci coś dobrego do zjedzenia i porozmawiamy jak ludzie. W twoim stanie powinieneś dużo odpoczywać i zdrowo się odżywiać!
- Nie chcę cię rozczarowywać, mamo, ale nie jestem w ciąży – rzucił żartobliwie detektyw.
- Och, nie zauważyłabym, Z. – odparła z przekąsem brunetka. – A ponoć medycyna tak bardzo poszła do przodu…
- Mamo…!
- Zayn, Zayn. Już dawno pogodziłam się z tym, że po tobie raczej nie mam co spodziewać się wnuków. Przyzwyczaiłam się do tej myśli.
- Nie wiem, czy wiesz, ale prawo adopcyjne też nie stoi w miejscu. – Mulat postawił na blacie dwie filiżanki i włożył do nich po torebce zielonej herbaty. – Nigdy nie mów nigdy.
- Skoro jesteśmy już przy tym temacie… - zaczęła sugestywnie kobieta, podpierając się o kuchenny blat. – Mały ptaszek powiedział mi, że w końcu pojawiło się twoje Yang. Chcesz mi coś powiedzieć?
O, Allahu! - pomyślał Malik – No to teraz się zacznie… Payne, już jesteś trupem!
3.
Kiedy wrócił z Harrym po lunchu z Komitetu Bezpieczeństwa, czuł się okropnie przytłoczony. Miał wrażenie, jakby wszystko się na niego waliło i coraz bardziej go przygniatało, pozbawiając życiodajnego tlenu. Cała ta sytuacja u Isaaca, jego własny stan psychiczny, który teraz został niebezpiecznie zachwiany przez pozwolenie posiadania broni… To wtedy dłoń mu zadrżała, a probówka z niej wypadła i roztrzaskała się pod jego stopami.
Westchnął i zabrał się za jej sprzątanie, kalecząc się przy tym w palec. Dopiero głos Myry wyrwał go z tego wszystkiego. Kazała posprzątać Zoe, a sama zabrała go do swojego gabinetu, gdzie oczyściła niewielką ranę i przykleiła plaster. Poleciła mu, by poszedł do domu i w najbliższych dniach zgłosił się do psychologa. Dała mu też karteczkę, na której był zapisany adres.
- To Zayna. Jakbyś chciał z kimś pogadać – wytłumaczyła, chowając niewielką apteczkę do szuflady. – A teraz idź już do domu. Wypocznij i ochłoń do poniedziałku.
- Ale… - zaczął Niall, gdy kobieta wpadła mu w słowo.
- Nic się nie stanie – odparła. – Wytłumaczę, co zaszło. Zrozumieją.
Irlandczyk westchnął; przytaknął, chowając karteczkę do tylnej kieszeni spodni. Wyszedł z gabinetu i wrócił do laboratorium, gdzie zdjął swój kitel. Założył płaszcz, pod szyją owinął szalik, a na ramię zarzucił swoją torbę. Pożegnał się z Zoe, która z niesmakiem odprowadziła go wzrokiem i wszedł do windy. Zjechał na dół i wyszedł przed City, gdzie przystanął.
Zastanawiał się, co teraz powinien ze sobą zrobić. Sięgnął więc do tylnej kieszeni i wyciągnął adres, który dostał od Myry. Przez jedną, krótką chwilę rozważał pójście do Zayna, ale zrezygnował. Uznał, iż to mogło być – ba! nawet było – niewłaściwie. Nie powinien być tak blisko ze swoim przełożonym. Wcisnął więc świstek papieru głęboko w kieszeń płaszcza. Powoli skierował się do metra na swój pociąg.
Może wezmę gorącą kąpiel? – pomyślał, gdy już był w drodze, ale wtedy przypomniał sobie, jak niekomfortowo czuł się w łazience. Jedyne, na co było go stać, to krótkie prysznice i chodzenie tylko za potrzebą. Westchnął ciężko, bo to wszystko naprawdę powoli go wykończało. Niby rozmawiał z Harrym na ten temat, ale to nie to samo. Czuł się bardzo źle.
Wysiadł na swojej stacji i przebiegając palcami przez jasne kosmyki wyszedł na powierzchnię. Powoli szedł w stronę swojego mieszkania, stawiając stopy na pełnych kostkach niczym dziecko.
Nagle czyjeś dłonie silnie zacisnęły się na jego nadgarstku, wciągając go w zaułek między budynkami. Krzyknął krótko, ale moment potem poczuł czyjś łokieć, wbijający się mu w lędźwie. Jęknął z bólu, a jego obie ręce zostały boleśnie wykręcone do tyłu.
- Dawno się nie widzieliśmy, Nialler – do blondyna dotarł boleśnie znajomy głos, a jego serce zabiło szybciej ze strachu. Moment później duża dłoń złapała jego podbródek i podniosła do góry, a on spojrzał w stalowoszare tęczówki, które aż błyszczały z pożądania. Na czoło opadała grzywka, której złote refleksy odbijały słońce.
- Tęskniłem za tobą, kochanie – mruknął ciemny blondyn, nachylając się do niego. – Zmężniałeś i wyładniałeś, mój Maluszku.
- Nie jestem twój, Duclan – warknął i spróbował się wyszarpnąć - jak się domyślił - Shane’owi.
- Och, czyżby, Maluszku? – odparł mężczyzna i wpił się w jego wargi. Horan mocno zacisnął powieki, powstrzymując łzy cisnące się do jego oczu. Znów spróbował się wyszarpnąć, ale Shane zawsze był od niego większy oraz silniejszy i teraz trzymał go w mocnym uścisku.
- Już zapomniałeś, jak jęczałeś moje imię, gdy cię rżnąłem? – mruknął w jego ucho szarooki. – Może to powtórzymy, co ty na to?
- Zostaw mnie! – krzyknął Niall i podniósł głowę, uderzając w twarz Duclana. Ten warknął tylko i boleśnie mocno zacisnął palce na jego karku, dociskając jego głowę w dół, tak że patrzył teraz na swoje buty.
- Ty mała, irlandzka suko! – krzyknął mu do ucha, mocniej zaciskając palce na ciele. – Jak, kurwa, śmiesz się tak do mnie odzywać!
- Duc! – usłyszał kolejny głos i już wiedział, że to jego koniec. A przynajmniej początek końca.
Ciemny blondyn cofnął dłoń, a on mógł podnieść wzrok na Aidena, który podszedł do niego swoim nonszalanckim krokiem, paląc papierosa. Stanął przed nim zaciągając się dymem, po czym dmuchnął nim prosto w jego twarz, by ostatecznie zagasić peta butem. Jego ciemne oczy zlustrowały twarz blondyna, który oddychał ciężko.
- Boisz się. To dobrze, Horan – stwierdził, przebiegając dłonią po ciemnych włosach, by następnie zacisnąć ją w pięść i wymierzyć cios prosto w brzuch niebieskookiego. – Powinieneś się bać. Jak widzisz, już nie jestem sam.
- Zostaw mnie w spokoju – wydukał Ni, podnosząc na niego wzrok. Moment potem zgiął się w pół, gdy został mu wymierzony kolejny cios.
- Chyba w twoich snach – zaśmiał się sarkastycznie Grimshaw. Chwycił blond kosmyki w palce i pociągnął za nie, odchylając głowę Irlandczyka do tyłu. – Wisisz mi szmal. Masz mi go, kurwa, oddać. Bo jak nie, to inaczej będziemy się bawić. Zgotuję ci takie piekło, że będziesz błagał mnie o śmierć.
- Zgłoszę to na policję – zagroził, ale wiedział, że nie zrobi to zbyt większego wrażenia na brunecie. – Masz sądowy zakaz zbliżania się do mnie.
- Nie zrobisz tego. Ostatnio też mi tym groziłeś – stwierdził rozbawiony.
- Tym razem się nie rozmyślę – Horan wiedział, że takie przepychanki z potencjalnym oprawcą nie są szczytem odpowiedzialności oraz zdrowego rozsądku, ale musiał coś zrobić. – Nie, kiedy mam dwa kroki do gabinetu detektywa. Bo wiesz… Tak jakby pracuję w policji.
- I to mam mnie ruszyć? – Aiden uniósł wysoko brew i podarował mu kolejne ciosy w brzuch. – Jakoś nie specjalnie mną to wstrząsnęło.
Dostał jeszcze jedno bolesne uderzenie w lędźwie od Shane’a i upadł na ziemię, chwytając się za brzuch. Kilka łez skapnęło na czarny chodnik, ale szybko je otarł, zwijając się w kłębek mając nadzieję, że pozycja embrionalna choć trochę uśmierzy ból. Na nic się to jednak nie zdało.
Myślał, że już gorzej być nie może. A jednak. Aiden przypomniał o sobie i to w najgorszy z możliwych sposobów - pokazując mu jak wielką ma władzę oraz do czego jest zdolny. W tej chwili naprawdę zaczął się obawiać o swoje życie. Swoje i Louisa, bo to przecież z nim mieszkał. Nie mógł pozwolić, by te gnoje cokolwiek mu zrobilły.
Podniósł się więc, opierając o ścianę i wyciągając z kieszeni wymiętoloną karteczkę. Znalazł w telefonie gdzie znajduje się mieszkanie Zayna i chwiejnym krokiem skierował się na stację metra, krzywiąc z bólu. Co chwila rozglądał się dookoła, czy przypadkiem jego oprawcy nie mają na niego oka. Wsiadł w odpowiednie metro, opadając na wolne miejsce. Ból pulsował w dole jego pleców wędrując w górę kręgosłupa i sprawiając, że czuł się tak bardzo połamany i obolały. Przymknął więc oczy, oddychając miarowo, ale to nic nie dało.
Wysiadł na właściwej stacji i zwrócił się w stronę schodów. Z trudem po nich wyszedł, po czym skierował się w ulicę, którą wskazywał jego telefon. Zatrzymał się przed eleganckim budynkiem, do którego prowadziła zabezpieczona brama. Westchnął, zdając sobie sprawę, że nie zna do niej kodu. Już chciał wybierać numer do bruneta, kiedy ze środka wyszła kobieta. Odczekał więc i gdy otworzyła bramę, prześliznął się, tłumacząc, że jego przyjaciel tu mieszka, ale jest na tyle roztargniony, iż zapomniał podać mu kodu.
W myślach błogosławił windę, która zawiozła go na odpowiednie piętro. Czuł się ledwo żywy, kiedy nadusił dzwonek do drzwi. Oparł się dłonią o framugę, czekając na jakąkolwiek reakcję z drugiej strony, a gdy nic się nie działo, zdecydowanie zastukał. Dopiero wtedy usłyszał rozdrażniony głos detektywa. Zamek szczęknął, a on podniósł swoje niebieskie ślepia na pełną zaskoczenia twarz swojego przełożonego.
- Niall – sapnął i blondyn domyślił się, że nie wygląda jakby dopiero co zszedł z wybiegu. Spróbował się więc wyprostować, ale skrzywił się na ból w plecach. – O matko. Wejdź. Co ci się stało?
- Aiden – rzucił krótko, wchodząc do mieszkania i dostrzegł, jak twarz Zayna spoważniała, a usta ściągnęły się. – Dopadł mnie razem z Shanem i Duclanem, gdy wracałem do domu. Powiedział, że jak mu nie oddam tych pieniędzy to zgotuje mi takie piekło, iż będę go błagał o śmierć. A potem… Potem mnie pobił. Zayn, boję się.
Poczuł jak w środku pęka. Wielka tama, którą postawił wieki temu, by powstrzymywała uczucia, których nie chciał pokazywać – kruszy się i gwałtownie rozpada. Wszystko zalało go z taką siłą, że kolana pod nim zadrżały. Zbyt wiele się wydarzyło.
- Ja… Nie byłem na to wszystko przygotowany. Na ciebie w tej łazience ledwo żywego. Na to, że musiałem strzelić do człowieka. Matko. Ja strzeliłem do człowieka – zaczął bredzić jakby stracił rozum. Może po części tak się stało? – Nie tego ode mnie wymaga się na studiach. Ja… O Boże. Mam koszmary. Nie czuję się komfortowo we własnej łazience. A teraz jeszcze Aiden. Już mam dosyć. Zabierzcie mnie od tego wszystkiego…
- Hej, Ni. Oddychaj. No już – odezwał się mulat i chwycił jego twarz w swoje dłonie. – Już dobrze. Spokojnie. Uspokój się i porozmawiamy na spokojnie, dobrze?
Głośno przełknął ślinę i skinął głową. Starszy mężczyzna posłał mu więc ciepły uśmiech i przejechał kciukiem po kości policzkowej.
- Dobry chłopak – szepnął, będąc niebezpiecznie blisko jego twarzy. Serce Nialla zabiło na to zdecydowanie za szybko. Tym razem nie ze strachu, a z ekscytacji. Moment później miękkie oraz pełne usta bruneta spotkały się z jego i w jego obolałym brzuchu podniosło się stado niebieskich motylków.
Ten pocałunek był tak inny od tego, który otrzymał od Duclana. Tamten był brutalny i dziwnie bolesny dla niego. Nie chciał go całować. Tak bardzo żałował tamtych lat. Ten, którym obdarowałam go teraz Zayn, był delikatny oraz subtelny. Wargi detektywa przyjemnie ocierały się o jego, uspokajając go w swój magiczny sposób. Miał ochotę jęknąć z niezadowolenia, kiedy starszy mężczyzna odsunął się od niego.
- Chodź. Pójdziemy do salonu. – Policjant objął go ramieniem, gdy Irlandczyk już zdjął buty ze swoich stóp, a płaszcz i szalik odwiesił na wieszak. – Powiesz mi, co cię boli, dobrze?
Więc poszedł za nim, usiadł na kanapie i pozwolił by Zayn się nim zajął.
Od razu pod powiekami pojawiły się brązowe tęczówki. Wpatrywały się w niego z wymalowanym w nich niedowierzaniem, a pełne wargi były lekko rozchylone. Niall sięgnął wolną dłonią do swoich ust i przejechał po nich opuszkami palców, przypominając sobie ten subtelny, delikatny pocałunek. Trwało to zaledwie kilkadziesiąt sekund, ale mimo wszystko jego serce biło wtedy jak szalone, a rumieńce rozkwitły na policzkach.
A potem się odsunął, by zobaczyć te czekoladowe oczy wpatrzone w niego. I spanikować. Porwał wtedy swój płaszcz i po prostu uciekł z sali. Tak po prostu.
Jęknął cicho i oparł czoło na metalowym blacie stołu. Rozchylił powieki, a dłonie ułożył na kolanach. Od tamtych wydarzeń minęły cztery dni, a on wciąż nie mógł się pozbierać. Jego ręce były ciągle zimne i nie wiedział dlaczego. Czasami niepokojąco drżały. Zwłaszcza na strzelnicy, kiedy ćwiczył. A do tego nie sypiał dobrze. Miewał koszmary, w których nie umiał wystrzelić z broni i Zayn zwyczajnie się topił. Budził się wtedy zlany potem, nie umiejąc potem zasnąć.
Wyprostował się i spojrzał spod grzywki na mulata, który dziś rano pojawił się w biurze. Irlandczyk był zaskoczony, bo jeszcze kilka dni temu mężczyzna leżał ledwo żywy na szpitalnym łóżku. Wściekła Myra, rzuciła mu rano na biurko stos papierów, krzycząc, że nie powinien wypisywać się na własne życzenie ze szpitala i wracać do pracy, ale skoro się uparł, to teraz będzie przerzucał miliony kartek.
Westchnął ciężko i pokręcił głową z dezaprobatą. Co jak co, ale z tej całej zgrai idiotów, do której się zaliczał, zawsze wydawało mu się, że najbardziej nierozważnym był Harry.
Pukanie wyrwało go z rozmyślań, a gdy podniósł głowę na progu spostrzegł uśmiechniętą detektyw. Tuż za nią do pomieszczenia wszedł lokaty, susząc swoje idealnie białe zęby. Spojrzał na nich wysoko unosząc brwi.
- Zoe, jesteś już wolna. Możesz iść na lunch – stwierdziła Myra, na co rudowłosa laborantka spojrzała najpierw na Nialla, potem na nią i w końcu wyszła.
Blondyn odprowadzał ją wzrokiem dopóki nie zniknęła w windzie i dopiero wtedy spojrzał na parę policjantów. Kobieta, położyła na blacie teczkę oprawioną w czarną skórę. Taką samą, w jakiej otrzymał dyplom ukończenia szkoły. Podsunęła ją w jego stronę i odezwała się:
- Postanowiliśmy ci to dać, skoro Zayn zawlekł już tutaj swoją dupę – stwierdziła z przekąsem, kiedy Horan przejechał palcami po czarnej skórze. – Jako pierwszy złożył podpis.
Laborant otworzył teczkę i zamrugał zaskoczony. Było to bowiem pozwolenie na posiadanie broni. Pod nim znalazły się podpisy Zayna, Myry i przełożonego. Naprawdę był zdziwiony, biorąc pod uwagę, że nie ukończył jeszcze kursu. Jednak mimo wszystko ucieszyło go to.
- Nie musieliście tego tak oprawiać – uśmiechnął się lekko, po raz pierwszy od kilku dni. – To tylko pozwolenie.
- To był mój pomysł – Harry podniósł do góry dłoń, jakby padło pytanie, na które zna odpowiedź. – Pomyślałem, że będzie to dla ciebie choć trochę wyjątkowe. To co zrobiłeś w mieszkaniu Isaaca było naprawdę godne podziwu.
- I wyjątkowo nieodpowiedzialne – dodała Myra.
- Oj, nie psuj wszystkiego – oburzył się loczek, a uśmiech Irlandczyka poszerzył się. – Ten gnojek nawet nie przypuszczał, że on strzeli.
Kobieta spojrzała na młodszego detektywa i pokręciła głową, po czym wróciła wzrokiem do Nialla. Przyjrzała mu się uważnie. Widziała delikatne cienie pod tymi ślicznymi, niebieskimi oczyma. Cała jego twarz wyglądała na zmęczoną. Nie chciała jednak się wtrącać.
No dobrze - chciała, bo ta dwójka już zbyt długo się mija. Uznała więc, że wspomni Zaynowi o stanie chłopaka. To on powinien się o niego zatroszczyć.
- Tak. To był wyjątkowy akt odwagi – przytaknęła w końcu i poklepała jasnowłosego po ramieniu. – A teraz idź już z Harrym. Za chwilę pora lunchu, a ja myślę, że będziesz chciał to zalegalizować. Niech więc Styles ci pomoże. Usprawiedliwię waszą nieobecność, jeśli się spóźnicie.
Obaj skinęli głowami, a ona wyszła z laboratorium. Horan zamknął teczkę i podniósł się z miejsca. Podszedł do szafki, z której wyciągnął swoją torbę. Schował do niej teczkę oraz zamknął metalowe drzwiczki. Następnie zamienił biały kitel na swój płaszcz i wraz z loczkiem wyszli na zatłoczony korytarz.
- Słuchaj… - zaczął Styles, ale gdy dostrzegł, że coś zwróciło uwagę jego przyjaciela, również odwrócił głowę.
Ich wzrok spoczął na szatynie o sarnich oczach, który szybkim krokiem przemierzał korytarz. Na jego twarzy widniała złość, a dłonie były zaciśnięte w pięści. Do płaszcza przypięty miał identyfikator gościa. Chłopak wyminął ich, nie rzucając nawet „cześć”, a oni przystanęli i bezmyślnie powiedli za nim wzrokiem. Mężczyzna podszedł do gabinetu Zayna i zapukał w drzwi. Nie. Poprawka. Wręcz w nie załomotał. Nie czekał na odpowiedź po drugiej stronie, tylko wszedł do środka.
- Jesteś skończonym debilem, Malik… - dotarło do ich uszu zanim drzwi zatrzasnęły się. Harry spojrzał na Nialla, który tylko wzruszył ramionami, po czym skierował się do windy. Brunet ruszył za nim i dopiero gdy znaleźli się na świeżym powietrzu wznowił rozmowę.
- A tak swoją drogą, to jak się czujesz? – spytał loczek wciskając ręce w kieszenie. Blondyn zerknął na niego przelotnie i westchnął ciężko.
- Dziwnie. Nie sypiam dobrze. Ciągle śni mi się, że nie zdążam – wyznał, chowając nos w szaliku. – Dłonie czasem mi drżą.
- Może powinieneś porozmawiać z psychologiem – zaproponował Harry, pokrzepiająco głaszcząc przyjaciela po plecach. – Pamiętam, jak ja pierwszy raz strzeliłem do przestępcy. Zastanawiałem się, czy to było właściwe. Ale, koniec końców, przecież na tym polega nasza praca. Ratować życie innych.
- Też o tym myślałem. Czy to właściwie… – przyznał się. – Ale gdybym tego nie zrobił, może utopiłby Zayna.
- Dokładnie. Ale wiesz… Idź do Thomsona. Pogadaj z nim – odparł Harry, a blondyn przytaknął na potwierdzenie, po czym udali się do swojej ulubionej knajpki na lunch, kompletnie zmieniając temat.
2.
Wypisanie się ze szpitala na własne życzenie po akcji takiego kalibru i z poniesionymi przez niego obrażeniami było niczym w porównaniu do powrotu do pracy. Chociaż doktor Ellis nie chciała wypuszczać go do domu tak szybko, nie miała zbytniego wyboru. Kiedy Zayn złapał za wenflon grożąc, że jeśli ktoś nie odłączy go od „tego cholerstwa”, to on sam to zrobi – musiała skapitulować i podać mu odpowiedni formularz. Myra nie była już tak spolegliwa, gdy zobaczyła go w pracy następnego dnia. Gdyby Malik nie wytoczył swojego ostatecznego argumentu, to zażarta dyskusja między tą dwójką detektywów trwałaby dłużej niż tylko czterdzieści minut:
- Myra, jeśli skażesz mnie na kolejne dni, które spędzę w łóżku myśląc, to mogę ci obiecać, że City będzie mogło rozliczać moje kwitki za psychiatrę. – Brunet posłał jej przy tym spojrzenie, które lepiej niż słowa przekazywało jego prośbę.
- Niech cię weźmie cholera, Malik! – warknęła Karens, podpierając się ręką o fotel. Druga dłoń kontynuowała jej nienaturalnie ożywioną gestykulację. – Nie myśl sobie, że wyściubisz nos poza to piętro!
Zayn obrzucił zmęczonym spojrzeniem dwa duże kartony, które stały na wózku przywiezionym z archiwum. Starsza detektyw uziemiła go w gabinecie z masą papierkowej roboty. Nie miał do niej żalu o to, że przydzieliła mu zadanie, na jakie w normalnych warunkach skazywani byli świeżacy. Policjant był boleśnie świadomy tego, że z połamanymi żebrami nie nadawał się nawet do głupiego patrolu.
- Jesteś skończonym debilem, Malik! – Brunet raptownie odwrócił się w stronę drzwi i natychmiastowo skrzywił się, czując rwący ból w boku. – Widzisz, idioto?! Właśnie o tym mówię!
- Umm, Liam? Co ty tutaj robisz?
- Co ja tutaj robię?! – Szatyn wytrzeszczył na niego oczy i gdyby nie okoliczności, to Zayn roześmiałby się, bo Payne wyglądał doprawdy śmiesznie. – Mam lepsze pytanie: co ty tutaj robisz!?
- Pracuję. A właściwie, pracowałem, póki ty, w jakże spokojny sposób, mi nie przerwałeś – odparł ironicznie Malik, ciągle słysząc w uszach trzaśnięcie drzwiami, jakim barman zaznaczył swoje wejście.
- Nie denerwuj mnie, Z.! Powinieneś być w domu, odpoczywać! Masz połamane kości, do ciężkiej cholery, a ty nie dość, że wypisujesz się ze szpitala, to jeszcze zjawiasz się w pracy, jak gdyby, kurwa, nic!
- Tylko trzy żebra. Nie pierwszy i nie ostatni raz musieli mnie sklejać taśmami. To nie koniec świata. – Malik wzruszył ramionami. – Poza tym, Li, wiesz przecież, że siedzenie na dupie nie jest dla mnie. Dostałbym szału po…
- Piętnastu minutach? – przerwał mu drugi mężczyzna. Zacięcie nie ustępowało z jego twarzy. – Uroczo. Doprawdy, uroczo, Zaynie. Może w tym szale przyswoiłbyś fakt, że byłeś w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia tego twojego gejowskiego tyłka i tylko dzięki Horanowi nie stoję teraz nad marmurem z twoim nazwiskiem!
Na bezpośrednie wspomnienie wydarzeń sprzed niespełna tygodnia powietrze natychmiastowo zgęstniało. Zayn starał się nie myśleć o tym, co zrobił dla niego Niall. Dług, jaki miał teraz u Irlandczyka, był nierzeczywiście ogromny.
- Zee… - westchnął Liam, przysuwając się do detektywa i układając dłoń na jego spiętym ramieniu. – Nie chcę dla ciebie źle. Obaj wiemy, że twoje zachowanie jest teraz skrajnie, skrajnie gówniarsko nieodpowiedzialne i gdybym to ja był na twoim miejscu, to siłą zaciągnąłbyś mnie do mieszkania. Rozumiem, że kochasz swoją pracę, że wiąże się ona z pewnym ryzykiem, ale nie pozwolę ci teraz odgrywać chojraka, którego nic nie rusza tylko dlatego, że masz ego wielkości Jowisza i nie potrafisz przyznać, że coś cię boli.
- Dali mi tyle leków, że mógłbym znieczulić pół wojska, więc…
- Zayn! – Przyjaciel zrugał go spojrzeniem. Zdeterminowanie aż kipiało z sarnich oczu szatyna. – Masz pięć minut, żeby spakować swoje rzeczy i oddać mi klucze do twojego samochodu. Ty na pewno nie będziesz kierować autem na pół przyćpany.
- Nie ma takiej opcji, stary. Wywalczyłem u Myry lżejsze zmiany i mam zamiar się z nich wywiązać!
- Nie dyskutuj, Malik. Karens i ja już rozmawialiśmy. Obiecałem zagrozić ci telefonem do twojego ojca, jeśli nie będziesz chciał iść ze mną po dobroci.
Mulat nie był świadomy, jak bardzo jego ciało jest zmęczone i obolałe, póki działanie środków przeciwbólowych nie zaczęło powoli słabnąć. Zgodnie z zaleceniami lekarki, kolejne dawki leków powinien przyjmować co sześć do ośmiu godzin. Dwie tabletki, zażyte w południe, pozostawiały mu więc prawie półtorej godziny czasu.
Delikatna wibracja, sygnalizująca nową wiadomość, oderwała Zayna od oglądania powtórkowej emisji jednego z pierwszych odcinków Supernatural. Mężczyzna sięgnął po telefon i przesunął palcami po ekranie, wzbudzając urządzenie do życia. Dymek z nadpisem „Liam Payne” delikatnie zamigotał.
- Wyszedłeś ode mnie piętnaście minut temu, stary… - mruknął do siebie policjant i dwukrotnie stuknął jaśniejsze pole.
Od: Liam Payne
Jakbyś jeszcze nie zauważył – a jak Cię znam, to tak pewnie jest – zostawiłem Ci w łazience małą niespodziankę. Zrelaksuj się i odpoczywaj, Z. Później podziękuj Dani! Xx
4:21PM Czw, 13Mar
Zaciekawiony mężczyzna podniósł się z wygodnej pozycji na kanapie, odrzucając na bok miękki koc i skierował się w głąb korytarza. Niepewnie pchnął ciemne drzwi, nieznacznie obawiając się tego, na jaki ambitny pomysł mógł wpaść Payno. Na widok smukłej butelki z aromatycznym płynem do kąpieli z krzywo dowiązaną kokardką uśmiechnął się szeroko.
Do: Liam Payne
Nie ma świeczek i schłodzonego wina. Jestem rozczarowany. Z nami koniec!
4:23PM Czw, 13Mar
Do: Liam Payne
(Żartowałem. Musisz użerać się ze mną jeszcze troszkę. Dziękuję, Li Xx)
4:24PM Czw, 13Mar
Na co dzień Zayn nie miał czasu na długie kąpiele. Szybki prysznic, kawa i papieros rano; szybki prysznic, papieros i łóżko wieczorem. Dynamiczny tryb życia wymagał pewnych poświęceń, ale Malik nie narzekał. Wbrew opiniom, które słyszał o sobie jako młody chłopak, nie fascynowało go spędzanie całych dni w łóżku z książką o filozofii lub poruszającą inne, abstrakcyjne dla niego tematy. Naturalnie, czasem potrzebował chwili błogiego lenistwa, ale do tego wystarczały mu krótkie momenty z papierosem w ustach i…
Mężczyzna potrząsnął głową, odrywając się od myśli, zmierzających w niebezpieczną stronę. Z delikatnym uśmiechem napuścił wody do dużej wanny, dodając do niej sporą ilość pachnącego miodem i karmelem żelu. Biała piana powoli zaczęła pojawiać się na powierzchni wody, a całe pomieszczenie stopniowo wypełniało się przyjemnie słodkim zapachem.
- Czasem przechodzisz sam siebie, Payno – mruknął mulat, odkładając telefon na półkę.
Brunet ostrożnie zdjął z siebie bluzę i niespiesznie zsunął z siebie poprzecierane jeansy. Byłby w stanie dać sobie uciąć rękę za to, że jeszcze kilka prań, a jaśniejsze miejsce na udzie zamieni się w stylową dziurą. Na tę myśl zaśmiał się do siebie. Styles nosił się w ten sposób przez dziewięćdziesiąt procent czasu!
Kiedy wanna zapełniła się odrobinę ponad połowę, Malik z westchnieniem wsunął się do ciepłej wody, pozwalając bąbelkom otoczyć jego ciało. Książka, którą zaczął dobre pół roku temu czekała w swoim stałym miejscu – jak zawsze, kiedy decydował się na kąpiel. „Pluton wyrzutków” miał zakładkę, włożoną dokładnie za dwudziestą siódmą stroną, ale detektyw nie potrafił skupić się na tyle, aby tego dnia przełożyć ją choćby o kilka kartek dalej. Otumaniony lekami umysł cały czas uciekał myślami, nie dając się okiełznać, podsyłając oczom jeden obraz – Nialla.
Horan w laboratorium, Horan na obiedzie, Horan na strzelnicy, Horan w drzwiach łazienki Zacka. Wyobrażenie blondyna nie chciało odejść – było tak samo uparte jak sam laborant. Zayn jęknął cicho, czując jak jego ciało mimo jego woli zaczyna reagować na podsuwane mu wizualizacje.
- No chyba sobie ze mnie kpicie…
Mulat mocno zacisnął zęby i z całych sił złapał się krawędzi wanny – wszystko, byleby nie wsunąć ręki do aromatycznej wody, zwodniczo pobudzającej jego zmysły.
- Myśl o Anji Rubik, myśl o nagiej Anji Rubik! – powtarzał w myślach, stopniowo się uspokajając.
Kilka minut zajęło mu doprowadzenie się do względnego porządku. Świadomość, że Irlandczyk doprowadzał go do takiego stanu jednocześnie go drażniła i wywoływała przyjemne dreszcze. Detektyw nie mógł zaprzeczyć, że Horan – ze swoją niewinną urodą – był piękny na swój unikalny, niepowtarzalny sposób.
Na opuszkach palców bruneta zaczęły pojawiać się pierwsze zmarszczki spowodowane wodą, kiedy w mieszkaniu rozległ się przenikliwy dźwięk dzwonka. Fakt, że ktoś prześlizgnął się bez używania domofonu przez bramę wejściową, wzbudził podejrzliwość młodego mężczyzny.
- Lyyyum, jeśli to będziesz ty, a twoją jedyną wymówką będzie „Chciałem sprawdzić, czy faktycznie się relaksujesz”, to skopię ci dupę – powiedział pod nosem Zayn i z niechęcią podniósł się z wygodnej pozycji w wannie.
Pospiesznie przetarł mokre ciało i w pośpiechu narzucił na siebie bieliznę, grafitowe dresy, które normalnie służyły mu za spodnie od piżamy oraz biały tank top. Jasny materiał koszulki w wielu miejscach przylgnął do jego wilgotnego ciała, a kapiące z włosów kropelki wody tylko to ułatwiały.
- Idę przecież! – Malik wywrócił oczyma, gdy natarczywy gość przerzucił się z uporczywego wciskania dzwonka na rytmiczne walenie w drzwi. – Czego chcesz tym razem, Payno?!
Ku jego zdziwieniu, za ciemnym drewnem nie dojrzał zatroskanego przyjaciela, ani nawet pełnego energii Harry’ego, który obiecał, że wpadnie. Na korytarzu stała elegancka, dojrzała kobieta, a sam mulat znał ją doskonale.
- M-mama? – wydukał mężczyzna, kiedy brunetka wyminęła go i weszła do środka.
- Zaynie Javaddzie Maliku – zaczęła nawet nie zdejmując ośnieżonego płaszcza. – Lepiej, żebyś miał arcydobre wytłumaczenie, dlaczego nie poinformowano mnie, że mój najstarszy syn prawie zginął w akcji?!
- Ja…
- Tak, ty! – fuknęła na niego i bez ceregieli kontynuowała swoją tyradę. – Musiałam dowiedzieć się z wiadomości, że po latach bezcelowych poszukiwań świetna ekipa policyjna, w której jest moje dziecko, w końcu złapała tego seryjnego zabójcę, ale prawie straciła przy tym człowieka! Zgadnij: jak nazywał się ten detektyw? O dziwo tak samo, jak mój mały chłopiec – Malik!
- Mamo, ja…
- Nie przerywaj mi! Jeszcze nie skończyłam! – obruszyła się Patricia, a w jej oczach zalśniły łzy. – Czy ty sobie w ogóle wyobrażasz, co ja poczułam, kiedy Liam mi to potwierdził? Myśl o tym, że mogłam cię już nigdy nie zobaczyć, a nasza ostatnia rozmowa dotyczyła jakiegoś banalnego obiadu, na który nie miałeś czasu była nie do zniesienia. Przepłakałam cały wieczór i dziś z samego rana przygnałam do Londynu i nie wiem, czy powinnam cię uściskać i dziękować bogom, że dalej żyjesz, czy skopać ci tyłek tak mocno, żebyś znowu wylądował w szpitalu! – Matka policjanta westchnęła głęboko, a jej poważna mina nieco zelżała, ustępując miejsca malującej się na twarzy uldze i wzruszeniu. – Dziecko…
- Nie chciałem cię denerwować. To ryzyko zawodowe. Dałem się troszkę pokiereszować, ale koniec końców wyszedłem z tego obronną ręką, prawda? To się chyba liczy, co?
- Połamane żebra, praktycznie podcięte żyły na nadgarstkach i niezliczone próby utopienia, to nie jest „trochę”. Nie patrz tak. Ucięłam sobie pogawędkę z tą twoją Myrą. Naprawdę chciałeś wrócić do pracy, kochanie? Czy ty oszalałeś do reszty? – Kobieta z niedowierzaniem pokręciła głową. Chwilę później pokonała dzielący ją od syna dystans i ostrożnie wzięła go w objęcia. – Nie możesz tak robić. To nie jest zdrowe. Powinieneś rzucić tę pracę w cholerę!
- Ale to moje życie. – Brunet zacisnął ramiona wokół swojej matki odrobinę mocniej i wtulił twarz w jej włosy.
- Gadasz jak twój ojciec! – mruknęła pod nosem kobieta. – Takie same dwa uparte osły. Słowo daję, że jeśli jeszcze raz odstawisz taki numer…
- Obiecuję, że jeśli następnym razem będą chcieli mnie unieruchomić w łóżku na tydzień, będziesz wiedziała jako pierwsza. No, może druga. – Młody Malik delikatnie się uśmiechnął.
- Mój mały chłopiec już dorósł, a czasem i tak dalej zachowuje się jak dziecko. – Kobieta z politowaniem pokiwała głową. Gdy odsunęła się od policjanta na odległość ramion na jej twarzy nie było widać już żalu czy smutku. – Może wejdźmy dalej, co? Zrobimy sobie herbatę, ja przygotuję ci coś dobrego do zjedzenia i porozmawiamy jak ludzie. W twoim stanie powinieneś dużo odpoczywać i zdrowo się odżywiać!
- Nie chcę cię rozczarowywać, mamo, ale nie jestem w ciąży – rzucił żartobliwie detektyw.
- Och, nie zauważyłabym, Z. – odparła z przekąsem brunetka. – A ponoć medycyna tak bardzo poszła do przodu…
- Mamo…!
- Zayn, Zayn. Już dawno pogodziłam się z tym, że po tobie raczej nie mam co spodziewać się wnuków. Przyzwyczaiłam się do tej myśli.
- Nie wiem, czy wiesz, ale prawo adopcyjne też nie stoi w miejscu. – Mulat postawił na blacie dwie filiżanki i włożył do nich po torebce zielonej herbaty. – Nigdy nie mów nigdy.
- Skoro jesteśmy już przy tym temacie… - zaczęła sugestywnie kobieta, podpierając się o kuchenny blat. – Mały ptaszek powiedział mi, że w końcu pojawiło się twoje Yang. Chcesz mi coś powiedzieć?
O, Allahu! - pomyślał Malik – No to teraz się zacznie… Payne, już jesteś trupem!
3.
Kiedy wrócił z Harrym po lunchu z Komitetu Bezpieczeństwa, czuł się okropnie przytłoczony. Miał wrażenie, jakby wszystko się na niego waliło i coraz bardziej go przygniatało, pozbawiając życiodajnego tlenu. Cała ta sytuacja u Isaaca, jego własny stan psychiczny, który teraz został niebezpiecznie zachwiany przez pozwolenie posiadania broni… To wtedy dłoń mu zadrżała, a probówka z niej wypadła i roztrzaskała się pod jego stopami.
Westchnął i zabrał się za jej sprzątanie, kalecząc się przy tym w palec. Dopiero głos Myry wyrwał go z tego wszystkiego. Kazała posprzątać Zoe, a sama zabrała go do swojego gabinetu, gdzie oczyściła niewielką ranę i przykleiła plaster. Poleciła mu, by poszedł do domu i w najbliższych dniach zgłosił się do psychologa. Dała mu też karteczkę, na której był zapisany adres.
- To Zayna. Jakbyś chciał z kimś pogadać – wytłumaczyła, chowając niewielką apteczkę do szuflady. – A teraz idź już do domu. Wypocznij i ochłoń do poniedziałku.
- Ale… - zaczął Niall, gdy kobieta wpadła mu w słowo.
- Nic się nie stanie – odparła. – Wytłumaczę, co zaszło. Zrozumieją.
Irlandczyk westchnął; przytaknął, chowając karteczkę do tylnej kieszeni spodni. Wyszedł z gabinetu i wrócił do laboratorium, gdzie zdjął swój kitel. Założył płaszcz, pod szyją owinął szalik, a na ramię zarzucił swoją torbę. Pożegnał się z Zoe, która z niesmakiem odprowadziła go wzrokiem i wszedł do windy. Zjechał na dół i wyszedł przed City, gdzie przystanął.
Zastanawiał się, co teraz powinien ze sobą zrobić. Sięgnął więc do tylnej kieszeni i wyciągnął adres, który dostał od Myry. Przez jedną, krótką chwilę rozważał pójście do Zayna, ale zrezygnował. Uznał, iż to mogło być – ba! nawet było – niewłaściwie. Nie powinien być tak blisko ze swoim przełożonym. Wcisnął więc świstek papieru głęboko w kieszeń płaszcza. Powoli skierował się do metra na swój pociąg.
Może wezmę gorącą kąpiel? – pomyślał, gdy już był w drodze, ale wtedy przypomniał sobie, jak niekomfortowo czuł się w łazience. Jedyne, na co było go stać, to krótkie prysznice i chodzenie tylko za potrzebą. Westchnął ciężko, bo to wszystko naprawdę powoli go wykończało. Niby rozmawiał z Harrym na ten temat, ale to nie to samo. Czuł się bardzo źle.
Wysiadł na swojej stacji i przebiegając palcami przez jasne kosmyki wyszedł na powierzchnię. Powoli szedł w stronę swojego mieszkania, stawiając stopy na pełnych kostkach niczym dziecko.
Nagle czyjeś dłonie silnie zacisnęły się na jego nadgarstku, wciągając go w zaułek między budynkami. Krzyknął krótko, ale moment potem poczuł czyjś łokieć, wbijający się mu w lędźwie. Jęknął z bólu, a jego obie ręce zostały boleśnie wykręcone do tyłu.
- Dawno się nie widzieliśmy, Nialler – do blondyna dotarł boleśnie znajomy głos, a jego serce zabiło szybciej ze strachu. Moment później duża dłoń złapała jego podbródek i podniosła do góry, a on spojrzał w stalowoszare tęczówki, które aż błyszczały z pożądania. Na czoło opadała grzywka, której złote refleksy odbijały słońce.
- Tęskniłem za tobą, kochanie – mruknął ciemny blondyn, nachylając się do niego. – Zmężniałeś i wyładniałeś, mój Maluszku.
- Nie jestem twój, Duclan – warknął i spróbował się wyszarpnąć - jak się domyślił - Shane’owi.
- Och, czyżby, Maluszku? – odparł mężczyzna i wpił się w jego wargi. Horan mocno zacisnął powieki, powstrzymując łzy cisnące się do jego oczu. Znów spróbował się wyszarpnąć, ale Shane zawsze był od niego większy oraz silniejszy i teraz trzymał go w mocnym uścisku.
- Już zapomniałeś, jak jęczałeś moje imię, gdy cię rżnąłem? – mruknął w jego ucho szarooki. – Może to powtórzymy, co ty na to?
- Zostaw mnie! – krzyknął Niall i podniósł głowę, uderzając w twarz Duclana. Ten warknął tylko i boleśnie mocno zacisnął palce na jego karku, dociskając jego głowę w dół, tak że patrzył teraz na swoje buty.
- Ty mała, irlandzka suko! – krzyknął mu do ucha, mocniej zaciskając palce na ciele. – Jak, kurwa, śmiesz się tak do mnie odzywać!
- Duc! – usłyszał kolejny głos i już wiedział, że to jego koniec. A przynajmniej początek końca.
Ciemny blondyn cofnął dłoń, a on mógł podnieść wzrok na Aidena, który podszedł do niego swoim nonszalanckim krokiem, paląc papierosa. Stanął przed nim zaciągając się dymem, po czym dmuchnął nim prosto w jego twarz, by ostatecznie zagasić peta butem. Jego ciemne oczy zlustrowały twarz blondyna, który oddychał ciężko.
- Boisz się. To dobrze, Horan – stwierdził, przebiegając dłonią po ciemnych włosach, by następnie zacisnąć ją w pięść i wymierzyć cios prosto w brzuch niebieskookiego. – Powinieneś się bać. Jak widzisz, już nie jestem sam.
- Zostaw mnie w spokoju – wydukał Ni, podnosząc na niego wzrok. Moment potem zgiął się w pół, gdy został mu wymierzony kolejny cios.
- Chyba w twoich snach – zaśmiał się sarkastycznie Grimshaw. Chwycił blond kosmyki w palce i pociągnął za nie, odchylając głowę Irlandczyka do tyłu. – Wisisz mi szmal. Masz mi go, kurwa, oddać. Bo jak nie, to inaczej będziemy się bawić. Zgotuję ci takie piekło, że będziesz błagał mnie o śmierć.
- Zgłoszę to na policję – zagroził, ale wiedział, że nie zrobi to zbyt większego wrażenia na brunecie. – Masz sądowy zakaz zbliżania się do mnie.
- Nie zrobisz tego. Ostatnio też mi tym groziłeś – stwierdził rozbawiony.
- Tym razem się nie rozmyślę – Horan wiedział, że takie przepychanki z potencjalnym oprawcą nie są szczytem odpowiedzialności oraz zdrowego rozsądku, ale musiał coś zrobić. – Nie, kiedy mam dwa kroki do gabinetu detektywa. Bo wiesz… Tak jakby pracuję w policji.
- I to mam mnie ruszyć? – Aiden uniósł wysoko brew i podarował mu kolejne ciosy w brzuch. – Jakoś nie specjalnie mną to wstrząsnęło.
Dostał jeszcze jedno bolesne uderzenie w lędźwie od Shane’a i upadł na ziemię, chwytając się za brzuch. Kilka łez skapnęło na czarny chodnik, ale szybko je otarł, zwijając się w kłębek mając nadzieję, że pozycja embrionalna choć trochę uśmierzy ból. Na nic się to jednak nie zdało.
Myślał, że już gorzej być nie może. A jednak. Aiden przypomniał o sobie i to w najgorszy z możliwych sposobów - pokazując mu jak wielką ma władzę oraz do czego jest zdolny. W tej chwili naprawdę zaczął się obawiać o swoje życie. Swoje i Louisa, bo to przecież z nim mieszkał. Nie mógł pozwolić, by te gnoje cokolwiek mu zrobilły.
Podniósł się więc, opierając o ścianę i wyciągając z kieszeni wymiętoloną karteczkę. Znalazł w telefonie gdzie znajduje się mieszkanie Zayna i chwiejnym krokiem skierował się na stację metra, krzywiąc z bólu. Co chwila rozglądał się dookoła, czy przypadkiem jego oprawcy nie mają na niego oka. Wsiadł w odpowiednie metro, opadając na wolne miejsce. Ból pulsował w dole jego pleców wędrując w górę kręgosłupa i sprawiając, że czuł się tak bardzo połamany i obolały. Przymknął więc oczy, oddychając miarowo, ale to nic nie dało.
Wysiadł na właściwej stacji i zwrócił się w stronę schodów. Z trudem po nich wyszedł, po czym skierował się w ulicę, którą wskazywał jego telefon. Zatrzymał się przed eleganckim budynkiem, do którego prowadziła zabezpieczona brama. Westchnął, zdając sobie sprawę, że nie zna do niej kodu. Już chciał wybierać numer do bruneta, kiedy ze środka wyszła kobieta. Odczekał więc i gdy otworzyła bramę, prześliznął się, tłumacząc, że jego przyjaciel tu mieszka, ale jest na tyle roztargniony, iż zapomniał podać mu kodu.
W myślach błogosławił windę, która zawiozła go na odpowiednie piętro. Czuł się ledwo żywy, kiedy nadusił dzwonek do drzwi. Oparł się dłonią o framugę, czekając na jakąkolwiek reakcję z drugiej strony, a gdy nic się nie działo, zdecydowanie zastukał. Dopiero wtedy usłyszał rozdrażniony głos detektywa. Zamek szczęknął, a on podniósł swoje niebieskie ślepia na pełną zaskoczenia twarz swojego przełożonego.
- Niall – sapnął i blondyn domyślił się, że nie wygląda jakby dopiero co zszedł z wybiegu. Spróbował się więc wyprostować, ale skrzywił się na ból w plecach. – O matko. Wejdź. Co ci się stało?
- Aiden – rzucił krótko, wchodząc do mieszkania i dostrzegł, jak twarz Zayna spoważniała, a usta ściągnęły się. – Dopadł mnie razem z Shanem i Duclanem, gdy wracałem do domu. Powiedział, że jak mu nie oddam tych pieniędzy to zgotuje mi takie piekło, iż będę go błagał o śmierć. A potem… Potem mnie pobił. Zayn, boję się.
Poczuł jak w środku pęka. Wielka tama, którą postawił wieki temu, by powstrzymywała uczucia, których nie chciał pokazywać – kruszy się i gwałtownie rozpada. Wszystko zalało go z taką siłą, że kolana pod nim zadrżały. Zbyt wiele się wydarzyło.
- Ja… Nie byłem na to wszystko przygotowany. Na ciebie w tej łazience ledwo żywego. Na to, że musiałem strzelić do człowieka. Matko. Ja strzeliłem do człowieka – zaczął bredzić jakby stracił rozum. Może po części tak się stało? – Nie tego ode mnie wymaga się na studiach. Ja… O Boże. Mam koszmary. Nie czuję się komfortowo we własnej łazience. A teraz jeszcze Aiden. Już mam dosyć. Zabierzcie mnie od tego wszystkiego…
- Hej, Ni. Oddychaj. No już – odezwał się mulat i chwycił jego twarz w swoje dłonie. – Już dobrze. Spokojnie. Uspokój się i porozmawiamy na spokojnie, dobrze?
Głośno przełknął ślinę i skinął głową. Starszy mężczyzna posłał mu więc ciepły uśmiech i przejechał kciukiem po kości policzkowej.
- Dobry chłopak – szepnął, będąc niebezpiecznie blisko jego twarzy. Serce Nialla zabiło na to zdecydowanie za szybko. Tym razem nie ze strachu, a z ekscytacji. Moment później miękkie oraz pełne usta bruneta spotkały się z jego i w jego obolałym brzuchu podniosło się stado niebieskich motylków.
Ten pocałunek był tak inny od tego, który otrzymał od Duclana. Tamten był brutalny i dziwnie bolesny dla niego. Nie chciał go całować. Tak bardzo żałował tamtych lat. Ten, którym obdarowałam go teraz Zayn, był delikatny oraz subtelny. Wargi detektywa przyjemnie ocierały się o jego, uspokajając go w swój magiczny sposób. Miał ochotę jęknąć z niezadowolenia, kiedy starszy mężczyzna odsunął się od niego.
- Chodź. Pójdziemy do salonu. – Policjant objął go ramieniem, gdy Irlandczyk już zdjął buty ze swoich stóp, a płaszcz i szalik odwiesił na wieszak. – Powiesz mi, co cię boli, dobrze?
Więc poszedł za nim, usiadł na kanapie i pozwolił by Zayn się nim zajął.
piątek, 7 marca 2014
*Po tym wieczorze, Harry stał się stałym gościem sobotnich kolacji. Potem kiedy pewnego razu zasiedział się u Louisa do późna, skończyło się na nocowaniu i od tamtego czasu spędzali razem również Niedziele. Louis i Harry zbliżyli się do siebie i spędzali razem więcej czasu niż kiedykolwiek. Dziewczynki wielbiły Harry’ego, co dawało mu kolejny powód do częstych odwiedzin. W piątki po przedszkolu Harry zabierał Daisy i Phoebe do siebie, a Louis dołączał do nich z pozostałą trójką. Tomlinsonowi podobało się to rozwiązanie. Pozwalało mu pracować trochę dłużej, a to poszerzało ich perspektywy.
Październik minął i przyniósł Listopad, który niespodziewanie przeszedł w Grudzień. Louis i dziewczynki zaczęli traktować Harry’ego jak członka rodziny. Stał się pierwszą osobą do której przychodzili z każdym problemem, lub z prośbą o radę, zwłaszcza Lottie, której łatwo przychodziła rozmowa z Harrym i która uważała go za bardzo podobnego do ojca. Szła do niego z problemami z którymi nie mogła pójść do Louisa, a relacja między nimi stała się podobna do takiej między ojcem i córką, chociaż nikt by jej tak nie zakwalifikował, bo to oznaczało by uznanie tej dziwnej, szybko rozwijającej się relacji między Harrym i Louisem, którzy walczyli z uczuciami, które rosły w nich z każdym dniem. W końcu, Harry był hetero, a Louis… Louis nie był zakochany w swoim najlepszym przyjacielu.
*~*~*~*
-Halo?
-Potrzebuję przysługi – Louis był wyraźnie zestresowany.
-Co się stało?
Harry usłyszał westchnienie Louisa.
-Właśnie dostaem telefon ze szkoły Lottie. Ma kłopoty. Chcą, żebym ją odebrał, ale jestem w pracy i nie mogę się wyrwać, bo mnie zwolnią. Myślisz, że mógłbyś ją zabrać?
W głosie Louisa dało się słychać błaganie i Harry nie potrafił mu odmówić.
-Żaden problem. Podaj mi tylko adres.
-Oczywiście, masz długopis?
Harry wyjął z szuflady pisak i skrawek papieru. Zapisał szybko adres, podczas gdy Louis dawał mu wskazówki jak dojechać.
-Dobrze, dam radę. Co mam powiedzieć dyrektorowi?
-Powiedz po prostu, że jesteś przyjacielem jej brata i jesteś tam, bo on nie mógł wyjść z pracy. Naprawdę nie wiem jak ci za to dziękować.
Harry zarumienił się lekko.
-To naprawdę nie problem. Cieszę się, że mogę pomóc – mruknął do słuchawki.
Louis ponownie westchnął“
-W każdym razie dziękuję. Słuchaj, muszę wracać do pracy, mógłbyś ją wziąć do siebie, a ja bym ją odebrał po zmianie? Wiem, że proszę o dużo, ale…
-Lou, to żaden problem! A jeśli spróbujesz mi podziękować jeszcze raz to… Wracaj do pracy. Zobaczymy się później.
-Jestem ci naprawdę wdzięczny. Do zobaczenia.
-Pa Lou.
-Pa Haz.
Kiedy usłyszał sygnał po drugiej stronie, złapał swój portfel i kluczyki i chowając je do kieszeni, opuścił mieszkanie. Droga do szkoły minęła cicho. Był środek dnia, więc nie panował duży ruch. Chwycił kierownicę, czując jak z nerwów skręcają mu się wnętrzności. Wcześniej odbywał wiele spotkań tego typu, ale nigdy nie był w roli rodzica. Nie żeby uważał się za rodzica Lottie, ale… Dyrektor na pewno będzie chciał z nim porozmawiać o tym co zrobiła dziewczyna, a on będzie musiał przekazać to Louisowi.
Wjechał na parking, drżącymi dłońmi wyłączając silnik. Wspiął się po stopniach do szkoły, otwierając drzwi i wchodząc do biura. Oparł łokcie na blacie zerkając na recepcjonistkę.
-Dzień dobry. Przyszedłem po Lottie Tomlinson? – powiedział cicho.
Kobieta podniosła wzrok, spojrzała na niego uprzejmie i wskazała na drzwi z matowego szkła w korytarzu za nią.
-Jest w gabinecie dyrektora. Tamte drzwi.
Pokiwał głową i uśmiechnął się do niej mamrocząc ciche „Dziękuję”, kiedy odszedł od blatu i stanął przed drzwiami. Zapukał w szkło, a w jego uszach rozbrzmiał nieprzyjemny hała. Kiedy wszedł do pomieszczenia, a Lottie go zobaczyła, jej ramiona opadły w uldze.
-Harry! – wykrzyknęła i zeskoczyła z krzesła, by go uścisnąć.
Objął ją ramionami, szczęśliwy, że była tak podekscytowana widząc go. Nadal ją obejmując, delikatnie poprowadził ją z powrotem na krzesło, zanim uścisnął dłoń dyrektora.
-Proszę zająć miejsce, panie Tomlinson. Musimy porozmawiać o zachowaniu pańskiej córki –oznajmił mężczyzna zajmując swoje miejsce za biurkiem.
Harry skrzywił się lekko, nagle czując się dziwnie.
-Właściwie nazywam się Styles. Harry Styles. Jestem przyjacilem jej brata.
Dyrektor uniósł brwi, wyraźnie zdziwiony.
-Och strasznie przepraszam. Doszedłem do wniosku, że jest pan jego partnerem.
Harry zerknął na Lottie, kiedy dziewczyna prychnęła słysząc komentarz dyrektora.
-Nie, on po prostu nie mógł wyrwać się z pracy, dlatego tu jestem. Jestem pewien, że Lottie zdaje sobie sprawę z tego, jakie to dla niej szczęście. Louis nie jest z ciebie zadowolony młoda damo – oznajmił Harry spoglądając na dziewczynę surowo.
Dyrektor poprawił okulary, a Lottie zaczęła się wiercić na swoim krześle.
-Właśnie dlatego tu jesteśmy, by o tym porozmawiać. Zostało powiedzianych parę rzeczy i Lottie uderzyła chłopca ze swojej klasy.
Brwi Harry’ego powędrowały do góry.
-Jakie rzeczy?
Lottie spojrzała na Harry’ego, a na jej twarzy pojawił się grymas smutku.
-Pamiętasz tn esej, który mieliśmy napisać na angielski? O naszym bohaterze?
Harry skinął głową. Lottie wzięła drżący wdech zanim zaczęła mówić.
-Napisałam o Lou, bo on robi dla nas tyle i nigdy nie pokazuje jak smutny jest. Przyjął tą pracę, bo to było najlepsze dla nas, nawet jeśli jej nie lubi. Dlatego kiedy Hank nazwał go ofiarą, a potem jeszcze dodał, że to była wina rodziców, że umarli, nie mogłam pozwolić mu tak mówić. Więc jego twarz jest teraz tak spuchnięta, że pasuje do reszty jego ciała – wzruszyła ramionami.
Harry walczył z chęcią, by jej pogratulować. Szybko ukrył tą dumę. To było niestosowne i mógł z tym zaczekać do momentu kiedy znajdą się w samochodzie.
-Dlatego obawiam się, że musimy ją zawiesić. Hank jest zawieszony za podżeganie, ale boję się, że Lottie będzie zawieszona na dłużej, ponieważ jej wykroczenie jest poważniejsze, a my nie tolerujemy przemocy. Będzie miała trzy dni zawieszenia poza szkolnego i dwa wewnątrz szkolnego. Nie będzie mogła nadrobić niczego co będzie przerabiane podczas zawieszenia poza szkolnego nie wliczając sprawdzianów, a podczas zawieszenia wewnątrz szkolnego będzie robiła inne prace. Ma pan jakieś pytania panie Styles?
Harry westchnął przecierając oczy.
-Nie, nie wydaje mi się. Jeśli Louis będzie miał, może zadzwonić do szkoły, czy jest jakiś specjalny numer, który mam mu podać?
-Nie, wystarczy zadzwonić do szkoły. Życzę miłego dnia, panie Styles.
-Panu również.
Mężczyźni uścisnęli swoje dłonie. Harry schylił się i podniósł z ziemi torbę Lottie wyprowadzając ją z gabinetu. Dziewczyna szła ze spuszczoną głową, nie odzywając się słowem. Harry był zaskoczony, kiedy chwyciła go za dłoń, ale zacisnął palce na jej ręce, ściskając ją pocieszająco. Kiedy wsiedli do samochodu Harry’ego a plecak Lottie spoczywał na jednym z tylnich siedzeń, chłopak zerknął na nią.
-Jakkolwiek zły będzie Louis, muszę przyznać, że jestem z ciebie dumny. Pokazałaś temu dzieciakowi gdzie jego miejsce. Tylko nie mów Lou, że to powiedziałem. Urwie mi głowę.
Lottie zachichotała.
-Jesteś beznadziejnym partnerem. Tak podważać autorytet swojego męża?
Harry poczuł jakby w jego brzuchu poderwało się do lotu stado motyli. Jego policzki przybrały barwę dojrzałej piwonii, a chłopak jęknął.
-Ty też to robisz! Poza tym, czemu wszyscy myślą, że jesteśmy po ślubie, czy coś w tym stylu?
Lottie wzruszyła ramionami.
-Nie możesz ich winić. Naturalnym jest, że uważają cię za mojego ojca, jeśli pojawiasz w szkole się na spotkaniu rodzic-nauczyciel. Po tym, biorąc pod uwagę to, że dyrektor jest świadomy mojej sytuacji rodzinnej, nie trudno zakładać, że jesteś mężem mojego brata.
Jej ton był rozsądny, jednak w głosie dziewczyny dało się wyczuć zadowolenie z siebie. Harry pokiwał głową, skrępowany.
-Może i tak… Ale to nie tylko on, wiesz? Moja mama też na początku myślała, że się spotykamy, a ona nigdy nawet nie spotkała Louisa! Po prostu rozmawialiśmy pewnego dnia, a ona spytała co u mojego chłopaka. Byłem zdziwiony, dopóki nie sprecyzowała, że mówi o nim.
Harry zdecydował, że nie będzie wspominał o cieple, które poczuł, kiedy jego matka o tym mówiła.
-Jestem hetero. Myślałem, że to wie.
Lottie spojrzała na niego uważnie.
-A może, ona wie, że wcale nie jesteś.
-C-co? Co masz na myśli? – rzucił nerwowo.
-Matki zawsze wiedzą najlepiej. Nasza mama też wiedziała o orientacji Louisa, zanim on się o tym dowiedział – wspomniała.
Serce Harry’ego zatrzymało się na krótką chwilę.
-Louis jest gejem? – spytał czując nagle zawroty głowy.
Lottie spojrzała na niego wielkimi oczami.
-Nie powiedział ci? – Harry potrząsnął głową – Och. Myślałam, że to zrobił… Jesteście tak blisko. To… To nie jest problem, prawda?
-Nie! Nie, skąd. Po prostu ja… Mam na myśli… Ja nie… Ja… Kocham Louisa. To, że jest gejem niczego nie zmienia.
Na twarz Harry’ego wpełzł gorący rumieniec, kiedy Lottie obdarzyła go jednym z tych wszystko wiedzących spojrzeń.
-Jak daleko sięga ta miłość?
Harry wyglądał na zaskoczonego. Nie tego pytania się spodziewał. Lottie uniosła brew, kiedy zwlekał z odpowiedzią.
-Gdyby na przykład znalazł chłopaka. Nie przeszkadzało by ci to?
Harry zacisnął dłonie na kierownicy tak mocno, aż pobielały mu knykcie. Nie – pomyślał – to zdecydowanie nie byłoby w porządku.
Lottie spojrzała na niego uważnie.
-Jesteś zły za to, że byłby to chłopak, czy złości cię myśl, że byłby to chłopak Louisa?
-To drugie – warknął krótko.
Lottie uśmiechnęła się.
-A czemu myśl o tym, że Louis mógłby mieć chłopaka, tak cię wścieka?
Nie myślał nad tym co mówi, niezrozumiały gniew nadal przesłaniał mu myśli.
-Bo on jest mój, do diabła.
Zignorował pewny siebie uśmieszek Lottie i wcisnął pedał gazu. Nie pamiętał jazdy z powrotem do swojego domu. Spojrzał na nią, kiedy odpinała pas, a jej uśmiech wyrwał go z furii. Jego umysł jeszcze raz przebiegł przez całą rozmowę, a krew napłynęła do jego policzków, kiedy zdał sobie sprawę z tego co insynuował.
-Miałem na myśli… On jest moim najlepszym przyjacielem. Mówiąc „mój” nie miałem na myśli, że chcę się z nim zestarzeć, tylko że nie chcę zostać zastąpiony – wyjaśnił pospiesznie.
Lottie nadal się uśmiechała.
-Możesz przestać z tym spojrzeniem? Nie jestem zakochany w Lou! – krzyknął – Jestem hetero, wolę dziewczyny i zdecydowanie nie jestem zakochany w twoim bracie.
Lottie zachichotała.
-Bronisz się – parsknęła śmiechem.
-Nie – jęknął – Nie bronię się. Jestem szczery.
Lottie uniosła brew
-Jakoś w to wątpię – mruknęła.
Harry spojrzał na nią groźnie.
-Po prostu odpuść, dobrze? Lubisz gorącą czekoladę? Mogę ci zrobić.
Lottie wywróciła oczami, widząc jego upór niemniej jednak, uśmiechnęła się.
-Jaka dziewczyna nie lubi?
Harry uśmiechnął się.
-Chodź. Poza tym, chcę usłyszeć więcej o tej sytuacji z Hankiem.
Lottie przełknęła nerwowo, ale skinęła głową. Wisiała mu to. Wysiedli z samochodu i weszli do domu, po czym zabrali się za robienie gorącej czekolady.
*~*~*
Kiedy Louis zapukał do drzwi, było około 16 popołudniu. Spojrzał na Harry’ego z obawą, kiedy chłopak złapał go za dłoń i poprowadził go do kuchni sadzając go przy stole. Harry nie puścił jego dłoni, a kiedy zajął swoje miejsce, ścisnął ją lekko.
-Gdzie jest Lottie? – spytał Louis ostrożnie.
Harry uśmiechnął się delikatnie.
-Wszystko w porządku. Jest na górze. Odpoczywa. Była wykończona, miała bardzo wyczerpujący dzień – wyjaśnił.
Louis westchnął unosząc wolną dłoń i ściskając lekko nasadę nosa.
-Więc o co chodziło? – wychrypiał cicho.
Harry ponownie ścisnął jego dłoń.
-Została zawieszona – oznajmił łagodnie.
Louis natychmiast podniósł głowę. Na jego twarzy malował się szok i złość.
-Co?!
-To nie całkowicie jej wina, Lou i szczerze, nie będziesz na nią zły, kiedy usłyszysz co się stało –oznajmił łagodnie – Chłopak w jej klasie nazwał cię ofiarą i powiedział, że to wina waszych rodziców, że umarli. Szczerze, na miejscu Lottie, każde dziecko by go uderzyło. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że ten chłopak tak zareagował po tym jak przeczytała swój esej o jej bohaterze. Napisała o tobie Lou. Jest bardzo wdzięczna za wszystko co dla nich robisz i bardzo cię kocha.
Głowa Louisa ponownie opadła, ale tym razem nie w złości. Harry był zaskoczony, kiedy ramiona Louisa zaczęły się trząść, a chłopak wysunął rękę z jego uścisku zakrywając nią twarz. Cholera, tak bardzo starał się nie płakać. Wytrzymał cztery miesiące i teraz nie wytrzymał. Wyrwał mu się cichy szloch. Zesztywniał, kiedy poczuł ramiona otaczające go, a potem znowu się rozluźnił, chwytając się szerokich ramion przyjaciela i chowając twarz w jego szyi. Harry ukrył twarz we włosach Louisa i zaczął szeptać mu do ucha jakieś pocieszające bzdety. To sprawiło, że chłopak rozpłakał się jeszcze bardziej. Jego palce zacisnęły się na koszulce Harry’ego, kiedy zawodził jak dziecko w szyję swojego przyjaciela. To było jak zniszczenie tamy i pozwolenie na popłynięcie łzom, nawet nie starając się ich kontrolować. Żal był uwięziony w jego klatce piersiowej, a teraz przekraczał wszelkie granice. Był jak potwór z ostrymi zębami i długimi pazurami, a on był pewny, że bez ramion Harry’ego wokół swojej talii i bez jego głosu szepczącego do ucha, potwór rozerwał by go na strzępy od wewnątrz.
To gryzło jego serce i szarpało wątrobę wystarczająco, żeby bolało, żeby uwolnić napięcie, ale nie wystarczająco by wyrządzić jakieś trwałe szkody. Harry był okowami na ramionach i szyi tego potwora, trzymał go na uwięzi, ale pozwalał mu robić to co musiał robić.
Louis poczuł jak Harry przyciska usta do jego włosów. To sprawiło, że potwór zamruczał i się wycofał. Ręce chłopaka zataczały koła na plecach Louisa, łagodząc tego potwora i usypiając go.
-Jest w porządku Lou – wyszeptał – Jestem z tobą
Potwór ziewnął i ponownie skulił się w jego klatce piersiowej, by zaczekać, aż coś ponownie wyprowadzi chłopaka z równowagi.
Louis odsunął się, pociągając nosem i pocierając oczy. Harry’ego na chwilę uderzyło to jak dziecięco wyglądał. Jego serce zadrżało, Louis był o wiele bardziej załamany niż Harry myślał. To wywołało uczucie w jego klatce piersiowej, które wybuchło w jego klatce piersiowej. Czuł, że musi chronić Louisa. Poczuł potrzebę przyciągnięcia przyjaciela do siebie i objęcia go mocno. Powstrzymał się od tego i po prostu ułożył dłonie na przedramionach Louisa, pocierając je delikatnie. Poczuł delikatne ciepło piekące go w dłonie.
-Wszystko w porządku? – spytał łagodnie.
Louis sapnął krótko po czym zaśmiał się cicho, ocierając oczy wierzchem dłoni.
-Będzie w porządku. Po prostu… Nie wiem. Chyba jeszcze nie skończyłem żałoby. Albo jeszcze nie zacząłem – wymamrotał, a Harry zmrużył ocy.
-Co to miało znaczyć? – zapytał powoli.
Louis przymknął oczy i wzruszył krótko ramionami.
-Byłem zbyt skupiony na dziewczynkach. Nie miałem czasu na żal. Pewnie dlatego miałem to małe załamanie – wymamrotał.
-Louis! – wykrzyknął Harry – Nie możesz tego robić. To niezdrowe!
-Nie żebym miał nad tym jakąś kontrolę. Muszę być silny dla dziewczynek, a gdyby one zobaczyły, że jestem smutny, dłużej zajęłoby im uporanie się z tym wszystkim – argumentował chłopak – Poza tym nie jestem w tym za dobry. W żałobie. Zawsze była moja matka, której mogłem się po prostu wyżalić. Teraz jej nie ma, a ja nie ufam sobie na tyle, by pozwolić takiej rzeczy jakoś na mnie wpływać. Nie wiem jak mam sobie z tym poradzić.
-Mnie się możesz wyżalić – wyrwało się Harry’emu. Podniósł szybko głowę, żeby skorygować to co powiedział – Miałem na myśli… Pomogę ci przejść przez to. Musisz przejść przez żałobę, Lou. Im dłużej to odkładasz tym trudniejsze będzie uporanie się z tym później. Nie chcę, żebyś przez to umierał, kiedy jest łatwiejszy, lepszy sposób.
-Kocham cię, wiesz? – wymamrotał Louis cicho.
Harry uśmiechnął się i nachylił się, przytulając przyjaciela. Louis westchnął i oparł głowę na ramieniu Harry’ego.
-Też cię kocham, Boo Bear – szepnął Harry we włosy Louisa.
Zapach szamponu chłopaka działał na niego kojąco.
-Aww…
Chłopcy odsunęli się od siebie rozglądając się dookoła, by ujrzeć Lottie stojącą za nimi w jednej z za dużych koszulek Harry’ego. Uśmiechnęła się do nich sennie.
-Jesteście tacy słodcy.
-Naprawdę myślisz, że to rozsądne śmiać się ze mnie teraz, Lottie? Jakkolwiek jestem z ciebie dumny za bronienie mnie, mamy i taty, to uderzenie tego chłopca nie było wyjściem. Zostałaś zawieszona, Lottie - ręka Louisa zacisnęła się na ramieniu Harry’ego, kiedy chłopak upominał siostrę – Nie mogę nie dać ci kary.
Lottie spuściła wzrok, bawiąc się rąbkiem koszulki.
-Próbowałam być dzielna, jak ty – szepnęła.
Oczy Louisa złagodniały, a uścisk na ramieniu Harry’ego stał się luźniejszy. Podszedł do niej, obejmując ją ostrożnie i pochylając się, by pocałować jej włosy.
-Wiem kochanie. Wiem. Ale na to będzie czas i miejsce. Nie możesz bić ludzi w szkole… Czuję, że powinienem dodać „i nigdzie indziej”, ale ja bym pewnie zrobił to samo. Masz tylko szlaban na telewizor, kiedy jesteś zawieszona poza szkolnie i to by było na tyle – zerknął na zegarek –A teraz lepiej się pospieszmy. W drodze do domu musimy odebrać Daisy i Phoebe i nie mogę się spóźnić po Flick i Georgię. Idź się ubierz i lecimy.
Lottie pokiwała głową i jeszcze raz uścisnęła Louisa zanim pobiegła na górę. Louis tymczasem odwrócił się i ruszył w stronę Harry’ego, który wyciągnął do niego ramiona. Louis z radością przyjął ofertę. Wyglądał na wyczerpanego.
-Poszło o wiele lepiej niż myślałem – rzekł Harry.
Louis parsknął śmiechem w jego szyję.
-Tak, zdecydowanie lepiej. Spodziewałem się łez, krzyków, może trochę trzaskania drzwiami – westchnął Louis jeszcze bardziej wtulając twarz w szyję Harry’ego – Myślę, że to dzięki tobie. Gdybym ja ją odebrał, to poszłoby zdecydowanie gorzej. Nie wiem jak ci podziękować. Tak naprawdę to jesteś dla nas już częścią rodziny.
Na policzki Harry’ego wpełzł rumieniec, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
-Wy dla mnie też. Kocham cię Lou – mruknął.
Poczuł jak Louis uśmiecha się w jego szyję.
-Też cię kocham, Hazza – wymamrotał.
*~*~*~*
Po wyjściu Louisa i Lottie, Harry usiadł na kanapie z książką i kocem. Jak dziwne by to nie było, już za nimi tęsknił. Jego mieszkanie wydawało się dziwnie puste zwłaszcza przez ostatnie miesiące, od kiedy poznał Louisa.
Kogo on oszukiwał, kochał tego chłopaka. Nie w ten romantyczny sposób, do diabła, był hetero, kochał go raczej w sposób jesteś-moim-najlepszym-przyjacielem-nigdy-nie-spotkałem-nikogo-takiego-jak-ty. Louis po prostu był taki, że przy nim Harry czuł się szczęśliwy i opiekuńczy. To było dziwne połączenie, ale nadal nie mógł się pozbyć uczucia, że Louis potrzebuje kogoś kto się nim zaopiekuje.
Harry chciał być tym kimś.
To nie było dziwne, prawda? Ludzie opiekowali się swoimi najlepszymi przyjaciółmi. To się zdarzało.
Nie w sposób w jaki ty tego chcesz wyszeptał jego umysł. Ty chcesz go trzymać, całować go, kochać go i wyjść za niego, zawołał śpiewnie. Brzmiał zadziwiająco podobnie do Lottie. Właśnie dlatego nie powinien zwracać na niego uwagi. Nie potrzebował rady sercowej od dziesięciolatki nieważne jak bardzo ją kochał.
Był zdezorientowany. Usiadł, żeby poczytać i co robił? Myślał o Lou. Wszystko w jego życiu ostatnio kręciło się wokół Louisa.
Podskoczył kiedy jego telefon zadzwonił, na stoliku obok niego. Na wyświetlaczu widniało Boo Bear. Uśmiechnął się lekko odbierając telefon z krótkim „Hej!”.
-Ha-Harry? – głos Lottie trząsł się po drugiej stronie linii.
Harry usiadł prosto, spuszczając nogi na podłogę.
-Lottie? Czy wszystko w porządku? – spytał zdenerwowany.
-N-nie. Mieliśmy wypadek. Lou-Louis jest nie przytomny. Mężczyzna zadzwonił po k-karetkę, ale j-ja się boję – jej głos się załamał, kiedy zaczęła płakać – Co jeśli się nie obudzi? Jeśli nie dojechali na cz-czas?
Serce Harry’ego zatrzymało się na moment, rozpadając się na milion kawałeczków. Jego mózg krzyczał tylko, że Louis jest nieprzytomny, a Lottie była w kłopotach. Musiał tam jechać. Lottie wydała z siebie dźwięk, który przypominał coś między czknięciem, a kaszlnięciem, ten dźwięk na chwilę przerwał linię i spowodował, że Harry zerwał się na równe nogi i rusyzł w kierunku drzwi.
-A z tobą w porządku? Nic ci się nie stało? Jak dotarłaś do szpitala? – zapytał szybko.
Usłyszał, że Lottie bierze drżący wdech.
-N-nic mi nie jest. Przyjechałam karetką. Nie mogę zostawić Louisa – jej głos załamał się, kiedy powiedziała imię brata.
Harry złapał kluczyki, zakładając buty.
-Który to szpital?
-Świętej… Świętej Marii – pisnęła.
Harry zatrzasnął za sobą drzwi, zbiegając po stopniach i wsiadając do samochodu, odpalając go i zapinając pas.
-Przyjadę najszybciej jak mogę, ale muszę się rozłączyć, żeby nie mieć wypadku – Lottie pisnęła na te słowa – Wiem kochana, wiem. Czekaj tam. Jesteś silną dziewczynką, Louis też jest silny. Wyjdzie z tego.
-D-dobrze, tylko proszę pospiesz się, Tatusiu – wymamrotała Lottie.
Serce Harry’ego stopniało, a w kącikach jego oczu zaczęły zbierać się łzy.
-Dobrze, kochanie. Będę tam niedługo – szepnął.
Dziewczyna wymamrotała krótkie „Pa”, na które odpowiedział, po czym rozłączył się. Harry wyjechał z parkingu i ruszył do szpitala Świętej Marii.
Październik minął i przyniósł Listopad, który niespodziewanie przeszedł w Grudzień. Louis i dziewczynki zaczęli traktować Harry’ego jak członka rodziny. Stał się pierwszą osobą do której przychodzili z każdym problemem, lub z prośbą o radę, zwłaszcza Lottie, której łatwo przychodziła rozmowa z Harrym i która uważała go za bardzo podobnego do ojca. Szła do niego z problemami z którymi nie mogła pójść do Louisa, a relacja między nimi stała się podobna do takiej między ojcem i córką, chociaż nikt by jej tak nie zakwalifikował, bo to oznaczało by uznanie tej dziwnej, szybko rozwijającej się relacji między Harrym i Louisem, którzy walczyli z uczuciami, które rosły w nich z każdym dniem. W końcu, Harry był hetero, a Louis… Louis nie był zakochany w swoim najlepszym przyjacielu.
*~*~*~*
-Halo?
-Potrzebuję przysługi – Louis był wyraźnie zestresowany.
-Co się stało?
Harry usłyszał westchnienie Louisa.
-Właśnie dostaem telefon ze szkoły Lottie. Ma kłopoty. Chcą, żebym ją odebrał, ale jestem w pracy i nie mogę się wyrwać, bo mnie zwolnią. Myślisz, że mógłbyś ją zabrać?
W głosie Louisa dało się słychać błaganie i Harry nie potrafił mu odmówić.
-Żaden problem. Podaj mi tylko adres.
-Oczywiście, masz długopis?
Harry wyjął z szuflady pisak i skrawek papieru. Zapisał szybko adres, podczas gdy Louis dawał mu wskazówki jak dojechać.
-Dobrze, dam radę. Co mam powiedzieć dyrektorowi?
-Powiedz po prostu, że jesteś przyjacielem jej brata i jesteś tam, bo on nie mógł wyjść z pracy. Naprawdę nie wiem jak ci za to dziękować.
Harry zarumienił się lekko.
-To naprawdę nie problem. Cieszę się, że mogę pomóc – mruknął do słuchawki.
Louis ponownie westchnął“
-W każdym razie dziękuję. Słuchaj, muszę wracać do pracy, mógłbyś ją wziąć do siebie, a ja bym ją odebrał po zmianie? Wiem, że proszę o dużo, ale…
-Lou, to żaden problem! A jeśli spróbujesz mi podziękować jeszcze raz to… Wracaj do pracy. Zobaczymy się później.
-Jestem ci naprawdę wdzięczny. Do zobaczenia.
-Pa Lou.
-Pa Haz.
Kiedy usłyszał sygnał po drugiej stronie, złapał swój portfel i kluczyki i chowając je do kieszeni, opuścił mieszkanie. Droga do szkoły minęła cicho. Był środek dnia, więc nie panował duży ruch. Chwycił kierownicę, czując jak z nerwów skręcają mu się wnętrzności. Wcześniej odbywał wiele spotkań tego typu, ale nigdy nie był w roli rodzica. Nie żeby uważał się za rodzica Lottie, ale… Dyrektor na pewno będzie chciał z nim porozmawiać o tym co zrobiła dziewczyna, a on będzie musiał przekazać to Louisowi.
Wjechał na parking, drżącymi dłońmi wyłączając silnik. Wspiął się po stopniach do szkoły, otwierając drzwi i wchodząc do biura. Oparł łokcie na blacie zerkając na recepcjonistkę.
-Dzień dobry. Przyszedłem po Lottie Tomlinson? – powiedział cicho.
Kobieta podniosła wzrok, spojrzała na niego uprzejmie i wskazała na drzwi z matowego szkła w korytarzu za nią.
-Jest w gabinecie dyrektora. Tamte drzwi.
Pokiwał głową i uśmiechnął się do niej mamrocząc ciche „Dziękuję”, kiedy odszedł od blatu i stanął przed drzwiami. Zapukał w szkło, a w jego uszach rozbrzmiał nieprzyjemny hała. Kiedy wszedł do pomieszczenia, a Lottie go zobaczyła, jej ramiona opadły w uldze.
-Harry! – wykrzyknęła i zeskoczyła z krzesła, by go uścisnąć.
Objął ją ramionami, szczęśliwy, że była tak podekscytowana widząc go. Nadal ją obejmując, delikatnie poprowadził ją z powrotem na krzesło, zanim uścisnął dłoń dyrektora.
-Proszę zająć miejsce, panie Tomlinson. Musimy porozmawiać o zachowaniu pańskiej córki –oznajmił mężczyzna zajmując swoje miejsce za biurkiem.
Harry skrzywił się lekko, nagle czując się dziwnie.
-Właściwie nazywam się Styles. Harry Styles. Jestem przyjacilem jej brata.
Dyrektor uniósł brwi, wyraźnie zdziwiony.
-Och strasznie przepraszam. Doszedłem do wniosku, że jest pan jego partnerem.
Harry zerknął na Lottie, kiedy dziewczyna prychnęła słysząc komentarz dyrektora.
-Nie, on po prostu nie mógł wyrwać się z pracy, dlatego tu jestem. Jestem pewien, że Lottie zdaje sobie sprawę z tego, jakie to dla niej szczęście. Louis nie jest z ciebie zadowolony młoda damo – oznajmił Harry spoglądając na dziewczynę surowo.
Dyrektor poprawił okulary, a Lottie zaczęła się wiercić na swoim krześle.
-Właśnie dlatego tu jesteśmy, by o tym porozmawiać. Zostało powiedzianych parę rzeczy i Lottie uderzyła chłopca ze swojej klasy.
Brwi Harry’ego powędrowały do góry.
-Jakie rzeczy?
Lottie spojrzała na Harry’ego, a na jej twarzy pojawił się grymas smutku.
-Pamiętasz tn esej, który mieliśmy napisać na angielski? O naszym bohaterze?
Harry skinął głową. Lottie wzięła drżący wdech zanim zaczęła mówić.
-Napisałam o Lou, bo on robi dla nas tyle i nigdy nie pokazuje jak smutny jest. Przyjął tą pracę, bo to było najlepsze dla nas, nawet jeśli jej nie lubi. Dlatego kiedy Hank nazwał go ofiarą, a potem jeszcze dodał, że to była wina rodziców, że umarli, nie mogłam pozwolić mu tak mówić. Więc jego twarz jest teraz tak spuchnięta, że pasuje do reszty jego ciała – wzruszyła ramionami.
Harry walczył z chęcią, by jej pogratulować. Szybko ukrył tą dumę. To było niestosowne i mógł z tym zaczekać do momentu kiedy znajdą się w samochodzie.
-Dlatego obawiam się, że musimy ją zawiesić. Hank jest zawieszony za podżeganie, ale boję się, że Lottie będzie zawieszona na dłużej, ponieważ jej wykroczenie jest poważniejsze, a my nie tolerujemy przemocy. Będzie miała trzy dni zawieszenia poza szkolnego i dwa wewnątrz szkolnego. Nie będzie mogła nadrobić niczego co będzie przerabiane podczas zawieszenia poza szkolnego nie wliczając sprawdzianów, a podczas zawieszenia wewnątrz szkolnego będzie robiła inne prace. Ma pan jakieś pytania panie Styles?
Harry westchnął przecierając oczy.
-Nie, nie wydaje mi się. Jeśli Louis będzie miał, może zadzwonić do szkoły, czy jest jakiś specjalny numer, który mam mu podać?
-Nie, wystarczy zadzwonić do szkoły. Życzę miłego dnia, panie Styles.
-Panu również.
Mężczyźni uścisnęli swoje dłonie. Harry schylił się i podniósł z ziemi torbę Lottie wyprowadzając ją z gabinetu. Dziewczyna szła ze spuszczoną głową, nie odzywając się słowem. Harry był zaskoczony, kiedy chwyciła go za dłoń, ale zacisnął palce na jej ręce, ściskając ją pocieszająco. Kiedy wsiedli do samochodu Harry’ego a plecak Lottie spoczywał na jednym z tylnich siedzeń, chłopak zerknął na nią.
-Jakkolwiek zły będzie Louis, muszę przyznać, że jestem z ciebie dumny. Pokazałaś temu dzieciakowi gdzie jego miejsce. Tylko nie mów Lou, że to powiedziałem. Urwie mi głowę.
Lottie zachichotała.
-Jesteś beznadziejnym partnerem. Tak podważać autorytet swojego męża?
Harry poczuł jakby w jego brzuchu poderwało się do lotu stado motyli. Jego policzki przybrały barwę dojrzałej piwonii, a chłopak jęknął.
-Ty też to robisz! Poza tym, czemu wszyscy myślą, że jesteśmy po ślubie, czy coś w tym stylu?
Lottie wzruszyła ramionami.
-Nie możesz ich winić. Naturalnym jest, że uważają cię za mojego ojca, jeśli pojawiasz w szkole się na spotkaniu rodzic-nauczyciel. Po tym, biorąc pod uwagę to, że dyrektor jest świadomy mojej sytuacji rodzinnej, nie trudno zakładać, że jesteś mężem mojego brata.
Jej ton był rozsądny, jednak w głosie dziewczyny dało się wyczuć zadowolenie z siebie. Harry pokiwał głową, skrępowany.
-Może i tak… Ale to nie tylko on, wiesz? Moja mama też na początku myślała, że się spotykamy, a ona nigdy nawet nie spotkała Louisa! Po prostu rozmawialiśmy pewnego dnia, a ona spytała co u mojego chłopaka. Byłem zdziwiony, dopóki nie sprecyzowała, że mówi o nim.
Harry zdecydował, że nie będzie wspominał o cieple, które poczuł, kiedy jego matka o tym mówiła.
-Jestem hetero. Myślałem, że to wie.
Lottie spojrzała na niego uważnie.
-A może, ona wie, że wcale nie jesteś.
-C-co? Co masz na myśli? – rzucił nerwowo.
-Matki zawsze wiedzą najlepiej. Nasza mama też wiedziała o orientacji Louisa, zanim on się o tym dowiedział – wspomniała.
Serce Harry’ego zatrzymało się na krótką chwilę.
-Louis jest gejem? – spytał czując nagle zawroty głowy.
Lottie spojrzała na niego wielkimi oczami.
-Nie powiedział ci? – Harry potrząsnął głową – Och. Myślałam, że to zrobił… Jesteście tak blisko. To… To nie jest problem, prawda?
-Nie! Nie, skąd. Po prostu ja… Mam na myśli… Ja nie… Ja… Kocham Louisa. To, że jest gejem niczego nie zmienia.
Na twarz Harry’ego wpełzł gorący rumieniec, kiedy Lottie obdarzyła go jednym z tych wszystko wiedzących spojrzeń.
-Jak daleko sięga ta miłość?
Harry wyglądał na zaskoczonego. Nie tego pytania się spodziewał. Lottie uniosła brew, kiedy zwlekał z odpowiedzią.
-Gdyby na przykład znalazł chłopaka. Nie przeszkadzało by ci to?
Harry zacisnął dłonie na kierownicy tak mocno, aż pobielały mu knykcie. Nie – pomyślał – to zdecydowanie nie byłoby w porządku.
Lottie spojrzała na niego uważnie.
-Jesteś zły za to, że byłby to chłopak, czy złości cię myśl, że byłby to chłopak Louisa?
-To drugie – warknął krótko.
Lottie uśmiechnęła się.
-A czemu myśl o tym, że Louis mógłby mieć chłopaka, tak cię wścieka?
Nie myślał nad tym co mówi, niezrozumiały gniew nadal przesłaniał mu myśli.
-Bo on jest mój, do diabła.
Zignorował pewny siebie uśmieszek Lottie i wcisnął pedał gazu. Nie pamiętał jazdy z powrotem do swojego domu. Spojrzał na nią, kiedy odpinała pas, a jej uśmiech wyrwał go z furii. Jego umysł jeszcze raz przebiegł przez całą rozmowę, a krew napłynęła do jego policzków, kiedy zdał sobie sprawę z tego co insynuował.
-Miałem na myśli… On jest moim najlepszym przyjacielem. Mówiąc „mój” nie miałem na myśli, że chcę się z nim zestarzeć, tylko że nie chcę zostać zastąpiony – wyjaśnił pospiesznie.
Lottie nadal się uśmiechała.
-Możesz przestać z tym spojrzeniem? Nie jestem zakochany w Lou! – krzyknął – Jestem hetero, wolę dziewczyny i zdecydowanie nie jestem zakochany w twoim bracie.
Lottie zachichotała.
-Bronisz się – parsknęła śmiechem.
-Nie – jęknął – Nie bronię się. Jestem szczery.
Lottie uniosła brew
-Jakoś w to wątpię – mruknęła.
Harry spojrzał na nią groźnie.
-Po prostu odpuść, dobrze? Lubisz gorącą czekoladę? Mogę ci zrobić.
Lottie wywróciła oczami, widząc jego upór niemniej jednak, uśmiechnęła się.
-Jaka dziewczyna nie lubi?
Harry uśmiechnął się.
-Chodź. Poza tym, chcę usłyszeć więcej o tej sytuacji z Hankiem.
Lottie przełknęła nerwowo, ale skinęła głową. Wisiała mu to. Wysiedli z samochodu i weszli do domu, po czym zabrali się za robienie gorącej czekolady.
*~*~*
Kiedy Louis zapukał do drzwi, było około 16 popołudniu. Spojrzał na Harry’ego z obawą, kiedy chłopak złapał go za dłoń i poprowadził go do kuchni sadzając go przy stole. Harry nie puścił jego dłoni, a kiedy zajął swoje miejsce, ścisnął ją lekko.
-Gdzie jest Lottie? – spytał Louis ostrożnie.
Harry uśmiechnął się delikatnie.
-Wszystko w porządku. Jest na górze. Odpoczywa. Była wykończona, miała bardzo wyczerpujący dzień – wyjaśnił.
Louis westchnął unosząc wolną dłoń i ściskając lekko nasadę nosa.
-Więc o co chodziło? – wychrypiał cicho.
Harry ponownie ścisnął jego dłoń.
-Została zawieszona – oznajmił łagodnie.
Louis natychmiast podniósł głowę. Na jego twarzy malował się szok i złość.
-Co?!
-To nie całkowicie jej wina, Lou i szczerze, nie będziesz na nią zły, kiedy usłyszysz co się stało –oznajmił łagodnie – Chłopak w jej klasie nazwał cię ofiarą i powiedział, że to wina waszych rodziców, że umarli. Szczerze, na miejscu Lottie, każde dziecko by go uderzyło. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że ten chłopak tak zareagował po tym jak przeczytała swój esej o jej bohaterze. Napisała o tobie Lou. Jest bardzo wdzięczna za wszystko co dla nich robisz i bardzo cię kocha.
Głowa Louisa ponownie opadła, ale tym razem nie w złości. Harry był zaskoczony, kiedy ramiona Louisa zaczęły się trząść, a chłopak wysunął rękę z jego uścisku zakrywając nią twarz. Cholera, tak bardzo starał się nie płakać. Wytrzymał cztery miesiące i teraz nie wytrzymał. Wyrwał mu się cichy szloch. Zesztywniał, kiedy poczuł ramiona otaczające go, a potem znowu się rozluźnił, chwytając się szerokich ramion przyjaciela i chowając twarz w jego szyi. Harry ukrył twarz we włosach Louisa i zaczął szeptać mu do ucha jakieś pocieszające bzdety. To sprawiło, że chłopak rozpłakał się jeszcze bardziej. Jego palce zacisnęły się na koszulce Harry’ego, kiedy zawodził jak dziecko w szyję swojego przyjaciela. To było jak zniszczenie tamy i pozwolenie na popłynięcie łzom, nawet nie starając się ich kontrolować. Żal był uwięziony w jego klatce piersiowej, a teraz przekraczał wszelkie granice. Był jak potwór z ostrymi zębami i długimi pazurami, a on był pewny, że bez ramion Harry’ego wokół swojej talii i bez jego głosu szepczącego do ucha, potwór rozerwał by go na strzępy od wewnątrz.
To gryzło jego serce i szarpało wątrobę wystarczająco, żeby bolało, żeby uwolnić napięcie, ale nie wystarczająco by wyrządzić jakieś trwałe szkody. Harry był okowami na ramionach i szyi tego potwora, trzymał go na uwięzi, ale pozwalał mu robić to co musiał robić.
Louis poczuł jak Harry przyciska usta do jego włosów. To sprawiło, że potwór zamruczał i się wycofał. Ręce chłopaka zataczały koła na plecach Louisa, łagodząc tego potwora i usypiając go.
-Jest w porządku Lou – wyszeptał – Jestem z tobą
Potwór ziewnął i ponownie skulił się w jego klatce piersiowej, by zaczekać, aż coś ponownie wyprowadzi chłopaka z równowagi.
Louis odsunął się, pociągając nosem i pocierając oczy. Harry’ego na chwilę uderzyło to jak dziecięco wyglądał. Jego serce zadrżało, Louis był o wiele bardziej załamany niż Harry myślał. To wywołało uczucie w jego klatce piersiowej, które wybuchło w jego klatce piersiowej. Czuł, że musi chronić Louisa. Poczuł potrzebę przyciągnięcia przyjaciela do siebie i objęcia go mocno. Powstrzymał się od tego i po prostu ułożył dłonie na przedramionach Louisa, pocierając je delikatnie. Poczuł delikatne ciepło piekące go w dłonie.
-Wszystko w porządku? – spytał łagodnie.
Louis sapnął krótko po czym zaśmiał się cicho, ocierając oczy wierzchem dłoni.
-Będzie w porządku. Po prostu… Nie wiem. Chyba jeszcze nie skończyłem żałoby. Albo jeszcze nie zacząłem – wymamrotał, a Harry zmrużył ocy.
-Co to miało znaczyć? – zapytał powoli.
Louis przymknął oczy i wzruszył krótko ramionami.
-Byłem zbyt skupiony na dziewczynkach. Nie miałem czasu na żal. Pewnie dlatego miałem to małe załamanie – wymamrotał.
-Louis! – wykrzyknął Harry – Nie możesz tego robić. To niezdrowe!
-Nie żebym miał nad tym jakąś kontrolę. Muszę być silny dla dziewczynek, a gdyby one zobaczyły, że jestem smutny, dłużej zajęłoby im uporanie się z tym wszystkim – argumentował chłopak – Poza tym nie jestem w tym za dobry. W żałobie. Zawsze była moja matka, której mogłem się po prostu wyżalić. Teraz jej nie ma, a ja nie ufam sobie na tyle, by pozwolić takiej rzeczy jakoś na mnie wpływać. Nie wiem jak mam sobie z tym poradzić.
-Mnie się możesz wyżalić – wyrwało się Harry’emu. Podniósł szybko głowę, żeby skorygować to co powiedział – Miałem na myśli… Pomogę ci przejść przez to. Musisz przejść przez żałobę, Lou. Im dłużej to odkładasz tym trudniejsze będzie uporanie się z tym później. Nie chcę, żebyś przez to umierał, kiedy jest łatwiejszy, lepszy sposób.
-Kocham cię, wiesz? – wymamrotał Louis cicho.
Harry uśmiechnął się i nachylił się, przytulając przyjaciela. Louis westchnął i oparł głowę na ramieniu Harry’ego.
-Też cię kocham, Boo Bear – szepnął Harry we włosy Louisa.
Zapach szamponu chłopaka działał na niego kojąco.
-Aww…
Chłopcy odsunęli się od siebie rozglądając się dookoła, by ujrzeć Lottie stojącą za nimi w jednej z za dużych koszulek Harry’ego. Uśmiechnęła się do nich sennie.
-Jesteście tacy słodcy.
-Naprawdę myślisz, że to rozsądne śmiać się ze mnie teraz, Lottie? Jakkolwiek jestem z ciebie dumny za bronienie mnie, mamy i taty, to uderzenie tego chłopca nie było wyjściem. Zostałaś zawieszona, Lottie - ręka Louisa zacisnęła się na ramieniu Harry’ego, kiedy chłopak upominał siostrę – Nie mogę nie dać ci kary.
Lottie spuściła wzrok, bawiąc się rąbkiem koszulki.
-Próbowałam być dzielna, jak ty – szepnęła.
Oczy Louisa złagodniały, a uścisk na ramieniu Harry’ego stał się luźniejszy. Podszedł do niej, obejmując ją ostrożnie i pochylając się, by pocałować jej włosy.
-Wiem kochanie. Wiem. Ale na to będzie czas i miejsce. Nie możesz bić ludzi w szkole… Czuję, że powinienem dodać „i nigdzie indziej”, ale ja bym pewnie zrobił to samo. Masz tylko szlaban na telewizor, kiedy jesteś zawieszona poza szkolnie i to by było na tyle – zerknął na zegarek –A teraz lepiej się pospieszmy. W drodze do domu musimy odebrać Daisy i Phoebe i nie mogę się spóźnić po Flick i Georgię. Idź się ubierz i lecimy.
Lottie pokiwała głową i jeszcze raz uścisnęła Louisa zanim pobiegła na górę. Louis tymczasem odwrócił się i ruszył w stronę Harry’ego, który wyciągnął do niego ramiona. Louis z radością przyjął ofertę. Wyglądał na wyczerpanego.
-Poszło o wiele lepiej niż myślałem – rzekł Harry.
Louis parsknął śmiechem w jego szyję.
-Tak, zdecydowanie lepiej. Spodziewałem się łez, krzyków, może trochę trzaskania drzwiami – westchnął Louis jeszcze bardziej wtulając twarz w szyję Harry’ego – Myślę, że to dzięki tobie. Gdybym ja ją odebrał, to poszłoby zdecydowanie gorzej. Nie wiem jak ci podziękować. Tak naprawdę to jesteś dla nas już częścią rodziny.
Na policzki Harry’ego wpełzł rumieniec, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
-Wy dla mnie też. Kocham cię Lou – mruknął.
Poczuł jak Louis uśmiecha się w jego szyję.
-Też cię kocham, Hazza – wymamrotał.
*~*~*~*
Po wyjściu Louisa i Lottie, Harry usiadł na kanapie z książką i kocem. Jak dziwne by to nie było, już za nimi tęsknił. Jego mieszkanie wydawało się dziwnie puste zwłaszcza przez ostatnie miesiące, od kiedy poznał Louisa.
Kogo on oszukiwał, kochał tego chłopaka. Nie w ten romantyczny sposób, do diabła, był hetero, kochał go raczej w sposób jesteś-moim-najlepszym-przyjacielem-nigdy-nie-spotkałem-nikogo-takiego-jak-ty. Louis po prostu był taki, że przy nim Harry czuł się szczęśliwy i opiekuńczy. To było dziwne połączenie, ale nadal nie mógł się pozbyć uczucia, że Louis potrzebuje kogoś kto się nim zaopiekuje.
Harry chciał być tym kimś.
To nie było dziwne, prawda? Ludzie opiekowali się swoimi najlepszymi przyjaciółmi. To się zdarzało.
Nie w sposób w jaki ty tego chcesz wyszeptał jego umysł. Ty chcesz go trzymać, całować go, kochać go i wyjść za niego, zawołał śpiewnie. Brzmiał zadziwiająco podobnie do Lottie. Właśnie dlatego nie powinien zwracać na niego uwagi. Nie potrzebował rady sercowej od dziesięciolatki nieważne jak bardzo ją kochał.
Był zdezorientowany. Usiadł, żeby poczytać i co robił? Myślał o Lou. Wszystko w jego życiu ostatnio kręciło się wokół Louisa.
Podskoczył kiedy jego telefon zadzwonił, na stoliku obok niego. Na wyświetlaczu widniało Boo Bear. Uśmiechnął się lekko odbierając telefon z krótkim „Hej!”.
-Ha-Harry? – głos Lottie trząsł się po drugiej stronie linii.
Harry usiadł prosto, spuszczając nogi na podłogę.
-Lottie? Czy wszystko w porządku? – spytał zdenerwowany.
-N-nie. Mieliśmy wypadek. Lou-Louis jest nie przytomny. Mężczyzna zadzwonił po k-karetkę, ale j-ja się boję – jej głos się załamał, kiedy zaczęła płakać – Co jeśli się nie obudzi? Jeśli nie dojechali na cz-czas?
Serce Harry’ego zatrzymało się na moment, rozpadając się na milion kawałeczków. Jego mózg krzyczał tylko, że Louis jest nieprzytomny, a Lottie była w kłopotach. Musiał tam jechać. Lottie wydała z siebie dźwięk, który przypominał coś między czknięciem, a kaszlnięciem, ten dźwięk na chwilę przerwał linię i spowodował, że Harry zerwał się na równe nogi i rusyzł w kierunku drzwi.
-A z tobą w porządku? Nic ci się nie stało? Jak dotarłaś do szpitala? – zapytał szybko.
Usłyszał, że Lottie bierze drżący wdech.
-N-nic mi nie jest. Przyjechałam karetką. Nie mogę zostawić Louisa – jej głos załamał się, kiedy powiedziała imię brata.
Harry złapał kluczyki, zakładając buty.
-Który to szpital?
-Świętej… Świętej Marii – pisnęła.
Harry zatrzasnął za sobą drzwi, zbiegając po stopniach i wsiadając do samochodu, odpalając go i zapinając pas.
-Przyjadę najszybciej jak mogę, ale muszę się rozłączyć, żeby nie mieć wypadku – Lottie pisnęła na te słowa – Wiem kochana, wiem. Czekaj tam. Jesteś silną dziewczynką, Louis też jest silny. Wyjdzie z tego.
-D-dobrze, tylko proszę pospiesz się, Tatusiu – wymamrotała Lottie.
Serce Harry’ego stopniało, a w kącikach jego oczu zaczęły zbierać się łzy.
-Dobrze, kochanie. Będę tam niedługo – szepnął.
Dziewczyna wymamrotała krótkie „Pa”, na które odpowiedział, po czym rozłączył się. Harry wyjechał z parkingu i ruszył do szpitala Świętej Marii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)