środa, 5 marca 2014

*Perspektywa Louis'a.


Ten dzień nie był stworzony do tej rozmowy, ale musiałem poznać prawdę, odrzucić na bok niepokojące myśli i jeśli zajdzie taka potrzeba - obić Malik'owi tę piękną twarzyczkę. Brałem pod uwagę wszystko, począwszy od przesadnie intensywnych czułości aż po możliwość przymusu, choć nie uważam, by Els nazbyt się opierała. Oboje tego chcieli. Pytam zatem, skąd te wszystkie siniaki i otarcia na ciele szatynki? Kocham ją, jest dla mnie bardzo ważna. Nie pozwolę, by jakiś facet ją krzywdził zwłaszcza, że ona darzy go głębokim uczuciem. Nie rozumiem, ale nie potępiam. Mówią, że serce nie sługa.

Chłodny wiatr potargał moje włosy, gdy przemierzałem wąska uliczkę prowadząca do domu mojego przyjaciela. Już z daleka zobaczyłem, że spaceruje po ogródku. Kończył papierosa. Był zaskoczony moim widokiem. Ja sam nie byłem do końca pewien, co tak naprawdę tu robię. Znam go, jest nienormalny, ale nigdy nie podniósłby ręki na kobietę. Owszem, krzywdził ich uczucia, ale to coś zupełnie innego. Ufałem mu, ale troska o małą Eleanor brała górę nad wszystkim. Poza tym Zayn od jakiegoś czasu traktuje związki niebywale powierzchownie, więc może bałem się bardziej o jej serce, a niźli o ciało? Chciałem by byli ze sobą szczęśliwi - to wszystko. Czułem się jednak jak niańka, którą stałem się z własnej woli. O ironio. Zerknąłem na twarz bruneta. Odnalazłem w jego tęczówkach kilka pytań, które postanowiłem pominąć.
- Zanim Cię zabiję... - podszedłem niebo bliżej, by zmniejszyć dzieląca nas odległość. - ... powiesz mi dlaczego zrobiłes jej krzywdę. - nigdy nie byłem na nikogo tak wściekły. On tylko... uniósł brwi ku górze.
- Słucham?
- Słyszałeś. - wysyczałem.
- Louis, nie rozumiesz. - pokręcił głową z półuśmiechem, a gniew który mną władał, wezbrał na sile.
- Więc mi wyjaśnij.
- Nie chciałem zrobić jej krzywdy. To wszystko było bardzo intensywne, niczego nie kontrolowaliśmy i... chwila. - spojrzał uważnie w moje oczy. - Oglądałeś jej ciało?
- Owszem. - skinąłem głową.
- Jest moje. - wyszeptał spokojnie, ale wiedziałem, że jest zły. Zacisnął dłonie w pięści, jakby chciał przycisnąć jedną z nich do mojego policzka. Hey, to ja miałem być górą.
- Zayn. - machnąłem dłonią przed jego twarzą. - Wciąż jestem gejem, pamiętasz? Prędzej poleciałbym na Ciebie, niż na nią.
- Co?
- Nic.


Perspektywa Harry'ego.


Grudzień leniwie chylił się ku końcowi. Nie lubiłem świąt. Ten czas nie wnosił w moje życie żadnej magii, ani przesadnie wyjątkowej atmosfery. Z Louis'em każdy dzień był cudowny, więc może po prostu... lepiej już być nie mogło? Czułem jednak swego rodzaju dyskomfort. Brakowało mi mamy, która o tej porze każdego roku piekła swoje ciasto z bakaliami. Wysyłała mnie do sklepiku z przyprawami kilka razy dziennie, by piernik pachniał i smakował tak, jak powinien. Tuż przed kolacją dostawałem od sąsiada grzane wino, które razem z mamą pijałem tylko raz w roku. Doskonale pamiętam jego przenikliwy smak. To wspomnienia, które wcześniej były dla mnie niemała męką. Teraz trzymam je blisko, wykrzywiając usta w uśmiech.

Po kolacji wszystko stało się intensywniejsze. Zapach mandarynek unosił się w całym salonie, a herbata z miodem otulała moje podniebienie słodyczą. Cała nasza trójka, z Eleanor na czele siedziała przy kominku w obszernych, kolorowych swetrach ze świątecznymi motywami. Czułem się jak dzieciak. Louis wyglądał na niebywale szczęśliwego. Czułem, że tak winno wyglądać moje życie. Jakież to było błahe. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę celebrował Boże Narodzenie z przyjaciółmi, wśród uśmiechu i ciepła, zaśmiałbym mu się w twarz. Takie to do mnie niepodobne, a takie przyjemne i mogłoby się wydawać, niezbędne.

Wyłożyłem kilka babeczek z suszonymi owocami na czarny talerz. Uchwyciłem w palce szczyptę cynamonu i oprószyłem nim wierzch każdej z nich. Mam nadzieję, że będą zjadliwe. To Lou powinien zajmować się słodkościami. Ma z nimi styczność każdego dnia w pracy. Nie zauważyłem nawet, gdy powód mojej egzystencji znalazł się tuż obok. Zmniejszył odległość między nami i wyjął zza pleców małą gałązkę jemioły. Uniósł ją ku górze i spojrzał z uśmiechem na moją twarz. Opuszkami wolnej dłoni zagarnął z miseczki odrobinę wspomnianego wcześniej cynamonu i przesunął jego aromatem po całej powierzchni mojej dolnej wargi.
- Wszystkiego najlepszego, Harry. - wyszeptał melodyjnie, trącając koniuszkiem nosa, mój.
Kąciki warg uniosły się bez trudu, gdy nasze usta dzieliło od siebie zaledwie kilka milimetrów. Jego ciepły oddech drażnił moje policzki. Był spokojny, niezmącony, idealny. Gdy nasze wargi się zetknęły, powieki swobodnie opadły w dół. Ułożyłem dłonie na jego plecach, by trzymać go blisko. Zapach jego perfum mieszał się z woskiem kawowych świec, które zdobiły kuchenny parapet. Ten pełen czułości i delikatności pocałunek przerwała oczywiście roześmiana Els, która zaczęła obrzucać nas słodkimi epitetami dotyczącymi tego, jak to bardzo jesteśmy w sobie zakochani. Tak, byłem zakochany. Nigdy dotychczas nie czułem czegoś tak dotkliwego i choć większość wartych uwagi uczuć była wewnątrz, ja na nie patrzyłem, czułem ich zapach, widziałem kolor i kształt. To było jak obłęd, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. O ile takie istniało.
- Chodź no tu! - krzyknął Lou i pobiegł za szatynką w głąb salonu. - Ciebie też chcę pocałować! - Eleanor uciekała z piskiem, a ja pokręciłem tylko głową.


Pamiętaj o upadkach równie chętnie, co o wzlotach.


Wieczór był spokojny. Delikatny, można by rzec. Byłem jak pod wpływem jakiegoś wyszukanego narkotyku. Uśmiechałem się bez powodu, dopuszczałem do zmysłów słodkie zapachy, które wcześniej ignorowałem, ale przede wszystkim - władały mną myśli. Pamiętam noce podczas których to krążący w żyłach alkohol kierował mną z łatwością. Miałem w głowie ból. Zmieniłem się. On, mnie zmienił. Kiedy poznałem Lou, chciałem pokazać mu jak wielkim jestem egoistą; zarozumialcem i arogantem zarazem. Chciałem by się mnie bał, by nie było między nami niczego, co określić można by jakimś ludzkim mianem. Nie byłem gotowy na miłość, a przyjaźń wydawała się czymś niezwykle zbędnym. To zabawne, bo od samego początku świadomość trzymała mnie w swoich ramionach. Wiedziałem, że nie chcę go poznawać, że nie chce, by on poznał mnie, a mimo to brnąłem w to wszystko, pozwalałem nam na wspólne chwile, tonąłem w jego tęczówkach. Antoine mnie zranił, bałem się nowego uczucia. Jednak Louis był esencją delikatności i niewinności. Imponował mi bezpodstawnym zaufaniem. Oczarował mnie każdą niedoskonałością...
- Hey. - poczułem jak ktoś wbija łokieć w mój bok. Els wyrwała mnie z przemyśleń. - Wszystko dobrze?
- Jasne. - wzruszyłem ramionami, a kolorowe babeczki zakołysały się na trzymanym w moich dłoniach talerzu. Szatynka uśmiechnęła się z czułością.
Wróciliśmy do salonu. Zapowiadało się na to, że spędzimy noc przy kominku, w towarzystwie herbaty i słodkości. To była dobra rzecz. Potrzebowałem rozmów, obecności, bicia serc i oddechów ludzi, którzy byli moja rodziną. Wszystko zlewało się w życiodajną melodię. Te święta zrobiły ze mnie wariata. Szczęśliwego wariata.

Gdy Eleanor zasnęła na stosie poduszek, zadbaliśmy o to, by było jej wygodnie i ciepło. Postanowiłem, że pomęczę Lou jemiołą. W końcu... to świąteczny zwyczaj. Wiedziałem, że nie potrzeba mi zielonych listków, by zagarnąć pocałunek lub dwa, ale sposób który obrałem wydawał się niezwykle magiczny, a co za tym szło - odpowiedniejszy. Potrzebowałem czuć, że jest szczęśliwy. Ileż dałbym by wejść w jego myśli i przeczytać każdą, która zwróciłaby moją uwagę. Czułem, że w jakimś sensie jesteśmy jednością. Dlatego odważyłem się na spędzenie wakacji w Londynie, dlatego go poznałem, dlatego od razu znaleźliśmy wspólny język, dlatego uratowałem go od ciosu nożem. Tak po prostu musiało być. Braterstwo dusz? Zwał jak zwał.


Perspektywa Nialla.

Poranek był chłodny. Tęskniłem za Irlandią. Może nie tyle za samym miejscem, a za związanymi z nim wspomnieniami i pewną drobną szatynką, która ostatniego dnia pobytu robiła wszystko, bym spędził z nią święta. Cóż, zostałem wychowany w przekonaniu, że druga połowę grudnia należy spędzić z rodziną, jednak powrót do Londynu okazał się nie lada cierpieniem. Nie miałem ochoty na świąteczną atmosferę, prezenty i życzenia. Chciałem po prostu to odbębnić i wrócić do Ali. Czy to oznacza, że jestem złym człowiekiem?


Egoizm jest w nas od początku; niezmienny jak kolor tęczówek.


Wszystko nagle stało się klarowne. Max i Ali, owszem, są razem, ale to bardzo... luźny związek. Niczego od siebie nie wymagają. Są partnerami, ale nie ma w tym żadnych granic. Dni spędzają jak przyjaciele, a noce jak dwoje zakochanych w sobie osób. Ta relacja na pierwszy rzut oka mogłaby wydawać się toksyczna. Wystarczy jednak przyjrzeć się nieco bliżej, by odnaleźć w niej specyficzna wyjątkowość. Oni po prostu byli sobą, brali życie garściami, nie było żadnych przeszkód. Największym plusem całej tej sytuacji był fakt, że potrzebowali "trzeciego". Wyglądało na to, że byłem najodpowiedniejszym kandydatem, a Max już po pierwszej wspólnej imprezie chciał zaciągnąć mnie do łóżka. W jakimś sensie mi to schlebiało. Był... interesujący, a razem z Ali tworzyli duet idealny.

- Podasz mi brązowy cukier? - głos rodzicielki dotarł do moich uszu z niemałym opóźnieniem. Gdy nareszcie wsunąłem w jej dłoń mały słoiczek, skarciła mnie spojrzeniem. - Jesteś nieobecny.
- Tak. - westchnąłem, uważnie przyglądając się jej twarzy.
- Coś się stało? - jej głos przepełniony był przesadną troską. Kochałem ten ton.
- Nic. - wzruszyłem ramionami. - Poznałem cudownych ludzi, tęsknię za nimi.
- Ach. - zamyśliła się na moment. - Podaj mi suszoną żurawinę.
Sięgnąłem po metalowe pudełeczko, w kierunku którego skinęła dłonią.
- Spędzałeś z nimi czas? - spytała z ciekawością.
- Każdą wolną chwilę. - uśmiechnąłem się.
- Więc po świętach znowu wyjedziesz.

Nie chciałem jej ranić, nie chciałem ranić nikogo. Ludzie zapominają, prawda? Muszą. Mama przywyknie do mojej nieobecności, a przyjaciele przestaną dzwonić i pytać o samopoczucie. Nie potrzebuję wnosić starych znajomości w mój nowy rozdział, który nakreślił się grubą linią, właśnie w Dublinie. Chcę tam wrócić, nie myśleć o Londynie. Telefon w mojej kieszeni odezwał się cicho. "Pamiętasz o naszym spotkaniu? Będziesz, prawda?". Eleanor jest taka słodka. Zasypuje mnie wiadomościami choć wie, że od jakiegoś czasu po prostu na nie nie odpowiadam. Kolejna wiadomość. "Harry zrobił babeczki!". Uśmiechnąłem się.


Kolorowe lampki zdobiące drzewka sąsiadów przyprawiały mnie o nikłą dozę irytacji. Wszystko było takie same, takie sztuczne, takie wykreowane. Nie potrzebowałem niczego, co powiązać można by ze świętami. Dlaczego więc zgodziłem się na wieczorne spotkanie ze znajomymi? Będą zadawać bardzo dużo pytań, na które ja sam nie znam jeszcze odpowiedzi. Mimo to, stęskniłem się za nimi.

W salonie byli już wszyscy. Danielle siedziała na kremowym fotelu, oparta o wielką poduszkę. Jej brzuch odznaczał się na ciemnej sukience, którą miała na sobie. Uśmiechnęła się na mój widok. Widząc, że zamierza wstać, podbiegłem do niej szybko i ostrożnie musnąłem wargami jej policzek. Liam przynosił z kuchni kolejne kubki z gorącą czekolada i piankami. Zayn i Eleanor siedzieli na sofie, zajęci rozmową. Po chwili szatynka podbiegła do mnie z piskiem i uwiesiła się na mojej szyi, jakbym był jej najwspanialszym prezentem w te święta. Harry i Louis wygłupiali się przy choince. Wyglądali na szczęśliwych. Przywitałem się z nimi i zająłem miejsce obok Perrie, która co kilka chwil wypytywała o coś Dan. Cały komplet, przemknęło mi przez myśl, gdy omiotłem spojrzeniem skąpane w półmroku pomieszczenie. Tęskniłem za nimi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz