*październik, Londyn.
Perspektywa Louis'a.
Pierwszy żółty liść rosnącego nieopodal klonu upadł na zielony trawnik, uprzednio wirując w powietrzu przez krótką chwilę. Jesień była wyczekiwana, przynajmniej przeze mnie. Niosła za sobą zmiany, nie tyle fizyczne, co duchowe. Była jak oczyszczenie, wepchnęła mnie w stos przemyśleń. Nie bałem się zadumy, byłem gotów na potyczkę z własnymi emocjami. Z góry zakładając oczywiście, że ją wygram.
Wsparłem dłonie na blacie drewnianego, odrobinę zniszczonego biurka do którego miałem ogromny sentyment. Po raz kolejny uniosłem spojrzenie ku kolorowym liściom, które coraz zuchwalej poddawały się sile wiatru. Jakież to błahe, być od kogoś tak znacząco uzależnionym. Wypuściłem zalegające w płucach powietrze i potarłem dłonią policzek. Był chłodny, a skóra nieprzyzwoicie szorstka. W porównaniu do Zayna, któremu zarost pasował jak nikomu innemu, wyglądałem niekomfortowo. Harry jednak lubił mnie takiego. Uważał gładkie policzki za coś absurdalnego. Był zdania, że powinienem oddać się woli czasu. Cokolwiek to znaczyło.
Za trzy dni lecimy do Paryża. Curly chce odwiedzić mamę, spędzić z nią weekend. Jest podekscytowany, ucieszył się gdy wyraziłem chęć towarzyszenia mu. Czasem do szczęścia potrzeba mu tylko moich słów i zapewnień. Trzymałem go na swego rodzaju dystans, pozwalając mu popadać w bezkresną fascynację. Nie miałem sobie niczego za złe, a on po prostu.. to robił. Tonął we mnie. Podziwiałem jego niebywałą odwagę. Nie bał się rozczarowania i bólu, ale to wiedziałem nie od dziś.
Wieczór ciągnął się w nieskończoność. Kakao stygło na parapecie, a mała żarówka schowana pod turkusowym kloszem nieśmiało otulała pokój ciepłym światłem. Azyl. Usiadłem na sofie i ująłem w dłonie szkicownik, który dostałem od Francuza zaledwie kilka godzin temu. Nalegałem, by pozwolił mi obejrzeć swoje prace. W moim mniemaniu wszystko co wychodziło spod jego ręki było idealne. On jednak łaknął czegoś więcej, dlatego odsunął się od sztuki na czas nieokreślony ufając, że za nim zatęskni i podaruje mu niezwykły przypływ weny twórczej. Komiczny i dość dziecinny był to pogląd, ale postanowiłem go w tym wspierać. Leniwie przerzucałem kolejne strony skoroszytu, które pocierały się o siebie nieśmiało, wydajac przy tym specyficzny dźwięk. Tykanie zegarała zaczęło mnie irytować. Za dużo mam tu ciszy.
Nie wybierać, poddawać się, puścić wodzę fantazji i być.
- Powiesz mi gdzie byłeś cały cholerny wieczór? - szatyn mlasnął tylko zabawnie i postawił pewny siebie krok w moją stronę. Odwiesił kurtkę na mały haczyk i znowu na mnie spojrzał. Spokój zieleni jego tęczówek zbił mnie z pantałyku.
- Cześć, Louis. - ochrypły, męski głos wprawił powietrze w subtelne drganie. Uśmiech w jaki wygięły się jego usta był zdecydowanie zbyt beztroski. Ignorant.
- Kakao wystygło. - szepnałem z udawanym wyrzutem, a Harry wzruszył tylko ramionami. Ujął między palce skrawek materiału mojego swetra i pociągnął mnie za sobą w stronę schodów.
Mój pokój pachniał zaczętą wczoraj książką i malinami, za sprawą świec. Curly usiadł na brzegu łóżka i rzucił pogardliwe spojrzenie w stronę swojego szkicownika. Od teraz są wrogami? Zamknąłem drzwi i oparłem się o nie plecami. Chłopak zerknął w moją stronę, po czym odgarnął z czoła kilka brązowych loków. Był jak notes pełen tajemnic, należący do kogoś innego. Zamknął się na mnie. Przesadzam?
Usiadłem obok i westchnąłem odruchowo gdy moje dłonie, których ciepła usilnie starałem się nie tracić zetknęły się z chłodną pościelą. Tęskniłem za nim, przemknęło mi przez myśl gdy dotarło do mnie, że naprawdę jest obok. W tej samej chwili nasze spojrzenia się spotkały, a jego źrenice skurczyły się automatycznie. Byłem ciekaw o czym myśli, jak zazwyczaj gdy upajaliśmy się ciszą. Nie wadziło mi to, a wręcz przeciwnie. Czułem, że za pośrednictwem milczenia przekazuje mi wszystko, czego potrzebowałem. Po chwili jednak jego wargi ostrożnie się uchyliły.
- Mogę dziś zostać? - spytał półszeptem. Jego słowa brzmiały błagalnie. Jakby u Els czekała na niego jakaś kara. Albo jakby bał się powrotu do domu po zmroku. Albo.. nieważne.
- Jasne. - szepnąłem pokrzepiająco, a on skinął tylko głową.
Od czasu do czasu spędzaliśmy wspólnie noce. Nie było w tym nic zdrożnego, po prostu zasypialiśmy będąc blisko. Minął prawie miesiąc od wieczoru, podczas którego Harry mnie pocałował. Od tego czasu nie starał się nijak do mnie zbliżyć. Owszem, widziałem w jego oczach wiele potrzeb, ale nie zamierzałem stawiać za niego kroków. Czasem potrafił patrzeć na mnie przez kilkanaście minut. Od tak, jakbym miał brudny policzek albo głupawą minę przyklejoną do twarzy. Innym znów razem odsuwał się ode mnie jak gdyby z obawą, że mnie skrzywdzi. Czymkolwiek, nieświadomie. Harry Styles był od jakiegoś czasu kumulacją wszystkich emocji. Okey. Sęk w tym, że z dnia na dzień ulegałem mu coraz bardziej, choć pragnałem być jego wyzwaniem.
Przyjaźń niczego nie tłumi. Przyjaźń buduje najsilniejsze uczucia.
- Podasz mi kakao? - spytał, układając się wygodnie pod beżową pościelą. Skrzywiłem się, zerkając w stronę stojącego na parapecie kubka.
- Jest zimne.
- Brawo, Sherlock'u. - klasnął w dłonie. - Dawaj. - uśmiechnął się kpiąco, a ja usiadłem na łóżku, uprzednio zdejmując swoją koszulkę. Byłem zmęczony. Wiedziałem jednak, że szatyn tak łatwo nie pozwoli mi zasnąć.
- Nie. - mruknąłem wrogim tonem, a Harry uniósł brwi. Wyglądał jak poirytowany przedszkolak. To chyba nie było zamierzone. Schowałem w kącikach ust głupi uśmiech.
- Mógłbym Cię udusić poduszką. - stęknął z fascynacją, a ja jęknąłem odruchowo.
- Uchroniłeś mnie przed nożem, a straszysz mnie poduszką? - zaśmiałem się melodyjnie, a Francuz burknął tylko coś pod nosem. Znałem go cholernie dobrze. Chyba nie do końca zdawał sobie z tego sprawę.
- Zrobiłbym to jeszcze raz. - szepnął w zamyśleniu, błądząc wzrokiem po regale na którym stały schowane w kolorowych ramkach zdjęcia. - I jeszcze.. i znów..
- O czym mówisz? - ściągnąłem brwi, a kiedy na mnie spojrzał uniosłem je wyczekująco. Przysunął się nieco bliżej i spojrzał w moje jasne tęczówki. Jak zazwyczaj. Nie znosiłem tego, równie mocno to uwielbiając. Milczał. - Nie musisz. - dodałem po chwili, a on zsunął spojrzenie na swoje dłonie.
- Wiesz to, nie potrzebowałem Cię zapewniać. - przesunął paznokciami wzdłuż przedramienia i ziewnął przeciągle. Owszem, wiedziałem. Był wariatem.
Niepewnie wtuliłem się w jego tors, a on odetchnął z ulgą. Jego klatka piersiowa uniosła się gwałtownie, by równie szybko opaść w dół. Przymknąłem powieki i ułożyłem dłoń na jego brzuchu. Skóra emanowała nieopisanym ciepłem, a serce wybijało miarowy rytm. Poczułem jak wsuwa koniuszek nosa w moje włosy. Nie byłem skrępowany. Potrafiliśmy cieszyć się swoją bliskością do granic możliwości. Za to go uwielbiałem. Nie oczekiwał zbyt wiele. Moja obecność zdawała się być powodem jego egzystencji, a jego oddech tłoczył moją krew. Byliśmy jednością. To zabawne. Jakby ktoś w dniu moich narodzin oderwał mi kawałek duszy i po kilkunastu miesiącach wsunął go w ciało Francuza. Żyłem nieświadomie w przekonaniu, że jestem sobą. W ogromnym byłem błędzie. Harry mnie dopełnia, na każdym kroku. Jest częścią mnie, tą arogancką i czasem zupełnie pozbawioną skrupułów. Oddychanie jego powietrzem było jak darzenie zmysłów najbardziej wyszukanym narotykiem. Gdyby oddał za mnie swoje życie tamtego wieczoru, zabrałby ze sobą pozostałą część mojej duszy, a ja pozostałbym pustą, pozabwioną uczuć powłoką, na pierwszy rzut oka przypominającą człowieka. Jakiż jednak los ma plan, skoro oboje żyjemy, ba, tak blisko siebie?
- Zimno mi. - wyszeptałem przez zęby, a Curly uniósł się delikatnie i spojrzał na mnie. W pokoju panował mrok. Z ledwością dostrzegałem rysy jego twarzy. Westchnął prawie niesłyszalnie i ostrożnie wtulił policzek w mój. Nie drgnąłem nawet.
- Dlaczego się o Ciebie troszczę? - spytał nagle, a ja chcąc mieć przed sobą jego oczy, ułożyłem dłonie na jego torsie i powoli go od siebie odsunąłem.
- Bo jesteśmy przyjaciółmi. - szepnąłem spokojnie, a on cicho się zaśmiał.
- Nie chrzań, Louis.
Perspektywa Harry'ego.
Jedyne co czułem to chłód. Ten gówniany sweter nie spełniał swojej funkcji nawet w najmniejszym stopniu. Zaufałem jesiennemu słońcu, a ono mnie oszukało. Stęknąłem cicho, gdy oparcie drewnianego leżaka wbiło się w moje plecy. Noc z Louis'em była.. przygnębiająca. Jestem roztrzęsiony, czuję się jakbym walczył ze słabościami. Jakbym nie chciał dopuścić do siebie myśli, że potrafię być czuły, cichy i delikatny. Cholerny egocentryzm wyłaził ze mnie przy każdej możliwej okazji. Byłem dumnym dupkiem, który nie dopuszczał do siebie nikogo. Tomlinson zrobił ze mnie marną namiastkę faceta, ztłamsił mnie. Czułem się jakby mnie ktoś przeżuł i wypluł, a ja byłem ów faktem zachwycony. Co to do cholery za stan?
Straciłem siebie.
- Zayn.. może moglibyśmy.. - cichy, niepewny głos dotarł do moich uszu. Skierowałem swe kroki w stronę jego źródła. Stanąłem w kuchennych drzwiach. Eleanor trzymała przy uchu telefon. Skubała palcami wolnej dłoni rękaw swojej bluzy. - Nie masz czasu? Nie, to nic pilnego.
Kłamała.
- Malik nie chce się spotkać? - brunetka podskoczyła odruchowo na moje słowa i zerknęła na mnie przez ramię.
- Jest zabiegany.. czy coś. - zamrugała kilkakrotnie i podeszła nieco bliżej.
- Tsa, biega ale po barach. - uśmiechnąłem się sztucznie, a Els dyskretnie westchnęła.
Byłem dla niej, jeśli potrzebowała towarzystwa. Nie byłem tylko jej współlokatorem, była między nami specyficzna więź. Wiedziałem jednak, że martwi się o bruneta, który wciąż przesadnie używał życia. Trochę mu zazdrościłem. Brakuje mi mojego zadymionego pokoju na poddaszu i walających się po podłodze pustych butelek po whisky. Byłem wolny, zupełnie jak on. Ja jednak czułem się do kogoś subtelnie przywiązany. Zayn żył beztrosko, pił, starając się wyplenić z głowy myśli dotyczące Perrie.
Wróciłem na taras i odpaliłem papierosa. Kilka szarych chmur przykryło błękit nieba, a wiatr otulił chłodem moje policzki. Przeczesałem palcami swoje włosy i mocno zaciągnąłem się dymem. Za kilkanaście godzin będę w Paryżu. W mieście, które od jakiegoś czasu nic dla mnie nie znaczy. Jedynym powodem moich odwiedzin jest oczywiście mama, którą w najbliższym czasie zamierzam ulokować przy mnie, w stolicy Wielkiej Brytanii. Nie wyobrażam sobie życia bez niej, a do Francji nie wrócę. Chyba, że Louis będzie miał ochotę to wtedy.. wtedy tak. Choć wątpię, by francuska stolica była spełnieniem jego snów, chociaż bywa nieprzewidywalny. Zgasiłem papierosa w doniczce z pelargoniami i wróciłem do swojego pokoju. Cisza wskazywała na to, że Eleanor zdążyła wyjść z domu. To dziwne, że mnie nie uprzedziła. Uśmiechnąłem się na myśl o tym małym akcie nieodpowiedzialności.
Perspektywa Zayn'a.
Kroczyłem powoli wzdłuż Cranbrook Road. Do mojego nosa dotarł zapach shake'a waniliowego. Zrobiło mi się niedobrze. Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni i westchnąłem z niezadowoleniem. Eleanor miała ochotę zabawić się w nianię i udowodnić mi, jak to bardzo potrafi się martwić. Nie potrzebowałem jej, nie potrzebowałem nikogo. Od jakiegoś czasu doskonale radzę sobie sam. Żyję jak chcę i kiedy chcę.
To był jeden z nielicznych dni, kiedy byłem trzeźwy. Alkohol ulatniał się z mojego organizmu tak szybko, jak bardzo go potrzebowałem. Zdawało się, że z tygodnia na tydzień potrafię i potrzebuję pić coraz więcej. Louis skwitował ów fakt stwierdzeniem, że popadam w bezdenną chorobę. Wyśmiałem go. Nigdy dotychczas nie czułem się tak wolny. Nigdy nie byłem taki szczęśliwy. Uśmiechnąłem się do swoich myśli i wsunąłem między blade wargi papierosa, którego pośpiesznie odpaliłem. Nikt już nigdy nie będzie mi mówił jak mam żyć. Nie będę marionetką, mam własne poglądy i potrzeby. Ciut destrukcyjne, ale własne.
" Powinnaś ze mną być w tej chwili. Nie pytaj dlaczego. Nie wiem. Czekam przy fontannie w parku, daję Ci 15 minut xx " Wyślij do: El. Szatynka dostała szansę. Szczerze powiedziawszy stęskniłem się za tą jej górująca nad wszystkim troską. Była takim naszym małym aniołem. Nie dlatego, że była piękna i naturalna, ale dlatego że zawsze potrafiła pomóc. Wsunąłem telefon do kieszeni i dotknąłem dłońmi kamiennej obudowy fontanny. W parku nie było nikogo poza mną i grupką małych dziewczynek, które biegały dookoła rozłożystego dębu. To był chyba berek.
To kim jesteś należy tylko do Ciebie. Bądź skąpy.
Po krótkiej chwili moim oczom ukazała się szczupła, wątła osóbka otulona materiałem koralowej sukienki. Uśmiechnęła się nieśmiało, by dodać otuchy. Sobie, oczywiście. Wstałem i zagarnąłem ją w swoje objęcia, od tak. Westchnęła z nieopisaną ulgą. Spojrzałem na jej jasną twarz. Była przygnębiona, a ja znałem powód. Martwiła się o mnie. Nie znoszę gdy ludzie to robią. Gdy myślą, że jestem słabą jednostką pozbawioną chęci do walki o dobre samopoczucie.Gdy się martwili, myśleli o mnie jak o potencjalnym przegranym. Nie ma w tym żadnych pozytywów. Zsunąłem z nosa okulary przeciwsłoneczne. Zerknąłem na zegarek. Piąta.
- Herbata? - spytałem spokojnie, usiłując by mój głos brzmiał sympatycznie.
Nie chciałem jej do siebie zniechęcić. Była jedyną kobietą, z którą utrzymywałem kontakt. Po przeniesieniu się do własnego mieszkania straciłem kontakt z rodziną.
- Mhm. - mruknęła cicho i uchwyciła się mojego ramienia. Była taka drobna i delikatna. Krucha, a zarazem tak bardzo silna. Była wyjątkowa.
- Jak leci? - spytałem od niechcenia. - Jak mieszka się z Harry'm? Daje Ci popalić?
- Ani trochę. - uśmiechnęła się. - Stawia się o przyzwoitych porach, jada ze mną i dba o dom. - brzmiało jak absurd, ale opowiadała o tym z takim zafascynowaniem, że nie mogłem nie uwierzyć.
- Cool. - wymusiłem uśmiech i odwróciłem spojrzenie.
- A jak Tobie mieszka się w nowej dzielnicy? Louis mówił, że macie do siebie zaledwie kilka kroków.
- Tak. Mieszkanie jest doskonałe. Pominąłem fakt, że Tomlinson będzie moim sąsiadem. Jakoś przeżyję. - wzruszyłem ramionami, a szatynka wbiła mi łokieć w bok.
- Nie musisz grać, wiesz? - szepnęła cicho, po czym wypuściła z objęć dłoni materiał mojej kurtki i poczęła maszerować powoli kilka metrów przede mną.
Wyglądała jak mała dziewczynka, która rozkoszuje się jesiennym spacerem. Jej sukienka delikatnie kołysała się pod wpływem wiatru, a kasztanowe włosy rozsypały po całych plecach. Była kwintesencją kobiecości, choć zawsze miałem ją za kumpla.
- Grać w co? - dorównałem jej kroku. Nie była zadowolona. Po chwili znowu stąpała kilka kroków przede mną.
- Raczej kogo. - poprawiła mnie i wskazała dłonią na drzwi małej kawiarenki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz