*Perspektywa Harry'ego.
Zmącone nocą powietrze leżało w moich płucach niewygodnie. Uchyliłem powieki i rozejrzałem się po skąpanej w półmrok sypialni. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Może.. poza małym wazonikiem, który nieumyślnie zrzuciłem ze stolika podczas nocnych czułości z Louis'em. Zegar wskazywał trzecią po południu. Czy to naprawdę możliwe, bym spędził w łóżku tak wiele godzin? Poniosłem się powoli i ująłem w dłoń wymiętą koszulkę, która leżała na podłodze. Okryłem nią tors i w towarzystwie wielkiej ochoty na herbatę ufnie skierowałem swe korki w stronę kuchni.
W domu panował spokój. Cisza wypełniała każde pomieszczenie. Poczułem się nieswojo. Spojrzałem w stronę sporego, kuchennego okna i skrzywiłem się odruchowo. Śnieg? Co jest do cholery? Nie zdążyłem należycie nacieszyć się jesienią. W moim życiu za dużo jest ostatnio pozytywów. Nie miałem okazji, by podjąć próbę snucia jesiennych refleksji, które zazwyczaj miały związek z samotnymi wieczorami.
Straciłem depresyjne miesiące, wyczekiwane niegdyś z utęsknieniem.
Wsparłem łokcie na chłodnym parapecie i odsunąłem sprzed twarzy koronkową firankę. No tak. Eleanor biegała po białym trawniku. Miała na sobie koszulkę z krótkim rękawkiem, a jej włosy łapały każdy płatek chłodnego puchu. Wyglądała jak mała dziewczynka nierozważnie zakochana w zimie. Byłem pewien, że w Londynie ceni się tylko słoneczne dni. Nie sądziłem, że nadejście zimy świętuje się nieodpartą radością. Louis stanął tuż obok mnie i uśmiechnął się czule. Dopiero teraz dopuściłem do swojej głowy piski i śmiech mojej współlokatorki. Dlaczego mój umysł wcześniej je ignorował?
- Co z nią? - wskazałem palcem na roześmianą szatynkę, a Louis powędrował spojrzeniem w stronę ułożonej z cegieł ściany, przy której stała.
- Wspominała coś o kacu. - zaśmiał się i objął mnie ostrożnie. - Przygotowałem herbatę. - dodał po chwili i przysunął wargi do mojego ucha. Jego ciepły oddech zmącił cały porządek w mojej podświadomości. Niezły ruch.
- Te buty nie są stworzone do biegania po śniegu! - po chwili do kuchni wbiegła Els, nierówno łapiąc w płuca ciepłe powietrze. Zazdrościłem jej tej nieustępliwej energii.
- Daruj sobie, jesteś fajtłapą. - mruknął Louis, starając się ukryć rozbawienie.
- Chrzań się, Tomlinson. - szepnęła miękko i podeszła do mnie, by otulić moją szyję rękoma. - Cześć, Harry.
- Cześć, Sunshine. - opadłem na jedno z drewnianych krzeseł, porwałem ją w objęcia i posadziłem na swoich kolanach. Drżała z zimna. Potarłem dłońmi jej wątłe ramiona.
Louis ujął w dłoń kremową filiżankę z herbatą i przycisnął jej brzeg do swoich warg. Czy piciu gorącego napoju można nadać jakieś niestosowne miano? Przez głowę przemknęło mi, że szatyn robił to naprawdę seksownie. Brytyjczycy są bardzo specyficzny. Nawet coś tak błahego jak akcent, którym dysponuje mój chłopak, przyprawia mnie o dreszcze. Nigdy nie przywiązywałem wagi do takich drobnostek, więc albo jestem bezwarunkowo zakochany albo zmieniłem się w ckliwego, delikatnego chłopca. Eleanor ziewnęła przeciągle, jakby znudzona moimi przemyśleniami. Przytknąłem do jej ust wnętrze dłoni. Zagarnęła między zęby skrawek mojej skóry. Skrzywiłem się odruchowo.
- Przygotowałam banoffee, gdy Wy bez skrupułów oddawaliście się lenistwu.
- Poproszę kawałek. - szepnąłem spokojnie, wypuszczając ją ze swoich objęć.
- I ja. - wtrącił nieśmiało Louis, po czym zajął miejsce Els i wygodnie rozsiadł się na moich udach.
Zacisnąłem wargi, by stłumić westchnienie.
- Wychodzicie gdzieś? - spytała po upływie chwili szatynka, starannie układając na talerzykach ciasto. Lou spojrzał na moją twarz.
- Nie. - szepnąłem spokojnie, naznaczając usta subtelnym uśmiechem.
- Och, rozumiecie się bez słów. - wtrąciła z zafascynowaniem i podała nam deser. - Będziecie grzeczni? Postaram się wrócić o przyzwoitej porze.
- A dokąd to? - ściągnąłem brwi, przyglądając się jej bladej twarzyczce. Zacisnęła zęby na dolnej wardze.
Nie chciałem naciskać. Poza tym, domyślałem się gdzie zamierza spędzić swój wieczór. Zanim jeszcze zdążyłem spróbować słodkości, którą przygotowała ( warto zaznaczyć, że mój Ukochany pochłonął już połowę ciasta ) wzdrygnąłem się odruchowo, gdy do moich uszu dotarł dźwięk zwiastujący nową wiadomość. Wysunąłem z kieszeni telefon i spojrzałem na wyświetlacz.
"Chcę Cię zobaczyć jutro w studiu w którym nagrywam, punktualnie o 10. Ed."
Perspektywa Zayn'a.
Park otulony skąpą warstwą pierwszego tej zimy śniegu, wyglądał inaczej. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że lepiej, ale chyba wcale tak nie uważałem. Powietrze było dogodne, niebo spowite gęstą szarością. Czekałem na nią, obiecaliśmy sobie krótką przechadzkę. Byłem gotów na jej wściekłość. Zamierzałem jednak rozdmuchać te negatywne emocje i po prostu ucieszyć się jej towarzystwem. Nie miałem pewności co do tego, czy szatynka ma względem mnie pokojowe zamiary. Co, jeśli zamierza mnie udusić i zakopać pod naszym ulubionym klonem, kilka kroków stąd?
Gęsta, mleczna mgła spowiła cały Londyn. Kilka budynków, które bez problemu dostrzec można było z wnętrza parku, wyglądało jak opuszczony kompleks. W oknach nie paliło się światło, a natrętna cisza odbijała się echem w mojej głowie. Czułem się jak w kiepskim horrorze. Chłodny wiatr zakołysał ostatnimi, żółtymi liśćmi, które wciąż mocno trzymały się wiszących nad moją głową gałęzi.
Nie pozwolę niczemu odebrać tego, co stoi przede mną.
- Gdzie Twój zimowy płaszcz? - usłyszałem z oddali i odwróciłem się odruchowo w kierunku, z którego dobiegał miękki głos. Doskonale znałem jego właścicielkę.
- Sweter wydawał się być odpowiedni. - odpowiedziałem spokojnie, przeczesując spojrzeniem gęstą mgłę.
Dopiero po chwili dostrzegłem zarys kobiecej sylwetki. Uśmiechnąłem się, gdy stanęła tuż przede mną. Jej policzki dysponowały delikatną, różową barwą. Upięte w luźny kok włosy eksponowały granatowy kołnierzyk, który ściśle okalał jej szyję.
- Nie stój tak. - spojrzała na mnie z wyrzutem. - Spacer, pamiętasz?
- W mgle? - skrzywiłem się.
- To jakiś problem? - uniosła brwi i przystanęła na moment. Miałem ochotę zdjąć z jej twarzy tę aktorską pewność siebie.
- Co, jeśli coś tam na nas czyha? - spytałem, starając się zachować poważny ton. Szatynka pokręciła głową ze zrezygnowaniem.
Była zła, powinienem się tego spodziewać. Miałem świadomość, że zachowałem się jak skończony dupek. Ta scenka przed Perrie była czystym przejawem mojego egoizmu i chęci trzymania władzy nad wszystkim i wszystkimi. Cóż jednak, stało się, nie mogę cofnąć czasu.
- Umrzemy. - wzruszyła ramionami i powoli ruszyła w stronę obszernej, metalowej bramy, po której każdego lata pięły się kwiaty.
- Nie chcę umierać w Twoim towarzystwie. - odparłem, a gdy na mnie spojrzała, uśmiechnąłem się delikatnie.
- Zatem.. powinnam pójść przodem! - krzyknęła ochoczo i pobiegła przed siebie.
Zaledwie w przeciągu kilku sekund straciłem ją z oczu. Mgła była niebywale natrętna. Usłyszałem tylko stłumiony pisk. Bez zastanowienia wybiegłem z parku mając nadzieję, że obrałem dobry kierunek. Zmartwiłem się jednak, gdy stukot subtelnych obcasów nagle ucichł. Nie przestawałem biec.
- Eleanor? To nie jest zabawne. - warknąłem, łapczywie wsuwając w płuca kolejne dawki chłodnego powietrza.
Cisza.
- Els! - przystanąłem na moment, by rozejrzeć się dookoła.
- Boisz się? - wzdrygnąłem się, gdy szepnęła wprost do mojego ucha.
Ułożyłem dłonie na jej tali, otulonej szerokim paskiem jasnego płaszcz i bez problemu uniosłem jej ciało ku górze. Zrobiłem kilka kroków w przód, by już po chwili przycisnąć jej plecy do rozłożystego dębu. Syknęła cicho i uniosła spojrzenie na moją twarz.
- Nie pogrywaj ze mną, Calder.
- Grozisz mi? - wyswobodziła dłonie z uścisku i wplotła smukłe palce w moje włosy.
Zacisnęła dłonie w pięści, gdy naparłem na nią całym ciężarem swojego ciała. Mechanizm obronny? Nie zamierzałem jej skrzywdzić. Wiedziałem, jak bardzo jest delikatna. Chciałem tylko... odrobinę się z nią podroczyć. Lubiłem czuć wyższość. Sęk w tym, ze ona najwyraźniej także.
Jej klatka piersiowa falowała szybko pod wpływem zachłannego oddechu. Czułem bicie jej serca. Nagle straciłem grunt pod nogami. Jej spojrzenie w niezwykle brutalny sposób odebrało mi całą pewność siebie. Wszystkie myśli, słowa, które trzymałem wewnątrz po prostu zniknęły. Jej pozbawione ciepła dłonie zsunęły się na moje policzki. Nasze twarze dzielił od siebie zaledwie centymetr. Oboje pragnęliśmy zmniejszyć tę odległość do stosownego minimum. Pragnąłem jej... inaczej.
Każdy oddech, każda godzina prowadziła do tego.
Nasze wargi ocierały się o siebie nad wyraz lubieżnie. Nie zamierzałem się hamować, to było zbyt gorące. Jej uda mocno zacisnęły się na moich biodrach. Uniosłem ku górze jej drobne ciało, by zagarnąć z tej chwili jak najwięcej. By wychwycić każdy godny uwagi odruch, by zapamiętać smak i drżenie rąk. Mechanizm działał jak zazwyczaj - jestem tylko facetem. Czułem jednak coś, co dotychczas niwelowałem; więź. Przez głowę przebiegały mi wspomnienia. Jej słowa, kolory sukienek, które miała na sobie podczas naszych spotkań, zapach przygotowanego przez nią podwieczorku, a nawet ból, który towarzyszył ostatniej sytuacji z Perrie. To wszystko tworzyło nieodzowną całość i... dzięki Bogu, że moje mieszkanie znajduje się tuż za rogiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz