Ostatnie promienie zachodzącego słońca wdzierały się przez okna do Sali Jadalnej, oświetlając drobiny kurzu tańczące w powietrzu i porcelanową zastawę, rozłożoną na długich stołach. Do pomieszczenia wchodzili już pierwsi mieszkańcy zamku, niektórzy ze swoimi opiekunami, i zajmowali najlepsze miejsca. Większość z nich zawzięcie dyskutowała o nadchodzących dniach.
Niall przecisnął się między napływającymi ludźmi, których znał jedynie z widzenia i wspiął się na palce, żeby pomachać do Harry’ego. Zadowolony, że nie będzie musiał spędzać wieczornego posiłku w samotności, zajął miejsce obok bruneta i trącił go lekko ramieniem, chichocząc przy tym radośnie.
- Hej, mały – powiedział z uśmiechem zielonooki, przesuwając się, żeby zrobić mu więcej miejsca. – Zakładam, że naszą lodową księżniczkę znasz jedynie z widzenia – dodał, wskazując widelcem na szatyna, siedzącego po drugiej stronie stołu. – Poznajcie się, Niall to Louis. Louis to Niall.
Blondyn zaśmiał się pod nosem i zaraz spoważniał, kiedy dostrzegł błękitne oczy, ciskające pioruny dookoła. Nie ryzykując wejścia na wojenną ścieżkę, tylko uścisnął dłoń mężczyzny i usiadł wygodniej obok Stylesa, przesuwając wzrokiem po smakołykach rozstawionych przed nim.
- Mniam! – oblizał się Irlandczyk i nałożył na talerz sałatkę, która wyglądała naprawdę apetycznie. – Nigdy nie przyznam się drugi raz, że kocham to jedzenie – stwierdził, unosząc do ust kawałek zielonego ogórka i niespiesznie wsunął go pomiędzy swoje wargi.
Wieczorny posiłek mijał wszystkim w przyjemnej atmosferze, jednak powoli chylił się ku końcowi. Adepci wychodzili z Sali małymi grupkami, liczącymi po trzy cztery osoby. Tylko jedna osoba opuściła pomieszczenie samotnie, przyciągając spojrzenie Nialla, który automatycznie zmarszczył brwi.
Podziękowawszy za miłe towarzystwo, mężczyzna wstał ze swojego miejsca i szybkim krokiem ruszył w kierunku wyjścia. Na korytarzu znalazł się w momencie, kiedy Payne znikał za załomem muru. Zainteresowany, ale i zaniepokojony, zachowaniem swojego opiekuna, podążył za nim, zastanawiając się co powie, kiedy zostanie przyłapany na – bądź, co bądź – śledzeniu.
Horan wziął drżący oddech, gdy wyszedł za Liamem na dziedziniec, na którym stał zaparkowany ciemny samochód. Rozpoznał w nim czarnego mercedesa, którym został przywieziony do Violet Hill. Mogło to oznaczać wyłącznie jedno – Payne udawał się na kolejną misję.
Coś zakuło Nialla w sercu, kołaczącym w piersi mocniej niż wcześniej, kiedy domyślił się czemu szatyn wymykał się chyłkiem z zamku.
- Liam? – zapytał cicho, głosem drżącym z niepokoju. – Liam? – powtórzył głośniej, podchodząc do mężczyzny ze spuszczoną głową. – W-wyjeżdżasz, prawda? – młodszy zagryzł wargę i spojrzał na niego zaszklonymi oczami.
- Tak – odparł szatyn, kiwając głową ze smutkiem. – Dwa tygodnie, w czasie których miałem cię pilnować non stop już minęły… Simon wysyła mnie na kolejną misję – wyjaśnił, uśmiechając się do niego pokrzepiająco. – Wiesz, to nie będzie kolidowało z kontrolowaniem twoich wyników.
- O-och… – westchnął blondyn, spuszczając wzrok na swoje stopy. – Kiedy wrócisz? – chciał wiedzieć, mając nadzieję, że nie będzie go widział przez zaledwie kilka dni, ale odpowiedziało mu tylko wzruszenie ramion. – Rozumiem… To w takim razie powodzenia – spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu tylko grymas.
Liam wyciągnął rękę, przesunął palcami po opadającej blond grzywce i w przypływie emocji, przyciągnął młodszego do uścisku. Chwilę później jego ciepłe usta odnalazły czoło niebieskookiego i złożyły tam lekki pocałunek.
- Wrócę, jak tylko będę mógł – zapewnił, odsuwając się na długość ramienia, żeby spojrzeć na twarz swojego podopiecznego. – Hej, poradzisz sobie. Obaj to wiemy – stwierdził, spoglądając w kierunku samochodu, przygotowanego do podróży. – Muszę jechać. Do zobaczenia niedługo – na odchodne zmierzwił włosy Irlandczyka i ruszył do pojazdu.
- Do zobaczenia – odpowiedział Niall, wbijając spojrzenie w swoje tenisówki, żeby Payne nie zauważył jego zaszklonych oczu. – Będę tęsknił – wybełkotał cicho, do samego siebie, zanim zgarbiony ruszył do drzwi wejściowych.
Zasmucony rozstaniem z kolejną bliską – co sam zauważył z zaskoczeniem – osobą, udał się do swojego pokoju, gdzie zwinął się w kłębek na parapecie i zapatrzył w okno. Na jego nieszczęście, sypialnia była usytuowana tak, że doskonale widział czarny samochód odjeżdżający spod zamku i kierujący się w stronę granicy.
- Wróć do mnie cały – powiedział cichym głosem, ledwie nad sobą panując. – Nie żeby mi zależało – prychnął, usiłując podtrzymać samego siebie na duchu.
Westchnąwszy cicho, Niall zszedł z parapetu, ruszając w kierunku łazienki. Uznał, że ciepły prysznic odgoni smutki chociaż na chwilę, a także pozwoli poukładać wszystko w głowie. W ostatnich dniach wydarzyło się naprawdę wiele, a na dodatek został z tym wszystkim sam. Tysiące pytań i żadnej odpowiedzi, pomyślał, wchodząc do kabiny.
Po szybkiej kąpieli, stanął na puszystym dywaniku i przetarł zaparowane lustro, patrząc na swoje odbicie. Najwyraźniej nie umiał dostrzec tego samego, co jego opiekun, ponieważ widział wyłącznie wystraszonego chłopca, a nie mężczyznę, radzącego sobie z przeciwnościami losu.
Kręcąc głową na własne spostrzeżenia, naciągnął na biodra czystą bieliznę, a zaraz po niej luźne spodnie dresowe i rozciągniętą koszulkę. Miał do dokończenia kilka prac domowych, ale uznał, że i tak nie skupi się na żadnej z nich, więc wykorzystał czas na dokładne wysuszenie włosów, czego nigdy nie robił. Dokończenie wieczornej toalety zajęło mu mniej niż dwadzieścia minut.
Nie chcąc zostać sam z ponurymi myślami, blondyn wyszedł z łazienki, a następnie z pokoju. Na początku nie wiedział dokąd prowadzą go nogi, ale wszystko stało się jasne, kiedy stanął pod drzwiami pokoju Harry’ego. Wiedząc, że brunet będzie w stanie jakoś go rozbawić, uśmiechnął się pod nosem i zapukał donośnie.
Drzwi otworzyły się niemal natychmiast i ukazała się w nich uśmiechnięta twarz zielonookiego, który od razu wciągnął niższego do środka. Omijając sterty ubrań rozrzuconych na podłodze, doprowadził go do łóżka i rzucił się na nie.
- Co cię sprowadza do wujka Stylesa? – zapytał ze śmiechem, patrząc na blondyna błyszczącymi tęczówkami. – Kłopoty sercowe? Jakby co, to na wszystko znajdzie się rada – stwierdził, przesuwając się, by zrobić mu miejsce.
Irlandczyk wzruszył ramionami w odpowiedzi, nie wiedząc jak ma określić przyczynę zasmucenia. Zamiast wypowiadania niepotrzebnych słów, zwinął się w kłębek obok Harry’ego i położył głowę na jego klatce piersiowej.
- Wiesz… To chyba trochę bardziej skomplikowane – stwierdził, usiłując uporządkować dręczące go myśli. – I na pewno nie sprowadza się do jednej rzeczy. Powiedzmy, że potrzebuję czasu na to wszystko… A teraz na pewno przyda się przytulenie – uśmiechnął się i ułożył wygodnie ciepłych ramionach, które zamknęły go w uścisku.
2.
Od rana szykował się do wyjazdu. Wykorzystał fakt, że Niall jest na zajęciach i mógł przetransportować swój bagaż do samochodu, unikając jego niewygodnych pytań. Potem starał się wymknąć niepostrzeżenie z Sali Jadalnej podczas kolacji, ale nie udało mu się. Horan przyłapał go. A tak bardzo nie chciał się z nim żegnać. Pragnął po prostu umknąć cichaczem i wrócić w przeciągu tygodnia. Może nie zauważyłby jego nieobecności.
Teraz jechał leśną ścieżką, zostawiając za sobą zamek. Niewietrzony samochód nosił na sobie resztki zapachu perfum blondyna, a jego marudzenie rozbijało się echem w jego głowie. Zdał sobie sprawę, że lubi kiedy marudzi. Wydawało mu się to urocze.
Warknął cicho i zaczął kręcić pokrętłem, przy radiu łapiąc jakąś stację. Z głośnika popłynęły pierwsze nuty Cannonball Lea Michele. Starał się w nie wsłuchać i zagłuszyć wszystkie myśli o Niallu. Musiał skupić się na drodze, a nie myśleć o tych smutnych oczach, które wpatrywały się w niego, gdy oznajmiał mu, że wyjeżdża. To rozdzierało go w dziwny sposób. Miał wrażenie, że mógł się z nim lepiej pożegnać, a nie tylko buziakiem w czoło.
I zahamował z piskiem opon, tuż przed granicą. Piasek ze ścieżki wzbił się w powietrze, po czym opadł. Siedział chwilę za kierownicą, oddychając głęboko i tępo wpatrując się w licznik, bo zdał sobie sprawę co się działo. Zakochiwał się w tym małym Irlandzkim chłopcu. Złożył mu tyle obietnic, co nie było do niego podobne. On nie składał obietnic. A jednak, ten młody mężczyzna miał coś w sobie.
Otwarł drzwiczki i wysiadł na ścieżkę. Oparł dłonie na dachu i pochylił się do przodu. To trafiło go zbyt mocno i zbyt szybko. Było przyjemne, ale za razem przerażające w pewien sposób. Wziął głęboki oddech i spojrzał na górujący nad wciąż nagimi koronami drzew zamek. Zagryzł dolną wargę, a lekki wiosenny wiatr zatańczył z jego brązową grzywką.
- Wrócę. Obiecuję ci – szepnął i miał nadzieje, że wiatr zaniesie to do niego. – I kolejna obietnica. Ugh.
Wrócił do auta, trzaskając drzwiczkami. Zacisnął palce mocno na kierownicy, nacisnął pedał gazu i wzbijając w górę kolejną chmurę piasku, wyjechał na szosę, mijając granicę Violet Hill. Bardzo mocno starał się zagłuszyć myśli o Niallu, kołatające się po jego głowę, próbując ułożyć w niej plan działania. Chciał wrócić w przeciągu tygodnia. Góra dwóch. Nie miał zamiaru tego przeciągać w nieskończoność. A może po prostu pojedzie do niej i powie jej kim jest, po co przyszedł i dlaczego? Chciał jak najszybciej wrócić.
Po trzech godzinach bezustannej podróży nogi mu zdrętwiały i potrzebował je rozprostować. Zjechał więc na pierwszej lepszej stacji i skoczył kupić coś do jedzenia oraz kawę, bo powoli przysypiał, a zostały mu jeszcze z dwie godziny. Wypił ciepły napój, opierając się o maskę swojego czarnego mercedesa i podjadając rogalika z czekoladą. Uśmiechną się, gdy przypomniał sobie jak Niall skarcił go za takie odżywianie, gdy jechali do Violet Hill. Moment potem pokręcił głową wyrzucając z niej to wspomnienie.
Wrócił do samochodu i już po chwili był z powrotem na drodze. Do Londynu dotarł po pierwszej. Zmęczony znalazł jakiś motel i wynajął w nim pokój. Wniósł swoje rzeczy do niewielkiej sypialni i rzucił w nogi łóżka. Od razu podszedł do okna, wyjmując paczkę papierosów i wyciągając z niej jednego. Odpalił go, otwierając okno i wypuszczając za niego obłoczek. Chłodny wiatr otulił jego twarz, gdy podniósł głowę, spoglądając na niebo.
- Ciekawe, czy Niall już śpi? – zapytał się w myślach. – Pewnie tak. Jest późno.
Westchnął i sięgnął po swój telefon. Przejechał po liście, kontaktów i wybrał numer, do jedynej osoby, która nie będzie spać o tej porze. Przyłożył słuchawkę do ucha i czekał. Jeden sygnał. Drugi. Trzeci. Czwarty.
- A ty nie śpisz Payno? – zdziwił się głos po drugiej stronie, na co szatyn się uśmiechną.
- Nie. Właśnie przyjechałem do Londynu – wyznał zaciągając się dymem i przytrzymując przez chwilę w płucach, po czym wypuścił go. – A jak Oxford, Zayn.
- Nijak. Gniazdo wydaje się na puste co najmniej od kilku miesięcy – wyznał jego przyjaciel. – Ale mam je na oku. Coś mi się w nim nie podoba.
- Jakbyś potrzebował pomocy to pisz – odparł Liam. – Przez najbliższy tydzień na pewno tutaj zabawię. A to tylko dwie godziny samochodem.
- Półtorej kiedy dociśniesz gazu – odparł brunet. – Co to za misja?
- Zobaczysz. Może do tego czasu zdążysz wrócić do Violet Hill – stwierdził znów zaciągając się dymem i spoglądając na papierosa, strzepnął popiół. – Wiesz. Masz na mnie zły wpływ.
- Wow. Wczas się zorientowałeś – zachichotał Mulat po drugiej stronie, a kącik ust szatyna uniósł się ku górze. – Ale i tak mnie kochasz. Mnie nie można nie kochać. No z wyjątkiem jednej osoby.
- Zayn… – zaczął, ale przyjaciel mu przerwał.
- Nie. Nieważne. Znajdę sobie kogoś w końcu. Kogoś, kto odwzajemni moje uczucie.
- Ale on cię kocha – wpadł mu w słowo Payne.
- Taa. Jasne – prychnął Malik. – I dlatego dostaje szronem po oczach. Wiesz jak piekło? – pyta, na co on wzdycha. – Dobra. Kończę. Branoc.
- Branoc – odpowiedział Li i rozłączył się. Dopalił papierosa i jeszcze przez chwilę patrzył na gwiazdy blednące w świetle latarni ulicznych. Kolejny powód dla którego tak bardzo kochał Violet Hill. Światła miast nie przyćmiewały tam blasku gwiazd.
3.
Niall opuścił pokój Harry’ego na krótko przed północą, przemykając się ciemnymi korytarzami. Szedł ze spuszczoną głową, z dłońmi schowanymi w kieszeniach i oczami, lustrującego uważnie wszystko dookoła. Jego niespokojne myśli wciąż wypełniał Liam oraz jego nagły wyjazd i zachowanie. Także to wcześniejsze.
Najpierw obiecywał, że będzie zawsze obok, a później wyjeżdżał, próbując zrobić to chyłkiem. To naprawdę zaniepokoiło Horana, ale postanowił o to nie pytać. Zamierzał porozmawiać na ten temat z opiekunem, jednak dopiero po jego powrocie. Miał nadzieję, że nastąpi on w przeciągu kilku dni.
- Johnny? – zapytał szeptem, wsuwając się po cichu do pokoju. – Hej, zwierzaczku – powiedział cicho, gładząc pupila po głowie. – Kładziemy się już spać, co? Jutro czeka nas długi dzień – uśmiechnął się smutno i odchylił kołdrę, a potem położył się pod nią, zaczekawszy aż fretka zrobi to pierwsza. – Dobranoc maluchu – westchnął i ułożył się wygodnie, wsuwając ramię pod głowę.
Gdy tylko opuścił powieki, jego myśli odpłynęły w kierunku Świątyni Druidów, do której zabrał go Liam. Słowa powtarzane bezustannie przez duchy, kłębiły się teraz w jego głowie, nie pozwalając skupić się na niczym innym. Niebezpieczeństwo. To było jasne, skoro powiedziały mu to tyle razy. I było ono związane z granicami Violet Hill. Irlandczyk był tego pewien.
Wypełniony świadomością, że przez najbliższe godziny i tak nie zmruży oka, wysunął się z ciepłej pościeli i zajął swoje ulubione miejsce na parapecie. Na nogi narzucił koc, leżący nieopodal i przez zaparowaną szybę, wbił spojrzenie w krajobraz.
Wszystko wyglądało inaczej niż w dzień. Było bardziej tajemnicze i mroczne, gdyż większości rzeczy nie dało się dostrzec przy pierwszym rzucie oka. Drzewa, widoczne w oddali, kołysały się na silnym wietrze, a słabsze gałęzie uginały pod nim. Mogło się to wydawać normalne, ale blondyn miał przeświadczenie, że przyroda także się niepokoi. To tylko potwierdzało jego przypuszczenia, że dzieje się coś niedobrego.
- Książka – mruknął nagle do siebie i zerknął na biurko, wciśnięte w kąt pokoju, na którym piętrzyły się stosy pozycji. Miał je przeczytać w ciągu najbliższego miesiąca, ale ciągle to odkładał, usprawiedliwiając się natłokiem bieżącej pracy domowej. – Tutaj na pewno coś będzie – stwierdził, zeskakując z parapetu.
Zadowolony z własnego pomysłu, na który powinien wpaść jakiś czas wcześniej, podszedł do mahoniowego blatu i zaczął przeglądać tytuły, błyszczące w nikłym świetle lampki. Kilka książek przejrzał już wcześniej, kiedy szukał informacji o roślinach obronnych, jak nazywali je nauczyciele, więc od razu odłożył je na bok.
- Geneza eliksirów… Nie. Podstawy zielarstwa… Nie. Anatomia demona. Też nie – mamrotał pod nosem, tworząc tematyczne sterty, żeby móc wszystko znaleźć bez większego problemu. – Och, to może być dobre – zagryzł dolną wargę niemal do krwi, kiedy jego błękitne spojrzenie przesunęło po złotych literach, zdobiących twardą okładkę.
Nie mając lepszego pomysłu na spędzenie najbliższych godzin, Niall przygotował zeszyt i ołówek. Usiadł na swoim ulubionym miejscu, a opasły tom ułożył na udach, podkurczając nogi, by wygodniej go oprzeć. Przez pierwsze rozdziały przebrnął szybko, sporządzając notatki, które zamierzał przejrzeć rano. Zapisał także kilka pytań, mając zamiar zadać je Simonowi.
Wkrótce powieki Nialla zaczęły opadać, więc niechętnie odłożył książkę, zaznaczając zdjęciem miejsce, w którym skończył. Zmęczony zajęciami, położył się do łóżka i usnął szybko. Niestety nie było mu dane długo cieszyć się odpoczynkiem, ponieważ zamiast przyjemnych wyobrażeń nadeszły krwawe koszmary.
Większość z nich dotyczyła przesilenia wiosennego, kiedy mężczyzna po raz pierwszy był świadkiem zabójstwa demona. Jednakże tym razem nie zginęła owa straszna istota, a jego obrońca. We śnie, szatyn leżał w kałuży krwi u stóp blondyna, który obudził się z krzykiem i łzami w oczach.
Przestraszony Horan zacisnął palce na pościeli i przełknął ślinę, rozglądając się dookoła. Gdy upewnił się, że leży w łóżku, w zamku, do którego przywiózł go Liam, odetchnął z ulgą i opadł na poduszki. Chciał zamknąć oczy, jednak szybko się powstrzymał i zapalił lampkę nocną, decydując się nie zasypiać w najbliższym czasie.
- Johnny? Johnny, obudź się, bo potrzebuję towarzystwa – powiedział płaczliwie i odchrząknął szybko, trącając zwierzaka palcem wskazującym. – Dziękuję, jesteś kochanym pupilkiem – szepnął, kiedy fretyka usadowiła się na jego udach i zamrugała sennie. – Wiesz, że za nim tęsknię, prawda? Nie żebym go jakoś szczególnie lubił – prychnął od razu, wsuwając palce w białe futerko Johna.
Pupil uniósł łepek i przekrzywił go, wpatrując się uważnie w swojego właściciela. Jego bystre oczy zmierzyły wzrokiem minę blondyna, a potem zostały przysłonięte przez cienkie powieki. Po chwili miarowe mruczenie wydobyło się z jego gardła, łaskocząc udo Nialla.
- No… dobra. Może go lubię i jest jedyną osobą, której jestem w stanie w cokolwiek uwierzyć – mówił dalej, zastanawiając się czy szatyn dotarł już do celu swojej podróży i jest cały. – Ale to wcale nie oznacza, że zależy mi na nim jakoś szczególnie – zadecydował i zakrył usta dłonią, by chwilę później ziewnąć głośno i zamrugać powiekami. – Słuchasz mnie? – zapytał i zmarszczył brwi, kiedy John zachrapał w odpowiedzi. – Dzięki ci wielkie – burknął i odłożył go na bok.
Po raz kolejny tej nocy, Irlandczyk wyszedł z łóżka i nasunął na stopy swoje tenisówki. Kierując się instynktem, wyszedł z pokoju, pozostawiając drzwi uchylone i ruszył po ciemku w kierunku wyjścia. Oczywiście kilka razy wpadł przy tym na ten czy inny przedmiot, stojący pod ścianą. Narobił przy tym sporo hałasu, ale liczył na to, że nikogo nie obudził z przyjemnych marzeń.
Znalazłszy się na, zalanych łuną księżyca, błoniach Irlandczyk wziął głęboki oddech i usiadł na trawie podciągając nogi do klatki piersiowej. Zziębnięte dłonie wsunął między uda, a powiekami zamrugał szybko, odganiając tym samym zmęczenie.
Po kilkunastu minutach rozmyślań o ostatnich wydarzeniach, blondyn położył się na plecach i przesunął spojrzeniem po nocnym firmamencie. Pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł były gwiazdy, które świeciły jaśniej niż w mieście czy każdym innym miejscu, w którym był. Niewielkie iskierki błyszczały na niebie, jakby chciały zaśmiać się perliście.
Niall uśmiechnął się do własnych wyobrażeń i uniósł się na łokciach, machając wesoło stopami. Jego humor uległ znaczniej poprawie, a nieprzyjemne myśli odpłynęły w dal. Zastąpiły je te wesołe, dotyczące Liama.
- Ty też patrzysz na to niebo, prawda? – westchnął do siebie i podźwignął się z zimnego podłoża, otrzepując ubrania z grudek ziemi. – Mam nadzieję, że będziesz dobrze spał i sobie poradzisz – dodał, a potem niespiesznie ruszył do swojego pokoju, nucąc pod nosem.
Kiedy znalazł się w sypialni, zdjął z nóg tenisówki i rzucił się na łóżko. Tym razem wystarczyło kilka minut, jak spał spokojnie, z kącikami ust uniesionymi do lekkiego uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz