*********************************************************************************************************************************************************************************************************************************************************
***************************************************************************
*****************************************************************************************
To nie było tak, że Zayn miał jakieś obawy przed porozmawianiem z kimś. Wręcz przeciwnie. dzielał się w szkolnym klubie teatralnym, śpiewał czasem w chórze, a także należał do samorządu szkolnego. Miał w sobie mnóstwo energii, a zapoznawanie nowych ludzi było dla niego przyjemnością. To nie jego wina, że był cyklotymikiem* i czasem nic nie było takie proste na jakie mogłoby się wydawać. Miał przecież wielu znajomych i, o dziwo, nikt się nad nim nie znęcał, jak to bywa, gdy ktoś się zbytnio wychyla w kwestiach ‘kulturowych’ w szkole. Miał szczęście i… i na tym jego powodzenie się kończy, ponieważ miał swój słaby punkt. I był nim, nie kto inny jak gwiazda szkolna w piłce nożnej, Niall Horan.
Malik miał na jego punkcie słabość. Chociaż, nie… To nie była słabość, a maleńka obsesja. (Zayn wcale nie znał na pamięć jego rozkładu dnia, oraz nie podglądał go podczas jedzenia na szkolnej stołówce czy w innych miejscach. To byłoby żałosne.) Oczywiście, że Zayn tak nie uważał, ale mówił tak Louis, jego kumpel, który uważał, to za stosunkowo słodkie. Mulat oczywiście, że nigdy by się do tego nie przyznał. Nie mógł dać satysfakcji Tomlinsonowi, prawda?
Zayn, naprawdę miał czasem dość. To nie tak, że Horan był zły - broń boże! Tutaj chodziło, o to, że za każdym razem gdy tylko te farbowane blond włose dziecie pojawiało się w zasięgu wzroku, czy też słuchu Zayna, ten miał problemy. Na przykład, gdy chciał powiedzieć ‘cześć!’ jemu (bo wreszcie zdobył się na odwagę) to wpadł na dyrektora szkoły, który trzymał w dłoniach kubek z gorącą kawą. To mogłoby być zabawne gdyby nie fakt, że musiał doprowadzić do porządku salę od zajęć artystycznych po pierwszoroczniakach. Przez trzy tygodnie. Horror.
Innym razem, na stołówce szkolnej, gdzie Mulat wcale nie przyglądał się Horanowi, jak odchodzi z gracją od lady, poślizgnął się na mokrych kafelkach. W sensie, Zayn wywinął orła, a nie Niall, bo blondyn byłby na to zbyt idealny. Oczywiście, że wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, iż tacka, należąca do Malika, wypadła mu z rąk. Tak, pamięta to dokładnie, bo jego napój wylądował na najbardziej agresywnym gościu pod słońcem. Jest jednak plus tego zdarzenia, mianowicie nigdy nie przypuszczał, że umie tak szybko biegać. A musiał używać swojej siły nóg przez bliską godzinę dookoła budynku. To byłoby zabawne gdyby nie dotyczyło jego osoby, a na przykład Tomlinsona.
Chłopak powinien się przestać łudzić, że będzie mógł normalnie przejść, spojrzeć czy odezwać się do Horana. Za każdym razem wpadał w większe kłopoty, ale nie sądził, że to przez niego. Po prostu był niezdarny.
2.
Szkolny korytarz był… pełny ludzi. Co chwilę ktoś coś mówił do Zayna, no bo rola zastępcy przewodniczącego szkoły zobowiązuje, ale chłopak uparcie to ignorował. Był wściekły na siebie, że po raz kolejny zrobił z siebie kretyna przy Niallu. On przecież chciał wejść, jak cywilizowany człowiek, po schodach do gmachu budynku. Jednak gdy mijał tego mniejszego chłopaka, poczuł jego perfumy i zobaczył jego uśmiech, a następnie usłyszał jego głos “cześć, Zayn!” i prawie zabił się spadając ze schodów. Dobrze, że był dopiero na drugim schodku, i upadek nie byłby tak bolesny (przynajmniej teoretycznie).
- I kiedy mu powiesz? - odezwał się głos Tomlinsona centralnie koło jego prawego ucha. Gdy tylko się odwrócił zobaczył twarz Louisa, więc się przestraszył i walnął czołem w metalowe zamknięcie od szafki. - Kurde, Zee, od kiedy jesteś taki strachliwy?
- LouLou… - zaczął zmęczonym tonem Zayn, gdy tylko jedną ręką próbował wyjąć swój podręcznik do Języka Angielskiego. Oczywiście, że owa książka upadła mu na stopę. Gdy po nią się schylał usłyszał ponownie ten głos. Logiczne jest też to, że książka, którą trzymał już w ręce, ponownie mu upadła na stopę.
Kurwa, przeklnął w myślach, a po chwili Malik spojrzał prosto w najcudowniejsze oczy jakie tylko widział.
- Cześć Zayn - powiedział głos, a gdy tylko Malik zerknął na właściciela tego cudownego głosu poczuł jak serce podchodzi mu do gardła, a ślina przestaje być produkowana. A niech to jasny chuj… pomyślał jak zawsze, w takiej sytuacji, optymistycznie Malik
- Cz-zeeeść Nia-a-all - odpowiedział, delikatnie się jąkając, Zayn.
- Chciałem spytać, czy wszystko z Tobą okey, po tym, jak nie miło upadłeś przed szkołą, ale widzę, że jesteś cały i zdrowy, prawda? W ogóle, przepraszam, że cię wystraszyłem, to zdecydowanie nie było chcący, ale, hej, ja znam zasady pierwszej pomocy, jakoś dalibyśmy sobie radę, co nie? Więc… jesteś cały, tak? - spytał Niall uśmiechając się promiennie do prawie równego sobie chłopaka.
Jeśli Horan myślał, że Malik się nie zaczerwieni to grubo się mylił, bo gdyby Zayn nie miał ciemnej karnacji, prawdopodobnie przypominałby pomidora w sosie pomidorowym z dodatkiem pomidorów. W skrócie: byłby bardzo, ale to bardzo czerwony.
Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek powiedziałby mu, że będzie stał z Niallem Horanem, który się o niego martwił kazałby takiej osobie szukać szóstej klepki. A najlepiej, od razu, wszystkie klepki niech odnajdzie.
- J-ja, ta-a-ak, jeste-eem cały - odparł ponownie Mulat, na co Horan uśmiechnął się jeszcze szerzej, a następnie wyciągając swoją dłoń (Zayn w tym momencie wcale nie wyobraził sobie tego, jak te palce zaciskają się na jego penisie, no skąd) i poczochrał włosy Malika.
Niall-Pieprzony-Horan pomacał go włosach. O jasny chuju, piekle i borówko!
- Oki-doki, to ja spadam na swoje lekcje, do zobaczenia później na hiszpańskim! - wykrzyknął Horan w tej swojej przeklętej bejsbolówce.
Zayn wraz z Louisem, który ciągle stał obok Mulata, patrzyli za odchodzącym chłopakiem. Po dłuższej chwili Tomlinson chrząknął po czym spojrzał na przyjaciela z delikatnym szokiem wymalowanym na twarzy.
- No cóż… w takim tempie, z Twojej strony, to za jakiś rok stworzysz jedno zdanie bez zająknięcia się.
- Tomlinson wspominałem, że cię nienawidzę? - spytał Zayn zamykając z hukiem swoją szafkę, za którą była schowana wiedza w postaciach papierowych.
- Dzisiaj jeszcze nie, ale dzięki za przypomnienie, bo ja cię bardzo mocno kocham, wiesz? I nie wiem czy zdałeś sobie sprawę, ale twoja obsesja ma zajebisty akcent
Zayn wypuścił z siebie drżący oddech. On naprawdę nie wiedział dlaczego przyjaźnił się z tym kretynem, który tylko utrudniał mu życie zamiast je ułatwiać. To przez niego ma taką obsesję, ale to można pominąć.
- Akcent, jak akcent, Ty widziałeś te dłonie? - mruknął cicho Malik, na co Tomlinson tylko cicho westchnął będąc pod wrażeniem również tej części ciała młodego Irlandczyka. Zayn jedynie spojrzał na Louisa po czym westchnął głęboko.
3.
Chłopaki przemierzali szkolne korytarze zaciekle omijając uczniów różnej maści. Gdy dotarli pod klasę od języka ojczystego rozejrzeli się dookoła siebie.
- Znów jesteśmy pierwsi. - zauważył błyskotliwie Malik, po czym skierował oskarżycielsko palec w stronę przyjaciela. - To Twoja wina, Tomlinson!
- Niby dlaczego tym razem?!
- Może dlatego, że zawsze masz nadzieję spotkać jego? - sarknął Zayn w stronę Louisa - Czekaj, jak to szło… - Malik odchrząknął by móc lepiej sparodiować głos Louisa. - “Zayn zobacz jego plecy”, “Zayn czy Ty widzisz te jego oczy?!”, “Zayn jego loczki, moje serce”, “Zayn a czy Ty…”
Na twarzy Louisa, z każdym kolejnym słowem pojawiały się silniejsze rumieńce na twarzy. Tomlinson w duchu przeklinał się za to, że powiedział Malikowi o swojej małej obsesji. Czy to jego wina, że te loki i te oczy go urzekły? Nie zapominając o tych plecach, i tych ramionach, które, gdyby go objęły, byłby jego miejscem spoczynku. Wtedy padłby na zawał, albo po prostu umarłby ze szczęścia.
Malik westchnął, po raz wtóry w ciągu tego dnia, po czym zaczął machać ręką przed oczami Lou. Widział jego rozmarzony wzrok i ten delikatny uśmieszek zdobiący jego twarz.
- Ziemia do Tommo, mam nadzieję, że nie wyobrażałeś sobie jak dłoń loczka zaciska się na Twoim penisie oraz później jego usta zaczynają ssać Twoją główkę, prawda? - wyszeptał cicho Zayn do ucha przyjaciela “przez przypadek” całując go po płatku. - To było by wielce niestosowne, biorąc pod uwagę fakt, że stoimy na środku holu szkolnego. Jednak mam nadzieję, że jeszcze loczek nie zaczął mruczeć tak, iż czułbyś te wibracje aż w…
- Malik, kurwa, zamknij ryj. - Warknął cały czerwony Louis, odpychając się od przyjaciela. Tomlinson spojrzał z jawną wściekłością na przyjaciela. - Dlaczego się z Tobą przyjaźnię?
- To brzmi jak pytanie retoryczne, słonko - powiedział Mulat szczerząc zęby w uśmiechu. Teraz on był górą, więc miał powód do triumfu, nawet jeśli w ramach zemsty otrzymał środkowy palec Louisa. - Przyjaźnisz się ze mną, dokładnie z tych samych powodów co ja z Tobą. I liczysz na to, że zrobię ci loda.
Dokończył ze złośliwym uśmiechem Malik, przez co Tomlinson miał jeszcze większą ochotę mu, delikatnie rzecz ujmując, przypierdolić.
- TY MNIE PROWOKUJESZ! - Wykrzyknął mniejszy chłopak, przez co Mulat się roześmiał.
Nim Zayn cokolwiek odpowiedział, zadzwonił dzwonek obwieszczając pierwszą lekcję tego ranka. Westchnął uradowany, albowiem, angielski był jego ulubioną lekcją. Zdecydowanie wolał czytać Szekspira czy też Wilde’a, aniżeli zajmować się dysocjacją wodorotlenków czy utlenianiem innych niestworzonych rzeczy.
4.
Tomlinson usiadł w ostatniej ławce, dosłownie siedząc za tymi loczkami, ale zrobił to specjalnie. To była jedyna lekcja podczas której mógł wsłuchiwać się w cichy tembrom chłopaka przed nim. No i mógł bezkarnie patrzeć na jego loczki, które tworzyły się na końcówkach włosów.
Louis westchnął cicho do siebie, wyobrażając sobie głos loczka, który mówi do niego w języku francuskim zbereźne rzeczy. Chłopak potrząsnął głową, delikatnie rozmarzony, ale nie mógł odpłynąć zbytnio myślami. Lekcja francuskiego nie była zbyt łatwa, a za każde odezwanie się po angielsku groziło mu oberwanie z mazaka do tablicy.
Lou nagle się wyprostował, bo poczuł wibracje telefonu w swojej kieszeni, więc spokojnie, starając się nie podpaść, wyciągnął powoli małe urządzenie. Zobaczył małą kopertę na ekranie, więc szybko przeciągnął ją na miejsce. Zmarszczył brwi gdy zobaczył nieznany mu numer.
Nie powinieneś się tak na niego gapić. To nie grzeczne. Jeszcze ktoś pomyśli, że chciałbyś się z nim pieprzyć na biurku Andersena.
Jego oczy rozszerzyły się z szoku po przeczytaniu tych paru słów. Podniósł głowę rozglądając się dyskretnie po uczniach klasy. Był przekonany, że dyskrecja to jego drugie imię, a nie William jak do tej pory sądził.
Zerknął na przeciwległy koniec klasy i wtedy zobaczył wyszczerzonego jego. Chłopak po drugiej stronie uśmiechał się i bawił się swoim telefonem. Tomlinson z całej siły powstrzymał się od prychnięcia na cały głos. Ale za to nikt go nie powstrzymał od pokazania środkowego palca gościowi “po tamtej stronie”. Długo nie musiał czekać na wiadomość w sms’ie.
Agresor z ciebie, Tomlinson, lubię cię takiego.
Louis przekręcił oczami po czym szybko odpisał wiadomość zwrotną.
Pierdol się, frajerze.
Dobrze wiemy, Tomlinson, że wolałbyś aby to on cię wypierdolił, a nie ja.
Nie odjebiesz się, prawda?
Nie.
Kurwa. Czego chcesz ode mnie?
Niczego. Chcę pomóc Tobie i Twojemu przyjacielowi, bo we dwóch nie macie odwagi zagadać. Cioty z was, Tomlinson.
Goń się.
Tomlinson warczał coraz to mocniej rozdrażniony sms’ami, które dostawał. On nie potrzebował pomocy. Zayn również jej nie potrzebował. Jeżeli ktokolwiek potrzebował pomocy, to był to chłopak po drugiej stronie klasy, który uśmiechał się z wyższością. Skoro ktoś taki jak on, ktoś kto był kompletnym kretynem (w mniemaniu Louisa), zauważył, iż Louis i Zayn kochają się w dwóch z popularniejszych chłopaków to w takim razie…
Louis jęknął w proteście uświadamiając sobie, że jest taki oczywisty, a to zdecydowanie nie było dobre. Jestem w ciemnej dupie, pomyślał Tomlinson i z żalem spojrzał na loczki przed nim. Chociaż… to ja i Zayn jesteśmy w dupie, dodał po chwili bardziej optymistycznie. Nie był sam, a to najważniejsze.
5.
Zayn leżał na swoim łóżku po kolejnym męczącym dniu w szkole. Sytuacja między nim, a jego obsesją (której tak naprawdę nie miał, oczywiście, że nie, to wszystko to bzdura) była coraz bardziej… niecodzienna.Gdyby ktoś zechciałby narysować wyglądałby on tak..
Zayn idzie na zajęcia. Stoi przed swoją szafką. Wyciąga potrzebne podręczniki, więc zamyka szafkę i odwraca się, nagle stojąc twarzą w twarz ze swoją obsesją (wróć! Z Niallem!). Zayn się rumieni i odpowiada pół słówkami. Idą razem na hiszpański, gdzie Niall siedzi z Malikiem (pierwszy raz od paru lat, to tak na marginesie), więc Zayn nie ma ochoty skupiać się na lekcjach. Potem się rozdzielają, Malik promienieje, Tomlinson pochmurnieje. I wtedy jest lunch. Mulat bierze zawsze to samo, dodając do tego kubek kawy i siada z dala od wszystkich, a po chwili dosiada się Tomlinson, który wygląda jakby był struty. Więc oboje rozmawiają o swoich małych utrapieniach, ale po chwili dosiada się ten koleś, na którego widok Tomlinson wstaje i odchodzi. Więc Zayn siedzi z tym chłopakiem w ciszy, aż w końcu pozostaje mu jedynie kawa, którą równie dobrze może wypić na korytarzu. Z uśmiechem wita, ponownie tego dnia Nialla, który raz na jakiś czas czochra jego włosy (które od jakiegoś czasy zaczął układać w delikatnego quiffa i bardzo nielubi gdy ktoś dotyka jego włosów. Jednak nie powie tego Niallowi. To byłoby niegrzeczne.) i odwzajemnia uśmiech. Tak więc z nową energią idzie na język Angielski i siada w przed ostatniej ławce, a po chwili dołącza do niego Louis, który wygląda jakby dowiedział się o śmierci chomika. Albo kota. Jednak po chwili się rozwesela, bo loczki siadają przed Tomlinsonem, a Malik zaczyna patrzeć w okno. I tak mija każdy kolejny dzień przyjaciół w szkole…
Mulat robi parę głębszych wdechów i ignorując zadania domowe, które powinien właśnie teraz odrobić, siada przed laptopem, uruchamiając swoją ulubioną grę.
- To się troszkę zabawimy - mruczy pod nosem, zastanawiając się przez chwilę które miasto najbardziej go interesuje. Wybór padł na Inferno*. - Zabawa z demonami, jak uroczo.
Jakoś trochę później, Zayn wciąga się w fabułę starając się odkryć jak największą część mapy za jednym zagraniem. Irytuje go to, że w rzeczach podręcznych nie ma za wiele, a jego armia została zdziesiątkowana, przez jakiegoś frajera. Jednak dobrze, że jego główny Mag jeszcze żył, a i paru lepszych Demonów nie ucierpiało za bardzo.
- Nigdy więcej atakowania silniejszych. - Warczy pod nosem, gdy wyskakuje mi informacja o kolejnym zadaniu dla niego.
Czas leci coraz szybciej do przodu, ale Zayn co chwila dostaje nowe powiadomienie o kolejnym zadaniu, to też, aż żal odchodzić od gry. Lekcje odrobi później, albo w szkole - nic się złego nie stanie, gdy raz w życiu, nie odrobi zadań domowych, prawda?
6.
Malik biegł ile sił w nogach na hiszpański. Zaspał. Najzwyklej na świecie zaspał, i wstał za późno by zdążyć normalnie na zajęcia. To nie dzieje się naprawdę. Myśli w kółko Zayn, gdy raz po raz potyka się o własne nogi biegnąc pustym korytarzem. To jakiś koszmar, i zaraz się z niego obudzę. Jęczy w duchu chłopak, gdy zdyszany dobiega do sali od hiszpańskiego. Wziął parę głębszych oddechów i szybko nacisnął na klamkę.
- Dzień dobry, przepraszam za spó- - zaczął mówić chłopak patrząc ze skruchą na nauczyciela, jednak starszy mężczyzna przerwał mu w połowie zdania. Facet od hiszpańskiego, nie był nigdy przyjemny.
- Jak to dobrze, że zaszczycił nas pan swoją obecnością. Skoro już, raczył pan się łaskawie pojawić, przeczyta nam pan swoje wypracowanie, które zadałem wczoraj.
Zayn pierwszy raz czuł jak ziemia usuwa mu się spod nóg.
- J-ja, N-nie mam. - Zająknął się cicho Mulat, a cała klasa jakby zamarła. Najlepszy uczeń, do tego zastępca przewodniczącego szkoły… Świat stanął na głowie, czy co?
Nauczyciel spojrzał z zaskoczeniem na chłopaka, po czym uśmiechając się złośliwie wypowiedział dwa słowa, które były początkiem upadku nieskazitelnej postawy Zayna Malika.
- Siadaj, jedynka - warknął nauczyciel, z mściwym uśmiechem. Mulat kiwnął głową, po czym patrząc pod nogi udał się w kierunku swojej ławki, która była wolna. Chłopak zmarszczył brwi, bo nie zauważył nigdzie blond czupryny.
Kurwa, ja pierdolę, niech to chuj wszystko jasny trafi, czy może być jeszcze gorzej? Zayn myślał, jak zawsze w takich chwilach, bardzo optymistycznie. Szkoda, tylko, że nic go nie nauczyło, że nie wolno prowokować losu.
Wiele minut nie minęło, podczas których Zayn z wściekłością, pisał kolejne zadania, wyznaczone przez nauczyciela, gdy do sali ktoś zapukał.
- Proszę! - wykrzyknął nauczyciel, a do sali weszła drobna dziewczyna, która niepewnie rozejrzała się po sali, aż w końcu spojrzała wprost na tyrana (aka nauczyciela, ale to się wytnie).
- Zayn Malik proszony jest do gabinetu dyrektora w trybie natychmiastowym - powiedziała drobna blondyneczka, a cała klasa momentalnie spojrzała na wywoływanego chłopaka.
- Czy ja wam wyglądam na zwierzaka z zoo, by się tak na mnie gapić? - Warknął Maliki, podnosząc się z ławki, chcąc udać się w kierunku dziewczyny, ale prawidłowo tej czynności, uniemożliwił mu nauczyciel.
- Panie Malik, proszę zabrać ze sobą swoje klamoty… Nie zna pan, pana dyrektora? - Nauczyciel hiszpańskiego uśmiechnął się przeraźliwie słodko, a przez myśli Zayn przeszło by pokazać mu środkowy palec.
Malik jedynie kiwnął głową, i chwytając do ręki swoje rzeczy wyszedł posłusznie za blondynką. Przez chwilę zastanawiał się czego może chcieć od niego Gigant, ale brakowało mu weny twórczej.
Zayn spojrzał na dziewczynę, i mógł przysiąc, że zna dziewczynę, tylko, że… nie pamięta jej imienia. Zdarza się, pomyślał Mulat i zerknął na dziewczynę.
- Nie wiesz może czego chce ode mnie Gigant?
- Niczego - odparła prosto blondyna, a Zayn stanął nagle jak wryty. Dziewczyna odwróciła się do niego i uśmiechnęła się przyjaźnie. - Zayn, to taki wybieg, byś nie musiał siedzieć sam na lekcji…. chyba, że chcesz to wróć na swoją ukochaną lekcję. - powiedziała złośliwie dziewczyna.
- Ja nawet nie wiem jak masz na imię… i czemu to robisz - westchnął Mulat i zerkając na blondynkę idącą obok niego.
- Perrie. Jestem Perrie Edwards, a robię to, bo ktoś mnie o to poprosił - powiedziała cicho. Chwilę potem zatrzymali się przed jakąś klasą. - Wejdź i zrób to co do ciebie należy, jasne?
Perrie się uśmiechnęła i już miała odchodzić, gdy Zayn chwycił ją za nadgarstek.
- Co? Nie za bardzo roz- - zaczął Malik, ale dziewczyna mu przerwała.
- Wejdź, i się przekonaj, złotko - Edwards wyciągnęła swoją dłoń z uścisku chłopaka i kołysząc lekko biodrami odeszła w kierunku szkolnej stołówki.
Zayn spojrzał podejrzliwie na drzwi od klasy 68, a wiedział, iż owa klasa jest nieczynna, “bo tak”. Raz się żyje, pomyślał chłopak, i delikatnie naparł na klamkę wejściową. Drzwi momentalnie ustąpiły pod małym naporem ciała chłopaka, a Malik wszedł do środka. Nie było nawet czasu by się rozejrzeć, bo Zayn zaraz został przyparty do zamkniętych drzwi przez jakieś ciało. Z początku chciał się wyrwać i uciec gdzie pieprz rośnie, ale poczuł delikatne dłonie na swoich policzkach, a potem spojrzał w oczy…
- Ni-iall?
- Yhym, o to ja, ratuję księżniczkę z opałów, przed wielkim smokiem - mruknął Horan subtelnie wodząc nosem po twarzy Mulata. Ręce blondyna znalazły swoje miejsce na biodrach czarnowłosego, a jego twarz znalazła się zaledwie dwa centymetry od twarzy Zayna.
- Nie-e rozumie-em - wyjąkał Zayn, w duszy przeklinając na swoją nieśmiałość. To był pierwszy raz gdy roztopiona czekolada spotkała się z oceanem.
- Czego nie rozumiesz…? Ja… Kurde, nie wiem już co mam mówić, ja… - Niall przerwał w połowie wypowiedzi, czubkiem języka zwilżając swoje wargi. Malik, jak zaczarowany podążał wzrokiem za językiem blondyna, modląc się w duchu, by tego nie zauważył. Jednak życie, to nie koncert życzeń, to też Horan momentalnie zorientował się gdzie wędruje wzrok chłopaka.
- Zayn, przestań być taki oczywisty… - jęknął Niall, a po chwili swoję prawą rękę umieścił na tali chłopaka, a lewą oparł po prawej stronie głowy Zayna. - Doprowadzasz mnie do szewskiej pasji, z tym swoim wyglądem, zachowaniem, jestem-pan-idalny, wszystko mi wychodzi… Boże Zayn, skoro ja jestem tak oczywisty, to dlaczego, Ty niczego nie widzisz? Specjalnie siadam z Tobą, zaczepiam ciebie, Ty nic.. I ja… ja… - Niall zaciął się, ale Zayn spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami, a następnie uśmiechnął się tylko tak jak on potrafi.
- Zamknij się Ho-oran - warknął Zayn, po czym wpił się w wargi blondyna.
Niall zachichotał prosto w usta Mulata, i w rewanżu, iż ten odezwał się do niego niebywale zuchwale i bezczelnie, przyciągnął go do siebie jeszcze bliżej siebie. Przestrzeń do życia i tlen? Po co komu one, skoro ma się możliwość całowania swojego marzenia sennego?
7.
Louis był zdenerwowany. Od rana nie mógł się dodzwonić do Zayna, a w dodatku ten palant, który go non stop dręczy sms’ami o treści “zagadaj”, “nie bądź ciota, Tomlinson”, “kto nie ryzykuje, ten nic nie zyskuje” i dalej w tym tonie, zniknął z jego pola widzenia. A skoro nie widział nigdzie ani palanta, ani przyjaciela, podejrzewał, że ten dzień nie może być dobry. To wbrew wszelkim prawom logiki.
Gdy Tomlinson stał sam pod salą od francuskiego rozglądał się ciekawie po korytarzu. Widział Lily z równoległej klasy, która starała się zaimponować Benowi, z tego samego roku, jednakże, chłopak zdecydowanie nie był nią zainteresowany. Louis zauważył, że uwagę Bena zdecydowanie przyciąga Mary Sue*. Wbrew pozorom, nie była ona śliczna, ani wybitnie inteligentna. Była zwykłą, szara myszką, jakich pełno jest w publicznych szkołach średnich. Nie ma to jak wybrać, dla dziecka, ironiczne imię pomyślał Louis, a następnie odwrócił się w lewą stronę i…
- O kurwa, Ty już nie masz loczków?! - Bardziej stwierdził niż zapytał, zaskoczony Louis, patrząc oniemiałym wzrokiem na wyższego (ale nie znów, bardzo wysokiego) chłopaka stojącego w niedużej odległości od niego.
- A Ty się do mnie odezwałeś pierwszy raz w życiu. - stwierdził uprzedni właściciel loczków, który się ich pozbył.
- To nieistotne… gdzie masz loczki? Jak ja mam o Tobie opowiadać, jak nie Loczek, skoro… już nie jesteś Loczkiem? Ty wiesz co narobiłeś…? Teraz będę musiał coś wymyślić, a nie należę do kreatywnych osób, i borze zielony, dlaczego to zrobiłeś Liam? Tak nie można! Muszę z kimś o tym porozmawiać… i to na pewno nie będzie Zayn, nie ma go… Liam, nie wybaczę ci tego… Loczki… moje cudowne maleństwa i… - Louis gadał jak katarynka, a Liam patrzał na niego uśmiechając się tylko szeroko.
- Louis… - Payne wtrącił nieśmiało, ale Tomlinson ani myślał się zatrzymywać w swoich rozważaniach na głos.
- Loczki… Twoje loczki… jak mo-ogłeś? W co ja teraz będę się wpatrywał podczas tego, popierdolonego, francuskiego? - Dodał podłamanym głosem Louis, no co Liam zdecydował się podejść do niego bliżej. Wyciągnął swoją prawą dłoń i zatrzymał ją na lewym policzku Louisa, i zmusił błękit do spojrzenia w bursztyn.
- Posłuchaj mnie, kurwa, uważnie, bo nie będę się powtarzał. Włosy to nie wszystko, a Ty robisz z tego dramę jakby rzeczywiście było o co, no naprawdę. Zachowujesz się jako niepoważny również, któremu zależy tylko na wyglądzie, ale wybacz cukiereczku, skoro tak chcesz grać, to nie Twoja liga. Dla mnie liczy się to co masz tutaj - Liam wolną ręką dotknął klatki piersiowej Louisa, a Tomlinson starał się nie rozpaczać za bardzo. Czyżbym już wszystko spierdolił, zanim tak naprawdę się to zaczęło? - Wiesz, Tommo, myślałem, ze to co o Tobie opowiadał Harry to że to stek kłamstw, ale widocznie miał rację, iż Tobie zależy tylko na opakowaniu. Jesteś żałosny, cukiereczku, i wybacz, że to powiem, ale nie masz czego u mnie szukać… Teraz już nic nie znajdziesz.
Payne skończył warczeć, puścił twarz Louisa, po czym ruszył w kierunku klasy, do której powoli wchodzili uczniowie z ich grupy.
- Kutas - wyszeptał Louis, po czym wziął głębszy oddech i opuszczając wzrok na swoje stopy chciał wejść również do klasy, ale przeszkodziło mu szarpnięcie za ramię. Tomlinson podniósł głowę i momentalnie jego oczy się rozszerzyły gdy zobaczył wściekłą twarz Liama parę centymetrów przed sobą.
- Nigdy. Tak. Nie. Mów. O. Mnie. Cioto - warknął Payne, a Tomlinson jedynie prychnął pod nosem na tę ostatnią uwagę w jego kierunku, przez co został popchnięty na metalowe szafki.
Liam spojrzał tylko na Louisa, wyglądało to tak jakby chciał przeprosić, ale po chwili szybko się wycofał w kierunku sali. Lou jedynie westchnął trochę rozdrażniony (a może raczej rozchwiany emocjonalnie) po czym wyciągnął z kieszeni telefon, pisząc szybką wiadomość do przyjaciela.
Mój gorący romans, z loczusiem, który nie jest już loczusiem, skończył się zanim na dobre się rozpoczął. A jak Tobie idzie po drugiej stronie frontu?
Tomlinson przeczytał raz jeszcze wiadomość i szybko schował swój telefon wchodząc to sali, ponieważ dzwonek już rozbrzmiał, a nauczyciel wszedł do sali.
Następne czterdzieści pięć minut można by porównać do pierwszego dnia w szkole, gdzie jeszcze nikt nikogo nie znał. A może raczej do pierwszego dnia szkoły, gdy nagle musisz zmienić klasę i jesteś nowy, na obcym terenie. Tak. To było zdecydowanie to uczucie, które miał w sobie Tomlinson, albowiem co chwilę ktoś na niego spoglądał, i wytykał palcami. Jedynie Liam powstrzymał się od komentarzy wpatrując się uparcie w tablice na początku sali, a także Styles, który jedynie uśmiechał się z wyższością.
Kurwakurwakurwa, myślał wciąż Louis, patrząc w kartkę od zeszytu delikatnie stukając w nią długopisem. Byle do końca lekcji, myśli z uporem Tomlinson. Jest też pierwszą osobą, która wręcz zrywa się ze swojego miejsca i wybiega z sali lekcyjnej.
8.
Zayn był w siódmym niebie. Zdążły właśnie przeżyć najlepszy pocałunek w swoim nastoletnim życiu. I to nie z byle kim. Niall Pieprzony Horan wyciągnął go z hiszpańskiego (co z tego, że ciut za późno) tylko po to by zaciągnąć go do pustej klasy, a następnie wpić się zachłannie w jego wargi. To wszystko było jak cholerny sen, z którego nie chciał się wybudzać. Było mu nawet bardziej niż dobrze. Czuł się jakby poruszał się w chmurach. Więc nic dziwnego, że nie zauważył momentu, gdy usiadł przy stole na szkolnej stołówce.
- Mógłbyś odbierać telefon, cioto - warknął Tomlinson upadając na siedzenie na przeciwko Zayna. Malik spojrzał na niego zaskoczony.
- Przecież nie pisałeś do mnie!
- Tak, oczywiście, a te wiadomości to, kurwa, sam sobie wymyśliłem, kurwa?! - Wrzasnął Lou rzucając swoim smartfonem w przyjaciela. Zayn zdawał sobię sprawę, iż użyte podwójne przekleństwo, stosowane niczym znak interpunkcyjny, w wypowiedzi kumpla, nie wróży niczego dobrego.
Malik chwycił telefon Louisa i szybko przejrzał wiadomości wysłane. Rzeczywiście dostał wiadomości, ale… dlaczego nie poczuł wibracji telefonu, ani…
- Kurwa! - zakrzyknął Zayn, nagle dostając oświecenia. - Zapomniałem telefonu z domu, przepraszam, stary, naprawdę gdybym wiedział to…
Mulat zaczął się tłumaczyć, a Louis spojrzał na niego ze znudzeniem. To była kwestia paru sekund gdy twarz szatyna zmieniła się ze znudzonej na zaciekawioną, a w konsekwencji szok pojawił się na jego obliczu.
- O kurwa.
Zayn przerwał swój wywód, o tym jak to zaspał i zapomniał swojego telefonu i spojrzał zdezorientowany na Lou.
- Co? - spytał Mulat patrząc ze zmarszczonymi brwiami na przyjaciela.
- Jestem niemalże pewny, że właśnie przeżyłeś siedem minut w niebie, albo i więcej, z Panem-Mam-Zajebisty-Akcent. - Zayn zarumienił się na tę uwagę Louisa, na co Tomlinson zadowolony klasnął w dłonie jak mała dziewczynka. - Więc…?
Malik spojrzał na mniejszego chłopaka zdezorientowany.
- Co “więc?…”, bo chyba nie łapię.
- Jesteś słodkim idiotą, pewnie dlatego Horan poleciał na ciebie, a nie na mnie jak mówił mój horoskop, ale poważnie. Jak było. Mów wszystko. Ze szczegółami. Albo lepiej bez, no bo wiesz… ściany mają uszy - dodał konspiracyjnym szeptem Louis rozglądając się dookoła jakby co najmniej omawiał plan zabicia królowej.
Zayn otworzył szerzej oczy i już chciał coś odpyskować, gdy schemat dnia się powtórzył. Jednak tym razem czuło się, że jest inaczej. Tomlinson nie wstał od stołu, a jedynie przestał się szczerzyć jak idiota do Malika. Mulat zmarszczył brwi czując, że umknął mu jakiś szczegół.
Koło Louisa usiadł Harry uśmiechając się jakby wygrał los na loterii. To było podejrzane, nawet jak na Stylesa, więc Malik wzmógł swoją zdolność do postrzegania.
- Cześć - Styles po raz pierwszy się przywitał sięgając po swoją opakowaną bułkę w folijkę.
- Powiedz mi, Harry… - zaczął Louis, popijając spokojnie napój z kubeczka. Zayn wiedział, że Tomlinson udaje. On nigdy nie jest taki spokojny, więc to oznaczało eksplozję emocji porównywalną do wybuchu małej, przydomowej, elektrowni atomowej… - co takiego powiedziałeś na mój temat Payne’owi, że tak, delikatnie rzecz ujmując, rzucił mną o szafkę?
Zayn spojrzał zaskoczony na przyjaciela. - Liam rzucił cię na szafkę? - rzucił pytaniem Mulat, ale Louis zbył go machnięciem ręki i spojrzał na Stylesa, który właśnie wziął kolejnego kęsa
Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu szybko przełykając to co miał w buzi.
- Odezwałeś się pierwszy raz do mnie, sam, bez przymuszania i to jako pierwszy. Gratuluję, Tomlinson, robisz postępy w relacjach między ludzkich! - Styles uśmiechnął się szeroko, tak że Malik przez chwilę pomyślał, iż twarz tego chłopaka to będzie jeden wielki uśmiech.
- Masz bardzo psychopatyczny uśmiech, kolego - wtrącił się Zayn, patrząc to na jednego to na drugiego.
- Dzięki Malik, a jak tam Twoje małe lizanko z Horanem? Dobry w te klocki jest, co nie? - spytał loczek, nawet przez chwilę nie patrząc na Mulata, któremu szczęka opadła.
- C-co?
- Styles, pókim grzeczny, odpowiedz mi na moje pytanie, a nie szczerzysz się jak pedofil, który dostał pracę jako przedszkolanka - warknął Louis pukając palcem wyższego od siebie chłopaka. Harry przestał się uśmiechać, a nawet odłożył kanapkę na tackę i spojrzał z wściekłością na Tommo.
Poleje się krew, stwierdził pełen optymizmu Malik przyglądając się dwójce przed sobą.
- Co powiedziałem? Chcesz wiedzieć, naprawdę, Tomlinson? - wywarczał Styles mrużąc oczy w kierunku Louisa, który z kolei zrobił jeszcze bardziej zaciętą minę niż miał przed chwilą.
- Tak, Styles, chcę poznać prawdę.
- Więc ją dostaniesz… powiedziałem Liamowi, że na niego lecisz już od paru lat, ale jesteś zbyt zadufaną w sobie ciotą i z mięśniakami nie gadasz, przez co ciągle trzymasz sięz tym pojebem. - Mówił spokojnie Harry wskazując ruchem głowy Malika, co zostało skomentowane głośnym “eeeej” z ust Mulata. - Dodałem też parę Twoich żenujących historyjek o tym jak to biegasz po dworze z młodszymi dzieciakami udając Piotrusia Pana. Och, no i może wspomniałem o tym jaka to z ciebie modnisia, i że jesteś gotowy sprzedać duszę Diabłu, byleby klęknąć na kolana przed Payne’m.
Zayn, ani tym bardziej Louis, nie wyglądał zbyt inteligentnie z otwartą buzią wpatrując się w Harry’ego, który tylko uśmiechnął się wrednie.Po chwili loczek jedynie wzruszył ramionami ponownie sięgając po nie zjedzoną do końca kanapkę.
Malik chciał coś powiedzieć, naprawdę mogłoby to zasługiwaćna nagrodę Pulitzera, ale słowa Stylesa odebrały mu zdolność racjonalnego myślenia.
- Ty… ty… jak….ty… - zaczął Louis, ale zdecydowanie nie był w stanie.
- Nie chciałbym się wtrącać w twoją rozbudowaną wypowiedź, mającą zapewne mnie obrazić, ale… czy jąkanie się nie należy do umiejętności Malika?
Zayn, który był w szoku przez pierwsze słowa teraz zdecydowanie został zaskoczony i nawet nie starał się wyglądać na inteligentnego. Tomlinson spojrzał zaskoczony na Malika, który opuścił głowę w zażenowaniu. Tommo ponownie patrzał na Harry’ego, który przełykał ostatni kęs kanapki.
- Styles, możesz mnie nienawidzić, i niszczyć w oczach kogoś na kim mi zależy, ale to nigdy, przenigdy, nie mów takich rzeczy o Zaynie, a teraz… skończyłeś już jeść? - spytał Louis przekrzywiając głowę delikatnie jak szczeniak, równocześnie zaciskając prawą dłoń w pięść.
Harry uśmiechnął się radośnie kiwając przy tym twierdząco głową. Tomlinson również uśmiechnął się (Zayn porównał ten uśmiech do Jokera z Batmana) po czym z całej siły walnął w nos Harry’ego. Styles jęknął chwytając się za swój nos i upadł z ławki na swój tyłek. Louis nadal siedział na swoim miejscu, ale tym razem to on uśmiechał się wrednie w kierunku leżącego chłopaka.
- Widzisz Zayn, TAK załatwia się swoje pro- -zaczął Louis odwracając się z uśmiechem do Malika, ale nie dokończył, ponieważ Styles się na niego rzucił i zepchnął go z siedzenia.
Louis uderzył głową o posadzkę, ale nie dał sobą pomiatać i po chwili odepchnął Harry’ego, który starał się na niego rzucić przy okazji obcierając cieknący nos.Tomlinson nie zdążył zareagować na pięść Stylesa i po chwili poczuł jak jego żołądek, nerka i wątroba mówią na niego bardzo brzydkie słowa. Lou jęknął, ale w odwecie starał się kopnął z kolanka w klejnoty Harry’ego, ale ten się jakoś uchylił momentalnie uderzył pięścią w twarz Tomlinsona. Po prawdzie Louis trafił w udo chłopaka przez co ten jęknął i Louis już chciał się odwrócić i podciąć Harry’ego, by potem móc go łatwiej skopać, ale powstrzymały go silne ręce które go odciągnęły.
- LOUIS, USPOKÓJ SIĘ! - Wrzasnął mu jakiś głos do ucha, ale Tommo nadal się wyrywał.
- Puść mnie kretynie, chcę mu jeszcze raz wjebać, za to co on mówi, kutas pojebany, puść mnie mówię, słySZYSZ PUŚĆ MNIE, DO KURWY NĘDZY, KIMKOLWIEK JESTEŚ! - Wrzasnął Louis starając się wyrwać.
Louis nie wiedział, że trzyma go Liam, który zamiast ratować przyjaciela chwycił mniejszego, i bardziej agrysywnego, chłopaka w ramiona i trzymał go tak długo dopóki ten by się nie uspokoił. Zayn nadal siedział przy stoliku, ale zaczął wstawać i rozproszył tłum, który chwilę temu krzyczał zaciekle “walcz, walcz, walcz!” i gdzieniegdzie okazyjnie krzyki “dalej Tommo!”, albo “uważaj Hazz!”. Malik powstrzymał się od komentarzy. Jedynie co zrobił to polecił jakiemuś chłopakowi, prawdopodobnie był to Jake, by on i jego jacyś koledzy odprowadzili Stylesa do szkolnej pielęgniarki. Gdy tylko został sam z Louisem, który stał spokojnie, oraz z Liamem, który przypadkiem ciągle trzymał Tomlinsona, spojrzał na swojego przyjaciela.
- Ogarnąłeś już się, czy chcesz jeszcze trochę pokrzyczeć? - spytał spokojnie Zayn Louisa, gdy ten przestał się wyrywać Liamowi, a Harry zniknął z pola widzenia.
- Yhym - odpowiedział wylewnie Tomlinson jedynie w odpowiedzi spuszczając wzrok jak i całą głowę w dół. Kafelki w tym właśnie momencie były niesamowicie pociągające i pozwalały nie zwariować od tego zapachu. Czuł, że to Payne trzyma go w żelaznym uścisku, który teraz trochę zelżał.
- Uwielbiam Twoją elokwencję, Lou, to naprawdę godne podziwu.
- Wal się.
- Dzięki za propozycje, ale nie skorzystam… Liam puść tego skrzata, a Ty, kretynie do kwadratu, idź do domu, usprawiedliwię cię. - Powiedział cicho Zayn, ignorując zaszokowany wyraz twarzy Louisa, i wyszedł ze sali.
Niespecjalnie dobrym pomysłem było zostawienie Tomlinsona i jego obsesji samym sobie, ale, jak to mówią dzisiaj niektórzy, yolo*. I nawet jeśli Malik nienawidził tego stwierdzenia w tym momencie na to gwizdał.
9.
Od pamiętnego dnia bójki Louisa i Harry’ego minęło parę dni, a życie w szkole wróciło prawie do normy. No może po za tym, iż Louis nie odzywał się do Zayna, i Bóg raczy wiedzieć dlaczego, a jego gorący romans rósł w siłę jak zwariowany. To było piękne, nawet aż za jak na jego gust, i teraz czekał na jakiś zawrót akcji. Coś w stylu spadającego meteorytu lub zgrai zombie atakujących jego szkołę. Tak, zdecydowanie tego oczekiwał. Jednak nic takiego się nie działo, to też Mulat skończył na dzień dzisiejszy swoją edukację i z skrywaną radością chował podręczniki do szafki. Gdy już chciał zamknąć metalową puszkę “z wiedzą” ktoś postukał go w ramię. Zerknął za siebie i ujrzał Horana.
- Hej! - Przywitał się grzecznie Niall i szybko (a nawet zbyt szybko jak na gust Zayna) pocałował Mulata w usta, by po chwili się oderwać.
- Wi-witalismy się już dziś.
- Wiem, ale chciałem mieć pretekst by cię pocałować, gwiazdeczko… I spytać cię o coś.
- Kreatywne p-podejście, lubię t-to. Więc o co cho-chodzi.
- O pomoc przy języku.
- Och.
- Tak, wiem, więc… trochę mi nie idzie i… Może wpadnę do ciebie i trochę się pouczymy…? - Spytał Niall delikatnie dotykając Zayna. Malik jedyne o czym teraz myślał to wiecejwiecejwiecej i całujcałujcałuj. Jednak po chwili przypomniał sobie o bałaganie w pokoju, i o swoich siostrach, które potem nie dadzą mu spokoju… Kurwa, dlaczego zawsze ja?
- Wiesz Niall, bo, ummm, nie mam zbyt odpowiednich warunków do uczenia się, no i, tego, errrm, mam siostry, i są one, delikatnie rzecz ujmując, bardzo wszędobylskie… Zaczęłyby cię traktować jeszcze jak jakiś okaz w zoo, nie, lepiej nie… - mówił szybko Zayn żywo gestykulując rękoma. Bóg mu świadkiem, on chciał mieć Horana w swoim pokoju, ale.. no nie mógł. Horan szybciej by wybiegł z tamtąd niż został i się z nim pouczył.
- Wow. - Niall spojrzał zaskoczony i przyglądał się w małym szoku na Malika.
- Co?
- To była Twoja najdłuższa wypowiedź w moją stronę, nie zająknąłeś się i… boże, przestań dotykać tej cholernej grzywki, ja cię proszę, bo wątpię bym dał radę utrzymać przy sobie ręce, a chyba nie chcemy uprawiać seks na szkolnym korytarzu, prawda? I, hej, to nawet lepiej! Może zamiast ja do ciebie, to ty przyjdziesz do mnie? Ja mam, co prawda, starszego brata, ale więcej go nie ma niż jest i…. mam wolny dom na dzisiaj, co Ty na to?
Czy właśnie Niall Horan, najzajebistszy chłopak w tej przebrzydłej szkole zaprosił go do domu? I nawet nie chodzi o to, że będą się uczyć, ale… borze zielony w czasie sztormu. Gdzie są ukryte kamery i ten szalony prowadzący z okrzykiem “MAMY CIĘ?!” myślał w panice Zayn, ale nic się takiego nie działo. To prawdziwe życie, i właśnie dostał zaproszenie do twierdzy Horana. Malik wziął dwa głębokie wdechy i policzył dwie kuliki ryżowe skaczące przez płotek, a po chwili uśmiechając się delikatnie (nie chciał wyjść na psychopatę) spojrzał na Nialla.
- Jasne, jeśli tak ci le-epiej - dokończył jąkając się Zayn, za co tak naprawdę miał ochotę strzelić sobie w kolano.
- Oczywiście, gwiazdeczko, więc… o szóstej u mnie? Może być?
- Oczywiście!
- Cieszę się! - Horan rozbłysł jak słoneczko z Teletubisiów, a Malikowi serduszko prawdopodobnie rozpłynęło się od tej słodyczy, której dostarczał mu ten chłopak. Po chwili nie miał czasu na dalsze rozmyślania, bo Niall chwycił go za policzki, pocałował namiętnie, i szybko ruszył w kierunku wyjścia ze szkoły. - Och, Zayn? - Krzyknął blondyn szybko odwracając się do Mulata, który wciąż stał w tym samym miejscu.
- Tak, Niall?
- Nie bierz książek ze sobą, do nauki francuskiego nie potrzebne są ksiązki! - Rzekł z szerokim uśmiechem Irlandczyk, a po chwili wybiegł ze szkoły.
Zayn nie wiedział czy to było to co on usłyszał, ale jeśli tak, to miał zdrowo przejebane, biorąc pod uwagę fakt, że on nigdy nie był w takiej sytuacji. Malik chwycił szybko swój telefon komórkowy i wystukując wiadomość tekstową do Tomlinsona ruszył ku wyjściu z tej dziwnej szkoły.
Louis, frajerze jeden, przestań się na mnie gniewać - nic nie zrobiłem, i, błagam cię na kolanach, przyjdź do mnie dziś. Nawet teraz.
10.
- Więc mówisz, że zostałeś zaproszony do domu Horana, chłopaka który cię całuje, obmacuje i dalej w tym guście, byś pomógł mu we francuskim…? - spytał beznamiętnie Louis przeglądając jeden z licznych komiksów Zayna.
- Tak.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie uczycie się francuskiego, a hiszpańskiego, prawda? - kontynuował swoje odpytywanie Tomlinson, przy okazji przewracając stronę komiksu.
- Tak? - Zayn nie był pewny do czego ta rozmowa prowadziła, a po chwili poczuł jak jego własny komiks uderza go w czoło. - Tommo, chuju, nie rzucaj Marvelem, bo w ryjek zarobisz! - jęknął Mulat pocierając jedną dłonią swoje czoło, i przy okazji przyglądając się czy jego skarb jest cały. Co jak co, ale jego komiksy to jak małe dzieci i nikt nie może nimi rzucać.
- Nadal nie łapiesz, prawda?
- Nie.
- Malik, ty zjebie genetyczny, Horan chce z Tobą uprawiać, namiętny, może ciut brutalny, a zarazem niesamowity seks.
- A, to super, naprawdę… zaraz, chwila moment… C-CO?!
Krzyknął Zayn patrząc z szokiem na przyjaciela. Seks? Jaki seks, i dlaczego on?! Seks, taki w łóżku (lub na ścianie, pralce, czy też w szatni szkolnej lub w opuszczonej sali. Jeśli tak, to Zayn musi tego spróbować - nie żeby nigdy nie uprawiał seksu, uprawiał i było… Było ok, no ale to Niall. A Niall to jednostka specjalna. Prawda)? Tomlinson spojrzał na Mulata jak na kretyna, a po chwili westchnął ostentacyjnie.
- Zayn, z całą moją miłością do ciebie, mam ci mówić na czym polega seks? Jak to jest gdy ktoś w ciebie, albo, jesli gwiazdy ci sprzyjają, ty w kogoś wchodzisz? Naprawdę?
- Nie, na litość boską, nie! Po prostu… czemu? - Zayn usiadł obok Louisa na swoim łóżku i przez chwile wyglądał jak zagubione dziecię we mgle. Lou ponownie westchnął i przytulił swojego przyjaciela.
Ich uścisk zawsze wyglądał tak samo. To znaczy Louis siadał na kolanach Zayna, twarzą do niego, po czym przytulał się niczym mały miś koala. Natomiast Malik opierał swoje czoło o zgięcie szyi przyjaciela i mocno go przytulał. Tak robili od zawsze, robią to teraz, i niewykluczone, że będą to robić w przyszłości.
- Jesteś taki ciężki, Tommo - wymamrotał cicho Zayn.
- A ty chyba zapomniałeś o używaniu prysznica… przez parę dni - odparł Lou, przytulając się mocniej.
- Jesteś kutasem.
- Ja też cię kocham, Zee.
- Ale nie tak mocno jak ja ciebie LouLou.
Malik uśmiechnął się szeroko do przyjaciela. Jednak po chwili mina mu zrzendła gdy przypomniał sobie powód swojego przygnębienia.
- Ja… LouLou, ja…
- Zee, wyluzuj i idź do niego. Tak po prostu. Daj się ponieść chwili, wiecznie młody nie będziesz, a Tobie zależy na nim od… Piątej klasy? Nieważne. Po prostu idź weź prysznic, bo naprawdę cuchniesz, a potem ślicznie się ubierz. Albo mam lepszy pomysł, to ja ci wybiorę ubranka, Julio, idź… Hmmm popatrzmy co ty tutaj masz. Wiesz, nie musisz być takim pedantem w układaniu wszystkiego, bo wszystko sobie zbytnio ułatwiasz. No cóż, daj mi chwilę… Wydaje mi się, że założysz tę czarną koszulkę z tymi płomieniami i koszulę w ciemną kratę to będziesz wyglądał jak bóg seksu. Och no i jasne, przylegające jeansy, które spowodują, że Horan będzie chciał od razu się ich pozbyć z twojego tyłeczka!
Louis szykował ubrania dla przyjaciela, a w tym samym czasie Zayn poszedł pod prysznic, by już po chwili pojawić się przed Tommo tylko w ręczniku. Mulat powstrzymał się od chichotu gdy zobaczył przyjaciela przypatrującego się zestawowi ubrań z satysfakcjonującym uśmiechem.
- Powinieneś zostać projektantem mody, albo coś w stylu “zapłać mi, a ja ci powiem jak dobrze wyglądać” - zaśmiał się cicho Zayn, a Louis pokazał mu swój środkowy palec.
- Pieprz się.
- Zaraz będę - Malik wyszczerzył się w szaleńczym uśmiechu patrząc na przyjaciela, który przewrócił oczami. Wyciągnął rękę w stronę rzeczy przygotowanych i już po chwili prezentował się całkiem… - wyglądam przyzwoicie.
- Wyglądasz jak, pieprzony, Grecki Bóg, kurwa, jestem cudowtwórcą!
- Myślę, że dużą rolę, również, odgrywa tutaj moja twarz, prawda?
- Jasne, wmawiaj sobie dalej, a ja i tak swoje wiem.
Louis uśmiechał się patrząc na Zayna, który kręcił się dookoła własniej osi jak jakaś zakręcona księżniczka wybierająca się na bal. Tomlinson był szczęśliwy wtedy kiedy jesgo najlepszy przyjaciel również był szczęśliwy. Nawet jeśli to oznaczało, że tak do końca to mu się nie układało, ale, pieprzyć to. Tommo nie musiał martwić swojego przyjaciela takim faktem jak na przykład “unikanie Liama” albo “olewanie lekcji, gdzie nie ma Zayna w jeden sali”. Naprawdę nikt o tym nie musiał wiedzieć, prawda? Chłopcy nawet nie zauważyli kiedy w pokoju chłopaka pojawiła się jedna z łodszych sióstr.
- No, no, no, ślicznie Zayne, wyglądasz jak jakaś księżniczka, wow, kto pomagał ci się ubrać? Twój przyjaciel gej?
- Wypad stąd, młoda. - warknął Zayn momentalnie mróżąc gniewnie oczy. To nie tak, że nie kochał swoich sióstr - kochał, i to bardzo - on po prostu nienawidził, gdy któraś wchodziła do jego pokoju. A szczególnie gdy nie pukały, a on miał zamiar się przebrać, czy bóg wie co jeszcze innego robić.
- Cześć, Waliyha, ciebie też miło widzieć - odezwał się Louis przekręcając się na łóżku by spojrzeć na dziewczynę. - Ślicznie wyglądasz.
- Nadal cię nie lubię, frajerze, więc się nie podlizuj… Zayneeeee, wybierasz się gdzieś? Bo jeśli tak, to sorry braciszku, ale masz za zadanie zaopiekowanie się Saafą, bo ja wychodzę! - krzyknęła i po chwili już jej nie było. Ale może to i dobrze, przynajmniej nie dostała w głowę z buta czy czegoś innego.
- Nie zrobi ci czegoś takiego, prawda? - spytał cicho Louis, ale po chwili oboje usłyszeli głośny trzask zamykanych drzwi wejściowych.
- Zrobi. Kurwa. Nienawidzę ich wszystkich… - jęknął Zayn, siadając na podłodze. Zerknął tylko na zegrar ścienny, a gdy zobaczył, że zostało mu mniej niż pół godziny na dostanie się do domu uciech (w domyśle chodzi o dom Horana) jęknął ponownie. - Kurwa.
- Zayn, idź do tego ogiera, wezmę małą do siebie, dziewczyny pewnie się nią zajmą porządnie, to idź. I nie waż mi się wracać przed półnoćą, daleko ci do kopciuszka - zaśmiał się Louis. Malik uśmiechnął się szeroko i przytulając z całych sił przyjaciela szepnął tylko “klucze od domu tam gdzie zawsze”, a po chwili i jego już nie było.
- I w co ja się wpakowałem? - Powiedział cicho sam do siebie Tomlinson, a przy okazji odczytał przychodzącego sms’a.
Od: Liam
Louis, cukiereczku, porozmawiajmy.
Louis nie miał ochoty z nim rozmawiać, a szczególnie po tej akcji w stołówce. Co z tego, że to on go powstrzymał od zamordowania Stylesa? Co Z tego, że Tommo miał słabość do Payne’a od…niepamiętnych czasów? Prawdopodobnie dużył się w nim tak długo jak Zayn w Horanie. To nadal nie jest powód. Nie, i koniec tematu.
11.
Niall Horan się nie denerwował przybyciem jednego z przystojniejszych chłopaków z całej szkoły. Stres? To dla niego, kapitana szkolnej drużyny piłki nożnej, pojęcie zupełnie obce! Naprawdę. A to, że wziął długi prysznic i ubrał się (z pomocą Harry’ego, który mimo tego, że jest hetero wie jak dobrze wyglądać wtedy gdy chcesz komuś zaimponować) naprawdę w fajne rzeczy.
No dobra, stresował się trochę.
Może więcej niż trochę.
Ok, bał się, że tak kolokwialnie rzecz ujmując, jak sam skurwysyn. Malik go nie wystawi, prawda? Nie zrobi tego, co nie? Przecież, według jego dwóch przyjaciół Malik się w nim kochał (nie bez wzajemności, ma się rozumieć) od piątej czy szóstej klasy! Coś w tym musi być, prawda?
- Hazz, a jeśli Gwiazdeczka nie przyjdzie, bo przejrzał mój plan?
- Ni, pozwól, że zignoruję fakt, że nazwałeś Malika per Gwiazdeczka. Wiesz…dziwne by było to gdyby nie załapał, że chodzi ci o seks, a nie o prawdziwą pomoc.
- Niby dlaczego? - Oburzył się Niall słysząc jawną ironię Harry’ego.
- Może dlatego, idioto, że macie razem lekcje hiszpańskiego, a nie francuskiego?
- Kurwa, faktycznie!
- Brawo Sherlocku - odparł ironicznie Harry, a po chwili dało się słyszeć cichy, dziewczęcy, głos w tle - Misiu, długo jeszcze? Pusto mi bez ciebie!
Niall spojrzał zdziwiony na swój telefon. Czyżby znów przeszkodził przyjacielowi zaliczyć jakąś panienkę?
- Mam nadzieję, że wiesz chociaż jak ma na imię, prawda? - Spytał Horan, chociaż i tak już wiedział, jaka będzie odpowiedź Stylesa.
- A czy to ważne?
- Tak. To, naprawdę, ważne.
- Nie, drogi przyjacielu. Ważniejsze jest to, że jest chętna, ładna i ma skończone piętnaście lat.
Niall spojrzał zdegustowanym wzrokiem przed siebie. Zdecydowanie jego przyjaciele to kretyni jakich mało. Jeden gorszy od drugiego.
- Pedofil - mruknął cicho Horan do Stylesa, na co chłopak zaśmiał się cicho.
- Nie pedofil, a degustator kobiecego ciała.
- Mniejsza.
- Właśnie. Idź zobacz, czy facet, który ma cię zerżnąć już przybył. - po czym Harry od razu się rozłączył, a Niall został sam ze sobą i swoimi myślami. To było takie dziwne.
Dlaczego on go zaprosił? Czy był wystarczająco taktownym by zakomunikować temu facetowi, że chce uprawiać z nim seks? A jesli… a jeśli Malik nie chce, bo go nie lubi w ten sposób? Powinienem przestać myśleć ‘a co jeśli…’, bo to mnie wykończy, stwierdził Niall a po chwili już w lepszym humorze zszedł na parter by sprawdzić, czy wszędzie panuje porządek. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie wyczekiwał tej chwili. Ukartował wszystko i dopinał właśnie na ostatni guzik. To musiało się udać, a jak nie, to… zostanie tylko robótka ręczna. Albo zawsze wykorzystam sfrustrowanego Liama, Niall uśmiechał się sam do siebie nalewając sobie mleka do szklanki.
Gdy tak stał przy blacie kuchennym pijąc mleko (w końcu nadal rośnie!) rozległo się ciche pukanie do drzwi. Horan zakrztusił się mleczkiem (czyli jednak nie poprawia samopoczucia - potwierdzone naukowo) i kaszląc, oraz łzawiąc podszedł do drzwi otwierając je na oścież.
- Ymmm, cześć? - Zayn spojrzał na Nialla patrząc na niego z niepokojem. - Wszystko gra?
Niall nadal kaszląc, ale tym razem z powodu cudownego wyglądu chłopaka, kiwał głową na znak potakiwania.
- Yeah, wszystko gra i buczy, ale lepiej będzie jak wejdziesz we mnie.
- Aha, spoko, zaraz, co? - spytał Zayn mrużąc oczy i patrząc na Horana. Czy on powiedział to co powiedział?
- Mówiłem, że będzie jeśli wejdziesz do środka.
Horan zaczerwienił się mocniej, jesli to w ogóle możliwe, ale posłusznie odsunął się od przejścia. W tym momencie ma w swoim domu najgorętszą jednostkę ze szkoły i… borze zielony on może z nim zrobić z nim tyle cudownych rzeczy!
- Jak chcesz to idź do mojego pokoju, pierwsze drzwi na prawo od schodów i rozbierz się.
- Co?
- Rozgość się Malik, zaraz przyjdę, jeju, aż tak źle mówię? - Niall zrobił smutną minę. Zayn pokiwał przecząco głową, a po chwili zniknął na schodach… Horan wrócił szybko do kuchni i nalewając obu im po szklance coli ruszył do swojego pokoju.
- Masz ładny pokój - odezwał się Mulat przyglądając się grzbietom książek leżących na półkach.
- Dziękuję.
Zayn rozjaśnił się jak słoneczko po deszczu, a Horanowi zaparło dech w piersiach. On naprawde chce to zrobić, ale.. jak by tutaj ładnie zasugerować, że chce by Malik jęczął w ekstazie pod nim. Chcoiaż bardziej mu się podobała wizja, gdyby to on mógł jęczeć.
- Horan jak długo chcesz sięna mnie patrzeć i rozbierać wzrokiem? Może… po-prostu przejdźmy do rzeczy, huh?
- Bo dlaczego, kurwa, nie*. Tak, przejdźmy do rzeczy… - wymamrotał pod nosem Niall, ignorując cichy śmiech Zayna. Po chwili Horan nie miał jak myśleć, bo Malik zatakował jego usta ściskając jego boki w bardzo mocnym uścisku. Gdy po dłuższej chwili oboje leżeli na łóżku Nialla, a raczej to Niall leżął,bo Zayn siedział na nim okrakiem, blondyn spojrzałz całkowitą dezorientacją na Malika. - Kim jesteś i co z robiłeś z moją Gwizdeczką?
Zayn uśmiechnął się jeszcze szczerzej - Mówisz o moim bracie bliźniaku, tym frajerze, który bujał się w Tobie odkąd zobaczył cię w piątej klasie jak grałeś i prawie poturbowałeś chłopaka z lini obrony podczas meczu z przeciwnej drużyny? To na pewno jego masz na myśli, bo tylko ten kretyn mógł patrzeć na odległość na takie cudo, jakim jesteś, bo jakże by inaczej, nieprawdaż? Mówisz o tym Zaynie…?
- Prawdopodobnie?
- Nie żyje.
- Och?
- Zabiłem, go jak tylko dowiedziałem się, że idzie do ciebie na lekcje francuskiego. Biedaczek nie załapał, że macie hiszpańki… fou naïf. - Z każdym kolejnym zdaniem Zayn przybliżał swoją twarz do szyi Nialla i delikatnie ją całował. Horan nie mógł się opanować i jęczałcicho gdy tylko czuł usta szatyna na swojej szyi.
Do nozdrzy Mulata dochodził delikatny zapach chłopaka. Coś jak miód, malina i coś takiego innego. Coś czego nie potrafił określić. Jedyne co mu przychodziło do głowy to było stwierdzienie, że jest to zapach Nialla. Jedyny, niepowtarzalny, zapach,który kręciłi mąciłmu w głowie, od którego jego kolana drżały. Ale dziś, tego późnego popołudnia, w zaciszu domowym Horana to Malik był górą. To on tutaj przyszedł zapełniać dziury, a nie odwrotnie. I nawet jeśli teraz udawał, groźnego bad boy’a, to i tak wiedział, że jutro wszystko wróci do normy. Znów będzie pełniącym obowiązki, przykładnym uczniem i zastępcą przewodniczącego szkoły.
Z kolei Niall już się pogłubił. To jest Zayn? Ten potwór, który, jezuchrystewnazarecie, z tym swoim językiem powinnien być skazany na banicję? Horan czuł wszędzie ręce siedzącego na nim chłopaka, a po chwili został pozbawiony koszulki, co momentalnie odwzajemnił.
Gdyby, któryś z nich miał mierzyć czas pozbywania rzeczy tego drugiego, prawdopodobnie znaleźliby się w książce rekordów Guinnessa. To co wyprawiały ręce, oraz język, Zayna przechodziło wszelkie wyobrażenie Nialla. Horan, deliaktnie rzecz ujmując, czuł się jak w niebie, a jeszcze do niczego konekretnego nie doszło!
- Gdzieś Ty był całe moje życie? - wyjęczał cicho Niall, gdy tylko jego współtowarzysz chwycił jego penisa dłonią.
- No wiesz, to tu, to tam, zawsze marząc o tej chwili, i teraz… voula. - powiedział cicho Zayn zniżając swoją głowę i delikatnie przejechał językiem po całej długości chłopaka.
- Och, kurwa, Z-Zayn, jezu…- cicho jęczał blondyn, gdy poczuł, że jego penis znika w ustach (i w gardle, to tak przy okazji) chłopaka odważył się spojrzeć na niego. - O kurwa ja pierdolę wyglądasz niczym, nie obraź się za to stwierdzenie, rasowa dziwka… jezu, wyglądasz, o mój boże, zrób tak jeszcze raz! - Wysapał szybko blondyn, gdy poczuł jak zęby Malika deliaktnie zachaczają o drażliwą skórkę jego penisa. Zayn spełnił jego życzenie przy okazji cicho mrucząc z penisem w buzi. Z tego co pamiętał jemu samemu sprawiało to przyjemność, więc… dlaczego by nie? - Kurwa, Malik, jak zaraz nie przestaniesz, och jezusie, zaraz będzie po zabawie…
Horan jęczący pod Malikiem, tego jeszcze w kinach nie grali, ale Zayn już wiedział, że z chęcią wybrałby się na ten film. Mulat posłusznie zaprzestał zaspokajania chłopaka oralnie, i ignorując swojego penisa, który wręcz sam z siebie blagał o chwilę uwagi, podciągnął się na łokciach tak, że był centralnie nad twarzą Horana.
- No cześć, dawno cię nie widziałem, mogę cię po-pocałować? - spytał Zayn, a po chwili swoimi zaczerwionymi ustami dotknął tych różnach ust. Gdyby ktokolwiek teraz spytał Malika jaki jest jego ulubiony smak odpowiedział by coś w stylu “smak Horana”.
Niall westchnął, ale całował również zachłannie Mulata co on jego. Nie omieszkał przy okazji zniszczyć jego fryzury, gdy przyciągał go bliżej siebie.
- No dobra, a teraz punkt kulminacyjny programu - powiedział zachrypniętym glosem Niall pokazując swoją dłoń w której trzymał małą butelczkę oraz paczuszkę z prezerwatywą.
- Oh, wow, jesteś przy-przygotowany?
- Nie, no wcale, bo przeciż po co bym ci proponował… to spotkanie?
- Oh, fakt. - przytaknął Malik, a po chwili miał już delikatnie rozłożył nogi Horana.
Zayn deliaktnie zaczął masować wejście blondyna, ale ten tylko szepnął “nie, bez tego”, co spowodowało zwolnienie procesów myśleniowych Malika. Skoro blondyn, nie chciał przygotowania, trudno, on się dostosuje do życzenia, nie ma sprawy.
(Zayn tak naprawdę nie chciał się przyznać, nawet przed samym sobą, ale z chęcią by po prostu już wziął Horana tam na dole w koryatrzu. Jego wyobraźnia już wtedy działał na wysokich obrotach. Widząc Nialla, który koszlał i krztusił się, Malik wcale nie wyobrażał jak krztusi się jego penisem czy spermą. To byłoby chore. )
Horan jęknął gdy tylko poczuł ciało obce w sobie, a Malik sapnął cicho gdy tylko mięśnie chłopaka zacisnęły się na nim.
- Jezu, Horan…
- Zamknij się, i zacznij się ruszać, proszę - powiedział cicho Horan patrząc prosto w oczy Malika, który nie mówiąc już nic, poraz wtóry tego wieczora pochwylił się i ucałował, już lekko opuchnięte, usta blondyna.
Zayn poruszał się w Niallu powoli, ale z całkowitym oddaniem i pasją, a po chwili tylko przyśpieszył swoje ruchy. Z gardła blondyna wychodziły ciche posapywania, a sam Malik oparł swoje czoło o obojczyk chłopaka pod nim.
Wszystko dookoła było takie idealne, niepowtarzalne, cudowne i jedyne w swoim wydaniu. To tak jakby ktoś dał Malikowi prezent na gwiazdkę dużo szybciej niż by tego oczekiwał. To wszystko było takie intensywne, tak namacalnie… dobre, że aż nierzeczywiste. Zayn jęknał gdy poczuł mocniejsze uciski na jego penisie, oraz gdy nogi Horana mocniej go objeły wiedział, że już czas.
- Niall, ja…
- Zamknij się, kurwa, i bożekurwajedny tam, jeszcze, taktaktak…
Cicho sapał Niall czując jak spełnienie tylko coraz to mocniej nadchodzi, więc jedyne co zrobił to przyciągnął mocniej do siebie bruneta i przejechał paznokciami po jego plecach.
Zayn chwilę później skończył i opadł cały zmęczony, spocony, ale zadowolony, na Nialla, który tylko go przytulił i ucałował w skroń. Oboje byli zadowoleni, to był seks jak marzenia, a przecież noc jeszcze młoda, więc… tej nocy jeszcze niejednokrotnie powtórzyli swój maleńki sukces używając jedynie ciut innych pozycji.
To właśnie zaleta bycia młodym. Można uprawiać tyle razy seks, a organizm młodego człowieka chce tylko więcej i więcej i ciągle mu mało.
12.
Louis nie mógł uwierzyć, że jego przyjaciel był z gwiazdą piłki nożnej. Co więcej, oboje pieprzyli się jak dwa króliczki, gdzie tylko popadnie. Tommo nie rozumiał jak to się stało, że Zayn miał szansę na spiknięcie się z Niallem, podczas gdy on, wciąż, unikał Liama jak ognia. No, ale nie tym razem.
W tym właśniue momencie, Tomlinson, jak i ponad połowa szkoły, siedział na trybunach pobliskiego boiska piłkarskiego tylko dlatego, ze Zayn go tu zaciągnął. Malik nie chciał być sam na trubunach, chociaż i tak pewnie nikt by tego nie zauważył. Horan wraz ze Stylesem biegaliu w tych śmiesznych strojach piłkarskich i kopali zabawnie tę piłkę po boisku. Jedyne co zostanawiało Louisa to dwie sprawy: pierwsza - gdzie jest Liam, druga - dlaczego Payne nagle zrezygnował z pisania tych (uroczych) szalonych sms’ów.
- Zayn, co ze mną nie tak, że loczek, który, technicznie rzecz ujmując, już nie jest loczkiem nie pisze nie dzwoni, ani nawet nie gra na tym przeklętym boisku?! Przecież on też należy do tej, pieprzonej, drużyny co Twój chłopak! - zbulwersował się Tomlinson, gdy tylko Malik wreszcie raczył spojrzeć na niego.
- Tommo, idioto, spójrz w swoje prawo i sam zadaj mu to pytanie - burknął Zee powracając do (bez)wstydnego patrzenia się na swojego chłopaka. (Jeżu zielony, nawet w myślach Malika brzmiało to tak cudownie, że miał ochotę zacząć piszczeć i skakać jak mała dziewczynka.)
- Co Ty pier-
- Cześć Louis, co tam? - spytał cichy bas Liama, przez co Tomlinson prawie spadł z ławeczki. To jakieś kpiny, prawda? Liam pieprzony Payne nie może tak siedzieć obok niego. To byłoby głupie. - Och, jak zawsze jesteś rozmowny.
- Mógłbyś nie ironizować?
- Mógłbym. Odpowiadając na wcześniej zadane pytanie, czemu nie gram, bo, cóż… Wiesz jest taki chłopak w szkole. Uroczy, słodziutki, jak cukiereczek, ale też jak cukierek może ci zaszkodzić i stanąć w gardle. No i ten chłopak od paru dni mnie unika niewiedząc nawet jak bardzo mnie to boli, bo nie wiem co zrobiłem źle. Wydaje mi się, że byłem w oporządku, no ale mogę się mylić i, ech w końcu się zdenerwowałem i, cóż, przez przypadek moja prawa ręka trafiła w ścianę i… tadam - powiedział cicho Liam pokazując swoją rękę w szynie i obandażowaną dokładnie.
- Liam, ja… - zaczął Louis, ale po chwili się zaciął. Co miał powiedzieć? Że się bał odrzucenia jak cholera? Albo nie chciał, by on nim się wpierw pobawił, a potem pozostawił na pastwę losu, jak jakąś laleczkę? Naprawdę?
- Rozumiem, Lou, i naprawdę przykro mi, ze tak myślisz, wiesz? Naprawdę nie jestem złym człowiekiem, tak samo jak i Ty nie jesteś złym materiałem na chłopaka. Lubię cię, wiesz? - powiedział cicho Liam chwytając swoją lewą dłonią, prawą dłoń Louisa i splatając ich palce ze sobą.
Tomlinson spojrzał oczami, wielkimi niczym spodki, na Payne’a, który uśmiechał się szeroko. Louis nie miał już nic do stracenia, jak tylko pocałować delikatnie w usta o wiele wyższego i bardziej potężniejszego chłopaka. I gdyby Lou musiał wybierać swój najlepszy dzień swojego życia zdecydowanie wybrałby ten, w którym Liam Payne chwycił go za rękę przy całej szkole. I mniejsza o to, że był wtedy mecz między szkolny (który, tak nawiasem mówiąc, jego szkoła wygrała pięc do jednego), najważniejsze było to, że on, Louis William Tomlinson, w końcu był szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy.
13.
Po tym, jak Liam z Louisem, nareszcie, się zeszli, zaczęli trzymać się w piątkę. To znaczy, Zayn z Niallem, Lou i Liam, oraz Harry, jedyny facet, który był całkowicie hetero. Dni, zamieniały się w tygodnie, a te w miesiące. I tak niemal po czterech miesiącach, trzymali się w piątkę. Czterech facetów wolących ptaki, oraz jeden wolący dziuple. Niebywałe… a jednak!
- Nadal nie ogarniam, jakmi cudem ja jestem ten normalny mając za przyjaciół dwóch gejów, i siedząc z nimi i ich chłopakami na stołówce szkolnej. - Styles, jak zawsze zresztą, popisywał się swoją szarmancją i gracją jedząc z otwartą buzią.
- Styles jesteś, jak zawsze, obrzydliwy - wymamrotał Louis wtulając się do Liama.
- A Ty, Tomlinson, jak zawsze jesteś jak zawsze niebywale uroczy, cukiereczku. - Warknął Harry, momentalnie zamykając swoją buzię i jedząc w spokoju swoją kanapkę.
Gdy tylko wszyscy skończyli swoje śniadania, a Horan z Malikiem znów zaczęli się dotykać i rumienić w wiadomy sposób, nastał czas na ruszenie na kolejne zajęcia. Gdy tylko Harry się odwrócił ze swoją tacką, na której wciąż stała butelka z niezakręconą colą, momentalnie wpadł na kogoś oblewając siebie samego napojem.
- Kurwa! Uważaj jak łazisz Ty… Ty… ummm - zaczął Styles, ale zaciął się w momencie gdy podniósł głowę i ujrzał przed sobą dziewczynę o brązowych, delikatnie falowanych włosach i, ogromnych, czarnych oczach.
- No, jak mnie zwyzwiesz, Panie “Jestem Harry Styles, a Ty jesteś nikim”?
- Bo-bo j-ja, chodzi o to, że, ja…
- Nie wierzę, totalnie nie wierzę! Harry Styles nie umie się wysłowić przy dziewczynie… - zakpił Louis.
- Witaj w moim świecie Harry, witam w moim świecie - zaśmiał się Zayn, ciągnąc Nialla w kierunku wyjścia z pomieszczenia.
- Ach i Harry?
- C-co?
- Nie bój się zagadać do niej, jest niesamowicie inteligantna i uzdolniona. Nie bądź pipą, zagadaj…. cukiereczku. - powiedział na odchodne Louis idąc za swoim przyjacielem i jego chłopakiem, równocześnie ciągnąc swojego chłopaka za rękę, który cicho się śmiał z przyjaciela.
I w ten o to sposób, Harry Styles znalazł się w tej samej pozycji co jeszcze całkiem niedawno Zayn i Louis. Należy pamiętać, jedną, ale za to prostą zasadę: nie życz drugiemu, co Tobie nie miłe.
*cyklotymik - osoba towarzyska, nawiązująca łatwo kontakty, myśląca realistycznie, ale także skłonna do dwubiegunowości.
* Inferno - to jedno z dziewięciu miast z gry Heroes III.
* Mary Sue - określenie postaci wyidealizowanej, nieskazitelnej, będącą femme fatale.
* yolo - chyba nie muszę tego tłumaczyć, prawda? Ale jakby ktoś nie wiedział to… “you only live once” :)
* Bo dlaczego, kurwa, nie - chodzi o tę (x) koszulkę taka, minilmalne nawiązanie do ubrania jakie miał na sobie Malik :)
sobota, 19 kwietnia 2014
piątek, 18 kwietnia 2014
**********************************************************************
Rozdział 14.
Harry nie wiedząc dlaczego po raz kolejny posłuchał głosu swojego serca i od razu udał się do Louisa.
Uzupełniał go. Zawsze pokazywał jego prawdziwe oblicze - niczym zwierciadło, odbicie, *lustro*. Być może teraz również zauważyłby te różnice, których nie dostrzegał wcześniej.
Pukając do drzwi nie czuł zdenerwowania czy tremy. Był przeświadczony, że poczucie winy nie będzie zżerało go od środka, co miało ułatwić sprawę, prawda? Miał nie skupiać się na niewinności Louisa, jego delikatnych rysach twarzy, malutkich dłoniach i drobnym ciałku. Miał zapomnieć i nie przyznawać się do tego, co od kilku godzin zaprzętało jego głowę.
Ale prawdziwy anioł stojący u progu mógł pokrzyżować wszystko.
Był tam, razem ze swoimi perfekcyjnymi włosami w nie ładzie i delikatnym zarostem na twarzy. Jego ciało, a w zasadzie tylko część, okrywały bokserki Top Man'a i Harry stwierdził, że to wcale nie pomagało.
Louis mógłby stać nawet na środku zatłoczonej ulicy w centrum Londynu, delikatnie zagłuszany przez gmach i smog, ale Harry i tak dostrzegłby go. Był jak lustro, które prześladowało go i za każdym razem pozwalało odkryć prawdę o samym sobie.
- Oh, Harreh, wyglądasz okropnie - Louis zmarszczył brwi wciągając lokatego do mieszkania.
- Dzięki - odpowiedział sarkastycznie Harry, po czym rozebrawszy się, wszedł do salonu. Louis w mgnieniu oka postawił wodę na kawę, krzątając się po kuchni.
Harry obserwował go z uśmiechem na twarzy. Przy Lou wszystko, zawsze układało się. Mógłby powiedzieć nawet, że od dłuższego czasu to on wkładał na jego głowę wianeczek pleciony z przepięknych, ciepłych słówek i sprawia, że się uśmiecha.
- Idę się przebrać i zaraz wracam - zakomunikował Lou.
Harry uśmiechnawszy się pokiwał głową.
*Poczekam na Ciebie, nawet, jeśli miałoby trwać to wieczność.
Bo to jest właśnie miłość,
której nie dostrzegałem wcześniej*
Przez kilka następnych godzin Harry lojalnie mógł stwierdzić, że zgrzeszył zdradzając Louisa.
Pomiędzy jego niewinnością a sarkastycznym sposobem bycia, była cienka granica, którą łatwo było przekroczyć. Właśnie dlatego Harry widział siebie w jego zachowaniu. Zazwyczaj to lokaty wydawał się być niebezpieczny na swój niewinny sposób, prawda?
Louis był jego lustrem.
A kiedy lustro się rozbije, czeka nas nieszczęście.
*Nieszczęście*
- Oh, Harry, dzwonił do mnie Nick, pytał czy mamy ochotę spotkać się z nim. - zakomunikował Louis ześlizgując się z kolan chłopaka.
Harry momentalnie pobladł.
- Jaa.. Jak to Nick? - wyjąkał onieśmielony.
Louis zaśmiał się cholernie uroczo i uszczypnął lokatego w bok.
- Dałem mu wczoraj swój numer, a dzisiaj rano do mnie zatelefonował.
Harry spiął się i wstał z kanapy.
- Muszę już iść, Lou. Spotkamy się później, dobrze?
Harry w panice przeczesał swoje loczki. Louis obserwował go spod przymróżonych oczu, starając się wyjaśnić samemu sobie zaistniałą sytuacje.
Zachowanie Harry'ego był co najmniej dziwne. Nawet jak na niego.
Zarejestrował jeszcze jak lokaty ubiera kurtke i w pośpiechu wychodzi z mieszkania.
*Nieszczęście*
Harry dobrze wiedział co Grimshaw planował. To na pewno nie było przypadkiem, że - o zgrozo - jeszcze skacowany Nick zadzwonił do jego chłopaka z samego rana. Na razie nie wiedział w co on się bawi, ale był pewien, że swoim zachowaniem chciał doprowadzić do katastrofy, lub - co najmniej - lekkiego zawału w przypadku Harry'ego.
Styles nie czekał ani chwili dłużej. Pozostawił Louisa w pustym mieszkaniu i natychmiastowo zamówił taksówkę, która dowiozła go pod apartament prezentera. Był pewien, że teraz wyjaśnią sobie kilka spraw.
- No dalej, otwieraj.
*Nieszczęście*
Harry po raz kolejny nacisnął na dzwonek wywołujący denerwując sygnał. Ścisnął nasadę nosa i przymknął ciężko oczy, kiedy drzwi nareszcie otowrzyły się. Nick z umiechem wpatrywał się w Harry'ego.
- Chyba musimy pogadać - zakomunikował szorstko Harry wpraszając się do środka.
Nick zaśmiał się nerwowo zwracając tym samym uwagę lokatego.
- Nie sądziłem, że po tej nocy będziemy rozmawiać tak sztywno - wytłumaczył.
Tym razem to Harry zaśmiał się dźwięcznie.
- Zawsze byłeś sztywny.
Nick wyczuł podtekst w stwierdzeniu Harry'ego, ale nie skomentował go. Wiedział, że tyczy się wczorajszego wieczoru i tego jak jego ciało reagowało na zielonookiego. Zacisnął usta w wąską linie i przytaknął.
- W co ty grasz Grimmy? - zapytał wreszcie Hazz.
Ich spojrzenia spotkały się. Oby dwóch zalała fala zdespreowania i ciekawości.
Grimshaw w pierwszym momencie chciał podejść do Harry'ego, spojrzeć mu prosto w oczy i wyznać długo skrywaną prawdę, ale wiedział, że byłoby to ryzykowne. Zgodnie ustalili kiedyś zasady swojej znajomości - Nick nie miał prawa ich złamać.
*Nieszczęście*
- O co ci chodzi, Harry?
- Nie udawaj Grimshaw. Dlaczego chcesz spotkać się z Lou?
Harry westchnął po czym powoli przybliżył się do bruneta i delikatnie zmrużył oczy.
- Ja ci to zrobiłem? - lokaty wskazał na malinke w okolicy szczęki przyjaciela.
Oczy Nicka delikatnie zabłysy przejawiając w sobie odrobine opiekuńczości i słabości. Harry musnął koniuszkami palcy ciemny ślad i oddalił się nieznacznie.
- Nie możemy... Nie możemy nikomu powiedzieć, ok? Zapomnij o tym.
Tym razem to Nick westchnął i wyszedł z korytarza. Musiał przysiąść na białej sofie i odetchnąć na chwile. Jego serce biło nierównomiernie i jedyne co mógł teraz zrobić to zamknięcie się w czterech ścianach.
- Nick, ja mówie poważnie. Louis nie może się dowiedzieć. Nie spotykaj się z nim, ok? Kiedyś rozumiałeś jakie są zasady szybkiego seksu po pijanemu.
Harry nadal podtrzymywał swoje stanowisko. Nadal uważał, że przyjacielski seks zostaje tylko między przyjaciółmi.
*Nieszczęście*
- Ty nic nie rozumiesz. - westchnął w końcu Nick.
Harry spojrzał na niego spod byka.
- To może łaskawie mi wytłumaczysz?
Grimshaw wstał z kanapy i podszedł do zdrętwiałego chłopaka. Przejechał palcem po jego ramieniu aż do dłoni, którą delikatnie chwycił. Rozmasował swoimi palcami wystające kostki zielonookiego.
Harry nadal nie mógł zrozumieć o co chodzi brunetowi.
- Um, Nick?
- Shh...
Harry uniósł jedną brew ku górze, gdy mężczyzna przytulił go od tyłu i położył swoją głowę na jego ramieniu. Natychmiast odwrócił się w strone brązowookiego.
- Posłuchaj mnie, Nick. Ja... Ja chce traktować Louisa poważnie, nie mogę go zdradzać. Ty, jako kumpel, powinieneś to zrozumieć.
Harry odsunął się od przyjaciela po czym schwycił skrawek swojej koszulki i poprawił ją. Zagryzł niewinnie wargę i pokiwał głową na znak, że Nick musi w końcu zacząć mówić.
*Nieszczęście*
- Możesz pójść ze mną na kolacje, Harry? Wyjaśnie Ci wszystko i...
- Proponujesz mi randkę?
- Proszę, daj mi te szanse na wyjaśnienie, ok? Proszę, Hazz.
Lokaty westchnął.
- Kolacja to nie zdrada, prawda?
Nick zaśmiał się sucho.
- W takim razie jedźmy nawet teraz.
*Nieszczęście*
Grimmy preferował szybką jazde. To coś sprawiało, że jego żyły gwałtownie zawężały się a serce przyspieszało. Jego samochód zawsze był czymś więcej niż tylko pojazdem. Harry podziwiał sposób w jaki prowadzi i szczerze powiedziawszy to nie umknęło uwadze starszemu.
- Podoba Ci się, prawda?
Harry pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.
*Nieszczęście*
Nick wrzucił wyższy bieg i wyraźnie przyspieszył - jeśli to w ogóle było możliwe. Ręce zaczęły mu drżeć, a koła na śliskiej powierzchni jeszcze bardziej wariowały.
- Dokąd mnie wieziesz?
- Do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Nasz przyjaźń, Hazz.
*Nieszczęście*
Harry przymknął ciężko oczy czując chłodne powietrze na swojej twarzy. Zaraz... Skąd ono w ogóle się tam wzięło?
- Nick, chyba przypadkowo otowrzyłem okno - stwierdził Hazz oglądając kolorowe przyciski pod swoim łokciem.
*Nieszczęście*
Nick zaśmiał się po czym odrywając jedną ręke od kierownicy sięgnął do jednego z przycisków starając się wskazać Harry'emu poprawny. Nie zauważył jednak, że śnieg natychmiastowo ściągnął koła pojazdu na pobocze.
*Nieszczęście*
- Kurwa! Drzewo, Nick uważaj! - zdołał krzyknąć Harry zanim samochód całkowicie nie zawył dając tym samym znak o braku zasilania.
*Nieszczęście*
~*~
Rozdział 15.
Louis nie mógł powstrzymać głośnego westchnięcia, kiedy telefon w jego kieszeni po raz kolejny zadzwonił. Był pewien, że to Harry próbuje przeprosić go za swoje dziwne zachowanie ale nie miał ochoty odbierać.
- Nie sprawdzisz chociaż kto dzwoni? - zapytała Jay, u której przebywał obecnie Louis.
Chłopak jęknął ciężko i wyciągnął aparat z kieszeni. Na prawdę nie miał ochoty rozmawiać ze Stylesem, jednak jego telefony zaczynały go denerwować.
O dziwo, na ekranie komórki wyświetlał się nieznany mu numer.
Szatyn nacisnął zieloną słuchawkę w ferworze słysząc głos roztrzęsionej Rity. Dziewczyna przez chwile jąkała się, starając przedstawić, co niestety jej nie wychodziło. Louis nie kłopocząc się z zasadami dobrego wychowania przerwał jej i kazał natychmiast powiedzieć co z Harry'm. To o niego chodziło, prawda?
- Ja, uh - my, uznaliśmy, że powinieneś wiedzieć - zaznaczyła na wstępie.
Louis pobladł na twarzy i wyszedł z pokoju zostawiając zdziwioną rodzicielkę w salonie.
- W takim razie mów, Rita - zachęcił.
- Harry... Harry i Nick mieli wypadek.
Louis zacisnął telefon w swojej ręcę i osunął się po ścianie. Mógł usłyszeć swój szalenie szybki oddech i przez chwile zastanawiał się czy przyadkiem nie ma zawału.
- Co?
Nie był w stanie wydusić z siebie niczego więcej. W zasadzie nie mógł nawet poprawnie oddychać. Miał nadzieję, że to jakiś beznadziejny, wcale nie śmieszny żart.
- Louis, ja wiem, że to trudne - zaczęła ze stoickim spokojem Rita po drugiej stronie telefonu - ale uważam, że powinnieneś wiedzieć, jako jego chłopak... Z Harry'm nie jest dobrze.
Louis wybuchł niepochamowanym, niemym płaczem. Łzy znalazły ujście z jego oczu przez policzki aż do nie przyjemnie rozgrzanej szyji.
- Szpital za Breaking Street.* Przyjedziesz?
Louis żałośnie wrzasnął do telefonu i rzucił nim o ścianę wkładając w to tyle siłe, ile tylko mógł. Aparat roztrzaskał się na kilka kawałków, wywołując przy tym spory huk, co sprawiło, że Anne znalazła się w pokoju. Z niepokojem wypisanym na twarzy spojrzała na zapłakanego chłopaka.
- Mamo, musisz zawieść mnie do sziptala - wyjąkał krztusząc się łzami.
Jay przerażona podniosła Louisa z podłogi i podała kurtkę, kiedy ten w panice wychodził z mieszkania. I szczerze? Louis czuł jakby cała wieczność toczyła się przed jego oczami. Droga do szpitala zajmowała na prawdę chwilę, ale czekając na coś zawsze tracimy poczucie czasu i zdaje nam się, że coś trwa krócej lub dłużej. W przypadku Louisa zdecydowanie zachowano drugą opcje.
- Powiesz mi co się stało? - spytała Jay.
Louis drżącą ręką przetarł mokre od płaczu oczy.
- Harry miał wypadek.
Tęczówki Jay zabłyszczały z przerażenia. Rzeczywiście, wiedziała, że jej syn od dwóch tygodni był z nim, ale nie sądziła, iż tak szybko przywiązał się. Co prawda, zawsze taki był i Jay zaczęła zauważać, że to wcale nie jest jego pozytywną cechą.
Bała się o niego. Nie chciała, żeby ktoś po raz kolejny zranił Louisa.
- Nie chcesz o tym rozmawiać, prawda?
Lou pokręcił szybko głową tamując łzy. W tej chwili modlił się do wszystkich bogów jakich znał o zdrowie dla jego małego promyczka nadzieji, któremu nie chciał pozwolić zgasnąć.
~*~
- Chcę tam wejść sam, mamo - powiedział szatyn otwierając drzwi do ogromnego, nowoczesnego budynku.
Brunetka pokiwała szybko głową i wskazała Louisowi drogę do recepcji. Rozumiała go i miała świadomość, że rodzina Harry'ego jej nie znała. I zapewne nie chcieli zrobić tego w takich okolicznościach.
Louis westchnął ciężko i zapytał o numer sali w której znajduje się Harry. Niestety, recepcjonistka nie mogła podać takich informacji osobie, która nie była rodziną poszkodowanego. Lou podkrążonymi oczyma błagalnie spojrzał na kobiete.
- Louis?
Rita zjawiła się obok Lou, ciągnąc go za rękaw czarnej bluzy. Szatyn natychmiast ruszył za dziewczyną błagając w duchu, aby nie przybył za późno.
- Co z nim?
Louis wyszeptał cicho, kiedy windą wyjeżdżali na czwarte piętro. Blondynka westchnęła ciężko i niebieskooki słyszał jak jej oddech drży. Na prawde obawiał się najgorszego.
- Nie dobrze, Louis.
Tommo zaklnął pod nosem i uderzył rękoma w metalową ścianę. Żadne słowa nie mogły opisać jak źle się teraz czuje.
Ta historia była za krótka na zakończenie jej. Atrament w piórze mógł zostać wypisany, ale oni we dwoje znaleźliby rozwiązanie. Pokonaliby wszystko, jeśli to byłoby konieczne.
Bo Harry kochał Louisa i Louis kochał Harry'ego.
I oby dwoje byli wobec siebie szczerzy.
I nikt nikogo *nie* zdradził.
Louis nie chciał nawet myśleć o fatalnych scenariuszach, kiedy pod salą zobaczył grono osób czekających na wiadomości o stanie zdrowia przyjaciół. Kobieta po czterdziestce - Anne - matka Stylesa szybko zauważyła chłopaka swojego syna i zawołała do siebie. Nie tak wyobrażali sobie pierwsze spotkanie, ale żadne z nich nie miało odwagi narzekać.
- Miło mi panią poznać, wiadomo co z Harry'm?
Szatyn uśmiechnął się nerwowo i przejechał niezręcznie palcami po swoim ramieniu. Anne pokrzepiająco poklepała go po plecach.
- Harry to silny chłopak.
Louis to wiedział - i do cholery, czy w tym szpitalu był ktokolwiek kto znał jakieś konkrety?!
- Rozumiem, a Nick?
To pytanie było raczej kwestią dobrego wychowania. Oczywiście, to nie tak, że nie obchodził go Grimmy, ale w tym momencie ważniejszy był dla niego Harry.
- Jest przytomny. Wjechali w drzewo z lewej strony, co oznacza, że Harry ucierpiał najbardziej.
Głos brunetki załamał się. Louis mógł przysiąc, że w tej chwili nienawidzi całego świata a w szczególności siebie. Dlaczego nie zatrzymał lokatego, kiedy wychodził? I co do cholery Harry robił w samochodzie z Nickiem?!
Kiedy lekarz wzywał do siebie Anne Louis czekał na werdykt jak głupiec. Przygryzając mocno wargi, wmawiał sobie, że wszystko będzie dobrze, a jeśli Harry to przeżyje z pewnością napisze o tym książke. Niebieskooki zaśmiał się cicho. To byłoby w stylu lokatego.
U jego boku siedziała Rita z Gemmą. Jakiś czas temu widział też Care i Matta, którzy teraz poszli do Nicka. Zaczynał się poważnie martwić, bo żadna z dziewczyn nie dawała znaku życia. Jedyną nadzieją był teraz wedykt lekarza.
Louis zdawał sobie sprawę, że jeśli Harry nie przeżyje to wszystko ulegnie dużej zmianie. Zdawał sobie sprawę, że za szybko przywiązał się do tego chłopaka i to wcale nie był dobre. Nie wiedział tylko o kilku innych sprawach, które usłyszane przez niego prawdopodobnie sprawiłyby że nie siedziałby tutaj. Ale to nie miało teraz znaczenia.
Anne zapłakana bardziej niż poprzednio wyszła z gabinetu doktora. Louis czuł jak nogi uginają się pod nim. Natychm iast podszedł do Anne podtrzymując się prawą ręką kremowej ściany.
Cholera.
Louis na prawdę nie chciał zobaczyć w oczach Anne tej pieprzonej pustki!
- Harry jest w śpiączce.
Szatyn chwycił swoją głowę w oby dwie ręcę i zapłakał żałośnie. Co miał teraz zrobić? MYśli kłębiły się w jego głowie, napierając na czaszkę, co sprawiało, że odczuwał ból.Jego wzrok natychmiast powędrował na Anne.
- Miał poważne wstrząśnienie mózgu, jego żebra są złamane, a czaszka potłuczona.
Tomlinson zaklnął po nosem. I pomyśleć, że cały jego świat mógł zawalić się przez jedno, pieprzone drzewo i za dużą prędkość.
- Możesz do niego wejść jako pierwszy - wyszeptała.
Louis otworzył szeroko oczy.
- A co z panią...?
- Słuchaj, Louis, nie znam Cie, ale jeszcze nigdy nie widziałam osoby, która tak mocno martwiłaby się o mojego syna - wytłumaczyła ze wzruszeniem, po czym wskazując mu drzwi dodała ciszej - Zaopiekuj się nim, potrzebuje cie.
- Zaopiekuję, obiecuję.
~*~
Louis czuł potrzebę wtulenia się w idealne ciało lokatego, ale bał się, że jakikolwiek, najmniejszy ruch mógł wywołać u niego ból. Zdawało się, że tylko śpi, ale Louis wiedział, że tak nie jest. To nawet nie było jak sen. Harry był świadomy - Louis to wiedział. Mógł wyobrazić sobie ten delikatny uśmiech wkradający się na usta lokatego, kiedy tylko widzi Louisa. I ciche szepty uwielbienia skierowane w osobę szatyna. Duże dłonie głaskające jego zapadnięte policzki. Te oczy, zielone od nadmiaru pożądania, przepełnione radością, wpatrujące się w jego.
- Harry, kochanie, obudź się kiedy tylko chcesz, ale nie trzymaj nas za długo w nie pewności dobrze? - wyszeptał łagodnie Louis i przejechał palcami po wargach chłopaka.
Louis nie zdawał sobie sprawy z kłamstw Harry'ego. Niewinnego, lokatego chłopca z uroczym uśmiechem, który potrafił całować jak szalony. Nie wiedział praktycznie o niczym. W zasadzie mogli zrzucić całą winę na czas. Wszystko działo się za szybko, czas od początku był ich wrogiem i nawet przeznaczenie nie mogło im pomóc.
Teraz, kiedy Harry był w śpiączce wszystko będzie się przeciągać. Louis czuł, że wieczność nie będzie już dla niego obca. Czuł, że nie powinien budować swojego życia na fundamencie miłości, przywiązania i zaufania, bo to zawsze kończy się fatalnie.
Ponieważ gdy zasypiasz na bardzo długo, wiele spraw pozostaje nie rozwiązanych.
~*~
~*~
"Piękna blondynka, o niesłychanie porażających, niebieskich oczach nachyliła się nad łóżkiem Harry'ego. Delikatnie dotknęła dłonią jego bladego policzka, po czym kilka razy wyszeptała jego imię. Nie musiała długo czekać, na to, aż Harry podniesie swoje powiek i będzie próbował przyzwyczaić się do światła panującego w pomieszczeniu. Chwile później zdezorientowany lokaty siedział już na brzegu łóżka.
Dlaczego więc do cholery nadal widział siebie leżącego w białej pościeli?!
- Witaj Harry - powiedziała nieznajoma.
Chłopak zakłopotany podrapał się po karku -Emm... Cześć?
Blondynka uśmiechnęła się ukazując rządek swoich białych zębów i Harry mógł przysiąc, że pokój pojaśniał w tym momencie.
- Pewnie zastanawiasz się co się dzieje - stwierdziła uprzejmie kobieta - Mam na imię Taylor.
Harry zakłopotany rozejrzał się dookoła, dostrzegając nagle Louisa, który w skupieniu obserwował białą pościel, kryjącą w sobie lokatego.
Oh, tak, pomyślał Harry, zapomniałem o samym sobie.
Taylor uśmiechnęła się i odpowiedziała na nie zadane pytanie lokatego. Zupełnie tak, jakby umiała czytać w myślach.
- Duchem jesteś przy mnie, ale Twoje ciało jest na ziemi - wyjaśniła.
- Jak to?
Harry zdawał się niczego nie rozumieć. Bóg jeden wie, czy pamiętał sam feralny wypadek.
- Jesteś w śpiączce, a to kiedy się wybudzisz zależy tylko od Ciebie i problemów, jakie musisz rozwiązać.
Lokaty zaśmiał się nerwowo.
- Dobry żart - skomentował.
- Mówie całkowicie poważnie, przemyśl to - powiedziała z powagą.
Harry tylko kiwnął głową w przerażeniu i wstał z materaca. Nie czuł nieprzyjemnie zimnej podłogi położonej w pomieszczeniu, co było dziwne, ale przyjemne i Harry przez chwile pomyślał, że może nadal śni. Podszedł do Louisa i delikatnie dotknął jego ramienia, starając się zwrócić na siebie uwagę. Niestety, ten jakby w ogóle niczego nie poczuł.
- Oni Cie nie widzą, Harry. Jesteś tylko duchem - szepnęła blondynka.
Jeśli Harry miałby być szczery - Talor zaczynała go denerwować. Bez przerwy tłumaczyła mu wszystko, jak małemu dziecku z niedorozwojem.
- Kim ty właściwie jesteś?! - warknął nagle.
Blondynka obdarzyła go niebieskim, łagodnym spojrzeniem.
- Twoim przewodnikiem duchowym. Prościej mówiąc - jestem aniołem, Harry.
Harry musiał powstrzymać cichy chichot. Uznałby to za dobry żart, gdyby nie fakt, że to sen, lecz na jawie. Wiedział, że ludzie w śpiączce miewają różne przygody, ale nigdy nie sądził, że przeżyje coś podobnego i w dodatku od tego, jak zachowa się będzie zależeć jego zdrowie.
- Wiem, że to sen, ale, kurwa, na prawdę nie obudze się, jeśli nie rozwiąże swoich spraw? - zapytał w końcu, całkowicie ulegając - Co mam robić?
Taylor uśmiechnęła się zwycięsko.
- *Mały, spokojny, nie oczekuje od innych wojny,
Kocha, poczeka, aż zrozumie wszystko jego pociecha,
Nie wie o niczym, wciąż zakochany,
Jakie życie wiedzie jego chłopak wybrany*
Harry zdezorientowany spojrzał w biały sufity, który nagle stał się tak cholernie interesujący. Słowa zawsze opisywały co czuł. Kochał je i uważał za najcudowniejszą formę okazywania emocji skrytych głęboko w sercu. Dlaczego teraz odczuwa niewyobrażalne upokorzenie, gdy ktoś mówi do niego, używając cytatów z tej cholernej, przeterminowanej książki, która już na początku wszystko skomplikowała? Dlaczego w ogóle napisał to gówno?!
- Gówno prawda - warknął gwałtownie wstając, by udać się w stronę balkonu.
- Twoja książka jest odzwierciedleniem Twojego życia, musisz to zrozumieć. To, co wymyśliłeś kilka lat temu, teraz zostaje napisane jeszcze raz - w Twojej duszy, sercu, prawdziwym i niepowtarzalnym życiu. - zapewniła Tay podążając za lokatym.
- Jakim cudem!? Jak do cholery!? - krzyknął po raz kolejny - Przecież moja książka skończyła się...
I w tym momencie Harry zamarł niemrawo poruszając powiekami.
Jego książka nie miała zakończenia.
- Teraz ty musisz pisać jej część, Harry - podpowiedziała Taylor dokładnie badając jego rekacje - Co zrobiłby Edward...? - ciągnęła - Jak zachowałby się William? Jak zakończysz ich historię?
- Mam zrobić cokolwiek?
Harry spojrzał w stronę blondynki, która dotychczas nie robiła swoją obecnością na niego żadnego wrażenia.
- Nie, Harry. Musisz wybrać coś, co będzie dobre dla was obojga.
I jak na potwierdzenie swoich słów spojrzała na załamanego Louisa"
~*~
Szatyn w rozpaczy próbował skupić się na swojej pracy, niż na psychicznym wykończeniu. Doradzał właśnie Carze jaką bluzke może kupić, aby dobrze wypaść na castingu, nie chętnie rozmawiając też o śpiączce Harry'ego. Blondynka szybko zauważyła, że Louis miał podły humor - i bardzo dobrze go rozumiała, bo ona również głupio czuła się chodząc na przesłuchania do reklam, gdy jej własny przyjaciel leżał w szpitalu, nie skłony do żadnego, najmniejszego ruchu.
- Nie wiesz co Harry robił w samochodzie z Nickiem? - zapytał szatyn marszcząc brwi. Już wcześniej zastanawiał się nad tym, ale jakoś nie było okazi porozmawiać o tym z nikim.
- Niestety, Lou. Policja ustaliła tylko, że jechali za miasto, co pokazane było w GPSie w samochodzie.
Louis zdenerwowany podszedł do dziewczyny i pokazał jej - jego zdaniem - odpowiednią na taką okazję bluzkę.
Cały dzień minął mu zaskakująco szybko i był pewien, że gdy tylko po powrocie do domu, kiedy się wyśpi, odwiedzi Harry'ego.
~*~
"Harry po raz kolejny usiłował skupić się nad rozwiązaniem dalszej historii. Co prawda, Taylor cały czas podpowiadała mu, że owe zakończenie ma być dobre dla ich obojga, ale lokaty cały czas uważał, że powinno być ono po prostu rozwiązaniem problemu. Przecież mógł zachować zdradę dla siebie i nikt nie zorientowałby się, że takowa w ogóle miała miejsce, prawda? Nick... Nick byłby całkowitą i odległą przeszłością, a Harry zapomniałby o nim! Jednak, kiedy tylko wspominał Taylor o tym pomyśle ta uśmiechała się na swój anielski sposób i kręciła głową. Widocznie to nie było dobre rozwiązanie.
- Taylor, czy mogę... Mogę zobaczyć Louisa? - zapytał w końcu lokaty.
Blondynka pokiwała głową i chwyciła jego drżąca dłoń, mrużąc oczy, kiedy zdezorientowany chłopak chciał się wyrwać. Spiorunowała go wzrokiem, jakby każda komórka jej ciała krzyczała, aby zachował spokój.
I kiedy po raz kolejny Harry mógł otworzyć oczy widział tylko Louisa, spokojnie śpiącego w swoim łóżku. I gdyby tylko mógł się obudzić, na pewno przytuliłby go do swojej piersi i już nigdy nie wypuszczał.
Louis mógł przysiąc, że czuje palące spojrzenie Harry'ego ściskające jego wnętrzności. Widział ten cholerny ogień w jego zielonych oczach i nie mógł oderwać się od swoich myśli, trzymając go za kościstą dłoń, na której blada skóra delikatnie pozwalała by prześwitywały przez nią zielonkawe żyły. Młodszy mężczyzna z pewnością walczył - i pomimo, że Louis nie mógł tego dostrzec - jego chłopak nie poddawał się.
Codziennie było trudniej. W ciągu czterech już dni, Louis za każdym razem zostawiał swoje obawy i nie pewności w domu, by w szpitalu - przy Harry'm - wykazać się odwagą.
Być może nie miał jej w sobie pod dostatkiem, bo odkąd Harry był w śpiączce Louis nie powiedział przy nim prawie żadnego słowa.
Do cholery! To Harry zawsze uzupełniał Louisa słowami! Zawsze on wypełniał cisze szeptami, zapewniając, jak bardzo wyjątkowy był szatyn. Louis nie wyobrażał sobie niczego innego.
A może lokaty właśnie tego potrzebował? Potrzebował, żeby Louis powiedział "coś" zanim podda się, jakkolwiek to brzmiało. Być może śnił, ale wiedział, że dostał czas na przemyślenie wszystkiego.
Czas. Odwieczny wróg numer jeden w pokręconej grze Harry'ego i Louisa.
Styles czasami zastanawiał się czy nie gra on w jednej lidze z przeznaczeniem.
Louis obawiał się, że zawalili wszystko już na wstępie, ale skutecznie wypraszał te myśli z głowy. Nie znał Harry'ego dobrze, ale stał się fundamentem całego jego życia w rekordowo krótkim czasie - i szczerze - rozświetlił je, jak mała iskietka, wybuchająca i rozpalająca wszystko dookoła, uzależniająca od siebie zagubionych nieszczęśników. Wywołał poważny pożar, którego w konsekwencji nie da się ugasić.
~*~
Harry już od kilku minut z pustym wyrazem twarzy wpatrywał się w rodzinę i przyjaciół bezradnie czekających na wieści o jego stanie zdrowia. Mógł przeprosić swoją mamę za wszystkie problemy, jakie sprawiał, ale zrobiłby to tylko dla siebie i ona mimo wszystko nie usłyszałaby tego. W tej chwili bardzo żałował, że nie był z nimi.
To dziwne, bo zawsze gdy upadamy jesteśmy w stanie rozumieć swoje błędy. I dopiero wtedy wszystko staje się dla nas jasne - dopiero kiedy stracimy wszystko doceniamy, jak wielką wartość miało.
*Czasami, aby wyrosnąć ponad góry, trzeba zostać wgniecionym w grunt
... Szkoda, że czasami idealnie wpasowujemy się w podeszwę czyjegoś buta*
Harry uśmiechnął się niemrawo, kiedy milczący dotąd Louis odezwał się i próbował pocieszyć załamaną Anne.
- On jest wspaniały - szepnął w stronę Taylor, a po jego ciele rozszedł się dreszcz podniecenia.
Obserwował jego usta; które za każdym razem, kiedy odzywał się ocierały się o siebie i delikatnie miażdżyły nawzajem; oczy, niebieskie jak bez chmurne niebo w lipcu, albo fale na bezkresnym morzu. Delikatny zarost podkreślał jego rysy twarzy i szczęke, którą Harry tak bardzo uwielbiał całować. Pojedyncze pasma włosów, które pierwotnie miały być zaczesane do góry opadały mu na czoło i zapewne łaskotały delikatnie, bo bez przerwy je poprawiał.
- Wiesz już jak skończysz swoją opowieść? - zapytała Taylor.
Miała na sobie białą sukienkę przed kolano, rozszerzaną ku końcowi, a jej blada cera i blond włosy kontrastowały ze sobą i Harry na prawdę nie miał wątpliwości, że była ona aniołem.
- Nie uważasz, że to bez sensu? - zaczął zrozpaczony - Mieliśmy być wieczni, inni niż wszyscy, trwać aż po końce świata. Nasza historia nie może mieć zakończenia, wiesz?
- Sam zadecydowałeś o jej końcu, Harry! - przypomniała blondynka.
Harry zamilkł na chwile, przypominając sobie o feralnej zdradzie. Dlaczego bez przerwy ktoś musi o niej rozpamiętywać?
- To jeszcze nie musi być koniec...
- Obawiam się, że byłby on dla was najlepszy, *zakończenie czegoś, co jeszcze nie w pełni się zaczęło, jest bezpieczniejsze, bo wiesz, że cierpienie nie będzie tak duże*
A co jeśli Harry już na dobre zakochał się?
~*~
Drzewa na zewnątrz niebezpiecznie szumiały, jakby ostrzegały przed wyjściem na zewnątrz wszystkich nieszczęśników, którym tylko przyjdzie to do głowy. Mimo to Louis narzucił na swoje ramiona gruby płaszcz z przyjemnymi, podszywanymi od środka rękawami, po czym opuścił szpital żegnając rodzine Harry'ego.
Lokaty nadal nie dawał żadnego znaku życia i Louisa na prawdę szczerze zaczynało to denerwować.
Czuł się mały i bezwartościowy, kiedy każdego dnia siedział przy jego łóżku, a ten swoimi bujnymi loczkami przypominał mu kto w tym związku jest mocniejszy.
Pod każdym możliwym względem, bo Louis po prostu zawsze tchórzył.
Obserwował go i błagał w duchu, żeby wreszcie uśmiechnął się jak zazwyczaj i nie wypuszczał ze swoich silnych ramion. Wciąż uczył się kochać, a bez Harry'ego ta nauka była nie możliwa - nie potrzebna, całkowicie zbędna.
Niall czekał na Louisa pod szpitalem, ponieważ, jak kilka godzin temu obiecał, zabierze go na gorącą czekoladę i pyszne ciastko.
Louis w zasadzie nie miał mu za złe, że ciągle jest radosny, ale jego humor dodatkowo go dołował - gdy cały świat szedł dalej, lokaty w szpitalu powoli umierał na jego oczach.
Wkurzała go ta myśl, bo wiedział, że jest ona nie prawdziwa.
Jego chłopak cały czas walczy i z tym przekonaniem ruszył w kierunku przyjaciela.
- Witaj Lou, jak się trzymasz? - zapytał entuzjastycznie irlandczyk.
Na jego twarzy jak zwykle rozciągał się radosny uśmiech - to zabawne, bo podobno to ci najweselsi smucą się najwięcej.
- Bywało lepiej - mruknął szatyn.
Nie chciał być nie miły, ale jego samopoczucie było w wielu sprawach głównym czynnikiem wpływającym na jego życie codzienne - i cóż, ci którzy go znali, dobrze o tym wiedzieli.
- Możemy ruszać? - zapytał ostrożnie.
Louis pokiwał głową.
Może gorąca czekolada umie zdziałać cuda.
~*~
I rzeczywiście umiała.
Louis nareszcie swobodniej rozmawiał z blond przyjacielem, siedzącym po drugiej stronie drewnianego, niewysokiego stolika.
- Więc mówisz, że Liam pogodził się z Dani?! To świetnie! Są wyborną parą, wiesz? - zdradził entuzjastycznie Lou - A co z Zaynem?
Blondyn od razu spiął się, usłyszawszy pytanie. Oczywiście Louis wmówił sobie, że to tylko jego złudzenia, a z ust Nialla wcale nie znika dobrze znany mu uśmiech.
- Emm, on... Chyba zerwał z Perrie? - stwierdził chłopak drapiąc się po karku - Tak, zerwał z Pezz.
Louis zmarszczył brwi w zdezorientowaniu.
- I to cie tak zasmuciło? Przecież nikt nie wróżył im długiego związku.
Tym razem to Niall zmarszczył czoło.
- Wcale nie jestem smutny - zapewnił - Po prostu to ciasto... Nie smakuje mi - wytłumaczył wskazując na wspomnianą słodycz.
Louis zaśmiał się sucho. Niall był jak łatwa do rozczytania otwarta książka - szatyn zawsze go przeglądał.
- Kłamiesz - stwiedził Louis bezpośrednio.
Niall zarumienił się wściekle.
- Nieważne, powiedz lepiej co u Harry'ego? - zapytał szybko, zmieniając temat.
- To trudne - Lou westchnął ocierając swoje zmęczone oczy rękoma - Mam wrażenie, że lekarze wiedzą coś więcej niż z początku zapewniali.
- Jak to?
- Harry jest w śpiączce już od czterech dni, Niall. Lekarze z początku sami ustalili, że to potrwa krócej niż dwie doby - oni chyba sami nie są do końca pewni, co stało się z moją kruszynką.
Louis załamany spojrzał na Nialla, który szybko wysłał mu wyrazy współczucia. Był przeświadczony o sile swojego chłopaka i blondyn widział w jego oczach te szczerą chęć pomocy.
Najgorsze było jednak to, że Lou nie wiedział po prostu jak mógłby tej pomoc udzielić.
~*~
*Mógł być ideałem,
Mógł tworzyć słowa, które mówiły, że go kocha,
Ale czyny szeptały.
A w tej grze to one powinny krzyczeć*
- Nie sądzisz, Harry, że cytowanie Twojej książki jest trochę żałosne? - zapytała wesoło Tay, która wymachując nogami, siedziała na kremowym parapecie w szpitalnej sali lokatego.
Harry tylko mruknął pod nosem kilka nie wyraźnych przekleństw skierowanych w stronę blondynki, po czym podszedł do niej i agresywnie wskazał na drzwi.
- Możesz sobie wyjść, rozumiesz?! - warknął chuchając w dziewczynę gorącym powietrzem.
Taylor zachichotała.
- O złości też coś mam:
*Czasami po prostu wkurzał się,
Kiedy zaprzeczał samemu sobie.
Kiedy wmawiał całemu światu,
Jak bardzo niezobowiązujące jest jego życie.
I najgorsze w tym wszystkim było to,
Że jak zwykle kłamał*
Harry wydał z siebie desperacki, zduszony dźwięk i cisnął nie zapisaną kartką o podłogę. Jego klatka piersiowa falowała groźnie, podczas gdy ręce zaciskały się w piąstki.
- Kłamałem! Masz racje! Edward miał być po prostu moim wzorem i wcale nie jestem z tego dumny!
- Więc co zamierzasz zrobić? - zapytała Taylor podejrzliwie.
Harry krzątał się po pokoju nie spokojny.
- Muszę zniszczyć Edwarda. Muszę... Zniszczyć swoje odbicie, równocześnie nie uszkadzając całego lustra.
*A przeznaczeniu bardzo się to spodobało*
~*~
Taylor uderzyła w Harry'ego zdziwionym spojrzeniem.
- Co masz na myśli? - zapytała zdziwionym tonem domagając się wyjaśnień.
- Muszę zacząć tworzyć historię na własny koszt. Nie mogę brać pod uwagę Edwarda - w prawdziwym życiu, to ja odpowiadam za siebie. Może w mojej książce Ed i William byli skazani na wyobraźnie czytelników, ale teraz... Ja po prostu muszę pisać wszystko na podstawie swoich doświadczeń - wytłumaczył nie spokojnie.
- Więc co zamierzasz zrobić?
Taylor zaciekawiona uniosła brew do góry.
- Być wreszcie szczerym wobec samego siebie i... Louisa.
W tej chwili Harry poczuł silny ból w klatce piersiowej, upadając na podłoge i tracąc dech. Smok jego snu zwładnął nim, sprawiając, że nareszcie poczuł się jak w niebie. Przykrył go swoim skrzydłem na którym zgasły wszystkie gwiazdy, by go nie wybudzić.
Jeszcze na to nie pora.
~*~
Louis przeszedł głęboką zmianę dzięki Harry'emu.
Zaczął wierzyć w siebie i nawet, jeśli nie szczery, lokaty chłopak często kłamał, mówiąc Louisowi, że jest piękny był z tym zgodny całym sobą. Jego kompleksy nie miały już dużego znaczenia i nareszcie to on był najważniejszy.
Zbudował coś, co zwane było wiarą w siebie i swoje poglądy - nie wstydził się tego jaki jest. Los go takim urządził i musiał się z tym pogodzić.
Być może właśnie to było powodem, dla którego Louis nie mógł odpuścić sobie Harry'ego.
*Stał się cenny jak brylant,
twardy jak diament,
piękny jak rubin,
wyrazisty jak szafir,
tajemniczy jak szmaragd
i czysty jak perła.
Stał się po prostu sobą*
Louis ujął dłoń Harry'ego w swoją i pocałował delikatnie jego skroń w geście przywitania. Jego blada jak dotąd cera stała się bardziej wyrazista, a usta - suche i spierzchnięte - malinowe i odznaczające się na jego twarzy. Pogładził ręką jego loczki i uśmiechnął się delikatnie, kiedy poczuł znajome ciepło w podbrzuszu.
- Dlaczego ty tak na mnie działasz? - powiedział dosyć głośno i dopiero teraz uświadomił sobie, jak dawno nie używał swojego głosu.
Lou przejechał palcami po białej pościeli przykrywającej ciało jego chłopaka i cicho westchnął, ukrywając swoją chęć na pocałowanie młodszego.
- Sprawiasz, że chcę Cie dotykać - szepnął.
Pierwszy raz "rozmawiał" z nim tak szczerze.
- Jesteś taki osiągalny, a jednocześnie nie dostępny dla mnie. Jak ty to robisz, Harry? Jak sprawiasz, że tracę głowę tylko dla Ciebie spośród wszystkich ludzi na ziemi? Jak sprawiasz, że szaleje na Twoim punkcie?
Louis poprawił loki opadające na twarz chłopaka, po czym przeciągnął opuszkami palców po jego wargach.
- Jest tyle rzeczy, jakich musimy się o sobie dowiedzieć. Jest tyle nieznanych, jaki kryje przed nami świat... Musimy w końcu znaleźć czas na nasze życie - dla nas. Chcę Cie poznać Harry, bo zaufałem Ci za bardzo, żeby móc to zniszczyć. Jestem gotów krzyczeć dzisiaj do gwiazd, bo wiem, że zwrócą mi Ciebie; muszę tylko je o to poprosić. To nie ma znaczenia, gdzie teraz jesteś - znowu będziesz mój. Nie możesz zostawić mnie samego! Nie możesz, słyszysz?!
Głos Louisa załamał się.
- Przysięgam, że moglibyśmy być nawet niewidzialni! Nie obchodzi mnie świat, wiesz? Gdy wszystko skazane jest na niepowodzenie - mam większą siłe i wolę do walki. Pamiętasz? Nawet ja nie dawałem nam szans, ale teraz już wiem...*Nie zostawiaj mnie samego w tym łóżku: z tymi wszystkimi, pieprzonymi problemami*
Po jego policzkach spływały łzy, kiedy maszyna, do której podpięty był Harry, zawyła, zwołując do sali personel. Kazali natychmiast opuścić Louisowi pomieszczenie, ale ten w zamian miotał się w ich uściskach i krzyczał bardzo głośno. Tak głośno, że nawet gwiazdy słyszały.
- Zaopiekuję się Tobą - musisz dać mi do tego tylko szanse - i kurwa, obudzić się! Słyszysz, wstawaj z te-tego cholernego łóżka!
Szatyn odepchnął od siebie pielęgniarki i wybiegł z sali. Pochwycił swoje włosy, mocno szarpiąc je, tak, jakby mogło to w czymkolwiek pomóc. Wpadł w furię i nie umiał uspokoić samego sobie. Nie umiał dusić w sobie emocji.
Anne w kącie korytarza w obięciach Gemmy czekała na ostateczny werdykt od lekarzy, dotyczący życia jej syna. Nick, ku zdziwieniu Louisa, zaniepokojony rozmawiał z Carą, wymieniając z szatynem krótkie spojrzenia.
Tommo wiedział, że mężczyzna odzyskał już świadomość, ale nie przypuszczał, że będzie w stanie przyjść pod sale lokatego i wspierać jego przyjaciół.
Louis stwierdził, że Harry ma po prostu oddanych znajomych, a Nick na prawdę się o niego martwi, ale w tej chwili na myśl nasuwało mu się pytanie, co tamtej nocy Hazz robił w samochodzie z Grimmym.
Westchnął głośno i oparł się o szklaną szybę dzielącą lokatego od świata zewnętrznego. Poddał się i w pozornym spokoju czekał na informacje o stanie zdrowia jego chłopaka.
W zasadzie możnaby powiedzieć, że Louis był traktowany tu jak intruz. Mama Harry'ego nie przywiązywała się do szatyna, Cara nie traktowała ich poważnie, a Nick całkowicie unikał konfrontacji. A co najdziwniejsze - Louis czuł, że mają ku temu powody.
~*~
Harry powoli uchylił powieki, słysząc głosy nad własną głową, a kiedy światło go poraziło, po raz kolejny przymknął je.
Zmarszczył brwi w zdezorientowaniu i głośno jęknął, czując ból w czaszce.
- Harry, Harry, słyszysz nas? - jeden z lekarzy - jak zdążył zauważyć - machał mu dłonią przed twarzą.
Lokaty delikatnie pokiwał głową, czego zaraz pożałował, bo niesamowity ból rozniósł się po jego ciele.
- Spokojnie, nie ruszaj się - ostrzegł.
Harry w poszukiwaniu znajomej twarzy przemierzył wzrokiem całe pomieszczenie.
Taylor znikła, kiedy doszedł do tego, co zamierza zrobić i lokaty wszystko dokładnie zapamiętał. Zaczynał rozumieć, że to wszystko było tylko snem, ale - cholera - on żyje i ma się dobrze, czy to samo w sobie nie było niezwykłe?
Mógł umrzeć, a jednak nadal żył i miał możliwość dalszego pisania historii. Mógł złapać za pióro i skończyć opowiadanie - mentalnie, w swojej wyobraźni.
- Witamy na tym świecie ponownie, Harry. Napędziłeś nam niezłego stracha, wiesz?
Pierwsza w pomieszczeniu znalazła się Anne i Gemma, witając zażarcie lokatego, który wciąż tkwił w niepewności i nie wiedział gdzie jest Lou. Starał się uśmiechnąć, ale zamiast tego na jego twarzy pojawił się grymas.
- Mimo wszystko musimy przeprowadzić teraz badania, pani Anne - uprzedził doktor. Kobieta pokiwała głową i uspakajając syna wyszła z sali.
Harry bardzo żałował, że nie mógł niczego powiedzieć, bo w tej chwili na prawdę potrzebował Louisa.
Potrzebował skończyć tę opowieść.
Mimo, że Louis martwił się o Harry'ego, rozumiał, że nie mógł go teraz odwiedzić. Anne zapewniła wszystkich zaraz po opuszczeniu pomieszczenia, że widziała lokatego i on żyje; samodzielnie oddycha; ma otwarte oczy i stara się uśmiechać.
Louis szczęśliwy zadzwonił do Nialla, który przekazał najnowszą wiadomość Zaynowi i Liamowi. Wszyscy wyrażali swoje zadowolenie, a to tylko pogłębiało podekscytowanie Louisa.
*Miał nadzieje, że teraz wszystko będzie dobrze... I nawet nie zdawał sobie sprawy, że los nie miał tego w planach*
Kiedy Louis kilka godzin później wchodził do sali lokatego uśmiech nie schodził z jego ust.
Zielone oczy wyłoniły się zza białej pościeli, którą mocno ściskały palce lokatego i spoczęły na Louisie. Zamrugał powiekami w niedowierzaniu, po czym oba kąciki jego ust uniosły się do góry.
- Oh, Harreh - wyszeptał Lou domknąłwszy drzwi. Podszedł do chłopaka i posłał mu ciepły uśmiech - Bałem się o Ciebie.
Harry wyciągnął ręce w stronę Louisa - przez co przypominał przez chwile bezbronne dziecko - a ten wpadł w jego ramiona. Musiał powstrzymać się od głośnego westchnięcia, kiedy jego policzek znalazł się w zagłębieniu szyji lokatego.
- Po raz kolejny sprawiasz, że szaleję - wyszeptał szatyn wprost w jego rozgrzane ciało.
Zdawało się, że Harry zachichotał.
- *Jesteś bliższy niebu, w którym było mi dane być*
Lokaty zarumienił się wściekle.
- Od zawsze wiedziałeś, że ta książka to moja sprawka, prawda? - zapytał ciężko, bo jego głos nie brzmiał jeszcze poprawnie. Miał lekką chrypkę, która wydawała się być bardzo prowokująca, nie uwzględniając oczywiście jego nezbronnego wyglądu teraz.
Tym razem to Louis zachichotał.
- Nie chwaliłeś się tym zbytnio, ale owszem, wiedziałem.
Szatyn przebiegł ręką po loczkach chłopaka, zawijając sobie ich końce na palcach. Westchnął, zaciągając się zapachem Harry'ego i delikatnie przycisnął swoje wargi do jego.
- *Wszystkim, czym oddycham teraz, jesteś ty* - zacytował odważnie Lou, wciąż nie spuszczając wzroku z twarzy ukochanego - *I nie chcę żeby świat nas zobaczył, bo nie sądzę, że oni to zrozumieją*
Harry uśmiechnął się: już dawno wiedział, że Louis jest cholernym romantykiem.
- *Prędzej czy pózniej to się skończy,
Nie chcę tęsknić za Tobą tego wieczoru,
I nie chcę wracać dzisiaj do domu* - mówił Louis.
I tym razem nawet Harry się odezwał.
- *...Gdy wszystko skazane jet na niepowodzenie, chcę tylko, żebyś wiedział kim na prawde jestem*
"Kłamcą i oszustem" dodał w myślach, przeklinając wsystko i wszystkich, a przede wszystkim siebie i to jakim był głupcem.
~*~
Rozdział 19. KLIK PO PRZESŁUCHANIA
Czy każdy kłamca wyznaje kiedyś prawdę?
Harry nie znał odpowiedzi na to pytanie, ale wiedział jedno - jego opowieść musi zawierać ziarenko prawdy. Małe, osiągane pod koniec, ale jednak prawdziwe.
Louis czuł na swojej szyi głęboki oddech lokatego mężczyzny, sprawiający, że szaleje. Dłonie, trzymające go mocno, jakby broniące przed strachem, utratą, wbijały się w jego plecy. Być może oszalał, ale zebrał się na odwagę i dotknął go po raz kolejny.
- Pamiętasz naszą randkę? - zapytał Harry.
Louis zaskoczony spojrzał na niego - Oczywiście!
- Ten pomysł z lustrami był tandetny, prawda? - dodał.
- Dla mnie był genialny. Starałeś się odnaleźć cząstkę mnie, a kiedy już takową masz, nie możesz pozwolić mi o niej zapomnieć. I jak odbicie, widzisz je ty i ja, widzimy je razem, poznajemy się.
Harry uśmiechnął się i złożył na ustach chłopaka długi pocałunek.
Odciągał moment, w którym przyjdzie czas na zwierzenia, na skrywaną prawdę.
*Mogę cie pokochać, gdy mnie obudzisz*
Harry zdecydowanie pokochał Louisa.
~*~
Szatyn szybko wrócił do normalności. Był w stanie szczerze porozmawiać z Jay i Niall'em, który przecież zachowywał się dziwnie w trakcie ich ostatniego spotkania. I jak się okazało Niall po prostu szalał za Perrie, dlatego, gdy dziewczyna rozstała się z Zaynem uznał, że ma u niej szanse. Jednak z drugiej strony była to eks jego kumpla i pracowała jeszcze razem, to też irlandczyk postanowił odpuścić. Wytłumaczył Lou, że to chwilowe zauroczenie i na pewno za kilka tygodni mu przejdzie. Szatyn po prostu mu zaufał i zajął się swoimi sprawami.
Jay bardzo ucieszyła się na wieść, że chłopak jej jedynego syna wraca do zdrowia. Szczęście Louisa było jej szczęściem i tego faktu nie dało się podważyć.
Tommo nadal pracował w swoim ulubionym sklepie modowym z tą samą pasją. Wysłał kilka nowych artykułów do prasy i mimo, że żadne jak zwykle nie zostały przyjęte Louisowi nie było przykro. Wszystko było dziwnie znajome i szatyn nie umiał się nie uśmiechać każdego dnia.
Minęły już trzy dni odkąd Harry nareszcie normalnie się porusza i komunikuje. "Trzy dni" powtarzał Louis. Nareszcie mógł odetchnąć pełną piersią i obudzić się do życia.
*Mogę cie pokochać, gdy mnie obudzisz*
Louis zdecydowanie kochał Harry'ego.
~*~
- Louis! Nareszcie! - Harry niemal zaklaskał w ręce, kiedy jego chłopak wszedł do środka. Niestety, wraz z nim, na jego ramiona spadł ciężar kłamstw.
- Witaj loczku - Lou wesoło przeczesał włosy chłopaka i wręczył mu torbę z przysmakami - Musisz się dobrze odżywiać.
Harry uśmiechnął się wdzięcznie - Racja, jedzenie tutaj jest okropne.
Tommo zaśmiał się i usiadł na krześle obok łóżka chłopaka nie mogąc oderwać od niego wzroku.
- Jesteś piękny, wiesz? - zachichotał.
- Oh, Loueh, nie powinieneś mi tego mówić! Wcale tak nie jest, a poza tym te blizny... - Harry stanowczo zaprzeczył.
Louis w niedowierzaniu uniósł brwi ku górze.
- Daj spokój, one wkrótce znikną. Z resztą dlaczego miałby nie mówić ci, że jesteś cudowny?
Harry zacisnął usta w wąską linie i odwrócił głowę w stronę dużego okna, wpuszczającego do sali naturalne światło. Czy to już był czas na wyznanie prawdy? Harry nie wiedział. Ale kiedy rano Nick był tutaj próbował go przepraszać i także wyznał to, co dręczyło go przed wypadkiem. Lokaty dobrze pamiętał te chwile. Grimmy był wtedy cholernie czuły i romantyczny, co wyjaśniało kim na prawdę był dla niego Harry. Mimo wszystko wyznanie Nicka nie sprawiło, że Stylesowi zrobiło się lżej. Wręcz przeciwnie - było trudniej, bo w tej pokręconej sytuacji ktoś musi mieć złamane serce i Harry bardzo nie chciał, by tym kimś była osoba o imieniu Louis.
Niestety jak na razie wszystko skazane było na nie powodzenie.
- Ja... Nie zasłużyłem na to - wyjąkał. Było już za późno na przeprosiny.
Louis zaśmiał się histerycznie.
- Co? Dlaczego tak sądzisz, Harry? Jesteś najbardziej romantyczną osóbką na tej planecie! W dodatku umiałeś pomóc mi uwierzyć w siebie, co nie udawało się nawet mojej mamie. To co dla mnie robisz jest niezwykłe, bo to ty jesteś niezwykły. Budzę się dla Ciebie, sprawiasz, że jestem lepszym człowiekiem, ty...
- Przestań!
W Harry'm coś pękło.
Louis zdumiony chwycił rękę Harry'ego i zacisnął na niej palce. Delikatnie podniósł ją do góry i musnął swoimi miękkimi ustami zostawiając na niej gorący ślad, który palił Harry'ego od środka. W oczach lokatego pojawiły się łzy.
Nie potrafił trzymać tego w sobie dłużej. Nie potrafił dusić w sobie prawdy, która powoli sprawiała, że umierał.
- To ty jesteś najpiękniejszą osobą na świecie. Wiem, że znamy się krótko i być może czasami nie doceniałem możliwości naszego związku, bo... - Harry zaciął się, kiedy Louis podciągnął nosem i mimo, że miał schyloną głowę, wiedział, że płacze - Nie powinienem pojawiać się w Twoim życiu. Nie zasłużyłem na Twoje serce.
*Dziękuje, że pomogłeś mi odkryć swoje odbicie i dziękuje, że mogłem odkryć Twoje* - Harry cytował prawdopodobnie po raz ostatni.
Louis wyprostował się i gwałtownie wstał. Harry zrobił to samo, mimo, że bardzo bolało go to, co miał teraz zrobić.
*Edward uśmiechnął się do Williama i przygryzając dolną wargą zbliżył się do niego. Planował zrobić coś szalonego, ale wiedział, że się uda*
Louis ze łzami spływającymi po jego policzkach były najgorszym obrazem jaki Harry mógł sobie wyobrazić. Zrobił kilka kroków w przód i głęboko westchnął. Powietrze w pokoju zrobiło się cholernie gęste, a jego wdychanie było nie przyjemne, jakby ktoś wsypywał w gardło lokatego garść gwoździ.
- Dlaczego nie możesz po prostu powiedzieć, że mnie kochasz?! - warknął Louis - Dlaczego nie możesz mnie pokochać!?
*Ed pocałował Williama z głębokim uczuciem zapisanym w żyłach. Jego tętno przyspieszyło, bo robili to po raz pierwszy i to było najlepsze z możliwych uczuć na ziemi. To był początek*
- Zdradziłem Cie z Nickiem - wyjąkał Harry, a Louis poczuł jak uginają się pod nim kolana - I... Wtedy jak jechaliśmy tym cholernym samochodem miałem... Miałem zrobić to ponownie.
Louis zacisnął mocno powieki, czując zbierające się pod nimi nowe łzy. Moralnie upadał właśnie prosto na twarz, w rzeczywistości jednak stał tam, podtrzymując się szafki i patrząc głęboko w oczy Harry'ego.
- Zanim odejdziesz... - zaczął Harry - pozwól mi Cie pocałować.
Fundament zaufania i miłości na jakim Louis zbudował swoje dotychczasowe życie z Harry'm, właśnie kruszył się. Szatyn nie mógł zrobić niczego innego jak podejść do drzwi i uciec.
Ten związek był pomyłką.Nie chciał nawet wiedzieć twarzy Harry'ego. W tej chwili żałował, że tak cholernie kocha tego człowieka - żałował, że jego serce uzależniło się od niego.
- Nie, Harry - zaprzeczył gorzko mimo, że sam tego nie chciał.
Najgorsze scenariusze Louisa okazały się być prawdą. Gorące słowa Harry'ego były tylko kłamstwem - Louis nie był tym jedynym.
Harry po prostu namieszał w jego głowie i za każdym razem kiedy był u jego boku, Louis tracił rozum.
*To był koniec*
Louis nie umiał wybaczać.
Harry dopiero jak pozwolił mu odejść zrozumiał jak bardzo go kocha. Zrozumiał jak bardzo potrzebny jest mu Louis. Zrozumiał, że jest jego tlenem i nie może bez niego żyć.
Cały czas powtarzał, że się zmieni. Pamiętał - obiecywał Lou, że nigdy nie będzie przez niego płakać, obiecywał, że będzie szczęśliwy, bo *jeżeli teraz nie uratują siebie, nikt tego nie zrobi*
*Oddałby wieczność, żeby mieć jeszcze chwilę na wyjaśnienia.
Bo wszystkim czym oddychał teraz był on*
Kochał go jak letnie poranki i śpiewające podczas nich ptaki. Jak niebieskie fale na bezkresnym morzu, które przypominały jego oczy. Bardziej niż pisanie tych przeklętych historii.
Ale Harry pozwolił mu odejść, bo tak było bezpieczniej dla nich oby dwóch.
*Nareszcie wiedział kim on tak na prawdę jest*
Kłamcą i oszustem.
*Wiesz dlaczego gwiazdy spadają?
One tak jak ludzie czasami poddają się,
spadają, bo nie można ich już uratować,
innym dostarczają tym wiele radości, ale w głębi duszy wiemy, że ktoś może przeżywać przez to swój mały koniec świata,
Ludzie mają lepiej, bo ich można załapać i pomóc,
jednak, gdy nie zdążymy tego zrobić, upadną i nikt ich nie uratuje,
a my będziemy mogli wtedy tylko żałować.*
~*~
Epilog.
Najpierw pragnę wam cieplutko podziękować za komentarze i... Może pocieszę was epilogiem, hm?
Każda historia ma swój koniec, ale nie obawiajcie się (jeśli wgl to kiedykolwiek robiliście) - nie skończe pisać. Tym razem pojawią się zapowiedzi. Tym razem będzie coś do wyboru z Banielem (janoskians), dlatego serdecznie was zapraszam.
Mam nadzieję, że to, iż opowiadanie się kończy nie oznacza, że mnie zostawicie, prawda? Kocham was mocno! Enjoy!
~*~
Książka była tylko pretekstem do stworzenia nowej, gorszej w skutkach historii. Harry nie miał pojęcia, że wszystkie jego słowa mogą zostać wykorzystane przeciwko niemu. Gdy pakował się w ten związek w ogóle nie traktował go poważnie. Prawda była bolesna, ale Louis miał być dla niego tylko nową zabawką.
Najzabawniejszą rolę w tej historii spełniał los i przeznaczenie - oby dwoje grali w jednej drużynie i bawili się sprawami Lou i Harry'ego.
A to wcale nie oznaczało zawsze najgorszego.
Los tak pokierował ich historią, że w szybkim czasie znaleźli uczucie, które ich łączyło - bądź miało łączyć. Uzależnił ich serca od gorących warg i soczystych pocałunków; od chwil spędzonych razem i niezastąpionych palpitacji serca, podczas najkrótszego spojrzenia.
Ale czy to jego wina? On tylko cytował książkę Harry'ego - to lokaty za to odpowiadał, to do niego można było kierować wszystkie skargi i zażalenie.
Lecz w tej miłości nie było miejsca na reklamacje. To co wydarzyło się było cząstką historii.
Jak na ironie Harry dopiero dzięki właśnie niej poznał prawdziwe przesłanie swojej książki.
*Odbicie zatrzymujące w sobie każdą chwile.
Odbicie, którego nie omylę.
Odbicie zatrzymujące czas.
Odbicie zatrzymujące nas*
Cytaty nie były tu bez znaczenia. Przedstawiały każdą chwile w znaczeniu głębokiej opowieści Harry'ego - jego własny, życiowy scenariusz w bardziej poetyckim opakowaniu. Louis stał się jego częścią już w czasie pierwszego spotkania... A nawet wcześniej.
*Czasami początek oznacza koniec.
Czasami koniec oznacza początek*
W czasie pierwszego spotkania cytowałam końcowy fragment opowieści Harry'ego - kiedy Edward i William pokłócili się. Dla chłopków był to dopiero początek, oznaczający koniec.
Nie trudno się domyślić, że pod koniec historii, w czasie rozstania Harry'ego i Louisa, cytowałam początek - właściwie nie bez powodu.
*Bo ten koniec oznaczał początek*
Louis nigdy nie znajdzie kogoś takiego jak Harry.
Harry nigdy nie znajdzie kogoś takiego jak Louis.
Szatyn był niedostrzegalny; nie zauważalny. Nikt nigdy nie zwrócił na niego uwagi, na tyle, na ile mogło to jego dowartościować. Był wyjątkowy, ale nikt nigdy mu temu nie mówił, co zmienił lokaty. Niestety, przez to, że Harry potraktował go jak wszystkich innych, Louis po prostu przestał w to wierzyć.
Stracił nadzieje, że jest na tyle dobry, by kogoś zainteresować, bo na prawdę chciał wierzyć, że Harry'emu nie chodziło tylko o jego dupę.
Harry był kłamcą, lecz w jego sercu kryła się też urocza osoba, która bez wątpienia przy Louisie miała prawo do wychylenia się, a kto wie, może nawet do wyjścia.
Nie oszukujmy się - szatyn był jedynym, kogo Harry potrzebował. Kochał go bardzo mocno i nie mógł tego wyjaśnić.
Louis zbudował dom na fundamencie silnej, ślepej miłości. Można było strzelać do niego z karabinu, niszczyć ładunkami wybuchowymi, albo próbować zburzyć, ale on - wypełniony po brzegi miłością - dał rade to przetrwać.
Louis czuł to w sobie. Pod jego szaleńczo bijącym sercem znajdował się domek z lego - pozornie słaby, lecz na prawdę silny.
Żaden z nich nie miał siły, by walczyć i kończyć. Byli zbyt silni, by przestać i zbyt słabi by zacząć. Potrzebowali siebie - jak kwiat wody, istota tlenu czy narkoman narkotyku.
Przeznaczenie mocno namieszało w ich życiu i możecie mi wierzyć - zrobi to jeszcze nie raz.
Bo przeznaczenie wiedziało, że ich historia nie zakończy się w ten sposób...
Rozdział 14.
Harry nie wiedząc dlaczego po raz kolejny posłuchał głosu swojego serca i od razu udał się do Louisa.
Uzupełniał go. Zawsze pokazywał jego prawdziwe oblicze - niczym zwierciadło, odbicie, *lustro*. Być może teraz również zauważyłby te różnice, których nie dostrzegał wcześniej.
Pukając do drzwi nie czuł zdenerwowania czy tremy. Był przeświadczony, że poczucie winy nie będzie zżerało go od środka, co miało ułatwić sprawę, prawda? Miał nie skupiać się na niewinności Louisa, jego delikatnych rysach twarzy, malutkich dłoniach i drobnym ciałku. Miał zapomnieć i nie przyznawać się do tego, co od kilku godzin zaprzętało jego głowę.
Ale prawdziwy anioł stojący u progu mógł pokrzyżować wszystko.
Był tam, razem ze swoimi perfekcyjnymi włosami w nie ładzie i delikatnym zarostem na twarzy. Jego ciało, a w zasadzie tylko część, okrywały bokserki Top Man'a i Harry stwierdził, że to wcale nie pomagało.
Louis mógłby stać nawet na środku zatłoczonej ulicy w centrum Londynu, delikatnie zagłuszany przez gmach i smog, ale Harry i tak dostrzegłby go. Był jak lustro, które prześladowało go i za każdym razem pozwalało odkryć prawdę o samym sobie.
- Oh, Harreh, wyglądasz okropnie - Louis zmarszczył brwi wciągając lokatego do mieszkania.
- Dzięki - odpowiedział sarkastycznie Harry, po czym rozebrawszy się, wszedł do salonu. Louis w mgnieniu oka postawił wodę na kawę, krzątając się po kuchni.
Harry obserwował go z uśmiechem na twarzy. Przy Lou wszystko, zawsze układało się. Mógłby powiedzieć nawet, że od dłuższego czasu to on wkładał na jego głowę wianeczek pleciony z przepięknych, ciepłych słówek i sprawia, że się uśmiecha.
- Idę się przebrać i zaraz wracam - zakomunikował Lou.
Harry uśmiechnawszy się pokiwał głową.
*Poczekam na Ciebie, nawet, jeśli miałoby trwać to wieczność.
Bo to jest właśnie miłość,
której nie dostrzegałem wcześniej*
Przez kilka następnych godzin Harry lojalnie mógł stwierdzić, że zgrzeszył zdradzając Louisa.
Pomiędzy jego niewinnością a sarkastycznym sposobem bycia, była cienka granica, którą łatwo było przekroczyć. Właśnie dlatego Harry widział siebie w jego zachowaniu. Zazwyczaj to lokaty wydawał się być niebezpieczny na swój niewinny sposób, prawda?
Louis był jego lustrem.
A kiedy lustro się rozbije, czeka nas nieszczęście.
*Nieszczęście*
- Oh, Harry, dzwonił do mnie Nick, pytał czy mamy ochotę spotkać się z nim. - zakomunikował Louis ześlizgując się z kolan chłopaka.
Harry momentalnie pobladł.
- Jaa.. Jak to Nick? - wyjąkał onieśmielony.
Louis zaśmiał się cholernie uroczo i uszczypnął lokatego w bok.
- Dałem mu wczoraj swój numer, a dzisiaj rano do mnie zatelefonował.
Harry spiął się i wstał z kanapy.
- Muszę już iść, Lou. Spotkamy się później, dobrze?
Harry w panice przeczesał swoje loczki. Louis obserwował go spod przymróżonych oczu, starając się wyjaśnić samemu sobie zaistniałą sytuacje.
Zachowanie Harry'ego był co najmniej dziwne. Nawet jak na niego.
Zarejestrował jeszcze jak lokaty ubiera kurtke i w pośpiechu wychodzi z mieszkania.
*Nieszczęście*
Harry dobrze wiedział co Grimshaw planował. To na pewno nie było przypadkiem, że - o zgrozo - jeszcze skacowany Nick zadzwonił do jego chłopaka z samego rana. Na razie nie wiedział w co on się bawi, ale był pewien, że swoim zachowaniem chciał doprowadzić do katastrofy, lub - co najmniej - lekkiego zawału w przypadku Harry'ego.
Styles nie czekał ani chwili dłużej. Pozostawił Louisa w pustym mieszkaniu i natychmiastowo zamówił taksówkę, która dowiozła go pod apartament prezentera. Był pewien, że teraz wyjaśnią sobie kilka spraw.
- No dalej, otwieraj.
*Nieszczęście*
Harry po raz kolejny nacisnął na dzwonek wywołujący denerwując sygnał. Ścisnął nasadę nosa i przymknął ciężko oczy, kiedy drzwi nareszcie otowrzyły się. Nick z umiechem wpatrywał się w Harry'ego.
- Chyba musimy pogadać - zakomunikował szorstko Harry wpraszając się do środka.
Nick zaśmiał się nerwowo zwracając tym samym uwagę lokatego.
- Nie sądziłem, że po tej nocy będziemy rozmawiać tak sztywno - wytłumaczył.
Tym razem to Harry zaśmiał się dźwięcznie.
- Zawsze byłeś sztywny.
Nick wyczuł podtekst w stwierdzeniu Harry'ego, ale nie skomentował go. Wiedział, że tyczy się wczorajszego wieczoru i tego jak jego ciało reagowało na zielonookiego. Zacisnął usta w wąską linie i przytaknął.
- W co ty grasz Grimmy? - zapytał wreszcie Hazz.
Ich spojrzenia spotkały się. Oby dwóch zalała fala zdespreowania i ciekawości.
Grimshaw w pierwszym momencie chciał podejść do Harry'ego, spojrzeć mu prosto w oczy i wyznać długo skrywaną prawdę, ale wiedział, że byłoby to ryzykowne. Zgodnie ustalili kiedyś zasady swojej znajomości - Nick nie miał prawa ich złamać.
*Nieszczęście*
- O co ci chodzi, Harry?
- Nie udawaj Grimshaw. Dlaczego chcesz spotkać się z Lou?
Harry westchnął po czym powoli przybliżył się do bruneta i delikatnie zmrużył oczy.
- Ja ci to zrobiłem? - lokaty wskazał na malinke w okolicy szczęki przyjaciela.
Oczy Nicka delikatnie zabłysy przejawiając w sobie odrobine opiekuńczości i słabości. Harry musnął koniuszkami palcy ciemny ślad i oddalił się nieznacznie.
- Nie możemy... Nie możemy nikomu powiedzieć, ok? Zapomnij o tym.
Tym razem to Nick westchnął i wyszedł z korytarza. Musiał przysiąść na białej sofie i odetchnąć na chwile. Jego serce biło nierównomiernie i jedyne co mógł teraz zrobić to zamknięcie się w czterech ścianach.
- Nick, ja mówie poważnie. Louis nie może się dowiedzieć. Nie spotykaj się z nim, ok? Kiedyś rozumiałeś jakie są zasady szybkiego seksu po pijanemu.
Harry nadal podtrzymywał swoje stanowisko. Nadal uważał, że przyjacielski seks zostaje tylko między przyjaciółmi.
*Nieszczęście*
- Ty nic nie rozumiesz. - westchnął w końcu Nick.
Harry spojrzał na niego spod byka.
- To może łaskawie mi wytłumaczysz?
Grimshaw wstał z kanapy i podszedł do zdrętwiałego chłopaka. Przejechał palcem po jego ramieniu aż do dłoni, którą delikatnie chwycił. Rozmasował swoimi palcami wystające kostki zielonookiego.
Harry nadal nie mógł zrozumieć o co chodzi brunetowi.
- Um, Nick?
- Shh...
Harry uniósł jedną brew ku górze, gdy mężczyzna przytulił go od tyłu i położył swoją głowę na jego ramieniu. Natychmiast odwrócił się w strone brązowookiego.
- Posłuchaj mnie, Nick. Ja... Ja chce traktować Louisa poważnie, nie mogę go zdradzać. Ty, jako kumpel, powinieneś to zrozumieć.
Harry odsunął się od przyjaciela po czym schwycił skrawek swojej koszulki i poprawił ją. Zagryzł niewinnie wargę i pokiwał głową na znak, że Nick musi w końcu zacząć mówić.
*Nieszczęście*
- Możesz pójść ze mną na kolacje, Harry? Wyjaśnie Ci wszystko i...
- Proponujesz mi randkę?
- Proszę, daj mi te szanse na wyjaśnienie, ok? Proszę, Hazz.
Lokaty westchnął.
- Kolacja to nie zdrada, prawda?
Nick zaśmiał się sucho.
- W takim razie jedźmy nawet teraz.
*Nieszczęście*
Grimmy preferował szybką jazde. To coś sprawiało, że jego żyły gwałtownie zawężały się a serce przyspieszało. Jego samochód zawsze był czymś więcej niż tylko pojazdem. Harry podziwiał sposób w jaki prowadzi i szczerze powiedziawszy to nie umknęło uwadze starszemu.
- Podoba Ci się, prawda?
Harry pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.
*Nieszczęście*
Nick wrzucił wyższy bieg i wyraźnie przyspieszył - jeśli to w ogóle było możliwe. Ręce zaczęły mu drżeć, a koła na śliskiej powierzchni jeszcze bardziej wariowały.
- Dokąd mnie wieziesz?
- Do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Nasz przyjaźń, Hazz.
*Nieszczęście*
Harry przymknął ciężko oczy czując chłodne powietrze na swojej twarzy. Zaraz... Skąd ono w ogóle się tam wzięło?
- Nick, chyba przypadkowo otowrzyłem okno - stwierdził Hazz oglądając kolorowe przyciski pod swoim łokciem.
*Nieszczęście*
Nick zaśmiał się po czym odrywając jedną ręke od kierownicy sięgnął do jednego z przycisków starając się wskazać Harry'emu poprawny. Nie zauważył jednak, że śnieg natychmiastowo ściągnął koła pojazdu na pobocze.
*Nieszczęście*
- Kurwa! Drzewo, Nick uważaj! - zdołał krzyknąć Harry zanim samochód całkowicie nie zawył dając tym samym znak o braku zasilania.
*Nieszczęście*
~*~
Rozdział 15.
Louis nie mógł powstrzymać głośnego westchnięcia, kiedy telefon w jego kieszeni po raz kolejny zadzwonił. Był pewien, że to Harry próbuje przeprosić go za swoje dziwne zachowanie ale nie miał ochoty odbierać.
- Nie sprawdzisz chociaż kto dzwoni? - zapytała Jay, u której przebywał obecnie Louis.
Chłopak jęknął ciężko i wyciągnął aparat z kieszeni. Na prawdę nie miał ochoty rozmawiać ze Stylesem, jednak jego telefony zaczynały go denerwować.
O dziwo, na ekranie komórki wyświetlał się nieznany mu numer.
Szatyn nacisnął zieloną słuchawkę w ferworze słysząc głos roztrzęsionej Rity. Dziewczyna przez chwile jąkała się, starając przedstawić, co niestety jej nie wychodziło. Louis nie kłopocząc się z zasadami dobrego wychowania przerwał jej i kazał natychmiast powiedzieć co z Harry'm. To o niego chodziło, prawda?
- Ja, uh - my, uznaliśmy, że powinieneś wiedzieć - zaznaczyła na wstępie.
Louis pobladł na twarzy i wyszedł z pokoju zostawiając zdziwioną rodzicielkę w salonie.
- W takim razie mów, Rita - zachęcił.
- Harry... Harry i Nick mieli wypadek.
Louis zacisnął telefon w swojej ręcę i osunął się po ścianie. Mógł usłyszeć swój szalenie szybki oddech i przez chwile zastanawiał się czy przyadkiem nie ma zawału.
- Co?
Nie był w stanie wydusić z siebie niczego więcej. W zasadzie nie mógł nawet poprawnie oddychać. Miał nadzieję, że to jakiś beznadziejny, wcale nie śmieszny żart.
- Louis, ja wiem, że to trudne - zaczęła ze stoickim spokojem Rita po drugiej stronie telefonu - ale uważam, że powinnieneś wiedzieć, jako jego chłopak... Z Harry'm nie jest dobrze.
Louis wybuchł niepochamowanym, niemym płaczem. Łzy znalazły ujście z jego oczu przez policzki aż do nie przyjemnie rozgrzanej szyji.
- Szpital za Breaking Street.* Przyjedziesz?
Louis żałośnie wrzasnął do telefonu i rzucił nim o ścianę wkładając w to tyle siłe, ile tylko mógł. Aparat roztrzaskał się na kilka kawałków, wywołując przy tym spory huk, co sprawiło, że Anne znalazła się w pokoju. Z niepokojem wypisanym na twarzy spojrzała na zapłakanego chłopaka.
- Mamo, musisz zawieść mnie do sziptala - wyjąkał krztusząc się łzami.
Jay przerażona podniosła Louisa z podłogi i podała kurtkę, kiedy ten w panice wychodził z mieszkania. I szczerze? Louis czuł jakby cała wieczność toczyła się przed jego oczami. Droga do szpitala zajmowała na prawdę chwilę, ale czekając na coś zawsze tracimy poczucie czasu i zdaje nam się, że coś trwa krócej lub dłużej. W przypadku Louisa zdecydowanie zachowano drugą opcje.
- Powiesz mi co się stało? - spytała Jay.
Louis drżącą ręką przetarł mokre od płaczu oczy.
- Harry miał wypadek.
Tęczówki Jay zabłyszczały z przerażenia. Rzeczywiście, wiedziała, że jej syn od dwóch tygodni był z nim, ale nie sądziła, iż tak szybko przywiązał się. Co prawda, zawsze taki był i Jay zaczęła zauważać, że to wcale nie jest jego pozytywną cechą.
Bała się o niego. Nie chciała, żeby ktoś po raz kolejny zranił Louisa.
- Nie chcesz o tym rozmawiać, prawda?
Lou pokręcił szybko głową tamując łzy. W tej chwili modlił się do wszystkich bogów jakich znał o zdrowie dla jego małego promyczka nadzieji, któremu nie chciał pozwolić zgasnąć.
~*~
- Chcę tam wejść sam, mamo - powiedział szatyn otwierając drzwi do ogromnego, nowoczesnego budynku.
Brunetka pokiwała szybko głową i wskazała Louisowi drogę do recepcji. Rozumiała go i miała świadomość, że rodzina Harry'ego jej nie znała. I zapewne nie chcieli zrobić tego w takich okolicznościach.
Louis westchnął ciężko i zapytał o numer sali w której znajduje się Harry. Niestety, recepcjonistka nie mogła podać takich informacji osobie, która nie była rodziną poszkodowanego. Lou podkrążonymi oczyma błagalnie spojrzał na kobiete.
- Louis?
Rita zjawiła się obok Lou, ciągnąc go za rękaw czarnej bluzy. Szatyn natychmiast ruszył za dziewczyną błagając w duchu, aby nie przybył za późno.
- Co z nim?
Louis wyszeptał cicho, kiedy windą wyjeżdżali na czwarte piętro. Blondynka westchnęła ciężko i niebieskooki słyszał jak jej oddech drży. Na prawde obawiał się najgorszego.
- Nie dobrze, Louis.
Tommo zaklnął pod nosem i uderzył rękoma w metalową ścianę. Żadne słowa nie mogły opisać jak źle się teraz czuje.
Ta historia była za krótka na zakończenie jej. Atrament w piórze mógł zostać wypisany, ale oni we dwoje znaleźliby rozwiązanie. Pokonaliby wszystko, jeśli to byłoby konieczne.
Bo Harry kochał Louisa i Louis kochał Harry'ego.
I oby dwoje byli wobec siebie szczerzy.
I nikt nikogo *nie* zdradził.
Louis nie chciał nawet myśleć o fatalnych scenariuszach, kiedy pod salą zobaczył grono osób czekających na wiadomości o stanie zdrowia przyjaciół. Kobieta po czterdziestce - Anne - matka Stylesa szybko zauważyła chłopaka swojego syna i zawołała do siebie. Nie tak wyobrażali sobie pierwsze spotkanie, ale żadne z nich nie miało odwagi narzekać.
- Miło mi panią poznać, wiadomo co z Harry'm?
Szatyn uśmiechnął się nerwowo i przejechał niezręcznie palcami po swoim ramieniu. Anne pokrzepiająco poklepała go po plecach.
- Harry to silny chłopak.
Louis to wiedział - i do cholery, czy w tym szpitalu był ktokolwiek kto znał jakieś konkrety?!
- Rozumiem, a Nick?
To pytanie było raczej kwestią dobrego wychowania. Oczywiście, to nie tak, że nie obchodził go Grimmy, ale w tym momencie ważniejszy był dla niego Harry.
- Jest przytomny. Wjechali w drzewo z lewej strony, co oznacza, że Harry ucierpiał najbardziej.
Głos brunetki załamał się. Louis mógł przysiąc, że w tej chwili nienawidzi całego świata a w szczególności siebie. Dlaczego nie zatrzymał lokatego, kiedy wychodził? I co do cholery Harry robił w samochodzie z Nickiem?!
Kiedy lekarz wzywał do siebie Anne Louis czekał na werdykt jak głupiec. Przygryzając mocno wargi, wmawiał sobie, że wszystko będzie dobrze, a jeśli Harry to przeżyje z pewnością napisze o tym książke. Niebieskooki zaśmiał się cicho. To byłoby w stylu lokatego.
U jego boku siedziała Rita z Gemmą. Jakiś czas temu widział też Care i Matta, którzy teraz poszli do Nicka. Zaczynał się poważnie martwić, bo żadna z dziewczyn nie dawała znaku życia. Jedyną nadzieją był teraz wedykt lekarza.
Louis zdawał sobie sprawę, że jeśli Harry nie przeżyje to wszystko ulegnie dużej zmianie. Zdawał sobie sprawę, że za szybko przywiązał się do tego chłopaka i to wcale nie był dobre. Nie wiedział tylko o kilku innych sprawach, które usłyszane przez niego prawdopodobnie sprawiłyby że nie siedziałby tutaj. Ale to nie miało teraz znaczenia.
Anne zapłakana bardziej niż poprzednio wyszła z gabinetu doktora. Louis czuł jak nogi uginają się pod nim. Natychm iast podszedł do Anne podtrzymując się prawą ręką kremowej ściany.
Cholera.
Louis na prawdę nie chciał zobaczyć w oczach Anne tej pieprzonej pustki!
- Harry jest w śpiączce.
Szatyn chwycił swoją głowę w oby dwie ręcę i zapłakał żałośnie. Co miał teraz zrobić? MYśli kłębiły się w jego głowie, napierając na czaszkę, co sprawiało, że odczuwał ból.Jego wzrok natychmiast powędrował na Anne.
- Miał poważne wstrząśnienie mózgu, jego żebra są złamane, a czaszka potłuczona.
Tomlinson zaklnął po nosem. I pomyśleć, że cały jego świat mógł zawalić się przez jedno, pieprzone drzewo i za dużą prędkość.
- Możesz do niego wejść jako pierwszy - wyszeptała.
Louis otworzył szeroko oczy.
- A co z panią...?
- Słuchaj, Louis, nie znam Cie, ale jeszcze nigdy nie widziałam osoby, która tak mocno martwiłaby się o mojego syna - wytłumaczyła ze wzruszeniem, po czym wskazując mu drzwi dodała ciszej - Zaopiekuj się nim, potrzebuje cie.
- Zaopiekuję, obiecuję.
~*~
Louis czuł potrzebę wtulenia się w idealne ciało lokatego, ale bał się, że jakikolwiek, najmniejszy ruch mógł wywołać u niego ból. Zdawało się, że tylko śpi, ale Louis wiedział, że tak nie jest. To nawet nie było jak sen. Harry był świadomy - Louis to wiedział. Mógł wyobrazić sobie ten delikatny uśmiech wkradający się na usta lokatego, kiedy tylko widzi Louisa. I ciche szepty uwielbienia skierowane w osobę szatyna. Duże dłonie głaskające jego zapadnięte policzki. Te oczy, zielone od nadmiaru pożądania, przepełnione radością, wpatrujące się w jego.
- Harry, kochanie, obudź się kiedy tylko chcesz, ale nie trzymaj nas za długo w nie pewności dobrze? - wyszeptał łagodnie Louis i przejechał palcami po wargach chłopaka.
Louis nie zdawał sobie sprawy z kłamstw Harry'ego. Niewinnego, lokatego chłopca z uroczym uśmiechem, który potrafił całować jak szalony. Nie wiedział praktycznie o niczym. W zasadzie mogli zrzucić całą winę na czas. Wszystko działo się za szybko, czas od początku był ich wrogiem i nawet przeznaczenie nie mogło im pomóc.
Teraz, kiedy Harry był w śpiączce wszystko będzie się przeciągać. Louis czuł, że wieczność nie będzie już dla niego obca. Czuł, że nie powinien budować swojego życia na fundamencie miłości, przywiązania i zaufania, bo to zawsze kończy się fatalnie.
Ponieważ gdy zasypiasz na bardzo długo, wiele spraw pozostaje nie rozwiązanych.
~*~
~*~
"Piękna blondynka, o niesłychanie porażających, niebieskich oczach nachyliła się nad łóżkiem Harry'ego. Delikatnie dotknęła dłonią jego bladego policzka, po czym kilka razy wyszeptała jego imię. Nie musiała długo czekać, na to, aż Harry podniesie swoje powiek i będzie próbował przyzwyczaić się do światła panującego w pomieszczeniu. Chwile później zdezorientowany lokaty siedział już na brzegu łóżka.
Dlaczego więc do cholery nadal widział siebie leżącego w białej pościeli?!
- Witaj Harry - powiedziała nieznajoma.
Chłopak zakłopotany podrapał się po karku -Emm... Cześć?
Blondynka uśmiechnęła się ukazując rządek swoich białych zębów i Harry mógł przysiąc, że pokój pojaśniał w tym momencie.
- Pewnie zastanawiasz się co się dzieje - stwierdziła uprzejmie kobieta - Mam na imię Taylor.
Harry zakłopotany rozejrzał się dookoła, dostrzegając nagle Louisa, który w skupieniu obserwował białą pościel, kryjącą w sobie lokatego.
Oh, tak, pomyślał Harry, zapomniałem o samym sobie.
Taylor uśmiechnęła się i odpowiedziała na nie zadane pytanie lokatego. Zupełnie tak, jakby umiała czytać w myślach.
- Duchem jesteś przy mnie, ale Twoje ciało jest na ziemi - wyjaśniła.
- Jak to?
Harry zdawał się niczego nie rozumieć. Bóg jeden wie, czy pamiętał sam feralny wypadek.
- Jesteś w śpiączce, a to kiedy się wybudzisz zależy tylko od Ciebie i problemów, jakie musisz rozwiązać.
Lokaty zaśmiał się nerwowo.
- Dobry żart - skomentował.
- Mówie całkowicie poważnie, przemyśl to - powiedziała z powagą.
Harry tylko kiwnął głową w przerażeniu i wstał z materaca. Nie czuł nieprzyjemnie zimnej podłogi położonej w pomieszczeniu, co było dziwne, ale przyjemne i Harry przez chwile pomyślał, że może nadal śni. Podszedł do Louisa i delikatnie dotknął jego ramienia, starając się zwrócić na siebie uwagę. Niestety, ten jakby w ogóle niczego nie poczuł.
- Oni Cie nie widzą, Harry. Jesteś tylko duchem - szepnęła blondynka.
Jeśli Harry miałby być szczery - Talor zaczynała go denerwować. Bez przerwy tłumaczyła mu wszystko, jak małemu dziecku z niedorozwojem.
- Kim ty właściwie jesteś?! - warknął nagle.
Blondynka obdarzyła go niebieskim, łagodnym spojrzeniem.
- Twoim przewodnikiem duchowym. Prościej mówiąc - jestem aniołem, Harry.
Harry musiał powstrzymać cichy chichot. Uznałby to za dobry żart, gdyby nie fakt, że to sen, lecz na jawie. Wiedział, że ludzie w śpiączce miewają różne przygody, ale nigdy nie sądził, że przeżyje coś podobnego i w dodatku od tego, jak zachowa się będzie zależeć jego zdrowie.
- Wiem, że to sen, ale, kurwa, na prawdę nie obudze się, jeśli nie rozwiąże swoich spraw? - zapytał w końcu, całkowicie ulegając - Co mam robić?
Taylor uśmiechnęła się zwycięsko.
- *Mały, spokojny, nie oczekuje od innych wojny,
Kocha, poczeka, aż zrozumie wszystko jego pociecha,
Nie wie o niczym, wciąż zakochany,
Jakie życie wiedzie jego chłopak wybrany*
Harry zdezorientowany spojrzał w biały sufity, który nagle stał się tak cholernie interesujący. Słowa zawsze opisywały co czuł. Kochał je i uważał za najcudowniejszą formę okazywania emocji skrytych głęboko w sercu. Dlaczego teraz odczuwa niewyobrażalne upokorzenie, gdy ktoś mówi do niego, używając cytatów z tej cholernej, przeterminowanej książki, która już na początku wszystko skomplikowała? Dlaczego w ogóle napisał to gówno?!
- Gówno prawda - warknął gwałtownie wstając, by udać się w stronę balkonu.
- Twoja książka jest odzwierciedleniem Twojego życia, musisz to zrozumieć. To, co wymyśliłeś kilka lat temu, teraz zostaje napisane jeszcze raz - w Twojej duszy, sercu, prawdziwym i niepowtarzalnym życiu. - zapewniła Tay podążając za lokatym.
- Jakim cudem!? Jak do cholery!? - krzyknął po raz kolejny - Przecież moja książka skończyła się...
I w tym momencie Harry zamarł niemrawo poruszając powiekami.
Jego książka nie miała zakończenia.
- Teraz ty musisz pisać jej część, Harry - podpowiedziała Taylor dokładnie badając jego rekacje - Co zrobiłby Edward...? - ciągnęła - Jak zachowałby się William? Jak zakończysz ich historię?
- Mam zrobić cokolwiek?
Harry spojrzał w stronę blondynki, która dotychczas nie robiła swoją obecnością na niego żadnego wrażenia.
- Nie, Harry. Musisz wybrać coś, co będzie dobre dla was obojga.
I jak na potwierdzenie swoich słów spojrzała na załamanego Louisa"
~*~
Szatyn w rozpaczy próbował skupić się na swojej pracy, niż na psychicznym wykończeniu. Doradzał właśnie Carze jaką bluzke może kupić, aby dobrze wypaść na castingu, nie chętnie rozmawiając też o śpiączce Harry'ego. Blondynka szybko zauważyła, że Louis miał podły humor - i bardzo dobrze go rozumiała, bo ona również głupio czuła się chodząc na przesłuchania do reklam, gdy jej własny przyjaciel leżał w szpitalu, nie skłony do żadnego, najmniejszego ruchu.
- Nie wiesz co Harry robił w samochodzie z Nickiem? - zapytał szatyn marszcząc brwi. Już wcześniej zastanawiał się nad tym, ale jakoś nie było okazi porozmawiać o tym z nikim.
- Niestety, Lou. Policja ustaliła tylko, że jechali za miasto, co pokazane było w GPSie w samochodzie.
Louis zdenerwowany podszedł do dziewczyny i pokazał jej - jego zdaniem - odpowiednią na taką okazję bluzkę.
Cały dzień minął mu zaskakująco szybko i był pewien, że gdy tylko po powrocie do domu, kiedy się wyśpi, odwiedzi Harry'ego.
~*~
"Harry po raz kolejny usiłował skupić się nad rozwiązaniem dalszej historii. Co prawda, Taylor cały czas podpowiadała mu, że owe zakończenie ma być dobre dla ich obojga, ale lokaty cały czas uważał, że powinno być ono po prostu rozwiązaniem problemu. Przecież mógł zachować zdradę dla siebie i nikt nie zorientowałby się, że takowa w ogóle miała miejsce, prawda? Nick... Nick byłby całkowitą i odległą przeszłością, a Harry zapomniałby o nim! Jednak, kiedy tylko wspominał Taylor o tym pomyśle ta uśmiechała się na swój anielski sposób i kręciła głową. Widocznie to nie było dobre rozwiązanie.
- Taylor, czy mogę... Mogę zobaczyć Louisa? - zapytał w końcu lokaty.
Blondynka pokiwała głową i chwyciła jego drżąca dłoń, mrużąc oczy, kiedy zdezorientowany chłopak chciał się wyrwać. Spiorunowała go wzrokiem, jakby każda komórka jej ciała krzyczała, aby zachował spokój.
I kiedy po raz kolejny Harry mógł otworzyć oczy widział tylko Louisa, spokojnie śpiącego w swoim łóżku. I gdyby tylko mógł się obudzić, na pewno przytuliłby go do swojej piersi i już nigdy nie wypuszczał.
Louis mógł przysiąc, że czuje palące spojrzenie Harry'ego ściskające jego wnętrzności. Widział ten cholerny ogień w jego zielonych oczach i nie mógł oderwać się od swoich myśli, trzymając go za kościstą dłoń, na której blada skóra delikatnie pozwalała by prześwitywały przez nią zielonkawe żyły. Młodszy mężczyzna z pewnością walczył - i pomimo, że Louis nie mógł tego dostrzec - jego chłopak nie poddawał się.
Codziennie było trudniej. W ciągu czterech już dni, Louis za każdym razem zostawiał swoje obawy i nie pewności w domu, by w szpitalu - przy Harry'm - wykazać się odwagą.
Być może nie miał jej w sobie pod dostatkiem, bo odkąd Harry był w śpiączce Louis nie powiedział przy nim prawie żadnego słowa.
Do cholery! To Harry zawsze uzupełniał Louisa słowami! Zawsze on wypełniał cisze szeptami, zapewniając, jak bardzo wyjątkowy był szatyn. Louis nie wyobrażał sobie niczego innego.
A może lokaty właśnie tego potrzebował? Potrzebował, żeby Louis powiedział "coś" zanim podda się, jakkolwiek to brzmiało. Być może śnił, ale wiedział, że dostał czas na przemyślenie wszystkiego.
Czas. Odwieczny wróg numer jeden w pokręconej grze Harry'ego i Louisa.
Styles czasami zastanawiał się czy nie gra on w jednej lidze z przeznaczeniem.
Louis obawiał się, że zawalili wszystko już na wstępie, ale skutecznie wypraszał te myśli z głowy. Nie znał Harry'ego dobrze, ale stał się fundamentem całego jego życia w rekordowo krótkim czasie - i szczerze - rozświetlił je, jak mała iskietka, wybuchająca i rozpalająca wszystko dookoła, uzależniająca od siebie zagubionych nieszczęśników. Wywołał poważny pożar, którego w konsekwencji nie da się ugasić.
~*~
Harry już od kilku minut z pustym wyrazem twarzy wpatrywał się w rodzinę i przyjaciół bezradnie czekających na wieści o jego stanie zdrowia. Mógł przeprosić swoją mamę za wszystkie problemy, jakie sprawiał, ale zrobiłby to tylko dla siebie i ona mimo wszystko nie usłyszałaby tego. W tej chwili bardzo żałował, że nie był z nimi.
To dziwne, bo zawsze gdy upadamy jesteśmy w stanie rozumieć swoje błędy. I dopiero wtedy wszystko staje się dla nas jasne - dopiero kiedy stracimy wszystko doceniamy, jak wielką wartość miało.
*Czasami, aby wyrosnąć ponad góry, trzeba zostać wgniecionym w grunt
... Szkoda, że czasami idealnie wpasowujemy się w podeszwę czyjegoś buta*
Harry uśmiechnął się niemrawo, kiedy milczący dotąd Louis odezwał się i próbował pocieszyć załamaną Anne.
- On jest wspaniały - szepnął w stronę Taylor, a po jego ciele rozszedł się dreszcz podniecenia.
Obserwował jego usta; które za każdym razem, kiedy odzywał się ocierały się o siebie i delikatnie miażdżyły nawzajem; oczy, niebieskie jak bez chmurne niebo w lipcu, albo fale na bezkresnym morzu. Delikatny zarost podkreślał jego rysy twarzy i szczęke, którą Harry tak bardzo uwielbiał całować. Pojedyncze pasma włosów, które pierwotnie miały być zaczesane do góry opadały mu na czoło i zapewne łaskotały delikatnie, bo bez przerwy je poprawiał.
- Wiesz już jak skończysz swoją opowieść? - zapytała Taylor.
Miała na sobie białą sukienkę przed kolano, rozszerzaną ku końcowi, a jej blada cera i blond włosy kontrastowały ze sobą i Harry na prawdę nie miał wątpliwości, że była ona aniołem.
- Nie uważasz, że to bez sensu? - zaczął zrozpaczony - Mieliśmy być wieczni, inni niż wszyscy, trwać aż po końce świata. Nasza historia nie może mieć zakończenia, wiesz?
- Sam zadecydowałeś o jej końcu, Harry! - przypomniała blondynka.
Harry zamilkł na chwile, przypominając sobie o feralnej zdradzie. Dlaczego bez przerwy ktoś musi o niej rozpamiętywać?
- To jeszcze nie musi być koniec...
- Obawiam się, że byłby on dla was najlepszy, *zakończenie czegoś, co jeszcze nie w pełni się zaczęło, jest bezpieczniejsze, bo wiesz, że cierpienie nie będzie tak duże*
A co jeśli Harry już na dobre zakochał się?
~*~
Drzewa na zewnątrz niebezpiecznie szumiały, jakby ostrzegały przed wyjściem na zewnątrz wszystkich nieszczęśników, którym tylko przyjdzie to do głowy. Mimo to Louis narzucił na swoje ramiona gruby płaszcz z przyjemnymi, podszywanymi od środka rękawami, po czym opuścił szpital żegnając rodzine Harry'ego.
Lokaty nadal nie dawał żadnego znaku życia i Louisa na prawdę szczerze zaczynało to denerwować.
Czuł się mały i bezwartościowy, kiedy każdego dnia siedział przy jego łóżku, a ten swoimi bujnymi loczkami przypominał mu kto w tym związku jest mocniejszy.
Pod każdym możliwym względem, bo Louis po prostu zawsze tchórzył.
Obserwował go i błagał w duchu, żeby wreszcie uśmiechnął się jak zazwyczaj i nie wypuszczał ze swoich silnych ramion. Wciąż uczył się kochać, a bez Harry'ego ta nauka była nie możliwa - nie potrzebna, całkowicie zbędna.
Niall czekał na Louisa pod szpitalem, ponieważ, jak kilka godzin temu obiecał, zabierze go na gorącą czekoladę i pyszne ciastko.
Louis w zasadzie nie miał mu za złe, że ciągle jest radosny, ale jego humor dodatkowo go dołował - gdy cały świat szedł dalej, lokaty w szpitalu powoli umierał na jego oczach.
Wkurzała go ta myśl, bo wiedział, że jest ona nie prawdziwa.
Jego chłopak cały czas walczy i z tym przekonaniem ruszył w kierunku przyjaciela.
- Witaj Lou, jak się trzymasz? - zapytał entuzjastycznie irlandczyk.
Na jego twarzy jak zwykle rozciągał się radosny uśmiech - to zabawne, bo podobno to ci najweselsi smucą się najwięcej.
- Bywało lepiej - mruknął szatyn.
Nie chciał być nie miły, ale jego samopoczucie było w wielu sprawach głównym czynnikiem wpływającym na jego życie codzienne - i cóż, ci którzy go znali, dobrze o tym wiedzieli.
- Możemy ruszać? - zapytał ostrożnie.
Louis pokiwał głową.
Może gorąca czekolada umie zdziałać cuda.
~*~
I rzeczywiście umiała.
Louis nareszcie swobodniej rozmawiał z blond przyjacielem, siedzącym po drugiej stronie drewnianego, niewysokiego stolika.
- Więc mówisz, że Liam pogodził się z Dani?! To świetnie! Są wyborną parą, wiesz? - zdradził entuzjastycznie Lou - A co z Zaynem?
Blondyn od razu spiął się, usłyszawszy pytanie. Oczywiście Louis wmówił sobie, że to tylko jego złudzenia, a z ust Nialla wcale nie znika dobrze znany mu uśmiech.
- Emm, on... Chyba zerwał z Perrie? - stwierdził chłopak drapiąc się po karku - Tak, zerwał z Pezz.
Louis zmarszczył brwi w zdezorientowaniu.
- I to cie tak zasmuciło? Przecież nikt nie wróżył im długiego związku.
Tym razem to Niall zmarszczył czoło.
- Wcale nie jestem smutny - zapewnił - Po prostu to ciasto... Nie smakuje mi - wytłumaczył wskazując na wspomnianą słodycz.
Louis zaśmiał się sucho. Niall był jak łatwa do rozczytania otwarta książka - szatyn zawsze go przeglądał.
- Kłamiesz - stwiedził Louis bezpośrednio.
Niall zarumienił się wściekle.
- Nieważne, powiedz lepiej co u Harry'ego? - zapytał szybko, zmieniając temat.
- To trudne - Lou westchnął ocierając swoje zmęczone oczy rękoma - Mam wrażenie, że lekarze wiedzą coś więcej niż z początku zapewniali.
- Jak to?
- Harry jest w śpiączce już od czterech dni, Niall. Lekarze z początku sami ustalili, że to potrwa krócej niż dwie doby - oni chyba sami nie są do końca pewni, co stało się z moją kruszynką.
Louis załamany spojrzał na Nialla, który szybko wysłał mu wyrazy współczucia. Był przeświadczony o sile swojego chłopaka i blondyn widział w jego oczach te szczerą chęć pomocy.
Najgorsze było jednak to, że Lou nie wiedział po prostu jak mógłby tej pomoc udzielić.
~*~
*Mógł być ideałem,
Mógł tworzyć słowa, które mówiły, że go kocha,
Ale czyny szeptały.
A w tej grze to one powinny krzyczeć*
- Nie sądzisz, Harry, że cytowanie Twojej książki jest trochę żałosne? - zapytała wesoło Tay, która wymachując nogami, siedziała na kremowym parapecie w szpitalnej sali lokatego.
Harry tylko mruknął pod nosem kilka nie wyraźnych przekleństw skierowanych w stronę blondynki, po czym podszedł do niej i agresywnie wskazał na drzwi.
- Możesz sobie wyjść, rozumiesz?! - warknął chuchając w dziewczynę gorącym powietrzem.
Taylor zachichotała.
- O złości też coś mam:
*Czasami po prostu wkurzał się,
Kiedy zaprzeczał samemu sobie.
Kiedy wmawiał całemu światu,
Jak bardzo niezobowiązujące jest jego życie.
I najgorsze w tym wszystkim było to,
Że jak zwykle kłamał*
Harry wydał z siebie desperacki, zduszony dźwięk i cisnął nie zapisaną kartką o podłogę. Jego klatka piersiowa falowała groźnie, podczas gdy ręce zaciskały się w piąstki.
- Kłamałem! Masz racje! Edward miał być po prostu moim wzorem i wcale nie jestem z tego dumny!
- Więc co zamierzasz zrobić? - zapytała Taylor podejrzliwie.
Harry krzątał się po pokoju nie spokojny.
- Muszę zniszczyć Edwarda. Muszę... Zniszczyć swoje odbicie, równocześnie nie uszkadzając całego lustra.
*A przeznaczeniu bardzo się to spodobało*
~*~
Taylor uderzyła w Harry'ego zdziwionym spojrzeniem.
- Co masz na myśli? - zapytała zdziwionym tonem domagając się wyjaśnień.
- Muszę zacząć tworzyć historię na własny koszt. Nie mogę brać pod uwagę Edwarda - w prawdziwym życiu, to ja odpowiadam za siebie. Może w mojej książce Ed i William byli skazani na wyobraźnie czytelników, ale teraz... Ja po prostu muszę pisać wszystko na podstawie swoich doświadczeń - wytłumaczył nie spokojnie.
- Więc co zamierzasz zrobić?
Taylor zaciekawiona uniosła brew do góry.
- Być wreszcie szczerym wobec samego siebie i... Louisa.
W tej chwili Harry poczuł silny ból w klatce piersiowej, upadając na podłoge i tracąc dech. Smok jego snu zwładnął nim, sprawiając, że nareszcie poczuł się jak w niebie. Przykrył go swoim skrzydłem na którym zgasły wszystkie gwiazdy, by go nie wybudzić.
Jeszcze na to nie pora.
~*~
Louis przeszedł głęboką zmianę dzięki Harry'emu.
Zaczął wierzyć w siebie i nawet, jeśli nie szczery, lokaty chłopak często kłamał, mówiąc Louisowi, że jest piękny był z tym zgodny całym sobą. Jego kompleksy nie miały już dużego znaczenia i nareszcie to on był najważniejszy.
Zbudował coś, co zwane było wiarą w siebie i swoje poglądy - nie wstydził się tego jaki jest. Los go takim urządził i musiał się z tym pogodzić.
Być może właśnie to było powodem, dla którego Louis nie mógł odpuścić sobie Harry'ego.
*Stał się cenny jak brylant,
twardy jak diament,
piękny jak rubin,
wyrazisty jak szafir,
tajemniczy jak szmaragd
i czysty jak perła.
Stał się po prostu sobą*
Louis ujął dłoń Harry'ego w swoją i pocałował delikatnie jego skroń w geście przywitania. Jego blada jak dotąd cera stała się bardziej wyrazista, a usta - suche i spierzchnięte - malinowe i odznaczające się na jego twarzy. Pogładził ręką jego loczki i uśmiechnął się delikatnie, kiedy poczuł znajome ciepło w podbrzuszu.
- Dlaczego ty tak na mnie działasz? - powiedział dosyć głośno i dopiero teraz uświadomił sobie, jak dawno nie używał swojego głosu.
Lou przejechał palcami po białej pościeli przykrywającej ciało jego chłopaka i cicho westchnął, ukrywając swoją chęć na pocałowanie młodszego.
- Sprawiasz, że chcę Cie dotykać - szepnął.
Pierwszy raz "rozmawiał" z nim tak szczerze.
- Jesteś taki osiągalny, a jednocześnie nie dostępny dla mnie. Jak ty to robisz, Harry? Jak sprawiasz, że tracę głowę tylko dla Ciebie spośród wszystkich ludzi na ziemi? Jak sprawiasz, że szaleje na Twoim punkcie?
Louis poprawił loki opadające na twarz chłopaka, po czym przeciągnął opuszkami palców po jego wargach.
- Jest tyle rzeczy, jakich musimy się o sobie dowiedzieć. Jest tyle nieznanych, jaki kryje przed nami świat... Musimy w końcu znaleźć czas na nasze życie - dla nas. Chcę Cie poznać Harry, bo zaufałem Ci za bardzo, żeby móc to zniszczyć. Jestem gotów krzyczeć dzisiaj do gwiazd, bo wiem, że zwrócą mi Ciebie; muszę tylko je o to poprosić. To nie ma znaczenia, gdzie teraz jesteś - znowu będziesz mój. Nie możesz zostawić mnie samego! Nie możesz, słyszysz?!
Głos Louisa załamał się.
- Przysięgam, że moglibyśmy być nawet niewidzialni! Nie obchodzi mnie świat, wiesz? Gdy wszystko skazane jest na niepowodzenie - mam większą siłe i wolę do walki. Pamiętasz? Nawet ja nie dawałem nam szans, ale teraz już wiem...*Nie zostawiaj mnie samego w tym łóżku: z tymi wszystkimi, pieprzonymi problemami*
Po jego policzkach spływały łzy, kiedy maszyna, do której podpięty był Harry, zawyła, zwołując do sali personel. Kazali natychmiast opuścić Louisowi pomieszczenie, ale ten w zamian miotał się w ich uściskach i krzyczał bardzo głośno. Tak głośno, że nawet gwiazdy słyszały.
- Zaopiekuję się Tobą - musisz dać mi do tego tylko szanse - i kurwa, obudzić się! Słyszysz, wstawaj z te-tego cholernego łóżka!
Szatyn odepchnął od siebie pielęgniarki i wybiegł z sali. Pochwycił swoje włosy, mocno szarpiąc je, tak, jakby mogło to w czymkolwiek pomóc. Wpadł w furię i nie umiał uspokoić samego sobie. Nie umiał dusić w sobie emocji.
Anne w kącie korytarza w obięciach Gemmy czekała na ostateczny werdykt od lekarzy, dotyczący życia jej syna. Nick, ku zdziwieniu Louisa, zaniepokojony rozmawiał z Carą, wymieniając z szatynem krótkie spojrzenia.
Tommo wiedział, że mężczyzna odzyskał już świadomość, ale nie przypuszczał, że będzie w stanie przyjść pod sale lokatego i wspierać jego przyjaciół.
Louis stwierdził, że Harry ma po prostu oddanych znajomych, a Nick na prawdę się o niego martwi, ale w tej chwili na myśl nasuwało mu się pytanie, co tamtej nocy Hazz robił w samochodzie z Grimmym.
Westchnął głośno i oparł się o szklaną szybę dzielącą lokatego od świata zewnętrznego. Poddał się i w pozornym spokoju czekał na informacje o stanie zdrowia jego chłopaka.
W zasadzie możnaby powiedzieć, że Louis był traktowany tu jak intruz. Mama Harry'ego nie przywiązywała się do szatyna, Cara nie traktowała ich poważnie, a Nick całkowicie unikał konfrontacji. A co najdziwniejsze - Louis czuł, że mają ku temu powody.
~*~
Harry powoli uchylił powieki, słysząc głosy nad własną głową, a kiedy światło go poraziło, po raz kolejny przymknął je.
Zmarszczył brwi w zdezorientowaniu i głośno jęknął, czując ból w czaszce.
- Harry, Harry, słyszysz nas? - jeden z lekarzy - jak zdążył zauważyć - machał mu dłonią przed twarzą.
Lokaty delikatnie pokiwał głową, czego zaraz pożałował, bo niesamowity ból rozniósł się po jego ciele.
- Spokojnie, nie ruszaj się - ostrzegł.
Harry w poszukiwaniu znajomej twarzy przemierzył wzrokiem całe pomieszczenie.
Taylor znikła, kiedy doszedł do tego, co zamierza zrobić i lokaty wszystko dokładnie zapamiętał. Zaczynał rozumieć, że to wszystko było tylko snem, ale - cholera - on żyje i ma się dobrze, czy to samo w sobie nie było niezwykłe?
Mógł umrzeć, a jednak nadal żył i miał możliwość dalszego pisania historii. Mógł złapać za pióro i skończyć opowiadanie - mentalnie, w swojej wyobraźni.
- Witamy na tym świecie ponownie, Harry. Napędziłeś nam niezłego stracha, wiesz?
Pierwsza w pomieszczeniu znalazła się Anne i Gemma, witając zażarcie lokatego, który wciąż tkwił w niepewności i nie wiedział gdzie jest Lou. Starał się uśmiechnąć, ale zamiast tego na jego twarzy pojawił się grymas.
- Mimo wszystko musimy przeprowadzić teraz badania, pani Anne - uprzedził doktor. Kobieta pokiwała głową i uspakajając syna wyszła z sali.
Harry bardzo żałował, że nie mógł niczego powiedzieć, bo w tej chwili na prawdę potrzebował Louisa.
Potrzebował skończyć tę opowieść.
Mimo, że Louis martwił się o Harry'ego, rozumiał, że nie mógł go teraz odwiedzić. Anne zapewniła wszystkich zaraz po opuszczeniu pomieszczenia, że widziała lokatego i on żyje; samodzielnie oddycha; ma otwarte oczy i stara się uśmiechać.
Louis szczęśliwy zadzwonił do Nialla, który przekazał najnowszą wiadomość Zaynowi i Liamowi. Wszyscy wyrażali swoje zadowolenie, a to tylko pogłębiało podekscytowanie Louisa.
*Miał nadzieje, że teraz wszystko będzie dobrze... I nawet nie zdawał sobie sprawy, że los nie miał tego w planach*
Kiedy Louis kilka godzin później wchodził do sali lokatego uśmiech nie schodził z jego ust.
Zielone oczy wyłoniły się zza białej pościeli, którą mocno ściskały palce lokatego i spoczęły na Louisie. Zamrugał powiekami w niedowierzaniu, po czym oba kąciki jego ust uniosły się do góry.
- Oh, Harreh - wyszeptał Lou domknąłwszy drzwi. Podszedł do chłopaka i posłał mu ciepły uśmiech - Bałem się o Ciebie.
Harry wyciągnął ręce w stronę Louisa - przez co przypominał przez chwile bezbronne dziecko - a ten wpadł w jego ramiona. Musiał powstrzymać się od głośnego westchnięcia, kiedy jego policzek znalazł się w zagłębieniu szyji lokatego.
- Po raz kolejny sprawiasz, że szaleję - wyszeptał szatyn wprost w jego rozgrzane ciało.
Zdawało się, że Harry zachichotał.
- *Jesteś bliższy niebu, w którym było mi dane być*
Lokaty zarumienił się wściekle.
- Od zawsze wiedziałeś, że ta książka to moja sprawka, prawda? - zapytał ciężko, bo jego głos nie brzmiał jeszcze poprawnie. Miał lekką chrypkę, która wydawała się być bardzo prowokująca, nie uwzględniając oczywiście jego nezbronnego wyglądu teraz.
Tym razem to Louis zachichotał.
- Nie chwaliłeś się tym zbytnio, ale owszem, wiedziałem.
Szatyn przebiegł ręką po loczkach chłopaka, zawijając sobie ich końce na palcach. Westchnął, zaciągając się zapachem Harry'ego i delikatnie przycisnął swoje wargi do jego.
- *Wszystkim, czym oddycham teraz, jesteś ty* - zacytował odważnie Lou, wciąż nie spuszczając wzroku z twarzy ukochanego - *I nie chcę żeby świat nas zobaczył, bo nie sądzę, że oni to zrozumieją*
Harry uśmiechnął się: już dawno wiedział, że Louis jest cholernym romantykiem.
- *Prędzej czy pózniej to się skończy,
Nie chcę tęsknić za Tobą tego wieczoru,
I nie chcę wracać dzisiaj do domu* - mówił Louis.
I tym razem nawet Harry się odezwał.
- *...Gdy wszystko skazane jet na niepowodzenie, chcę tylko, żebyś wiedział kim na prawde jestem*
"Kłamcą i oszustem" dodał w myślach, przeklinając wsystko i wszystkich, a przede wszystkim siebie i to jakim był głupcem.
~*~
Rozdział 19. KLIK PO PRZESŁUCHANIA
Czy każdy kłamca wyznaje kiedyś prawdę?
Harry nie znał odpowiedzi na to pytanie, ale wiedział jedno - jego opowieść musi zawierać ziarenko prawdy. Małe, osiągane pod koniec, ale jednak prawdziwe.
Louis czuł na swojej szyi głęboki oddech lokatego mężczyzny, sprawiający, że szaleje. Dłonie, trzymające go mocno, jakby broniące przed strachem, utratą, wbijały się w jego plecy. Być może oszalał, ale zebrał się na odwagę i dotknął go po raz kolejny.
- Pamiętasz naszą randkę? - zapytał Harry.
Louis zaskoczony spojrzał na niego - Oczywiście!
- Ten pomysł z lustrami był tandetny, prawda? - dodał.
- Dla mnie był genialny. Starałeś się odnaleźć cząstkę mnie, a kiedy już takową masz, nie możesz pozwolić mi o niej zapomnieć. I jak odbicie, widzisz je ty i ja, widzimy je razem, poznajemy się.
Harry uśmiechnął się i złożył na ustach chłopaka długi pocałunek.
Odciągał moment, w którym przyjdzie czas na zwierzenia, na skrywaną prawdę.
*Mogę cie pokochać, gdy mnie obudzisz*
Harry zdecydowanie pokochał Louisa.
~*~
Szatyn szybko wrócił do normalności. Był w stanie szczerze porozmawiać z Jay i Niall'em, który przecież zachowywał się dziwnie w trakcie ich ostatniego spotkania. I jak się okazało Niall po prostu szalał za Perrie, dlatego, gdy dziewczyna rozstała się z Zaynem uznał, że ma u niej szanse. Jednak z drugiej strony była to eks jego kumpla i pracowała jeszcze razem, to też irlandczyk postanowił odpuścić. Wytłumaczył Lou, że to chwilowe zauroczenie i na pewno za kilka tygodni mu przejdzie. Szatyn po prostu mu zaufał i zajął się swoimi sprawami.
Jay bardzo ucieszyła się na wieść, że chłopak jej jedynego syna wraca do zdrowia. Szczęście Louisa było jej szczęściem i tego faktu nie dało się podważyć.
Tommo nadal pracował w swoim ulubionym sklepie modowym z tą samą pasją. Wysłał kilka nowych artykułów do prasy i mimo, że żadne jak zwykle nie zostały przyjęte Louisowi nie było przykro. Wszystko było dziwnie znajome i szatyn nie umiał się nie uśmiechać każdego dnia.
Minęły już trzy dni odkąd Harry nareszcie normalnie się porusza i komunikuje. "Trzy dni" powtarzał Louis. Nareszcie mógł odetchnąć pełną piersią i obudzić się do życia.
*Mogę cie pokochać, gdy mnie obudzisz*
Louis zdecydowanie kochał Harry'ego.
~*~
- Louis! Nareszcie! - Harry niemal zaklaskał w ręce, kiedy jego chłopak wszedł do środka. Niestety, wraz z nim, na jego ramiona spadł ciężar kłamstw.
- Witaj loczku - Lou wesoło przeczesał włosy chłopaka i wręczył mu torbę z przysmakami - Musisz się dobrze odżywiać.
Harry uśmiechnął się wdzięcznie - Racja, jedzenie tutaj jest okropne.
Tommo zaśmiał się i usiadł na krześle obok łóżka chłopaka nie mogąc oderwać od niego wzroku.
- Jesteś piękny, wiesz? - zachichotał.
- Oh, Loueh, nie powinieneś mi tego mówić! Wcale tak nie jest, a poza tym te blizny... - Harry stanowczo zaprzeczył.
Louis w niedowierzaniu uniósł brwi ku górze.
- Daj spokój, one wkrótce znikną. Z resztą dlaczego miałby nie mówić ci, że jesteś cudowny?
Harry zacisnął usta w wąską linie i odwrócił głowę w stronę dużego okna, wpuszczającego do sali naturalne światło. Czy to już był czas na wyznanie prawdy? Harry nie wiedział. Ale kiedy rano Nick był tutaj próbował go przepraszać i także wyznał to, co dręczyło go przed wypadkiem. Lokaty dobrze pamiętał te chwile. Grimmy był wtedy cholernie czuły i romantyczny, co wyjaśniało kim na prawdę był dla niego Harry. Mimo wszystko wyznanie Nicka nie sprawiło, że Stylesowi zrobiło się lżej. Wręcz przeciwnie - było trudniej, bo w tej pokręconej sytuacji ktoś musi mieć złamane serce i Harry bardzo nie chciał, by tym kimś była osoba o imieniu Louis.
Niestety jak na razie wszystko skazane było na nie powodzenie.
- Ja... Nie zasłużyłem na to - wyjąkał. Było już za późno na przeprosiny.
Louis zaśmiał się histerycznie.
- Co? Dlaczego tak sądzisz, Harry? Jesteś najbardziej romantyczną osóbką na tej planecie! W dodatku umiałeś pomóc mi uwierzyć w siebie, co nie udawało się nawet mojej mamie. To co dla mnie robisz jest niezwykłe, bo to ty jesteś niezwykły. Budzę się dla Ciebie, sprawiasz, że jestem lepszym człowiekiem, ty...
- Przestań!
W Harry'm coś pękło.
Louis zdumiony chwycił rękę Harry'ego i zacisnął na niej palce. Delikatnie podniósł ją do góry i musnął swoimi miękkimi ustami zostawiając na niej gorący ślad, który palił Harry'ego od środka. W oczach lokatego pojawiły się łzy.
Nie potrafił trzymać tego w sobie dłużej. Nie potrafił dusić w sobie prawdy, która powoli sprawiała, że umierał.
- To ty jesteś najpiękniejszą osobą na świecie. Wiem, że znamy się krótko i być może czasami nie doceniałem możliwości naszego związku, bo... - Harry zaciął się, kiedy Louis podciągnął nosem i mimo, że miał schyloną głowę, wiedział, że płacze - Nie powinienem pojawiać się w Twoim życiu. Nie zasłużyłem na Twoje serce.
*Dziękuje, że pomogłeś mi odkryć swoje odbicie i dziękuje, że mogłem odkryć Twoje* - Harry cytował prawdopodobnie po raz ostatni.
Louis wyprostował się i gwałtownie wstał. Harry zrobił to samo, mimo, że bardzo bolało go to, co miał teraz zrobić.
*Edward uśmiechnął się do Williama i przygryzając dolną wargą zbliżył się do niego. Planował zrobić coś szalonego, ale wiedział, że się uda*
Louis ze łzami spływającymi po jego policzkach były najgorszym obrazem jaki Harry mógł sobie wyobrazić. Zrobił kilka kroków w przód i głęboko westchnął. Powietrze w pokoju zrobiło się cholernie gęste, a jego wdychanie było nie przyjemne, jakby ktoś wsypywał w gardło lokatego garść gwoździ.
- Dlaczego nie możesz po prostu powiedzieć, że mnie kochasz?! - warknął Louis - Dlaczego nie możesz mnie pokochać!?
*Ed pocałował Williama z głębokim uczuciem zapisanym w żyłach. Jego tętno przyspieszyło, bo robili to po raz pierwszy i to było najlepsze z możliwych uczuć na ziemi. To był początek*
- Zdradziłem Cie z Nickiem - wyjąkał Harry, a Louis poczuł jak uginają się pod nim kolana - I... Wtedy jak jechaliśmy tym cholernym samochodem miałem... Miałem zrobić to ponownie.
Louis zacisnął mocno powieki, czując zbierające się pod nimi nowe łzy. Moralnie upadał właśnie prosto na twarz, w rzeczywistości jednak stał tam, podtrzymując się szafki i patrząc głęboko w oczy Harry'ego.
- Zanim odejdziesz... - zaczął Harry - pozwól mi Cie pocałować.
Fundament zaufania i miłości na jakim Louis zbudował swoje dotychczasowe życie z Harry'm, właśnie kruszył się. Szatyn nie mógł zrobić niczego innego jak podejść do drzwi i uciec.
Ten związek był pomyłką.Nie chciał nawet wiedzieć twarzy Harry'ego. W tej chwili żałował, że tak cholernie kocha tego człowieka - żałował, że jego serce uzależniło się od niego.
- Nie, Harry - zaprzeczył gorzko mimo, że sam tego nie chciał.
Najgorsze scenariusze Louisa okazały się być prawdą. Gorące słowa Harry'ego były tylko kłamstwem - Louis nie był tym jedynym.
Harry po prostu namieszał w jego głowie i za każdym razem kiedy był u jego boku, Louis tracił rozum.
*To był koniec*
Louis nie umiał wybaczać.
Harry dopiero jak pozwolił mu odejść zrozumiał jak bardzo go kocha. Zrozumiał jak bardzo potrzebny jest mu Louis. Zrozumiał, że jest jego tlenem i nie może bez niego żyć.
Cały czas powtarzał, że się zmieni. Pamiętał - obiecywał Lou, że nigdy nie będzie przez niego płakać, obiecywał, że będzie szczęśliwy, bo *jeżeli teraz nie uratują siebie, nikt tego nie zrobi*
*Oddałby wieczność, żeby mieć jeszcze chwilę na wyjaśnienia.
Bo wszystkim czym oddychał teraz był on*
Kochał go jak letnie poranki i śpiewające podczas nich ptaki. Jak niebieskie fale na bezkresnym morzu, które przypominały jego oczy. Bardziej niż pisanie tych przeklętych historii.
Ale Harry pozwolił mu odejść, bo tak było bezpieczniej dla nich oby dwóch.
*Nareszcie wiedział kim on tak na prawdę jest*
Kłamcą i oszustem.
*Wiesz dlaczego gwiazdy spadają?
One tak jak ludzie czasami poddają się,
spadają, bo nie można ich już uratować,
innym dostarczają tym wiele radości, ale w głębi duszy wiemy, że ktoś może przeżywać przez to swój mały koniec świata,
Ludzie mają lepiej, bo ich można załapać i pomóc,
jednak, gdy nie zdążymy tego zrobić, upadną i nikt ich nie uratuje,
a my będziemy mogli wtedy tylko żałować.*
~*~
Epilog.
Najpierw pragnę wam cieplutko podziękować za komentarze i... Może pocieszę was epilogiem, hm?
Każda historia ma swój koniec, ale nie obawiajcie się (jeśli wgl to kiedykolwiek robiliście) - nie skończe pisać. Tym razem pojawią się zapowiedzi. Tym razem będzie coś do wyboru z Banielem (janoskians), dlatego serdecznie was zapraszam.
Mam nadzieję, że to, iż opowiadanie się kończy nie oznacza, że mnie zostawicie, prawda? Kocham was mocno! Enjoy!
~*~
Książka była tylko pretekstem do stworzenia nowej, gorszej w skutkach historii. Harry nie miał pojęcia, że wszystkie jego słowa mogą zostać wykorzystane przeciwko niemu. Gdy pakował się w ten związek w ogóle nie traktował go poważnie. Prawda była bolesna, ale Louis miał być dla niego tylko nową zabawką.
Najzabawniejszą rolę w tej historii spełniał los i przeznaczenie - oby dwoje grali w jednej drużynie i bawili się sprawami Lou i Harry'ego.
A to wcale nie oznaczało zawsze najgorszego.
Los tak pokierował ich historią, że w szybkim czasie znaleźli uczucie, które ich łączyło - bądź miało łączyć. Uzależnił ich serca od gorących warg i soczystych pocałunków; od chwil spędzonych razem i niezastąpionych palpitacji serca, podczas najkrótszego spojrzenia.
Ale czy to jego wina? On tylko cytował książkę Harry'ego - to lokaty za to odpowiadał, to do niego można było kierować wszystkie skargi i zażalenie.
Lecz w tej miłości nie było miejsca na reklamacje. To co wydarzyło się było cząstką historii.
Jak na ironie Harry dopiero dzięki właśnie niej poznał prawdziwe przesłanie swojej książki.
*Odbicie zatrzymujące w sobie każdą chwile.
Odbicie, którego nie omylę.
Odbicie zatrzymujące czas.
Odbicie zatrzymujące nas*
Cytaty nie były tu bez znaczenia. Przedstawiały każdą chwile w znaczeniu głębokiej opowieści Harry'ego - jego własny, życiowy scenariusz w bardziej poetyckim opakowaniu. Louis stał się jego częścią już w czasie pierwszego spotkania... A nawet wcześniej.
*Czasami początek oznacza koniec.
Czasami koniec oznacza początek*
W czasie pierwszego spotkania cytowałam końcowy fragment opowieści Harry'ego - kiedy Edward i William pokłócili się. Dla chłopków był to dopiero początek, oznaczający koniec.
Nie trudno się domyślić, że pod koniec historii, w czasie rozstania Harry'ego i Louisa, cytowałam początek - właściwie nie bez powodu.
*Bo ten koniec oznaczał początek*
Louis nigdy nie znajdzie kogoś takiego jak Harry.
Harry nigdy nie znajdzie kogoś takiego jak Louis.
Szatyn był niedostrzegalny; nie zauważalny. Nikt nigdy nie zwrócił na niego uwagi, na tyle, na ile mogło to jego dowartościować. Był wyjątkowy, ale nikt nigdy mu temu nie mówił, co zmienił lokaty. Niestety, przez to, że Harry potraktował go jak wszystkich innych, Louis po prostu przestał w to wierzyć.
Stracił nadzieje, że jest na tyle dobry, by kogoś zainteresować, bo na prawdę chciał wierzyć, że Harry'emu nie chodziło tylko o jego dupę.
Harry był kłamcą, lecz w jego sercu kryła się też urocza osoba, która bez wątpienia przy Louisie miała prawo do wychylenia się, a kto wie, może nawet do wyjścia.
Nie oszukujmy się - szatyn był jedynym, kogo Harry potrzebował. Kochał go bardzo mocno i nie mógł tego wyjaśnić.
Louis zbudował dom na fundamencie silnej, ślepej miłości. Można było strzelać do niego z karabinu, niszczyć ładunkami wybuchowymi, albo próbować zburzyć, ale on - wypełniony po brzegi miłością - dał rade to przetrwać.
Louis czuł to w sobie. Pod jego szaleńczo bijącym sercem znajdował się domek z lego - pozornie słaby, lecz na prawdę silny.
Żaden z nich nie miał siły, by walczyć i kończyć. Byli zbyt silni, by przestać i zbyt słabi by zacząć. Potrzebowali siebie - jak kwiat wody, istota tlenu czy narkoman narkotyku.
Przeznaczenie mocno namieszało w ich życiu i możecie mi wierzyć - zrobi to jeszcze nie raz.
Bo przeznaczenie wiedziało, że ich historia nie zakończy się w ten sposób...
Subskrybuj:
Posty (Atom)