sobota, 14 grudnia 2013

307

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,

Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,

Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,

Omijam koralowe ostrowy
burzanu.



Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;

Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;

Tam z dala błyszczy obłok - tam jutrzenka wschodzi;

To błyszczy
Dniestr, to weszła lampa Akermanu.








Stójmy! - jak cicho! - słyszę ciągnące żurawie,

Których by nie dościgły źrenice sokoła;

Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,



Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.

W takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie,

Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.

piątek, 13 grudnia 2013

306

Rok 1809

1.

Na wielkim, miękkim łóżku siedział chłopak. Delikatne światło lamp oliwnych, oświetlało jego wątłe ciało, którym co chwilę wstrząsały kolejne ataki kaszlu. Do ust przyłożył dłoń z białą chusteczką, która moment potem zabarwiona była czerwienią. Przełknął ślinę, a z jego oczu, o przepięknym, chabrowym odcieniu, spłynęły pierwsze łzy; nakreśliły ścieżkę na alabastrowych policzkach.

Długo myślał. Zastanawiał się, jak Harry zareaguje na wiadomość o jego chorobie. Był jego najlepszym przyjacielem. Właściwie jedynym, biorąc pod uwagę jego wątłe zdrowie i ciągłe choroby. On jednak zawsze był z nim i przy nim. Zawsze mu powtarzał, iż był jedynym, czego potrzebuje. Byli naprawdę blisko. I ciągle myślał, jak mu powie o swojej chorobie.

Starł łzy z policzków, a poplamioną chusteczkę mocniej zacisnął w dłoni. Spojrzał w stronę okna i uśmiechnął się delikatnie. Płatki śniegu wirowały wśród granatu nieba i bladego światła latarni ulicznych. Odrzucił kołdrę na bok i postawił bose stopy na chłodnej, drewnianej podłodze; aż przeszedł go dreszcz. Wziął jednak wdech i na miękkich nogach przeszedł przez pokój. Oparł dłonie na parapecie i przycisnął nos do szyby, śledząc jeden z płatków.

Usłyszał skrzypnięcie drzwi za swoimi plecami. Spojrzał przez ramię, a jego twarz rozpromienił szeroki uśmiech. W drzwiach bowiem stał on, jak zwykle niesamowity. Czekoladowe loki idealnie układały się falami, błyszczące od śniegu, który stopniał. Szmaragdowe oczy lśniły tym samym, tajemniczym blaskiem. Ciemnoszare spodnie i marynarka były chyba szyte na miarę, bo idealnie leżały na chłopaku.

Wszedł on do pomieszczenia, przewieszając swój czarny płaszcz przez ramię krzesła, stojącego przy biurku.

- Harry! – zawołał uradowany i podbiegł do przyjaciela, który już czekał z delikatnym uśmiechem na pełnych ustach oraz rozłożonym ramionami, w które wpadł. Zamknęły się mocno wokół jego wątłego ciała i pogładziły po plecach.

- Witaj, Niall – wyszeptał cicho, muskając oddechem jego jasne kosmyki.

- Długo cię nie było w Londynie – wyznał z nutą żalu blondyn, mocniej zaciskając palce na jego marynarce i chowając twarz w piersi bruneta.

- Tak, długo – przyznał Harry i sięgnął do podbródka przyjaciela, by spojrzeć w jego piękne oczy. – Ale już wróciłem. Do ciebie, bo jesteś jedynym, czego potrzebuję.

Lokaty pogładził kciukiem alabastrowy policzek i nachylił do wąskich, rozchylonych warg, które drgnęły. Poczuł smak krwi, gdy delikatnie je musnął. Moment potem Niall odepchnął jego rękę. Przysłonił usta dłońmi, a w jasnych oczach na powrót zebrały się łzy.

- Nie możesz – wyjąkał blondyn. – Nie chcę… Nie chcę, byś mnie całował.

- Dlaczego? – zdziwił się wyższy chłopak i przebiegł palcami po jasnych włosach. – Nauczyłem się smaku i kształtu twoich ust na pamięć.

- Przepraszam, ale nie chcę – wydukał. – Potem będzie coraz ciężej. Przepraszam.

- Za co, mój drogi? – spytał z troską Harry, a ciałem jego kochanka wstrząsnął kolejny atak kaszlu. Blondyn odwrócił się, a silne ramiona po chwili otoczyły go i zamknęły w uścisku. Ciepły oddech połaskotał alabastrowy policzek, a niski głos wyszeptał mu na ucho. – Domyślałem się już od dłuższego czasu. Widziałem te plamy czerwieni i zaakceptowałem fakt, że pewnego dnia odejdziesz.

Bez żadnego ostrzeżenia wziął blondyna na ręce i z powrotem ułożył na łóżku, nakrywając go ciepłą kołdrą. Przysiadł obok niego i zaczesał grzywkę złocistych włosów na prawą stronę. Uśmiechnął się i ucałował przyjaciela w ciepłe czoło.

- Pozwól mi być przy tobie do końca – poprosił cicho lokaty, a zaszklone, chabrowe tęczówki spoczęły na nim.

- Dobrze – odpowiedział cicho Niall, na co brunet uśmiechnął się do niego.

- Śpij. Wypocznij, bo jutro zabiorę cię na spacer – dodał Harry, po chwili ciszy i obserwował jak jasne oczy znikają za powiekami; rzęsy układają się wachlarzem na policzkach, a oddech powoli się wyrównuje. Jeszcze moment przyglądał się spokojnie śpiącemu chłopakowi, po czym gasząc wszystkie lampy, opuścił pokój, żegnając się z domownikami.



2.

Niall stał w hollu swojego domu i pozwolił wyższemu chłopakowi dopiąć każdy guzik płaszcza, a pod szyją dokładnie zawiązać śnieżnobiały szalik. Jego długie palce przebiegły po złocistej grzywce, zaczesując ją jak zawsze na prawą stronę, po czym ciepłe usta dotknęły jego czoła. Chłopak uśmiechnął się na ten gest, a jasne oczy rozbłysły czystą radością.

- Idziemy? – spytał dla pewności Harry, na co niższy chłopak energicznie przytaknął. Otworzył więc drzwi i puścił go przodem.

Śnieg skrzypiał pod ich stopami, gdy powoli ruszyli chodnikiem. Lokaty wyciągnął ramię w stronę Nialla, a ten z uśmiechem je ujął.

- Powiedz mi, gdy będziesz się źle czuł – odezwał się z delikatnością w głosie, a blondyn mocniej ścisnął jego ramię. – Nie chcę, by stała ci się krzywda.

- Na razie jest w porządku – zapewnił go i skrył twarz w szaliku. Na alabastrowe policzki wkradły się delikatne, rubinowe rumieńce, które w mniemaniu Harry’ego były niezwykle urocze. Dawniej, często gościły na jasnych policzkach chłopaka. Teraz, kiedy był chory - coraz rzadziej.

- Powiedz mi, mój drogi – zaczął spokojnie zielonooki, patrząc przed siebie. – Co powiedział lekarz?

- Że to gruźlica – odpowiedział. – Według doktora, zbiera coraz większe żniwa.

- Ile ci zostało? – dopytywał się loczek.

- Niewiele – Niall szepnął ledwo dosłyszalnie. – Dwa miesiące. Góra trzy. Choroba ponoć jest już w końcowym stadium, skoro… No wiesz.

- Rozumiem – odparł Harry, spoglądając na ukochanego. Dostrzegł, iż jest smutny, a tego w nim nie lubił. Podobał mu się uśmiechnięty. Oczy wtedy mu niezwykle błyszczały, a na twarzy pojawiały się ledwie dostrzegalne rumieńce.

- Nie smuć się – stwierdził i przejechał palcem po policzku chłopaka. – Lubię, kiedy się uśmiechasz. Więc zrób to dla mnie. Proszę.

Kąciki ust Nialla drgnęły ku górze i już po chwili ukazał swojemu kochankowi jeden z najcudowniejszych uśmiechów na jaki było go stać. Moment potem wtulił się w ramię lokatego napawając się jego przyjemnym zapachem. On natomiast pogładził jego drobną i delikatną dłoń, zaciskając się na ramieniu.

Szli w ciszy, wdychając rześkie, mroźnie powietrze. Blondyn patrzył pod nogi, obserwując, jak jego buty zapadają się w pierzynie białego puchu, pokrywającego ulice. Dawno nie czuł się tak szczęśliwy. Nie było mu tak dobrze.

- Mogę mieć do ciebie prośbę? – odezwał się, zatrzymując na rogu ulicy. Harry spojrzał na niego uważnie, a on zawstydzony spuścił wzrok. – Przyjdź do mnie jutro wieczorem. Chcę się z tobą kochać, póki jeszcze mam siły. Póki mogę. Póki…

- Już dobrze – przerwał mu Harry, przykładając palec do jego ust. – Przyjdę i będę obdarzać cię pocałunkami słodkimi jak miód. Będę pieścił twoje ciało dotykiem delikatnym, niczym trzepot skrzydeł motyla. Zrobię wszystko, co tylko będziesz chciał. Wszystko, o co poprosisz. To będzie twój wieczór.

Niall zarumienił się i skrył twarz w czarnym płaszczu chłopaka. Ten objął go ramieniem i powoli ruszyli w drogę powrotną. Mocno przyciskał go do swojej piersi, gdy szli przez ośnieżony Londyn. Nie chciał, by stała mu się krzywda. Tak długo szukał tej jedynej osoby.



3.

Siedział na łóżku, czekając na niego. Bawił się skrawkiem materiału okrywającego kołdrę. Szarpał go i tarmosił ze zdenerwowania. Już nie raz to robili, ale tym razem miało być inaczej. Wyjątkowo. To miało być pewnego rodzaju pożegnanie. Dziś po raz ostatni będą tak blisko.

Drzwi skrzypnęły. Poderwał głowę i jego chabrowe tęczówki spotkały głęboką zieleń. Delikatny uśmiech wkradł się na jego wąskie, różowe usta, gdy chłopaka zamykał za sobą drzwi. Podszedł do najbliższej lampy oliwnej i zmniejszył jej płomień.

- Pozwolisz, że je przygaszę? – spytał, kierując się do następnej.

- Tak – odpowiedział, obserwując, jak sylwetka Harry’ego niknie w mroku pokoju. Płomyki, jakie pozostawił. nie dawały wiele świata, ale pozwoliły mu dostrzec zarys lokatego, który zdjął swoją marynarkę i odłożył ją na oparcie krzesła. Jego buty stuknęły o podłogę, gdy pośpiesznie zrzucał je ze stóp, kierując się w stronę łóżka. Odrzucił kołdrę i wślizgnął się na materac.

- Co chcesz, bym teraz uczynił? – spytał, łaskocząc swym oddechem usta blondyna. Trącił nosem czubek jego nosa, składając na nim czuły pocałunek. – Hm? Powiedz mi.

- Zacznij… Zacznij od pocałunku – odparł szeptem. – A potem niech się dzieje, co chce.

- Dobrze – szepnął, nim delikatnie naparł na usta Nialla. Delikatnie pieścił jego wargi, obdarzając je słodkimi, pełnymi uczucia pocałunkami. Ręką oplótł go w tali i wsunął się między jego rozsunięte nogi, pogłębiając pocałunek.

Opadli na miękki materac. Harry pogłębił ich pocałunki, wsuwając język między rozchylone wargi blondyna. Dłońmi błądził po bawełnianym materiale białej koszuli nocnej, którą miał na sobie. Znalazł guziki - odpiął je, odsłaniając pierś. Przeniósł się z pocałunkami na jasną skórę szyi, schodząc w dół, do obojczyków. Dopiero tam zassał ją i lizał, robiąc malinkę.

Niall jęknął cicho i odrzucił głowę do tyłu, gdy jego kochanek trącił językiem prawy sutek. Zacisnął palce na prześcieradle, wyginając się w łuk, i domagając się więcej pieszczot, podkurczył nogi. Pragnął go, jak nigdy dotąd.

Poczuł chłód, gdy brunet powoli podwinął jego koszulę do góry, prześlizgując się smukłymi palcami po udach i biodrach. Rozchylił powieki i dostrzegł spojrzenie szmaragdowych tęczówek. Były takie, jak zawsze - spokojne i tajemnicze. Na pełnych wargach gościł delikatny uśmiech. Można by powiedzieć, że nie wzrusza go to, co robią, gdyby nie rumieniec widniejący na jego policzkach i rozpięta koszula.

- Przypominasz małego Aniołka – szepnął mu na ucho, zataczając kółka na jego biodrach. – Te twoje złociste kosmyki, które na poduszce układają się niczym aureola. Duże, zawsze błyszczące, chabrowe oczy, które potrafią przypominać pochmurne niebo, gdy jesteś smutny. Urocze rumieńce zdobiące twoje alabastrowe policzki.

- Powinieneś zostać poetą – stwierdził, odchylając głową, gdy poczuł jego usta, ponownie obsypujące szyję pocałunkami.

- To by się nie udało – wyznał wyższy chłopak. – Było by nudne, gdybym pisał tylko o tobie, nie uważasz?

Niall uśmiechnął się, a z jego oczu uwolniły się łzy, które już po chwili scałował jego chłopak. Tylko on potrafił powiedzieć tyle pięknych słów w jednym zdaniu. Tak pięknych, że przyprawiały go szybsze bicie serca.

- Nie płacz – szepnął Harry i musnął jego wargi.

- To dobre łzy – odparł. – Szczęścia.

Brunet musnął jeszcze jego nos w odpowiedzi, po czym miękkie wargi dotknęły ciepłej skóry jego brzucha. Wziął głębszy wdech, gdyż był to jego słaby punkt. Język chłopaka zagłębił się w jego pępku, a on westchnął cicho, wypowiadając jego imię.

- Niall. Chcesz żebym zrobił to językiem? – spytał głębokim głosem, spoglądając na niego z dołu. W odpowiedzi usłyszał pomruk aprobaty. – Przewróć się więc na brzuch i podeprzyj na łokciach oraz kolanach.

Blondyn wykonał jego polecenie, a on wślizgnął się między jego nogi. Przebiegł palcami po udach, po czym zacisnął je na pośladkach chłopaka. Przejechał językiem po jego wejściu i poczuł, jak jego ukochany cały drży z powodu tego, co robi. Zahaczył czubkiem, po czym powoli zaczął wchodzić go do środka. Usłyszał stłumione przez poduszkę jęknięcie. Zatoczył kciukami kilka kółek na pośladkach Nialla, a gdy dotarły do niego pomruki przyjemności, wiedział, że jest gotowy. Jego samego już od dłuższego czasu cisnęło w spodniach.

Cofnął więc język, pospiesznie rozpiął spodnie i zsunął wraz z bielizną do pół uda. Ułożył chłopaka z powrotem na plecach, by było mu najwygodniej podczas zbliżenia. Szeroko rozsunął jego nogi i powoli, najdelikatniej jak umiał, zaczął w niego wchodzić. Z ust blondyna uleciał zduszony jęk i wygiął się w łuk, zaciskając mocno ręce na prześcieradle.

- Ha-a-rry – wyjąkał, szarpiąc jasnym materiałem i czując nieprzyjemny ból, gdy jego ukochany wchodził w niego. Znów przeciągle jęknął, odrzucając głowę do tyłu.

- Rozluźnij się, mój drogi – usłyszał nad sobą głos bruneta, a moment potem złożył na jego ustach długi, leniwy i czuły pocałunek. Niall westchnął. Jedną dłoń wplótł w czekoladowe loki chłopaka, a drugą błądził po jego plecach. Gdy Harry wykonał kolejny ruch, zacisnął mocno palce obu dłoni, wyginając się w łuk i szarpiąc białą koszulę kochanka.

Poruszał się powoli, delikatnie, by nie zrobić mu krzywdy. Cierpliwie szukał ich wspólnego rytmu, mimo iż jęki i sapnięcia wydobywające się z wąskich ust, wcale mu nie pomagały. Wkrótce jednak pokój wypełnił się gęstym powietrzem pasji, pożądania i miłości, którą obaj emanowali. Drgało ono od głośnych jęków, sapnięć i cichego skrzypienia łóżka; z każdym kolejnym pchnięciem.

Harry szczytował zaraz po Niallu i opadł na miękką poduszkę obok niego. Jednym okiem obserwował zarumienioną twarz chłopaka i falującą klatkę piersiową, kiedy próbował wyrównać oddech. Przekręcił w jego stronę głowy i napotkał jasne, chabrowe tęczówki pełne bezgranicznej radości oraz szczęścia.

- Śnieg pada – stwierdził, a lokaty podciągnął się na łokciach i spojrzał w stronę okna. Faktycznie. Białe płatki wirowały na wietrze.

- Faktycznie – przytaknął, spoglądając na ukochanego, po czym poprawił jego nocną koszulę. Naciągnął ciepłą kołdrę i przebiegł po jego czole, odgarniając jasne kosmyki. – A teraz śpij. Już najwyższa pora, mój Aniołku.

Chłopak wziął głęboki oddech i przymknął oczy, wygodnie układając głowę na poduszce. Chwilę potem spał spokojnym snem.



4.

Harry nie był tym, za kogo wszyscy go mieli. Był kimś więcej. Na pewno nie był człowiekiem. I szukał tego. czego szukali wszyscy podobni do niego – swojej lepszej strony. Kogoś dobrego, kto ich poprowadzi. O czystym i pięknym sercu. Bo każdy z nich chciał wrócić tam skąd upadł – do nieba.

Przysiadł na parapecie okna, dopinając mankiety koszuli. Westchnął i spojrzał na wirujące płatki śniegu, które osiadały na parapecie po drugiej stronie szyby. Uśmiechnął się delikatnie. Zima zawsze fascynowała Nialla. Być może ze względu na to, iż rzadko miewał z nią styczność, ze względu na swoje wątłe zdrowie.

Odwrócił głowę, a jego szmaragdowe tęczówki spoczęły na spokojnie śpiącym blondynie. On był jego zbawieniem. Jego lepszą stroną. Człowiekiem o czystym i pięknym sercu. Po raz pierwszy poczuł te przeskakujące iskry, kiedy go poznał. Jednak nie spodziewał się, że jego zbawienie odbierze mu choroba. Czekały go kolejne lata, jak nie wieki poszukiwań. A on nie chciał nikogo innego. Pokochał tego drobnego chłopaka. Zbyt mocno i szczerze, by chcieć kogoś innego.

- Chyba. że… - mruknął do siebie i w sekundzie podjął decyzję. Wykorzysta część anielskiej mocy. jaka została im dana przy strąceniu. Zabezpieczy się.

Podszedł do łóżka i przywołał anielską moc. Syknął cicho, gdy jego skórę na plecach rozdarł przenikliwy ból. Chwilę potem śnieżnobiałe skrzydła zaszeleściły, splamione odrobiną jego własnej krwi. Rozłożył je i spostrzegł jak Niall porusza się niespokojnie. Moment potem spod powiek wyłoniły się zaspane, jasne oczęta.

- Harry – wychrypiał blondyn. – To ty wyglądasz jak anioł.

Na jego twarz wkradł się delikatny uśmiech, gdy przysiadł na skraju materaca i gładził chłopaka po policzku.

- Ulżę ci w twym cierpieniu, jeśli chcesz – nachylił się, przykładając dłoń do jego piersi.

- Chcę – odszepnął.

- Więc czas zasnąć, Niall – miękko wypowiedział jego imię i odsłonił skórę skrytą przez kołnierzyk koszuli nocnej. Rozchylił wargi, gdzie można było teraz dostrzec nieduże kły i ostrożnie przebił jasną skórę, wpuszczając w jego tętnicę swoją własną krew. Jego ukochany jęknął krótko, ale uspokoił go, gładząc kciukiem pierś.

Odsunął się i przykładając palce do śladów po ugryzieniu, pozwolił by jego krew zmieszała się z krwią blondyna. Jego chabrowe tęczówki jeszcze raz spojrzały na niego, po czym zniknęły za powiekami. Odczekał chwilę, pozwalając sercu przepompować szkarłatny płyn w żyłach chłopaka, by ostatecznie zatrzymać je za pomocą delikatnego, anielskiego blasku.



5.

Padał śnieg. Sprawił, że czarny parasol Harry’ego stał się biały, gdy stanął przed kaplicą, w której miał się odbyć pogrzeb Nialla. Skrył twarz w śnieżnobiałym szaliku, który podarowała mu matka chłopaka. To ona sprawiła, że powstrzymał swoje własne odejście. Chciał zasnąć, ale wtedy do jego drzwi zapukała ona. przynosząc mu wieść o śmierci blondyna, którą - de facto - on sam spowodował. Poprosiła go, by wygłosił mowę pożegnalną. Jak to powiedziała: On by tego pragnął. Więc powstrzymał swój własny sen.

Złożył parasol, strzepując warstwę śniegu przy drzwiach i wszedł do środka. Mimo iż stąpał delikatnie, jego kroki odbijały się echem od ścian, przez co zwracał na siebie uwagę żałobników. Przemknął więc przez główną nawę i podszedł do pierwszej ławy, gdzie siedziała rodzina zmarłego.

- Oh, Harry, tak się cieszę, że przyszedłeś – odezwała się zapłakana matka chłopaka, kiedy przysiadł obok niej. Uśmiechnęła się przez łzy, widząc co ma zawiązane pod szyją. Wyciągnęła dłoń do miękkiego szala i przejechała po nim. – Widzę, że go założyłeś.

- Chciałby tego – odpowiedział.

- Na pewno – przytaknęła mu, po czym zlustrowała jego bladą twarz. – Ale nie wyglądasz najlepiej.

- Jestem ciut zmęczony. Nie spałem najlepiej – wyjaśnił. – Sama pani rozumie.

- Tak, tak – przytaknęła i po tych słowach rozpoczęła się ceremonia.

Był niewzruszony. Nie płakał. Wiedział, że spotka się z nim w bliższej lub dalszej przyszłości. Starał się pocieszać matkę jego ukochanego, która cierpiała. Czuł to, gdyż siedział obok niej. W końcu był aniołem. Co prawda upadłym, ale nadal aniołem.

Nareszcie nadszedł jego czas. Wstał z ławy i ruszył w stronę mównicy. Mijając zamkniętą, mahoniową trumnę, przejechał po chłodnym drewnie palcami, po czym zajął wyznaczone mu miejsce. Ostatni raz zmarszczył brwi, po czym spojrzał na zgromadzonych.

- Pani Horan poprosiła mnie, bym wygłosił mowę pożegnalną. On na pewno również by tego pragnął. Uważał, iż byłbym znakomitym poetą. Postaram się więc pożegnać go w jak najpiękniejszych słowach – oznajmił i sięgnął do swojego płaszcza. skąd wyciągnął pustą kartkę. Spojrzał na nią, by sprawić pozory, że się przygotował; jednak nie potrzebował tego. Doskonale wiedział, co chciał powiedzieć.

- Zasnąłeś, mój drogi. Chyba czas i ja bym zasnął na chwilę. Bo widzisz, w tym długim. niekończącym się bezkresnym bycie, szukałem duszy mi bliskiej i pokrewnej. Swojej lepszej strony – podniósł wzrok i przebiegł po zebranych, po czym wznowił. – Pozwól mi więc, w zamian za ofiarowanie ci mej krwi, wziąć twój biegnący czas. I mimo tego zasnąć z tobą na chwilę; lub dwie dłuższe. A gdy się zbudzę, wyjdę ci naprzeciw. Spotkamy się ponownie. Słodkich snów, Niall.

Złożył pustą kartkę i schował z powrotem do kieszeni płaszcza, po czym wrócił na swoje miejsce obok matki chłopaka. Pragnął. by ten dzień się skończył i faktycznie mógł zasnąć wraz z nim. Na chwilę; lub dwie dłuższe.



Rok 2013

1.

- Przykro mi to robić, Harry – donośny, tubalny, ale łagodny głos, rozbrzmiał w jego głowie. – Jesteś archaniołem. Jeszcze nigdy nie strącałem anioła takiej rangi.

Spojrzał przez ramię na Gabriela, który przyglądał mu się ze smutkiem w oczach.

Złożył swoje skrzydła i spojrzał przed siebie, gdzie właśnie otworzył się portal. Wysoko podniósł głowę i wskoczył w otchłań, zamykając oczy. Przerażający ból przeszył jego plecy.

Szeroko otworzył oczy. Jego oddech był nierówny i płytki. Podciągnął się na łokciach i usłyszał cichy szelest. Przekręcił głowę, a jego szmaragdowe oczy spoczęły na długich, białych skrzydłach poplamionych krwią. Jęcząc cicho, usiadł na materacu.

Przebiegł palcami po czekoladowych lokach i rozejrzał się dookoła. Był w jakimś dawno opuszczonym, zakurzonym pokoju. Przez okna zabite deskami, wpadały promienie słońca. Z ulicy dobiegał go gwar i warkot.

Podniósł się, łapiąc za głowę, gdyż pulsowała nieprzyjemnym bólem. Potykając się o własne nogi oraz zamiatając skrzydłami i plamiąc krwią podłogę, podszedł do jednego z okien. Oparł ręce na deskach i wyjrzał przez szparę. Dostrzegł śnieg okrywający ulicę. Znajomą, ale jednocześnie inaczej wyglądającą. Powędrował spojrzeniem ponad wysokimi budynkami, szukając punktu odniesienia. Do jego uszu dotarło znajome bicie zegara.

- Londyn – mruknął do siebie. – Ale którego roku?

Dalej obserwował ulicę, zastanawiając się, ile czasu minęło. Jednak skoro wybudził się. to może oznaczać tylko jedno. On tu też jest. Taki jak dawniej.



2.

W studiu dziesiątym panował półmrok. Na taborecie przy pięknym, czarnym fortepianie siedział szczupły chłopak drobnej budowy. Na czoło opadała złocista grzywka, którą cały czas przeczesywał palcami. Jasne oczy były niczym pochmurne niebo w deszczowy dzień i uporczywie wpatrywał się w kartkę oraz ołówek leżący na instrumencie.

Westchnął ciężko i nacisnął kilka przypadkowych klawiszy. Znów przebiegł palcami po jasnej grzywce i wydął usta.

Został mu miesiąc do zaliczenia semestru, a on wciąż nie miał piosenki na ćwiczenia profesora Johansena. Próbował pisać, ale nie szło mu to najlepiej. Zazwyczaj muzykę miał piękną, ale niekoniecznie radził sobie z tekstem.. Nie był poetą. Jednak starał się, jak mógł. Tym razem nawet muzyka nie chciała na niego spłynąć. Nawet nuta.

Warknął niezadowolony i uderzył pięściami w klawisze.

- Powinienem się bać? – zapytał delikatny, męski głos. Niall wychylił się zza fortepianu i jego niebieskie oczy spoczęły na szatynie. Ubrany był w jasnoszary płaszcz i czarny szal po szyją. Przez ramię przewieszoną miał czarną torbę. Blondyn znów westchnął.

- Hej, Lou – odpowiedział, chowając kartkę oraz ołówek do swojej torby. Założył swój granatowy płaszcz, chwycił w palce biały szal i zgarnął torbę. Skierował się do wyjście, gdzie wciąż stał jego przyjaciel. – Za miesiąc zaliczenie u Johansena, a ja wciąż nic nie mam.

- Nie przejmuj się – pocieszył go szatyn i wypuścił na korytarz. – Ja też wciąż nic nie mam.

- Proszę cię. Nie dobijaj mnie – mruknął Niall, kierując się do wyjścia z budynku. – Znając ciebie, w pięć minut coś napiszesz. Nie to, co ja.

- Oj, nie dramatyzuj, Horan – odparł chłopak, a blondyn w tym czasie zawiązał pod szyją swój biały szalik. – Jesteś jednym z najlepszych na roku.

- Weź mnie nie denerwuj – odezwał się blondyn i pchnął drzwi uczelni. Wyszedł na ośnieżone schody i powoli stąpając, zszedł na chodnik po oblodzonych stopniach. Obaj ruszyli w dół ulicy.

Niall jest spokojnym chłopakiem. Spokojnym i dobrym. Gdyby mógł, to pomógłby całemu światu. Ale jak miał pomóc komukolwiek, kiedy nie umiał sobie ułożyć własnego życia? Kochał i to nie raz, jednak wszystko szybko się kończyło. Wiedział, że to jego wina. Miał czasem wrażenie, że urodził się w niewłaściwym czasie; że jego miejsce nie jest pośród skaterów czy rockmenów. Miał wrażenie, iż bardziej odnalazłby się jako dziewiętnastowieczny dżentelmen. Zawsze był dobrze ułożony, co z kolei pochwalała jego mama.

Westchnął i przymknął oczy, gdy przystanęli na przejściu, czekając na zmianę świateł.

- Ni, ten koleś w czarnym płaszczu, po przeciwnej stronie, perfidnie się na ciebie gapi – usłyszał z boku głos przyjaciela. Otworzył więc oczy, a jego jasne oczy wciąż przypominające pochmurne niebo, spoczęły na chłopaku w czarnym płaszczu. Jasne policzki zdobił mróz, a na czoło opadały czekoladowe loki. Pełne usta wygięły się w delikatnym uśmiechu, który przyprawił go o szybsze bicie serca.

- A niech się gapi – mruknął w odpowiedzi, wciąż patrząc na dziwnie znajomego nieznajomego. Był niezwykle szczęśliwy, że widzi tego wysokiego, lokatego chłopaka, choć kompletnie go nie znał. Serce Nialla rwało się do niego, jakby to właśnie jego szukało przez cały ten czas. To uczucie było tak przyjemne, a zarazem dziwne i odrobinę zbijało go z pantałyku. Nie miał pojęcia, skąd wzięła się ta radość na widok nieznajomego.

Światło zmieniło się na zielone i wraz z Louisem ruszył przez pasy. Nie spuszczał z oczy lokatego, który - podobnie jak on - wpatrywał się w niego. Dopiero, gdy zdołał dostrzec szmaragdową głębię jego przenikliwych oczu, spuścił swój wzrok. Poczuł. jak rumieni się, zawstydzony.

Chłopak minął go, przebiegając palcami po jego ramieniu. Dotyk ten był tak elektryzujący, że wywołał zawroty. Horan oparł się na ramieniu przyjaciela, który przeprowadził go na drugą stronę.

- Dobrze się czujesz? – spytał Louis, gdy stanęli na chodniku. Mocniej zacisnął palce na ramieniu szatyna, gdy świat zawirował mu przed oczami. Odetchnął głęboko, a chwilę potem znalazł się w ciemnym pokoju. Lokaty, którego minął, miał poplamioną krwią koszulę na plecach, skąd wyrastały śnieżnobiałe, długie skrzydła. One również były splamione szkarłatnym płynem. Pochylał się nad łóżkiem, w którym leżał on. Wgryzł się w jego szyję, a Niall na łóżku jęknął krótko.

Wszystko znów zawirowało. Dostrzegł jeszcze delikatny rozbłysk światła i znów spoglądał na swoje buty.

- Tak. Tylko zakręciło mi się w głowie – odpowiedział blondyn, spoglądając w stronę, z której przyszedł. Brunet stał po przeciwnej stronie, przyglądając mu się uważnie. Przestąpił z nogi na nogę, po czym ruszył w swoim kierunku.

- Choć, odprowadzę cię do domu – zaproponował Tomlinson. – Jesteś okropnie blady. Jeszcze coś ci się stanie.

Niall ruszył dopiero wtedy, kiedy sylwetka lokatego zniknęła mu z widoku. Widział siebie, i pochylającego się nad nim zielonookiego. Szybko jednak doszedł do wniosku, że miał halucynacje i zwalił wszystko na przemęczenie oraz stres.



3.

Szedł powoli ulicą w stronę swojej ulubionej kawiarni i rozmyślał. Sen, który miewał odkąd pamiętał - zniknął. Po raz pierwszy nie pamiętał szmaragdowych tęczówek, śnieżnobiałych skrzydeł i krwi, która była dosłownie wszędzie. Obudził się, nie pamiętając, co mu się przyśniło. A sen zniknął tej samej nocy, kiedy spotkał lokatego chłopaka.

Przystanął na chodniku, po praz kolejny analizując wydarzenia z tamtego dnia. Nie umiał ich wyjaśnić racjonalnie. Wizje, radość na widok kompletnie nieznajomej mu osoby. Nie rozumiał tego, więc ciągle sobie powtarzał, że to przemęczenie. Stres związany ze zbliżającymi się egzaminami.

- Przydałby mi się psychiatra – westchnął. – I to taki porządny.

Pokręcił głową i podszedł do drzwi kawiarni. Wyciągnął rękę w stronę klamki, a jego dłoń napotkała przyjemnie ciepłe palce. Podniósł wzrok i napotkał intensywnie zielone oczy, które rozbłysły znajomym blaskiem. Na usta lokatego wkradł się delikatny uśmiech, a w jego głowie pojawiło się imię.

- Harry – wypowiedział je na głos, a uśmiech bruneta poszerzył się jeszcze bardziej. Niall zmarszczył brwi, zastanawiając się, skąd wzięło się ono w jego myślach. Nie znał nikogo o takim imieniu. Podrapał się po policzku, wciąż szukając w pamięci właściciela imienia, jednak poza księciem Harrym, nikt nie przychodził mu na myśl.

- Wchodzisz? – usłyszał dźwięczny, zachrypnięty głos i spojrzał na chłopaka, który przyglądał mu się uważnie.

- Och, tak – odparł i wszedł do środka. Skierował się do baru i zamówił swoją ulubioną kawę - Carmel Macchiato. Obok niego pojawił się lokaty i wziął dla siebie waniliowe latte. Niall pozwolił sobie przyjrzeć się mu uważnie.

Chłopak był wysoki i niewątpliwie szczupły. Zdradzały go długie, zgrabne nogi, które opinały dopasowane, ciemne dżinsy. Na stopach miał ciemnobrązowe botki. Czarny płaszcz do pół uda z podniesionym kołnierzem, sprawiał, iż wyglądał na tajemniczego dżentelmena.

- Podoba mi się twój biały szalik – odezwał się niespodziewanie zielonooki, odwracając do niego głowę. – Bardzo ładny. Pasuje do ciebie.

Sięgnął on do jasnego materiału szala i wygładził go długimi, zgrabnymi palcami. Na policzki Horana wkradły się delikatne rumieńce.

- Dziękuję – mruknął, po czym dodał. – Mogę wiedzieć, jak masz na imię?

Nieznajomy mrugnął oczyma, a jego długie rzęsy zafalowały. Ułożył usta w dziubek, a następnie cmoknął. Wbił spojrzenie w niebieskie tęczówki blondyna, które były tak inne od tych zapamiętanych. Takie pochmurne, a nie chabrowe - zawsze błyszczące radością.

- Harry Styles – przedstawił się w końcu, wyciągając dłoń w jego stronę. Niebieskie oczy Horana podniosły się na niego i zamrugał zaskoczony.

- Ja jestem Niall – odpowiedział i uścisnął dłoń chłopaka, na usta którego cisnęło się: Tak, wiem. Czekałem na ciebie. Ugryzł się jednak w język i tylko uśmiechnął. Odebrali swoje zamówienia i usiedli przy stoliku. Przez chwilę milczeli, jednak Harry przerwał niezręczną ciszę, rozpoczynając rozmowę. Bo przecież wiedział, jak postępować z blondynem.



4.

Wpadł pod daszek na przystanku autobusowym i potarł skryte w rękawiczkach ręce. Było mu piekielnie zimno, gdyż nagle złapała go śnieżyca. Cały był pokryty warstwą śniegu. Czuł, jak jego płaszcz staje się ciężki od wody, która w niego wsiąka. Do tego miał mokre włosy. Modlił się tylko, by nie rozchorować się w ostatnich tygodniach semestru.

Ponownie naszło go to nieprzyjemne uczucie - że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się po ulicy, ale poza postacią idącą chodnikiem, pod dużą parasolką i jakimś chłopakiem po przeciwnej stronie, biegnącym do baru, nie było nikogo, kto mógłby go szpiegować.

- Odbija mi już – mruknął i spojrzał na siebie. – Wyglądam jak bałwan.

Zaczął strzepywać śnieg z mokrych włosów oraz płaszcza. Trząsł się przy tym jak osika. Było mu zimno. Okropnie zimno. I przez tę jedną rzecz, – śnieżycę - nie cierpiał zimy. Tylko za tę jedną rzecz. Tak to wręcz uwielbiał tę mroźną i białą porę.

- Niall? – usłyszał znajomy, zachrypnięty głos. Podniósł głowę i spojrzał na Harry’ego, który okazał się postacią z wielką, ciemnozieloną parasolką. – Na Boga, cały przemokłeś i pewnie przemarzłeś.

- No… Tak trochę – przyznał, gdy chłopak podszedł do niego. Odgarnął z jego czoła blond grzywkę i przebiegł opuszkami palców po policzku.

- Choć, mieszkam nie daleko – odparł brunet, wyciągając do niego ramię. – Ogrzejesz się, wysuszysz.

Horan spojrzał na lokatego. Nie był pewien, czy pójście do niego, to dobry pomysł. Od ich spotkania w kawiarni minęły dwa tygodnie. Spotykali się w niej prawie codziennie, co uskrzydliło blondyna, jeśli można tak powiedzieć. Miał muzykę do swojej piosenki. Strzępki tekstu porozrzucane na kartce. Nie zebrał ich jednak jeszcze w całość.

Nialla przeszedł dreszcz, co nie umknęło uważnym, szmaragdowym tęczówkom. Chwycił wyciągnięte ramię chłopaka i skrył się pod jego ciemnozieloną parasolkę. Ruszyli w górę ulicy. Blondyn zmarznięty tulił się w ciepłe ramię Harry’ego. Chłopak zaś wolną dłonią gładził jego przedramię, przez co znów miał to znajome wrażenie. Jakby déjà vu.

Weszli do kamienicy i wspięli się na pierwsze piętro. Styles otworzył drzwi i przodem puścił chłopaka. Horan ostrożnie przekroczył próg mieszkania i obrzucił korytarz przelotnym spojrzeniem. Miał przyjemny, ciepły odcień pastelowej zieleni.

- Mogę? – usłyszał głos bruneta i spojrzał na niego. Ten wyciągał w jego stronę rękę, by wziąć od niego przemoczony płaszcz.

- Och, tak. – speszył się i pośpiesznie zdjął przemoczoną odzież wierzchnią. Zrzucił buty ze stóp i ściskając w rękach pasek swojej torby, ruszył za chłopakiem do salonu.

Był przestronny, połączony z kuchnią. Pierwsze, co przykuło uwagę blondyna, to piękne, hebanowe pianino z błyszczącymi, śnieżnobiałymi i czarnymi jak smoła klawiszami. Jego oczy rozbłysły żywą radością, gdy spostrzegł instrument.

- Podoba ci się? – spytał Harry, stając przy jego boku i przyglądając się mu. Dostrzegł, jak te nachmurzone tęczówki znów przybierają piękny odcień chabru.

- Bardzo – odpowiedział, podchodząc bliżej. – Jest piękne.

- Dawno nie widziałem ciebie tak szczęśliwego – odparł ciepło lokaty, gdy blondyn delikatnie przejechał po klawiszach pianina.

- To my się znamy? – zdziwił się, wciąż wpatrzony w piękny instrument. Mógłby na nim grać całe życie i tworzyć najpiękniejsze melodie.

- Bardzo dobrze – wyszeptał mu na ucho Styles. Odwrócił głowę i napotkał jego niezwykłe, spokojne, szmaragdowe tęczówki. – Pozwól, że ci przypomnę.

Brunet chwycił go za podbródek i delikatnie uniósł głowę do góry. Przejechał opuszkami palców po jasnej skórze szyi, zjeżdżając niżej, na co przymknął oczy. Jego dłoń zatrzymała się na sercu i odcisnęła swój ciepły ślad. Chwilę później pod powiekami Nialla zaczęły się przewijać miliony obrazów. Pierwszy dzień w szkole dla chłopców, to jak go poznał, jak pierwszy raz przyszedł go odwiedzić. Dzień. w którym wyznał Harry’emu swoje uczucie, które zostało odwzajemnione. Ich pierwszy raz. Choroba blondyna, zimowy spacer. Śmierć. Pogrzeb.

Znów rozbłysło delikatne światło, a spod powieki Horana uwolniła się pierwsza łza. Lokaty starł ją i pogładził alabastrowy policzek kciukiem.

- Czy to możliwe, że tamtego dnia, gdy zobaczyłem cię na przejściu – zaczął, podnosząc powieki i spoglądając na twarz chłopaka – moje serce podświadomie wiedziało, że to ty? Rwało się do ciebie jak szalone i nie wiedziałem, dlaczego. Ale teraz.

- Obiecałem ci, że gdy się zbudzę, wyjdę ci naprzeciw – wyznał, muskając jego czoło. – Spotkamy się ponownie. Więc oto jestem.

- Kim tak właściwie jesteś? – spytał Niall. – Śniłeś mi się nie raz. Widziałem twe oczy i śnieżnobiałe skrzydła.

- Czas ci powiedzieć, kim jestem – przyznał brunet, cofając się o kilka kroków. – Czas ci powiedzieć, kim ty jesteś dla mnie.

Harry stanął, spuszczając ręce wzdłuż ciała. Wziął wdech i spojrzał w chabrowe tęczówki swojego ukochanego. Przełknął ślinę, a moment potem poczuł ten okropny, przeszywający jego plecy ból. Syknął cicho i gestem powstrzymał blondyna, zmierzającego w jego stronę. Coś strzeliło, zaszeleściło, a chwile potem długie, śnieżnobiałe skrzydła, splamione krwią, rozpięły się.

Niall wziął głęboki wdech, przyglądając im się uważnie. Zamrugał oczyma, cofnął się o krok i wpadł na pianino.

- Jestem upadłym aniołem – wyznał Harry, pozwalając skrzydłom opaść. – Właściwie archaniołem. A ty jesteś moim zbawieniem.

- Zbawieniem? – powtórzył słabym głosem, chłopak.

- Tak. Moją lepszą stroną – wyjaśnił. – O czystym i pięknym sercu. Czekałem na ciebie przez tyle. Czekałem dwa wieki. A kiedy cię znalazłem, okazało się, że jesteś chory. Mogłem cię uleczyć, ale to wbrew kodeksowi. Pozwoliłem ci więc odejść. Nawet pomogłem.

- Zabiłeś mnie? – prawie krzyknął Niall i z wrażenia usiadł na taborecie przy pianinie.

- Męczyłeś się. Na początku dziewiętnastego wieku nie było leku na gruźlicę – wyznał, podchodząc bliżej. Nie dotknął go jednak. – Pomogłem ci zasnąć. Zanim to jednak zrobiłem, użyczyłem ci mej krwi w zamian za twój czas. Dzięki temu żyjesz dzisiaj. A ja jestem obok ciebie, ponieważ po twoim pogrzebie zasnąłem na dwieście lat, by obudzić się teraz. By znów być z tobą. Bo jesteś taki sam, jak wtedy.

- A ty? – spytał Horan, podnosząc wzrok do góry. – Jesteś taki sam, jak wtedy?

- Kocham cię, jak wtedy – przyznał z delikatnym uśmiechem. – I pragnę wrócić do domu. Tylko ty możesz mi w tym pomóc.

- Bo jestem twoim zbawieniem – odparł spuszczając wzrok.

- Tak. Jesteś moim zbawieniem. – przyznał lokaty, chwytając go za podbródek i spoglądając w przejrzyste oczy. – Jesteś moją lepszą połówką. Moim skrawkiem nieba na ziemi.

Harry nachylił się i delikatnie musnął różowe wargi blondyna. Gdy ten go nie odepchnął, odważył się pogłębić pocałunek. Wziął w obie dłonie twarz Nialla i delikatnie przygryzł dolną wargę. Chłopak rozchylił usta i pozwolił mu wtargnął do środka, odwzajemniając pieszczotę.

Gdy zabrakło im tchu, Harry ucałował czubek nosa blondyna, po czym pozwolił wtulić mu się w brzuch. Przebiegł długimi palcami po jego jasnych kosmykach, a kąciki warg drgnęły ku górze. Znów go miał przy sobie. Takiego jak dawniej.



5.

Wraz z Louisem wracał przez park do domu. Oczy błyszczały mu z radości, a na ustach gościł przepiękny uśmiech. Niall śpiewająco zaliczył egzamin u profesora Johansena. A wszystko dzięki Harry’emu, który pomógł mu napisać niesamowity tekst do piosenki.

- Mówię ci. Był zachwycony – odezwał się podekscytowany blondyn, na co Tomlinson odpowiedział mu szerokim uśmiechem. – Będę musiał podziękować Harry’emu. To on pomógł mi z tekstem.

- Nie wierzę, że kumplujesz się z tym kolesiem – odparł szatyn.

- Jest w porządku – rzucił Horan i ruszyli dalej alejką. Nie wyznał przyjacielowi, co trzy tygodnie temu wydarzyło się w mieszkaniu lokatego. Wyśmiałby go lub wziął za wariata. Wystarczyło, że on wiedział, iż jest archaniołem i to on jest mu potrzebny. Nie ktoś inny. To za każdym razem wywoływało uśmiech na jego twarzy. Tak było i tym razem.

- Ej – usłyszeli przed sobą. Blondyn podniósł wzrok i zobaczył wysokiego bruneta, którego ciemne oczy wpatrywały się w nich ze złością. Spuścił więc oczy na swoje buty i ruszył dalej, chcąc go wyminąć. Nie potrzebował kłopotów, a ten mulat i towarzyszący mu koledzy, na pewno je zwiastowali.

- Do ciebie mówię, blondasie – znów usłyszał jego głos. Tamten chwycił go za ramię i spróbował się wyszarpnąć. Brunet jednak wyciągnął z kieszeni płaszcza nóż i wycelował nim w niego. – Dawaj forsę i komórkę. Ale już!

Louis skrył się za Niallem, a ten przerażony zaczął grzebać po swojej torbie.

- Pospiesz się – ponaglał go, rozglądając się dookoła. Chwilę potem między nich wpadła postać. Horan podniósł spojrzenie i zarejestrował burzę czekoladowych loków.

Harry zaczął szarpać się z mulatem, a blondyn wraz z przyjacielem cofnęli się. Lokaty chwycił za jeden z nadgarstków bruneta. Jego koledzy jednak szybko wkroczyli do akcji i odciągnęli go. Chłopak zamachnął się i srebrne ostrze utkwiło w brzuchu Stylesa, który odruchowo zgiął się w pół.

- Kurwa, Malik, pojebało cię! – krzyknął jeden z nich i pociągnął zszokowanego bruneta. – Spierdalamy, stary!

Odbiegli alejką, którą przyszli, a Niall podbiegł do leżącego na śniegu chłopaka. Zaniósł się szlochem, gdy spostrzegł plamę szkarłatnego płynu

- Harry – wydukał jego imię, odwrócił i ułożył jego głowę na swoich kolanach. Odgarnął z czoła czekoladową, kręconą grzywkę. Spod długich rzęs wyłoniły się lśniące, szmaragdowe tęczówki.

- Harry – powtórzył jego imię, a słona łza skapnęła na jego blady policzek. Wyciągnął ostrze i sięgnął do swojego białego szalika, chcąc nim zatamować krwawienie.

- Nie – powstrzymał go zachrypnięty głos Stylesa. – To ta chwila. Na mnie czas.

Lokaty powoli zaczął podnosić się do pozycji siedzącej. Oparł się obiema dłońmi na śniegu. Z pomiędzy jego ust wyrwał się przeraźliwy krzyk, który zmieszał się z grzmotem. Chwilę potem materiał ciemnego płaszcza rozdarły długie śnieżnobiałe skrzydła, splamione krwią – jak zawsze.

Niall podniósł się i cofnął, obserwując jak szkarłatny płyn zaczyna iskrzyć. Złociste drobinki uniosły się ku górze, a delikatny blask otulił skrzydła. Harry podniósł się na równe nogi i spojrzał w jasne oczy blondyna. Uśmiechnął się ciepło i podszedł do niego.

- Dziękuję – szepnął, gładząc go po zarumienionym policzku. – Będę cię strzegł tam z góry, przysięgam. A ty nie bój się żyć dalej, bo będę widział.

- Dobrze – odszepnął, czując jak łzy napływają mu do oczu. Nawet nie zdążył się nim nacieszyć. Ale coś za coś. On dostał od niego drugie życia. W zamian za cząstkę swojego czasu. Najwyraźniej już się skończył.

- Kocham Cię – wyznał jeszcze lokaty i ucałował go w czoło. Ostatni raz musnął opuszkami palców zarumieniony policzek i cofnął się kilka kroków w tył. Rozłożył długie skrzydła i wzniósł się ku niebu, gdzie przez ciemne, kłębiące się chmury, przebijała się smuga jasnego światła. Niall odprowadził wzrokiem anioła, dopóki nie zniknął miedzy chmurami.

- Co to… - do blondyna dotarł wyraźnie zszokowany głos Louisa. Spojrzał na niego i uśmiechnął się od nosem.

- Chodź. Wytłumaczę ci – wziął go pod ramię i ruszyli alejką. – Bo to długa historia i obejmuje kilka wieków.



6.

Wiosna przyniosła ze sobą piękne, słoneczne dni. Sprawiła też, że ponury nastrój, który dopadł Nialla całkiem niedawno – zniknął. Słońce przywołało na jego usta śliczny uśmiech, a nachmurzone tęczówki przybrały radosny, chabrowy odcień. Ulubiony odcień Harry’ego.

Wspominał go czasem. On w zamian odwiedzał go w snach, poprawiając humor lub po prostu pozwalając mu się wyżalić. Nie pokazywał mu się w pełnym majestacie – anielskich skrzydłach, aureoli i białej tunice. Raczej odwiedzał go jako zwyczajny chłopak. Tak jak go zapamiętał. I zgodnie z jego prośbą – żył dalej. Poznawał ludzi, dalej się uczył, próbował zakochać.

Westchnął, wyglądając przez okno biblioteki. Spojrzał na błękitne niebo przyozdobione puchatymi chmurkami. Wydął usta w dziubek i ponownie spojrzał na tekst książki, którą miał przeczytać.

- Znów myślisz o Harrym – odezwał się Louis, stając przy stoliku.

- Nie prawda – oburzył się blondyn.

- Proszę cię. Przyglądam ci się od piętnastu minut – prychnął szatyn. – Przez ostatnie pięć wpatrywałeś się w niebo. Myślisz o Harrym.

- Dobra. No już – mruknął, zamknął książkę i obaj skierowali się do wypożyczalni. Mijali jeden z działów, gdy usłyszeli jakiś huk. Przystanęli przy przejściu i ich spojrzenia zatrzymały się na chłopaku o brązowych włosach. Miał na sobie czarne dżinsy oraz granatową koszulę. Przykucał przy kupce książek, które mu wypadły i teraz próbował je poukładać.

Poczuł, jak ktoś lekko popycha go w stronę chłopaka. Nie opierał się, bo wiedział kto to. Ruszył więc w stronę nieznajomego, nie spoglądając za siebie. Najwyraźniej on chciał, by się spotkali. By go poznał.

Przykucnął przy stosiku książek i zaczął je zbierać. Podniósł wzrok i napotkał śliczne, sarnie oczy, które przyglądały mu się uważnie. Uśmiechnął się więc przyjaźnie i przedstawił.

- Jestem Niall.

- Liam. Liam Payne – odpowiedział chłopak i odwzajemnił jego uśmiech.

Louis przyglądał się temu z wysoko uniesioną brwią. Pokręcił z niedowierzaniem głową i już miał wołać przyjaciela, kiedy czyjaś dłoń zacisnęła się na jego ramieniu. Odwrócił wzrok i napotkał zielone oczy, otulone wachlarzem długich rzęs i skryte pod kręconą, czekoladową grzywką.

- Jego archanielskość – odezwał się zaskoczony szatyn, na co Harry uśmiechnął się.

- Archanielskość – powtórzył z rozbawieniem. – Jesteś całkiem zabawny.

Lokaty przeniósł spojrzenie z Tomlinsona na Nialla, który żywo rozmawiał z Paynem. Wcisnął ręce w kieszenie wiosennego płaszcza i przyglądał im się z nieukrywanym zadowoleniem.

- To twoja sprawka, prawda? – spytał Louis.

- Owszem, moja – przyznał się Styles i powrócił do szatyna. – Liam nie złamie mu serca. Jest dobrym chłopakiem. Niall będzie szczęśliwy. A jeśli on będzie szczęśliwy, to i ja też.

Ostatni raz obrzucił przelotnym spojrzeniem blondyna i odwrócił się na pięcie. Zanim jednak odszedł, pozostawił po sobie ślad – roziskrzone, śnieżnobiałe piórko, które chwilę później podniósł Niall, idąc wraz z Liamem do wypożyczalni.

- Wiedziałem – mruknął pod nosem i uśmiechnął, obracając piórko w palcach.

305

1.

Niall poprawił zsuwające się z nosa okulary oraz pasek torby. Teczka pełna projektów i kolejna, z notatkami, wyślizgiwały mu się z rąk. Rozejrzał się po jezdni nim przebiegł na drugą stronę. Przystanął przed drzwiami, a ponownie poprawiwszy foldery nacisnął klamkę i wszedł do ciepłej, przestronnej recepcji MCC*.

Zatrzymał się przy wejściu, przyciskając teczki do piersi i obrzucił hall przelotnym spojrzeniem. Jak zawsze kręciło się tu mnóstwo modnie, szykownie ubranych ludzi. Wciąż się zastanawiał, jakim cudem został tu przyjęty. Miał fart, że projektant, który zatrudnił go na posadę swojego asystenta nie patrzył na wygląd, tylko umiejętności. A te miał nieprzeciętne. W proporcji do wyglądu, oczywiście.

Niall miał ciemnobrązowe włosy, których za długa grzywka opadała na błękitne oczy, dodatkowo ukryte za okularami. Nosił stare, wytarte dżinsy koszulki oraz bluzy. Eleganckie buty ostatni raz założył na maturę. Nawet na rozmowę o pracę wybrał swoje stare tenisówki. Wyróżniał się na tle tych niezwykle modnych i podopinanych na ostatni guzik sekretarek czy modeli.

Westchnął i znów poprawiając okulary na nosie podszedł do recepcji, za którą, w rytm muzyki płynącej z radia, bujała się Cher. Miała śliczną, białą spódnicę w grochy, podszytą czarnym tiulem. Do tego założyła niebieską, obcisłą bluzkę, na którą zarzuciła czarne bolero. Jej czekoladowe włosy falami opadały na ramiona. Gdy spostrzegła Horana uśmiechnęła się do niego. Była jedyną – zaraz po Liamie – osobą, która z nim rozmawiała nie krzywiąc na jego widok. Bo, nie ukrywajmy, Niall nie pasował do MCC ani trochę.

- Ahoj, piracie – przywitała się przyjaźnie dziewczyna. – Grrr.

- A ty co? – zapytał, odkładając teczki na ladę, poprawiając grzywkę i rozpinając kurtkę. – Cofnęłaś się w rozwoju do dzieciństwa?

- Tak jakby – odparła Cher. – Oglądałam z kuzynką Wyspę Skarbów, bo zostałam zmuszona do niańczenia jej.

- No i wszystko jasne – uśmiechnął się brunet, biorąc od niej identyfikator oraz zgarniając foldery z lady.

- Liaś na ciebie czeka – zaćwierkała radośnie, kiedy zaczął kierować się w stronę pracowni. Przytaknął jej lekko z uśmiechem i ruszył za grupą modelek w szpilkach, ze zgrabnymi pośladkami.

Skulił się w sobie, a odprowadzany chichotami, skręcił na prawo. Nacisnął klamkę przeszklonych matową szybą drzwi i wszedł do pracowni. Przy biurku kreślarskim stał młody mężczyzna o jasnobrązowych włosach. W granatowe dżinsy wpuszczona była jasnoniebieska koszula, której rękawy podwinięte były do łokci. Całości dopełniał beżowy pasek.

- Jak zawsze wygląda pan olśniewająco – odezwał się Niall, zwracając na siebie uwagę mężczyzny. Jego sarnie oczy rozbłysły, gdy tylko go spostrzegły, a na usta wtargnął szeroki uśmiech.

- Niall, nareszcie! – zawołał, podchodząc i biorąc od niego teczkę. – Dziękuję. I co ja ci mówiłem o zwracaniu się do mnie, per pan…?

Szatyn urwał przyglądając się projektom, które zwrócił mu Niall. Od razu dopadł swojego biurka, by porównać z pierwotnymi szkicami, a jego oczy zrobiły się wielkie oraz rozbłysły niczym gwiazdy.

- Coś nie tak, panie Payne? – spytał, a widząc jego spojrzenie szybko się poprawił. – To znaczy… Liam?

- Wszystko doskonale – odpowiedział. – A nawet lepiej niż doskonale. Dałem ci gotowe projekty do przejrzenia, a ty je poprawiłeś.

- Przepraszam, jeśli nie powinienem – odparł, odkładając rzeczy na swoje biurko.

- Nie. Właśnie dlatego ci je powierzyłem – zawołał Payne, opadając na swoje krzesło. – Czasem mam wrażenie, że się wypalam, kiedy patrzę na niektóre twoje szkice, które zostawiasz na biurku przez przypadek. Są takie świeże, nowe. Dlatego dałem ci do przejrzenia te moje i poprosiłem o nałożenie ewentualnych poprawek.

- Proszę nie kierować się moimi poprawkami – uśmiechnął się lekko, mile połechtany przez swojego szefa. – Wystarczy spojrzeć na mnie.

- Wystarczy zmienić garderobę, mój drogi – odparł stanowczo Liam. – Halo! Masz dwadzieścia cztery lata. Czas zmienić szafę nastolatka na szafę przystojnego mężczyzny, pracującego w MCC.

- Nie jestem przystojny – burknął Horan, poprawiając okulary na nosie i względnie porządkując swoje miejsce pracy. Szatyn już otwierał usta, by zrobić uwagę w tej kwestii, ale przerwał mu telefon. Spojrzał karcąco na Irlandczyka i sięgnął po komórkę.

- Liam Payne. Słucham – odezwał się, kontynuując przeglądanie rysunków. – Tak, mam je wszystkie. Mój asystent właśnie dostarczył mi je z poprawkami – Niall spojrzał znad oprawek na szatyna. – Dobra. Jasne. Zaraz tam będziemy.

Rozłączył się i wcisnął telefon do kieszeni. Nim podniósł się z miejsca zgarnął do teczki wszystkie projekty.

- Idziemy, Horan. – Nacisnął klamkę drzwi i otworzył je, wyczekująco patrząc na drugiego mężczyznę.

- Gdzie? – spytał Irlandczyk.

- Do szefa. – Szatyn złapał kraniec jego szarej bluzy, podciągając go do góry. Kiedy wysunęli się na korytarz, chwycił chłopaka pod ramię i ruszył do wind. – Przecież nie omówię tych projektów sam. Nie znam ich.

- A-Ale my idziemy do pana Malika? – dopytywał się lekko drżącym głosem.

- Dokładnie tam – przytaknął radośnie Liam i nacisnął guzik windy. Niall w tym czasie zarządził odwrót, jednak jego przełożony zdążył złapać go za kaptur bluzy i przyciągnąć do siebie. – Gdzie się wybierasz?

- Do p-pracowni – zająknął się, tęsknie patrząc w stronę zamkniętych drzwi. Jednak moment potem Payne wepchnął go do windy i ruszyli na dziesiąte piętro.

Podobała mu się jego praca asystenta. Nie musiał ruszać się z miejsca, wystarczyło siedzieć przy swoim burku, od czasu do czasu wyskakując po kawę dla siebie i Liama. Resztę dnia spędzał na skrobaniu - sam nie wiedział czego - na kartkach. Ewentualnie przyglądał się pracy swojego szefa.

Wysiedli na dziesiątym piętrze i Payne od razu złapał Nialla za rękaw szarej bluzy. Mijali eleganckie panie oraz panów, którzy uroczo uśmiechali się do szatyna, a jego obrzucali karcącymi spojrzeniami. Jak zwykle skulił się w sobie, starając ukryć się za swoim przełożonym.

- Witaj, Perrie – odezwał się wesoło Liam, gdy znaleźli się przed gabinetem szefa szefów. – Zayn u siebie?

- Tak, Li. I już czeka na ciebie – odparła blondynka, którą dostrzegł nad ramieniem Payne’a. Ten odwrócił się do niego i odparł:

- Widzisz. Nawet Pezz wie, że nie należy zwracać się do mnie per pan – Niall westchnął ciężko i pokręcił głową. Chwilę potem został pociągnięty w stronę drzwi. Szatyn zapukał, usłyszeli grzeczne „proszę” i weszli do przestronnego gabinetu. Liam od razu podszedł do biurka syna założyciela przedsiębiorstwa. On natomiast przystanął z boku i spojrzał na prezesa.

Zayn Malik okazał się jeszcze przystojniejszy na żywo niż na tych wszystkich zdjęciach, które do tej pory widywał. Bordowa koszula idealnie układała się na jego umięśnionym torsie. Czarne, obcisłe dżinsy podkreślały długie nogi. Jego ciemna skóra wydawała się być niezwykle gładka. Twarz zdobił powalający uśmiech, a ciemne oczy błyszczały, gdy rozmawiał z Liamem.

Niall zawstydził się na widok tak idealnej osoby. Jego blade policzki przybrały różowy kolor, a okulary ześliznęły się z nosa. Złapał je w locie, przetarł szkła o koszulkę i wcisnął na nos. Podniósł głowę, a jego oczy spoczęły na Liamie oraz Zaynie. Mulat posłał mu uważne, zaciekawione spojrzenie spod czarnej grzywki. Serce zabiło mu szybciej, a ręce zaczęły pocić, gdy patrzył w te oczy.

- Proszę do nas, panie Horan – odezwał się melodyjnym głosem Zayn i kierując w jego stronę uśmiech. – Liam twierdzi, że nie omówimy projektów bez pana. Jak mamy to zrobić, gdy stoi pan pod drzwiami.

- Eeee… Tak – mruknął i podszedł do biurka, siadając na drugim wolnym miejscu.



2.

Uśmiechem podziękował Dani za cappuccino oraz szarotkę i skierował się do stolika, przy którym siedziała Cher. Dziś spięła włosy do góry – w koński ogon. Obcisłe dżinsy oraz biały top w połączeniu z czarną marynarką doskonale podkreślały jej walory. On, jak zwykle, założył wytarte dżinsy, koszulkę, bluzę i trampki.

- Ponoć zawitałeś do szefa w tym tygodniu – zainteresowała się, gdy tylko usiadł przy stoliku. Od razu skradła kawałek szarlotki z jego talerzyka.

- Tak. Liam wyciągnął mnie do pana Malika z projektami – przyznał, upijając łyk kawy i poprawiając wiecznie zsuwające się z nosa szkła. – Zastanawiam się, jak można być tak przystojnym i doskonałym.

- Ty też mógł byś być przystojny i doskonały, jakbyś zmienił coś w swojej szafie – stwierdziła Cher, upijając łyk swojego latte. – I zamienił te okulary na szkła kontaktowe. Masz takie piękne oczy.

- Nie prawda – mruknął Niall.

- Prawda! – zaprzeczyła, a on wywrócił oczyma i rozejrzał się po bufecie. Jego uwagę zwrócił szatyn stojący z Aidenem przy kontuarze. Pobladł, gdy się odwrócił, a jego chłodne spojrzenie, przebiegło po pomieszczeniu. Odwrócił głowę, próbując ukryć się za ręką, nie chcąc zwrócić jego uwagi na siebie.

„Louis Tomlinson” to była nazwa najgorszego okresu jego studenckiego życia. Byli ze sobą przez prawie cztery miesiące, ale gdy odkrył, że był to zwykły zakład – załamał się. Wyżył się wtedy na swoich projektach, dzięki którym śpiewająco zaliczył kolejny semestr i otrzymał stypendium. To był jedyny plus tego wszystkiego.

- Niall? – odezwała się Cher.

- Sh… – uciszył ją karcącym spojrzeniem, ale to nic nie dało. Chwilę potem po całym bufecie rozniósł się donośny i arogancki głos Louisa.

- No proszę! Kogo moje zacne oczęta widzą. Niall James Horan! – Irlandczyk odwrócił głowę i dostrzegł szatyna, idącego w jego stronę - idealnego i nienagannie pięknego. – Nic się nie zmieniłeś. Te same denka od słoików na nosie i stare wyciągnięte bluzy. Po starszym braciszku czy z lumpeksu?

- Siedź cicho, krasnalu! – zawołała wojowniczo Cher, podnosząc się ze swojego miejsca i stając między nim, a modelem.

- No proszę – odparł szatyn i zlustrował ją od stóp do głów. – Jak taka śliczna dziewczyna może zadawać się z kimś takim, jak to bezguście i… No cóż. Brak mi słów. Dalej nosisz aparat na zębach?

- Powiedziałam: zamknij się! – odezwała się zadziornie dziewczyna, podpierając ręce na biodrach. Niall w tym czasie, pochwycił swoją torbę i ze spuszczoną głową wycofał się do wyjścia. Nie miał ochoty patrzeć na te wszystkie złośliwe uśmieszki i spojrzenia.

Zaprzątnięty przez niemiłe wspomnienia i skupiony na wymianie zdań między Louisem a Cher, dobił do kogoś przy wejściu. Okulary przekrzywiły mu się na nosie. Zachwiał się, ale czyjeś ręce złapały go za ramiona i nie pozwoliły upaść. Spostrzegł czarną koszulę z błyszczącego materiału i od razu poderwał głowę do góry. Napotkał czekoladowe wpatrujące się w niego, nieprzeniknione tęczówki. Chwilę potem Zayn poprawił okulary na jego nosie.

- Przepraszam – szepnął, spuszczając wzrok. – Zamyśliłem się.

Nie czekając na reakcję mulata, wyminął go, pospiesznie wychodząc z bufetu. Ze łzami szklącymi się w niebieskich oczach, skierował się do toalety. Wpadł do środka i skulił się pod jedną ze ścian, kryjąc twarz między kolanami. Szlochał cicho, zastanawiając się, co robi tutaj Louis. Jeśli jest nowym modelem MCC, to jego spokojne życie tutaj właśnie zostało zaburzone; jak nie kompletnie zniszczone.

Usłyszał stukot czyichś butów na wyłożonej kafelkami posadzce. Odwrócił wzrok, nie chcąc, by ten ktoś patrzył na jego łzy. Poczuł, jak czyjeś dłonie układają się na jego kolanach i mocniej zacisnął dłonie na spodniach.

- Niall, nie płacz… – usłyszał ciepły głos Liama, więc odważył się podnieść wzrok.

- Ty nie rozumiesz! – zaczął, kiedy szatyn zdjął z jego nosa okulary i zaczął ścierać łzy. – On mnie upokorzył na studiach. Chodził ze mną dla głupiego zakładu. Teraz pojawił się tu i sam widzisz, co się stało. Jak do tej pory żyło mi się tu dobrze, tak teraz wszystko się skończyło. Ja jestem skończony. Poza tym, kto by chciał się umówić z takim kimś jak ja.

- Hej, hej! Nie waż mi się znów zacząć płakać – skarcił go Payne, ścierając ostatnie łzy z jego policzków, po czym wsunął mu na nos okulary. – Ja bym się z tobą umówił.

Niall podniósł wzrok na swojego przełożonego, który posłał mu ciepły uśmiech. Wyprostował nogi i pozwolił mu przebiegnąć długimi palcami po ciemnej grzywce.

- Masz piękne wnętrze. Niezwykły talent, wyobraźnie oraz wrażliwość – zaczął szatyn, gładząc jego policzek. – Jesteś jak anioł, który potrzebuje stanąć w świetle reflektorów. Ale by to się stało, trzeba temu aniołowi nadać odpowiedni wygląd. Naprawdę… – Sięgnął po okulary chłopaka i ściągną z nosa. – Wystarczy niewiele. A aparaty na zębach są sexy.

Irlandczyk uśmiechnął się, z powrotem zakładając okulary. Poprawił je na nosie i chwycił wyciągniętą dłoń Liama.



3.

Był sobotni poranek, gdy do mieszkania Nialla ktoś zaczął się dobijać. Dosłownie. Ktoś mocno walił pięścią w drewniane drzwi jego niewielkiego mieszkania i chyba nie był sam. Tak więc odnalazł okulary, założył na nos i poprawiając podwiniętą koszulkę dotarł do przedpokoju. Nim nacisnął klamkę, przeczesał włosy palcami.

Jego zaspane oczy spoczęły na Cher oraz Liamie. Ich twarze był rozpromienione przez uśmiechy. Tryskała od nich energia, więc lekko zbity z tropu Irlandczyk spojrzał na zegarek, wskazujący pięć minut przed dziewiątą.

- Ludzie. Jest sobota! – stwierdził. – W ogóle, co wy tu robicie?

- Wydobędziemy twoje wewnętrzne piękno – stwierdziła dziewczyna i wyciągnęła z torebki pudełko. Kiedy Niall przyjrzał mu się uważniej odkrył, że to farba do włosów. I to jeszcze blond.

- Nie zrobisz mi tego czegoś na głowie – zaprotestował, wskazując palcem na opakowanie. Cher uniosła wysoko brew.

- Chcesz się przekonać? – zapytała zadziornie. Chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Niall odwrócił się na pięcie i zaczął uciekać w głąb własnego mieszkania. Za sobą usłyszał stukot obcasów panny Lloyd oraz jej ciche warknięcie. Wpadł do salonu, a zaraz za nim dziewczyna. Chwyciła go w pasie, oboje padli na kanapę i zaczęli się szarpać.

- Nie zrobisz mi tego – warknął, a okulary przekrzywiły mu się na nosie.

- Masz jasną cerę. Blond bardziej będzie do ciebie pasować – stwierdziła. – Ten naturalny ciemny brąz to nie twój kolor.

- Nie! – wycedził.

- LEEYUUUM – zawołała Cher, a szatyn pojawił się w salonie. Uśmiechnął się i oboje na niego spojrzeli, zaprzestając na moment szarpaniny.

- Niall. Cher ma rację. Blond bardziej będzie pasował do twojej delikatnej karnacji. Wyeksponuje niebieskie oczy – przyznał szatyn, wciskając ręce w kieszenie wiosennego płaszcza. – Zaufaj jej. Mimo, iż pracuje na recepcji, to zna się na rzeczy.

Dziewczyna spojrzała na przyjaciela, unosząc wysoko brwi. Przez moment piorunował ją wzrokiem, po czym westchnął głośno, poddając się. Lloyd uśmiechnęła się i pociągnęła go do łazienki. Rozrobiła farbę, a on w tym czasie owinął ręcznik wokół szyi. Dziewczyna zdjęła okulary z jego nosa i zamknął oczy. Czuł, jak nakłada maź na jego włosy, ale jedynie westchnął.

- Długo to potrwa? – zapytał.

- Masz krótkie włosy, więc nie – odpowiedziała, rozczesując farbę na kosmykach. Siedział cierpliwie na brzegu wanny i czekał, dopóki Cher nie oznajmiła, że skończyła. Założyła mu na głowę przezroczysty czepek, a on spróbował wymacać okulary.

- Nachyl głowę? – poprosiła.

- Co znowu? – jęknął.

- No nachyl i szeroko otwórz oczy – zawołała. Jęknął, ale wykonał jej prośbę. Po chwili coś spoczęło na jego soczewkach i obraz się wyostrzył. – Widzisz. Szkła kontaktowe nie muszą być takie złe.

Podniósł się i podszedł do lustra, spoglądając na swoje odbicie. Jego twarz wyglądała zupełnie inaczej, gdy nie miał na nosie okularów. Rysy były wydatniejsze. Dostrzegł głębię swoich oczu. Faktycznie były śliczne i niebieskie. Nigdy nie widział tego pod okularami.

- Naprawdę mam ładne oczy – szepnął, przejeżdżając po policzku.

- A nie mówiłam?! – stwierdziła Lloyd, oplatając ręce wokół jego szyi. – Mamy trochę czasu do zmycia farby. Zdążysz coś zjeść. Chodź.

Cher wzięła go pod ramę i pociągnęła w stronę wyjścia. Udali się do kuchni, po której kręcił się Liam. Na wysepce stał już talerz z piętrzącymi się kanapkami, a do jednego z kubków mężczyzna sypał kawę. Kiedy usłyszał kroki, odwrócił się, spoglądając w ich stronę.

- Pozwoliłem sobie zrobić śniadanie – odezwał się, zalewając trzy kubki. – I coś do picia. Dla ciebie kawa, prawda Niall?

- Tak. Dziękuję. – Chłopak uśmiechnął się i wziął jedno z trzech naczyń. Przysunął sobie słoik z miodem, dodając do kawy dwie łyżeczki.

- Miód do kawy? – zdziwił się Payne.

- Zamiast cukru – odparł z uśmiechem i dolał mleka. – Zdrowsze, nie uważasz?

- Jakby na to nie spojrzeć – przyznał, po czym spojrzał uważnie na twarz Irlandczyka. – Wiesz, dziwnie bez tych okularów. Lepiej.

Horan uśmiechnął się lekko i upił łyk swojego napoju, opierając biodrem o blat. Jego błękitne, teraz ładnie wyeksponowane, oczy spoczęły na torbach, stojących przy wysepce. Zmarszczył brwi i spojrzał na szatyna. Ten uśmiechnął się, sięgając do jednej z nich, by wyciągnąć z niej granatowy sweter z dużymi brązowymi guzikami oraz naszywkami na ramionach w tym samym kolorze.

- Co to? – spytał, wskazując na ubranie.

- Twoja nowa garderoba – odpowiedział Payne.

- Ale… - zająknął się, odstawiając kubek na blat. Przykucnął przy torbach i spojrzał na loga sklepów. – Liam. To najdroższe sklepy.

- Spokojnie. Kupiłem kilka całkiem miłych, przyjemnych rzeczy, które będą do ciebie pasować idealnie – wyjaśnił, przyglądając się temu jak Irlandczyk zagląda do jednego z pakunków. – Trochę butów, ubrań, nic poza tym.

- Jak ja ci się odwdzięczę? – zapytał, spoglądając w sarnie oczy swojego szefa.

- Mam pomysł – odpowiedział Payne, puszczając oczko Niallowi.

- Jaki? – dopytywał się.

- Zobaczysz. – Kącik jego ust drgnął i upił łyk swojej herbaty. Przyglądał się, jak Irlandczyk przetrząsa torby, wyjmując coraz to nowsze ubrania. Od koszulek polo, po jasne spodnie oraz różnego rodzaju koszule i swetry.

- Dobra. – Cher klasnęła w dłonie, zwracając tym na siebie uwagę reszty. – Czas zmyć farbę.

Jej oczy błysnęły, gdy pociągnęła Nialla za łokieć do góry. Wrócili do łazienki. Liam ruszył za nimi, oparł się o framugę i przyglądał się, jak dziewczyna zmywa jasną maź z włosów jego asystenta. Popijał herbatę, z uśmiechem przysłuchując się niezadowolonym pomrukom Horana i karcącym uwagom Lloyd.

- No nie jęcz już tak – zawołała, sięgając po ręcznik. Porządnie wytarła mu włosy i odrzuciła materiał na kosz. Nim Irlandczyk spojrzał w lustro, wyłapał zadowolony wzrok Liama. Moment potem jego jasne oczy spoczęły na odbiciu. Z niedowierzania aż otworzył buzię. Zastanawiał się, kim jest mężczyzna w odbiciu, bo na pewno nie nim.

- To ja? – zapytał dla pewności, przejeżdżając po policzku i przebiegając dłonią po wilgotnych włosach.

- Zdecydowanie! – przytaknął Payne. – Tylko w lepszym wydaniu.

- A jak wyschną… – Cher potargała teraz jasne kosmyki. – Będą naprawdę ślicznie eksponować jasną karnację i niebieskie oczy. O ile znów nie założysz tego czegoś.

Dziewczyna chwyciła w dwa palce okulary, które Niall od razu wziął, posyłając jej karcące spojrzenie. Ta tylko wzruszyła ramionami i wyszła mijając w przejściu Liama.



4.

Niall zatrzymał się przed MCC i spojrzał na budynek spod jasnej grzywki. Przez całą niedzielę uczył się zakładać szkła kontaktowe. Na początku warczał rozdrażniony i niezadowolony, ale kiedy koło południa wychodziło mu to całkiem przyzwoicie stwierdził, że nienoszenie okularów jest wygodniejsze. Nie zjeżdżają z nosa.

Wziął wdech i przeszedł na drugą stronę. Zgodnie z obietnicą, założył dziś ubrania otrzymane od Liama. Ubrał białą koszulę, a na nią pomarańczowy sweterek z trzema guzikami, które zapiął. Dodał do tego czarne dżinsy i założył stonowane, ciemne trampki. Nie mógł się przemóc do tych eleganckich butów. Starą, szkolną torbę zamienił na elegancką, czarną aktówkę.

Nacisnął klamkę i wszedł do przestronnej recepcji, rozpinając jasny, wiosenny płaszcz. Przystanął jak zwykle, natychmiastowo wyłapując kilka spojrzeń zaciekawionych modelek. Jedna nawet puściła mu oczko. W odpowiedzi jedynie wygładził sweterek i skierował się do lady recepcji, za którą tradycyjnie siedziała Cher.

- Cześć, diablico – przywitał się, zwracając tym samym na siebie uwagę dziewczyny. Ta pisnęła cicho na jego widok, przysłaniając usta dłonią. Podniosła się z miejsca i przebiegła palcami po jasnej grzywce.

- Wyglądasz niesamowicie! – stwierdziła, wychyliwszy się przez kontuar. Przygryzł wargę, gdy wyprostowała się i splotła ręce na piersi.

- Wybacz. Nie mogłem się jakoś przekonać do tych lakierków – stwierdził, zdejmując płaszcz. – A te trampki pasują. Musisz to przyznać!

- Racja, racja. – Lloyd rozłożyła ramiona w obronnym geście. – Młodzieżowy akcent zawsze dobry.

Uśmiechnął się lekko i odebrał swój identyfikator, kiedy przy ladzie pojawił się Louis Tomlinson. Spojrzał na niego kątem oka, gdy oparł się łokciem o ladę.

- Witam lwicę – odezwał się szatyn, przeczesując grzywkę palcami, posyłając jej cyniczny uśmieszek. Chwilę potem spojrzał na blondyna i zmarszczył brwi. Przekrzywił głowę, lustrując go od stóp do głów. Horan spojrzał na niego i delikatnie się uśmiechnął.

- Ty! – odezwał się Louis. – Przypominasz mi…

- Niall! – Irlandczyk odwrócił się na pięcie, a jego błękitne tęczówki spoczęły na swoim przełożonym. Widząc jego zachwyt, posłał mu przyjazny uśmiech.

- No proszę! – Liam przejechał dłonią po miękkim swetrze. – Wyglądasz niesamowicie. A teraz chodź ze mną.

Wziął go pod ramię i skierowali się do windy. Horan dyskretnie zerknął za siebie. Chciał dostrzec minę swojego byłego - była bezcenna. Stał przy recepcji z rozchylonymi wargami, niedowierzając.

- Gdzie jedziemy? – spytał, gdy wsiedli do windy.

- Do Zayna – odpowiedział krótko Payne.

- Po co? – dopytywał się, a jego serce zabiło szybciej.

- Podpisać umowę – znów odparł krótko jego przełożony.

- Na Boga – zezłościł się lekko blondyn. – Mógłbyś nie ograniczać się do lakonicznych odpowiedzi, tylko mi wyjaśnić, co ty kombinujesz?

- W sobotę powiedziałem, że wiem, jak mi się odwdzięczysz – zaczął, pierwszy wychodząc z windy. – Idziemy właśnie podpisać umowę z Zaynem. Spółka Payne i Horan.

- Chcesz żebym był twoim wspólnikiem?! – Niall zatrzymał się w połowie korytarza, na co szatyn uśmiechnął się i przytaknął. – Chyba żartujesz.

- Nie – zaprzeczył Liam. – Zawsze poprawiasz moje projekty. Za każdym razem na lepsze. Jeśli podpiszemy umowę, to jesienno-zimowa kolekcja będzie sygnowana naszymi nazwiskami.

- Ale ja… - zaczął, jednak Payne wpadł mu w słowo.

- Będziesz mógł dyrygować Louisem. – Uniósł brew i uśmiechnął złośliwie. Niall chwilę mu się przyglądał, po czym przygryzł dolną wargę.

- Chodźmy – zadecydował Horan, na co szatyn uśmiechnął się szeroko. Ruszyli do gabinetu gdzie, jak zwykle, czekała Perrie. Uśmiechnęła się do Liama i oniemiała na widok blondyna.

- Kto to? – zapytała, uśmiechając się.

- Niall Horan – odpowiedział. – Poznałaś go w zeszłym tygodniu. Przyjrzyj się.

Dziewczyna zmrużyła oczy, gdy Payne przyciągnął go bliżej siebie.

- To ten brunet w okularach! – Klasnęła w dłonie i uśmiechnęła się. – Imponująca przemiana. Podoba mi się.

- Dziękuję.

- Szefcio na was czeka – rzuciła blondynka. Liam przytaknął, zapukał, po czym, tak jak poprzednim razem, usłyszeli subtelne „proszę”. Niall odruchowo wygładził sweter i wszedł za szatynem. Zatrzymał się w odpowiedniej odległości, lustrując najprzystojniejszego faceta na ziemi.

Zayn Malik miał dziś ciemne dżinsy, jak zwykle podkreślające jego długie nogi. Biała koszula została stonowana przez ciemnoszarą marynarkę z czarnym wykończeniem przy kołnierzyku i chusteczką w kieszonce. Jak zwykle wyglądał imponująco, a jego uśmiech był największą ozdobą.

Wyprostował się i lekko spiął po czym podszedł do Liama. Spojrzenie czekoladowych tęczówek mulata przemknęło po jego przełożonym, by ostateczne zatrzymać się na nim na dłużej. Speszony spuścił wzrok.

- Ostatnio kiedy pana widziałem, miał pan ciemne włosy i okulary na nosie. – Niall poczuł dłoń mężczyzny na podbródku po czym, podniósł jego głowę tak, by ponownie mógł spojrzeć w oczy. Serce zabiło mu szybciej. – Teraz wygląda pan olśniewająco. Podoba mi się ta zmiana. Delikatnie, ale z klasą i charakterem.

Zayn przejechał palcami po jego ramieniu. Miał wrażenie, że dotyk Malika pali; jakby właśnie zostawił ślady po poparzeniach pierwszego stopnia na jego podbródku i ramieniu. Choć w rzeczywistości dotyk był delikatny i subtelny, on odczuwał to zupełnie inaczej.

- Dziękuję, proszę pana – uśmiechnął się lekko, z zakłopotaniem przebiegając dłonią po włosach.

- Nie bądź tak oficjalny. – Zayn wskazał wolne miejsca, które zajęli, po czym sam usiadł w fotelu prezesa. – Od dziś będziesz jedną z najważniejszych osób w tej firmie.

Sięgnął do jednej z szuflad i wyciągnął papiery, kładąc dwa egzemplarze na biurku.

- Tak jak się umawialiśmy, Liam – odezwał się, gdy szatyn wziął w rękę plik dokumentów, a Niall skupił swoją uwagę na każdym ruchu bruneta. – Dopiero kolekcja jesienno-zimowa będzie sygnowana waszymi nazwiskami, jednak pan Horan może już teraz wprowadzać poprawki, czego i tak dokonał. Kontrakt obowiązuje na pięć lat od dziś. O ile podpiszecie. Mam nadzieję, że nie wycofał się pan, panie Horan?

- Ależ skąd! – zaprzeczył gwałtownie, po czym zerknął na Payne’a, unosząc jedną brew. – Powiedzmy, że nie miałem wyjścia i dowiedziałem się o tym stosunkowo niedawno.

Liam wyszczerzył zęby, poklepując go po udzie.

- Masz ogromny potencjał oraz talent. Chcę dać mu wypłynąć na szerokie wody, bo masz głowę nie od parady – wyjaśnił, podpisując kontrakt i przesuwając go w stronę Nialla. – Nie zatrudniłbym cię na miejsce asystenta, gdyby twoje portfolio było średnie. Tak więc uwierz w siebie.

Szatyn podał mu srebrny długopis. Spojrzał na niego i przygryzł dolną wargę. Nie miał wiary w siebie, ale było coś w słowach Payne’a co do niego przemawiało. Odetchnął więc głęboko i wziął długopis w palce lewej ręki. Pochylił się nad dokumentem, składając parafkę w wykropkowanym miejscu. Chwilę potem zrobił to samo na drugiej kopi i oddał długopis Liamowi.

- Panie Horan – odezwał się mulat, wstając z miejsca i poprawiając marynarkę. On zrobił to samo. – Witamy na pokładzie MCC.

- Wystarczy Niall – odparł, ściskając jego wyciągniętą dłoń i uśmiechając się lekko.

- W takim razie - Zayn – odpowiedział Malik, odwzajemniając uśmiech.



5.

Niall rzucił aktówkę na swoje krzesło, a szary płaszcz odwiesił na metalowy wieszak. Przebiegł palcami po jasnych włosach, upijając łyk kawy ze Starbucksa. Dziś założył białą koszulę ciemne spodnie oraz czarny kardigan z białymi wykończeniami. Przysiadł na skraju obrotowego krzesła i zaczął przerzucać kartki.

Jego życie zmieniło się po podpisaniu kontraktu. Z małej pracowni, gdzie siedział przy swoim biurku, został wprowadzony do szwalni. Dostał władzę, z którą czuł się wciąż nieswojo. Zaczął dyrygować nie tylko szwaczkami, ale i modelami oraz modelkami. Przyzwyczajone do Liama, na początku nie słuchały go. Do czasu, aż nie wkroczył sam Payne i nie wyjaśnił sytuacji.

To, co zaszło w gabinecie prezesa nakreślił też sam Zayn. Od czasu podpisania kontraktu mulat doglądał pracy Nialla. Przyglądał mu się i gdy dostrzegł, iż nie radzi sobie pośród modelek oraz modeli – wkroczył do akcji.

W końcu odnalazł wstępne projekty jesienno-zimowej kolekcji. Dmuchnął w jasną grzywkę, upił kolejny łyk kawy i sięgnął po ołówek. Moment potem rozległo się pukanie do drzwi. Rzucił, krótkie proszę, a do środka weszła dziewczyna o kręconych włosach, z promiennym uśmiechem.

- Dzień dobry, Niall! – przywitała się, wchodząc do środka. – Liama nie ma?

- Hej, Danielle – odparł i posłał jej uśmiech. – Rozchorował się i nie mógł się pojawić. Coś się stało?

- Nic wielkiego. Skończyłam po prostu parę projektów i przydałaby się kontrola. Skoczysz ze mną sprawdzić? – zapytała, bawiąc się taśmą krawiecką.

- Jasne – przytaknął odstawiając kubek z kawą, po czym podniósł się z miejsca. Przepuścił Danielle w drzwiach i z uśmiechami ruszyli korytarzem do ostatniej pracowni. Weszli do środka, gdzie panował spory gwar, kierując się do jednego ze stanowisk, gdzie stała modelka. Danielle podała mu projekt, a on przyjrzał się dokładnie wykonaniu. Przekrzywił lekko głowę i przejechał dłonią po materiale sukienki.

- Myślę, że można ją skrócić. Pięć, a może nawet dziesięć centymetrów – przykucnął, podwijając trochę spódnicę. – Można też dodać jasny tiul, by podnieść spódnicę.

Wyprostował się i spojrzał na Dani. Ta zanotowała jego uwagi na marginesie i spojrzała na niego. Uśmiechnęła się delikatnie, wracając do swojej pracy. On natomiast wycofał się ze szwalni, kierując swe kroki do pracowni. Wszedł do niej i podszedł do biurka Payne’a. Zaczął przekopywać stertę papierów na blacie, gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.

- Liama nie ma – odezwał się, nie podnosząc głowy. Wiedział, że ktokolwiek to był przyszedł właśnie do szatyna. – I nie będzie go dziś. Jest chory.

- Ja nie do niego. – Niall wyprostował się, słysząc znajomy głos. Odwrócił się i jego spojrzenie spoczęło na Tomlinsonie. Uśmiechał się w ten charakterystyczny sposób, gdy pożerał kogoś wzrokiem i przełknął ślinę.

- Przyszedłem do ciebie – odezwał się Louis, robiąc kilka kroków w jego stronę.

- Och… – mruknął odwracając się z powrotem w stronę biurka Liama i nerwowo zaczął przerzucać papiery. – W jakimś konkretnym celu? Coś z projektem nie tak?

- Z projektami wszystko w porządku – stwierdził szatyn. – Tak sobie myślałem, że może spróbowalibyśmy jeszcze raz.

- Bo teraz wyglądam jak ktoś, z kim warto się pokazać? – zapytał z nutą złości w głosie i wyprostował się. Louis stał tuż obok niego, przyglądając mu się uważnie. Chwilę potem zaatakował jego usta. Niall cofnął się o krok i kant biurka wbił się w jego biodro. Jęknął, próbując odepchnąć szatyna, który spijał zachłanne pocałunki z jego ust. Ten jednak chwycił go mocno za nadgarstki i wśliznął między nogi. Zaczął szarpać się jeszcze bardziej. Nie chciał tego.

- Liam… - dotarł do nich głos Zayna. Właśnie to spowodowało, że Tomlinson się od niego oderwał. Oboje odwrócił wzrok w stronę drzwi, a ich wzrok zatrzymał się na mulacie.

- Liama nie… - Horan wyszarpnął nadgarstki z uścisku szatyna i odepchnął go od siebie kawałek. - …nie ma. Jest chory. Miałem ci to iść przekazać.

- Rozumiem – odparł brunet. – Panie Tomlinson, czy nie powinien być pan na przymiarce?

- Tak. – Lou odchrząknął i posłał ostatnie spojrzenie blondynowi. – Do zobaczenia.

Niall wzrokiem odprowadził szatyna do drzwi. Odetchnął dopiero kiedy Zayn zamknął je za nim z cichym stuknięciem. Opadł na miejsce Li i jęknął cicho, opierając czoło na blacie zawalonym papierami. Serce tłukło mi się w piersi - ze strachu i zażenowania. Najcudowniejszy facet świata właśnie przyłapał go na obmacywaniu się z jednym z modeli.

- Wszystko w porządku? – usłyszał melodyjny i odrobinę zatroskany głos Malika. Chwilę potem jego dłoń spoczęła na plecach Horana. Prześliznęła się po nich i mocniej ścisnęła ramię. Przykucnął przy nim, a dłoń przejechała po ramieniu oraz spoczęła na udzie, które poklepał.

- Tak. Chyba – przyznał, prostując się i spojrzał na Zayna. Ten posłał mu uśmiech.

- Nie mam nic przeciwko gejom – odezwał się. – Nie zraża mnie fakt, że miedzy tobą a Louisem…

- Nic nie ma – wpadł mu w słowo, gwałtownie podnosząc się z miejsca. – To stare studenckie czasy, do których nie mam ochoty wracać. Nie chcę go tu, ale to nie ode mnie zależy.

- Hej, spokojnie… – odezwał się brunet, kładąc dłonie na jego ramionach. – No już.

Przyciągnął drobne ciało Irlandczyka do siebie i pogładził go po plecach, pragnąc, by poczuł się lepiej. Zamknął go w szczelnym uścisku, przebiegając po jego farbowanych włosach.

- Skrzywdził cię? – spytał, wciąż trzymając go w swoich objęciach.

- Tak – mruknął, kryjąc twarz w granatowej koszuli mężczyzny. – Bardzo.

Zayn westchnął i jeszcze raz pogładził go pokrzepiająco po plecach. Niall tkwił w jego objęciach, napawając się zmysłowym zapachem perfum, w jakiś sposób uspokajając skołatane nerwy. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, co się dzieje. Niechętnie odsunął się od bruneta, posyłając mu blady uśmiech.

- Przepraszam – odparł, spuszczając głowę.

- Nie masz za co, Niall – odpowiedział Malik, przebiegając kolejny raz po jego jasnych włosach. – Wracaj do pracy. Masz jej sporo, skoro nie ma Liam.

- Tak – odchrząknął, poprawiając kardigan. Zayn ostatni raz pogładził go po plecach i wyszedł. On natomiast jeszcze chwilę stał w miejscu. Na jego twarz wkradł się delikatny uśmiech, kiedy przypomniał sobie ciepło bijące od bruneta oraz niesamowite perfumy.



6.

Wszedł na ulicę gdzie znajdował się dom mody. Odetchnął i rozpiął płaszcz. Słońce przygrzewało dziś wyjątkowo mocno, zrobiło się naprawdę ciepło. W końcu poczuł, że przyszła wiosna.

Na krawężnik podjechało czarne audi, z którego wyszedł Liam. Irlandczyk uśmiechnął się na jego widok i podbiegł bliżej.

- Cześć, Liam – przywitał go, zwracając jego uwagę. – Dobrze, że już jesteś.

- Hej, Niall – odpowiedział szatyn, zamykając samochód. – Coś mnie rozłożyło i to tak porządnie. Pewnie miałeś niezłą szkołę.

- Tak jakby – wzruszył ramionami i obaj ruszyli do wejścia. Zdał mu relację z tych kilku dni gdy był chory, pomijając incydent z Louisem. Cieszył się, że nadszedł piątek. W końcu będzie mógł odpocząć.

Payne nacisnął klamkę i weszli do środka w niezwykle dobrych nastrojach. Przystanęli przy recepcji, aby odebrać identyfikatory i przywitać się z Cher.

- Chyba będziecie mieć nowego modela – stwierdziła, zaczesując włosy za ucho.

- Nowego? – zdziwił się Liam, spoglądając na blondyna, który pokręcił głową w geście niewiedzy. – Po co nam nowy model? Mamy komplet.

- Ja nic nie wiem. – Uniosła ręce w geście obronnym. – Przyszedł tu dzisiaj uroczy loczek o zielonych oczach i przedstawił się jako Harry Styles. Potem poszedł do szefuńcia, a jakieś pięć minut temu zjechali tutaj razem i udali się do pracowni.

Payne i Horan wymienili spojrzenia, wyraźnie zaskoczeni. Usłyszeli czyjeś szybkie kroki, by w następnej chwili zobaczyć rozwścieczonego Louisa. Rzucił swój identyfikator na ladę, a jego rozgonione, turkusowe oczy spoczęły na blondynie.

- Ty! – Wskazał na niego. – To twoja wina! Nie wiem, co mu nagadałeś, ale zobaczycie. Wasza kolekcja będzie beznadziejna z tym mopem, którego zatrudnił na moje miejsce!

Zamaszyście otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Ruszył do swojego samochodu, odprowadzony przez Liama oraz Nialla zdezorientowanymi spojrzeniami.

- Nareszcie jesteście! – usłyszeli za plecami znajomy głos Zayna, więc odwrócili się i spojrzeli na niego. Dziś był cały w czerni. Zarówno spodnie, jak i koszula oraz marynarka były w tym kolorze, podkreślając jego orientalną urodę. Towarzyszył mu wysoki, smukły chłopak o niewinnej urodzie. Czekoladowe loki opadały na czoło, a zielone oczy błyszczały wesoło. Ubrał się skromnie – w granatowe dżinsy, białą koszulkę, a na to zarzucił brązową, skurzaną kurtkę.

- Panowie projektanci… – Przystanął przy nich i dłonią wskazał na lokatego. – To pan Harry Styles. Zajmie miejsce Tomlinsona.

- Dzień dobry. – Przywitał się z nimi. – To dla mnie zaszczyt, pracować u pana, panie Malik – zwrócił się bezpośrednio do mulata, po czym spojrzał na Liama. – Jak i dla pana, panie Payne. Pańskie projekty są niesamowite i to będzie zaszczyt nosić je.

- Są niesamowite dzięki Niallowi, który od ponad roku je poprawia, a od niedawna jest moim wspólnikiem. – Szatyn przedstawił blondyna, który uśmiechnął się do loczka. Harry odwzajemnił jego uśmiech.

- Miło mi poznać. – Uścisnął jego dłoń.

- Wzajemnie – przyznał, spoglądając kątem oka na Malika.

- A więc Harry, chodźmy zdjąć miarę. – Liam wziął chłopaka pod ramię. – Trzeba będzie poprawić część projektów i…

Niall nie przysłuchiwał się dalszej rozmowie. Ruszył za Zaynem, który skierował się do windy, zapewne by wrócić do gabinetu.

- Dlaczego wyrzuciłeś Louisa? – spytał, gdy go dogonił. – To jeden z najbardziej rozchwytywanych modeli.

- I niezwykle zadufany w sobie. Trzeba było mu utrzeć nosa oraz pokazać, gdzie jego miejsce – wyjaśnił mulat, naciskając guzik i spoglądając na Irlandczyka. – Słuchaj. Wielki dom mody i najlepsi projektanci dadzą sobie radę bez modela. Zawsze można znaleźć kogoś lepszego. Zawsze będzie ktoś nowy do wypromowania, a kimś takim bezsprzecznie jest pan Styles. Ma nietuzinkową urodę. Poza tym - liczą się stroje, nie modele. – Winda dała znać, że już jest na dole i drzwi rozsunęły się. – Natomiast rozchwytywany model nie przetrwa bez kontraktu z najlepszym domem mody, którym obecnie jesteśmy w Londynie i całej Europie. Pan Tomlinson właśnie stracił szansę na najlepszy kontrakt w swojej karierze.

Zayn wkroczył do windy, a Niall wszedł tuż za nim.

- To nie przez narcyzm go wyrzuciłeś – stwierdził, a winda ruszyła.

- A przez co twoim zdaniem? – spytał Malik, spoglądając na niego spod długich rzęs. Przeszedł go dreszcz pod naciskiem intensywnego ciemnego spojrzenia. Spuścił więc wzrok, na co brunet zrobił krok w jego stronę i chwycił za podbródek, by znów nakierować jego jasne tęczówki wprost na siebie.

- Powiedz – szepnął cicho. – Dlaczego według ciebie, wyrzuciłem Louisa?

- Przeze mnie? – zapytał niepewnie, a kącik ust Zayna uniósł się do góry.

- Brawo, Sherlocku – szepnął, prostując się. – Nie lubię, gdy są zgrzyty między moimi pracownikami. A jeszcze bardziej nie lubię, kiedy któryś z nich krzywdzi drugiego. Poza tym. Drażniła mnie jego pewność siebie. A teraz… – Nacisnął guzik z zerem. – Wrócisz do pracy.

Niall zaśmiał się nerwowo. Brunet musnął ustami jego policzek, zanim drzwi windy rozsunęły się i wyszedł na korytarz, zostawiając go totalnie zszokowanego. Drgnął dopiero, gdy winda ruszyła w dół. Przejechał palcami po policzku, niedowierzając.



7.

Zayn przeciągnął się w krześle, po czym rozpiął pod szyją dwa guziki swojej czarnej koszuli. Zamknął laptopa, a do aktówki wrzucił dokumenty, które do poniedziałku musiał przejrzeć. Zarzucił na ramiona marynarkę oraz płaszcz i gasząc światło wyszedł ze swojego gabinetu. Skierował się do windy, przecierając twarz dłonią.

Ostatnie tygodnie były dla niego niezwykłe. Właściwie zaczęło się, kiedy Liam pierwszy raz przyprowadził do jego gabinetu Nialla. Niepozornego, z okularami na nosie, niezwykle urokliwego. Ale gdy wrócił po weekendzie całkiem odmieniony, jeszcze bardziej mu się spodobał. Nadal niepozorny, z charakterem. Ale najbardziej cenił jego delikatność oraz wrażliwość. Był lekko zaskoczony, że dał mu się przytulić, ale podobało mu się również i to. Trzymanie w objęciach tego delikatnego, drobnego ciała, było fascynujące i tak niesamowicie właściwe.

Zjechał na sam dół, opierając się o ścianę windy. Lewy kącik jego ust drgnął, gdy znów pomyślał o uroczym blondynie. Wysiadł na parterze, gdzie w recepcji siedział rudy ochroniarz. Podniósł się na widok Zayna.

- Jak zwykle jestem ostatni, Ed? – zapytał rozbawiony.

- Właściwie, to nie – odparł rudzielec na co przystanął zaskoczony. – Jak robiłem obchód godzinę temu, to w pracowni był jeszcze pan Horan.

Malik odwrócił się na pięcie, kierując się do pracowni. Dostrzegł blade światło wylewające się na korytarz. Podszedł do drzwi i zapukał cicho w drewno. Odpowiedziała mu cisza, więc ponowił czynność.

- Niall? – odezwał się cicho i łagodnie, zaglądając do środka. Rozejrzał się po wnętrzu, a ciemne tęczówki spoczęły na blondynie. Uśmiechnął się delikatnie, szerzej otwierając drzwi i wchodząc do środka. Podszedł do biurka, przebiegając palcami po policzku Irlandczyka, który zasnął z głową na biurku. Oddech miał równy, spokojny.

- Niall? – odezwał się cicho, przeczesując jasne kosmyki. – Niall…

Pogładził go po plecach i młody mężczyzna poruszył się nieznacznie.

- Niall – powtórzył głośniej i zacisnął dłonie na jego ramieniu. Blondyn rozchylił powieki, a jego nieprzytomne tęczówki rozejrzały się dookoła. Dopiero po chwili wyłapał postać Malika. Gwałtownie się wyprostował, poprawiając białą koszulkę polo.

- Ja… – odchrząknął. – Pracowałem nad wstępnymi projektami do kolekcji jesienno-zimowej. Takie tam szkice. – Zaczął porządkować biurko. – Nic nadzwyczajnego.

- Rozumiem. – Brunet uśmiechnął się, widząc zaspaną twarz Irlandczyka i jego na wpółprzytomne spojrzenie błękitnych oczu. Na policzku widniał odciśnięty ślad kredki, na której najwyraźniej przysnął. Wyglądał tak uroczo i niewinnie.

- Może odwiozę cię do domu? – zaproponował Zayn, obserwując jak Horan upycha kartki do swojej aktówki, a które na jego słowa wyśliznęły mu się z rąk, rozsypując po podłodze. Schylił się, by pomóc mu je zbierać. Podobało mu się to, jak reagował na jego słowa czy gesty, które momentami nie miały większego znaczenia.

- Czemu jesteś dla mnie taki miły? – spytał cicho blondyn, przysuwając do siebie kilka pokreślonych arkuszy.

- Bo jestem twoim szefem? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

- Sranie w banie – mruknął pod nosem Niall, zapewne myśląc, że Zayn go nie słyszy, po czym dodał głośniej. – Szef nie musi być miły. Poza tym…

- Poza tym, co? – spytał, wyrównując karki i prostując się. Jasne tęczówki Irlandczyka powędrowały za nim ku górze, a on wyciągnął dłoń w jego stronę. – Masz wrażenie, że traktuję cię inaczej?

Horan na moment spuścił głowę, po czym znów ją podniósł i chwycił wyciągniętą dłoń mulata. Ten zacisnął mocno swoje palce i stanowczo pociągnął do góry drobnego blondyna, który wpadł w jego objęcia. W bladym świetle dostrzegł, jak rumieńce wtargnęły na jego blade policzki, przez co uśmiechnął się.

- Jesteś dość spostrzegawczy – przyznał, lekko przekrzywiając głowę. – Nie ukrywam. Jesteś urokliwy. I to niezwykle.

- Urokliwy, bo mam przefarbowane włosy, szkła kontaktowe zamiast okularów i modne ciuchy? – zapytał z nutą wyrzutu w głosie, ale nie wyplątał się z uścisku mulata.

- Zauroczyłeś mnie zanim zafundowano ci tę całą przemianę – przyznał, odgarniając mu z czoła grzywkę. – Widywałem cię czasem w pracowni. Zawsze skrupulatny i dokładny, niezwykle utalentowany. Jesteś wrażliwy, czego czasem tu brak. Ta przemiana tylko pokazała to co w tobie najlepsze.

- Naprawdę? – spytał Niall, lekko niedowierzając, na co on przytaknął. Chwycił go za podbródek, odkładając kartki na biurko i nie mogąc się dłużej powstrzymać, nachylił oraz musnął różowe usta Irlandczyka, mocniej zaciskając dłoń na jego białej koszulce. Przyciągnął go bliżej, składając odważniejszy pocałunek, który został odwzajemniony.

Aktówka wyśliznęła się spomiędzy palców Horana, upadając na podłogę. Jego dłonie zacisnęły się na czarnym płaszczu Zayna. Wspiął się lekko na palce, by mieć lepszy dostęp i zaczął odwzajemniać słodkie oraz niezwykle delikatne pocałunki bruneta. Zadrżał, gdy jego dłoń wsunęła się pod koszulkę. To wtedy opamiętał się, a lekko się odepchnąwszy, wpadł na biurko.

Mulat spojrzał na zaczerwienioną twarz blondyna i odwrócił głowę, przygryzając dolną wargę. Powinien go teraz przeprosić. Ale z drugiej strony – chciał tego. Chciał go pocałować już od dłuższego czasu, ale nie był pewny. Dopiero, gdy przyłapał go z Louisem pomyślał, że mógłby zrobić jakiś ruch. Ale nie chciał go odstraszać.

- Ja… Przepraszam, Niall – odezwał się, robiąc krok w jego stronę, ale zatrzymał się w połowie. – Nie powinienem. Jeśli cię zraniłem, to naprawdę przepraszam.

- Nie masz za co – odparł drżącym głosem blondyn. Zayn zerknął na niego spod ciemniej grzywki i dostrzegł delikatny uśmiech, który błąkał się na wąskich ustach. – To… Było miłe. Inne.

- Inne? – spytał.

- Kiedy… Kiedy na uniwerku byłem z Louisem – zaczął, obejmując się rękoma i starając, by niemiłe wspomnienia zbytnio nim zawładnęły. – Pocałunki z nim były inne. Dziwne. Teraz wiem, że nieszczere i nieprawdziwe. Nigdy mnie nie kochał. Był ze mną dla jakiegoś durnego zakładu.

- Ja cię lubię – przyznał czule brunet, błyskawicznie pokonując dzielącą ich odległość i układając dłoń na jego policzku. Horan automatycznie przymknął oczy, wtulając się w rękę. – Nawet bardzo. I to od jakiegoś czasu.

- Naprawdę? – znów zapytał, spoglądając na niego jasnymi, roziskrzonymi tęczówkami.

- Naprawdę – potwierdził, posyłając mu czuły uśmiech i muskając jego czoło. – Tak więc… Odwieźć cię do domu? – spytał, po czym dodał. – A może pojedziemy do mnie?

- Jest późno – przyznał, spoglądając na zegarek. – To był ciężki i długi tydzień. Potrzebuję porządnie odpocząć.

- Rozumiem – przytaknął Zayn i podniósł z ziemi aktówkę Nialla. Podał mu ją, gdy założył płaszcz. Zgasili światło i zamknęli drzwi. Brunet puścił Irlandczyka przodem, układając dłoń na jego plecach. W recepcji oddali klucz Edowi i wyszli przed budynek. Rudzielec zamknął za nimi główne wejście. Malik odblokował drzwi czerwonego forda, a blondyn – ziewając – zajął miejsce pasażera. On wyjął jeszcze reklamę zza wycieraczki i wsiadł do środka, gniotąc papierek. Włożył kluczyki do stacyjki i odpalił silnik, który cicho zamruczał.

- To dokąd? – zapytał, poprawiając lusterko.

- Do domu – usłyszał w odpowiedzi nieprzytomny już głos Irlandczyka. Zaskoczony odwrócił głowę w jego stronę. Blondyn ułożył się wygodnie w fotelu, opierając głowę o szybę i już przysypiał.

- Naprawdę jesteś zmordowany – przyznał Zayn, wyjeżdżając i włączając się do nikłego ruchu drogowego. Nie miał innego wyjścia, jak zabrać go do siebie. W sercu go ściskało, gdy pomyślał, że musiałby go znów wybudzić, by zapytać się o durny adres. Nie umiałby tego zrobić. Miał zbyt miękkie serducho, kiedy chodziło o tego aniołka, drzemiącego na miejscu pasażera. Bo Niall zdecydowanie był aniołem. Delikatny, wrażliwy i wystarczyło jedno nieprzyjazne słowo, by go zranić. Takie są anioły, nieprawdaż?

Zwolnił w dzielnicy eleganckich domków jednorodzinnych, by po chwili wjechać na podjazd jednego z nich. Zgasił silnik i wygrzebując klucze do domu z aktówki, wysiadł, by w kilku susach zaleźć się przy wejściu, otwierając je. Wrócił do auta i ostrożnie uchylił drzwi od strony pasażera.

- Niall… – odezwał się cicho przy jego uchu. Ten poruszył się i lekko podniósł powieki, spoglądając na niego. Wtedy wziął go na ręce. Blondyn, oplótł swoje dłonie wokół jego szyi i wtulił policzek w ramię mulata. Zayn biodrem zamknął drzwi od samochodu, na ślepo wciskając blokadę, po czym skierował się do domu. Przeszedł przez próg, kopniakiem zamknął drzwi i udał się do salonu. Ostrożnie położył Irlandczyka na kanapie, po czym zrzucił z ramion swój płaszcz i odłożył na oparcie fotela.

- Hej, Aniołku – odezwał się cicho, przeczesując jego włosy palcami, a w odpowiedzi usłyszał cichy pomruk. - Podniesiemy cię, żeby zdjąć płaszcz, dobrze?

Niall znów mruknął w odpowiedzi, więc chwycił go za nadgarstki i pociągnął do pozycji siedzącej. Zsunął z niego jasny płaszcz, a po chwili mężczyzna znów leżał na kanapie. Malik rozpiął trzy guziki białej koszulki polo, a potem zdjął jego buty i skarpetki. Sam pozbył się marynarki i odpiął guzik pod szyją swojej czarnej koszuli. Spojrzał na spokojnie śpiącego blondyna i ponownie wziął go na ręce. Przeniósł go do pokoju gościnnego, układając na miękkim materacu. Nakrył chłopaka kołdrą, na moment przysiadając na skraju łóżka. Odgarnął z jego czoła grzywkę i uśmiechnął się, przyglądając jego spokojnemu wyrazowi twarzy. Mógłby patrzeć tak na niego całą wieczność. I jeden dzień dłużej.



8.

Przyjemne zapachy dotarły do Nialla, więc zamruczał niczym kociak. Na pewno czuł mocną, świeżo parzoną kawę i gofry z bitą śmietaną. Poznał też zapach perfum Zayna. Zmysłowe, ale delikatne. Mocniej wtulił się w miękką poduszkę. Dopiero po chwili dotarło do niego, że poduszka pachnie brunetem.

Otworzył oczy i usiadł na łóżku. Rozejrzał się uważnie po ciepłym wnętrzu. Przez okno wpadały promienie słońca. Na wprost stała mahoniowa komoda oraz szafa. Przy drzwiach ustawiony był niewielki regał, a obok łóżka mieściła się niewielka szafka nocna z lampką.

Zmarszczył brwi, zastanawiając się, co tak właściwie stało się wczoraj. Przysnął w biurze, a Zayn go obudził. Tak delikatnie i spokojnie. Rozmawiali, a potem go pocałował. Najwspanialszy facet na świecie pocałował go. W usta.

Uśmiechnął się delikatnie i przyłożył palce do warg, przesuwając po nich nieznacznie. To było cudowne uczucie. Całował tak delikatnie; ostrożnie, ale zmysłowo i z uczuciem. Nie były to te same suche, nachalne pocałunki Louisa. Były prawdziwe.

- Lubi mnie – szepnął do siebie, po czym otrząsnął się i powrócił do spekulacji gdzie jest.

Po pocałunku rozmawiali jeszcze chwilę, a potem Zayn zaproponował, że odwiezie go do domu. Był jednak tak zmęczony, że ledwo usadowił się na miejscu w jego samochodzie, a od razu przysnął. Potem, jak przez mgłę, pamiętał jego głos. Cichy oraz spokojny.

- Chyba jestem u niego – znów szepnął do siebie i przebiegł palcami po włosach. Spojrzał na szafkę nocną, dostrzegając swój telefon. Sięgnął po niego i spojrzał na wyświetlacz. Zegarek wskazywał dziesiątą trzydzieści.

- Osz ty – mruknął pod nosem, odrzucając kołdrę. Postawił stopy na drewnianych panelach i na palcach przeszedł przez pokój. Cicho otworzył drzwi, by wyjrzeć na korytarz. Z pokoju po przeciwnej stronie dochodziły odgłosy telewizora. Zapach kawy i gofrów stał się silniejszy więc powoli ruszył za nim.

Na kanapie siedział wyciągnięty Zayn. Miał zwykłe, szare spodnie dresowe, białą koszulkę, a na nią zarzuconą granatową bluzę. W ręce trzymał kubek, a na kolanach chyba miał coś ułożone. Po chwili dostrzegł, jak bierze z nich kartkę i odkłada ją na szklany stolik, gdzie stał talerz z goframi. Ciemne oczy Malika obrzuciły przelotnie telewizor i wróciły do czytania. Przyglądałby mu się tak dłużej, gdyby mulat nie odłożył kubka na stolik i nie przeciągnął się. Wtedy też go dostrzegł i posłał uśmiech w jego stronę.

- Dzień dobry, Niall – przywitał się, odkładając papiery na bok i podnosząc z kanapy. – Jak się spało?

- Dziękuję. Dobrze – odparł, wchodząc do salonu, jeszcze raz, przelotnie obrzucając Zayna spojrzeniem. Wyglądał tak zwyczajnie, a mimo to pociągająco. Tylko on był do tego zdolny.

- Ten tydzień naprawdę musiał dać ci się we znaki – przyznał Zayn, kierując się do kuchni. – Spałeś jak zabity. Zasnąłeś mi w samochodzie, więc przywiozłem cię do mnie. – Wyjrzał z pomieszczenia. – Mam nadzieję, że nie masz mi za złe? Nie miałem serca cię budzić.

- Oczywiście, że nie mam – odparł szybko i poszedł za nim. – To ja powinienem przeprosić. Sprawiłem ci kłopot.

- Żaden kłopot. Kawy? – Blondyn przytaknął, więc ciemnowłosy mężczyzna sięgnął po puszkę. – Miło patrzyło się na twoją spokojną twarz.

Horan spuścił wzrok lekko zawstydzony. Poczuł, jak do policzków napływa mu krew i wykwitają na nich dorodne rumieńce. Chwycił w palce koniec koszulki, by zacząć się nią bawić. Zayn był taki miły. Jeszcze nigdy nie słyszał tylu komplementów, co w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin.

Nagle poczuł dłoń bruneta na swoim policzku. Ledwo podniósł wzrok, a chwilę potem jego powieki ponownie opadły. Ciepłe, pełne wargi bruneta delikatnie naparły na jego. Był to ten sam przyjemny pocałunek co wczoraj. Delikatny oraz czuły, przyprawiający go o motylki w brzuchu i przyjemny dreszcz. Westchnął w jego usta, a ręce zacisnął na bluzie.

- Będziesz mnie teraz tak całował codziennie? – spytał szeptem, opierając swoje czoło o jego.

- Jeśli tylko zechcesz – odszepnął Zayn i trącił swoim nosem jego. – Mogę cię całować codziennie po kilka razy, jeśli sobie tego zażyczysz.

Delikatny uśmiech wkradł się na jego usta. Już miał spuścić wzrok, ale mulat go powstrzymał. Ułożył dłoń na zaróżowionym policzku i przejechał palcami po linii szczęki aż do podbródka. Nakierował jego wzrok na siebie. Jasne, niewinne tęczówki spojrzały na niego spod wachlarza rzęs. Wyglądał tak uroczo.

- Nie odwracaj wzroku – poprosił cicho, przejeżdżając kciukiem po dolnej wardze blondyna. – Masz takie piękne oczy. Błyszczą jak dwie gwiazdy, oświetlając swym blaskiem, mą ciemność.

- Jesteś poetą czy właścicielem domu mody? – spytał rozbawiony Irlandczyk.

- Mogę być i tym, i tym – odpowiedział Malik, a kącik jego ust drgnął. Chwilę potem znów nachylił się do pocałunku. Niall długo nie czekał, tylko do razu odwzajemnił pieszczotę. Co prawda, był gdzieś w nim ten strach, związany z przejściami z Louisem, ale to był Zayn. Nie był jak Tomlinson. Czuł to już w jego pocałunkach.

Ramiona bruneta oplotły go mocno oraz szczelnie wokół pasa, by po chwili podnieść go do góry. Mocno zacisnął palce na jego karku i zaśmiał przyjaźnie, gdy mężczyzna okręcił się z nim, sadzając go na blacie. Niall przebiegł palcami po kruczoczarnych włosach i zacisnął na nich palce.

- Więc… - zaczął, ale nie zdążył nawet rozwinąć swojej myśli, bo mulat wpadł mu w słowo.

- Tak – odparł i musnął usta Nialla. – Tak. Na wszystko odpowiem tak.

Blondyn uniósł jedną brew do góry, co miało znaczyć: „Naprawdę na wszystko?’.

- No, prawie na wszystko – poprawił się, na co Horan roześmiał się i tym razem to on przyciągnął Zayna do pocałunku. Chwycił jego twarz w drobne dłonie, by przyciągnąć do siebie oraz złożyć słodki pocałunek na jego ustach.





*MCC – Malik Creations Corporation