Był uroczy i od razu wpadł mi w oko. Wyglądał jak anioł, który spadł z nieba. Zastanawiałem się, czy mocno go bolało, kiedy zderzył się z ziemią. Miał taki śliczny uśmiech, porcelanową twarz, piękne, duże, błyszczące oczy, ni to szare, ni to niebieskie; w każdym bądź razie piękne. Opadała na nie farbowana na blond grzywka, którą co chwilę odgarniał z czoła. Pamiętam, że gdy zobaczyłem go przy recepcji w ośrodku należącym do mojej ciotki, miał białą koszulę zapiętą pod samą szyję, bordowy kardigan i czarne dżinsy. Wyglądał tak pociągająco i seksownie, a zarazem niewinnie oraz uroczo, że musiałem przystanąć w pół kroku. Gdybym tylko wiedział w tamtym momencie to, co wiedziałem teraz; że w tym ciele anioła siedzi najprawdziwszy diabeł, nawet bym do niego nie zagadał. Nie starał się o jego uwagę.
Once upon a time
Moje palce przebiegły po kruczoczarnych włosach, zaczesując je do tyłu. Ruszyłem powoli korytarzem, powłócząc nogami. Była jedenasta, mimo wszystko najchętniej z powrotem zakopałbym się pod pierzyną, jednak miałem wciąż w pamięci wczorajsze kazanie ciotki.
- Są wakacje, mój drogi. Powinieneś czerpać z nich jak najwięcej – zamruczałem pod nosem, przedrzeźniając ją. – Masz morze pod nosem, plażę, ale ty tylko śpisz, jak jakiś leniwiec.
Westchnąłem głośno i ułożyłem dłoń na hebanowej poręczy, schodząc na parter, do recepcji. Przyjeżdżałem do ciotki na wakacje odkąd skończyłem piętnaście lat. Rodzice wtedy się rozwodzili i matka nie chcąc bym patrzył na te wszystkie awantury, wysłała mnie tu – do Brighton. Spodobało mi się tu i zacząłem przyjeżdżać tu co roku. Cisza, spokój i choć pływać nie umiem, na plażę też od czasu do czasu poszedłem. Dobre miejsce do puszczenia wodzy fantazji i porysowania.
Stanąłem w głównym hallu nadmorskiego ośrodka Bryza, ziewając. Potarłem dłonią policzek, na którym znajdował się kilkudniowy zarost i leniwie rozejrzałem się dookoła, zastanawiając się, co ze sobą począć. Chyba powinienem zacząć od śniadania. Chociaż w sumie za niedługo będą podawać obiad, więc może się wstrzymam z posiłkiem. Ewentualnie wszamię te chipsy, które schowałem przed ciotką pod łóżkiem.
Skierowałem swoje kroki w stronę wyjścia, gdy mój wzrok zatrzymał się na recepcji, za ladą której stała Perrie – stażystka. Jednak to nie ona zwróciła moją uwagę, a chłopak którego obsługiwała. Podpierał on dłonie na ladzie. Miał na sobie czarne dżinsy, bordowy kardigan i białą koszulę. Przyglądał się uważnie pannie Edwards, co jakiś czas odgarniając z czoła jasną, farbowaną grzywkę. Koło stóp stała spora, granatowa walizka. Aż przystanąłem, żeby na niego popatrzeć. Wyglądał na uroczego, grzecznego chłopczyka. Na samą myśl lewy kącik uniósł mi się do góry. Pokręciłem głową i ruszyłem w stronę drzwi.
- Ach, Zayn – zawołała mnie dziewczyna, a ja spojrzałem na nią. Przywołała mnie gestem dłoni, więc podszedłem do lady. – Pokazałbyś naszemu nowemu gościowi pokój. Jest tuż obok twojego.
- Jasne. Czemu… - urwałem w połowie zdania, gdy spojrzałem w oblicze ów blondyna. Miał piękną twarz. Nigdy nie widziałem równie idealnej, co jego. Wąskie, lekko różowe usta rozciągały się w uśmiechu, przyozdabiając porcelanową, niczym u lalki twarz. Na policzkach i nosie dostrzegłem delikatne piegi. Trochę nadmorskiego słońca i staną się wyraźniejsze. Grzywka, którą tak nałogowo odgarniał, opadała na pięknie, jasne oczy, które były szare. Albo niebieskie. Nie wiem. W każdym bądź razie, były duże i błyszczały jak gwiazdy na nocnym niebie. Wyglądał niczym anioł, który spadł z nieba. Ciekawe, czy bardzo go bolało, kiedy zderzył się z ziemią?
- Zayn? – dotarł do mnie głos Perrie, a ja niechętnie oderwałem wzrok od naszego nowego gościa i ulokowałem go na dziewczynie. Spojrzała na mnie znacząco, unosząc jedną brew i zdałem sobie sprawę, że chyba za długo wpatrywałem się w chłopaka. Wyprostowałem się więc, napinając wszystkie mięśnie ze zdenerwowania.
- Tak – odchrząknąłem, poprawiając swoją koszulkę. – Jasne, że pokażę.
- Jeśli nie chcesz, to nie musisz – odezwał się z wyraźnym, irlandzkim akcentem, a mi aż zaparło dech w piersiach. To było tak przyjemne dla ucha. – Nie chcę cię do niczego zmuszać.
- Ależ to żaden problem, naprawdę – odpowiedziałem, chyba zbyt gwałtownie. – Skoro masz pokój koło mojego, zaprowadzę cię. I tak tam szedłem.
- Chyba chciałeś powiedzieć: I tak stamtąd wyszedłem – poprawia mnie Pezz, splatające ręce na piersiach. Na ustach błąkał jej się złośliwy uśmieszek.
- Nie – warknąłem na nią i spiorunowałem spojrzeniem. – Chciałem powiedzieć to, co powiedziałem. Siedź cicho, mała nimfo i pracuj, bo jak nie, to powiem ciotce, co robiłaś wczoraj z Harrym na zapleczu kuchni.
Otworzyła usta, po czym zamknęła je oburzona. Posłałem jej zwycięski uśmiech, unosząc jedną brew do góry i zastukałem w ladę.
- A teraz wydaj naszemu zacnemu gościowi klucz – poprosiłem. Odwróciła się na pięcie, sięgnęła po jeden z kluczy i z impetem położyła go na ladzie.
- Jesteś wredny, Zayn – powiedziała, zanim cofnęła dłoń.
- Tak, wiem – odparłem, puściłem jej oczko i zgarnąłem klucz z lady. – Dziękuję i wracaj do swoich zajęć. A z Harrym rób to i tamto po godzinach pracy.
Prychnęła tylko niczym rozjuszona kotka i odeszła. Przeniosłem spojrzenie swoich ciemnych oczu na blondyna, który przypatrywał mi się spod grzywki z delikatnym uśmiechem. Zerknąłem przelotnie na numerek przy kluczu, po czym zwróciłem do niego.
- Jeśli chcesz, mogę wnieść twój bagaż – oznajmiłem. – To na samej górze.
- Myślę, że sobie poradzę – odparł z tym silnym akcentem i zacisnął smukłe palce na rączce walizki. Przytaknąłem mu tylko i gestem dałem znać, by szedł za mną. Wspięliśmy się na czwarte piętro i ruszyliśmy korytarzem. Jeszcze raz spojrzałem na numer pokoju i zatrzymałem się przed odpowiednimi drzwiami. Wsadziłem klucz do zamka, przekręciłem, nacisnąłem klamkę i wpuściłem blondyna do środka. Posłał mi delikatny uśmiech, kiedy przechodził obok, więc go odwzajemniłem.
Oparłem się o framugę i spojrzałem na niego. Odstawił swoją walizkę przy łóżku i podszedł do drzwi balkonowych. Rozsunął je i wyszedł na balkon. Chwilę stał przy poręczy, podziwiając widok, który dobrze znałem, po czym wrócił do środka.
- Wiesz, – odezwałem się, zwracając jego uwagę na sobie – jakbyś czegoś potrzebował, to mój pokój jest naprzeciwko.
Skinąłem głową do tyłu i wyciągnąłem w jego stronę rękę z kluczem.
- Znam to miejsce, jak własną kieszeń – przyznałem, gdy wziął go ode mnie. – Przyjeżdżam tu na wakacje odkąd skończyłem piętnaście lat. Jakbyś potrzebował przewodnika albo coś w ten deseń, to wal śmiało.
- Zapamiętam, Zayn – odpowiedział łagodnie. Stałem jeszcze chwilę oparty o framugę, uważnie lustrując go od stóp po sam czubek głowy, na dłużej zatrzymując się przy jego oczach. Były naprawdę piękne i miałem wrażenie, że skrywały jakąś tajemnicę. Przygryzłem wargę, mając jakieś dziwne przeczucie. Odsunąłem je jednak na bok i odepchnąłem od framugi.
- To na razie – rzuciłem, wycofując się z powrotem na schody. Usłyszałem jak drzwi do pokoju zamykają się i przystanąłem, spoglądając za siebie. Zdałem sobie sprawę, że nawet nie zapytałem go o imię. Brawo, Malik. Jesteś mistrzem.
2.
A few mistakes ago
Śniły mi się te śliczne, duże, błyszczące oczęta chłopaka, który zajmował pokój naprzeciwko mnie. Słyszałem jego przyjemny głos z tym silnym, irlandzkim akcentem. Został jednak zagłuszony przez jakiś dźwięk, który wdarł mi się do snu. Skupiłem się na nim i zdałem sobie sprawę, że ktoś dobija mi się do pokoju. Otworzyłem jedno oko i zerknąłem na zegarek. Dochodziła dziewiąta rano. Warknąłem cicho i podciągnąłem się na łokciach.
- Jeszcze śpię, ciociu. Jest środek nocy! – krzyknąłem. – Przyjdź za dwie godziny, kiedy faktycznie będzie poranek!
Przewróciłem się na brzuch i skryłem głowę pod poduszkę. Nasłuchiwałem, oczekując, że zaraz otworzą się drzwi, a ona wparuje do środka, mówiąc jaki to ładny mamy dzień, jednak to nie nastąpiło. Odpowiedziała mi tylko długa cisza, co mnie zaskoczyło. Wyjrzałem więc spod poduszki, zastanawiając się, czy moja ciotka dobrze się czuję.
Usiadłem na łóżku i wsunąłem na biodra szare spodnie od dresu. Przeczesałem włosy palcami, by chociaż trochę je ułożyć i podszedłem do drzwi. Nacisnąłem klamkę i wyjrzałem na korytarz. Moje czekoladowe tęczówki od razu odnalazły te chabrowe spojrzenie. Aż przygryzłem dolną wargę.
- Hehehe – zaśmiałem się lekko zakłopotany, pocierając kark. – Przepraszam. Nie sądziłem, że to ty. Myślałem, iż to ciotka znów próbuje mnie wyciągnąć z łóżka.
- To ja powinienem przeprosić – odezwał się, a ja zlustrowałem go. Dziś założył kremowe spodnie. Do nich bordową bluzkę, której trzy guziki miał rozpięte, a rękawy podciągnięte lekko do góry. – Nie sądziłem, że będziesz jeszcze spał. Chciałem… W sumie nie ważne. Pójdę już.
Odwrócił się na pięcie i skierował w stronę schodów. Zamrugałem i wyjrzałem na korytarz.
- Czekaj – zawołałem za nim, a on przystanął i spojrzał na mnie przez ramię. – Co chciałeś?
- Przedstawić się. Nie zrobiłem tego wczoraj – odparł, wciskając ręce w kieszenie spodni. – I zaprosić na śniadanie. W ramach podziękowania. Ale najwyraźniej wybrałem nieodpowiedni moment, więc przepraszam.
- Bardzo chętnie zjem z tobą śniadanie – odezwałem się szybko, zanim znów odszedł. – Daj mi tylko chwilę. Ubiorę się w coś.
Jego jasne oczy przeszyły mnie na wskroś. Jakby chciał się dowiedzieć, co siedzi w mojej głowie. Chwilę potem uśmiechnął się lekko i przytaknął mi. Zniknąłem więc za drzwiami swojego pokoju i rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu czegokolwiek do ubrania. Chwyciłem kremowe spodnie i przebrałem się w nie. Założyłem jeszcze białą bluzkę, a na nią granatową bluzę. Wsunąłem jeszcze na stopy buty i wyszedłem na korytarz.
Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu blondyna, jednak nigdzie go nie dostrzegłem. No cóż, nie kazałem mu tutaj czekać. Może zszedł na dół?
Jednak gdy podszedłem do schodów, zobaczyłem postać siedzącą na nich i bawiącą się swoimi palcami. Przystanąłem na stopniu, opierając się o poręcz, a te jasne oczy znów mnie przeszyły na wskroś.
- To co? – zagadnąłem. – Idziemy na to śniadanie?
Przytaknął i podniósł się, otrzepując spodnie na zadku. Ruszyłem schodami w dół, czując na sobie te błękitne tęczówki. Wpatrywały się we mnie, tego jestem pewien.
- Mam na imię Niall – odezwał się, gdy zeszliśmy na sam dół i skierowaliśmy do stołówki.
- Zayn – odpowiedziałem z automatu. – Ale to już wiesz.
Uśmiechnął się, kiedy zrównał się ze mną. Pchnął szklane drzwi i weszliśmy do gwarnego pomieszczenia. Rozejrzałem się dookoła i skierowałem do długiego stołu na środku sali. Nie ma to jak szwedzki stół na śniadanie i kolację. Jesz co chcesz i ile chcesz.
Chwyciłem biały talerzyk, wziąłem kilka kromek chleba i nałożyłem trochę sera, pomidorów oraz jakiejś szynki. Wziąłem jeszcze szklankę soku pomarańczowego i zaczekałem na blondyna, aż wybierze coś dla siebie.
Usiedliśmy przy wolnym stoliku, wziąłem nóż i sięgnąłem do miseczki wypełnionej masłem. Posmarowałem każdą kromkę i oddałem sztuciec Niallowi. Był milczący, trochę tajemniczy, ale miły. I w sumie mi to nie przeszkadzało. Takie zestawienie cech charakteru. To było dość intrygujące.
- Powiedz mi, Zayn – odezwał się nagle, nakładając na swoją kromkę ser. – Lubisz kawę, prawda? I czekoladę też, czyż nie?
Spojrzałem na niego i zamrugałem. On podniósł swoje tęczówki i wbił je we mnie. Uważnie mi się przyglądając, wgryzł się w kanapkę, powoli przeżuwając.
- Tak – przyznałem w końcu. – Nawet bardzo. Ale skąd wiesz?
Prawy kącik jego ust uniósł się lekko do góry.
- Powiedzmy… - zawiesił na moment głos. – Nazwijmy to intuicją.
Chwycił swoją szklankę ze sokiem i upił łyk, po czym ponownie wgryzł się w kanapkę. Wpatrywałem się w niego jeszcze moment, zastanawiając skąd wiedział o tym, że lubię czekoladę oraz kawę. Przecież zamieniliśmy ze sobą ledwo parę zdań, a on wie o mnie coś takiego. A może jestem brudny z czekolady?
Sięgnąłem dłonią do twarzy i otarłem usta.
- Nie jesteś brudny – odezwał się, a ja podniosłem wzrok na niego. Znów przeszywał mnie na wskroś tymi swoimi ślepiami.
- Więc skąd wiedziałeś, że lubię czekoladę i kawę? – zapytałem, świdrując go swoim spojrzeniem. Wywrócił oczami i westchnął.
- Bo pachniesz kawą – odparł. – A na rękawie bluzy masz ślad po czekoladzie.
Spuściłem wzrok i faktycznie. Na rękawie dostrzegłem niewielką plamę po czekoladzie. To pewnie po tej nutelli, którą przedwczoraj „przypadkiem” wyniosłem z kuchni razem z kubkiem kawy. Przyjąłem jego tłumaczenie za wiarygodne, więc zabrałem się za swoje śniadanie.
3.
He was long gone
Stukałem palcami w blat recepcji, co jakiś czas zerkając w stronę schodów. Jednak gdy nie dostrzegałem tego, co chciałem, układałem usta w dziubek i wracałem do przerwanej czynności – stukania palcami w blat.
- Weź się uspokój – doszedł do mnie głos Perrie. Zerknąłem na nią spod ciemnej grzywki, której dziś nie postawiłem. Jakoś nie chciało mi się wysilać. Postawiłem na naturalny wygląd, więc miałem na głowie niezły bajzel.
- Siedź cicho i pracuj, mała nimfo – burknąłem, prostując się i poprawiając koszulkę, która się podwinęła. Odwróciłem się, splatając ręce na piersiach i oparłem biodrami o ladę. Zacząłem nerwowo stukać obcasem buta o posadzkę, znów spoglądając w stronę schodów. Dostrzegłem blond czuprynę i odruchowo się wyprostowałem.
- Hej, Niall – przywitałem się z chłopakiem i jego oczy napotkały moje.
- O, cześć Zayn – odpowiedział i podszedł do mnie. – Śledzisz mnie? Bo ostatnio cały czas na ciebie wpadam.
- Mieszkam tu podobnie, jak ty – stwierdziłem, przeklinając w duchu swoją chęć bycia blisko niego i spędzenia z nim każdej chwili. – Wychodzisz gdzieś?
- Chciałem rozejrzeć się po okolicy – przyznał, oddając Perrie klucz. – A ty? Robisz coś ciekawego?
- Tak, wkurza mnie – wtrąciła Edwards, a ja spojrzałem na nią spod byka.
- Nie masz nic ciekawszego do roboty? – zapytałem retorycznie i odgoniłem ją, machając ręką. Pokazała mi tylko język i poszła w swoją stronę. Spojrzałem na Nialla, który przyglądał mi się tymi swoimi przeszywającymi oczętami. – Nie, nie robię nic specjalnego. A czemu pytasz?
- Pierwszego dnia powiedziałeś, że jak będę potrzebował przewodnika, to mam do ciebie przyjść – przypomniał mi, posyłając delikatny uśmiech. – Więc jeśli to nadal aktualne…
- Oh, tak, jasne – przytaknąłem i wcisnąłem ręce w kieszenie dżinsowej kurtki, którą zarzuciłem na ramiona. Skinąłem na niego głową i ruszyliśmy do wyjścia. Przytrzymałem mu drzwi, zeszliśmy po niewielkich schodkach i przystanęliśmy na placu przed ośrodkiem.
- To może… - zawiesiłem głos, zastanawiając się chwilę, gdzie powinniśmy pójść najpierw. Zerknąłem na niego kątem oka. Przeczesał jasną grzywkę palcami i obrzucił okolice przelotnym spojrzeniem. – Co powiesz na pobliskie molo? Tak na dobry początek.
Przeniósł na mnie to chabrowe, przeszywające spojrzenie i przytaknął. Ruszyliśmy więc w dół ulicy z daleka dostrzegając ciągnące się w morze molo. Wcisnąłem ręce w kieszenie kurtki i mrużąc oczy, powoli ruszyłem w tamtą stronę. Obok mnie kroczył blondyn. Dziś ubrał się na jasno. Kremowe spodnie i białe polo podkreślały jego jasną karnację. Wyglądał naprawdę uroczo. Znów przeszło mi przez myśl, że wygląda niczym uroczy aniołek, który spadł z nieba. Uśmiechnąłem się do siebie na to porównanie.
Weszliśmy na molo w ciszy, która panowała między nami odkąd wyszliśmy z ośrodka. Nie przeszkadzała mi. Dziwnie przywykłem do faktu, iż jest małomówny. Wystarczyło mi, że czułem jego obecność koło siebie. Tak jak teraz. Szedł tuż obok mnie, bawiąc się palcami przed sobą.
Niall przystanął przy Victoria’s Bar. Spojrzałem na niego, zatrzymując się i przyglądając jego profilowi. Wpatrywał się w morze, dalej bawiąc się palcami. Delikatnie mrużył swoje śliczne oczy, a długie rzęsy rzucały cienie na blade policzki. Lekka bryza bawiła się jego jasnymi włosami. Zagryzł dolną wargę i powoli podszedł do balustrady, opierając na niej łokcie.
Zmarszczyłem brwi, uważnie obserwując jego sylwetkę. Był dziś jakiś dziwny, taki nieobecny. Zawsze starał się jakoś zagadać, a dziś, nie licząc wymiany zdań przy recepcji – milczał. Myślami chyba był gdzieś indziej.
- Niall – odezwałem się, zwracając jego uwagę na siebie. – Nudzę cię?
- Skądże znowu – odpowiedział, znów spoglądając na morze. – Po prostu myślę o czymś.
- O czym? – spytałem zaciekawiony, podchodząc do niego. Przekrzywiłem głowę i spojrzałem w jego twarz. Jego nieobecne spojrzenie skierowało się na mnie.
- Że jestem głodny – wyznał. – I zjadłbym… Coś.
- Możemy skoczyć na pizzę – wskazałem za siebie kciukiem. Przytaknął mi, więc ruszyliśmy dalej. – I skoro pokazuje ci już miasto, to może… Może wieczorem skoczymy na drinka, hym?
- Czemu nie – odpowiedział, a na jego twarz wkradł się uśmiech. Pierwszy szczery, jaki dziś dostrzegłem na jego anielskiej twarzyczce. – Myślę nawet, że to dobry pomysł.
Zadowolony z siebie, wcisnąłem ręce z powrotem w kieszenie kurtki i spojrzałem przed siebie. Bryza zatańczyła z moimi włosami i lekko zmrużyłem oczy. Dostrzegłem parę wychodzącą z butki fotograficznej. Odebrali swoje zdjęcia i ruszyli dalej. Wtedy wpadłem na pomysł.
- Choć – chwyciłem Nialla za nadgarstek i pociągnąłem do budki. Wepchnąłem go do środka pierwszego, po czym wszedłem za nim. Dostrzegłem jego zaskoczone spojrzenie, więc posłałem mu uśmiech i sięgnąłem do portfela. – Pomyślałem, że będziesz miał fajną pamiątkę z wakacji.
Wrzuciłem monetę do otworka i przysiadłem obok niego na skraju okrągłego krzesełka. Na początek zrobiliśmy sobie normalnie zdjęcie, gdzie po porostu się uśmiechaliśmy. Potem strzeliliśmy dwie głupie miny. Na ostatnim, w przypływie emocji, chwyciłem jego twarz i pocałowałem w policzek.
4.
I knew you were trouble
Chichrałem się jak głupi, gdy razem z Niallem szliśmy przez plac przed ośrodkiem. Wieczór był przyjemny. Było ciepło, lecz chłodny wiatr od morza, sprawiał, iż powietrze nie było ciężkie a rześkie. Znów się zaśmiałem pod nosem, kiedy potknąłem się o własne nogi, a blondyn mocniej ścisnął moje ramię.
- Przepraszam cię bardzo – odezwałem się, spoglądając na jego profil. – Troszkę za dużo wypiłem.
- Nic się nie stało – odpowiedział spokojnie Niall i pchnął drzwi, prowadzące do budynku. Weszliśmy do cichego hallu, odebraliśmy klucze w recepcji i powoli ruszyliśmy schodami do góry. Potykałem się co jakiś czas, przeklinając siebie w myślach, ale w końcu dotarliśmy na samą górę. Przez chwilę próbowałem trafić do zamka swoich drzwi, jednak opornie mi to szło. W końcu blondyn zlitował się nade mną. Wziął mój klucz, a ja oparłem się o ścianę, przyglądając mu się.
- Nie jesteś pijany – stwierdziłem, kiedy naciskał klamkę.
- Nie – odparł, popchnął drzwi i chwycił mnie za ramię. – Jestem Irlandczykiem. Mamy mocne głowy.
- Ach, to wszystko wyjaśnia – uniosłem palec do góry i odwróciłem się do niego, by spojrzeć w te przenikliwe, chabrowe oczy. – A czy wszyscy Irlandczycy są tacy przystojni?
Zamrugał tymi swoimi ślepkami dwa razy, a ja zdałem sobie sprawę, co powiedziałem. Powinienem ugryźć się w język, a nie mielić nim na prawo i lewo, zwłaszcza wtedy, kiedy jestem pijany.
- Eeee… Bo tego… - zacząłem i przejechałem dłonią po karku lekko zakłopotany. Zerknąłem na niego przelotnie. Stał w miejscu i wpatrywał się we mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Gdy na jego usta wkradł się delikatny, zadziorny uśmiech, wzdłuż kręgosłupa przeszedł mnie dreszcz.
Odłożył klucz na szafkę i zamknął za sobą drzwi. Chwilę stał do mnie plecami, po czym spojrzał na mnie przez ramię. Oblizał usta i rozciągnął je w dziwnie niegrzecznym uśmieszku. To było coś nowego w jego wyglądzie aniołka.
- Przystojny, powiadasz? – odezwał się i podszedł do mnie. Zajrzał w moje czekoladowe oczy po raz ostatni, a chwilę potem wpił się w moje usta. Mimowolnie westchnąłem i przymknąłem powieki. Jego palce mocno zacisnęły się na moich ramionach, by po chwili prześliznąć się na tors.
Oderwał się ode mnie i pchnął na łóżko. No proszę, ten aniołek jednak nie do końca jest tak niewinny, jak mogłoby się wydawać. Lewy kącik moich ust uniósł się do góry i podparłem się na łokciach, gdy wdrapywał się na moje biodra.
- No proszę – mruknąłem. – Kto by pomyślał. A wyglądałeś na takiego uroczego i grzecznego chłopczyka.
- Nie znasz mnie, Zayn – odparł, nachylając się do mnie. – Tak naprawdę nie masz zielonego pojęcia, kim jestem.
Zacisnął palce na moich ramionach i przykuł mnie do materaca. Jego usta na powrót odnalazły moje, przygryzając dopną wargę. Poruszyłem się pod nim, a on wtargnął swoim językiem do moich ust, pieszcząc podniebienie i dokładnie badając każdy zakamarek. Westchnąłem, a moim ciałem zawładnęła ta rozkoszna przyjemność. Poddałem się jego pieszczotą, co mnie zaskoczyło. Zwykle to ja wolałem górować. Jednak chyba fakt, iż tak niewinnie wyglądający chłopak, zapanował nade mną, podniecał mnie.
Moje ręce wśliznęły się na jego plecy, gdy pocałunkami zaczął obdarzać szyję. Przygryzłem dolną wargę, odchylając głowę i dając mu lepszy dostęp do skóry. Westchnął, a jego nos prześliznął się wzdłuż tętnicy.
- Pachniesz kawą i czekoladą – wymruczał mi na ucho. Przygryzł jego płatek, po czym polizał moją szyję. Ciepły oddech blondyna omiótł mój policzek.
- Jesteś taki piękny – odparł cicho, podnosząc się lekko i przeczesując moje włosy palcami. – Szkoda by było stracić to piękno, nie uważasz?
- Wszystko mi jedno – westchnąłem, znów się pod nim poruszając.
- Wszystko jedno, powiadasz – wymruczał tuż przy moich ustach. – W takim razie pozwól, że zachowam je na wieczność.
- Co? – spytałem, otwierając oczy, gdyż nie bardzo rozumiałem, o co mu chodzi. W bladym świetle dostrzegłem jego oczy, które wyglądały teraz zupełnie inaczej. Źrenice zwężały się niczym u kota i teraz przypominały dwie pionowe kreski. Nim strach zawładnął moim ciałem, jego palce wplecione w moje włosy, mocno się zacisnęły i przekrzywiły głowę, doskonale eksponując szyję. Moment potem poczułem, jak skóra zostaje przebita przez kły, a stróżka gorącej krwi spływa po niej. Z mojej krtani wyrwał się zduszony okrzyk. Chciałem go odepchnął, ale stał się niezwykle silny i palce jednej ręki wręcz miażdżyły moje ramię.
Mocno zacisnąłem powieki oraz palce na jego koszulce. Czułem się coraz słabszy, aż w końcu przestałem z nim walczyć. Powieki zaczęły mi ciążyć.
Oblizał moją szyję z resztek krwi, po czym wyprostował się, spoglądając w moje zasnute mgłą tęczówki. Otarł usta wierzchem dłoni, a gdy ją cofnął, dostrzegłem kły. Jego oczy powoli wrócił do pierwotnej formy i teraz wpatrywały się we mnie duże, dziwnie granatowe.
- Mówiłem, że nie masz zielonego pojęcia, kim jestem – szepnął, palcem przejeżdżając po szyi, gdzie znajdowały się ślady po jego kłach. – Do zobaczenia, Zayn. Może jeszcze kiedyś się spotkamy.
Po tych słowach zszedł ze mnie. Nim odpłynąłem, dostrzegłem, jak poprawia swoją koszulkę i wychodzi, zamykając cicho za sobą drzwi. Potem była już tylko ciemność. Długa niczym niezmącona ciemność.
5.
You took a step back
Stałem na balkonie z rękoma splecionymi na piersi. W powietrzu nie czułem nic poza zapachem soli. Kusząca woń kawy i czekolady, która dolatywała do mnie z pokoju naprzeciwko, powoli znikała przez całą noc. Sam nie wiem, kiedy zorientowałem się, że już jej nie czuję. To było gdzieś przed świtem. Podniosłem się wtedy z łóżka i przebrałem w czyste ubrania.
Wiatr przebiegł po moich włosach, kiedy z pokoju doszedł mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Wróciłem do środka i pochwyciłem swój telefon, odblokowałem go jednym przesunięciem po dotykowym ekranie i nacisnąłem na kopertę.
Liam:
Już jestem. Czekam na dole.
8:56 AM Pt, 3 sier
Zablokowałem wyświetlacz, wcisnąłem telefon do kieszeni ciemnych spodni i założyłem czarny sweterek, którego rękawy podwinąłem. Chwyciłem swoją walizkę, a z szafki nocnej wziąłem klucz oraz białą kopertę. Wyszedłem na korytarz, zamknąłem drzwi i ostatnim, przelotnym spojrzeniem spojrzałem na prawo, po czym skierowałem się w stronę schodów.
Na dole, jak zawsze w recepcji królowała Perrie. Jej przyjemny, śmietankowy zapach od razu uderzył moje nozdrza i mimowolnie oblizałem wargi.
- Cześć nimfo – przywitałem się z nią w charakterystyczny dla Zayna sposób. Spojrzała na mnie i posłała szeroki uśmiech. Jednak widząc walizkę, którą postawiłem przy swoich nogach, mina jej zrzedła.
- Już nas opuszczasz, Niall? – zrobiła zasmuconą minę, kiedy odłożyłem klucz na ladę. Posłałem jej przyjazny uśmiech. Mimo wszystko polubiłem ją. Była całkiem fajna, jak na śmiertelniczkę.
- Na każdego przychodzi czas – odparłem.
- Szkoda – przyznała. – Zayn dzięki tobie wstawał niezwykle wcześnie, co do niego nie podobne.
Znów uśmiechnąłem się pod nosem, przypominając sobie jego wrzaski, kiedy pierwszego dnia poszedłem do niego. To było dość ciekawe.
- A propos Zayna i jego niewczesnego wstawania – położyłem na blacie białą kopertę. – Mogłabyś mu to przekazać, jak już wstanie? Nie chciałem go budzić. Poszliśmy wczoraj na drinka i troszkę za dużo wypił.
- Rozumiem – przytaknęła i odłożyła kopertę w przegródkę. – Uregulujesz rachunek gotówką czy kartą?
- Kartą – rzuciłem i sięgnąłem po portfel. Wyciągnąłem z niego plastikowy prostokącik i podałem Perrie. Dokonała odpowiedniej transakcji i kilkaset funtów zniknęło z mojego konta. Jakoś specjalnie się tym nie przejąłem.
Wziąłem od niej kartę oraz rachunek, schowałem wszystko niedbale do portfela i puszczając jej oczko, pożegnałem się z nią. Chwyciłem rączkę walizki i udałem do wyjścia. Pchnąłem szklane drzwi, przystanąłem na placu i rozejrzałem dookoła. Dostrzegłem czarne BMW, o które opierał się chłopak w granatowej koszulce i jasnych spodniach, z rękoma splecionymi na piersi. Na mój widok uśmiechnął się, a ja odwzajemniłem jego gest.
Zrobiłem ledwie krok do przodu, gdy usłyszałem, jak ktoś mnie woła.
- Niall! – spojrzałem przez ramię i dostrzegłem blondynkę, zmierzającą ku mnie. Zatrzymała się przy mnie i wyciągnęła w moją stronę wąski kawałek połyskującego papieru. – Wypadły ci, gdy wychodziłeś.
Spojrzałem w dół i dostrzegłem, iż są to zdjęcia z budki fotograficznej. Mimowolnie wyciągnąłem w ich stronę rękę i chwyciłem w smukłe palce, przejeżdżając po ostatnim kciukiem. Dziwnie się czułem w tej chwili. Nie do końca wiedziałem, co to za uczucie, ale intuicja podpowiadała mi, iż nie jest ono zbyt przyjemne.
- Pomyślałam, że ci je zwrócę – dotarł do mnie radosny głos Perrie i podniosłem na nią wzrok. – Mimo wszystko to fajna pamiątka.
- Tak – przyznałem niemrawo. – Wiesz, muszę lecieć. Kumpel na mnie czeka.
Skinąłem głową na szatyna przy BMW, a ona spojrzała w tamtą stronę. Poza tym, chciałem być już daleko stąd. Zaspokoiłem się i więcej mi nie trzeba.
- Och, no jasne – westchnęła. – To… Do zobaczenia.
- Pa – rzuciłem, chwytając rączkę walizki i odwracając się na pięcie, szybkim krokiem ruszyłem ku szatynowi. Odgarnąłem z czoła grzywkę i podszedłem do samochodu. Na twarzy mojego przyjaciela dostrzegłem tajemniczy uśmiech, a że nie zmienił swej pozycji to przystanąłem.
- Co? – spytałem, wpatrując się w jego sarnie oczęta.
- Kogo zabiłeś tym razem? – odpowiedział pytaniem na pytanie, bez większych ogródek, a ja wywróciłem oczami i pokręciłem głową z dezaprobatą.
- Nikogo nie zabiłem, Liam – odparłem, przyglądając się swojemu odbiciu w tylnej szybie, by następnie z powrotem przenieść wzrok na niego.
- Więc dlaczego ten sms? – dopytywał się, a ja zacisnąłem wargi. Już za życia był ciekawski i wciąż się zastanawiam, dlaczego go toleruję. – Miałeś wrócić dopiero na moje urodziny, a tu minęły ledwo dwa tygodnie.
- Boże, Liam – warknąłem. – Po prostu byłem głody, okej. On był pijany, przystojny, a do tego łaził za mną, zupełnie jak ty, więc wziąłem sobie zapłatę za moje towarzystwo, a potem…
- …wpuściłeś jad – dokończył za mnie i nacisnął guzik na kluczyku. Auto dało znać, że odblokowały się wszystkie zamki, więc podszedłem do bagażnika i schowałem swoją walizkę. Następnie okrążyłem czarne BMW i zająłem miejsce pasażera. Liam po chwili usiadł za kierownicą i odpalił silnik. W ciszy wyjechaliśmy z parkingu przed ośrodkiem i ruszyliśmy przez Brighton w stronę Londynu.
- Musiał być naprawdę przystojny, skoro go przemieniłeś – odezwał się szatyn i zaczął majstrować przy radiu, szukając swojej ulubionej stacji. – Na ogół zabijasz. Rzadko przemieniasz. Jaki był?
Wyciągnąłem w jego stronę zdjęcia, a on spojrzał na nie przelotnie. Chwilę potem na jego twarz wkradł się delikatny uśmiech. Wywróciłem oczami, oparłem skroń na szybie i sam na nie spojrzałem.
- No i sprawa jasna – westchnął teatralnie Liam, a ja spojrzałem na niego z ukosa. – Masz słabość do brązowych oczu.
- Wcale nie – oburzyłem się, prostując na miejscu, a on spojrzał na mnie swoimi jasnobrązowymi oczyma, kiedy staliśmy na światłach. – No… Może trochę.
Zjechałem na miejscu, a jego dźwięczny śmiech rozniósł się po wnętrzu. Prychnąłem tylko, gdy ruszył i przez chwilę wpatrywałem się w widok za oknem. Moje spojrzenie jednak z powrotem spoczęło na zdjęciach. Przyjrzałem im się uważnie. Pierwsze – delikatne uśmiechy, drugie i trzecie – durne miny, czwarte – pocałował mnie w policzek. Byłem wtedy lekko zakłopotany, jednak poczułem się dziwnie dobrze. Odepchnąłem to od siebie równie szybko.
Westchnąłem i lekko uchyliłem okno. Oderwałem to ostatnie zdjęcie, a reszty pozbyłem się wystawiając przez szparę i pozwoliłem, by pęd wiatru wyrwał je z pomiędzy moich palców. Następnie sięgnąłem po portfel, by schować to oderwane.
- Ckliwy się zrobiłeś po pobycie tutaj – usłyszałem szatyna, gdy chowałem je do jednej z przegródek. – To do ciebie niepodobne.
- Nie interesuj się, Li, tylko prowadź – burknąłem, chowając portfel. Splotłem ręce na piersiach i ponownie wyjrzałem przez okno.
6.
Without me
- Zayn – usłyszałem swoje imię gdzieś z oddali. – Zayn. Zayn!
Szeroko otworzyłem oczy, czego od razu pożałowałem. Jasne światło dnia podrażniło moje tęczówki. Jęknąłem niezadowolony i skryłem twarz w poduszce. Poczułem też ostry zapach papryki. Skrzywiłem się, po czym znów echem w mojej głowie odbił się głos ciotki.
- Wstawaj, ty śpiochu – zawołała, ściągając ze mnie pierzynę. – Prawie południe. Taki ładny dzień za oknem, a ten wyleguje się w najlepsze w łóżku. No już, wyłaź młody człowieku.
Klepnęła mnie dłonią w udo, więc podciągnąłem się na łokciach do góry.
- Już wstaję – mruknąłem, wpatrując się w poduszkę. – Miałem ciężki wieczór.
- Tak, słyszałam – zaczęła swój wywód, kierując się do drzwi. – Ponoć nieźle wczoraj zabalowałeś z tym blondynem…
Dalsza część do mnie nie dotarła, po wzmiance o Niallu. Nawet nie wiem, kiedy wyszła. Do mojej głowy zaczęły napływać wspomnienia wczorajszego wieczoru. Jego kocie oczy i to, co potem się wydarzyło. Co on właściwie mi zrobił? Nie czułem się jakoś inaczej, ale wiem, jestem w stu procentach pewny, że czułem krew spływającą po mojej szyi. I co tak właściwie wczoraj się wydarzyło?
- Ugryzł mnie – mruknąłem do siebie i sięgnąłem dłonią do szyi, jednak nic tam nie wyczułem. – Na pewno mnie ugryzł. Jak te wampiry na filmach.
Mruczałem pod nosem, wychodząc z łóżka. Wszedłem do łazienki i zatrzymałem się w pół kroku. Po raz pierwszy obawiałem się spojrzeć w lustro. Nie miałem bladego pojęcia, co tam zastanę. Wziąłem jednak głęboki wdech i podszedłem do umywalki, nad którą wisiało lustro.
Spojrzałem w przejrzystą taflę i zamrugałem kilka razy oczyma. Wszystko wydawało się być w porządku. Kruczoczarne włosy były w nieładzie. Moje czekoladowe tęczówki uważnie lustrowały każdy cal mojej twarzy, na której widniał kilkudniowy zarost. Odchyliłem lekko głowę, by spojrzeć na szyję, jednak niczego tam nie było. Tylko nieskazitelnie gładka skóra, po której przejechałem palcami.
- Na pewno mnie ugryzł – mruknąłem do siebie, odkręcając wodę i przemyłem twarz chłodną wodą. Wziąłem głęboki oddech, a do moich nozdrzy dotarła mieszanka dziwnych zapachów. To było coś nowego. Zmarszczyłem nos, potrząsnąłem głową i wróciłem do pokoju. Założyłem zwykłe, ciemne dżinsy, białą koszulkę z nadrukiem, a z ramy łóżka porwałem koszulę. Wyszedłem na korytarz, zakładając ją i zapukałem w drzwi pokoju Irlandczyka. Podwinąłem rękawy do łokci, a gdy odpowiedziała mi cisza, ponowiłem pukanie.
- Niall – zawołałem, naciskając klamkę. Drzwi jednak nie ustąpiły. Cofnąłem się i chwilę wpatrywałem w ciemne drewno. Następnie spojrzałem wzdłuż korytarza. Ruszyłem nim, schodząc na sam dół. Zakręciło mi się w głowie od natłoku zapachów, jakie we mnie uderzyły.
- Co jest grane? – mruknąłem do siebie, zaciskając kciuk i palce wskazujący u nasady nosa. Przymknąłem oczy, by przyzwyczaić się do tego, po czym skierowałem w stronę recepcji. Z każdym krokiem, na tle tych wszystkich zapachów coraz silniejsza stawała się śmietankowa woń. Mimowolnie oblizałem usta, po czym podszedłem do lady.
- Perrie – zwróciłem się do blondynki, a ona spojrzała na mnie swoimi dziwnie intensywnymi, błękitnymi oczyma. W ogóle wyglądała jakoś inaczej. Tak mi się przynajmniej wydaje – Gdzie jest Niall? Byłem u niego w pokoju, ale zamknięte.
- Ach… Wyjechał dziś rano – oświadczyła, a ja zamrugałem oczyma. – Nie chciał cię budzić, bo powiedział mi, że sporo wczoraj wypiłeś. Ale zostawił coś dla ciebie.
Podeszła do jednej z przegródek, z której wyciągnęła białą kopertę. Podsunęła mi ją na blacie, a ja szybko wziąłem biały papier w swoje ręce. Odwróciłem się, opierając biodrem o kontuar i rozerwałem kopertę. Wyciągnąłem z niej kartkę i rozłożyłem. Na niej zostało zapisanych kilka zdań drobnym charakterem pisma.
Powiedziałem: Jesteś piękny. Szkoda by było stracić to piękno.
Odpowiedziałeś: Wszystko mi jedno.
Miłego, wiecznego życia jako wampir, Zayn.
Niall Horan.
P.S. Ten śmietankowy zapach, który czujesz, to krew Perrie. Przywyknij albo wypij. Wszystko mi jedno.
Zacisnąłem wargi w cienką linię i zgniotłem kartkę w pięści. Wampir. No chyba to są jakieś jaja. Takie rzeczy nie istnieją. Nie ma czegoś takiego jak wampiry. Ale… To, co zrobił wczoraj. Ugryzł mnie. A ten śmietankowy zapach. Mówi, że to krew Perrie.
Odwróciłem się na pięcie i spojrzałem na nią uważnie. Nachyliłem się ponad ladą i przyciągnąłem ją do siebie. Chwyciłem szczękę w dłoń, odchyliłem lekko głowę i przejechałem nosem po tętnicy. Śmietankowy zapach okazał się niezwykle intensywny, a ja zdałem sobie sprawę, czemu ciągle powtarzał, że pachnę kawą i czekoladą. Krew ma zapach naszych ulubionych rzeczy, a Perrie uwielbia lody śmietankowe.
- Zayn? - zapytała niepewnie, a ja przekląłem się w duchu za ten wybryk. Puściłem ją i wyprostowałem się, poprawiając koszulkę.
- Po prostu… – zacząłem. – Czy nie zmieniłaś przypadkiem perfum?
- Tak – przyznała. – Podobają ci się.
- Yhym – mruknąłem. – Pasują do ciebie jak ulał.
Odwróciłem się i skierowałem do pobliskiej łazienki, po drodze wyrzucając wiadomość od Nialla do kosza. Pchnąłem drzwi, wszedłem do wyłożonego kafelkami pomieszczenia i stanąłem przed lustrem, opierając dłonie o umywalkę. Znów dokładnie przyjrzałem się swojemu odbiciu. Nie zmieniłem się jakoś specjalnie. Te same oczy, włosy, oliwkowa cera. Tylko skóra, jakaś gładsza, delikatniejsza w dotyku.
- Nie mogę być wampirem – mruknąłem do siebie, zaciskając usta. Chwilę potem drzwi ponownie się otworzyły. Odwróciłem głowę, a mój wzrok spoczął na wysokim, szczupłym chłopaku o czekoladowych włosach i zielonych, błyszczących oczach. W pasie przewiązany miał kuchenny fartuch. Dotarł do mnie też zapach soczystych, świeżych jabłek. On je lubił. Podbierał zawsze jedno z kuchni, kiedy kończył swoją zmianę.
- Cześć, Zayn – przywitał się ze mną radośnie.
- Hej, Harry – odpowiedziałem, spuszczając głowę. Wszedł do jednej z kabin, zapewne załatwić swoją potrzebę. Mnie natomiast dopadł dziwny głód. Nie była to chęć na kanapkę z serem, czy pomidorem, tylko na krew. Sama myśl mnie przeraziła, jednak po chwili chęć skosztowania tego szkarłatnego płynu, który płynął w żyłach Harry’ego przeważyła. Poczułem nieprzyjemny ból w ustach, a kiedy spojrzałem na swoje odbicie po raz drugi – oniemiałem. Moje źrenicy miały teraz kształt pionowych kresek, jak wczoraj u Nialla. A kiedy wyszczerzyłem usta, dostrzegłem kły.
Wziąłem głęboki wdech i przyjemny, jabłkowy zapach krwi lokatego znów mnie uderzył. Przejechałem językiem po kłach, spragniony jego krwi. Zerknąłem przez ramię, uważnie nasłuchując, do której kabiny wszedł. Pachniał tak smakowicie.
Opamiętałem się jednak w porę. Nie mogę go zabić. Pracuje tu. Znam go. Nie mógłbym go tak po prostu zabić dla zaspokojenia własnych potrzeb. To prawdopodobnie chłopak Perrie. Nie mogłem. Znów zacisnąłem palce u nasady nosa, zamykając oczy i usta. Wziąłem głęboki wdech, ignorując zapach jabłek i uspakajając swoje żądze.
- Czyżby kac? – usłyszałem głos Harry’ego, a potem szum wody, kiedy mył ręce. – Słyszałem, że ponoć wczoraj nieźle zabalowałeś.
- Widzę, że wieści szybko się rozchodzą – uśmiechnąłem się pod nosem, znów czując nieprzyjemny ból w ustach. Przejechałem po zębach. Kły zniknęły, więc pozwoliłem sobie lekko rozchylić powieki. Moje oczy znów wyglądały normalnie, więc odetchnąłem głęboko.
- Choć do kuchni – odezwał się, uśmiechając przyjaźnie i klepiąc po ramieniu. – Dam ci coś na tego twojego kaca. I zrobię dobrą, mocną kawę.
Przytaknąłem mu i ruszyłem za nim, zastanawiając się, jak zaspokoję tę żądzę krwi. Chyba wyjdę wieczorem na miasto i znajdę jakąś ofiarę. Tylko jaką?
7.
Now i’m lying on the cold hard ground
Wcisnąłem ręce w kieszenie skórzanej krótki. Chwilę potem w całym Heron Tower zapanowała ciemność. Wyszedłem na schody przeciwpożarowe i przeskakując co drugi stopień, wspiąłem się na samą górę. Nacisnąłem klamkę ciężkich, metalowych drzwi, pchnąłem je, a silny podmuch październikowego wiatru uderzył w moją twarz. Wyszedłem na dach, stawiając ostrożne kroki. Podszedłem do krawędzi i obrzuciłem okolicę przelotnym spojrzeniem. Nie ukrywam, iż miałem przed sobą piękną panoramę nocnego Londynu. Niedaleko szumiała Tamiza. Dostrzegłem nawet London Bridge.
Odetchnął, odchylając głowę i spoglądając na granatowe niebo usłane gwiazdami. Kolejny piękny widok. Jednak nie przyszedłem tu podziwiać widoków. Przyszedłem tu w innych celach. Spojrzałem przed siebie, a chłodny wiatr potargał moją ciemną grzywkę, którą teraz zdobiło blond pasemko. Nawet nie wiem, dlaczego je zrobiłem. Chyba z kaprysu. Nie, to ta fryzjerka ładnie pachniała.
Pokręciłem głową i uśmiechnąłem się sam do siebie.
- Skupmy się na rzeczy – mruknąłem do siebie i wyciągnąłem ręce z kieszeni kurtki. Szybkim krokiem przeszedłem przez dach i podszedłem do balustrady. Wychyliłem się, sprawdzając czy jest wysoko. W istocie, było niezwykle wysoko. W Internecie podawali, że Heron Tower ma dwieście trzydzieści metrów wysokości. To chyba najwyższy ogólnodostępny budynek w Londynie.
Zacisnąłem wargi i bez większego wahania przeszedłem przez barierkę. Wychyliłem się jeszcze raz, spoglądając w dół. Czekało mnie niezwykle twarde spotkanie z betonem. Zimny wiatr szarpał moimi włosami oraz ubraniami.
- Chłopcze? – usłyszałem za sobą męski głos. Spojrzałem przez ramię i moje czekoladowe tęczówki spoczęły na mężczyźnie po dwudziestce. Miał na sobie strój ochroniarza, a snop światła z jego latarki padał prosto na mnie.
Zacisnąłem wargi niezadowolony. Musiałem być nieostrożny. Nie chciałem świadków. Jedyne co mnie ratuje, to fakt, że jest ciemno, jestem ubrany na czarno i nie może dostrzec mojej twarzy. Za to ja widzę go idealnie. Będę musiał się go potem pozbyć. Może jutro. Jestem w sumie głodny.
- Zejdź stamtąd – ponownie odezwał się ochroniarz, a na moją twarz wkradł się zadziorny uśmiech i znów spojrzałem w dół. – Śmierć to nie rozwiązanie problemów.
- Nie masz zielonego pojęcia, kim jestem – odezwałem się głębokim głosem, powtarzając słowa kiedyś wypowiedziane przez Nialla. – A śmierć to pojęcie względne.
Jak na rozkaz puściłem się barierki, przechyliłem w przód i przymknąłem oczy. Pęd wiatru rozwiał moje ciemne włosy i szarpnął skórzaną kurtką. Pędziłem na spotkanie z ziemią w zastraszającym tempie. Nie wiem, czemu to robiłem. Ten budynek był wyższy od poprzedniego o jakieś sześćdziesiąt metrów, a i tak wiedziałem co mnie czeka.
Gruchnąłem w twardy chodnik i wypuściłem z płuc powietrze. I jak zwykle nic się nie stało. Nie złamałem nogi, ręki, karku, kręgosłupa, czy nawet durnego palca. Otworzyłem oczy i spojrzałem na szklane, rozsuwane drzwi Heron Tower. Warknąłem niezadowolony. Doskonale wiedziałem, że nic mi się nie stanie, a mimo to skoczyłem. Już dawno przekonałem się, że wampir nie może zginąć. Na pewno nie od upadku z wysokości, a mimo to nadal próbowałem.
Nagle drzwi budynku rozsunęły się i jęknąłem w duchu, gdy usłyszałem tupot stóp, a snop światła z latarki padł na moją twarz. Zmrużyłem oczy, dostrzegając sylwetkę tego ochroniarza. Że też miałem ten cholerny przywilej pakowania się w kłopoty. Ale z drugiej strony, może to lepiej dla mnie. Pozbędę się go jeszcze dziś, a przy okazji zaspokoję głód.
- Chłopcze! – usłyszałem krzyk tego mężczyzny, gdy podbiegał. Pochylił się nade mną i w świetle latarki uważnie zbadał moje ciało. – Nic ci nie jest? Słyszysz mnie?
- Bardzo wyraźnie – odpowiedziałem, otwierając szeroko oczy. Chwyciłem nadgarstek mężczyzny i pociągnąłem w dół. Upadł na chodnik, a ja usiadłem na nim okrakiem. Spojrzałem w jego przerażoną twarz, która nie zrobiła na mnie większego wrażenia.
- I po co się wcinałeś? – powiedziałem cicho, pochylając się nad nim. Poczułem ten charakterystyczny ból w ustach i już po chwil wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, tak by mógł dostrzec kły.
- Cz-czym jesteś, do cholery? – zapytał przerażony, wpatrując się w moje kocie, czekoladowe oczęta. Zaśmiałem się dźwięcznie, po czym wplotłem palce w jego rude włosy i odchyliłem głowę w bok, odsłaniając tętnicę. Szum szybko przepływającej krwi tylko zachęcał.
- Nic ci do tego – odpowiedziałem, nachylając się do jego szyi. – I tak zaraz zginiesz.
Moment potem wbiłem kły w jego tętnicę. Z gardła mężczyzny wydostał się zduszony okrzyk, a jego ręce zacisnęły się na mojej skórzanej kurtce. Zassałem porządnie, przymknąłem oczy i zamruczałem z zadowolenia. Dawno nie piłem tak smacznej, gęstej, pożywnej krwi. Może to dlatego, że zazwyczaj na ofiary wybierałem bezdomnych, którzy nienajlepiej się odżywiali. Ale nie chciałem zwracać uwagi, robić niepotrzebnego zamieszania. A kogo zainteresuje kolejny, martwy bezdomny? Tym razem nie miałem wyjścia. Widział jak skaczę. A ja byłem głodny, więc postanowiłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
Uścisk mężczyzny na mojej kurtce zelżał, a po jakimś czasie jego dłonie bezwładnie opadły. Piłem dopóki z oddali nie dotarły do mnie dźwięki syren policyjnych i pogotowia. Oderwałem się od jego szyi i spojrzałem na ulicę. Wyprostowałem się i spojrzałem na rudzielca. Wpatrywał się we mnie swoimi błękitnymi oczyma, zasnutymi mgłą. Sięgnąłem do jego szyi odwiązałem krawat, a następnie chwyciłem za kołnierz, podciągając do góry.
- Żegnam pana wścibskiego – stwierdziłem i z całej siły uderzyłem nim o chodnik. Coś gruchnęło, a po chwili dostrzegłem stróżkę krwi wypływającą spod głowy. Podniosłem się na równe nogi, odwróciłem na pięcie i szybkim krokiem oddaliłem od miejsca zbrodni.
Opanowałem się, przywracając sobie normalny wygląd i krawatem otarłem usta z krwi. Schowałem go do kieszeni i wtopiłem się w tłum ludzi na jednej z ruchliwszych ulic. Powoli skierowałem się w stronę kampusu. Tylko raz skręciłem w zaułek, przy jakimś barze, by podpalić krawat i wrzucić go do kosza na śmieci.
8.
You moved on
Złapałem tę uroczą brunetkę o imieniu Selena, gdy potknęła się o próg klubu, z którego wychodziliśmy. Zaśmiała się pod nosem i złapała moich ramion. Objąłem ją w pasie, przyciągając bliżej siebie. Miała śliczne brązowe oczy. Liam chyba miał rację, że mam do nich słabość. Posłałem jej promienny uśmiech i spojrzałem ponad jej ramieniem. Zaraz za nami próg przekroczył Liam, ramienia którego uwiesiła się blondynka, będąca koleżanką mojej brunetki. O ile dobrze pamiętam miała na imię Dianna. Obie pachniały kusząco. I obie były tylko zagubionymi turystkami z Ameryki w wielkim Londynie.
Objąłem brunetkę ramieniem i ruszyliśmy we czwórkę w dół chodnika.
- Wiesz, kocham Anglię – odezwała się nietrzeźwa. – Nie dość, że są tu mega zajebiści faceci, to jeszcze można dostać alkohol od osiemnastki.
- Tak, najlepszy kraj na całej kuli ziemskiej – zawtórował jej blondynka, a po chwili rozległ się dźwięczny śmiech Liama. – To gdzie teraz idziemy?
- Może odprowadzimy was do hotelu, gdzie się zatrzymałyście? – zaproponował Liam, a ja wywróciłem oczyma.
- A może przeniesiemy imprezę do apartamentu, który wynajmujemy? – rzuciłem swoją propozycję, na co moja towarzyszka wyraźnie się rozochociła. Spojrzałem na mojego przyjaciela ponad ciemną czupryną Seleny, a on skinął mi tylko głową.
- Ale chodźmy na skróty – dodałem, chwytając dziewczynę za rękę. – Będzie szybciej.
Uśmiechnąłem się zawodowo i pociągnąłem ją w pobliski zaułek. Przyciągnąłem ją do siebie, obejmując w tali, a potem odchyliłem do tyłu, przejeżdżając nosem po jej szyi. Byłem głodny. Bardzo głodny. I po prostu nie wytrzymałem. Rozbudziłem się, uaktywniając wampirze narzędzia i mocniej zaciskając dłoń wokół jej tali, wbiłem kły w jej tętnicę. Ciepła krew spłynęła do mojego gardła, a z jej krtani wydobył się zduszony okrzyk. Szarpała się póki starczyło jej sił. Jednak z każdą kroplą, którą z niej spijałem, słabła, aż w końcu zupełnie się poddała.
Usłyszałem jej ostatni oddech przy moim uchu i wypuściłem ją z objęć. Chwilę potem obok niej upadło bezwładne ciało blondynki. Podniosłem wzrok na szatyna i zajrzałem w jego kocie, jasnobrązowe oczy.
- Myślałem, że będzie smaczniejsza – stwierdziłem, gdy podał mi paczkę chusteczek higienicznych. Otarłem usta z resztek krwi i przywróciłem sobie normalny wygląd. – No, ale lepsze to, niż nic.
Podszedłem do Liama i mocno go spoliczkowałem. Zamrugał oczyma kilka razy, po czym znów na mnie spojrzał. Tym razem jego źrenice były normalne, więc posłałem mu uśmiech.
- Dzięki – sapnął, pocierając policzek.
- Powinieneś poćwiczy, mój drogi – stwierdziłem, wciskając ręce w kieszenie szarego płaszcza. – Jesteś wampirem prawie dwadzieścia lat, a wciąż nie potrafisz tego kontrolować.
- Nie musisz mi tego wypominać za każdym razem – burknął, ruszając za mną.
- Ależ ja ci nic nie wypominam – zrobiłem słodkie oczka i uśmiechnąłem się uroczo. – Ja po prostu mam dosyć obkładania cię za każdym razem po twarzy.
- Aleś ty dobroduszny, panie Horan – wywrócił oczami i ruszyliśmy pod klub, gdzie stał zaparkowany nasz samochód.
- Mam dziś dzień dobroci, panie Payne. Proszę skorzystać – zaśmiałem się.
- Proszę wsiadać i zmywajmy się zanim policja się rozmnoży – mruknął i wsiadł za kierownicę. Zająłem miejsce pasażera, a Liam włączył się do ruchu drogowego. Nawet nie włączył radia, bo wiedział, że za chwilę i tak będziemy w domu. Przejechaliśmy więc prze Piccadilly Circus i skierowaliśmy do penthouse’a, w którym znajdował się nasz apartament. Jakoś lepiej mieszkało mi się tam z Liamem, niż samemu. Chyba przywykłem do jego osoby, co było do mnie niepodobne.
- O czym myślisz? – zapytał, a ja zerknąłem na niego kątem oka.
- O tym, jak to możliwe, że wciąż nie odesłałem cię z kwitkiem – odpowiedziałem, a on uśmiechnął się pod nosem. – Nie należę do tych, co to lubią towarzystwo.
- Każdy z czasem go potrzebuje – odpowiedział, włączył migacz i wjechał na podziemny parking. – A już na pewno wampir po siedemdziesięciu latach samotności.
- Wypominasz mi mój wiek? – groźnie zmrużyłem oczy.
- Nie. Uświadamiać ci twoją chęć bycia z kimś – zaparkował na naszym miejscu, zgasił silnik i spojrzał na mnie. – Poważnie, Nialler. Od powrotu z Brighton zrobiłeś się jakiś dziwny. Snujesz się jakiś zamyślony albo chodzisz na polowania. Ten brunet…
- Brighton to rozdział zamknięty – przerwałem mu i nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony, wysiadłem z auta. Skierowałem się do windy i nacisnąłem guzik. Odgarnąłem grzywkę z czoła i poczułem, jak szatyn staje za mną.
- Oszukuj się dalej, blondasie – mruknął, gdy wchodziliśmy do windy, a ja posłałem mu piorunujące spojrzenie. Nacisnąłem guzik z numerem sześć i włożyłem ręce w kieszenie płaszcza, gdzie zacząłem bawić się kluczami.
- Po prostu się zakochałeś w tym brunecie – drążył Liam, czym mnie naprawdę wkurzał. – Chodzisz teraz niespokojny, bo nie wiesz, co z nim.
Nie odpowiedziałem. Zacisnąłem tylko usta w wąską linię. Miałem zamiar inaczej przekonać go do swoich racji. Niech tylko wrócimy do apartamentu, to pożałuje.
Winda zatrzymała się na naszym piętrze, więc wysiedliśmy. Ruszyłem w kierunku mieszkania, wyciągając klucze, którymi do tej pory bawiłem się w kieszeni. Przekręciłem je w zamku, pchnąłem drzwi i przodem puściłem Liama. Wszedłem za nim, zamykając za sobą i rzucając klucze na komodę. Szatyn w tym czasie odwiesił swój płaszcz.
Warknąłem cicho, po czym podszedłem do niego. Zacisnąłem palce na jego krtani i przykułem go do ściany. Spod grzywki zajrzałem w te jego sarnie oczęta. Palce jego dłoni zacisnęły się wokół mojego nadgarstka, przez co wzmocniłem uścisk na szyi.
- A teraz posłuchasz mnie uważnie, Payne – syknąłem, przez zaciśnięte zęby. – Wampiry się nie zakochują. A na pewno nie ja i na pewno nie w Zaynie.
- Wciąż pamiętasz jego imię – wyksztusił i uśmiechnął się złośliwie. Powstrzymałem chęć pozbycia się go przez zwykłe wgryzienie się w jego tętnice oraz wpuszczenie jadu, co byłoby dla wampira zabójcze. W efekcie końcowym uderzyłem tylko nim o ścianę, odbierając mu tym resztki tchu z jego płuc. Następnie puściłem go, a on osunął się na kolana, głośno kaszląc.
- Nikogo nie kocham – warknąłem i szybkim krokiem skierowałem się do swojego pokoju. Trzasnąłem głośno drzwiami. Miałem ochotę coś rozwalić. W ostateczności jednak zacisnąłem tylko ręce w pięści i tupnąłem nogą.
Zrzuciłem buty oraz płaszcz i padłem na łóżko, skrywają twarz w poduszce. Po chwili jednak westchnąłem głośno i przekręciłem głowę, spoglądając w okno. Zacząłem się zastanawiać, czy Liam przypadkiem nie ma racji. Na początku – zaraz po przemianie – było mi dobrze samemu. A potem czegoś zabrakło. Wtedy na drodze stanął mi Liam. Nie miałem w zwyczaju zmieniać ludzi w wampiry, ale to był jeden z nielicznych wyjątków. Spotkaliśmy się ponownie pięć lat potem i przyczepił się jak rzep psiego ogona. Już wtedy byłem złośliwy i niemiły dla niego, on jednak został. I szczerze mi to nie przeszkadzało. Dobrze było mieć do kogo otworzyć buzię. Porozmawiać, pożartować, powygłupiać się. Może Li faktycznie ma rację.
Po pokoju rozeszło się pukanie. Poprawiłem się na materacu, bardziej wtulając policzek w poduszkę i odezwałem się:
- Wejdź, natręcie.
Przymknąłem oczy. Po jedzeniu zawsze robiłem się senny. Już nawet za życia. To jedna z niewielu cech, jakie się we mnie nie zmieniły.
Materac ugiął się pod czyimś ciężarem, więc otworzyłem ślepka i przekręciłem głowę na drugą stronę. Mój wzrok spoczął na Liamie. Jego twarz zdobił przyjazny, ciepły uśmiech.
- Ochłonąłeś? – spytał przyjaznym tonem.
- Tak – odpowiedziałem i westchnąłem. – Nie rozumiem. Bywam naprawdę wredny i złośliwy, a przed chwilą prawie cię udusiłem. Więc oświeć mnie, dlaczego tu jesteś?
- Już cię oświecam – odparł i sięgnął do lampki nocnej, którą zapalił. Miękkie światło zalało najbliższą okolicę, a ja dostrzegłem zaczerwienienia na jego szyi. – Proszę. Czujesz się wystarczająco oświecony? – zaśmiał się przyjaźnie. – A tak na poważnie. Nie jesteś wcale taki zły. Czasem po prostu potrzebujesz chwili dla siebie. A gdy nie masz jej od dłuższego czasu, robisz się nieznośny i wredny.
- Naprawdę? – zdziwiłem się.
- Yhym – mruknął i wśliznął się na miejsce obok mnie. – Przywykłeś do samotności, która zaczęła ci ciążyć. Potem pojawiłem się ja. Wiem, że mnie lubisz, mimo wszystko, ale czasem potrzebujesz trochę swojej starej samotności. Kiedy ci jej brakuje, robisz się nieprzyjemny. Odsuwam się wtedy, a gdy już dochodzisz do siebie, za każdym razem przychodzisz z pretensjami, że się do ciebie nie odzywam od tygodnia.
Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się nad jego słowami. Faktycznie, Liam czasem odsuwał się ode mnie, ale myślałem, że to on ma jakieś problemy. Nigdy nie sądziłem, że to przeze mnie. Zawsze ten czas, kiedy się odsuwał, rzeczywiście poświęcałem na pobycie sam na sam ze sobą.
- Masz rację – mruknąłem spoglądając na niego. Znów posłał mi ten uroczy uśmiech, a ja wymruczałem. – Przepraszam za to.
Wskazałem na szyję palcem, a on zaśmiał się głośno i przyjaźnie.
- Oj, głuptasie – potargał mi włosy, wygodnie układając się na podusze. – Przywykłem do twoich huśtawek nastrojów, niczym kobieta w ciąży. A teraz chodź tu. Pewnie jesteś śpiący, jak po każdym posiłku.
- Za dobrze mnie znasz – westchnąłem, ale mimo wszystko skryłem się w jego ramionach. Czułem się wtedy, jak mały chłopiec w objęciach troskliwego ojca, który wszystko ci wybaczy. I to było tak cholernie dobre uczucie, więc, wtuliłem się w niego, zamknąłem oczy i zasnąłem.
9.
I realize the joke is on me
Siedziałem przy stoliku w uczelnianym bufecie i mieszałem łyżeczką w filiżance z kawą. Wciąż miałem do niej słabość i mimo wszystko lubiłem ją pić. Jej intensywny zapach mącił te wszystkie inne, które do mnie docierały i drażniły. Z wyjątkiem jednej, kojącej woni mojego przyjaciela. Tak specyficznej, której nie dało się pomylić z nikim innym. Mięty, która nagle, intensywnie zmieszała się z zapachem mojej kawy.
- Cześć, Louis – przywitałem się z drobnym chłopakiem o bystrym, turkusowym spojrzeniu i kasztanowych włosach, sterczący we wszystkie strony. Był niczym mały, roześmiany elf, którego wszędzie było pełno. I naprawdę lubiłem jego towarzystwo.
- Hej, Zayneh – przywitał się, stawiając na stoliku filiżankę z herbatą. Skrzywił się na widok mojej kawy, a mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej.
- Ej, moja kawa też ma uczucia – oburzyłem się, gdy siadał na krześle obok. – Pomyśl jakby poczuła się twoja herbata, gdybym tak skrzywił się na jej widok.
Zaśmiał się cicho pod nosem i upił łyk swojego napoju. Poszedłem w jego ślady, odłożyłem łyżeczkę na spodeczek i podniosłem do ust filiżankę. Poczułem znajomy gorzkawy smak i aż cicho zamruczałem z przyjemności. Westchnąłem i spojrzałem na szatyna, który przyglądał mi się z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy.
- To zaskakujące, jak rzeczywistość odbiega od książkowej i filmowej fantazji – odezwał się tym swoim rzeczowym tonem, a ja wywróciłem oczyma.
- Boże, Lou, znów zaczynasz – westchnąłem, opierając czoło na dłoni.
- Ale to naprawdę zaskakujące – stwierdził i nachylił się. – Przecież światło dzienne powinno cię spalić na wiór.
- Ale nie spaliło, jasne – zaspokoiłem jego ciekawość, i przekląłem w duchu ten dzień, kiedy przyłapał mnie w jednym z zaułków po zajęciach, gdy jadłem kolację. Chciałem się go pozbyć, ale po prostu nie mogłem. Za bardzo go polubiłem, a on obiecał, że nikomu nie powie, kim jestem, więc mu uwierzyłem.
- Tak sobie myślę – dotarł do mnie jego delikatny głos. – Fajnie by było mieć kumpla zombie. Wiesz, umarł, ale żyje.*
O mało nie zakrztusiłem się kawą na jego uwagę. Spojrzałem spod blond grzywki na tę jego charakterystyczną, zamyśloną twarzyczkę. Układał wtedy usta w dziubek, spoglądał gdzieś w górę i drapał się po policzku.
- Hej – zwróciłem jego uwagę na siebie. – Kumpel wampir już ci nie wystarcza? Też martwy, ale żywy. Poza tym o niebo ładniejszy. Spójrz na tą buzię.
Nachyliłem się, a on lekko mnie spoliczkował, po czym wróciłem na swoje miejsce.
- Pomyśl logicznie, LouLou – wznowiłem. – Z kumplem wampirem pokażesz się na mieście, a takiego truposza to gdzie zabierzesz? Co najwyżej na bal Halloweenowy, który jest raz do roku.
Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie. Wyszczerzyłem więc ząbki w olśniewająco białym uśmiechu, na co on wywrócił oczami.
- Masz rację – westchnął teatralnie i przeczesał palcami swoją grzywkę. – Chyba lepiej mieć kumpla wampira. A tak swoją drogą – nachylił się znów nad stolikiem i dodał konspiracyjnym szeptem. – Byłeś na polowaniu, prawda? Masz dobry humor.
- Tak – odpowiedziałem wolno, przypominając sobie tego rudego ochroniarza z przed trzech dni. – Powiedzmy, że tak.
- Bo wiesz, gazety aż huczą od podejrzanych morderstw – odparł, wpatrując się w swoją filiżankę z herbatą. – Trzy dni temu zamordowano ochroniarza Heron Tower, niejakiego Eda Sheerana. A wczoraj przy jednym z klubów znaleziono dwie amerykańskie turystki. Nazywały się Selena Gomez i Dianna Agron. Wszyscy prawdopodobnie zginęli tak samo. Od ugryzienia przez coś w szyję.
- Przyznam się. Ten ochroniarz Heron Tower to moja sprawka – odparłem, upijając łyk kawy. – Widział jak skaczę, więc musiałem pozbyć się świadka, ale te dwie turystki to na pewno nie ja. Dobrze wiesz, że wybieram najmniejsze zło.
- To znaczy – zaczął niepewnie Louis. – Chcesz powiedzieć, że w Londynie są jeszcze jakieś wampiry?
- Na pewno. Tego nie wykluczam – przytaknąłem. – Nie jestem przecież jedyny. W końcu ktoś musiał mnie zamienić, czyż nie?
- Co racja, to racja – mruknął szatyn, opadając na oparcie swojego krzesła i obracając w palcach filiżankę na spodeczku. Przyglądałem mu się jakiś czas. Temu jak zabawnie marszczył nosek, gdy rozmyślał. Uśmiechnąłem się delikatnie i spojrzałem na szklane drzwi, prowadzące do bufetu. Otworzyły się, a moje oczy zrobiły się wielkie, niczym moneta dwufuntowa.
Do środka bowiem wszedł blondyn o chabrowych oczach, z delikatnym uśmiechem na twarzy. Miał ciemne dżinsy, a pod rozpiętą, szarą bluzą, dostrzegłem koszulkę z gryfami gitarowymi. Z ramienia zwieszała się czarna torba. Spojrzał przez ramię na idącego za nim szatyna o sarnich oczach. Zacisnąłem wargi w wąską linię na ten widok i odprowadziłem go uważnym spojrzeniem do stolika. Niestety nie miałem potem na niego widoku, gdyż usiadł tak, że Louis mi go zasłonił.
- Mamy jeszcze czterdzieści pięć minut do następnych ćwiczeń – odezwał się Tomlinson po dłuższej chwili ciszy, podczas której dopiliśmy swoje napoje. – Mam ochotę zjeść jakieś ciastko, ale najpierw skoczę do kibelka. Zaczekasz?
- Jasne – przytaknąłem mu, a on podniósł się ze swojego miejsca, biorąc torbę i skierował się do wyjścia. Na moment spuściłem głowę, by przeczesać farbowaną blond grzywkę, a gdy ją podniosłem, spostrzegłem, jak Niall żegna się ze swoim kolegą i również kieruje do wyjścia. Zacisnąłem wargi, przyglądając mu się. Chciałem z nim pogadać, gdy będzie sam, a to był idealny moment. Podniosłem się więc z miejsca, zarzuciłem torbę na ramię i odniosłem obie filiżanki do okienka. Następnie skierowałem się do wyjścia.
Przystanąłem na korytarzu, zastanawiając się, gdzie mógł pójść i przekląłem siebie w duchu, że zachciało mi się odnosić naczynia. Nawet nie wiedziałem, co studiuje. No bo chyba studiuje, skoro tu jest. Odetchnąłem, by uspokoić złość, która we mnie wzbierała i powoli ruszyłem przed siebie. Będę musiał napisać Lou, że jednak poszedł pod klasę. Sięgnąłem więc po telefon i już miałem wejść w wiadomości, gdy z łazienki dla mężczyzn doszły mnie podejrzane dźwięku.
Ktoś jęknął. Dobra, nie ktoś, tylko Louis. To na pewno był on. Jego głos poznałbym wszędzie. Schowałem więc komórkę do kieszeni i cicho podszedłem do drzwi. Nacisnąłem klamkę, powoli je otworzyłem i zajrzałem do środka.
Niall stał tyłem, więc nie widział, jak po cichu wślizguję się do środka. Nachylił się do swojej ofiary, którą był Lou. Tę czuprynę, roztrzepanych, kasztanowych włosów poznałbym wszędzie. Blondyn zaciskał na niej mocno palce i odchylił jego głowę w bok.
- A więc to ty tak mnie kusiłeś od dobrych kilku dni – usłyszałem ten silny, irlandzki akcent, który przyprawiał mnie o dreszcze zarówno wtedy, jak i teraz. Podkradłem się za niego, nachyliłem i szepnąłem.
- Czy ja też cię aż tak bardzo kusiłem moją kawą i czekoladą? – spytałem cicho. Chwyciłem go za nadgarstek, wykręciłem rękę do tyłu i szarpnąłem nim. Przelotnie w lustrach dostrzegłem jego odbicie i ze złości warknąłem. Wpadliśmy na drzwiczki jednej z kabin i wtoczyliśmy się do niej. Chwilę się ze mną szarpał, po czym pchnąłem go na sedes. Usiadłem okrakiem na jego udach, złapałem go za nadgarstki i mocno zacisnąłem na nich palce, aż syknął z bólu.
- Trzymaj swoje kły z dala od mojego przyjaciela, jasne? – wycedziłem przez zaciśnięte zęby, a jego spojrzenie w końcu spoczęło na mnie. Oczy wciąż miał kocie, gotów wgryźć się w potencjalnego napastnika, ale gdy mnie spostrzegł, jego wyraz twarzy nagle się zmienił – był wyraźnie zaskoczony.
- Zayn – do moich uszu dotarł roztrzęsiony głos szatyna, spojrzałem więc na niego przez ramię. Zaglądał do środka, opierając się o ramę. Nogi miał jak z waty i wyraźnie cały trząsł się ze strachu.
- Idź na te ciastko, co to masz na nie ochotę – odezwałem się łagodnie. – Zajmę się tym tutaj.
- Nie chcę na ciastko – odpowiedział słabym głosem.
- No to zaczekaj na mnie przed ubikacją – poprosiłem, a on tylko przytaknął i wciąż z wyraźnie wymalowanym na twarzy strachem udał się do wyjścia. Odczekałem, aż drzwi do pomieszczenia zamknął się za nim, po czym odwróciłem się do blondyna, znów mocno zaciskając palce na jego nadgarstkach. Skrzywił się, spoglądając na mnie kocimi oczyma.
- Masz się trzymać z dala od niego, jasne? – warknąłem, nachylając się do jego twarzy. – Nie zrobisz z niego tego czegoś, czym jestem. Swoją drogą, te dwie turystki wczoraj ci nie wystarczały?
- Jedna – poprawił mnie z zadziornym uśmiechem, przywracając swoim oczom normalny wygląd. – A do tego była okropnie niedobra. A ta druga była Liama.
- Masz. Się. Trzymać. Z dala. Od. Lou. Jasne, czy nie? – powtórzyłem, ściskając palce.
- Tak, jasne – skrzywił się Irlandczyk. – Boli.
- I dobrze – mruknąłem. – To kara za to, co mi zrobiłeś.
- Stwierdziłeś, że wszystko ci jedno – odparł prosto w moje usta i zajrzał w oczy. – Gdybyś powiedział „Nie”, po prostu bym cię zabił. A że tobie było wszystko jedno, uznałem, że szkoda byłoby tracić takie piękno. Jesteś naprawdę przystojny.
- Wal się – warknąłem, wypuszczając jego dłonie z mojego uścisku i podnosząc się z niego. Spojrzałem na niego z wściekłością, a Niall posłał mi jedno z tych swoich, tajemniczych spojrzeń, rozmasowując nadgarstki.
- Zadrwiłeś ze mnie – stwierdziłem. – Myślałem, że naprawdę mnie lubisz, a ty tylko chciałeś się posilić. Zresztą, ja sam sobie też jestem winny. Już od początku czułem, że będą z tobą kłopoty, a mimo to władowałem się w znajomość z tobą.
Odwróciłem się na pięcie i wciąż wściekły, skierowałem do wyjścia z łazienki. Jednak jego spokojny głos zatrzymał mnie z dłonią wyciągniętą w stronę klamki.
- Polubiłem cię – odezwał się. – Nawet bardziej, niż ci się to może wydawać, choć dopiero niedawno zdałem sobie z tego sprawę. I tak, kusił mnie twój zapach kawy i czekolady. Zawrócił mi poniekąd w głowie.
- Mam to gdzieś – rzuciłem przez ramię, nacisnąłem klamkę i wyszedłem na korytarz. Wzrok Louisa od razu spoczął na mnie, a ja posłałem mu delikatny uśmiech. Skinąłem na niego głową, więc podszedł do mnie i obaj skierowaliśmy się w stronę sali, gdzie mieliśmy mieć kolejne zajęcia.
10.
Trouble, trouble, trouble
Poprawiłem swój płaszcz i spojrzałem na Louisa. Na kasztanowe włosy założoną miał zieloną czapeczkę z piórkiem, a pod rozpiętym, ciemnozielonym płaszczem mogłem dostrzec resztę stroju Piotrusia Pana. Uśmiechnąłem się, gdyż ten kostium idealnie do niego pasował. Doskonale odzwierciedlał jego charakter.
Szatyn spojrzał na mnie, po czym pokręcił głowo z dezaprobatą.
- No co? – zawołałem.
- Poważnie, nie miałeś za co się przebrać? – westchnął, spoglądając na moją czarną pelerynę z srebrną broszką w kształcie nietoperza, przewieszoną przez przedramię. Uśmiechnąłem się i dałem mu sójkę w bok.
- Hej, to się nazywa żart. Albo groteska? – spytałem, ale długo się nie zastanawiałem nad tym, bo stanęliśmy przed wysokim budynkiem, w którym odbywała się uczelniana impreza Halloweenowa. Był to jeden z tych penthouse’ów, gdzie mieszkali bogacze, tak więc wciąż się zastanawiam, jak samorządowi studenckiemu udało się wynająć tutejszą sala jadalną na dzisiejszy wieczór.
Weszliśmy do ciepłego hallu i skierowaliśmy się do recepcji.
- Przepraszam… - zacząłem, ale wyraźnie znudzona recepcjonistka przerwała mi.
- Rzeczy możecie zostawić w szatni, o tam – wskazała na rząd wieszaków. – A impreza jest tam.
Spojrzałem za siebie na salę, z której dobiegała muzyka. Podziękowałem kobiecie z nutą sarkazmu w głosie i wraz z Louisem poszedłem odwiesić płaszcz. Zarzuciłem w zamian moją czarną pelerynę i teatralnie zakryłem nią twarz.
- Uważaj, bo cię dziabnę – powiedziałem i kłapnąłem zębami, co wywołało salwę śmiechu u mojego przyjaciela. Wyprostowałem się i spojrzałem na niego, splatając ręce na piersi. – Nabijasz się z wampira?
- Nie, skądże by znowu – zaprotestował szatyn, wyciągając ręce w geście obronny. Uśmiech jednak wciąż błąkał się na jego twarzy. Wywróciłem oczyma i razem ruszyliśmy do sali.
Za dnia musiała być to przytulna sala jadalna. Dziś jednak okna przysłaniały ciężkie, atłasowe, bordowe zasłony. Przy ścianach rozstawione zostały stoliki, a na każdym lampa w kształcie dyni. Po prawej znajdował się bar, za którym kręcili się kelnerzy. Na końcu zaś znajdował się podest DJ’a. Puszczał całkiem fajną muzę, więc z Lou ruszyliśmy w tany.
Po jakimś czasie – mianowicie, gdy mój przyjaciel znalazł swoją Wendy – zostawiłem go z tą uroczą brunetką i oddaliłem się w stronę baru. Zamówiłem sobie kieliszek Danielsa, wciąż podrygując do rytmu.
- No proszę – usłyszałem nad prawym uchem znajomy, irlandzki akcent. – Wampir przebrany za wampira.
Odwróciłem o sto osiemdziesiąt stopni i moje czekoladowe tęczówki napotkały chabrowe spojrzenie Niallera. Zaraz potem zlustrowałem go od stóp do głów. Miał ciemne spodnie, wpuszczone w buty z cholewkami. Spod błękitnego kaftana obszytego srebrną nicią i przepasanego szerokim pasem, wystawała biała koszula z żabotem. Na ramiona zarzuconą miał granatową pelerynę.
- No proszę, wampir przebrany za księcia z bajki – rzuciłem ironiczne, a barman podał mi szklankę z whiskey. – Szczerze myślałem, że cię tu nie spotkam i w spokoju się pobawię.
- Czemu miałbym nie przyjść na imprezę studencką, której organizatorem jestem? – spytał, podchodząc bliżej mnie. Wyciągnął mi z dłoni szklankę i upił łyk mojego drinka.
- Jesteś w samorządzie studenckim? – zdziwiłem się, a on odstawił szklankę na ladę, uśmiechając się lekko.
- Liam jest – Niall kiwnął głową na lewo, swoje lewo, więc odwróciłem głowę i spostrzegłem tego szatyna, z którym przyszedł do bufetu. – Poza tym wynajmujemy tu apartament na szóstym piętrze, a właściciel jest łasy na pieniądze, których mam pod dostatkiem.
- Musisz długo być wampirem – stwierdziłem z nutką ironii.
- Prawie sto lat – wyznał bez większych emocji. – Sporo się nazbierało przez te lata na lokacie. Dobrze było mieć bogatego ojca.
- Chcesz czegoś konkretnego? – westchnąłem, nie bardzo chcąc uzyskać odpowiedź. Odwróciłem się, jednak powstrzymała mnie jego ręka, która zacisnęła się na blacie. Poczułem jak jego ciepły oddech omiótł mój policzek i mimo wszystko zastygłem w miejscu.
- Hym, wciąż reagujesz na mnie mimo złości – wymruczał mi na ucho i przygryzł jego płatek. – W wakacje zaczęliśmy coś w twoim pokoju, ale z przyczyn żywieniowych nie dokończyliśmy tego – jego nos przejechał po skórze tuż pod uchem. – Dziś jestem najedzony, ty nie pachniesz kusząco, więc może byśmy to dokończyli? Znów chcę poczuć te iskry przeskakujące między nami.
Odwróciłem głowę w jego stronę. Na ustach blondyna błąkał się zadziorny uśmiech, a spojrzenie jego niebieskich oczu powalało i sprawiało, że kolanami miękły. Nachylił się i przygryzł moją dolną wargę. Possał ją chwilę, po czym wtargnął w moje usta. Mimowolnie powieki mi opadły i oddałem pocałunek.
- Niall – usłyszeliśmy czyjś głos, więc oderwaliśmy się od siebie. Spojrzeliśmy w stronę skąd dochodził i napotkaliśmy postać tego całego Liama, przebranego za muszkietera. Stał z rękoma zaplecionymi na piersiach, a gdy jego jasnobrązowe oczy zlustrowały mnie, na twarz wkradł mu się uśmiech.
- Ach, Zayn – odezwał się przyjaznym tonem. – W końcu na własne oczy mogę zobaczyć tego chłopaka, przez którego mój kumple chodzi nie w sosie.
- Nie jestem nie w sosie – stwierdził blondyn, wywracając oczami.
- Teraz już nie, bo jest Zyan – wyszczerzył zęby Liam, a ja przysięgam, że dostrzegłem pioruny sypiące się z chabrowych oczu Nialla.
- Wiem do czego zmierzasz – warknął. – Nie jestem zakochany.
- Tak, tak. Okłamuj się dalej, Horan – stwierdził szatyn, unosząc jedną brew.
- Ty zostajesz tutaj – dźgnął swojego przyjaciela w ramię, który najwyraźniej nic sobie z tego nie zrobił, po czym odwrócił się w moją stronę i złapał za nadgarstek. – Chodź.
Pociągnął mnie do wyjścia, a ja o mało co, nie zabiłem się o własne nogi. Jego granatowa peleryna falowała przy każdym kroku, a z ust sypały się ciche przekleństwa pod adresem szatyna. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy energicznie naciskał guzik, myśląc, że w ten sposób szybciej przywoła windę.
- Myślę, że raz wystarczy – odezwałem się rozbawiony jego odmianą charakteru. W Brighton był tajemniczy, cichy i spokojny, a tutaj tak nagle się zmienił. A może to ten jego przyjaciel tak na niego działał?
Drzwi rozsunęły się i wepchnął mnie do środka, po czym nacisnął numerek z cyferką sześć. Stanął przede mną, lustrując uważnie, a ja uniosłem wysoko jedną brew, opierając się o jedną ze ścianek.
- Wiesz, że to co zrobiłeś można podciągnąć pod porwanie? – spytałem, chcąc się z nim podrażnić.
- Nie sądzę – odparł, stając kilka centymetrów ode mnie. – Nie protestowałeś, nie stawiałeś się. Poszedłeś dobrowolnie. Nie zastraszysz mnie żadnym paragrafem. W przeciągu tych stu lat prawdo studiowałem z sześć razy. Jest cholernie nudne, wiesz?
- Och – mruknąłem zakasowany jego odpowiedzią, co wywołało zadziorny uśmiech na jego twarzyczce. Winda zatrzymała się i chwytając za szlufki moich czarnych spodni, wyszliśmy z windy na korytarz. Następne, prześlizgując się dłonią po torsie, chwycił za srebrną zapinkę w kształcie nietoperza i pociągnął mnie do jednych z drzwi. Otworzył je sprawnie i szybko, a następnie weszliśmy do środka. Zamknął je kopniakiem i popchnął na pobliską ścianę.
- Więc – zaczął, przejeżdżając nosem po mojej szyi. – Bawimy się w grę wstępną, czy może przechodzimy od razu do rzeczy? A może wszystko ci jedno?
- Wredna poczwara – stwierdziłem, mimowolnie odchylając głowę, gdy zaczął składać pocałunki na mojej szyi.
- Ale za to jaka seksowna – wymruczał na ucho i przygryzł płatek.
- Wredna poczwara ze zbyt wysokim ego – poprawiłem samego siebie.
- Stwierdził ten, który kilka miesięcy temu powiedział, że jestem przystojny – odgryzł się i polizał moją szyję. Przygryzłem wargę, tłumiąc cichy jęk.
- Byłem pijany – wymamrotałem.
- Po pijaku zawsze mówi się prawdę – odparł. Co za mała cholera z niego. Na wszystko znajdzie odpowiedź, poczwara jedna. – Niall kontra Zayn, jeden do zera.
W następnej chwili jego palce zwinnie odpięły zapinkę mojej peleryny. Pociągnął za nią i upuścił gdzieś pod nasze stopy. Spojrzałem na nią, ale on chwycił mnie za podbródek, po czym zachłannie wpił się w moje usta. Westchnąłem, kiedy jego język podrażnił moje podniebienie i moje ciało w końcu jakoś zareagowało. Objąłem go w talii i przyciągnąłem bliżej siebie. Wolną dłonią zerwałem jego granatową pelerynę i pozwoliłem jej opaść na podłogę, rękę wplatając w blond kosmyki. Zacisnąłem na nich palce i odchyliłem jego głowę, obracając nas o sto osiemdziesiąt stopni tak, że teraz to on był przykuty do ściany.
Zaatakowałem jego szyje, prześlizgując się palcami po tali. Odnalazłem klamrę szerokiego pasa. Zwinnie ją rozpiąłem jednocześnie pozbywając się swoich butów ze stóp. Odrzuciłem pas na bok, a Niall rozpiął guziki mojej bordowej kamizeli, która ześliznęła się z moich ramion. Zacisnąłem palce na błękitnym kaftanie, co wykorzystał napierając na moje usta, zrobiłem kilka kroków w tył, próbując go z niego zdjąć i oddając jego zachłanne i łapczywe pocałunki. Ostatecznie wylądował gdzieś na podłodze, razem z jego butami. Rozpiął kilka guzików mojej białej koszuli, po czym mocno zacisnął palce na udach. Kiedy oplotłem go nogami w pasie, zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem pobudzony. Zresztą nie tylko ja.
Jęknąłem cicho, oplatając ręce wokół jego szyi i ruszyliśmy przez mieszkanie do jego pokoju. Gryz oraz ssał skórę na moim obojczyku i wiedziałem, że jutro zastanę tam ślady po jego działaniach. Mocno zacisnąłem palce na jego karku.
Wpadliśmy do sypialni i dosłownie rzucił mnie na łóżko. Usiadł na mnie okrakiem i z żądzą w swoich niebieskich ślepkach, zaczął rozpinać moją koszulę.
- Ktoś tu dawno się nie pieprzył – stwierdziłem zadziornie, przejeżdżając dłońmi po jego udach.
- Zamknij się, Za- ach – wyrwało mu się, gdy przejechałem palcami po wybrzuszeniu w jego spodniach. Pociągnął mnie za rozpiętą koszulę i zdjął ją ze mnie. Ja wśliznąłem dłonie pod jego i przejeżdżając dłońmi w górę jego pleców, pozbyłem się jej. Od razu zaatakował moje usta i z powrotem opadłem na materac, błądząc dłońmi po jego plecach. Zjechałem nimi w dół i zacisnąłem na jego pośladkach, przez co mocniej przygryzł moją dolną wargę.
Poruszył swoimi biodrami w górę, co spowodowało przyjemne tarcie między nami. Obaj jęknęliśmy cicho. Ja mocniej zacisnąłem palce na jego pośladkach, a jego dłonie przejechały po mojej talii. Ponowił ruch, przez co odchyliłem głowę do tyłu. Wykorzystał to, atakując moją krtań, a palce zacisnął na biodrach. Jego płynnie poruszały się w górę i w dół, a ciśnienie w moim podbrzuszu rosło. Do tego usta Nialla, które dobrały się do mojego sutka i pieściły go językiem, wcale mi nie pomagały. Jęknąłem z przyjemności, wyginając się w łuk i zacisnąłem ręce na pościeli.
Blondyn schodził z pocałunkami coraz niżej. Zahaczył językiem o mój pępek, a palce przejechały wzdłuż linii moich czarnych spodni. Rozpiął ich guzik, potem rozporek i wsunął dłonie pod bokserki. Na chwilę zaprzestał obdarzania, mojej skóry pocałunkami, ale to tylko po to by pozbyć się dolnej części mojej garderoby.
Rozsunął moje nogi, by wśliznąć się między nie. Prześliznął opuszkami palców moich biodrach i drażniąc się ze mną, dotkał każdego miejsca wokół, mojego członka tylko nie jego. Warknął niezadowolony, na co on zaśmiał się cicho i dmuchnął na niego.
- O żesz kurwa – jęknąłem. – Zaszczycisz mnie w końcu swoją ręką?
- Zastanowię się – odpowiedział, ale jego palce dokładnie oplotły moje przyrodzenie. Sapnąłem, a chwilę potem z moich ust uleciało jęknięcie, kiedy kciukiem zahaczył o główkę. Spojrzałem na jasny sufit z otwartymi ustami, z których moment potem znów uleciał kolejny jęk. Wziął powiem całego do ust. Possał główkę, podrażnił ją językiem, a ja wygiąłem się w łuk. Leniwie zaczął poruszać się w górę i w dół, dłonią masując moje udo.
- Szybciej, Niall. Szybciej – wydyszałem, wijąc się na materacu, i ściągając pierzynę, na której zaciśnięte miałem dłonie.
Krzyknąłem krótko, wyginając się w łuk, kiedy główka mojego członka uderzyła o tylną ściankę jego gardła. Wbił paznokcie w moje udo, przyśpieszając jeszcze bardziej. Jego język był dosłownie wszędzie, a ciśnienie w podbrzuszu nie do zniesienia. Doszedłem więc w jego ustach z głośnym krzykiem na swoich.
Opadłem na materac, oddychając głośno. Sięgnąłem dłonią do grzywki, która przykleiła mi się do czoła. Chwilę potem dostrzegłem nad sobą usatysfakcjonowaną twarz Nialla, który oblizywał ostentacyjnie wargi.
- Twoje nasienie jest równie smaczne co krew – stwierdził, wplatając palce w moje włosy i zaczesując je do tyłu. – A ta blond grzywka jest mega seksowna.
- Wredna poczwara – stwierdziłem, pozwalając mu znów zacząć całować moją szyję. – I tak cię nienawidzę.
Zachichotał przy moim uchu, a ja mocno objąłem go ramionami. Oderwałem się od materaca i zepchnąłem na niego Nialla. Usiadłem na nim okrakiem, a nadgarstki przycisnąłem do poduszki po obu stronach jego głowy. Blond włosy rozsypały się wokół niej i naprawdę wyglądał jak aniołek. Szkoda, że siedział w nim diabeł w cielony.
- I co teraz, poczwaro? – mruknąłem w jego usta. Chciał ich dosięgnąć, ale ja za każdym razem umykałem, drażniąc się z nim w ten sposób. W końcu zrobił naburmuszoną minę i tym razem to na moich ustach zagościł złośliwy uśmieszek.
- Bo nie będzie pieprzenia jak będziesz taki humorzasty – odparłem i przygryzłem jego dolną wargę. Przejechałem po niej językiem, possałem i wypuściłem. Zaatakowałem jego szyję, uwalniając nadgarstki i sięgając do paska spodni, które wciąż miał sobie. Odpiąłem ich pasek oraz zamek i wśliznąłem dłoń za nie, zaciskając na jego przyrodzeniu. Jęknął, wbijając paznokcie w moje plecy i lekko się wyginając. Uśmiechnąłem się na jego reakcję, bo szczerze się jej nie spodziewałem. Jednocześnie sam podnieciłem się na ten widok.
- Naprawdę dawno nikt cię nie ruchał – stwierdziłem rozbawiony, zsuwając spodnie wraz z jego bokserkami. Odwrócił tylko głowę i zacisnął palce na poduszce. – Oh. Moja ty biedna poczwarko.
Nachyliłem się do niego i złożyłem kilka lekkich pocałunków tuż pod uchem.
- Na szczęście dziś wieczór masz mnie – mruknąłem i pogładziłem jego uda. Zacisnąłem na nich palce i podciągnąłem do góry, rozsuwając szeroko. Złapałem jego nadgarstki i jedną dłonią unieruchomiłem je nad blond czuprynką. Spojrzał na mnie spod długich rzęs i dla upewnienia szarpnął rękoma. Ja na ten gest zacisnąłem uścisk na nich i mocniej przycisnąłem do poduszki, aż zagryzł dolną wargę.
Wolną dłonią przejechałem po linii jego szczęki, a na moją twarz wśliznął się uśmieszek. Kciukiem lekko odchyliłem dolną wargę, po czym rozchylił swoje usta. Dotknąłem ich palcem wskazującym, który już po chwili wsunąłem do środka. Przygryzł go delikatnie, a po chwili zaczął ssać i lizać jakby to był mój członek. Na samo wspomnienie pobudziłem się jeszcze bardziej i naparłem na niego biodrami. Jęknął przymykając powieki i dalej bawiąc się moim palcem.
- Już – mruknąłem cicho, a on rozchylił usta i wyciągnąłem go. Dłoni od razu pokierowałem do wejścia. Zatoczyłem kilka kółeczek, składając pocałunki na jego piersi, a nad głową słysząc nierówny oddech blondyna. Następnie powoli wsadziłem lizany przez niego palce wskazujący. Jęknął, spiął się i wygiął w łuk. Zaatakowałem więc jego usta.
Rozluźnił się odrobinę, więc wsunąłem palec głębiej. Wydał z siebie jakiś gardłowy dźwięk i próbował wyrwać nadgarstki z mojego uścisku, jednak nie pozwoliłem mu na to i zacisnąłem dłoń jeszcze mocniej. Teraz ja ustalam zasady.
Zacząłem poruszać palcem i przygryzłem jego sutek. Chwilę potem mój język zaczął się nim bawić i z każdą chwilą twardniał coraz bardziej. Z ust Nialla ulatywały ciche westchnięcia i sapnięcia, co tylko mnie pobudzało.
- Teraz – wysapał. – Teraz, Zayn.
Wycofałem palec i powoli zacząłem w niego wchodzić. Patrzyłem, jak wygina się w łuk, a z jego ust ulatuje przeciągły jęk. Opadł na materac, a ja przygryzając dolną wargę, zacząłem powoli się w nim poruszać. Jego spojrzenie było zamglone, na policzki wkradły się delikatne rumieńce, a jasna grzywka przykleiła się do czoła. Wydawał się teraz tak dziwnie niewinny, kiedy z pomiędzy zaczerwienionych ust ulatywały ciche jęknięcia.
Powoli nasze ciała znalazły wspólny rytm, przez co pozwoliłem sobie na przyśpieszenie. Nachyliłem się do niego, zaciskając palce wolnej dłoni wokół jego członka i wpijając się w jego usta. Podrażniłem kciukiem główkę, przez co wygiął się w łuk i przygryzł mój język.
Przeniosłem się z pocałunkami na jego szyję, znacząc ją w dół i zatrzymując się na obojczyku. Przygryzłem skórę, zassałem i zacząłem lizać, robiąc mu malinkę. Dłonią zacząłem poruszać się w rytm swoich ruchów. Jego niekontrolowane już jęki doprowadzały mnie do szaleństwa, więc nie zdziwiłem się, że to ja doszedłem pierwszy z głośnym jękiem w jego szyję. Nie przerywałem ruchów dłonią.
- Za-Zaraz doj-dę – wysapał. Dopiero wtedy cofnąłem dłoń i uwolniłem jego nadgarstki. Wziąłem jego przyrodzenie w usta i zaciskając ręce mocno na jego biodrach, zacząłem poruszać głową w górę i w dół, pieszcząc go językiem. Nie minęło kilka chwil, a doszedł w moich ustach, wykrzykując moje imię. Przełknąłem, zlizując każdą kropelkę, a potem obdarzając jego ciało pocałunkami, powoli dotarłem do jego ust, gdzie złożyłem ostatni, finałowy.
- Ale tak dla jasności – powiedziałem prosto w jego usta, odgarniając mu z czoła grzywkę. – Nienawidzę cię.
- Okłamuj się dalej – odparł i trącił swoim nosem mój.
- Wzajemnie – mruknąłem i pokazałem mu język. Ułożyłem głowę na jego piersi i zacząłem na niej kreślić abstrakcyjne wzorki palcem. On objął mnie ramieniem i zaczął gładzić kciukiem. Przymknąłem oczy, podciągnąłem się wyżej i skryłem twarz w zagłębieniu jego szyi.
- Może Liam miał rację – mruknął, chowając twarz w moje włosy.
- W czym? – spytałem cicho.
- Że się zakochałem – odpowiedział. – Dziwne, ale teraz, kiedy mam cię obok, czuję się spokojniejszy.
- I tak cię nienawidzę – przypomniałem mu, uśmiechając się lekko. Zaśmiał się cicho w moje włosy, a ja objąłem go w pasie i przylgnąłem do niego. To dziwne, ale ja też poczułem się spokojniejszy. Było mi naprawdę dobrze tuż obok niego.
Wiedziałem, że będą z nim same problemy. Wiedziałem to już tamtego dnia, gdy stałem oparty o framugę i wpatrywałem się w niego. Już wtedy to czułem, ale zignorowałem obawę. Gdybym wiedział to, co wiem teraz; że w tym ciele anioła siedzi najprawdziwszy diabeł, nawet bym do niego nie zagadał, nie starał się o jego uwagę. Jednak gdybym to wiedział, czy byłbym szczęśliwy? Wiedziałem, że będą z nim same problemy, ale podobało mi się to. Kręciło mnie to, i teraz mam tego skutki, które są zaskakująco przyjemne. Bo czuję się naprawdę dobrze - spokój umysłu i jego ciało obok mojego. Czuję, że żyję, mimo iż jestem martwy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz