Siedemnastolatek uśmiechnął się lekko do siebie i nacisnął klamkę drzwi, dzielących go od jego nowego mieszkania. Uśmiech na jego twarzy stał się odrobinę szerszy, kiedy wszedł do środka, i rozglądnął się po pomieszczeniu w którym stał – holu. Utrzymany w jasnych kolorach, duży, jak na mieszkanie korytarz. Po prawej stronie Harry’ego znajdowała się duża półka na buty i haczyki na ubrania. Styles wszedł w głąb mieszkania, umożliwiając tym samym wejście jego ochroniarza niosącego tak jak Harry, dwie walizki. Z kilku minutowej rozmowy wynikało, że nazwa się on Paul i będzie dla niego pracował przez kolejny rok. Ustalili też, że nie będzie on towarzyszył chłopakowi bez przerwy. Jedynie w czasie wypadów do miasta i w razie, gdy Harry miałby potrzebować podwózki w jakieś miejsce. Londyn jest duży, jak powiedział Paul.
Haggins odebrał go z lotniska równo o osiemnastej szesnaście, czyli wtedy, gdy według planu miał lądować samolot Stylesa na trasie Milan – Londyn. Podróż minęła sprawnie i dla księcia przyjemnie. Siedział na jednym z miejsc klasy biznesowej zaczytany w jakąś książkę, którą zakupił na lotniskowym straganie. Maszyna wystartowała z drugiego pasu o godzinie czternastej pięć. Ponad dwie godziny później Harry przepychał się po płycie Heathrow ciągnąć za sobą czarne walizki, wypatrując osoby z jego nazwiskiem na kartoniku.
W drodze do bloku zatrzymali się jeszcze w przydrożnej, chińskiej knajpce. Styles nie miał nic w ustach od rana.
Jego nowym miejscem zamieszkania było średniej wielkości mieszkanie w dzielnicy Carmeden, niedaleko uniwersytetu do którego miał uczęszczać.
Budynek przypominał po prostu duży blok. Z tą różnicą, że w środku nie był szary, i zaniedbany, z kilkoma klatkami schodowymi. Przypominał bardziej hotel. Zaraz po wejściu w oczy rzucały się czerwone, jaskrawe ściany ogromnego holu. W jego środku mieściła się duża, dębowa lada, zza której wydawano kluczę do pokoi. Pod ścianami znajdowały się skórzane kanapy i małe stoliki. Skręcając w prawo, można było dojść do stołówki, w której o określonych porach wydawane były posiłki. Przypominała ona jednak bardziej restaurację, gdyż każdy mógł zamówić sobie to, na co miał ochotę.Podsumowując, miejsce miało nie wiele wspólnego ze zwykłym akademikiem. Zamieszkiwali tam jedynie dzieci zamożnych ludzi, których rodzice nie zgadzali się, aby ich pociechy zajmowały zaniedbane pokoje, gdzieś w obskurnej dzielnicy. Mieszkanie Harry’ego było ładne. Nie było małe, ani duże. Znajdował się tam średniej wielkości przedpokój, salon, kuchnia i łazienka. Oprócz tego były też dwie sypialnie, z których jedna nijak miała przydać się nastolatkowi. Godzinę później po dokładniejszym zapoznaniem się z wnętrzem pokoi, Styles usiadł na podłodze przed szafą i zaczął układać w niej swoje ubrania. Nie przywiązywał wagi, do ich segregowania, ani składania w idealną kostkę, tak jak to robiły pracownice ojca, w domu. Po prostu, na jednej półce położył wszystkie koszulki i bluzy, na drugiej spodnie. Bieliznę upchnął w jednej z szuflad, stwierdzając, że i tak mebel świeci pustkami.Po całkowitym wypakowaniu się, szybkim prysznicu, i owocowym jogurcie, Harry leżąc już w swoim nowym łóżku zdecydował : Jutro idzie na zakupy.
xxx
Nazajutrz,czyli jutrzejsze jutro Harry’ego, Louis obudził się o dziesiątej. Z pewnością spałby jeszcze dłużej, biorąc pod uwagę to, że pozostały mu dwa dni błogiego leniuchowania i nieprzymusowego wstawania, gdbyby nie Liam chodzący po mieszkaniu od samego rana, niedający mu spać. Dlatego też godzinę później, Tomlinson ubrany i gotowy na dzień, jak co dzień popijał mocną herbatę w towarzystwie współlokatora pijącego białą kawę bez cukru. Obydwoje nie do końca jeszcze przebudzeni, pochylali się nad stołem zawzięcie czytając. Dwudziestolatek przeglądał spis książek i lektur potrzebnych mu na uczelnię na nadchodzący semestr. Liam zaś pochłonięty był treścią codziennej londyńskiej gazety. Kiedy jednak skończyli śniadanie, składające się z kanapek z serem żółtych, których zrobienie wymusił na Paynie starszy student, zdecydowali, że wybiorą się do pobliskiego centrum handlowego, w którym mieściła się jedna z większych księgarni w stolicy. Po kilku krzykach typu: ” Wyłaź z tej łazienki, chyba, że sam mam cię z stamtąd wyprowadzić” i “To jest mój szalik, frajerze. Nie twój”, obydwoje stali na najbliższym przystanku, czekając na spóźniający się autobus, stąpając z nogi na nogę w celu nie zamarznięcia. Przecież “mieli plany, byli za młodzi na taką bezsensowną śmierć!”. Kiedy wreszcie, kilka przekleństw i obelg w stronę londyńskiej komunikacji miejskiej, czerwony duble - decker zatrzymał się przy nich, wbiegli do środka i po kupieniu biletów, przepychali się między ludźmi w poszukiwaniu wolnych miejsc. Niestety, byli głupi myśląc, że o jedenastej trzydzieści, w sobotę przed rozpoczęciem roku akademickiego znajdą miejsca wśród zmarzniętej młodzieży i kilka starszych osób. Z tą różnicą, że starsze osoby miały miejsca. Oni nie.
Tak więc, równo o dwunastej dwadzieścia pięć, po podróży dwoma autobusami i dziesięciominutowym marszem, Louis i Liam stanęli przed dużym budynkiem z wieloma reklamami, którym był on obwieszony. Weszli do niego, jak zwykle nie wiedząc, gdzie iść najpierw. Zdecydowali, że najpierw rozgrzeją się gorącą czekoladą, bo “nawet paznokcia nie czuli”, później udadzą się po najpotrzebniejsze rzeczy.Niedługo później, biedniejsi o dziewięćdziesąt pensów na głowę, przechadzali się między półkami, wkładając kolejne książki do koszyka niesionego przez obolałego dziewiętnastolatka, i odhaczając co raz to nowe pozycje na listach. Lista Payne’a była znacznie dłuższa od listy Louisa. Jeden studiował prawo, drugi psychologię.Kilkanaście książek później Liam powędrował do kasy, zająć kolejkę, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Tomlinson za to, stwierdził, że idzie do toalety i zaraz do niego dołączy.
Taki miał plan.
Został on jednak zniszczony przez pewnego chłopaka z burzą loków na głowie, który popchnięty wpadł na Louisa niosącego w ręce kubek z jeszcze gorącą czekoladą, która jak to w filmach bywa, po chwili znalazła się na jego niebieskiej koszulce. Louis lubił czekoladę, ale wolał pić ją, niż mieć ją na ulubionej koszulce. Nastolatek wymruczał jedynie ciche „przepraszam” po czym wcisnął w jego dłoń jakąś torbę i pobiegł w tylko sobie znanym kierunku. Kolejne dwadzieścia minut dwudziestolatek spędził nad umywalką, zawzięcie czyszcząc brudną koszulkę. Niestety, jak to z jego szczęściem bywa, plama zamiast się zmniejszać, jeszcze bardziej pokryła jego podkoszulek. W końcu, zdenerwowany student, wyklinając nieznajomego w myślach, wyjął z wciśniętej mu papierowej torby koszulkę z metką znanego londyńskiego domu mody, jeszcze z metką. Louis spojrzał na jej cenę, a jego oczy gwałtownie się rozszerzył. 100 funtów.
On żył za 100 funtów tygodniowo.
Nie zastanawiając się jednak dłużej, ściągnął swoje ubranie, i zastąpił nowym. Dziwnie czuł się, znając cenę podkoszulka. Potem, co sił w nogach, pognał do księgarni, w której zostawił współlokatora, jednak ten stał już przed jej wejściem i rzucił w jego stronę wściekłe spojrzenie.
- Wisisz mi 50 funtów. Ładna koszulka – burknął tylko dziewiętnastolatek i podał mu jedną siatkę. – A teraz, nie wiem jak ty, ale ja mam ochotę na jakieś niezdrowe żarcie – uśmiechnął się nagle, i ruszył w stronę budki z kebabem.
Dewota, pomyślał Louis i ruszył za nim kręcąc głową.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz