Niall trzymał miecz spoconymi rękoma, przygryzając wargę, gdy obserwował przeszkodę na wprost. Gryf opierał łapy na ziemi, szponami grabił piach, wyzywając go do zbliżenia się.
Czuł w swoim ciele zmęczenie i wiedział, że jednym uderzeniem zostanie odesłany do ostatniego miejsca zapisu, zmuszony nie tylko do rozpoczęcia rundy od nowa, ale i po raz pierwszy do poniesienia odznaki hańby pokazującej, że został pokonany. A klęska nie była czymś, co przyjmował tak łatwo.
Na ścieżce przed nim leżały ciała już pokonanych wrogów i tuż za finałową przeszkodą gryfa stał Lord, którego nakazywała pokonać misja. Było beznadziejnie, może i mógł przetrwać starcie z gryfem, ale nie uda mu się z bossem.
Nerwowym ruchem wsunął rękę do sakiewki zwisającej mu z paska, nie spuszczając oczu z gryfa, na wypadek gdyby zdecydował się zaatakować. Palce przebiegły po materiale wnętrza, wykorzystał już całe zaopatrzenie.
Mentalnie i fizycznie napiął się, przerwanie misji było tym samym, co zostanie pokonanym, więc musiał stawić czoła wyzwaniu i mieć nadzieję na najlepsze. Słońce ześliznęło się w dół w płomieniach z zachmurzonego nieba, lądując strumieniami na opuszczonej ziemi.
Przeniósł ciężar ciała na palce stóp, przygotowany, by wykonać szybki ruch i wykorzystać swoją podwyższoną zwinność i szybkość. Szybko otaksował wroga wyznaczając skrzydła i kostki jako słabe punkty, w które powinien celować, zanim przejdzie do ostatecznego ciosu.
Gryf stał w miejscu, perliste oczy obserwowały Nialla, gdy ten rozpoczął swój atak, przygotowując się, by odepchnąć go ruchem swoich szponów. Dmuchnął ze swojej opierzonej klatki piersiowej, szeleszcząc lwim ogonem w oczekiwaniu na wyzwanie. Chłopak się zbliżył, uniósł stopę, przygotował się do ataku… teraz. Ale pazury przecięły powietrze i Niall odsunął się w ostatniej sekundzie, krążąc wokół ciała bestii, mieczem tnąc ścięgna, kiereszując słabe punkty w czarnych nogach gryfa.
Wszechmocny ryk przepełniony bólem i złością odbił się echem na pustej polanie, orla głowa agresywnie odchyliła się do tyłu, skrzydła zatrzepotały, gryf rzucał się ze wściekłością, a podmuch wywołany ruchami jego skrzydeł odepchnął Nialla na ziemię, miecz wypadł z jego rąk.
Instynktownie zakrył rękoma twarz w oczekiwaniu na ogromny ból szponu gryfa grabiącego przez jego ciało, zanim rozpadnie się, by znów się złożyć na początku rundy.
Ale atak nigdy nie nadszedł, gryf wydał z siebie krzyk i zginął. Niall wyjrzał zza swoich rąk, by ujrzeć miecz sterczący z klatki piersiowej bestii. Powoli się rozpuścił, krusząc się na lśniące kawałki, które wsiąkły następnie w ziemię, pozostawiając jedynie człowieka stojącego z ręką wyciągniętą do swojego partnera.
- Co sobie myślałeś, Leprechaunie? Wiesz, że to misja na dwie osoby, niemal zniszczyłeś naszą reputację o byciu niepokonanymi.
Stanąwszy na nogi, Niall zaakceptował zaoferowany mu przez partnera korzeń, natychmiastowo czując, jak jego siła się regeneruje.
- Przepraszam, CheshireCatcie, myślałem, że dam radę sam i nie byłem pewien, jak długo cię nie będzie, więc zacząłem. Swoją drogą, dobre wyczucie czasu.
-
- Swoją drogą, dobre wyczucie czasu. – Harry potrząsnął głową, kiedy znajomy głos przemówił w jego słuchawkach, lekko zniekształcony przez Internet. Nie był to pierwszy raz, kiedy LeprechaunWarrior sam spróbował wypełnić misję i nie był to pierwszy raz, kiedy Harry zalogował się akurat na czas, by uratować tyłek jego awatarowi.
Szybko wystukał na klawiszach odpowiednią sekwencję, gdy oboje dotarli do Lorda, który był bossem tej walki.
- Wiesz – zaczął odważnie, gdy zatrzymali się tuż przed obszarem, w którym postać zauważy zagrożenie i zaatakuje – rozmawialiśmy tak długo, a nic o sobie nie wiemy. Nie znamy nawet swoich imion.
- Obcy są niebezpieczni, nie powinniśmy podawać sowich prywatnych danych w Internecie, z tego, co wiem, możesz być jakimś czterdziestoletnim pedofilem, który mieszka ze swoją matką i po prostu jest dobry w grach video.
Harry zachichotał na zuchwalą odpowiedź. – Racja, ale może po prostu wybierzemy sobie jakiekolwiek imiona, żebyśmy nie musieli nazywać się CheshireCat i LeprechaunWarrior, bo oba są długie.
Czekał, słysząc ciszę po drugiej stronie.
- W porządku, ja będę Justin.
Harry się zakrztusił. – Justin?
- Lubię Justina Biebera, okej, masz z tym jakiś problem? – Harry wiedział, że ‘Justinowi’ nie jest przykro, uśmiech w jego głosie był ewidentny.
- W porządku, miło cię poznać, Justin, jestem Edward.
- Proszę, powiedz, że nie nazwałeś się tak po błyszczącej księżniczce*. – W jego głosie było słychać żartobliwy ton z nutką błagania i desperackiej nadziei, żeby za wyborem imienia stał inny powód, co sprawiło, że Harry wybuchnął śmiechem.
- O boże, nie, to moje drugie imię. Stwierdziłem, że tak będzie bezpiecznie.
- Dlaczego ja nie pomyślałem o użyciu mojego drugiego imienia? Teraz czuję się głupio. Okej, wymagam zmiany; chcę być sobą. Od teraz jestem James.
- Dobrze, Jamesie, Justinie, Leprechaunie, jeśli już to uzgodniliśmy, skopmy tyłek ciemnego Lorda.
-
Niall zakrył twarz poduszką, próbując ignorować głośny dźwięk jego budzika, nakazującego mu wstać. Razem z Edwardem przyjęli jeszcze kilka misji po tym, jak pokonali Lorda; stracili poczucie czasu, zanim niemal w tej samej chwili zdali sobie sprawę z tego, że jest już po czwartej nad ranem.
Z jękiem zaakceptował fakt, że nie może się już dłużej guzdrać i usiadł, przecierając oczy i na ślepo próbując wyłączyć alarm.
Gdy jego stopy uderzały o podłogę, prowadząc go w stronę szafy, Niall próbował przypomnieć sobie, czy zrobił zadanie domowe i ulżyło mu, gdy sprawdził każdy przedmiot. Zwykle usiłował skończyć je, zanim usiądzie przed komputerem, ale okazjonalnie przypadkowo omijał jedno, czy dwa zadania.
Usatysfakcjonowany wyjął parę spodni i koszulkę polo, spiesząc się do łazienki, by przygotować się do dnia.
-
W przeciwieństwie do Nialla, Harry spędził popołudnie biegając po lokalnym parku i grając w piłkę z Louisem. Kiedy wrócił, usiadł przed komputerem tuż na czas, by pomóc Jamesowi przez pokonanie gryfa. A potem trochę grali, później trochę więcej i zanim się obejrzał, była czwarta nad ranem, a jeszcze nie zrobił zadania domowego.
Więc Harry nie spał, po chwili, w której się wylogował, wyjął swoje książki, próbując skończyć wszystko tak szybko, jak będzie w stanie, żeby uciąć sobie chociaż drzemkę, ale gdy słońce wstawało, wiedział, że nie będzie spał. Ale przynajmniej zrobił zadanie.
Chaotycznie wepchnąwszy książki do torby, chwycił coś z szafy, włócząc stopami i zdecydował się wziąć szybki prysznic, by się rozbudzić, po czym wypić mocną, czarną kawę.
-
Harry przetrwał dzień, ale udając się na ostatnie zajęcia, biologię, czuł, jak sen przejmuje nad nim kontrolę. Był tak nieprzytomny, że nie zareagował nawet, kiedy Niall zajął przed nim miejsce, zerkając na niego, zanim odwrócił się do przodu.
Układając brodę na ręce, Harry próbował uważać, ale monotonny ton nauczyciela opisującego ksylem i floem działał jak kołysanka i jego powieki stawały się ciężkie, otwierając się i zamykając, gdy próbował nie zasnąć.
Poczuł szarpnięcie na swojej koszuli i otworzył oczy, by móc wpatrywać się głęboko w te niebieskie Nialla. Blondyn wdrapał się na jego biurko, sadowiąc się na swoich kolanach i podpierając ręce na barkach Harry’ego, patrząc na młodszego chłopaka.
Szybko się rozglądając, Harry zaskoczony zauważył, że pomieszczenie jest puste i cicho zganił się za przespanie zajęć, próbując odwrócić swoją uwagę od motyli, które pojawiły się w jego brzuchu na dotyk Nialla.
Ręka przebiegła w górę od ramienia Harry’ego, koniuszki palców otarły się o szyję Harry’ego oraz linię jego szczęki, wysyłając przez jego kręgosłup dreszcze i rumieniec na policzki. Skierował swoje spojrzenie na ziemię, bojąc się ponieść wzrok, by spojrzeć w oczy Nialla, ponieważ nie chciał, by chłopak zauważył pożądanie oraz potrzebę i go odrzucił.
Jeden opuszek palca podparł jego podbródek, zanim ostrożnie uniósł głowę Harry’ego, cały opór ulotnił się z chłopaka magnetycznym pociągnięciem.
Ponownie patrzył prosto na Nialla, skóra go załaskotała, a jego nogi się zatrzęsły, gdy chłopak z wahaniem przygryzł wargę, jakby próbował stwierdzić, czy to, co ma zamiar zrobić, było w porządku.
I nagle nabrał pewności, jego oczy zaszły mgłą, zanim je zamknął, pochylając się bliżej i bliżej. Usta Harry’ego łaskotały w oczekiwaniu, jego serce tłukło, pompowana krew sprawiła, że się rumienił. Niall go pocałuje…
Silne uderzenie w jego ramię sprawiło, że Harry usiadł prosto, lekko zdezorientowany, próbując uświadomić sobie swoje położenie. Przez jego ciało przebiegło uczucie żalu i straty, jego usta były wyczulone na to, co prawie otrzymał, ale był to tylko sen.
- Ej, Harry, zasnąłeś. – Harry zamarł, gdy usłyszał głos, tak czysty i wyodrębniony, głos Nialla Horana, który zerkał przez swoje ramię z nadal zaciśniętą pięścią, którą uderzył Harry’ego w ramię, by go obudzić. – Musiałem cię obudzić, zanim zobaczyłby cię pan Collins.
Harry się uśmiechnął; fakt, że Niall przejmował się na tyle, by go obudzić był pociechą po tym, co niemal otrzymał. – Dzięki ci bardzo, stary.
Niall wzruszył ramionami. – Hej, jesteśmy teraz kolegami z drużyny, muszę uważać na swojego kapitana. – I z tym odwrócił się z powrotem, i w ciągu sekund jego lewa ręka spisywała notatki z tablicy.
Byli kolegami z drużyny; będą się widywać częściej, niż tylko na biologii. I ta myśl dała Harry’emu nadzieję, że w końcu będzie w stanie zaprzyjaźnić się z mniejszym chłopakiem i może kiedyś będą kimś więcej.
___________
* Niall ma tu oczywiści na myśli Edwarda ze Zmierzchu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz