Harry wyszedł z budynku i przysiadł na kamiennych schodkach, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Z bluzy w niebiesko – czerwoną kratę wyciągnął również opakowanie drobnych zapałek. Jedną z nich odpalił używkę i wsunął ją pomiędzy bladoróżowe usta, by po chwili zaciągnąć się nikotynowym dymem.
Harry nie był nałogowym palaczem. Palił “tylko okazyjnie”, jak to twierdził. I była to czysta prawda. Jedną z tych okazji, jak w tym przypadku, było drobne załamanie nerwowe.
Było ono spowodowane szumem wokół niego. Miał dość wiecznego nadzorowania i mówienia, co powinien robić, czego nie. Wieczne zamieszanie jego osobą, w związku z nadchodzącą uroczystością. Mimo, że do wydarzenia został jeszcze cały, liczący trzysta pięćdziesiąt sześć dni i cztery godziny rok, na dworze już zaczęły się przygotowania. Był pod presją.
Zaciągnął się znowu dymem, by po chwili wypuścić go z płuc, w postaci białych, toksycznych obłoczków. Jego wzrok, dotychczas tępo wpatrujący się w ogród rozciągający się przed jego osobą, skierował się na parę bawiących się jego małych, czteroletnich kuzynów. Harry marzył, aby to oni stanęli na jego miejscu. Zdecydowanie się do tego nadawali. Przynajmniej bardziej od niego, bo nie można było tego stwierdzić, tylko przez ich małe, niecne charaktery. Oni nadawali się bardziej na bycie władcami.
Władcami małego państwa, gdzieś między Francją, a Szwajcarią, o którym nikt, a raczej dominująca część świata pojęcia nie miał – Samii.
I miał się nim stać za trzysta sześćdziesiąt pięć dni i cztery godziny.
Ale najpierw, czekała go drobna wycieczka do Lodynu, w celu osiągnięcia cenionej przez wszystkich wiedzy.
Filologia angielska.
Jakkolwiek banalnie to brzmi, Harry od zawsze o tym marzył. Jego ojciec – obecny król, uwielbiany i ceniony przez poddanych – jasno wyraził się, co sądzi na ten temat. Jednak Harry, i jego ukochana matka postanowiła, że ten ostatni rok „wolności” ma spędzić jak mu się marzy. Mógł odbyć podróż dookoła świata. Mógł zrobić co mu się żywnie podoba – jednak on postanowił spędzić go po prostu wśród rówieśników w akademiku, żyjąc normalnie.
A kiedy papieros w jego dłoniach, stał się małym niedopałkiem, Harry wstał z nagrzanych od słońca kamieni i wyrzucił go do zielonego śmietnika. Ostatni raz spojrzał w stronę bawiących się dzieci, i poprawiając koszulę ruszył w stronę drzwi.
11 mi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz