Rok 1809
1.
Na wielkim, miękkim łóżku siedział chłopak. Delikatne światło lamp oliwnych, oświetlało jego wątłe ciało, którym co chwilę wstrząsały kolejne ataki kaszlu. Do ust przyłożył dłoń z białą chusteczką, która moment potem zabarwiona była czerwienią. Przełknął ślinę, a z jego oczu, o przepięknym, chabrowym odcieniu, spłynęły pierwsze łzy; nakreśliły ścieżkę na alabastrowych policzkach.
Długo myślał. Zastanawiał się, jak Harry zareaguje na wiadomość o jego chorobie. Był jego najlepszym przyjacielem. Właściwie jedynym, biorąc pod uwagę jego wątłe zdrowie i ciągłe choroby. On jednak zawsze był z nim i przy nim. Zawsze mu powtarzał, iż był jedynym, czego potrzebuje. Byli naprawdę blisko. I ciągle myślał, jak mu powie o swojej chorobie.
Starł łzy z policzków, a poplamioną chusteczkę mocniej zacisnął w dłoni. Spojrzał w stronę okna i uśmiechnął się delikatnie. Płatki śniegu wirowały wśród granatu nieba i bladego światła latarni ulicznych. Odrzucił kołdrę na bok i postawił bose stopy na chłodnej, drewnianej podłodze; aż przeszedł go dreszcz. Wziął jednak wdech i na miękkich nogach przeszedł przez pokój. Oparł dłonie na parapecie i przycisnął nos do szyby, śledząc jeden z płatków.
Usłyszał skrzypnięcie drzwi za swoimi plecami. Spojrzał przez ramię, a jego twarz rozpromienił szeroki uśmiech. W drzwiach bowiem stał on, jak zwykle niesamowity. Czekoladowe loki idealnie układały się falami, błyszczące od śniegu, który stopniał. Szmaragdowe oczy lśniły tym samym, tajemniczym blaskiem. Ciemnoszare spodnie i marynarka były chyba szyte na miarę, bo idealnie leżały na chłopaku.
Wszedł on do pomieszczenia, przewieszając swój czarny płaszcz przez ramię krzesła, stojącego przy biurku.
- Harry! – zawołał uradowany i podbiegł do przyjaciela, który już czekał z delikatnym uśmiechem na pełnych ustach oraz rozłożonym ramionami, w które wpadł. Zamknęły się mocno wokół jego wątłego ciała i pogładziły po plecach.
- Witaj, Niall – wyszeptał cicho, muskając oddechem jego jasne kosmyki.
- Długo cię nie było w Londynie – wyznał z nutą żalu blondyn, mocniej zaciskając palce na jego marynarce i chowając twarz w piersi bruneta.
- Tak, długo – przyznał Harry i sięgnął do podbródka przyjaciela, by spojrzeć w jego piękne oczy. – Ale już wróciłem. Do ciebie, bo jesteś jedynym, czego potrzebuję.
Lokaty pogładził kciukiem alabastrowy policzek i nachylił do wąskich, rozchylonych warg, które drgnęły. Poczuł smak krwi, gdy delikatnie je musnął. Moment potem Niall odepchnął jego rękę. Przysłonił usta dłońmi, a w jasnych oczach na powrót zebrały się łzy.
- Nie możesz – wyjąkał blondyn. – Nie chcę… Nie chcę, byś mnie całował.
- Dlaczego? – zdziwił się wyższy chłopak i przebiegł palcami po jasnych włosach. – Nauczyłem się smaku i kształtu twoich ust na pamięć.
- Przepraszam, ale nie chcę – wydukał. – Potem będzie coraz ciężej. Przepraszam.
- Za co, mój drogi? – spytał z troską Harry, a ciałem jego kochanka wstrząsnął kolejny atak kaszlu. Blondyn odwrócił się, a silne ramiona po chwili otoczyły go i zamknęły w uścisku. Ciepły oddech połaskotał alabastrowy policzek, a niski głos wyszeptał mu na ucho. – Domyślałem się już od dłuższego czasu. Widziałem te plamy czerwieni i zaakceptowałem fakt, że pewnego dnia odejdziesz.
Bez żadnego ostrzeżenia wziął blondyna na ręce i z powrotem ułożył na łóżku, nakrywając go ciepłą kołdrą. Przysiadł obok niego i zaczesał grzywkę złocistych włosów na prawą stronę. Uśmiechnął się i ucałował przyjaciela w ciepłe czoło.
- Pozwól mi być przy tobie do końca – poprosił cicho lokaty, a zaszklone, chabrowe tęczówki spoczęły na nim.
- Dobrze – odpowiedział cicho Niall, na co brunet uśmiechnął się do niego.
- Śpij. Wypocznij, bo jutro zabiorę cię na spacer – dodał Harry, po chwili ciszy i obserwował jak jasne oczy znikają za powiekami; rzęsy układają się wachlarzem na policzkach, a oddech powoli się wyrównuje. Jeszcze moment przyglądał się spokojnie śpiącemu chłopakowi, po czym gasząc wszystkie lampy, opuścił pokój, żegnając się z domownikami.
2.
Niall stał w hollu swojego domu i pozwolił wyższemu chłopakowi dopiąć każdy guzik płaszcza, a pod szyją dokładnie zawiązać śnieżnobiały szalik. Jego długie palce przebiegły po złocistej grzywce, zaczesując ją jak zawsze na prawą stronę, po czym ciepłe usta dotknęły jego czoła. Chłopak uśmiechnął się na ten gest, a jasne oczy rozbłysły czystą radością.
- Idziemy? – spytał dla pewności Harry, na co niższy chłopak energicznie przytaknął. Otworzył więc drzwi i puścił go przodem.
Śnieg skrzypiał pod ich stopami, gdy powoli ruszyli chodnikiem. Lokaty wyciągnął ramię w stronę Nialla, a ten z uśmiechem je ujął.
- Powiedz mi, gdy będziesz się źle czuł – odezwał się z delikatnością w głosie, a blondyn mocniej ścisnął jego ramię. – Nie chcę, by stała ci się krzywda.
- Na razie jest w porządku – zapewnił go i skrył twarz w szaliku. Na alabastrowe policzki wkradły się delikatne, rubinowe rumieńce, które w mniemaniu Harry’ego były niezwykle urocze. Dawniej, często gościły na jasnych policzkach chłopaka. Teraz, kiedy był chory - coraz rzadziej.
- Powiedz mi, mój drogi – zaczął spokojnie zielonooki, patrząc przed siebie. – Co powiedział lekarz?
- Że to gruźlica – odpowiedział. – Według doktora, zbiera coraz większe żniwa.
- Ile ci zostało? – dopytywał się loczek.
- Niewiele – Niall szepnął ledwo dosłyszalnie. – Dwa miesiące. Góra trzy. Choroba ponoć jest już w końcowym stadium, skoro… No wiesz.
- Rozumiem – odparł Harry, spoglądając na ukochanego. Dostrzegł, iż jest smutny, a tego w nim nie lubił. Podobał mu się uśmiechnięty. Oczy wtedy mu niezwykle błyszczały, a na twarzy pojawiały się ledwie dostrzegalne rumieńce.
- Nie smuć się – stwierdził i przejechał palcem po policzku chłopaka. – Lubię, kiedy się uśmiechasz. Więc zrób to dla mnie. Proszę.
Kąciki ust Nialla drgnęły ku górze i już po chwili ukazał swojemu kochankowi jeden z najcudowniejszych uśmiechów na jaki było go stać. Moment potem wtulił się w ramię lokatego napawając się jego przyjemnym zapachem. On natomiast pogładził jego drobną i delikatną dłoń, zaciskając się na ramieniu.
Szli w ciszy, wdychając rześkie, mroźnie powietrze. Blondyn patrzył pod nogi, obserwując, jak jego buty zapadają się w pierzynie białego puchu, pokrywającego ulice. Dawno nie czuł się tak szczęśliwy. Nie było mu tak dobrze.
- Mogę mieć do ciebie prośbę? – odezwał się, zatrzymując na rogu ulicy. Harry spojrzał na niego uważnie, a on zawstydzony spuścił wzrok. – Przyjdź do mnie jutro wieczorem. Chcę się z tobą kochać, póki jeszcze mam siły. Póki mogę. Póki…
- Już dobrze – przerwał mu Harry, przykładając palec do jego ust. – Przyjdę i będę obdarzać cię pocałunkami słodkimi jak miód. Będę pieścił twoje ciało dotykiem delikatnym, niczym trzepot skrzydeł motyla. Zrobię wszystko, co tylko będziesz chciał. Wszystko, o co poprosisz. To będzie twój wieczór.
Niall zarumienił się i skrył twarz w czarnym płaszczu chłopaka. Ten objął go ramieniem i powoli ruszyli w drogę powrotną. Mocno przyciskał go do swojej piersi, gdy szli przez ośnieżony Londyn. Nie chciał, by stała mu się krzywda. Tak długo szukał tej jedynej osoby.
3.
Siedział na łóżku, czekając na niego. Bawił się skrawkiem materiału okrywającego kołdrę. Szarpał go i tarmosił ze zdenerwowania. Już nie raz to robili, ale tym razem miało być inaczej. Wyjątkowo. To miało być pewnego rodzaju pożegnanie. Dziś po raz ostatni będą tak blisko.
Drzwi skrzypnęły. Poderwał głowę i jego chabrowe tęczówki spotkały głęboką zieleń. Delikatny uśmiech wkradł się na jego wąskie, różowe usta, gdy chłopaka zamykał za sobą drzwi. Podszedł do najbliższej lampy oliwnej i zmniejszył jej płomień.
- Pozwolisz, że je przygaszę? – spytał, kierując się do następnej.
- Tak – odpowiedział, obserwując, jak sylwetka Harry’ego niknie w mroku pokoju. Płomyki, jakie pozostawił. nie dawały wiele świata, ale pozwoliły mu dostrzec zarys lokatego, który zdjął swoją marynarkę i odłożył ją na oparcie krzesła. Jego buty stuknęły o podłogę, gdy pośpiesznie zrzucał je ze stóp, kierując się w stronę łóżka. Odrzucił kołdrę i wślizgnął się na materac.
- Co chcesz, bym teraz uczynił? – spytał, łaskocząc swym oddechem usta blondyna. Trącił nosem czubek jego nosa, składając na nim czuły pocałunek. – Hm? Powiedz mi.
- Zacznij… Zacznij od pocałunku – odparł szeptem. – A potem niech się dzieje, co chce.
- Dobrze – szepnął, nim delikatnie naparł na usta Nialla. Delikatnie pieścił jego wargi, obdarzając je słodkimi, pełnymi uczucia pocałunkami. Ręką oplótł go w tali i wsunął się między jego rozsunięte nogi, pogłębiając pocałunek.
Opadli na miękki materac. Harry pogłębił ich pocałunki, wsuwając język między rozchylone wargi blondyna. Dłońmi błądził po bawełnianym materiale białej koszuli nocnej, którą miał na sobie. Znalazł guziki - odpiął je, odsłaniając pierś. Przeniósł się z pocałunkami na jasną skórę szyi, schodząc w dół, do obojczyków. Dopiero tam zassał ją i lizał, robiąc malinkę.
Niall jęknął cicho i odrzucił głowę do tyłu, gdy jego kochanek trącił językiem prawy sutek. Zacisnął palce na prześcieradle, wyginając się w łuk, i domagając się więcej pieszczot, podkurczył nogi. Pragnął go, jak nigdy dotąd.
Poczuł chłód, gdy brunet powoli podwinął jego koszulę do góry, prześlizgując się smukłymi palcami po udach i biodrach. Rozchylił powieki i dostrzegł spojrzenie szmaragdowych tęczówek. Były takie, jak zawsze - spokojne i tajemnicze. Na pełnych wargach gościł delikatny uśmiech. Można by powiedzieć, że nie wzrusza go to, co robią, gdyby nie rumieniec widniejący na jego policzkach i rozpięta koszula.
- Przypominasz małego Aniołka – szepnął mu na ucho, zataczając kółka na jego biodrach. – Te twoje złociste kosmyki, które na poduszce układają się niczym aureola. Duże, zawsze błyszczące, chabrowe oczy, które potrafią przypominać pochmurne niebo, gdy jesteś smutny. Urocze rumieńce zdobiące twoje alabastrowe policzki.
- Powinieneś zostać poetą – stwierdził, odchylając głową, gdy poczuł jego usta, ponownie obsypujące szyję pocałunkami.
- To by się nie udało – wyznał wyższy chłopak. – Było by nudne, gdybym pisał tylko o tobie, nie uważasz?
Niall uśmiechnął się, a z jego oczu uwolniły się łzy, które już po chwili scałował jego chłopak. Tylko on potrafił powiedzieć tyle pięknych słów w jednym zdaniu. Tak pięknych, że przyprawiały go szybsze bicie serca.
- Nie płacz – szepnął Harry i musnął jego wargi.
- To dobre łzy – odparł. – Szczęścia.
Brunet musnął jeszcze jego nos w odpowiedzi, po czym miękkie wargi dotknęły ciepłej skóry jego brzucha. Wziął głębszy wdech, gdyż był to jego słaby punkt. Język chłopaka zagłębił się w jego pępku, a on westchnął cicho, wypowiadając jego imię.
- Niall. Chcesz żebym zrobił to językiem? – spytał głębokim głosem, spoglądając na niego z dołu. W odpowiedzi usłyszał pomruk aprobaty. – Przewróć się więc na brzuch i podeprzyj na łokciach oraz kolanach.
Blondyn wykonał jego polecenie, a on wślizgnął się między jego nogi. Przebiegł palcami po udach, po czym zacisnął je na pośladkach chłopaka. Przejechał językiem po jego wejściu i poczuł, jak jego ukochany cały drży z powodu tego, co robi. Zahaczył czubkiem, po czym powoli zaczął wchodzić go do środka. Usłyszał stłumione przez poduszkę jęknięcie. Zatoczył kciukami kilka kółek na pośladkach Nialla, a gdy dotarły do niego pomruki przyjemności, wiedział, że jest gotowy. Jego samego już od dłuższego czasu cisnęło w spodniach.
Cofnął więc język, pospiesznie rozpiął spodnie i zsunął wraz z bielizną do pół uda. Ułożył chłopaka z powrotem na plecach, by było mu najwygodniej podczas zbliżenia. Szeroko rozsunął jego nogi i powoli, najdelikatniej jak umiał, zaczął w niego wchodzić. Z ust blondyna uleciał zduszony jęk i wygiął się w łuk, zaciskając mocno ręce na prześcieradle.
- Ha-a-rry – wyjąkał, szarpiąc jasnym materiałem i czując nieprzyjemny ból, gdy jego ukochany wchodził w niego. Znów przeciągle jęknął, odrzucając głowę do tyłu.
- Rozluźnij się, mój drogi – usłyszał nad sobą głos bruneta, a moment potem złożył na jego ustach długi, leniwy i czuły pocałunek. Niall westchnął. Jedną dłoń wplótł w czekoladowe loki chłopaka, a drugą błądził po jego plecach. Gdy Harry wykonał kolejny ruch, zacisnął mocno palce obu dłoni, wyginając się w łuk i szarpiąc białą koszulę kochanka.
Poruszał się powoli, delikatnie, by nie zrobić mu krzywdy. Cierpliwie szukał ich wspólnego rytmu, mimo iż jęki i sapnięcia wydobywające się z wąskich ust, wcale mu nie pomagały. Wkrótce jednak pokój wypełnił się gęstym powietrzem pasji, pożądania i miłości, którą obaj emanowali. Drgało ono od głośnych jęków, sapnięć i cichego skrzypienia łóżka; z każdym kolejnym pchnięciem.
Harry szczytował zaraz po Niallu i opadł na miękką poduszkę obok niego. Jednym okiem obserwował zarumienioną twarz chłopaka i falującą klatkę piersiową, kiedy próbował wyrównać oddech. Przekręcił w jego stronę głowy i napotkał jasne, chabrowe tęczówki pełne bezgranicznej radości oraz szczęścia.
- Śnieg pada – stwierdził, a lokaty podciągnął się na łokciach i spojrzał w stronę okna. Faktycznie. Białe płatki wirowały na wietrze.
- Faktycznie – przytaknął, spoglądając na ukochanego, po czym poprawił jego nocną koszulę. Naciągnął ciepłą kołdrę i przebiegł po jego czole, odgarniając jasne kosmyki. – A teraz śpij. Już najwyższa pora, mój Aniołku.
Chłopak wziął głęboki oddech i przymknął oczy, wygodnie układając głowę na poduszce. Chwilę potem spał spokojnym snem.
4.
Harry nie był tym, za kogo wszyscy go mieli. Był kimś więcej. Na pewno nie był człowiekiem. I szukał tego. czego szukali wszyscy podobni do niego – swojej lepszej strony. Kogoś dobrego, kto ich poprowadzi. O czystym i pięknym sercu. Bo każdy z nich chciał wrócić tam skąd upadł – do nieba.
Przysiadł na parapecie okna, dopinając mankiety koszuli. Westchnął i spojrzał na wirujące płatki śniegu, które osiadały na parapecie po drugiej stronie szyby. Uśmiechnął się delikatnie. Zima zawsze fascynowała Nialla. Być może ze względu na to, iż rzadko miewał z nią styczność, ze względu na swoje wątłe zdrowie.
Odwrócił głowę, a jego szmaragdowe tęczówki spoczęły na spokojnie śpiącym blondynie. On był jego zbawieniem. Jego lepszą stroną. Człowiekiem o czystym i pięknym sercu. Po raz pierwszy poczuł te przeskakujące iskry, kiedy go poznał. Jednak nie spodziewał się, że jego zbawienie odbierze mu choroba. Czekały go kolejne lata, jak nie wieki poszukiwań. A on nie chciał nikogo innego. Pokochał tego drobnego chłopaka. Zbyt mocno i szczerze, by chcieć kogoś innego.
- Chyba. że… - mruknął do siebie i w sekundzie podjął decyzję. Wykorzysta część anielskiej mocy. jaka została im dana przy strąceniu. Zabezpieczy się.
Podszedł do łóżka i przywołał anielską moc. Syknął cicho, gdy jego skórę na plecach rozdarł przenikliwy ból. Chwilę potem śnieżnobiałe skrzydła zaszeleściły, splamione odrobiną jego własnej krwi. Rozłożył je i spostrzegł jak Niall porusza się niespokojnie. Moment potem spod powiek wyłoniły się zaspane, jasne oczęta.
- Harry – wychrypiał blondyn. – To ty wyglądasz jak anioł.
Na jego twarz wkradł się delikatny uśmiech, gdy przysiadł na skraju materaca i gładził chłopaka po policzku.
- Ulżę ci w twym cierpieniu, jeśli chcesz – nachylił się, przykładając dłoń do jego piersi.
- Chcę – odszepnął.
- Więc czas zasnąć, Niall – miękko wypowiedział jego imię i odsłonił skórę skrytą przez kołnierzyk koszuli nocnej. Rozchylił wargi, gdzie można było teraz dostrzec nieduże kły i ostrożnie przebił jasną skórę, wpuszczając w jego tętnicę swoją własną krew. Jego ukochany jęknął krótko, ale uspokoił go, gładząc kciukiem pierś.
Odsunął się i przykładając palce do śladów po ugryzieniu, pozwolił by jego krew zmieszała się z krwią blondyna. Jego chabrowe tęczówki jeszcze raz spojrzały na niego, po czym zniknęły za powiekami. Odczekał chwilę, pozwalając sercu przepompować szkarłatny płyn w żyłach chłopaka, by ostatecznie zatrzymać je za pomocą delikatnego, anielskiego blasku.
5.
Padał śnieg. Sprawił, że czarny parasol Harry’ego stał się biały, gdy stanął przed kaplicą, w której miał się odbyć pogrzeb Nialla. Skrył twarz w śnieżnobiałym szaliku, który podarowała mu matka chłopaka. To ona sprawiła, że powstrzymał swoje własne odejście. Chciał zasnąć, ale wtedy do jego drzwi zapukała ona. przynosząc mu wieść o śmierci blondyna, którą - de facto - on sam spowodował. Poprosiła go, by wygłosił mowę pożegnalną. Jak to powiedziała: On by tego pragnął. Więc powstrzymał swój własny sen.
Złożył parasol, strzepując warstwę śniegu przy drzwiach i wszedł do środka. Mimo iż stąpał delikatnie, jego kroki odbijały się echem od ścian, przez co zwracał na siebie uwagę żałobników. Przemknął więc przez główną nawę i podszedł do pierwszej ławy, gdzie siedziała rodzina zmarłego.
- Oh, Harry, tak się cieszę, że przyszedłeś – odezwała się zapłakana matka chłopaka, kiedy przysiadł obok niej. Uśmiechnęła się przez łzy, widząc co ma zawiązane pod szyją. Wyciągnęła dłoń do miękkiego szala i przejechała po nim. – Widzę, że go założyłeś.
- Chciałby tego – odpowiedział.
- Na pewno – przytaknęła mu, po czym zlustrowała jego bladą twarz. – Ale nie wyglądasz najlepiej.
- Jestem ciut zmęczony. Nie spałem najlepiej – wyjaśnił. – Sama pani rozumie.
- Tak, tak – przytaknęła i po tych słowach rozpoczęła się ceremonia.
Był niewzruszony. Nie płakał. Wiedział, że spotka się z nim w bliższej lub dalszej przyszłości. Starał się pocieszać matkę jego ukochanego, która cierpiała. Czuł to, gdyż siedział obok niej. W końcu był aniołem. Co prawda upadłym, ale nadal aniołem.
Nareszcie nadszedł jego czas. Wstał z ławy i ruszył w stronę mównicy. Mijając zamkniętą, mahoniową trumnę, przejechał po chłodnym drewnie palcami, po czym zajął wyznaczone mu miejsce. Ostatni raz zmarszczył brwi, po czym spojrzał na zgromadzonych.
- Pani Horan poprosiła mnie, bym wygłosił mowę pożegnalną. On na pewno również by tego pragnął. Uważał, iż byłbym znakomitym poetą. Postaram się więc pożegnać go w jak najpiękniejszych słowach – oznajmił i sięgnął do swojego płaszcza. skąd wyciągnął pustą kartkę. Spojrzał na nią, by sprawić pozory, że się przygotował; jednak nie potrzebował tego. Doskonale wiedział, co chciał powiedzieć.
- Zasnąłeś, mój drogi. Chyba czas i ja bym zasnął na chwilę. Bo widzisz, w tym długim. niekończącym się bezkresnym bycie, szukałem duszy mi bliskiej i pokrewnej. Swojej lepszej strony – podniósł wzrok i przebiegł po zebranych, po czym wznowił. – Pozwól mi więc, w zamian za ofiarowanie ci mej krwi, wziąć twój biegnący czas. I mimo tego zasnąć z tobą na chwilę; lub dwie dłuższe. A gdy się zbudzę, wyjdę ci naprzeciw. Spotkamy się ponownie. Słodkich snów, Niall.
Złożył pustą kartkę i schował z powrotem do kieszeni płaszcza, po czym wrócił na swoje miejsce obok matki chłopaka. Pragnął. by ten dzień się skończył i faktycznie mógł zasnąć wraz z nim. Na chwilę; lub dwie dłuższe.
Rok 2013
1.
- Przykro mi to robić, Harry – donośny, tubalny, ale łagodny głos, rozbrzmiał w jego głowie. – Jesteś archaniołem. Jeszcze nigdy nie strącałem anioła takiej rangi.
Spojrzał przez ramię na Gabriela, który przyglądał mu się ze smutkiem w oczach.
Złożył swoje skrzydła i spojrzał przed siebie, gdzie właśnie otworzył się portal. Wysoko podniósł głowę i wskoczył w otchłań, zamykając oczy. Przerażający ból przeszył jego plecy.
Szeroko otworzył oczy. Jego oddech był nierówny i płytki. Podciągnął się na łokciach i usłyszał cichy szelest. Przekręcił głowę, a jego szmaragdowe oczy spoczęły na długich, białych skrzydłach poplamionych krwią. Jęcząc cicho, usiadł na materacu.
Przebiegł palcami po czekoladowych lokach i rozejrzał się dookoła. Był w jakimś dawno opuszczonym, zakurzonym pokoju. Przez okna zabite deskami, wpadały promienie słońca. Z ulicy dobiegał go gwar i warkot.
Podniósł się, łapiąc za głowę, gdyż pulsowała nieprzyjemnym bólem. Potykając się o własne nogi oraz zamiatając skrzydłami i plamiąc krwią podłogę, podszedł do jednego z okien. Oparł ręce na deskach i wyjrzał przez szparę. Dostrzegł śnieg okrywający ulicę. Znajomą, ale jednocześnie inaczej wyglądającą. Powędrował spojrzeniem ponad wysokimi budynkami, szukając punktu odniesienia. Do jego uszu dotarło znajome bicie zegara.
- Londyn – mruknął do siebie. – Ale którego roku?
Dalej obserwował ulicę, zastanawiając się, ile czasu minęło. Jednak skoro wybudził się. to może oznaczać tylko jedno. On tu też jest. Taki jak dawniej.
2.
W studiu dziesiątym panował półmrok. Na taborecie przy pięknym, czarnym fortepianie siedział szczupły chłopak drobnej budowy. Na czoło opadała złocista grzywka, którą cały czas przeczesywał palcami. Jasne oczy były niczym pochmurne niebo w deszczowy dzień i uporczywie wpatrywał się w kartkę oraz ołówek leżący na instrumencie.
Westchnął ciężko i nacisnął kilka przypadkowych klawiszy. Znów przebiegł palcami po jasnej grzywce i wydął usta.
Został mu miesiąc do zaliczenia semestru, a on wciąż nie miał piosenki na ćwiczenia profesora Johansena. Próbował pisać, ale nie szło mu to najlepiej. Zazwyczaj muzykę miał piękną, ale niekoniecznie radził sobie z tekstem.. Nie był poetą. Jednak starał się, jak mógł. Tym razem nawet muzyka nie chciała na niego spłynąć. Nawet nuta.
Warknął niezadowolony i uderzył pięściami w klawisze.
- Powinienem się bać? – zapytał delikatny, męski głos. Niall wychylił się zza fortepianu i jego niebieskie oczy spoczęły na szatynie. Ubrany był w jasnoszary płaszcz i czarny szal po szyją. Przez ramię przewieszoną miał czarną torbę. Blondyn znów westchnął.
- Hej, Lou – odpowiedział, chowając kartkę oraz ołówek do swojej torby. Założył swój granatowy płaszcz, chwycił w palce biały szal i zgarnął torbę. Skierował się do wyjście, gdzie wciąż stał jego przyjaciel. – Za miesiąc zaliczenie u Johansena, a ja wciąż nic nie mam.
- Nie przejmuj się – pocieszył go szatyn i wypuścił na korytarz. – Ja też wciąż nic nie mam.
- Proszę cię. Nie dobijaj mnie – mruknął Niall, kierując się do wyjścia z budynku. – Znając ciebie, w pięć minut coś napiszesz. Nie to, co ja.
- Oj, nie dramatyzuj, Horan – odparł chłopak, a blondyn w tym czasie zawiązał pod szyją swój biały szalik. – Jesteś jednym z najlepszych na roku.
- Weź mnie nie denerwuj – odezwał się blondyn i pchnął drzwi uczelni. Wyszedł na ośnieżone schody i powoli stąpając, zszedł na chodnik po oblodzonych stopniach. Obaj ruszyli w dół ulicy.
Niall jest spokojnym chłopakiem. Spokojnym i dobrym. Gdyby mógł, to pomógłby całemu światu. Ale jak miał pomóc komukolwiek, kiedy nie umiał sobie ułożyć własnego życia? Kochał i to nie raz, jednak wszystko szybko się kończyło. Wiedział, że to jego wina. Miał czasem wrażenie, że urodził się w niewłaściwym czasie; że jego miejsce nie jest pośród skaterów czy rockmenów. Miał wrażenie, iż bardziej odnalazłby się jako dziewiętnastowieczny dżentelmen. Zawsze był dobrze ułożony, co z kolei pochwalała jego mama.
Westchnął i przymknął oczy, gdy przystanęli na przejściu, czekając na zmianę świateł.
- Ni, ten koleś w czarnym płaszczu, po przeciwnej stronie, perfidnie się na ciebie gapi – usłyszał z boku głos przyjaciela. Otworzył więc oczy, a jego jasne oczy wciąż przypominające pochmurne niebo, spoczęły na chłopaku w czarnym płaszczu. Jasne policzki zdobił mróz, a na czoło opadały czekoladowe loki. Pełne usta wygięły się w delikatnym uśmiechu, który przyprawił go o szybsze bicie serca.
- A niech się gapi – mruknął w odpowiedzi, wciąż patrząc na dziwnie znajomego nieznajomego. Był niezwykle szczęśliwy, że widzi tego wysokiego, lokatego chłopaka, choć kompletnie go nie znał. Serce Nialla rwało się do niego, jakby to właśnie jego szukało przez cały ten czas. To uczucie było tak przyjemne, a zarazem dziwne i odrobinę zbijało go z pantałyku. Nie miał pojęcia, skąd wzięła się ta radość na widok nieznajomego.
Światło zmieniło się na zielone i wraz z Louisem ruszył przez pasy. Nie spuszczał z oczy lokatego, który - podobnie jak on - wpatrywał się w niego. Dopiero, gdy zdołał dostrzec szmaragdową głębię jego przenikliwych oczu, spuścił swój wzrok. Poczuł. jak rumieni się, zawstydzony.
Chłopak minął go, przebiegając palcami po jego ramieniu. Dotyk ten był tak elektryzujący, że wywołał zawroty. Horan oparł się na ramieniu przyjaciela, który przeprowadził go na drugą stronę.
- Dobrze się czujesz? – spytał Louis, gdy stanęli na chodniku. Mocniej zacisnął palce na ramieniu szatyna, gdy świat zawirował mu przed oczami. Odetchnął głęboko, a chwilę potem znalazł się w ciemnym pokoju. Lokaty, którego minął, miał poplamioną krwią koszulę na plecach, skąd wyrastały śnieżnobiałe, długie skrzydła. One również były splamione szkarłatnym płynem. Pochylał się nad łóżkiem, w którym leżał on. Wgryzł się w jego szyję, a Niall na łóżku jęknął krótko.
Wszystko znów zawirowało. Dostrzegł jeszcze delikatny rozbłysk światła i znów spoglądał na swoje buty.
- Tak. Tylko zakręciło mi się w głowie – odpowiedział blondyn, spoglądając w stronę, z której przyszedł. Brunet stał po przeciwnej stronie, przyglądając mu się uważnie. Przestąpił z nogi na nogę, po czym ruszył w swoim kierunku.
- Choć, odprowadzę cię do domu – zaproponował Tomlinson. – Jesteś okropnie blady. Jeszcze coś ci się stanie.
Niall ruszył dopiero wtedy, kiedy sylwetka lokatego zniknęła mu z widoku. Widział siebie, i pochylającego się nad nim zielonookiego. Szybko jednak doszedł do wniosku, że miał halucynacje i zwalił wszystko na przemęczenie oraz stres.
3.
Szedł powoli ulicą w stronę swojej ulubionej kawiarni i rozmyślał. Sen, który miewał odkąd pamiętał - zniknął. Po raz pierwszy nie pamiętał szmaragdowych tęczówek, śnieżnobiałych skrzydeł i krwi, która była dosłownie wszędzie. Obudził się, nie pamiętając, co mu się przyśniło. A sen zniknął tej samej nocy, kiedy spotkał lokatego chłopaka.
Przystanął na chodniku, po praz kolejny analizując wydarzenia z tamtego dnia. Nie umiał ich wyjaśnić racjonalnie. Wizje, radość na widok kompletnie nieznajomej mu osoby. Nie rozumiał tego, więc ciągle sobie powtarzał, że to przemęczenie. Stres związany ze zbliżającymi się egzaminami.
- Przydałby mi się psychiatra – westchnął. – I to taki porządny.
Pokręcił głową i podszedł do drzwi kawiarni. Wyciągnął rękę w stronę klamki, a jego dłoń napotkała przyjemnie ciepłe palce. Podniósł wzrok i napotkał intensywnie zielone oczy, które rozbłysły znajomym blaskiem. Na usta lokatego wkradł się delikatny uśmiech, a w jego głowie pojawiło się imię.
- Harry – wypowiedział je na głos, a uśmiech bruneta poszerzył się jeszcze bardziej. Niall zmarszczył brwi, zastanawiając się, skąd wzięło się ono w jego myślach. Nie znał nikogo o takim imieniu. Podrapał się po policzku, wciąż szukając w pamięci właściciela imienia, jednak poza księciem Harrym, nikt nie przychodził mu na myśl.
- Wchodzisz? – usłyszał dźwięczny, zachrypnięty głos i spojrzał na chłopaka, który przyglądał mu się uważnie.
- Och, tak – odparł i wszedł do środka. Skierował się do baru i zamówił swoją ulubioną kawę - Carmel Macchiato. Obok niego pojawił się lokaty i wziął dla siebie waniliowe latte. Niall pozwolił sobie przyjrzeć się mu uważnie.
Chłopak był wysoki i niewątpliwie szczupły. Zdradzały go długie, zgrabne nogi, które opinały dopasowane, ciemne dżinsy. Na stopach miał ciemnobrązowe botki. Czarny płaszcz do pół uda z podniesionym kołnierzem, sprawiał, iż wyglądał na tajemniczego dżentelmena.
- Podoba mi się twój biały szalik – odezwał się niespodziewanie zielonooki, odwracając do niego głowę. – Bardzo ładny. Pasuje do ciebie.
Sięgnął on do jasnego materiału szala i wygładził go długimi, zgrabnymi palcami. Na policzki Horana wkradły się delikatne rumieńce.
- Dziękuję – mruknął, po czym dodał. – Mogę wiedzieć, jak masz na imię?
Nieznajomy mrugnął oczyma, a jego długie rzęsy zafalowały. Ułożył usta w dziubek, a następnie cmoknął. Wbił spojrzenie w niebieskie tęczówki blondyna, które były tak inne od tych zapamiętanych. Takie pochmurne, a nie chabrowe - zawsze błyszczące radością.
- Harry Styles – przedstawił się w końcu, wyciągając dłoń w jego stronę. Niebieskie oczy Horana podniosły się na niego i zamrugał zaskoczony.
- Ja jestem Niall – odpowiedział i uścisnął dłoń chłopaka, na usta którego cisnęło się: Tak, wiem. Czekałem na ciebie. Ugryzł się jednak w język i tylko uśmiechnął. Odebrali swoje zamówienia i usiedli przy stoliku. Przez chwilę milczeli, jednak Harry przerwał niezręczną ciszę, rozpoczynając rozmowę. Bo przecież wiedział, jak postępować z blondynem.
4.
Wpadł pod daszek na przystanku autobusowym i potarł skryte w rękawiczkach ręce. Było mu piekielnie zimno, gdyż nagle złapała go śnieżyca. Cały był pokryty warstwą śniegu. Czuł, jak jego płaszcz staje się ciężki od wody, która w niego wsiąka. Do tego miał mokre włosy. Modlił się tylko, by nie rozchorować się w ostatnich tygodniach semestru.
Ponownie naszło go to nieprzyjemne uczucie - że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się po ulicy, ale poza postacią idącą chodnikiem, pod dużą parasolką i jakimś chłopakiem po przeciwnej stronie, biegnącym do baru, nie było nikogo, kto mógłby go szpiegować.
- Odbija mi już – mruknął i spojrzał na siebie. – Wyglądam jak bałwan.
Zaczął strzepywać śnieg z mokrych włosów oraz płaszcza. Trząsł się przy tym jak osika. Było mu zimno. Okropnie zimno. I przez tę jedną rzecz, – śnieżycę - nie cierpiał zimy. Tylko za tę jedną rzecz. Tak to wręcz uwielbiał tę mroźną i białą porę.
- Niall? – usłyszał znajomy, zachrypnięty głos. Podniósł głowę i spojrzał na Harry’ego, który okazał się postacią z wielką, ciemnozieloną parasolką. – Na Boga, cały przemokłeś i pewnie przemarzłeś.
- No… Tak trochę – przyznał, gdy chłopak podszedł do niego. Odgarnął z jego czoła blond grzywkę i przebiegł opuszkami palców po policzku.
- Choć, mieszkam nie daleko – odparł brunet, wyciągając do niego ramię. – Ogrzejesz się, wysuszysz.
Horan spojrzał na lokatego. Nie był pewien, czy pójście do niego, to dobry pomysł. Od ich spotkania w kawiarni minęły dwa tygodnie. Spotykali się w niej prawie codziennie, co uskrzydliło blondyna, jeśli można tak powiedzieć. Miał muzykę do swojej piosenki. Strzępki tekstu porozrzucane na kartce. Nie zebrał ich jednak jeszcze w całość.
Nialla przeszedł dreszcz, co nie umknęło uważnym, szmaragdowym tęczówkom. Chwycił wyciągnięte ramię chłopaka i skrył się pod jego ciemnozieloną parasolkę. Ruszyli w górę ulicy. Blondyn zmarznięty tulił się w ciepłe ramię Harry’ego. Chłopak zaś wolną dłonią gładził jego przedramię, przez co znów miał to znajome wrażenie. Jakby déjà vu.
Weszli do kamienicy i wspięli się na pierwsze piętro. Styles otworzył drzwi i przodem puścił chłopaka. Horan ostrożnie przekroczył próg mieszkania i obrzucił korytarz przelotnym spojrzeniem. Miał przyjemny, ciepły odcień pastelowej zieleni.
- Mogę? – usłyszał głos bruneta i spojrzał na niego. Ten wyciągał w jego stronę rękę, by wziąć od niego przemoczony płaszcz.
- Och, tak. – speszył się i pośpiesznie zdjął przemoczoną odzież wierzchnią. Zrzucił buty ze stóp i ściskając w rękach pasek swojej torby, ruszył za chłopakiem do salonu.
Był przestronny, połączony z kuchnią. Pierwsze, co przykuło uwagę blondyna, to piękne, hebanowe pianino z błyszczącymi, śnieżnobiałymi i czarnymi jak smoła klawiszami. Jego oczy rozbłysły żywą radością, gdy spostrzegł instrument.
- Podoba ci się? – spytał Harry, stając przy jego boku i przyglądając się mu. Dostrzegł, jak te nachmurzone tęczówki znów przybierają piękny odcień chabru.
- Bardzo – odpowiedział, podchodząc bliżej. – Jest piękne.
- Dawno nie widziałem ciebie tak szczęśliwego – odparł ciepło lokaty, gdy blondyn delikatnie przejechał po klawiszach pianina.
- To my się znamy? – zdziwił się, wciąż wpatrzony w piękny instrument. Mógłby na nim grać całe życie i tworzyć najpiękniejsze melodie.
- Bardzo dobrze – wyszeptał mu na ucho Styles. Odwrócił głowę i napotkał jego niezwykłe, spokojne, szmaragdowe tęczówki. – Pozwól, że ci przypomnę.
Brunet chwycił go za podbródek i delikatnie uniósł głowę do góry. Przejechał opuszkami palców po jasnej skórze szyi, zjeżdżając niżej, na co przymknął oczy. Jego dłoń zatrzymała się na sercu i odcisnęła swój ciepły ślad. Chwilę później pod powiekami Nialla zaczęły się przewijać miliony obrazów. Pierwszy dzień w szkole dla chłopców, to jak go poznał, jak pierwszy raz przyszedł go odwiedzić. Dzień. w którym wyznał Harry’emu swoje uczucie, które zostało odwzajemnione. Ich pierwszy raz. Choroba blondyna, zimowy spacer. Śmierć. Pogrzeb.
Znów rozbłysło delikatne światło, a spod powieki Horana uwolniła się pierwsza łza. Lokaty starł ją i pogładził alabastrowy policzek kciukiem.
- Czy to możliwe, że tamtego dnia, gdy zobaczyłem cię na przejściu – zaczął, podnosząc powieki i spoglądając na twarz chłopaka – moje serce podświadomie wiedziało, że to ty? Rwało się do ciebie jak szalone i nie wiedziałem, dlaczego. Ale teraz.
- Obiecałem ci, że gdy się zbudzę, wyjdę ci naprzeciw – wyznał, muskając jego czoło. – Spotkamy się ponownie. Więc oto jestem.
- Kim tak właściwie jesteś? – spytał Niall. – Śniłeś mi się nie raz. Widziałem twe oczy i śnieżnobiałe skrzydła.
- Czas ci powiedzieć, kim jestem – przyznał brunet, cofając się o kilka kroków. – Czas ci powiedzieć, kim ty jesteś dla mnie.
Harry stanął, spuszczając ręce wzdłuż ciała. Wziął wdech i spojrzał w chabrowe tęczówki swojego ukochanego. Przełknął ślinę, a moment potem poczuł ten okropny, przeszywający jego plecy ból. Syknął cicho i gestem powstrzymał blondyna, zmierzającego w jego stronę. Coś strzeliło, zaszeleściło, a chwile potem długie, śnieżnobiałe skrzydła, splamione krwią, rozpięły się.
Niall wziął głęboki wdech, przyglądając im się uważnie. Zamrugał oczyma, cofnął się o krok i wpadł na pianino.
- Jestem upadłym aniołem – wyznał Harry, pozwalając skrzydłom opaść. – Właściwie archaniołem. A ty jesteś moim zbawieniem.
- Zbawieniem? – powtórzył słabym głosem, chłopak.
- Tak. Moją lepszą stroną – wyjaśnił. – O czystym i pięknym sercu. Czekałem na ciebie przez tyle. Czekałem dwa wieki. A kiedy cię znalazłem, okazało się, że jesteś chory. Mogłem cię uleczyć, ale to wbrew kodeksowi. Pozwoliłem ci więc odejść. Nawet pomogłem.
- Zabiłeś mnie? – prawie krzyknął Niall i z wrażenia usiadł na taborecie przy pianinie.
- Męczyłeś się. Na początku dziewiętnastego wieku nie było leku na gruźlicę – wyznał, podchodząc bliżej. Nie dotknął go jednak. – Pomogłem ci zasnąć. Zanim to jednak zrobiłem, użyczyłem ci mej krwi w zamian za twój czas. Dzięki temu żyjesz dzisiaj. A ja jestem obok ciebie, ponieważ po twoim pogrzebie zasnąłem na dwieście lat, by obudzić się teraz. By znów być z tobą. Bo jesteś taki sam, jak wtedy.
- A ty? – spytał Horan, podnosząc wzrok do góry. – Jesteś taki sam, jak wtedy?
- Kocham cię, jak wtedy – przyznał z delikatnym uśmiechem. – I pragnę wrócić do domu. Tylko ty możesz mi w tym pomóc.
- Bo jestem twoim zbawieniem – odparł spuszczając wzrok.
- Tak. Jesteś moim zbawieniem. – przyznał lokaty, chwytając go za podbródek i spoglądając w przejrzyste oczy. – Jesteś moją lepszą połówką. Moim skrawkiem nieba na ziemi.
Harry nachylił się i delikatnie musnął różowe wargi blondyna. Gdy ten go nie odepchnął, odważył się pogłębić pocałunek. Wziął w obie dłonie twarz Nialla i delikatnie przygryzł dolną wargę. Chłopak rozchylił usta i pozwolił mu wtargnął do środka, odwzajemniając pieszczotę.
Gdy zabrakło im tchu, Harry ucałował czubek nosa blondyna, po czym pozwolił wtulić mu się w brzuch. Przebiegł długimi palcami po jego jasnych kosmykach, a kąciki warg drgnęły ku górze. Znów go miał przy sobie. Takiego jak dawniej.
5.
Wraz z Louisem wracał przez park do domu. Oczy błyszczały mu z radości, a na ustach gościł przepiękny uśmiech. Niall śpiewająco zaliczył egzamin u profesora Johansena. A wszystko dzięki Harry’emu, który pomógł mu napisać niesamowity tekst do piosenki.
- Mówię ci. Był zachwycony – odezwał się podekscytowany blondyn, na co Tomlinson odpowiedział mu szerokim uśmiechem. – Będę musiał podziękować Harry’emu. To on pomógł mi z tekstem.
- Nie wierzę, że kumplujesz się z tym kolesiem – odparł szatyn.
- Jest w porządku – rzucił Horan i ruszyli dalej alejką. Nie wyznał przyjacielowi, co trzy tygodnie temu wydarzyło się w mieszkaniu lokatego. Wyśmiałby go lub wziął za wariata. Wystarczyło, że on wiedział, iż jest archaniołem i to on jest mu potrzebny. Nie ktoś inny. To za każdym razem wywoływało uśmiech na jego twarzy. Tak było i tym razem.
- Ej – usłyszeli przed sobą. Blondyn podniósł wzrok i zobaczył wysokiego bruneta, którego ciemne oczy wpatrywały się w nich ze złością. Spuścił więc oczy na swoje buty i ruszył dalej, chcąc go wyminąć. Nie potrzebował kłopotów, a ten mulat i towarzyszący mu koledzy, na pewno je zwiastowali.
- Do ciebie mówię, blondasie – znów usłyszał jego głos. Tamten chwycił go za ramię i spróbował się wyszarpnąć. Brunet jednak wyciągnął z kieszeni płaszcza nóż i wycelował nim w niego. – Dawaj forsę i komórkę. Ale już!
Louis skrył się za Niallem, a ten przerażony zaczął grzebać po swojej torbie.
- Pospiesz się – ponaglał go, rozglądając się dookoła. Chwilę potem między nich wpadła postać. Horan podniósł spojrzenie i zarejestrował burzę czekoladowych loków.
Harry zaczął szarpać się z mulatem, a blondyn wraz z przyjacielem cofnęli się. Lokaty chwycił za jeden z nadgarstków bruneta. Jego koledzy jednak szybko wkroczyli do akcji i odciągnęli go. Chłopak zamachnął się i srebrne ostrze utkwiło w brzuchu Stylesa, który odruchowo zgiął się w pół.
- Kurwa, Malik, pojebało cię! – krzyknął jeden z nich i pociągnął zszokowanego bruneta. – Spierdalamy, stary!
Odbiegli alejką, którą przyszli, a Niall podbiegł do leżącego na śniegu chłopaka. Zaniósł się szlochem, gdy spostrzegł plamę szkarłatnego płynu
- Harry – wydukał jego imię, odwrócił i ułożył jego głowę na swoich kolanach. Odgarnął z czoła czekoladową, kręconą grzywkę. Spod długich rzęs wyłoniły się lśniące, szmaragdowe tęczówki.
- Harry – powtórzył jego imię, a słona łza skapnęła na jego blady policzek. Wyciągnął ostrze i sięgnął do swojego białego szalika, chcąc nim zatamować krwawienie.
- Nie – powstrzymał go zachrypnięty głos Stylesa. – To ta chwila. Na mnie czas.
Lokaty powoli zaczął podnosić się do pozycji siedzącej. Oparł się obiema dłońmi na śniegu. Z pomiędzy jego ust wyrwał się przeraźliwy krzyk, który zmieszał się z grzmotem. Chwilę potem materiał ciemnego płaszcza rozdarły długie śnieżnobiałe skrzydła, splamione krwią – jak zawsze.
Niall podniósł się i cofnął, obserwując jak szkarłatny płyn zaczyna iskrzyć. Złociste drobinki uniosły się ku górze, a delikatny blask otulił skrzydła. Harry podniósł się na równe nogi i spojrzał w jasne oczy blondyna. Uśmiechnął się ciepło i podszedł do niego.
- Dziękuję – szepnął, gładząc go po zarumienionym policzku. – Będę cię strzegł tam z góry, przysięgam. A ty nie bój się żyć dalej, bo będę widział.
- Dobrze – odszepnął, czując jak łzy napływają mu do oczu. Nawet nie zdążył się nim nacieszyć. Ale coś za coś. On dostał od niego drugie życia. W zamian za cząstkę swojego czasu. Najwyraźniej już się skończył.
- Kocham Cię – wyznał jeszcze lokaty i ucałował go w czoło. Ostatni raz musnął opuszkami palców zarumieniony policzek i cofnął się kilka kroków w tył. Rozłożył długie skrzydła i wzniósł się ku niebu, gdzie przez ciemne, kłębiące się chmury, przebijała się smuga jasnego światła. Niall odprowadził wzrokiem anioła, dopóki nie zniknął miedzy chmurami.
- Co to… - do blondyna dotarł wyraźnie zszokowany głos Louisa. Spojrzał na niego i uśmiechnął się od nosem.
- Chodź. Wytłumaczę ci – wziął go pod ramię i ruszyli alejką. – Bo to długa historia i obejmuje kilka wieków.
6.
Wiosna przyniosła ze sobą piękne, słoneczne dni. Sprawiła też, że ponury nastrój, który dopadł Nialla całkiem niedawno – zniknął. Słońce przywołało na jego usta śliczny uśmiech, a nachmurzone tęczówki przybrały radosny, chabrowy odcień. Ulubiony odcień Harry’ego.
Wspominał go czasem. On w zamian odwiedzał go w snach, poprawiając humor lub po prostu pozwalając mu się wyżalić. Nie pokazywał mu się w pełnym majestacie – anielskich skrzydłach, aureoli i białej tunice. Raczej odwiedzał go jako zwyczajny chłopak. Tak jak go zapamiętał. I zgodnie z jego prośbą – żył dalej. Poznawał ludzi, dalej się uczył, próbował zakochać.
Westchnął, wyglądając przez okno biblioteki. Spojrzał na błękitne niebo przyozdobione puchatymi chmurkami. Wydął usta w dziubek i ponownie spojrzał na tekst książki, którą miał przeczytać.
- Znów myślisz o Harrym – odezwał się Louis, stając przy stoliku.
- Nie prawda – oburzył się blondyn.
- Proszę cię. Przyglądam ci się od piętnastu minut – prychnął szatyn. – Przez ostatnie pięć wpatrywałeś się w niebo. Myślisz o Harrym.
- Dobra. No już – mruknął, zamknął książkę i obaj skierowali się do wypożyczalni. Mijali jeden z działów, gdy usłyszeli jakiś huk. Przystanęli przy przejściu i ich spojrzenia zatrzymały się na chłopaku o brązowych włosach. Miał na sobie czarne dżinsy oraz granatową koszulę. Przykucał przy kupce książek, które mu wypadły i teraz próbował je poukładać.
Poczuł, jak ktoś lekko popycha go w stronę chłopaka. Nie opierał się, bo wiedział kto to. Ruszył więc w stronę nieznajomego, nie spoglądając za siebie. Najwyraźniej on chciał, by się spotkali. By go poznał.
Przykucnął przy stosiku książek i zaczął je zbierać. Podniósł wzrok i napotkał śliczne, sarnie oczy, które przyglądały mu się uważnie. Uśmiechnął się więc przyjaźnie i przedstawił.
- Jestem Niall.
- Liam. Liam Payne – odpowiedział chłopak i odwzajemnił jego uśmiech.
Louis przyglądał się temu z wysoko uniesioną brwią. Pokręcił z niedowierzaniem głową i już miał wołać przyjaciela, kiedy czyjaś dłoń zacisnęła się na jego ramieniu. Odwrócił wzrok i napotkał zielone oczy, otulone wachlarzem długich rzęs i skryte pod kręconą, czekoladową grzywką.
- Jego archanielskość – odezwał się zaskoczony szatyn, na co Harry uśmiechnął się.
- Archanielskość – powtórzył z rozbawieniem. – Jesteś całkiem zabawny.
Lokaty przeniósł spojrzenie z Tomlinsona na Nialla, który żywo rozmawiał z Paynem. Wcisnął ręce w kieszenie wiosennego płaszcza i przyglądał im się z nieukrywanym zadowoleniem.
- To twoja sprawka, prawda? – spytał Louis.
- Owszem, moja – przyznał się Styles i powrócił do szatyna. – Liam nie złamie mu serca. Jest dobrym chłopakiem. Niall będzie szczęśliwy. A jeśli on będzie szczęśliwy, to i ja też.
Ostatni raz obrzucił przelotnym spojrzeniem blondyna i odwrócił się na pięcie. Zanim jednak odszedł, pozostawił po sobie ślad – roziskrzone, śnieżnobiałe piórko, które chwilę później podniósł Niall, idąc wraz z Liamem do wypożyczalni.
- Wiedziałem – mruknął pod nosem i uśmiechnął, obracając piórko w palcach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz