Louis od zawsze kochał kwiaty. Nigdy nie wiedział dlaczego. Może, to przez to, jak piękne one są, albo przez ich zapach. Może to ich jasne kolory lub delikatne płatki. A może przez to, że każdy z nich ma inne znaczenie. Spędził godziny w ogrodzie w dzieciństwie ze swoją mamą, sadzając nowe i pytając ją o ich znaczenie. Często zrywał też jakieś dla niej, a ona zawsze mówiła mu, że kiedyś będzie miał szczęśliwy związek, jeśli dalej będzie tak romantyczny.
Teraz, śmieje się na te wspomnienia. Gdyby tylko jego mama wiedziała. Gdyby tylko wiedziała o jego ukrywanych siniakach, zadrapaniach, krwi. Gdyby tylko wiedziała o nadużyciach, z którymi zmagał się codziennie. Gdyby tylko wiedziała o jego chłopaku- Mitchu.
*
Mitch zaczął od słodkości. Był opiekuńczy i kochający. Oczarował go na ich pierwszej randce, pocałował go na progu, schlebiał mu i ich związek się zaczął. Zakochali się w sobie, zamieszkali razem i nigdy się nie kłócili. Mitch był wymarzonym mężczyzną Louisa.
Dopóki nie przestał nim być.
Dopóki jego temperament nie wyszedł spoza kontroli, dopóki nie zaczął wyładowywać swojej złości na Louisie, aż do tego pechowego wtorku, kiedy Louis zapomniał zabrać samochód spod sklepu i Mitch krzyczał na niego i uderzał go w twarz, sprawiając, że się potykał i starał się powstrzymać łzy.
Zawsze będzie pamiętał słowa, które Mitch powiedział po tym wszystkim – Nie mów nikomu. Nikt inny nie będzie cię kochał, Louis. Wiesz to.
I on wiedział.
*
Louis kocha kwiaciarnie. Są one piękne, domowe i perfekcyjnie pachną, a on mógłby spędzić godziny chodząc pomiędzy półkami z kwiatami. Kiedy odkrył nową kwiaciarnie, wiedział, że musi tam wejść. Jest miła, kwiaty są cudowne, wszystkie świeże i ładnie ułożone. Louis rozglądał się, wąchając róż, podziwiając lilie, dotykając stokrotek.
-Mogę ci w czymś pomóc? – rozległ się głęboki głos i Louis obrócił się by zobaczyć chłopaka z lokami, może rok lub dwa lata młodszego, uśmiechającego się pomocnie w firmowym fartuszku.
-Um, nie – Louis powiedział trwożnie, próbując przypomnieć sobie, kiedy stał się taki ostrożny z ludźmi. Tak naprawdę, wiedział bardzo dobrze.
-W porządku, jeśli będziesz czegoś potrzebował, jestem Harry i będę przy kasie, ok? – Harry powiedział i Louis uśmiechnął się, kiwając głową.
Patrzył trochę za długo, jak chłopak odchodził.
*
Louis nie płacze. Przyzwyczaił się. Przyzwyczaił się do nowych siniaków, nowych zadrapań, nowych cięć. Teraz, wiedział lepiej, że to rozwściecza Michta. I uczciwie? Nie był pewien, czy wie jak płakać.
Przyzwyczaił się do bólu. Wiedział lepiej, jak ukrywać blizny makijażem, wiedział, które koszule nie podwijają się w złą stronę. Przyzwyczaił się do tego. To działo się już od miesięcy.
*
Kiedy nie zrobił makaronu Mitcha perfekcyjnie tego wieczoru, został popchnięty na ścianę i zakrztusił się?
Ssie Mitcha w ramach przeprosin.
*
Zatrzymał się przy kwiaciarni następnego dnia, ponieważ zaczął myśleć, że kwiaty są jedyną rzeczą, która czyni go szczęśliwym. Ten chłopak, Harry, jest tam i macha do niego, kiedy wchodzi. Louis oferuje mu uprzejmy uśmiech i zatraca się w roślinach, wdychając ich zapach.
Po chwili rozglądania się, Harry podchodzi do niego i wskazuje na aranżację, na którą patrzył – białe goździki z barwionymi na różowo końcówkami – Te są popularne na pogrzebach. Białe goździki oznaczają pamięć, a różowy oznacza-
-Wdzięczność - przerywa Louis - tak, wiem.
Harry chichocze, ukazując swoje dołeczki w policzkach, – Więc, lubisz kwiaty? - zapytał i Louis wzruszył ramionami idąc w innym kierunku.
Harry podąża za nim i znajduje go mówiącego bez myślenia – Tak myślę. Zawsze je lubiłem. Są po prosu ładne.
-Prawda – Harry przytakuje – Szukasz czegoś dzisiaj, czy tylko się rozglądasz?
-Tylko patrzę – Louis odpowiedział, pochylając się by powąchać jeszcze jakieś.
-Lawenda – Harry komentuje – oznacza nieufność.
Louis prostuje się i porusza niezgrabnie, wiedząc, że zachowuje się nerwowo, ale nie może tego powstrzymać.
-Mmm – mamrocze i wskazuje na jakieś unosząc brwi w stronę Harry’ego.
-Groszek pachnący. Nieśmiałość – Harry odpowiada i Louis przytakuje.
-Mhm – mówi, wchodząc głębiej i wskazując na kolejne.
-Orchidee. Wyrafinowane piękno- Harry mówi mu, niezbyt subtelnie patrząc na niego.
Louis rumieni się i dalej idzie, pozwalając drugiemu pójść za nim. – Nieźle – mówi, słysząc śmiech Harry’ego.
-Wiesz, mój wujek nauczył mnie wszystkiego. A ty?- Harry pyta, spryskując parę doniczek sprayem.
-Sam się uczyłem. Biblioteka i takie tam.- Louis wyjaśnia.
-Huh. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto by wiedział tyle ile ja. – Harry uśmiecha się, a jego zielone oczy zamigotały.
Louis czuje lekkie trzepotanie w swoim brzuchu. Chociaż nie może, nie może tego czuć. Nie może pozwolić, by to się stało.
-Tak, uh, muszę iść, ale… do zobaczenia – jąka się, wychodzące sklepu i kierując się w dół ulicy.
Tęskni za Harry’m i nienawidzi siebie za to.
*
Mitch bije go i pieprzy tak mocno, że to boli, nawet wtedy, kiedy błaga go o to by przestał, to nie ma sensu. Drugi mężczyzna zasypia, podczas gdy Louis leży i rozmyśla o tym, czy Harry byłby delikatny z nim.
To jest śmieszne. Przecież jest z Mitchem i Mitch go kocha i nikt inny nigdy nie będzie.
*
- Nagietek. Ból lub smutek, lub pragnienie bogactwa. - Louis odpowiada, a Harry trzyma kwiatek. Młodszy chłopak śmieje się i przytakuje dumnie, wchodząc głębiej w przejściu.
-Dobrze, ale to było łatwe – mamrocze podnosząc do góry doniczkę z czerwoną chryzantemą.
-Dzielenie się miłością. – Louis mówi bez przerwy.
-A niech cię - Harry chichocze, odstawiając doniczkę.
Następnie podnosi doniczkę z hibiskusem i patrzy na Louisa z diabelskim uśmieszkiem.
-Rzadka piękność – Louis odpowiada, ale Harry kręci głową.
-Nie! To częsta pomyłka. Tak naprawdę, to delikatne piękno. – Harry mówi mu uśmiechając się łagodnie i dodaje – Niestabilność.
Policzki Louisa płoną, a on modli się by odciągnąć od szyi na chwilę jego golf, ale wie, że wtedy byłoby widać siniaki w kształcie dłoni.
Idzie do przodu szybko, koncentrując się na bukiecie plumerii, który oznacza nowy początek, przy oknie.
*
Gdy pierwszy raz Mitch uderzył go, Louis myślał, że przestanie. Myślał, że to przez stres w pracy. Ale on nigdy nie przestał. I nie ważne, co Louis zrobił, nie ważne jak bardzo go błagał lub próbował być silny, próbował krzyczeć - to tylko pogarszało sytuację. I Louis nie mógł z nim walczyć, był o połowę od niego mniejszy.
I wiedział, że powinien odejść, wiedział, że to była przemoc, ale gdzie do cholery miałby pójść? Nie mógł wrócić do rodziny, nie miał przyjaciół i nikt go nigdy nie pokocha. I, oczywiście, on kochał Mitcha. Kochał go całym swoim sercem. Tylko, nie wtedy, kiedy używał przemocy.
Więc Louis bardzo się starałby być takim, jakim chciał go Mitch.
*
Mitch mówi Louisowi, że chce by ten zrzucił parę kilo, ponieważ byłby wtedy ładniejszy. Louis przełyka gulę w swoim gardle i przytakuję, odpuszczając sobie kolację. Mitch całuje go głęboko i zabiera pod prysznic, mówiąc, że cały jest jego.
Louis prawie poczuł się kochany, dopóki Mitch nie mówi mu, aby posprzątał kuchnie, podczas gdy on ogląda mecz.
*
Harry wita go uściskiem i jedną fioletową lilią.
-Pierwsza miłość? - Louis pyta z uniesioną brwią.
-Pierwsze uczucie miłości. - Harry mówi z przymrużeniem oka i Louis pozwala się zaprowadzić na zaplecze, gdzie piją herbatę i rozmawiają o życiu.
Schyla się, by wziąć herbatnik, który Harry mu oferuje.
*
Louis często się wzdryga. Jest tak przyzwyczajony do przewidywania ciosów Mitcha, że najmniejszy ruch sprawia, że podskakuje, krzywiąc się. To przyprawiło go o kilka ciekawskich spojrzeń i stara się okiełznać to, ale nie może. Musi być przygotowany na to, kiedy Mitch będzie szczególnie zły
*
-Masz chłopaka? – Harry pyta, kiedy Louis się wygadał.
-Um, tak – odpowiada, wzruszając ramionami.
-Kochasz go? – Harry pyta, przycinając parę więdnących kwiatów.
-Tak. – Louis odpowiada trochę za szybko.
Harry posyła mu krzywe spojrzenie i odchodzi, prosząc go o pomoc przy podlewaniu kwiatów.
*
Louis zaczyna spotykać się z Harry’m coraz częściej. Zagląda do kwiaciarni prawie codziennie, kiedy jego zmiana w kawiarni się kończy, czasami zostając z Harry’m, zanim nie spóźni się do domu. To oznacza,że Mitch uderzy go albo popchnie na drzwi, ale to jest warte tego, by mieć to, co ma z Harry’m. A czym to jest, nie wie.
Rozmawiają o kwiatach przez większość czasu, ale czasami schodzą na inne tematy, jak szkoła czy literatura. Louis nie tęskni za iskrą w oczach Harry’ego, kiedy uczy się o nim czegoś nowego i na pewno nie jest świadomy tego napięcia między nimi, kiedy są za blisko siebie.
Ale on ma Mitcha i Mitch go kocha i nikt inny nie będzie.
*
-Chcesz dać swojemu chłopakowi jakieś kwiaty? – Harry pyta go pewnego dnia i Louis zagryza swoją wargę.
-Uh,jasne, tak – jąka się, rozglądając za jakimiś.
-Które chcesz?
-Er… - Louis cichnie, rozmyślając nad tym.
-Róże? Coś o twoim oddaniu? – Harry sugeruje, stojąc trochę za blisko niego, pozwalając Louisowi powąchać jego cynamonową wodę kolońską.
-Nie…białe tulipany. Daj mi białe tulipany – Louis mówi w pełni wiedząc, co robi.
-Przebaczenie? – Harry pyta sceptycznie z nieufnością w głosie. Otwiera usta by coś powiedzieć, ale Louis mu przerywa.
-Harry, po prostu. Białe tulipany – mruczy.
-W porządku –Harry przytakuje, odchodząc.
Louis powinien źle się czuć, ale. Nie czuje. Harry wie, co one znaczą, Louis wie co znaczą, ale Mitch nie wie.
*
Kiedy daje Miechowi tulipany, ten zabiera go na górę z błyskiem w oczach, którego Louis długo nie widział. Chichocze szczęśliwie, kiedy się całują i rozbierają siebie nawzajem, jest szczęśliwy widząc tego Mitcha, jego Mitcha, tego, który go nie bije. Seks jest wolny, mógłby raczej być nazwany kochaniem się i Louis czuje mocne bicie serca w klatce piersiowej, ponieważ może da się do wszystko jeszcze zmienić.
Ale kiedy później leżą w łóżku, Mitch pyta – Skąd masz te kwiaty?
-Z kwiaciarni, którą niedawno odkryłem – odpowiada, bawiąc się ich palcami w blasku nocy.
-Oh? Podoba ci się tam? – Mitch pyta i Boże, to pierwszy raz, kiedy zainteresował się życiem Louisa od dawna.
-Tak. Właściciel jest miły, rozmawiamy razem o kwiatach. – Louis mówi bez myślenia.
-To tam spędzasz tak dużo czasu? – Mitch pyta z chłodem w głosie, który jest za bardzo znajomy. Louis drży.
-Um. Tak.
-I ten właściciel cię lubi? – Mitch pyta, odwracając się by spojrzeć na Louisa, a jego oczy odzyskują ciemność.
-Ja, ja nie wiem? Może? To nie ma znaczenia, jest tylko przyjacielem- Louis jąka się, ale przerwano mu.
-Tylko przyjaciel. Uhu. Jestem pewien, że on chce mi cię ukraść. - Mitch mówi, wychodząc z łóżka.
-Harry nie próbuje mnie ukraść. - Louis trzęsie głową, wstając.
-Cóż, nie jestem głupi, Louis. Nie możesz więcej widywać się z Harrym. Masz zakaz chodzenia tam, słyszysz mnie?- Mitch podnosi swój głos i Louis czuje gniew budujący się w nim.
-Nie możesz mi zakazywać – mówi, ale pięść spotyka się z jego twarzą i upada na podłogę, krzycząc z bólu.
-Mogę i robię to. Nigdy więcej nie postawisz nogi w tym sklepie, rozumiesz? Masz byś posłuszny. - Mitch pluje i Louis płacze.
Podnosi się, by usiąść przy komodzie, ciężko oddychając, stara się nie syczeć, kiedy dotyka miejsca, które na pewno będzie pokryte fioletowym siniakiem w przeciągu kilku godzin.
-Rozumiesz mnie? – Mitch powtarza, rozwścieczony.
-Tak – Louis mówi łamiącym się głosem – Przepraszam.
-Tak lepiej – mężczyzna warczy – Nie powinieneś unieszczęśliwiać jedynej osoby, która cię kocha.
-Wiem – Louis szepcze.
*
Louis nigdy nie zdecydował, czy kocha Mitcha czy się go boi. Zakłada, że i jedno i drugie. Ponieważ on go kocha, ale nie tak jak powinien. Nie czuje motyli w brzuchu, nie czuję przyśpieszonego rytmu serca. Teraz jest po prostu posłuszny i przestraszony i bardzo,bardzo ostrożny. Jest wiele dni, kiedy chce odejść. Ale jest mnóstwo powodów, dlaczego nie może.
*
Louis nie powinien wracać do kwiaciarni.
Louis wraca do kwiaciarni.
Zakrył swoje siniaki makijażem, tak jak to robił wiele razy wcześniej i Harry promienieje, kiedy go widzi. Śpieszy przez pusty sklep (który jest prawie zawsze pusty) by wziąć go w ciasny uścisk, w który Louis z chęcią wpada. Wie, że nie powinien przywiązywać się do kogoś, kto go opuści, kiedy się dowie o jego problemach, ale… jest coś takiego w Harry’m.
-Cześć! Kwiaty spodobały się twojemu chłopakowi? –Harry pyta i Louis wie, że młodszy wyczuł jego nagłe spięcie.
-Tak-Louis kłamie w połowie, ale Harry go nie dociska.
-Dostałem nową przesyłkę – zaczyna, prowadząc Louisa przez półki – i zamówiłem coś specjalnie dla ciebie.
-Naprawdę? – Louis pyta zaskoczony, czując jak jego serce podskakuje.
-Tak, na pewno ci się spodobają. Chodź – Harry mówi, wskazując na piękny bukiet białych i żółtych kwiatów, na coś czego nigdy wcześniej nie widział.
-Och, Harry, są cudowne – mówi podnosząc je, by lepiej się przyjrzeć.
-Tak? Wiesz jak się nazywają? Co znaczą? – Harry pyta niecierpliwie i Louis potrząsa głową.
-Nie, nie wiem – mamrocze, odkładając je z powrotem.
-Aha! – Harry się śmieje, a Louis wywraca oczami.
-Oh, zamknij się. Powiesz mi? –pyta, żartobliwie go szturchając.
-Narcyz. Zazwyczaj oznaczają nieodwzajemnioną miłość, ale w klasycznej literaturze perskiej często oznaczają piękne oczy. – Harry informuje go, przybierając lekko różowe rumieńce.
Louis również się czerwieni, przesuwając niezręcznie i wąchając białe i żółte kwiaty –Więc, są bardzo piękne, Harry.
-Cieszę się, że ci cię podobają. Chcę, żebyś je wziął, dobrze? Jako prezent – Harry mówi i Louis czuje się winny.
-Ja, ja nie mogę – jąka się, krzywiąc.
-Tak, możesz-
-Nie, ja naprawdę nie mogę. – Louis twierdzi, przypatrując się Harry’emu, który robi się nagle przybity.
-Dlaczego? – młodszy chłopak pyta, przygryzając wargę.
-Ja..Ja tak jakby obiecałem Mitchowi, że nigdy tu już nie przyjdę – Louis przyznaje, wstydząc się i obgryzając swoje paznokcie.
-Obiecałeś? – Harry pyta zranionym głosem. Louis marzy by móc to cofnąć. Ale okłamywanie Harry’ego jest czymś czego nie chce robić.
-Tak, on. On jest bardzo nadopiekuńczy? – próbuje, ale Harry wygląda smutniej, i smutniej.
-Mhm – mruczy.
-Ja. Ja przepraszam Harry – Louis szepcze, ale Harry obraca się i udaje, że naprawia bukiet.
-W porządku. Idź do niego. Nie chcę, żeby się martwił – Harry mówi.
Louis powinien się sprzeciwić.
Louis się nie sprzeciwia.
*
Kiedy wraca do domu przygotowuje obiad dla Mitcha i specjalny deser, próbując zrobić wszystko dobrze. Ale większy mężczyzna tylko każe mu klęknąć, co robi szybko, wiedząc, że lepiej mu się nie sprzeciwiać. Mitch pieprzy jego twarz dopóki on nie płacze i krztusi się, a później kopie go wychodząc z pokoju.
Louis siedzi na podłodze przez długą chwilę.
*
Louis zatrzymuje się przed kwiaciarnią następnego dnia, ale nie wchodzi.
*
Mitch jest jeszcze bardziej niepohamowany, zostawia siniaki na nogach i klatce piersiowej Louisa, zadrapania na plecach. Louis robi wszystko, by być dla niego dobrym, sprawić by znów był miły, ale nie może. Mitch zawsze znajdzie powód by być na niego zły, by pieprzyć go mocno przy ścianie, by rzucić w niego szklankę podczas kolacji.
Louis odkrywa,że cały czas myśli o Harry’m, o jego miękkich, brązowych lokach, jego szmaragdowych oczach, jego różowych wargach. Myśli o jego śmiechu, trosce, i myśli, że może jednak było w nim coś, coś co mógł mieć, ale zmarnował swoje szanse.
Ale te myśli znikają, kiedy Mitch wchodzi do pokoju i każe mu się rozebrać.
*
Louis nie może pozostać z dala od Harry’ego, chociaż wie, że młodszy chłopak chce tego. Wstępuje do innej kwiaciarni by kupić hiacynt dla niego. Kiedy wchodzi do sklepu Harry zajmuje się roślinami, trzymając w ręce węża do podlewania.
-Te ładnie wyglądają – Louis mówi i Harry odwraca się z szeroko otwartymi oczami.
-Tak myślę – mamrocze, krzyżując ramiona na piersi.
-Ja, um – Louis jąka się, a jego policzki się czerwienią – Ja naprawdę przepraszam.
Harry wzdycha i idzie w jego kierunku. – Hiacynt? – pyta, unosząc brew, kiedy Louis wręcza mu kwiat.
-Szczerość – Louis wzrusza ramionami – Ponieważ to mam na myśli, Harry. Przepraszam.
-Czy możesz mi przynajmniej to wyjaśnić? – Harry pyta, przebiegając palcami przez swoje loki.
-Ja, uh- Louis znów się jąka – Nie?
-Nie? – Harry pyta i jego brew znów się unosi.
-Nie mogę, ja po prostu, ja – Louis stara się coś powiedzieć, ale Harry już zrezygnował, odchodząc by podlać inne rośliny.
-Do zobaczenia, Lou – mamrocze.
-Harry zaczekaj! – Louis mówi zanim zdaje sobie sprawę z tego co robi. Podchodzi i próbuje zignorować uczucie, jakby jego serce miało zaraz wybuchnąć, zamiast tego skupia się na optymistycznym spojrzeniu Harry’ego.
Bierze węża z rąk Harry’ego i pryska trochę wody na swoją dłoń, sięgając do swojej szczęki, gdzie był siniak jeszcze z przed kilku dni. Makijaż się zmywa i ukazuje siniaka, a on patrzy na Harry’ego nieśmiało, mając nadzieję, że zrozumie, bo Boże, nie dałby rady powiedzieć tego na głos.
-Mitch…?- Harry urywa, a jego głos jest cichy.
Louis kiwa głową i westchnięcie opuszcza jego usta mimowolnie.
-O kurwa-Harry wypuszcza zanim przyciąga Louisa do ciasnego uścisku, całując bok jego głowy – Tak mi przykro, przepraszam, cholera, przepraszam.
-Nie, nie zrobiłeś niczego złego, po prostu. Ja nie mogę go rozgniewać – Louis wyznaje w szyję Harry’ego, wdychając jego zapach i przywiązując się do niego.
-Wiem, wiem – Harry mówi – Boże, nic ci nie jest?
-Jest w porządku, Harry – Louis wzdycha, odciągając się by spojrzeć na Harry’ego.
-Ja. Jak często on. To znaczy – Harry próbuje zapytać i Louis się krzywi.
-Nie rozmawiajmy o tym – mamrocze
Harry wygląda jakby chciał się sprzeciwić, ale zamiast tego bierze rękę Louisa (co może tak, a może nie sprawia, że jego serce trzepocze) i prowadzi go przez rzędy kwiatów. Zatrzymuje się przed astrami, ucinając kilka i wiąże je sznurkiem, wyciągniętym z fartuszka.
Wręcza je Louisowi, który się delikatnie uśmiecha. – Zaufanie?
-Zaufanie. Także zrozumienie i zadowolenie. Mogę ci to dać, wiesz to– Harry mówi, wzruszając ramionami. Louis wącha mały bukiecik, spoglądając na purpurowe płatki na wierzchu.
-W porządku – szepcze.
*
Harry pomaga mu zakryć siniaki kolejny raz i pozwala mu wyjść, wiedząc, że musi być w domu przed Mitchem. Zanim musi już pozwolić mu odejść, przytula Louisa ciasno i nie puszcza przez moment.
-Jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebować, przyjdź tutaj, jasne? Mieszkam w mieszkaniu nad kwiaciarnią, więc jestem tutaj cały czas. Jeśli będziesz mnie potrzebować, proszę, przyjdź. – Harry mówi mu i Louis wzdycha.
-Wiesz, że nie mogę. Zabiłby mnie – Louis mówi.
-Ochronię cię – Harry zapewnia, pocierając jego plecy.
-Zabiłby ciebie i potem mnie – Louis mamrocze z żalem odciągając się od Harry’ego by zobaczyć łzy w jego oczach. Dziwnie się czuje, gdy to ktoś inny płacze, a nie on.
-Cholera, po prostu. Przyjdź jutro, proszę. Muszę wiedzieć, że nic ci nie jest. Musisz przyjść by mnie zobaczyć – Harry błaga z desperacją w oczach.
-Przyjdę. Obiecuję – Louis kiwa głową, podejmując ryzyko i całując Harry’ego w policzek.
-W porządku. Idź, nie chcesz się spóźnić – Młodszy chłopak mówi, rumieniąc się.
-Nie, nie chcę – Louis wzdycha.
*
Mitch nie jest tak zły tej nocy i Louis ma tylko mały siniak na nadgarstku następnego dnia. Wstępuje do kwiaciarni zaraz po swojej zmianie w kawiarni i natychmiast jest porwany w łamiący kości uścisk.
-Oh, Boże, jesteś cały, tak bardzo się martwiłem, ja tylko – mówi chaotycznie, przerywając, kiedy się odsuwa by zbadać Louisa – Skrzywdził cię?
-Nie- Louis mówi i to nie do końca kłamstwo, tak myśli.
-Nie? – Harry pyta, niezbyt przekonany.
-Nie za bardzo - Louis odpowiada, podchodząc do stołu by obejrzeć nową aranżację.
-I co to znaczy? – Harry pyta, podążając za nim.
-To znaczy, że nie chcę o tym rozmawiać, Harry. Możemy po prostu to pominąć? – Zapytał patetycznie, zaciskając powieki i próbując przystopować rytm swojego serca.
-Nie mogę tego pominąć, Louis, on cię krzywdzi i-
-I mnie kocha! - Louis przerwał głośno - Kocha mnie i ja kocham jego i muszę z nim zostać.
Cisza panuje przez moment, zanim Harry zapytał – Dlaczego?
-Ponieważ nigdy nie znajdę nikogo innego – Louis szepcze bawiąc się zwiędłym liściem.
-Ale…
-Zostaw to. Robimy ten bukiet róż na ślub, czy co? – pyta odzyskując spokój i obracając się do Harry’ego wyczekująco.
-Ja, uh, tak – Harry jąka się, idąc na zaplecze.
Louis podąża za nim i robią bukiety bez rozmów, tylko słuchając radia i posyłając ukradkiem sobie nawzajem spojrzenia.
*
Louis przychodzi następnego dnia i następnego. Jest przerażony tym, że Mitch mógłby to odkryć, ale nie może pozostać z dala od Harry’ego, nie może. Harry jest wszystkim, czego pragnie, czego potrzebuje nawet jeśli posiadanie tego jest niemożliwe.
Powoli zaczyna czuć się przy nim bardziej komfortowo, zaczyna pozwalać mu zbliżyć się. Nie za bardzo, ponieważ nie chce żeby odszedł, ale bardziej niż komukolwiek innemu. Nie martwi się podwiniętymi rękawami, tym, że Harry widzi jego siniaki. Nie wstydzi się, kiedy Harry sięga do czegoś, ale wzdryga się szybko, zauważając smutne spojrzenie na twarzy drugiego. Już się nie przejmuje, gdy Harry go dotyka czy to ręką na plecach, potarciem ramion czy uściskiem dłoni.
Ponieważ Harry jest delikatny i miły i opiekuńczy i bardzo, bardzo specjalny. Louis mógłby słuchać go do końca życia i nienawidzi opuszczać go każdego dnia by wrócić do Mitcha, który jest jego absolutnym przeciwieństwem.
Ale Harry sprawia, że się uśmiecha, witając go codziennie z nowym kwiatem i wyjaśnieniem, które zazwyczaj już zna. Mieczyki dla wytrzymałości,ostróżki dla pięknej duszy, słoneczniki dla adoracji. Za każdym razem Louis rumieni się i dziękuje Harry’emu pocałunkiem w policzek, zanim zaczną swoją popołudniową pracę.
*
Louis zapomina kupić chipsy wracając do domu i Mitch bije go mocno w brzuch i zostawia go zwiniętego, błagającego o powietrze.
*
Chodzenie, ruszanie się, oddychanie sprawia ból. Wszystko boli, ale Louis dalej idzie by zobaczyć się z Harry’m, ponieważ musi się z nim spotkać. Harry przytula go mocno, a on krzyczy z bólu, sprawiając, że młodszy natychmiastowo się cofa.
-Jak bardzo cię skrzywdził? Cholera, Louis, co ci jest? – Harry pyta a Louis tylko opiera się o ścianę, próbując oddychać.
-Nie wiem – jąka się – chyba mam złamane żebra.
-Lou,Boże, zabieram cię do szpitala – Harry mówi i Louis zaczyna panikować
-Nie, nie, nie – protestuje, ale Harry tylko wzdycha i cofa się o krok by wziąć kilka małych, różowych kwiatków.
-Tak – Harry mówi, wręczając mu ładnie pachnące kwiatki – Leczenie. Tak?
-Czytałem, że dzika róża znaczy słodkość – Louis komentuje, starając się nie ruszać za bardzo.
-Też. Chodź, kochanie – Harry mówi, chwytając jego dłoń i prowadzi go ostrożnie do drzwi.
*
Louis był już parę razy w szpitalu odkąd Mitch zaczął nadużywać przemocy. Raz ze zwichniętym nadgarstkiem, później ze wstrząsem mózgu. Za każdym razem kłamał i mówił, że upadł i oni prawdopodobnie nie wierzyli mu, ale nie naciskali. Louis był wdzięczny, ponieważ nikt nie mógł się dowiedzieć.
*
Jego żebra są rzeczywiście złamane.
Lekarz owija je i informuje go o opiece, przepisując środki przeciwbólowe. Kiedy pyta Louisa jak się zranił, Louis nie waha się by odpowiedzieć – Spadłem ze schodów.
-Spadłeś – doktor pyta, unosząc do góry brew – To wygląda raczej jakby ktoś cię pobił, siniaki koncentrują się w jednym miejscu. Jesteś ze mną szczery?
Louis spogląda na Harry’ego i wie, że jest zawiedziony, ale… On nie może tego zrobić.
-Tak, uderzyłem się w barierkę, dlatego to tak wygląda –odpowiada.
Nikt mu nie wierzy, ale nie naciskają.
*
Harry podwozi go z powrotem do mieszkania i całuje w policzek zanim musi się śpieszyć do mieszkania, nie chcąc by go zobaczono. Mitch jest już w domu i serce Louis podskakuje widząc jak spaceruje.
-Spóźniłeś się – komentuje od niechcenia, ale Louis wie, że jest inaczej.
-Przepraszam – Louis mówi.
-Znowu byłeś w tej kwiaciarni? Z Harry’m? – Mitch pyta, krzyżując ramiona.
-Nie –Louis szepcze, cofając się, dopóki nie natrafia na ścianę.
-Więc, gdzie byłeś? – pyta Mitch, podchodząc bliżej z grozą w oczach.
-W szpitalu- Louisowi udaje się powiedzieć, czując jak strach go paraliżuje, gdy Mitch kładzie ręce z każdej strony jego głowy.
-Po co? – pyta, unosząc brew.
-Złamałeś wczoraj moje żebra. Doktor musiał je oglądnąć. – Louis odpowiada, unikając kontaktu wzrokowego i przekrzywiając głowę w bok.
Mitch podchodzi bliżej, dopóki Louis nie jest całkiem uwięziony. – I co im powiedziałeś, że się stało?
-Spadłem ze schodów – Louis odpowiada mu zdesperowany.
-Racja, spadłeś – Mitch odpowiada, odsuwając się i odchodząc bez słów.
Louis opada na ścianę i zastanawia się, kiedy stał się pusty w środku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz