Okej, więc to prawdopodobnie nie jest pierwszy raz, kiedy Louis chce umrzeć z zażenowania.
Nie, zdecydowanie nie. Pierwszy raz był, kiedy Jay weszła do pokoju, podczas gdy Louis obściskiwał się ze swoim pierwszym chłopakiem, Nathanem, po czym odbyła z nimi długą rozmowę na temat istoty bezpiecznego seksu. Nie mógł na nią spojrzeć przez tygodnie, a Nathan omijał jego dom pięćdziesięcioma jardami przez cały miesiąc. Więc to nie jest pierwszy raz, kiedy chce umrzeć z zawstydzenia.
Ale z pewnością jest to pierwszy raz, kiedy ma wrażenie, że to naprawdę mogłoby się stać. Śmierć. Z upokorzenia.
Co pchnęło go do podania Liamowi, pięknemu piekarzowi, swojego numeru – nie miał pojęcia. Mogły to być te trzy i pół zdania, które ze sobą zamienili lub fakt, że podświadomie stwierdził, że nie zawstydził się wystarczająco po wylaniu wody na koszulkę Liama i śmianiu się z tego jak kompletny dupek.
To prawdopodobnie była wina Liama i jego niedorzecznie uroczego wdzięku. Obwinianie go wydawało się najlepszym rozwiązaniem. Dla Louisa było to łatwiejsze, niż przyznanie się, że jest żałosnym odstępstwem od istoty ludzkiej.
Co, swoją drogą, dochodzi do niego z zaskakującą oczywistością, kiedy niepewnie stoi przed drzwiami piekarni następnego poranka. Jest idiotą i udowadnia to przez stanie tam. A teraz będzie musiał wejść, bo w innym wypadku Liam pomyśli, że Louis jest walniętym prześladowcą… co jest niemal prawdą.
Naprawdę, było coraz gorzej – Louis przez chwilę myślał, że Liam naprawdę do niego zadzwonił, kiedy po powrocie do domu zauważył nieodebrane połączenie od nieznanego numeru. Potrzebuje psychiatry. Albo drinka. Prawdopodobnie obu tych rzeczy.
Ale oczywiście Liam stoi tuż za ladą, wyglądając tak smakowicie, jak jedna z muffin jagodowych na wystawie, i uśmiecha się w niesamowity sposób prosto do Louisa. – Dzień dobry – wita – w czym mogę pomóc?
- Um… - I oczywiście, to jest sekunda, w której usta Louisa postanawiają stać się suche jak pustynia, a jego język jest bezwładny i bezużyteczny. Zupełnie jak cała reszta jego ciała.
Uśmiech Liama nieco mięknie i chłopak odwraca się, sięgając po kubek stojący na ladzie za nim. – Herbata Yorkshire, tak? – pyta, kładąc kubek przed zszokowanym Louisem.
- T-tak. Tak. I – przerywa, widząc, jak Liam przesuwa w jego kierunku muffina z jagodami. Louis się rumieni. – Dzięki.
Liam wciąż się uśmiecha, podając Louisowi już wydrukowany paragon, gdy chłopak odlicza kwotę, pięć pięćdziesiąt, którą zawsze płaci. Louis odwzajemnia uśmiech, rzucając pieniądze na rękę Liama. Ich palce się ocierają i Louis zostaje uderzony śmieszną, szaleńczą potrzebą pociągnięcia ręki Liama i pocałowania go ponad ladą. Lub zlizania soku z jagód z jego palców.
Ale tego nie robi. Zamiast tego bierze herbatę i muffina (nadal ciepłego, jak zwykle, i niesamowicie pachnącego) i wyrywa się w kierunku drzwi. Ale zanim tam dociera, wyodrębniony głos krzyczy – Miłego dnia – i Louis się odwraca.
Odwraca się idealnie, by powiedzieć – Wzajemnie – do wyglądającego niemal na pełnego nadziei Liama i idealnie, by uderzyć w futrynę drzwi.
I, cholera, to nie bolało tak bardzo, ale nagle nie potrafi oddychać, ponieważ jest tak bardzo zażenowany. Z płonącymi uszami odwraca się z powrotem do drzwi i wybiega za nie.
Więc, tak. Louis mógłby tym razem naprawdę umrzeć. Jego ręce trzęsą się tak bardzo, że kiedy przekracza ulicę i próbuje odłamać fragment muffina, by wsunąć go do ust, kawałek wypada mu z ręki na chodnik. Przez chwilę smętnie się niego wpatruje, po czym bierze łyka swojej herbaty. I ponieważ wydaje się, że los chce zamienić jego dzisiejszy dzień w piekło, przypadkowo przechyla kubek za bardzo i strumień gorącej herbaty uderza w jego język, jakby ktoś użył na nim miotacza ognia.
Louis wzdycha, tak jak zwykle, kiedy dociera do drzwi klubu, ale tym razem z większym uczuciem. Paul posyła mu umiarkowanie niezainteresowane spojrzenie i krzyżuje ramiona na klatce piersiowej. – Znasz zasady – mówi, co sprawia, że grymas Louisa się powiększa.
- Paul. Pracuję tutaj już od półtora roku. Noszę najwęższe spodnie na świecie. Myślę, że powinieneś zaufać mi, że nie mam broni lub być w stanie zauważyć, jeśli bym ją miał.
- Lou – ostrzega niezbyt poważnie. Grozi naprawdę tylko, kiedy wyrzuca kogoś za bycie hałaśliwym lub agresywnym. Tęgi Irlandczyk jest tak naprawdę pluszowym misiem przez całą resztę czasu. Ale Louis narzeka, by ułatwić proces wchodzenia. W ten sposób może pójść do baru i napić się nieco Irlandzkiej whisky Nialla (lub wystarczająco, by sprawić, że wspomnienia z ostatnich dwudziestu czterech godzin znikną z jego umysłu).
Opróżnia kieszenie na stół przy drzwiach, by Paul mógł udać, że je przegląda. IPhone, portfel, paragon z piekarni. Nic szcegól-
Chwila.
Louis porywa paragon ze stołu, otrzymując zdziwione spojrzenie od Paula. Ignoruje je, ponieważ pognieciony kawałek papieru w jego ręce zostaje rozwinięty i przygładzony. I, właśnie tam, napisane niebieskim tuszem.
Imię Liama. Napisane dokładnie, tuż nad dziesięcioma cyframi, jakby znaki obawiały się rozdzielenia, skupiając się razem dla otuchy na jałowej stronie paragonu.
Niekomfortowy, z pewnością idiotyczny uśmiech ukazuje się na twarzy Louisa. Ostrożnie składa kawałek papieru i wsuwa go do portfela. Praktycznie jest w stanie poczuć, jak Paul przewraca oczami, ale to standardowa procedura. Louis naprawdę ma większe problemy.
Jak na przykład życzenie sobie z całych sił, by Liam pojawił się tego wieczoru w barze.
Nie krzyżuje palców pod ladą za każdym razem, kiedy ma do tego okazję. Zdecydowanie nie. Nie zrobiłby tego. To byłoby dziecinne. I głupie.
Nie trzeba mówić, że kostki jego dwóch pierwszych palców w obu rękach bolą, kiedy zauważa Harry’ego przy drzwiach. Zdrożne spojrzenie na Louisa i pociągnięcie za rękaw chłopaka stojącego za nim – Liama, co Louis uświadamia sobie ze wstrząsem (tak, to zadziałało!) – mówi mu, że jego dziecinność i głupota na coś się zdały.
Obolałość zostaje odsunięta, kiedy znajomy biznesmen potrząsa szklanką martini przed twarzą Louisa, prosząc o kolejną kolejkę w tym samym czasie, kiedy Niall wykrzykuje zamówienie rundy wódki z tonikiem, a dziewczyny przy barze w króciutkich spódniczkach proszą o cosmopolitany.
Przez chwilę się w tym zatraca, niemal ciesząc się z dekoncentracji. Wiedząc, że Liam tutaj jest, siedząc przy barze, gdy Louis wrzuca dodatkową oliwkę do drinka biznesmena – jest tutaj często i Louis wie, że lubi dirty martini – wydaje się denerwować go bardziej. Nie jest pewien, czy reakcja na gafę z poranka przeszła już z zażenowania na rezygnację. Jego trzęsące się ręce zdecydowanie głosują na nie.
Cytryny zostają nałożone na wypełnione tonikiem szklanki, a Niall zerka na niego ze zdziwieniem, gdy przychodzi po drinki. Niebieskie oczy nie pominą niczego, mimo że chłopak układa szklanki na tacce. – Nie płacę ci za zachowywanie się jak nastolatka, Tommo.
- Wcale mi nie płacisz, tak właściwie. Płaci Simon, pamiętasz? – odpowiada, ale Niall już odchodzi, znikając w tłumie wirujących do ciężkiego bitu ciał. Ten chłopak jest zagadką – młodszy od Louisa o dwa lata, ale nadal jego przełożony. I trzyma whisky lepiej niż Louis… ale to prawdopodobnie przez bycie z Irlandii.
Nie wspominając już, że wydaje się czytać w myślach.
Louis nie spieszy się z cosmo’ami, powoli wrzucając lód do shakera, próbując zignorować wzrok, który czuje na swojej twarzy. Nie idzie mu to zbyt dobrze, biorąc pod uwagę, że jego kark powoli się nagrzewa, zaczynając od kołnierzyka i zmierzając w kierunku linii włosów.
Nie może znieść tego zbyt długo. Jego wzrok ciągnie ku Liamowi, a ręce trzymające shaker rozlewają drinka.
Chłopak szybko odwraca wzrok od Louisa, jakby próbował ukryć, że patrzył; jego policzki rumienią się na różowo. Ale wydaje się lepiej to przemyśleć, kiedy nieśmiałe spojrzenie unosi się z powrotem, by spotkać wzrok Louisa.
Uśmiecha się jednostronnie i, och, stary. Louis jest stuprocentowo pewien, że jest to jedna z najbardziej niesamowitych rzeczy, jakie widział. Prosty fakt, że Louis jest pewien, że uśmiech ten jest właśnie dla niego, tylko polepsza sprawę.
Po dostarczeniu drinków do dziewczyn, odrzuca wszelkie pozory. Przełyka ślinę i idzie w kierunku Liama, jakby to nie było nic wielkiego.
A Liam wciąż się uśmiecha, co Louis przyjmuje jako dobry znak. Obserwuje, jak Liam przygryza wargę. – Jak tam twoja twarz?
Louis czuje, jak jego policzki płoną, ale to nie powstrzymuje jego wybuchu śmiechu. – Dobrze, dziękuję. Myślałem, że nigdy z tego nie wyjdę, ale oto jestem.
Palce Liama splatają się i rozplatają na ladzie, ale jego oczy wciąż rozświetla rozbawienie. –Jak dla mnie nadal wygląda dobrze – stwierdza.
Brwi Louisa się unoszą i chłopak lekko pochyla się nad barem, gdy wzrok Liama opada na jego ręce. Jego twarz rumieni się bardziej, a Louisa cieszy to zdecydowanie w zbyt dużym stopniu. – Naprawdę? – pyta Louis, a na jego usta przykleja się szeroki uśmiech.
Ignoruje krzyk Nialla o kolejce jakiegoś koktajlu oraz dwa inne, by ujrzeć sposób, w jaki brązowe oczy Liama przebiegają po jego twarzy, zanim zatrzymują się na jego niebieskich. – Zdecydowanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz