Louis oszołomiony wywleka się z piekarni, delikatnie trzymając muffina w palcach lewej ręki, podczas gdy herbata znajduje się w drugiej.
Sposób, w jaki Liam spojrzał na niego tego ranka – roztopiona czekolada, ciepły piekarnik, kruchy, słodki uśmiech – sprawia, że wydaje się, że całe to jego idiotyczne zachowanie jest tego warte. I również uświadamia mu to, że Liam sprawia, że myśli metaforami związanymi z pieczeniem, co również jest jakimś znakiem.
Ale i tak nie może znieść tego nikłego uczucia odrzucenia. To śmieszne, wie o tym. Ale… ale może miał na dzieję na jakiś mały liścik jak ten, który dostał wczoraj, ten z numerem Liama (numerem, który zapisał w telefonie niemal natychmiastowo; tym, którego szukał w kontaktach ponownie i ponownie zeszłej nocy, zanim zasnął o jakiejś okropnej godzinie nad ranem).
Louis gwałtownie wgryza się w swojego muffina, przekraczając ulicę, nawet nie rozglądając się ani nie patrząc, co je. Ma usta pełne serwetki i nie jest jej ani trochę blisko smakowi jagód, którego oczekiwał. Jest niesmaczna i papierowa.
Odchrząka i zatrzymuje się na środku ulicy. – Jezu – mówi i wypluwa kawałki papieru na drogę. Zirytowany odrywa cienką, nasączoną sokiem serwetkę od muffina i gromi ją wzrokiem.
Pisk wydobywa się z jego ust, a wzrok łagodnieje, mimo że kierowcy niecierpliwie uderzają w klaksony.
Twoje spodnie są czerwone,
Twoje oczy niebieskie,
jagody są słodkie
Ty też taki jesteś.
- Liam xx *
To może być najbardziej tandetna rzecz, którą Louis kiedykolwiek widział.
Uwielbia ją.
Chce wrócić i powiedzieć Liamowi, jak bardzo – ale może w ogóle nie mówić. Wolałby przycisnąć go do lady i obdarować pocałunkami jego policzki i szyję, i usta, jak chrupki czekoladowe na szczycie ciasteczka, jak jagody, które Liam miesza z ciastem na muffiny. Chce podziękować mu za liścik swoimi palcami i łomoczącym z podekscytowania sercem.
Ale nie może. Bo musi iść do pracy.
Louis uśmiecha się do liściku po raz ostatni, zanim uważnie go składa i wsuwa do portfela. Serwetka znajduje się obok paragonu ze wczoraj i na całych jego palcach i portfelu będzie sok z jagód, ale Louisa to nie obchodzi.
Wkłada portfel z powrotem do tylnej kieszeni i przyrzeka sobie, że tym razem zadzwoni do Liama. Nie ulegnie ponownie strachowi. Tym razem się przełamie.
Tym, czego nie planuje, jest cała noc, którą ma przed sobą. Okazuje się być czymś podobnym do wyobrażeń Louisa o piekle, włączając chichoczące kobiety-demony w średnim wieku i niemal katastrofalny ogień, kiedy ręka osuwa mu się podczas zapalania drinka. Prawie wdaje się w bójkę z dwudziestokilkulatkami i zostaje oblany drinkiem przez kobietę zalecającą się do niego i nadal nie pojmującą, że nie jest zainteresowany.
Niall posyła mu spojrzenia, które mają być chłodne i pełne wściekłości, ale pokazują jedynie jego nieumiejętnie skrywaną ciekawość. Dziś daleko mu do doskonałości i mimo że jest przełożonym Louisa, jest również jego przyjacielem. Był zbyt zuchwały i zabawny, i zbyt kochający, by być kimkolwiek liczącym się mniej.
Ta strona, ta zamartwiająca się strona, pojawia się około pierwszej nad ranem. – Dobrze się czujesz, Lou?
Louis wzrusza ramionami i nie odrywa spojrzenia od szkockiej, którą nalewa temu dzianemu dupkowi. Zastanawia się, czy Harry go zna. – W porządku – odpowiada krótko. W tej chwili nienawidzi każdej sekundy, którą spędził za barem, nienawidzi każdego klienta, którego kiedykolwiek obsłużył, nienawidzi siebie za podejmowanie się tej pracy, z którą musi się zmagać każdej nocy. Łypią na niego oczami i musi słuchać historii, których słuchać nigdy nie miał zamiaru, a ludzie traktują go jakby był sługą, pstrykając na niego palcami i machając, i nigdy nawet nie kłopocząc się, by poznać jego imię.
Niall obserwuje go, gdy zanosi szkocką mężczyźnie i jego oczy przyciągają Louisa z powrotem jak magnesy. – Jesteś pewien?
Louis posyła mu spojrzenie, o którym ma nadzieję, że sprawdza się w przekazaniu jego braku ochoty na rozmowę o tym. Wyjmuje ścierkę spod lady i wyciera truskawkowe daiquiri, które Stara Jędza #1 rozlała godzinę temu.
Może był zbyt surowy. Jego praca nie jest całkowicie zła – niektóre osoby, które poznał, były naprawdę interesujące; ludzie z rodzinami i dziećmi, i historiami o wojnie, i historiami o miłości, i ludzie, którzy mówili do niego po imieniu. I z pensji płacił za mieszkanie, nieważne, jak ohydne ono było. Nawiązał tutaj znajomości, szczególnie z Niallem.
A gdyby tu nie pracował, nie miałby wymówki, by rozmawiać z Liamem. Jeśli nie musiałby chodzić tą drogą do pracy, mijając piekarnię, może nawet nigdy by go nie poznał, nigdy nie zatopiłby się w czekoladowych oczach i zarumienionych policzkach. A myśl o tym jest nieco straszna.
Nawet bardziej przeraża go fakt, że nie chce wyobrażać sobie co by było, gdyby nie znał Liama.
Louis rzuca ścierkę na lakierowaną powierzchnię i przyciska dłonie do zmęczonych oczu, wzdychając. – Przepraszam, Ni, to był po prostu naprawdę długi dzień. – Tak naprawdę nie zastanawiał się nad tym wcześniej, ale wycieńczenie go przytłacza, ciężko osiada w zagnieceniach jego ubrań i jego zmarszczonym czole.
Usta Nialla są zaciśnięte, kiedy Louis spogląda na niego z powrotem. Wzdycha, jakby Louis sprawiał mu nadmierny kłopot (co zbytnio nie odbiegałoby od normy), idzie do końca baru i otwiera drzwiczki. Louis patrzy, nie rozumiejąc, dopóki Niall nie odpina guzików przy rękawach i nie podwija ich do góry. – Nie, Ni, wszystko w porządku.
- Idź do domu, Lou. Wyglądasz okropnie, kiedy brakuje ci słodkiego wypoczynku – żartuje, a szeroki uśmiech wymazuje już i tak mało entuzjastyczne groźne spojrzenie z jego twarzy. – Zupełnie jak teraz.
- Jesteś pewien? – upewnia się słabo Louis, wykończony na tyle, że nie chce się o to kłócić.
Niall już zdejmuje kufle z półki. Posyła Louisowi znaczące spojrzenie. – Oczywiście, że jestem pewien. Wynoś się stąd, głupku.
Louis przełyka swoje podziękowania, czując jak bardzo jest wdzięczny, bo wie, że Niall nie chce tego słuchać; klepie Irlandczyka po ramieniu. Niall się uśmiecha i popycha go łokciem w stronę drzwi.
Jakimś sposobem udaje mu się dotrzeć do domu, nie odpływając po drodze. Klucze wesoło dźwięczą w zamku i wydają zduszony dźwięk protestu, kiedy Louis zrzuca je ze skrzypiącego, pokrytego listami stolika w holu. Zsuwa swoją starą, szarą czapkę z głowy i rzuca ją na ziemię, nie chcąc się nią martwić, i wchodzi do sypialni.
Opada na łóżko jak z gumy i odpływa gdy tylko jego głowa uderza o poduszkę; jego buty nadal ciasno przylegają do stóp, które luźno zwisają z krańca materacu.
Następnego ranka budzi się z niemal-śpiączki z zaschniętą śliną w kąciku ust i dużo lepszym nastawieniem.
Aż uświadamia sobie, ze wstrętnymi promieniami słonecznymi uderzającymi go prosto w twarz przez okno sypialni, że jest spóźniony do pracy.
W drodze wypowiada tyle przekleństw, ile jest w stanie wymyślić, próbując zignorować skurcz żołądka, kiedy przechodzi obok piekarni Liama, nie zatrzymując się.
Ale wkłada ręce do kieszeni i ściska swój portfel, jakby przez startą skórę był w stanie wyczuć liścik, który zostawił mu wczoraj Liam. Niebawem, niebawem wydają się szeptać jego kroki na chodniku. Wierzy im. Więc się uśmiecha.
* W oryginale to się rymuje. Możecie zerknąć i jeśli przyjdzie wam do głowy jakieś lepsze tłumaczenie, piszcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz