piątek, 15 listopada 2013

13

Ku mojemu rozczarowaniu lot nie trwał zbyt długo. Nie zdążyłem nawet nacieszyć oczu widokiem nieba z tej cudownej perspektywy. Władały mną przesadny spokój i pewność, że wakacje spędzone w Londynie będą niezapomniane. Czyż to nie przesadny optymizm? Na moich udach przez cały czas leżał zniszczony szkicownik. Przywiązałem się do zapachu grafitu i choć nie zależało mi na rysunkach, zabierałem go ze sobą wszędzie. To zabawne, jak bardzo można przywiązać się do rzeczy martwej. Kilka minut po tym jak samolot wylądował, odebrałem swoje bagaże. W tłumie oczekujących zauważyłem Liama. Odrobinę zmężniał. Czy to dobre słowo, by opisać dziewiętnastolatka? Jego błękitna koszulka idealnie kontrastowała z ciemnymi tęczówkami. Uśmiechnąłem się na jego widok. Tęskniłem za tym przesadnie rozsądnym chłopakiem. Tuż obok niego stała wysoka szatynka. Jej drobniutko kręcone, brązowe włosy opadały z nieładem na wątłe ramiona. Nie zdążyłem nawet do nich podejść, bo gdy tylko wyłoniłem się zza pleców jakiegoś wysokiego jegomościa mój kuzyn podbiegł do mnie i entuzjastycznie mnie przytulił. Zaśmiałem się, gładząc otwartą dłonią jego plecy.


- Dotarłem w jednym kawałku. - zakomunikowałem dumnie i szeroko się uśmiechnąłem. Liam spojrzał na moją twarz i odwzajemnił gest. Zawsze powtarzał, że mój akcent bywa naprawdę zabawny. Był podekscytowany, tęsknił za mną. To dla mnie coś nowego.

- Fajnie, że jesteś. Umm, tak. Poznaj moją Danielle. - zwrócił spojrzenie ku szczupłej dziewczynie, a ja ponownie zerknąłem w jej stronę. Posłała mi nienaganny uśmiech. Emanowała swego rodzaju delikatnością. Była piękna. Postawiłem swoje torby na kafelkowej podłodze by zrobić krok w jej stronę. Ująłem lekko jej drobną dłoń i w tym samym czasie dotknąłem przelotnie wargami jej porcelanowego policzka.

- Harry. - powiedziałem spokojnie, na co dziewczyna skinęła głową i ostrożnie uniosła idealne brwi.

- Liam bardzo dużo mi o Tobie opowiadał. Od tygodnia chodzi jak nakręcony! - spojrzałem na swojego kuzyna, który wywrócił tylko oczyma i podniósł jedną z moich toreb.

- Jedźmy już do domu. Mama udusi mnie za to zbędne przetrzymywanie Cię na lotnisku. - posłałem mu ciepły uśmiech i ująłem w dłoń uchwyt drugiego bagażu. Ciocia aż tak się niecierpliwi? Mam nadzieję, że tym razem nie zechce sprowadzić mnie na dobrą drogę. Chociaż… zawsze podziwiałem jej determinację. Westchnąłem spokojnie, gdy Liam pakował moje rzeczy do bagażnika czarnego astona martina. Byłem pod wrażeniem

Dom mojej rodziny znajdował się w dzielnicy Redbridge. Dotarliśmy na miejsce kwadrans przed dziesiątą. Ciocia stała przed drzwiami i uśmiechała się nienagannie. Miała na sobie fioletową bluzkę i jasną spódnicę za kolano. U jej boku stał wysoki mężczyzna, który od ponad czterech lat pełni rolę ojczyma Liama. Nie zwykłem nazywać go wujkiem, a i sam Liam nie zwracał się do niego jak do rodzica. Byli raczej jak przyjaciele. Zawsze zastanawiał mnie fakt dlaczego zarówno moja mama, jak i ciocia Alice, nie potrafiły zatrzymać przy sobie ukochanych mężczyzn. Mój ojciec odszedł gdy miałem dwa lata. Tłumaczył się czymś na kształt niespełnienia. Potrzebował się wyszaleć, tak twierdziła mama. Z tatą Liama było odrobinę inaczej. Nie wiem o nim zbyt wiele. Podobno wyjechał gdy tylko dowiedział się, że Alice jest w ciąży. Kobieta długo nie mogła dojść do siebie. Cieszę się, że nie odziedziczyłem tej cechy. Cieszę się, że nie utożsamiam swojego nastroju z drugim człowiekiem i nie pozwalam, by władały mną przesadne emocje. Ciocia opuściła Francję i znalazła pracę tutaj, w Londynie. Kilka lat później poznała Sebastiana. Od tego czasu mój kuzyn ma prawdziwą, wzorcową rodzinę. Czy to źle, że ja nigdy takowej nie pragnąłem?

- Bonjour. - przywitałem się grzecznie od razu zagarniając kobietę w swoje objęcia. Nie lubiła zbędnego okazywania czułości. Różniła się znacząco od mojej mamy. Jedyne co je łączyło to kolor tęczówek.

- Witaj, Harry. Cieszymy się, że jesteś. - Liam zdążył wnieść moje bagaże do małego przedpokoju. Już po chwili dorwał się do rogalików zrobionych przez moją mamę. - Przygotowałam naleśniki na śniadanie. Jesteś głodny?

- Tak, dziękuję.

Śniadanie było naprawdę wyborne. Nie zwykłem jadać go w ten sposób, przy stole nakrytym białym obrusem. Były owoce i świeży sok pomarańczowy. Przywykłem raczej do pospiesznego upychania w policzkach kawałka bagietki w drodze do szkoły. Po kilku chwilach byłem już “u siebie”. Pokój na poddaszu pełnił funkcję mojego azylu. Uwielbiałem go, był znacząco odsunięty od reszty pomieszczeń znajdujących się w domu. Ściany oblewała stonowana czerwień. Tuż pod sporym oknem znajdowało się drewniane biurko z małą szufladą. W kącie po lewej stronie stało łóżko ozdobione metalową ramą. Lampki które na niej uwiesiłem wciąż tutaj były. Na materacu leżała świeża pościel. O ścianę przy drzwiach opierała się duża szafa, zbliżona barwą do biurka. Mogłem swobodnie zagospodarować każdy cal podłogi, obwiesić ściany fotografiami i co wieczór przed snem uchylać skrzypiące okno, by zapalić papierosa. Alice nie znosiła zapachu dymu w swoim domu. Karciła mnie za to przy każdej możliwej okazji. Miała kilka zasad. Nie przywykłem do ograniczeń, ale czego nie robi się dla odrobiny innego życia? I choć Londyn jest tak samo pełen przepychu jak Paryż, to zamierzam tu odnaleźć w sobie kogoś zupełnie nowego.

Dochodziła piąta po południu. Ja, Liam i Danielle spacerowaliśmy wolno chodnikiem na Cranbrook Road. Podobno wszyscy znajomi mojego kuzyna bardzo chcieli mnie poznać. Mam nadzieję, że ich nie rozczaruję. Weszliśmy do “Cakes&Shakes”. Wystrój tego miejsca skupiał się na dodatkach w barwie soczystej zieleni. Wszystko idealnie do siebie pasowało, a zapach truskawek przyprawił mnie o ochotę na shake’a. Przy stoliku na środku sali siedział brunet. Od razu wstał, gdy zobaczył naszą trójkę. Jego skóra miała kolor karmelu, a brązowe tęczówki odwracały uwagę od przesadnie długich rzęs. Tuż obok niego stała szczuplutka, niska blondynka. Miała na sobie czerwoną sukienkę, odcinająca się pod biustem. Byli jak lato i zimna. Jak czerń i biel. Jak.. zło i dobro. Podszedłem nieco bliżej by uścisnąć dłoń bruneta. Jego uśmiech był perfekcyjny.

- Bardzo mi miło, jestem Harry. - delikatnie potrząsnąłem jego dłonią i uniosłem kąciki warg. Jego skóra emanowała nieopisanym ciepłem, a zapach perfum przyprawił mnie o subtelny zawrót głowy. Byłem pewien, ze Brytyjczycy nie dbają znacząco o swój wygląd. Chyba się myliłem.

- Zayn. Mnie również jest miło. - jego głos był delikatnie ochrypły. Nie wiedzieć czemu, przyprawił mnie o dreszcze. Był interesującą jednostką. Wydawało się, że czyta w moich myślach przy pomocy samego spojrzenia. Zaśmiałem się gdy towarzysząca mu blondynka niespodziewanie wpadła w moje ramiona. - Czuję się jak jakieś długo oczekiwane zjawisko. - zmarszczyłem nos i ostrożnie musnąłem spojrzeniem twarze wszystkich, którzy mi się przyglądali.

- Cieszymy się, że będzie nas więcej. - Perrie posłała mi uśmiech i już po chwili wtuliła się bok Zayna. Wywnioskowałem, ze są parą. Żałuję, brunet zwrócił moją uwagę. Naprawdę o tym pomyślałem? Jestem kretynem.
Zajęliśmy miejsce przy stoliku. Liam zamówił dla nas napoje mleczne. Wiedziałem, że mój kuzyn ma liczne grono znajomych. Odrobinę się tego obawiałem, ale przecież zawsze mogę zamknąć się na kilka dni na poddaszu, prawda? Po zaledwie kilku minutach drzwi kawiarenki powoli się uchyliły. Do pomieszczenia weszła wysoka, uśmiechnięta szatynka. Miała na sobie granatowe szorty i koszulkę bez rękawków. Jej szyję otulał uroczy kołnierzyk. Podbiegła do nas bez skrępowania.

- Przepraszam za spóźnienie! - machnęła dłonią i spojrzała na mnie wymownie. Jej czekoladowe tęczówki spoczęły na dołeczkach w moich policzkach. - Harry, tak? Widzę, że komitet powitalny Cię dopadł. - wzruszyłem lekko ramionami, na co ona zachichotała cicho. Wstałem, by należycie się z nią przywitać. - Jestem Eleanor.

- Witaj. - szepnąłem w jej pofalowane włosy, gdy przysunęła się by musnąć wargami mój policzek. Zajęła wolne miejsce obok Dan, którą uprzednio lekko przytuliła.

- Zgubiłam gdzieś Nialla. Szedł obok, a tuż przed wejściem nagle zniknął. - Eleanor skrzywiła się nieznacznie i spojrzała na Liama, który zerkał co kilka chwil w stronę drzwi. - A gdzie podziewa się Louis?

- Tommo pisał, ze nie da rady się wyrwać. Przepraszał.. - Zayn wytłumaczył cicho, po czym zacisnął wargi w wąską linię i wzruszył lekko ramionami.

- A więc czekamy na Horana i zamawiamy herbatę. Już po piątej. - Liam pokręcił głową ze zrezygnowaniem i odruchowo uderzył opuszkami palców o blat stolika. To ich przywiązanie do picia herbaty po południu jest co najmniej urocze. Już po chwili podszedł do nas blondyn, średniego wzrostu. Trzymał w dłoni czekoladowy batonik. Gdy stanął tuż przede mną, mogłem uważnie przyjrzeć się jego tęczówkom. Były nieziemskie. Trudno było określić ich barwę.

- Niall. - wysunął dłoń w moją stronę, a ja lekko zacisnąłem na niej swoje palce. Czy to źle, ze miałem wrażenie, ze muszę być delikatny, by nie wyrządzić mu krzywdy? Wyglądał na niezwykle wrażliwego.

- Harry. - westchnąłem spokojnie, przyglądając się jego zaróżowionym delikatnie policzkom.

12

Louis


Powoli kroczyłem wąskim chodnikiem, dzierżąc w dłoniach pudełko z mlecznymi pralinkami. Liam chyba nie będzie miał mi za złe, ze nie udało mi się wczoraj z nimi spotkać? Udobrucham go czekoladą. Byłem ciekaw jaki jest ten cały Harry. Skoro ma spędzić z nami lato, wypadałoby go lepiej poznać. Nie zwykłem nikogo unikać, a przecież Liam nie cieszyłby się tak przesadnie na jego przyjazd, gdyby chłopak był na przykład.. niemiły. Ja i moje zbędne dopowiadanie sobie w myślach. Czasem coś sobie ubzduram, a później okazuje się, że jest zupełnie inaczej i jestem wielce zawiedziony. Przeskoczyłem nad kilkoma tulipanami i już po chwili stanąłem przed drzwiami domu państwa Payne. Zapukałem delikatnie. Nikt przez dłuższą chwilę mi nie otwierał. To dziwne, zazwyczaj niedzielne poranki spędzają na tarasie. Po kilku chwilach usłyszałem niepokojący trzask. Przycisnąłem nos do oszklonego fragmentu drzwi z nadzieją, ze coś zobaczę. Na nic jednak się to zdało. Na szczęście drewniane drzwi po kilku sekundach się uchyliły. Zobaczyłem półnagiego chłopaka, z kilkoma smugami po farbie na policzkach. Jego włosy były potargane, a zielone tęczówki natrętnie lustrowały moją twarz. Zawstydziłem się odrobinę. W końcu nie zapowiadałem swojej wizyty, mieli prawo się mnie nie spodziewać.


- Puis-je vous aider? - chłopak w końcu się do mnie odezwał. Jego głos był bardzo specyficzny. Zdawało się, że wprawia powietrze w intensywne drganie. Skrzywiłem się mimowolnie, nie rozumiejąc ani słowa. - Je veux dire .. Przepraszam. - przyłożył wierzch dłoni do czoła, rozmazując kolejne ślady po farbie i zabawnie pokręcił głową. - W czym mogę Ci pomóc?

- Ja.. Jesteś Harry, tak? Witaj, jestem Louis. Ten, którego wczoraj brakowało. - uśmiechnąłem się zachęcająco, a widząc, że szatyn pozbierał fakty w całość, odetchnąłem cicho. - Pomyślałem, że wpadnę by poznać Cię dzisiaj. Przyszedłem nie w porę? - rozejrzałem się po przedpokoju, a spojrzenie Harr’ego powędrowało tuż za moim. Byłem ciekaw, gdzie jest Pani Alice i dlaczego chłopak paraduje po domu bez koszulki.

- Ależ nie. Wybacz mi ten… - wskazał na siebie przelotnie. - .. bałagan. Wejdź. Ciocia powinna niebawem wrócić. Zabrakło jej konfitury.
- Rozumiem. W porządku. - przekroczyłem próg i delikatnie zamknąłem za sobą drzwi. - Zadomowiłeś się? - moje pytanie zabrzmiało chyba odrobinę ironicznie. Przesunąłem palcami wzdłuż swojej grzywki, by lekko ją odsunąć. Harry spojrzał na mnie uważnie.

- Yup. Z samego rana zabrałem się za malowanie. Dasz mi chwilę? - spytał z nadzieją, a ja lekko się uśmiechnąłem. Kiwnąłem głową i skierowałem swe kroki w stronę salonu, by tam na niego zaczekać. Swoją drogą, ciekawe gdzie podziewa się Liam. To trochę nie okej, że zostawia kuzyna samego dzień po jego przylocie.

Chłopak zjawił się po kilku minutach. Założył białą koszulkę, obmył policzki i ułożył włosy. Wsunął dłonie do kieszeni dopasowanych jeansów i spojrzał na mnie.

- Napijesz się herbaty? - spytał uprzejmie i oparł się o nieduży regał z książkami znajdujący się naprzeciwko sofy, na której siedziałem.

- Wolałbym sok, jeśli można. - kiedy Harry ruszył w stronę kuchni, podniosłem się i poszedłem za nim. Byłem ciekaw, co myśli o nowo poznanych ludziach i deszczowym Londynie. - Poznałeś wczoraj wszystkich?

- Tak, emm.. chyba tak. - ujął w dłoń karton z sokiem porzeczkowym i nalał go do dwóch wysokich szklanek. Owocowy zapach zawisnął na moment w powietrzu. - Był Zayn, Perrie, Niall i Eleanor.. no i Danielle, oczywiście.

- Jakie jest Twoje pierwsze wrażenie? - wsparłem łokcie na kuchennym blacie i uśmiechnąłem się delikatnie. Harry poznał wszystkich. Był bardzo spokojny, nie władało nim skrępowanie, a ten śmieszny akcent tylko dodawał mu uroku.


Harry


Louis był odrobinę zdenerwowany. Pewny siebie, ale wciąż nieco skrępowany. Odniosłem wrażenie, że czuje się nieswojo w moim towarzystwie. Nie miałem pojęcia, co mogło być tego przyczyną. Szatyn był tajemniczy, ale zbytnio mi to nie przeszkadzało. Nie potrzebuję znać myśli każdego człowieka, który przewija się przez moje życie. Mało to mam problemów z samym sobą? Przemknęło mi przez myśl, że “Louis" to właściwie francuskie imię. Chłopak wydawał się być ciut starszy ode mnie. Rok, może dwa. Miał na sobie czerwone spodnie, których nogawki były lekko podwinięte. Koszulka w granatowe paski była w nie przyzwoicie wsunięta. Cienkie, czarne szelki okalały jego ramiona. Wyglądał zupełnie zwyczajnie, a jednak jego ubiór zdawał się mówić wiele o jego osobowości. Zamyśliłem się..

- Wszyscy są bardzo mili. Co prawda nie przywykłem do przebywania wśród tylu osób, lubię samotność, ale byłem mile zaskoczony. Dziewczyny są piękne, Zayn wydawał się być pewny siebie, a Niall bardzo kruchy. - czy to aby na pewno w porządku, wyrażać swoje opinie na temat ludzi, których poznałem zaledwie wczoraj? Poprawność nigdy nie leżała w mojej naturze. Czemu ja się właściwie dziwię?

- Tworzymy zgrany zespół. Jesteśmy jak rodzina. - Louis opowiadał o ich relacji z taką fascynacją, że aż naszła mnie ochota na naszkicowanie jego unoszących się ku górze warg. Ten nieokiełznany przypływ weny z rana jest odrobinę męczący. Umoczyłem wargi w szklance z sokiem i zerknąłem na chłopaka spod swoich rzęs. - Opowiesz mi coś o sobie? Liam mówił, że sporo rysujesz.

- Tak, staram się. Moja mama lubi gdy wracam do domu z rysunkami. Miałem nadzieję odrobinę od tego odpocząć, ale nie wiedzieć czemu zaraz po przebudzeniu dorwałem się do swoich farb. - westchnąłem spokojnie i odstawiłem szklankę, delikatnie stuknąwszy jej dnem o blat. - Skończyłem szkołę, muszę zdecydować się na jakiś konkretny kierunek. Poza tym jestem dupkiem. - wzruszyłem ramionami, a Louis ściągnął brwi w zabawny sposób.

- Dupkiem? Nie wydaje mi się. - przycisnął dolną wargę do brzegu swojej szklanki, wciąż jednak na mnie spoglądając. Jego wzrok mnie przeszywał. Nieco mniej natrętnie, niż ten należący do bruneta, którego poznałem wczoraj. Bardziej subtelnie, bardziej przyjemnie. Zanim zdążyłem wypowiedzieć kolejne zdanie, do kuchni wszedł Liam z wielką, papierową torbą. Tuż za nim stała ciocia.

- Wyszliście tylko po konfiturę.. - wyszeptałem spokojnie, starając się ukryć rozbawienie. Zazwyczaj tak kończą się zakupy z kobietami. Znam to.

- Ani słowa. - wysyczał przez zęby Liam i odłożył torbę. - O, Lou, nie wiedziałem, ze przyjdziesz. Harry Cię ugościł?

- Tak. Postanowiłem, że muszę zrekompensować Wam moją wczorajszą nieobecność. - mój kuzyn przyjaźnie pogładził ramię szatyna, zapewne kwitując ów gestem jego skromność, a raczej zupełny jej brak

- El o Ciebie pytała. - Liam uśmiechnął się z wyższością i na krótką chwilę wsunął nos do wnętrza lodówki. Louis aż wzdrygnął się na jego słowa. Zabawna to była reakcja.

- T- tak? Napisałem do Zayna.. - policzki chłopaka, którego poznałem zaledwie kwadrans temu pokryły się subtelną mgiełką purpury. Te odruchy heteryków są czasem takie przesadnie słodkie. Westchnąłem cicho, wspierając podbródek na dłoni.

- Macie się ku sobie od kilku miesięcy. Zamierzasz wykonać kolejny ruch, czy będziesz z tym zwlekał w nieskończoność? - zarówno Liam jak i Louis cicho wypuścili zalegające w ich płucach powietrze. Zagarnąłem zębami skrawek dolnej wargi i na moment utkwiłem spojrzenie w twarzy Louisa. Był zawiedziony. Brak pewności siebie?

- Kino odpada, zapamiętaj. - uniosłem ku górze palce wskazujący i skierowałem go w stronę chłopka. On uniósł lekko spojrzenie, przypatrując mi się z ciekawością. - Jeśli Ci na niej zależy, zrób coś czego nikt dla niej nie zrobił. Spraw, by poczuła się inaczej. Nie pozwól jej przewidywać tego co się stanie.

- Znasz się na kobietach? - spytał z uśmiechem Louis, unosząc brwi w geście aprobaty. Uśmiechnąłem się, gdy Liam odchrząknął znacząco. Czyżby mój kuzyn zapomniał wspomnieć swoim przyjaciołom, że nie uganiam się za przedstawicielkami płci pięknej? Ależ niedopatrzenie. Będzie kontrowersyjnie, już ja o to zadbam.

- Powiedzmy, ze ufają mnie bardziej, niż Tobie. - szepnąłem z wyraźnym tryumfem i zagarnąłem między wargi małą wisienkę z tych, które ciocia przed momentem wysypała na mały półmisek.

Po obiedzie miałem kilka chwil na dokończenie swojego obrazu. Żadna to wielka rewolucja, nie byłem z siebie wystarczająco zadowolony. Oparłem płótno o ścianę i usiadłem na brzegu łóżka, by obiektywnie ocenić każdy detal. Moja sztuka bywa taka infantylna. Sans espoir. Opadłem plecami na miękką pościel i westchnąłem z rezygnacją. Przymus odbił spore piętno na mojej osobowości. Powoli dociera do mnie, że całe to natchnienie które zwykło mną władać, jest zupełnie sztuczne. Pozbawione mojej ingerencji. Zupełnie i nieodwołalnie nie moje. Niech jakaś wyższość wymaże mi pamięć, zdecydowanie za dużo w tych myślach sprzeczności.

Liam


Młody zamknął się u siebie. Zapewne bazgrze, dzieciuch. Wsparłem łokcie na drewnianej poręczy dzielącej taras od ogrodu. Chłodne powietrze pogłaskało moje policzki i przyprawiło o grymas niezadowolenia. Dani zabiera mnie jutro na swoje zajęcia taneczne. Wciąż trwa w przekonaniu, że zdoła mnie czegoś nauczyć. Jest taka ambitna i.. uparta. Pamiętam, że Harry każde poniedziałkowe przedpołudnie spędza w towarzystwie lodów miętowych. Muszę znaleźć mu towarzysza, bo nie sądzę by zgodził się na dostarczenie mu ulubionego smakołyku do pokoju. Zresztą.. chce poznać Londyn dotkliwiej, czy coś w tym dziwnego? Poproszę chłopaków, zapewne zgodzą się towarzyszyć mojemu kuzynowi. Nie jestem jednak do końca pewien, czy on sam będzie miał ochotę na jakiekolwiek towarzystwo. Ta jego humorzastość czasem daje mi się we znaki. Mimo to jest dla mnie jak brat, za którym dane jest mi tęsknić przez większą część każdego roku. Powinienem namówić go na studia tutaj, w Londynie. Czułbym się pewniej wiedząc, jak czuje się każdego dnia i że nie przesiaduje każdego wieczoru samotnie nad stertą pomiętych rysunków, które uważał za gówniane. Czułem potrzebę opiekowania się jego umysłem. Miał niezłe predyspozycje na spędzenie reszty życia w białym pokoju pozbawionym klamek.

11

Eleanor


Tuż przed godziną ósmą obudził mnie mój natrętnie wibrujący na blacie szafki telefon. Wsparłam się na łokciach, po czym leniwie sięgnęłam po niego dłonią. Na ekranie migotało krótkie “Liam”. Ziewnęłam przeciągle, zanim nacisnęłam zieloną słuchawkę. Jeśli to nic ważnego, to najzwyczajniej w świecie go uduszę.


- Słucham. - szepnęłam cicho i powoli zsunęłam nogi z jasnego prześcieradła. Odruchowo poczęłam szukać stopami puchatych kapci.

- Wstałaś? - jego ciepły głos odbił się echem w mojej głowie, a ja o mało co nie wybuchnęłam śmiechem. Ten chłopak to ma tupet, ale chyba za to tak bardzo go uwielbiam. Jest cudownym przyjacielem.

- Nie? Możesz mi łaskawie powiedzieć co się dzieje? - stanęłam na równego nogi i spojrzałam w stronę wciąż zasłoniętego okna. Przeciągnęłam się leniwie, na krótką chwilę odsuwając telefon od ucha. Odsłoniłam morelową zasłonę i uśmiechnęłam się mimo woli. Właściwie.. mamy całkiem piękną pogodę, jak na Londyn. Takie dni są przyjemnym zaskoczeniem.

- Mam dla Ciebie misję, El. - zabrzmiało całkiem poważnie. Sposób w jaki Payne potrafił intonować głosem czasem wprawiał mnie w osłupienie i często nie wiedziałam, czy stroił sobie żarty, czy miała na myśli coś poważnego. - Spędzisz trochę czasu z Harrym?

-Ja? Dziś? - nie wiedzieć czemu, byłam odrobinę zaskoczona. Harry był bardzo miły i tak nienagannie się uśmiechał. Po pierwszym spotkaniu odniosłam wrażenie, że nie ma w nim nic z typowego artysty. Był taki ciepły i spokojny. Spodziewałam się raczej kogoś bardziej humorzastego z wielkim ego.

- Ja niestety nie mam czasu, a nie chciałbym by spacerował po mieście sam. Chyba się martwię. - byłam pewna, że Liam w tej chwili uśmiechnął się delikatnie, więc i ja uniosłam kąciki ust do góry. No cóż, przedpołudnie z Francuzem? Dlaczego nie.

Zbiegłam do kuchni, gdzie mama czekała już na mnie z kawą. Przywitałam ją soczystym buziakiem w policzek i od razu przycisnęłam wargi do porcelanowego brzegu filiżanki. Moja rodzicielka wiedziała o mnie wszystko. Nie miałyśmy przed sobą tajemnic. Była moją najlepszą przyjaciółką. Zajęłam miejsce naprzeciwko niej, przy małym okrągłym stoliku. Byłam pewna, że wytknie mi mój nazbyt dobry humor. Zazwyczaj rano chodzę jakby mój mózg był wyłączony.

-Jakie plany na dziś? - spytała podejrzliwie i na krótką chwilę utonęła spojrzeniem w jakimś mało interesującym artykule. Nie potrafiła pić porannej kawy bez uprzedniego przejrzenia gazety. Uśmiechnęłam się leciutko i i przeczesałam palcami gęste włosy..

- Liam poprosił, bym dotrzymała towarzystwa jego kuzynowi. Wrócę na obiad, a wieczorem sesja, pamiętasz? - mama skinęła głową i spojrzała na mnie uważnie. Jej wzrok bywał natrętny.

- Nie miałaś się przypadkiem spotkać z Louisem dziś wieczorem? Grają w kinie ten film, na który oboje chcieliście pójść. - kobieta dotknęła opuszkiem palca wskazującego małe zdjęcie w rubryce dotyczącej kina. Faktycznie, długo czekaliśmy na premierę, ale nie mogę przełożyć zdjęć. Lou zrozumiał. Powiedział, że wyskoczymy na jakiś popremierowy pokaz.

- Nie dostanę drugiej takiej szansy, mamo. W Wielkiej Brytanii jest o wiele więcej ładniejszych dziewczyn, które mogą pozować, nie mogę odrzucać ofert. - westchnęłam i pospiesznie dopiłam ostatek ciemnej kawy.
Wróciłam do swojego pokoju, by tam wyjąć z szafy dopasowane rurki i zwiewny, delikatny sweter w kolorze nude. Słońce bywa zdradliwe, nigdy przesadnie nie ufałam pogodzie w tym mieście. Wrzuciłam do czarnej torebki portfel, telefon i klucze. Zamknęłam się na moment w swojej łazience, by ułożyć włosy w niechlujny kok i wykonać lekki, dzienny makijaż. Musnęłam policzki odrobiną różu i podkreśliłam rzęsy maskarą. Założyłam białe trampki i nasunęłam na nos okulary. Jestem ciekawa, co Harry chciałby zobaczyć bo jak dla mnie.. Londyn to miasto jak każde inne. Nie dostrzegam w nim żadnego specyficznego uroku. Jest po prostu zabiegane.

Po krótkiej chwili spaceru znalazłam się pod domem Państwa Payne. Harry siedział na małych schodkach tuż przed wejściem do domu. Palił papierosa. Gdy tylko mnie zobaczył, podniósł się powoli i ruszył w moją stronę, uprzednio rzucając niedopałek na chodnik.

- A więc to Ty będziesz moją przewodniczką? Nie wiedziałem kogo się spodziewać. - chłopak uśmiechnął się delikatnie i objął mnie ramieniem. Oprócz dymu tytoniowego poczułam bardzo przyjemny zapach perfum. Miał na sobie czarne jeansy, bladoróżowy t shirt i granatową marynarkę. Wyglądał nad wyraz dojrzale.

- Tak, nie jestem tylko pewna co chciałbyś zobaczyć. Może.. po prostu pójdziemy na kawę? - Harry spojrzała na mnie uważnie i zamyślił się na moment.

- Dobrze. Pokażesz mi gdzie serwują najlepsze lody? - skinęłam tylko głową na jego pytanie. Już po chwili ruszyliśmy chodnikiem wzdłuż płotów pobliskich domów. Harry był interesujący. Jego wygląd, sposób w jaki odgarniał włosy z czoła. Wszystko było jak gdyby aktorsko dopracowane, a z drugiej strony był najbardziej naturalną osobą jaką udało mi się poznać, zaraz po Niallu.


Harry


Wolałbym spędzić przedpołudnie sam. I nie, nie narzekałem na wybrane przez kuzyna towarzystwo, ja po prostu nie przywykłem do spędzania czasu z kimkolwiek. Poniekąd obiecałem sobie, że te wakacje będą bardzo inne, będą bardziej rzeczywiste. Obiecałem sobie, że wrócę do Francji z masą wspomnień związanych przede wszystkim z ludźmi. Muszę poszerzać swoje horyzonty, nawet wtedy kiedy rozum podpowiada mi coś zupełnie sprzecznego. Sęk w tym, ze lubię samotność. Eleanor wyglądała ślicznie. Jej styl nie był nadto wybujały, emanowała sporą dozą subtelności. Była podobna do Louisa. Zerknąłem w jej stronę zastanawiając się, o czym myśli. Wychwyciła mój natarczywy wzrok i lekko się uśmiechnęła.

- Więc, Harry.. jacy są Francuzi? - spytała cicho, odruchowo poprawiając małą torebkę wiszącą na jej ramieniu. Pokręciłem głową, starając się ukryć rozbawienie. Byłem ciekaw jakie chodzą o nas plotki.

- Myślę, że przede wszystkim otwarci. Na wszystko. Może czasem nazbyt uczuciowi i wrażliwi. Innym razem chamscy i nieokrzesani. Wszyscy jesteśmy ludźmi i nie sądzę, by kraj w którym żyjemy miał aż tak wielki wpływ na nasze charaktery. - dziewczyna westchnęła spokojnie dając mi do zrozumienia, że moja odpowiedź w pełni ją usatysfakcjonowała. - Opowiesz mi jaka jest.. Eleanor? - dziewczyna zaśmiała się cicho i spojrzała na profil mojej twarzy.

- Niecierpliwa perfekcjonistka. Staram się brnąć w to, co lubię. Praca początkującej modelki daje mi spełnienie. - wzruszyła wątłymi ramionami, po czym lekko szturchnęła mnie w bok. - Tutaj. Mają chyba wszystkie smaki, chodźźź. - ujęła między palce rękaw mojej marynarki i pociągnęła mnie za sobą do wnętrza przytulnej kawiarenki. Ściany były skąpane w przyjemnym dla oka fiolecie. Małe stoliki odwracały uwagę od przesadnie nowoczesnych obrazów zdobiących ściany. Niska blondynka stała za jasną ladą, uśmiechając się do nas serdecznie. - Jaki smak, Harry?

- Mięta. - powiedziałem pewnie, zachrypniętym nieco głosem. - Jak w każdy poniedziałek. - dodałem po chwili nieco ciszej, po czym podwinąłem rękawy ciemnej marynarki aż pod same łokcie. Eleanor podała mi dwa wąskie pucharki z zielonym deserem. To zabawne, ze zdecydowała się na ten sam smak co ja. Usiadłem przy jednym z wolnych stolików. Gdy dziewczyna zajęła miejsce na przeciwko, spojrzałem na nią bez skrępowania.

- Co z miłością? - spytałem spokojnie, przez cały czas patrząc w jej brązowe tęczówki. Zawstydziła się, ale nie zamierzała tego ukrywać. Zaimponowała mi tą nikłą dozą odwagi.

- Cóż.. nie mam na nią czasu? - zdjęła brązowe okulary i delikatnie uniosła ku górze brwi. Nie brnąłem dalej w ten temat. Louis mógłby mieć mi za złe, ze staram się jakoś miedzy nich wejść. Są dorośli, poradzą sobie, prawda? Ująłem w dłoń długą, srebrną łyżeczkę by skosztować ulubionych lodów. Ku mojemu zdziwieniu smakowały zupełnie inaczej, a moje podniebienie zaczęło się buntować.

- Emm.. brakuje mi tutaj odrobiny prażonych migdałów. - westchnąłem cicho, a szatynka uśmiechnęła się czule.

Zayn


Wyszedłem na taras, by uraczyć policzki odrobiną słońca. Przyjemne ciepło otuliło moją skórę, przyprawiając mnie o natychmiastowy uśmiech. Wsunąłem między wargi papierosa i szybko go odpaliłem. Perrie wybrała się razem z Dan na zajęcia taneczne. Uważam to za totalne marnowanie czasu, ale kto zrozumie kobiety? Lou poprosił, żebym zarezerwowała dla niego wieczór. Miał bilety do kina. Swoja drogą to dziwne, że El nie chciała z nim pójść. Te głupie sesje zdjęciowe pochłaniają całą jej uwagę. Jest rozsądna, ale czasem podchodzi do tego zbyt poważnie. Po krótkiej chwili słońce zaszło, a powietrze automatycznie zrobiło się chłodniejsze. Niebo pokryło się warstwą różowych chmur. Piękny dzień, stolico, naprawdę piękny dzień. Wszedłem do domu i przemknąwszy przez kuchnie dotarłem do swojej sypialni. Zmieniłem koszulkę i szybko poprawiłem włosy. Seans jest bodajże o 19. Zdążę jeszcze przywitać się z panią Tomlinson, a nuż poczęstuje mnie swoim cudownym ciastem? Wyszedłem z domu i szybki krokiem ruszyłem ulicą, na której znajdował się dom Louisa. Szatyn czekał na mnie na podwórku. Wymienił kilka ostatnich zdań z mamą i podszedł, uśmiechając się od ucha do ucha. Cały Louis. Nieważne jak bardzo podły miałby dzień, na jego wargach przez cały czas malował się uśmiech. Był bardzo pozytywną jednostką. Czasem mu tego zazdrościłem.

- Już idziemy? Kino jest dwa kroki stąd, mamy jeszcze ponad godzinę.. - stęknąłem z niezadowoleniem uświadamiając sobie, że pachnące ciasto przemknęło mi koło nosa.

- Musimy jeszcze kogoś zgarnąć pod nosem. - wsunął dłonie do kieszeni karmelowych spodni, po czym mocno zaciągnął się świeżym powietrzem. Nie spodziewałem się, że ktoś jeszcze z nami pójdzie.

- Eleanor jednak znalazła chwilę?

- Nie, niestety nie. Natknąłem się na Harr’ego podczas powrotu do domu. Spytałem, czy miałby ochotę pójść. Zgodził się bez wahania. - no tak, zapomniałem, ze mamy w swojej grupie nowy nabytek, którym ( jak stwierdził Liam ) należy się zająć. Nie było mi to na rękę, chłopak wydawał mi się odrobinę dziwny.

Harry


Nigdy nie przywiązywałem zbyt wielkiej wagi do znajomości z kobietami. Uważałem jednak, że każda jest na swój sposób piękna i interesująca. Nie udało mi się niestety znaleźć w Paryżu takiej, która rozumiałaby mnie bez słów. Czyżbym oczekiwał od ludzi zbyt wiele? Nie pragnąłem nikogo zmieniać, czasem tylko łudziłem się, że są na tym świecie ludzie choć po części tacy, jak ja. Eleanor jest przede wszystkim urocza. Zupełnie zwyczajna, a zarazem taka tajemnicza i oryginalna. Te kilka chwil spędzonych w jej towarzystwie utwierdziło mnie w przekonaniu dlaczego to właśnie ona namieszała w głowie Louisowi. Była bardzo dziewczęca. Potknąłem się o dywan. Zakląłem po francusku, na co ciocia skarciła mnie spojrzeniem. Często zapominam, że mieszka w tym domu osoba, które zna mój język i powinienem po prostu uważać. Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. Byłem pewien, ze to Louis i Zayn, więc zagarnąłem w dłoń swój portfel i wyszedłem. Przywitałem się z nimi uściskiem dłoni i zeskoczyłem z kilku małych schodków. Znaczną część mojej uwagi pochłonął brunet, który przyglądał mi się z odrobiną.. złości? Nie jestem najlepszy w odczytywaniu ludzkich emocji, zwłaszcza, jeśli mowa o ludziach których nie znam.

- Liam jeszcze nie wrócił? - Louis spojrzał w moją stronę, wykrzywiając wargi w subtelny uśmiech. Wydawał się emanować najczystszego rodzaju szczęściem. Nie wiedzieć czemu zapragnąłem poznać powód owej radości.

- Nie, nie wiem gdzie się podziewa. - wzruszyłem ramionami, starając się dotrzymać kroku dwóm pozostałym chłopakom. Szczerze powiedziawszy, nie wiedziałem nawet na jaki film idziemy. Zgodziłem się, bo.. Louis wlepił we mnie swoje błękitne tęczówki. Uniosłem spojrzenie na niebo. Widok Księżyca w pełni odrobinę mnie zaskoczył. Wisiał bardzo nisko, rozświetlał całe, wciąż jeszcze lazurowe niebo. Zatęskniłem za czymś, czego tak naprawdę nigdy nie doświadczyłem. Nagle poczułem, że zatracam się w czymś, co zawsze było mi obce. To jak ukłucie igły. Bezbolesne, ale warte wspominania.

10

Louis


Film był doskonały! Tak bardzo żałuję, że El nie mogła go ze mną zobaczyć. Chętnie obejrzę go jeszcze raz, jeśli tylko będzie miała ochotę ze mną pójść w wolnej chwili. Zayn bawił się równie dobrze co ja, przez większą część seansu chichotaliśmy jak dzieciaki. Harry natomiast siedział niewzruszony. Wyglądał na przygnębionego. Nie chciałem pytać o przyczynę. Jego twarz jak gdyby pobladła. Zniknął gdzieś ten nienaganny uśmiech, który dane mi było oglądać podczas naszego niedzielnego spotkania. Co kilka chwil zerkałem w jego stronę, starając się zarazić go uśmiechem, ale nic nie wskórałem. On tylko patrzył na ekran, a myślami był zupełnie gdzieś indziej. Może nie powinienem był proponować mu wspólnego wyjścia? Chciałem tylko lepiej go poznać, chciałem by polubił towarzystwo moje i moich przyjaciół. Wydawał się niezwykle sympatyczną osobą. Kroczyliśmy właśnie kinowym holem, który prowadził do wyjścia. Zayn wciąż powtarzał najśmieszniejsze powiedzonka z komedii którą przed momentem obejrzeliśmy, a ja wtórowałem mu gromkim śmiechem. Szatyn kroczył po mojej prawej stronie, nieustannie milcząc. Byłem pewien, że zakrząta sobie głowę czymś naprawdę poważnym, a sam film nie miał na to zbyt wielkiego wpływu. Zacząłem się o niego martwić, nie wyglądał dobrze.


- Hey, Harry.. wszystko ok? - spytałem cicho, otulając spojrzeniem profil jego twarzy. Niechętnie uniósł wzroku ku górze i skierował go w moją stronę. Mógłbym przysiąc, że w jego jasnych tęczówkach malował się nieopisany ból.

- Tak. To znaczy.. kiepsko się czuję. - wyszeptał spokojnie, po czym wsunął dłonie do kieszeni spodni i ponownie zerknął na swoje buty. Nie byłem do końca pewien, co było powodem jego złego samopoczucia.

- Mogłeś powiedzieć nam wcześniej. Widziałem, jak męczyłeś się podczas seansu. - wytłumaczyłem, a on tylko lekko się uśmiechnął. Zacisnął wargi i przystanął na moment. Odsunął z czoła kilka brązowych loków.

- Może to dlatego, że film był gówniany? A może to przez obiad cioci? Nie wiem. - ściągnąłem brwi i nieco uważniej przyjrzałem się jego twarzy. Dlaczego film mu się nie podobał? Każdy lubił dobre komedie. Każdy z poczuciem humoru, którego naszemu Francuzowi najwyraźniej brakowało. - Trafię do domu. Trzymajcie się. - machnął jeszcze tylko pożegnalnie dłonią i odszedł. Szczerze? Byłem zaskoczony.

- A temu co? - Zayn wskazał palcem na znikającą w mroku postać chłopaka. Wzruszyłem ramionami. Zamiast czuć złość, począłem się jeszcze bardziej o niego martwić. To do mnie niepodobne, ale Harry był nadzwyczaj ciekawym człowiekiem. Czyżby Liam miał rację odnośnie jego bezpodstawnych zmian nastrojów?

Eleanor


Zaparkowałam samochód na podjeździe. Zmęczenie jakie mną władało było naprawdę wielkie. Powoli weszłam do domu i wspięłam się po schodach. Mama zapewne już spała, godzina była do tego co najmniej odpowiednia. Sama praca to nic w porównaniu z wiecznie niezadowolonym klientem, który miał masę uwag odnośnie tego jak wyglądam. Stwierdził, że powinnam zrzucić kilka kilogramów. Nigdy nie myślałam o tym by przejść na dietę, bo wydawało mi się, że mam niezłe proporcje. Jak się jednak okazało, nie do końca. Cóż, czeka mnie mnóstwo pracy nad sobą. Weszłam na moment do łazienki i pozbyłam się ubrań. Stanęłam w samej bieliźnie przed sporym lustrem i uważnie przyjrzałam się swojemu ciału. Może faktycznie warto poświęcić mu więcej uwagi? Poszukam jakichś skutecznych ćwiczeń i nauczę się przygotowywać lżejsze posiłki. Skinęłam głową na potwierdzenie swoich myśli. Już po chwili wzięłam szybki prysznic i założyłam ulubioną piżamę. Muszę wypocząć, za kilka dni kolejne zdjęcia. Muszę się starać, od tego zależy moja przyszłość. Opuściłam łazienkę i usiadłam na brzegu łóżka. Powietrze w pokoju pachniało suszonymi owocami. Uwielbiam te perfumy, są subtelne, używam ich na co dzień. Sięgnęłam po telefon i zauważyłam, że Lou przysłał mi wiadomość.


” Cześć, brzydalu. Śpisz? Film był genialny! Zabiorę Cię na seans, obiecuję. Słodkich snów :) xx “


Uśmiechnęłam się i pokręciłam delikatnie głową. Cieszę się, że udało mi się go namówić i obejrzał pokaz premierowy razem z Zayn’em. Miałam do siebie żal, bo wiedziałam jak bardzo mu na tym zależało. To smutne, ze zatracałam się w pracy, ale nie miałam wyboru. Musiałam myśleć przyszłościowo. Ułożyłam się na łóżku i wtuliłam policzek w brzuch pluszowego misia. Ciekawe czy Harry był zadowolony ze spotkania ze mną. Nie byłam wymarzoną przewodniczką, ale nie zależało mu chyba na zwiedzaniu miasta. Odniosłam wrażenie, że lody były dla niego najważniejsze.

Harry


Wszedłem do domu. Starałem się nie narobić przy tym hałasu, miałem świadomość, ze zapewne wszyscy już śpią. Zamknąłem drzwi i odłożyłem klucz na blat drewnianej komody w przedpokoju. Udałem się na górę, by zamknąć się w swoim pokoju i znacząco odizolować. Dotarło do mnie, że nie potrzebuję wokół siebie ludzi. Mógłbym te wakacje spędzić sam. Że też wierzyłem, ze będę potrafił wpasować się w tutejszą atmosferę. Wszystko, dosłownie wszystko mnie irytowało. Tęskniłem za Paryżem i tą specyficzną wiążącą się z tym miastem samotność. Zsunąłem z ramiona ciemną marynarkę i rzuciłem jej materiał na łóżko. Uchyliłem okno i pośpiesznie odpaliłem papierosa. Zaciągnąłem się mocno, a powieki mimowolnie opadły w dół. Ludzie byli dla mnie zdecydowanie za mili. Nie wiedzieli jak wielkim byłem chamem, próżnym egoistą i dupkiem. Usiadłem na małym parapecie i spojrzałem w niebo. Księżyc wciąż mi się przyglądał. Zdawać by się mogło, że sobie ze mnie kpił. Dopaliłem papierosa i rozejrzałem się po pokoju. Był szary, zupełnie jak moje życie. Ze złością uderzyłem pięścią w ścianę i ciężko westchnąłem. Usiadłem na łóżku, uprzednio wyjmując spod poduszki swój szkicownik. Lampki zdobiące framugę łóżka były jedynym źródłem światła. Zajrzałem do ostatnich stron notesu, by wyjąć zza okładki kilka zdjęć. To takie żałosne, że wciąż je mam. Czasem wydawało mi się, że z każdym kolejnym dniem zamiast dorastać, cofałem się i byłem coraz to większym gówniarzem. Na pierwszym zdjęciu uśmiechałem się tak szeroko, jak tylko to możliwe. U mojego boku stała mama. Miała na sobie żółtą sukienkę, wyglądała tak pięknie. Kąciki moich ust drgnęły na wspomnienie chwili, w której owa fotografia była wykonana. Odłożyłem ją, by skupić uwagę na kolejnej. Mały Harry i zaledwie o rok starszy Liam na placu zabaw, w wielkiej piaskownicy. Nasze mamy starały się wychowywać nas jak braci. Wydawać by się mogło, że było to zupełnie łatwe, przecież nasze charaktery nie mogły być przesadnie kontrastowe. Los jednak chciał inaczej. Liam wyrósł na ułożonego, porządnego faceta, który znalazł piękną dziewczynę i był szczęśliwy. Czasem pracował w małym sklepiku na rogu. Pomagał swoim rodzicom. Ja? Wyrosłem na zarozumialca, który starał się usilnie wierzyć w swoją sztukę. Nie miałem nikogo poza mamą, którą od tak zostawiłem, samą, tylko po to by przekonać się jak żyje się poza granicami Francji. Ostatnie zdjęcie budziło we mnie największe emocje, bo gdy tylko trzymałem je w dłoniach, miałem ochotę podrzeć je na drobne kawałeczki. Ja, wtulony w tors wyższego prawie o głowę chłopaka o krótkich, jasnych włosach. Trzymał na nosie okulary z czarnymi oprawkami i uśmiechał się tak pięknie.. najpiękniej. Moje powieki były przymknięte. Pamiętam tę chwilę, rozkoszowałem się zapachem jakim dysponowała jego koszulka. Antoine był moją pierwszą miłością. Długo po tym jak mnie zostawił wierzyłem, że jedyną. Nie chciałem nikogo poza nim. Nie myślałem o nikim. Podczas tych kilku miesięcy stworzyłem kilkanaście najlepszych szkiców. To niesamowite do jakiego skrajnego doprowadził mnie stanu. Dla niego byłem tylko przelotnym romansem. Nic dziwnego, pieprzyliśmy się gdzie tylko popadnie. Różnica była taka, że ja go kochałem, a on był mną.. po prostu zachwycony. Do dziś chodzą mi po głowie jego szepty. Sposób w jaki wymawiał Vous êtes seulement le mien. Na samo wspomnienie moim ciałem władały dreszcze. Czyż to nie żałosne, że zdarza mi się myśleć, że utknąłem w czasie w którym nazywałem to co było między nami miłością? Powinienem był spalić za sobą wszystkie mosty. Szybko wsunąłem zdjęcia między strony szkicownika i rzuciłem nim o drewnianą podłogę. Wplotłem place w swoje gęste włosy i wtuliłem przymknięte powieki we własne nadgarstki. Życie pełne gówna. Kim ja właściwie teraz jestem?

Liam


Słyszałem jak Harry trzasnął drzwiami. Mógł zrobić to choć odrobinę subtelniej. Odwiedziłbym go, gdyby pocałunki Danielle nie zagarnęły sobie całej mojej uwagi. Uwielbiałem gdy spędzała ze mną noce. Czułem się spełniony. Czułem, że mam ją przy sobie. Nie musiałem się martwić, nie musiałem wysyłać wiadomości z błahymi pytaniami odnośnie jej samopoczucia. Czułem się szczęśliwy, gdy mogłem trzymać ją w ramionach. Jej czuły uśmiech przyprawiał mnie o zawrót głowy. Był teraz z ledwością dostrzegalny, moją sypialnię otuliła naprawdę natrętna ciemność. Wątłe uda szatynki ściśle zaciskały się na moich biodrach. Doprowadzała mnie do szaleństwa każdym kolejnym ruchem. Jej wargi były słodkie, a mimo to zdawały się parzyć moją skórę. Ów zabieg należał jednak do niezwykle przyjemnych. Wiedziałem, że z chwili na chwilę potrzebowałem czuć ją coraz bliżej. Danielle to wychwyciła i zachichotała z wyższością. Ujęła w smukłe palce materiał mojej koszulki bo obu stronach.

- Zdejmij… - szepnęła przeciągle. Podniosłem się do pozycji siedzącej, by pomóc jej w pozbyciu się zbędnej koszulki. Lubiłem gdy była pewna siebie i zdecydowana. Po krótkiej chwili wpiła się na powrót w moje wargi. Sposób w jaki na mnie działała chyba zawsze będzie mnie zadziwiał. Wszystko było takie idealne, tylko dlatego ze ją kochałem?

Po upływie kilku minut, które zdawały się być sekundą, leżeliśmy oboje w samej bieliźnie darząc się kolejnymi pieszczotami. Uwielbiałem patrzeć jak wierci się niecierpliwie pod moim ciałem, gdy dotykałem wargami najczulszego punktu znajdującego się na jej szyi. Zadrżała, gdy moje dłonie zsunęły się na jej biodra, a palce lekko zacisnęły na jej delikatnej skórze. Była najdoskonalszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Była moim aniołem, bez względu na to, czy uciekaliśmy przed deszczem wzdłuż ulic Londynu, czy jedliśmy podwieczorek na tarasie. Bez względu na to, czy płakała, czy drżała z nadmiaru pozytywnych doznań. Była najlepszym, co mnie spotkało i w chwilach zwątpienia byłem wdzięczny losowi, że pozwolił nam się poznać. Jęknęła cicho, gdy zsunąłem z jej wątłych ramion cieniutkie ramiączka stanika..

Harry


O piątej nad ranem skończyły mi się papierosy. Nie spodziewałem się, że wypalę dwie paczki w ciągu jednej nocy. Usiadłem na podłodze pod małym oknem i odetchnąłem spokojnie. Musiałem wyjść póki większość ludzi wciąż spała. Narzuciłem na ramiona wymiętą marynarkę i opuściłem swój pokój. Liam mówił, że stacja benzynowa znajduje się całkiem niedaleko. Kupię papierosy i jakiś słodki alkohol. Ten stan przesadnej trzeźwości zdecydowanie mi nie służył. Wyszedłem na podwórko i skierowałem swe kroki w stronę ulicy. W powietrzu wisiała delikatna mgła, było rześko i przyjemnie. Na trawie leżała leniwie subtelna warstwa rosy. Po kilku chwilach intensywnego spaceru, dotarłem do celu. Wszedłem do oświetlonego pomieszczenia. Nienaturalny uśmiech szczupłej ekspedientki sprawił, że pytająco uniosłem brwi.

- Słucham Pana. - szepnęła uprzejmie, a ja zamyśliłem się na moment. Wybór papierosów nie był zbyt wielki. Wziąłem kilka paczek najmocniejszych, jakie mieli. Dziewczyna skrzywiła się delikatnie. Nie miałem ochoty pytać o konkretny powód jej zażenowania.

- Mógłbym dostać jeszcze jakąś whisky? Coś Pani poleca? - spytałem zachrypniętym głosem i natrętnie spojrzałem w jej błękitne tęczówki.

- Nie, proszę Pana. Nie pijam alkoholu.. ale myślę że ta będzie odpowiednia. - dziewczyna wskazała na wąską butelkę z czarną etykietą. Skinąłem głową i wyjąłem pieniądze, by za wszystko zapłacić. Mam nadzieję, że mój kuzyn nie będzie miał nic przeciwko, jeśli spędzę jeden dzień w swoim pokoju na atrakcjach, które lubiłem najbardziej. Głupia, błaha, ludzka natura.

9

Harry


Kolejne dwa dni spędziłem w swoim pokoju. Co kilka chwil Liam namawiał mnie na wyjście, ale tłumaczyłem się nieopisaną ochotą na tworzenie pod wpływem alkohol. Rozumiał to, bywał taki naiwny. Leżałem na łóżku wpatrując się w sufit. Czwartek. Wróciłem do ulubionego sposobu egzystowania. Do życia pozbawionego ingerencji kogokolwiek. Kochałem to, kochałem tę wszechobecną błogość i fakt, że wszystko co robiłem, było dla mnie idealne. Było moje. Ciocia wykonała masę telefonów do mojej mamy, ale jedyne co usłyszała to Donnez-lui le temps. Moja rodzicielka rozumiała i w pełni akceptowała te zmienne stany, które często mną władały. Miała pewność, że zawsze sobie radzę. Sam. Alice była jednak bardziej ułożona i nie tolerowała mojego zachowania. Ponadto słyszała moje myśli, bo właśnie weszła do mojej sypialni. Na jej twarzy malowało się przerażenie wymieszane z odrobiną złości.


- Zamierzasz spędzić tutaj resztę wakacji? Prosiłam Cię, byś nie palił w domu. Od dwóch dni nieustannie wlewasz w siebie alkohol. - odniosłem wrażenie, że lista zarzutów nie miała końca. Uśmiechnąłem się lekko i wsparłem na łokciach by móc na nią spojrzeć.

- Skończyłaś? Nie zamierzam być taki jak Liam. Podporządkowany. Nie będę zwracał uwagi na poprawność tylko dlatego, że sobie tego życzysz. - kobieta na sekundę zacisnęła wargi. Po chwili jednak podeszła nieco bliżej.

- Jesteś moim gościem. Nie uważasz, ze wypadałoby chociaż z nami jadać? Liam się martwił. Wziął całą winę na siebie. - mój kuzyn przesadnie dba o moje dobro. Liczyłem na to, że był przygotowany na wszystko. Przecież mnie znał. Kiedy Alice zauważyła, że nie mam zamiaru nijak jej odpowiedzieć, westchnęła ciężko. - Wy artyści jesteście tacy aroganccy.

- Nie jestem arogancki bo jestem artystą, tylko jestem artystą bo jestem arogancki. - podniosłem się do pozycji siedzącej i wyjąłem z kieszeni spodni paczkę papierosów. Pośpiesznie odpaliłem jednego, na co kobieta pokręciła tylko głową i wyszła, zamykając drzwi z głośnym trzaskiem.

Piątek. Słyszałem głos Zayna. To na pewno był brunet, ten charakterystyczny akcent rozpoznałbym wszędzie. Byłem ciekaw, po co przyszedł. Liam mnie dziś jeszcze nie odwiedził. Czyżby dał za wygraną? Skończył mi się alkohol. Nie znosiłem, gdy tak wolno opuszczał moje ciało. Nie miałem ochoty na rzeczywistość. Potrzebowałem ponownego, niezwykle intensywnego upojenia. Swoją drogą, ciekawe czy Sebastian zorientował się, że ukradłem mu dwie butelki alkoholu o rdzawej barwie. Moje ciało reagowało na brak jedzenia i nadmiar krążącego w żyłach alkoholu. Jedyny plus całej sytuacji? Czułem się jak w domu. Jak wtedy, gdy Antoine mnie zostawił.

Louis


Wróciłem do domu z drobnymi zakupami. W ostatnich dniach miałem bardzo dużo wolnego czasu. Eleanor zajmowała się swoimi sprawami. Zbywała mnie tłumacząc, że musiała pracować. Zayn wciąż kłócił się z Perrie, więc nie męczyłem go nadto swoim towarzystwem. Niall planował krótki wyjazd z Londynu. Byłem ciekaw, czy znajdzie chwilę by się pożegnać, dla zasady. Harry nie wychodził ze swojego pokoju. Zupełnie się we wszystkim pogubiłem. To dziwne, ze nagle wszyscy utonęli w swoich własnych życiach. Zawsze czułem się częścią czegoś wyjątkowego, a na przestrzeni ostatniego tygodnia byłem odrobinę zagubiony. Westchnąłem spokojnie i wszedłem do swojego pokoju. Wyjąłem z kieszeni telefon i doszukałem się w kontaktach Liama.

- Tak, Lou? - jego ciepły głos bez względu na sytuację zawsze przyprawiał mnie o uśmiech. Tak było także w tej chwili. Czułem, że jest szczęśliwy. Tworzyli z Danielle idealną parę. Czasem im tego zazdrościłem.

- Powiedz, że chociaż Ty masz dla mnie czas. Wszyscy gdzieś się rozbiegli. - zmarszczyłem nos i oparłem się na moment o krawędź biurka. Jego westchnienie było bardzo wymowne. No tak, Liam nigdy nie miał zbyt wiele wolnego czasu.

- Przepraszam, ale Danielle kiepsko się poczuła. Chciałbym dotrzymać jej towarzystwa.

- Ale.. nic jej nie jest? Coś się stało? - zmartwiłem się. Dan jest taka krucha. Owszem, jest silna i wytrwała, ale zawsze postrzegałem ją jako niezwykle delikatną.

- Nic takiego. Jest tylko osłabiona po ostatnim treningu, obejrzymy jakiś film u niej, rozumiesz.. - Liam zwykle był szczery względem każdego z nas. Nie miałem powodu by mu nie wierzyć, poza tym gdyby czuła się naprawdę źle, nie zwlekałby z zawiezieniem jej do lekarza. - Ale wiesz, może Ty masz jakiś pomysł jak wyciągnąć Harrego z pokoju? Trwa w dość.. specyficznym stanie. Pomożesz?

- Mogę spróbować, ale nie oczekuj o de mnie cudów. Twój kuzyn chyba mnie nie polubił. - odruchowo wzruszyłem ramionami po czym wsunąłem wolną dłoń do kieszeni w spodniach. Zależało mi na tym, by Harry czuł się tutaj jak w domu. Wyszło na to, że go do siebie zraziłem.

Po skończonej rozmowie bez zastanowienia ruszyłem w kierunku domu Liama. Nie miałem nic do stracenia. Byłem także odrobinę ciekaw co tak naprawdę działo się z naszym Francuzem. Zawsze byłem pewien, że Payne wszystko wyolbrzymiał. Opowiadał o nim jak o kimś niezrównoważonym psychicznie, a Harry okazał się niezwykle ciepłym, uroczym chłopakiem. Miałem mieszane odczucia. Powoli wszedłem na trawnik i już po chwili zapukałem w jasne drzwi. Ostrożnie uchyliła je Pani Alice, witając mnie uśmiechem. Uwielbiałem ją, była zawsze taka pogodna.

- Witaj, Loui. Jeśli przyszedłeś do Liama, to właśnie..

- Przyszedłem do Harry’ego. - przerwałem jej, a ona leciutko się skrzywiła. Spojrzała uważnie na moją twarz i delikatnie uniosła brwi. Była zaskoczona?

- No dobrze, zatem wejdź. Jest na górze. - skinąłem głową w geście podziękowania i wszedłem do środka. W powietrzu unosił się zapach szarlotki. Powoli wdrapałem się po schodach. Pokój Harry’ego był znacząco odizolowany od reszty, ale odniosłem wrażenie, że ów fakt zbytnio mu nie wadził. Stanąłem przed zniszczonymi drzwiami i zapukałem niepewnie. Przez dłuższą chwilę słyszałem tylko ciszę. Zapukałem ponownie. Do moich uszu dotarło kilka słów wypowiedzianych przez Francuza. Słyszałem jak powoli podchodzi do drzwi. Otworzył je agresywnym ruchem i spojrzał na moją twarz. Pierwsza myśl? Chciał mnie zamordować gołymi rękoma. Jego tęczówki zmieniły barwę na ciemniejszą. Wraz z subtelnym ruchem powietrza dotarł do mnie zapach papierosów. Skrzywiłem się odruchowo i zasłoniłem usta dłonią.

-Teraz Ty? - szepnął zachrypniętym głosem i posłał w moja stronę pogardliwy uśmiech. Wsunąłem obie dłonie do kieszeni i uniosłem spojrzenie na jego twarz. Wyglądał strasznie. Jego policzki subtelnie się zapadły.

- Owszem. Nudzę się, może mógłbym..

- Nie. - jego stanowczość była godna podziwu. Uniosłem brew. Nie przyszedłem tutaj by prawić mu morały. Musiałem tylko spędzić z kimś trochę czasu. Zrobiłem delikatny krok w przód by wejść do pomieszczenia i zamknąć za sobą drzwi.

- Och, spójrz, już jestem. - powiedziałem spokojnie, ale z wyraźnym tryumfem. Harry tylko wywrócił młynka oczami i upadł na swoje łóżko. W pokoju panował nieopisany bałagan. Po podłodze walały się ubrania i puste butelki. Okno było tylko lekko uchylone, przez co powietrze zdążyło przesiąknąć zapachem dymu. Nie wierzyłem, ze potrafił spędzać tu tak wiele czasu. Usiadłem na brzegu jego łóżka. Ignorował mnie.

Perrie


- Mam Cię dość, rozumiesz? Wciąż masz o wszystko pretensje, jesteś chłodny, a Twój wzrok zupełnie nieobecny. - w przeciągu kilku sekund moje oczy wypełniły się łzami. Zayn po prostu stał i patrzył jak drżą mi dłonie. Nienawidziłam naszych kłótni.

- Wiec po cholerę ze mną jesteś?! - krzyknął bez skrępowania i przysunął się nieco bliżej. Był wściekły tylko dlatego, że spędziłam kilka chwil z przyjacielem ze szkoły. Był zazdrosny o każdego, kto chociażby na mnie patrzył. Paranoja.

- Bo Cię kocham. - szepnęłam cicho i schyliłam głowę w dół. Jasne kosmyki włosów zasłoniły moją twarz. W gruncie rzeczy nie byłam zła na swojego chłopaka. Byłam zła na siebie. Zayn westchnął ciężko i sięgnął palcami moich policzków. Po chwili uniósł mój podbródek i nakazał na siebie spojrzeć. Pierwsza łza leniwie zsunęła się w dół.

- Wiesz dlaczego jestem zły? - spytał krótko i wolną dłonią odgarnął kosmyk moich włosów, który zgrabnie założył za ucho.

- Bo piłam kawę z Tom’em. - powiedziałam cicho i utkwiłam spojrzenie w jego czekoladowych tęczówkach. Takie chwile upewniają mnie w przekonaniu, że to właśnie w jego oczach się zakochałam.

- Nie.. - pokręcił głową, a ton jego głosu wyraźnie złagodniał. - Jestem zły, bo gdy pytam czy masz dla mnie moment odpowiadasz, że jesteś zajęta. - rozchyliłam wargi by wygłosić zgrabne usprawiedliwienie, ale on nie pozwolił mi dojść do głosu. - Shh, wybacz. Nie wytykałbym Ci tego, każdy potrzebuje chwili dla siebie. Ale jest mi przykro, kiedy w ciągu całego tygodnia nie było mi dane chociażby przytulić mojej dziewczyny. Tęsknię za Tobą, Perrie. Nie traktuj mnie tak.

- Sugerujesz więc, że to wszystko moja wina? - spytałam z wyrzutem, a dłonie bruneta automatycznie zsunęły się z mojej twarzy.

- Nic nie rozumiesz, dajmy temu spokój. - machnął dłonią i wyszedł na taras. Widziałam tylko jak odpala papierosa. Miał rację. Wina leżała tylko i wyłącznie po mojej stronie. To żałosne, że nawet przed samą sobą nie potrafiłam być szczera.

Harry


To niestosowne, ta jego pewność siebie. Przyszedł tutaj bez większego powodu tłumacząc się nadmiarem czasu. Nie sądził chyba, że mu go znacząco umilę? Dziś każda ludzka jednostka miała zakaz wchodzenia w moje myśli. Zakaz jakiegokolwiek komentowania mojej postawy. Louis usiadł tuż obok mnie i rozejrzał się po pokoju. Miał na sobie koszulkę pozbawioną pasków. Wyglądał inaczej. Władało nim swego rodzaju zafascynowanie, choć wtórowało mu zdziwienie. Zerknął na szkicownik leżący na podłodze i podniósł go pewnym ruchem. Nie reagowałem. Przesunął opuszkami palców wzdłuż jego okładki, po czym spojrzał na mnie przez swoje ramię.

- To Twoje rysunki. Mogę zerknąć? - skinąłem lekko głową. Miałem gdzieś co myśli o mnie i mojej sztuce. Jego zdanie nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Mimo to przyglądałem mu się, gdy z tajemniczym uśmiechem przerzucał kolejne strony.

- Są.. ładne. - drugie słowo wypowiedział nieco ciszej, a ja lekko się wzdrygnąłem. Ładne? Pierwszy raz spotykam się z brakiem jakiegokolwiek przesadnego entuzjazmu.

- Tylko tyle? - spytałem chcąc upewnić się, czy mówił poważnie. Zaimponował mi szczerością. Mimowolnie się uśmiechnąłem i po chwili usiadłem obok niego. Miałem ochotę wyjaśnić mu czego symbolem jest każde niedociągnięcie, ale zapewne i tak by nie zrozumiał.. Zerknąłem przelotnie na jego twarz. Droczył się ze mną i był wielce ów faktem usatysfakcjonowany.

- Louis. Wielki krytyk. - prychnąłem cicho i spojrzałem w jego zielone tęczówki. Śmiały się do mnie. Ta jego przesadna pewność siebie powoli mnie irytowała. Było jej zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień.

- Louis Tomlinson. - powiedział z dumą i wysunął dłoń w moją stronę. Dopiero teraz stanęło mi przed oczyma nasze pierwsze spotkanie. Wszystko potoczyło się tak, że nawet odpowiednio się z nim nie przywitałem.

- Harry Styles.. - ująłem jego dłoń i mocno zacisnąłem na niej palce. Chłopak skrzywił się, po czym zaśmiał donośnie. - .. a teraz oddaj. - wyjąłem z jego dłoni swój notes, szybkim ruchem. Na moje nieszczęście spomiędzy stron wysunęła się jedna z fotografii.

- Kto to? - zagarnął w palce dotkliwie zmięte zdjęcie i przyjrzał mu się uważnie. Ja i Antoine. Jego ciekawość była imponująca. Potrzebował wiedzieć wszystko i pytał o to bez skrępowania. Nie wahał się.

- Mój były chłopak. - odpowiedziałem spokojnie, a Louis zadrżał, zapewne odruchowo. Nie spodziewał się, że ktoś taki jak ja nie znajdzie szczęścia w ramionach kobiety? Zabawne.

- T-twój chłopak? Znaczy Ty.. ?

- Tak, Louis. - westchnąłem ciężko i odebrałem mu zdjęcie, by wsunąć je do małej, drewnianej szufladki w szafce nocnej. Brytyjczycy nie spotykają się na co dzień z homoseksualizmem? Jego zdziwienie było wielkie. Spojrzał uważnie na moją twarz, starał się zapewne znaleźć odpowiednie słowa.

- Podoba mi się jego uśmiech. - szepnął niepewnie i zsunął spojrzenie z mojej twarzy. Zerknąłem na niego pytająco, a on wzruszył ramionami i lekko się uśmiechnął. - To jak, Harry Styles, dasz wyciągnąć się do żywych?

8

Harry


Louis był jak antidotum. Tłamsił mnie. Jego obecność tuszowała wszystko co sobie stworzyłem. Odciągał moje myśli od alkoholu. Ulegałem mu. Sobotni wieczór spędziłem nad sporą kartą papieru welurowego. Potrzebowałem wyjąć z torby swoje pastele i pozwolić im zająć moje ręce. Okryłem biurko starą gazetą, po czym zapaliłem lampkę by jego blat był dokładnie oświetlony. Zająłem miejsce na wysokim krześle i zerknąłem do pudełka, w którym były ułożone moje ulubione miękkie pastele. Dawno z nimi nie pracowałem. Lubię do nich wracać zwłaszcza w chwilach, kiedy włada mną przesadny spokój. Najpierw ująłem między palce dobrze zaostrzony ołówek, by subtelnie naszkicować to, co siedziało w mojej głowie. Właściwie.. nie tyle w głowie, co na fotografii która leżała spokojnie na skraju biurka. Przedstawiała widok z mojego okna, w mieszkaniu w Paryżu. Nic nadzwyczajnego. Byłem jednak pewien, ze ta praca da upust mojej tęsknocie za Francją. Obiecałem sobie, że zamknę pewien rozdział. Że odsunę się od przeszłości, która przyprawiała mnie o smutek i nienawiść do samego siebie. Tutaj czułem się swobodnie. Miałem pewność, że to zasługa Louisa, który zupełnie mimowolnie zmieniał moje nastroje o całe 180 stopni.

Niall


Wyjazd z Londynu wcale mnie nie cieszył, a przecież powinien. Powinien mi sprawić cholerną przyjemność i przynieść ulgę. Tak się jednak nie stało. Kiedy Josh zaproponował mi, bym spędził u niego, w Brighton kilka dni, nawet przez chwilę się nie wahałem. Potrzebowałem powietrza. Potrzebowałem pobyć trochę “sam”. Cieszyłem się, że moi przyjaciele nie mieli z tym żadnego problemu. Ale właściwie dlaczego mieliby mieć? Przecież mieli własne życie, żyli zasraną miłością, której ja nigdy nie rozumiałem. Liam i Danielle, Zayn i Perrie.. zapewne niebawem Louis i Eleanor. Zostałbym sam. Ja jedyny bez towarzyszki u swojego boku. To żenujące. Taksówka podwiozła mnie prosto pod dom mojego przyjaciela, który czekał z szerokim uśmiechem. Wiedziałem, ze zawsze mogłem liczyć na jego wsparcie. Rozumiał mnie, bo sam nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do związków. Serwował sobie przelotne romanse. Często wychodził do klubów. Tak też miało być dzisiaj. Podszedłem do niego ze swoim bagażem i przywitałem go delikatnym uściskiem.

-Tak się cieszę, że jesteś, Niall. - powiedział cicho i uważnie spojrzał na moją twarz. Josh nigdy nie czuł się samotny. To znaczy.. nigdy nie dał nikomu odczuć, że czasem potrzebował towarzystwa.

- Ja ciesze się bardziej. Londyn zaczął mnie irytować. - westchnąłem cicho i posłałem mu delikatny uśmiech. Lubiłem go. Nigdy nie zadawał zbędnych pytań.

- Chodź, wejdź, napijemy się czegoś przed wyjściem.


Eleanor


Budzik postawił mnie na nogi o szóstej. Niechętnie uniosłam głowę i westchnęłam przeciągle. No już, Eleanor, wstawaj. Musiałam ćwiczyć, szkoda było marnować czasu na sen. Wygrzebałam z szafy rozciągniętą koszulkę i szerokie, dresowe spodnie. Weszłam na moment do łazienki, by tam się przebrać i związać włosy w luźny kucyk. Po powrocie do pokoju zagarnęła swój telefon i słuchawki, po czym zbiegłam na dół. Mama już nie spała. Uwielbiała pić poranną, niedzielną kawę. Przywitałam ją uśmiechem i wyjęłam z lodówki małą butelkę z wodą.

- Nic nie zjesz? - spytała troskliwie, a ja pokręciłam głową i skierowała swe kroki do wyjścia.

- Nie mogę, najpierw muszę przebiec kilka kilometrów. - mama pokręciła tylko głową, a ja wyszłam na podwórko. Trawa wciąż delikatnie lśniła od nadmiaru rosy. Gdy chłodny wiatr natrętnie mnie otulił, zadrżała mimowolnie. Nałożyłam na uszy słuchawki i powoli wybiegłam na chodnik. Czułam, że jestem osłabiona. Mój organizm nie przywykł do wysiłku i diety. Zawsze zajadałam się wszystkim, na co tylko naszła mnie ochota. Powoli zbliżałam się do domu Liama. Nie zdziwił mnie widok Harr’ego. Siedział na schodkach i palił papierosa. Machnął przyjaźnie ręką, więc podbiegłam do niego. Powoli brakowało mi tchu.

- Hej, biegasz? - spytał z uśmiechem, mocno zaciągając się dymem. Swoją drogą to dziwne, że jest takim rannym ptaszkiem. Przecież mamy wakacje.

- Tak. Staram się. - wciąż zacięcie truchtałam w miejscu, by nie stracić rytmu. Harry wstał i dotknął mojego ramienia.

- Zwolnij, co? Dokądś się spieszysz? Masz wypieki na policzkach, nie przesadzasz? - przystanęłam na moment i otuliłam dłońmi policzki. Były gorące. Cieszyłam się z nadmiaru tej determinacji, która mną władała. Byłam pewna swego, musiałam osiągnąć cel.

- Muszę trzymać kondycje. - uśmiechnęłam się blado i na nowo poczęłam przeskakiwać z nogi na nogę. Szatyn westchnął ciężko. - Miłego dnia, Harry. - pożegnałam się i ruszyłam, by pokonać dalszą część trasy.

Harry


Zaskoczył mnie widok Eleanor o poranku. Nie sądziłem, że uprawia jakikolwiek sport. Miałem podejrzenia, że nie o kondycję tu chodzi, ale czy to mój interes? No właśnie. Powoli dopaliłem papierosa i wszedłem do domu. Postanowiłem przeprosić wszystkich za swoje szczeniackie zachowanie. Tak, Harry wraca na dobrą stronę, ciekawe na jak długo. Wszedłem do kuchni, by przygotować śniadanie. Gdyby tylko Alice widziała co zamierzam, wyrzuciłabym mnie stamtąd. Zaserwuję im to, co jadamy we Francji. Będą musieli zapomnieć na chwilę o jajkach, bekonie i grzankach. Nie wierzyłem, że znajdę w jakiejkolwiek piekarni rogaliki, które mnie zadowolą. Byłem więc zmuszony upiec własne. Potrzebowałem zaledwie kilka składników, które na szczęście znajdowały się w lodówce.

Po kilku chwilach miałem przed sobą kilkanaście średniej wielkości croissantów. Wypełniłem je odrobiną masła, by nie były przesadnie suche. Włożyłem swoje dzieło do piekarnika. Uznałem, że nadeszła pora na kolejnego papierosa, więc ponownie wyszedłem na zewnątrz. Zanim jeszcze usiadłem na schodkach, zauważyłem coś niepokojącego. Wątła, szczupła blondynka obściskiwała się zaciekle z kimś, kto na pewno nie był Zayn’em. Szatyn zachłannie całował Perrie, a ona zdawała się być ów faktem niezwykle zachwycona. Byłem zaskoczony. Gdy dwójka odeszła, odpaliłem papierosa i mocno zaciągnąłem się dymem. Powinienem powiedzieć brunetowi, że jego dziewczyna nie jest mu wierna? Nie byłem do końca pewien, ale czułem, że muszę. Wróciłem do kuchni. Rogaliki potrzebowały jeszcze kilku minut. Przygotowałem więc gorącą czekoladę w szerokich, niskich filiżankach z uchwytem. Na stole znalazł się także dżem truskawkowy i miód. Mam nadzieję, że moja rodzina będzie usatysfakcjonowana, a Liam zechce mi jutro towarzyszyć podczas wypadu na lody. Miałem nadzieję, że nadto się nie gniewał.

- Co to ma znaczyć? - do kuchni jako pierwsza weszła ciocia, z zamiarem zaparzenia pierwszej tego dnia kawy. Była zaskoczona, ale jej wargi wykrzywiały się w uśmiech. Wstałem od stołu i podszedłem do niej.

- Macie ze mną trochę problemów. Pomyślałem, że na coś się przydam, więc.. voilà! - kobieta pokręciła głową i delikatnie dotknęła mojego ramienia. Już po chwili w kuchni zjawił się Liam, który chyba jeszcze spał. Gdy do jego nosa dotarł zapach czekolady, ocknął się nagle.

- Harry, to Twoja sprawka? Ileż ja razy prosiłem mamę o francuskie śniadanie.. - kobieta otuliła go czułym uśmiechem. Chłopak od razu usiadł przy stole i zabrał się za jedzenie. Byłem szczęśliwy, sprawiłem im przyjemność. Wkrótce na dół zszedł także Sebastian. Był równie zaskoczony co Alice.

- Hej, Liam.. Jutro poniedziałek, więc.. - zacząłem spokojnie, a chłopak oderwał wargi od białego brzegu filiżanki. Wyglądał uroczo z tym czekoladowym “wąsem”.

- Tak, pójdziemy do miasta. - skinął głową, a ja lekko się uśmiechnąłem. Niestety wróciły do mnie myśli związane z Perrie i tą dziwną sytuacją, której byłem świadkiem. Nie miałem wyjścia, nie mogłem tego od tak zostawić. Potępiałem zdradę odkąd tylko pamiętam.

- Masz numer do Zayn’a, prawda? Chciałbym do niego zadzwonić. - mój kuzyn skrzywił się delikatnie. Nic w tym dziwnego, był ciekaw co zamierzam. Wskazał dłonią na telefon, leżący na blacie komody. - Dzięki. - szybko wpisałem jego numer do swoich kontaktów i poszedłem na górę. Usiadłem na łóżku i niepewnie wcisnąłem zieloną słuchawkę

- Słucham. - jego zachrypnięty głos zbił mnie z pantałyku. Szybko zagarnąłem w płuca odrobinę powietrza. Obawiałem się jego reakcji.

- Cześć, tu Harry. - powiedziałem cicho, a brunet zaniemówił na dłuższą chwilę. Zapewne zastanawiał się, po co budzę go w niedzielę o ósmej rano. Postanowiłem kontynuować - Czy Perrie jest z Tobą?

- Nie. Spędziła noc u siebie. - wyjaśnił spokojnie, a jego głos nagle stał się cieplejszy niż zazwyczaj. - Coś się stało?

- Nie.. a właściwie, to tak. - przygryzłem odruchowo dolną wargę. To nie była moja sprawa, Zayn mógłby uznać mnie za wścibskiego. Wiem jednak, że gdyby chodziło o kogokolwiek innego, zrobiłbym to samo. - Widziałem dziś Twoją dziewczynę w ramionach jakiegoś faceta. Pomyślałem, że.. że..

- Co? - warknął i zapewne podniósł się z łóżka. Był wściekły. Od początku miałem go za nadto impulsywnego. - Gdzie?

- Wyszedłem na papierosa i tak się zdarzyło, że ich zauważyłem. Nie pomyliłbym jej z nikim innym, a szatyna nie znam.

- Tom.. - czyżby Zayn znał potencjalnego adoratora swojej dziewczyny? Czyli podejrzewał ją o to, a ja tylko rozwiałem jego wątpliwości. - Posłuchaj, Harry. Dzięki, tak? Odezwę się.

Zayn


Byłem wściekły. Moje żyły wypełniły się czystą trucizną. Dłonie trzęsły się zawzięcie. Jak ona mogła mnie okłamywać? Jak mogła mnie tak traktować? Kochałem ją, ale nie pozwolę jej mną pomiatać. Wolała jego? W porządku. Mam nadzieje, że nie żałowała swojej decyzji. Bez zastanowienia wsunąłem na biodra ulubione jeansy a tors okryłem błękitną koszulką. Zagarnąłem w dłoń telefon i klucze do samochodu. Pośpiesznie wybiegłem z domu, by do niej pojechać. Czułem się jak zabawka. Przez cały czas miała pretensje do mnie, ze robiłem jej awantury. Wsiadłem do samochodu i z piskiem opon ruszyłem z podjazdu. Byłem dla niej niewystarczająco dobry? Co ona widziała w tym lalusiu? Koniec z kobietami. Definitywny koniec. Zaparkowałem pod jej domem i już po chwili zapukałem bez zawahania w drewniane drzwi. Blondynka uchyliła je lekko, po czym uśmiechnęła się niepewnie.

- Zayn.. co Ty tutaj robisz? - spytała szeptem, uparcie patrząc w moje tęczówki. Czy to nie dziwne, że miała na sobie sukienkę i pełny makijaż? Ciekawe dokąd się wybierała tak wcześnie w niedzielę.

- Gdzie byłaś? - głos odrobinę mi drżał, to do mnie niepodobne. Nacisnąłem całą powierzchnią dłoni na drzwi, by otworzyć je szerzej. Wszedłem do przedpokoju i ponownie spojrzałem na blondynkę.

- Ja? Nigdzie. - wzruszyła ramionami, a ja uśmiechnąłem się pogardliwie. Potrafiła kłamać, ba, była w tym mistrzynią.

- A co powiesz na to, ze Cię widziałem? Z Tomem. - Perrie zmieszała się, ale zamierzała dalej brnąć w swoje kłamstwo. Pokręciłem tylko głową. - Powiedz mi prawdę. Choć jeden jedyny raz.

- Śledziłeś mnie? - o mało co nie wybuchnąłem śmiechem, gdy blondynka uniosła brwi ku górze.

- Ufałem Ci! - krzyknąłem, a krążąca w moich żyłach złość automatycznie zacisnęła dłonie w pięści. Była taka niewinna, słodka i krucha. Ktoś taki nie mógł mnie zranić. Czułem się upokorzony. Do moich uszu dotarły szmery dobiegające z góry. - On tutaj jest? Chyba sobie ze mnie kpisz.. - zaśmiałem się gorzko i po raz ostatni spojrzałem na jej twarz. - Brawo, Edwards. Wszystko spieprzyłaś. - wyszedłem na zewnątrz, ignorując jej prośby. Tylko ona znała mnie takiego, jakim byłem naprawdę. Znała mnie jako wrażliwca. Odpaliłem silnik i ruszyłem do domu. Plan? Upić się. Ależ wielkim ja byłem kretynem. Ta jej niewinność zupełnie mnie zaślepiała. Dojechałem do domu i od razu skierowałem kroki do swojego pokoju. Ująłem w dłoń telefon, by zadzwonić do Harr’ego.

- Tak? - wyczułem w jego głosie jakąś obawę. Byłem mu niezwykle wdzięczny za szczerość. Nie każdy postąpiłby w ten sposób.

- Byłem u niej. Wszystko się zgadza. Chciałbym Ci jakoś podziękować, rozumiesz. Może masz ochotę do mnie wpaść? Mam całkiem niezły trunek.. - miałem nadzieję, że chłopak przystanie na moją propozycję. Potrzebowałem towarzystwa, a on w tej chwili zdawał się rozumieć mnie jak nikt inny. To było dziwne.

- Dobrze, ale pod jednym warunkiem. Herbata, hm? - mógłbym przysiąc, że szatyn uśmiechnął się w tej chwili. Byłem pewien, że lubi alkohol, no ale dobrze.

- Niech będzie. Bądź u mnie przed piątą.

7

Harry

Zaproszenie wysunięte w moją stronę było nie lada zaskoczeniem. Nie sądziłem, że Zayn zechce mi dziękować. Powinien raczej mieć mi za złe, że bezpodstawnie wtrąciłem się w jego związek. Właściwie.. dlaczego to zrobiłem? Nie znałem go, nawet nadto nie przepadałem za jego towarzystwem. Uważałem jednak, że kłamstwo i zdrada, to coś, czego się nie wybacza. Szczególnie wtedy, jeśli dowiadujemy się o tym od osoby trzeciej. Ale to tylko mój pogląd. Każdy ma przecież własne zdanie. Po udanym śniadaniu wszyscy domownicy byli w doskonałych nastrojach. Nawet ja uśmiechałem się co kilka chwil, gdy Liam prosił o kolejną tego typu niespodziankę w najbliższym czasie. Popołudnie minęło szybko. Dokończyłem swoją pracę i bez zawahania zawiesiłem ją tuż obok okna. Kuzyn oznajmił mi, że Zayn mieszka bardzo blisko i nie powinienem mieć problemów z trafieniem do jego domu. Pół godziny przed piątą, zajrzałem do swojej szafy, by wydobyć z niej coś wartego uwagi. Nie byłem pewien, gdzie brunet zechce wypić herbatę, nie wypadało więc pójść do niego w koszulce i dresowych spodniach. Znalazłem łososiową koszulkę, o której istnieniu zupełnie zapomniałem. Uśmiechnąłem się na jej widok i bez zastanowienia okryłem nią tors. Na biodra wsunąłem jasne, dość dopasowane spodnie. Całość zakończyłem szerokim, ciemnym swetrem. Wsunąłem na stopy ulubione trampki i byłem gotów do wyjścia. Pożegnałem się z Liam’em i skierowałem swe kroki w stronę domu Zayn’a. Mam nadzieję, że ma względem mnie naprawdę dobre intencje, a nie chce mnie.. na przykład udusić, za to co zrobiłem. Powietrze było chłodne. Przyjemnie się nim oddychało. Na niebie zebrało się sporo ciemnych chmur. Żegnaj, piękna pogodo. No tak, przecież jesteśmy w stolicy Wielkiej Brytanii. Tutaj każdy dzień muśnięty słońcem jest jak święto. Wszedłem na podwórko przyozdobione masą kwiatów. Mama Zayn’a musiała bardzo je lubić. Doskonale rozumiem tę fascynację, kwiaty są piękne. Zapukałem ostrożnie i cofnąłem się o krok. Po chwili moim oczom ukazał się szczupły, brązowooki brunet. Miał na sobie czerwoną bluzę, wyglądał doskonale. Dlaczego Perrie nagle zechciała widzieć u swego boku kogoś innego? Przecież Zayn był idealny. Wyrwał mnie z zamyślenia swoim cichym westchnieniem.
- Cześć. - wysunął dłoń w moją stronę, a ja przez chwilę uwiesiłem na niej swoje spojrzenie. Delikatnie ją ująłem i potrząsnąłem przyjacielsko. - Fajnie, że jesteś, emm.. Pomyślałem, że wyjdziemy do ludzi. Nie chcesz zobaczyć mojego pokoju, daję słowo.
- Dałeś upust emocjom poprzez rozrzucenie wszystkiego po całym pomieszczeniu? - uśmiechnąłem się nieśmiało i podążyłem za chłopakiem, gdy tylko zamknął za sobą drzwi. Żarty w tej sytuacji były zupełnie nie na miejscu, ale nie potrafiłem się powstrzymać.
- Blisko. Bałagan jest raczej moim przyjacielem, wiesz, nie lubię sprzątać. - wzruszył ramionami, po czym przystanął na chwilę i zerknął na moją twarz. Odniosłem wrażenie, ze stara się grać przede mną twardziela. Że chce pokazać mi, ze ta cała sytuacja z jego dziewczyną wcale go nie ruszyła. - Słuchaj. - ułożył dłoń na moim ramieniu i lekko zacisnął na nim palce. Zadrżałem. - Jestem Ci wdzięczny. Nie sądzę by którykolwiek z chłopaków odważyłby się powiedzieć mi o czymś takim.
- Sęk w tym, że ja nie znam Perrie. Nie zależy mi na kontakcie z nią. - wytłumaczyłem spokojnie, muskając spojrzeniem każdy detal jego twarzy. Począwszy od gęstych brwi, poprzez zgrabny nos i wargi.
- A na kontakcie ze mną Ci zależy? - spytał podejrzliwie i zsunął dłoń z mojego ramienia. Jego usta wykrzywiły się w pełen satysfakcji uśmiech. Źle to rozegrałem..
- Nie popieram zdrady. Gdybym zobaczył Ciebie z inną kobietą, zapewne doniósłbym Perrie. - mlasnąłem zabawnie, na co Zayn skinął tylko głową. Rozumiał mój pogląd na tę sprawę. Ponownie ruszyliśmy chodnikiem. Po upływie kilku minut stanęliśmy przed przytulną kawiarenką. Nigdy wcześniej tu nie byłem, zapamiętałbym to miejsce. Znaleźliśmy wewnątrz pusty stolik w samym tyle. Już po chwili kelnerka podała nam dwie filiżanki z czarną herbatą. Jej zapach przyprawił mnie o ból głowy. Brunet uważnie mi się przyglądał. Jakbym każdą myśl miał wypisaną na środku czoła. Poczułem się skrępowany, a nigdy dotychczas nie miałem z tym problemu. Co się dzieje?
- Miałem Cię za dupka. - powiedział w końcu, po czym umoczył wargi w ciepłym napoju. Uśmiechnąłem się odruchowo i przesunąłem paznokciem wzdłuż swojej kości policzkowej. Był szczery. - Wybacz, jeśli poczułeś z mojej strony jakąkolwiek niechęć. Jesteś przystojny, rozumiesz. Perrie gapiła się na Ciebie jak na ulubiony deser. - zaśmiałem się, zakrywając usta wierzchem dłoni. On naprawdę był wielkim zazdrośnikiem.
- Z mojej strony nic jej nie grozi. - szepnąłem spokojnie, po czym wziąłem duży łyk herbaty z odrobiną mleka. Jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej natarczywe. A sądziłem, ze to niewykonalne.
- Nie wierzysz w związki?
- Tak, od pewnego czasu. Poza tym, nie rozumiem mnie źle, blondynka jest piękna, ale ja wolałbym umówić się z jej bratem, o ile go ma. - uniosłem brwi, a Zayn zamyślił się na moment. Po chwili uśmiechnął się subtelnie i cicho zagwizdał. Jego reakcja odrobinę mnie rozbawiła. Był skrępowany, ale poczułem wsparcie z jego strony. Nie czuł do mnie odrazy. Rozmowa była płynna.

Wróciłem do domu przed dziewiątą. Władała mną odrobina zmęczenia. Brak snu dawał mi się we znaki, żałuję, że jestem tylko człowiekiem. Gdybym tylko mógł, zupełnie zrezygnowałbym ze snu na rzecz całonocnych eskapad i bezcelowego gapienia się przez okno. Wszedłem do swojego pokoju, gdzie pozbyłem się ubrań. Wszedłem na moment do łazienki, by uraczyć ciało zimnym prysznicem. Miałem nadzieję, ze jutrzejszy dzień będzie wart zapamiętania. Powoli stawałem się jednym z nich. Powoli stawałem się częścią grupy. Nigdy wcześniej nie posądziłbym siebie o coś takiego. To zabawne, jak bardzo jeszcze siebie nie znam.

Liam

Zszedłem do kuchni o dziesiątej. Jeśli Harry wciąż śpi siłą wyciągnę go z łóżka. Obiecałem, że spędzę z nim przedpołudnie. Ów fakt cieszył mnie niezmiernie. Od jego przyjazdu raczej częściej się mijaliśmy. Ująłem w dłoń kubek z kawą, który stał na blacie stołu. Zagarnąłem między wargi kawałek bułeczki z czekoladą. Ku mojemu zdziwieniu, po chwili do pomieszczenia wszedł mój kuzyn, w pełnej gotowości. Wyglądał.. jak Harry i uśmiechał się nienagannie. Otuliłem go ramieniem, gdy podszedł nieco bliżej. Lubiłem to robić tylko dlatego, że był ciut wyższy ode mnie. Wyrwał mi z dłoni nadgryzioną bułeczkę i szybko upchnął ją w policzkach. Pokręciłem głową, pukając się przy tym w czoło palcem wskazującym.
- Styles, zmysły postradałeś? Przecież bym się z Tobą podzielił. - westchnąłem cicho, a on wlepił we mnie te swoje zielone tęczówki. Ujął w palce szklankę i nalał do niej odrobinę soku pomarańczowego.
- Kto Cię tam wie? Myślałem, że musimy walczyć o jedzenie. - wzruszył ramionami i jak gdyby nigdy nic umoczył usta w słodkawym napoju. Uwielbiałem go gdy miał tak wspaniały humor. Był wtedy tak bardzo sobą. Był Harrym, którego pamiętałem z dzieciństwa.
- Jesteś głupi. - podszedłem do niego i delikatnie poczochrałem jego kasztanowe loki, na co on jęknął żałośnie. Zaśmiałem się i przysiadłem na moment na blacie drewnianego stołu.
- A Ty.. Ty.. - wskazał na mnie palcem, starając się przybrać jakaś morderczą maskę. - Masz brzydką fryzurę.
- Harry, błagam Cię, chcesz umrzeć tu i teraz? - chłopak zaśmiał się donośnie po czym stanął przede mną. Wyglądał tak promiennie. Odniosłem wrażenie, że każdy poniedziałek był jego małym, osobistym świętem. Ten rytuał zawsze przyprawiał mnie o uśmiech. Chyba zazdrościłem mu tego przywiązania.
- Idziemy? - spytał cicho, a ja skinąłem głową i zsunąłem się z blatu. Po chwili obaj wyszliśmy na zewnątrz. On odpalił papierosa, a ja wsunąłem między wargi malinową landrynkę. Byliśmy zupełnie różni, zupełnie inni. Jednak łączyła nas bardzo specyficzna wieź, o której istnieniu czasem zapominaliśmy. Byliśmy braćmi, nie przyjaciółmi. Były takie chwile, w których wolałbym po prostu go nie znać.
Doszliśmy do cukierni ciut przed jedenastą. Wokół było mnóstwo ludzi. Naprawdę nie mieli do roboty nic lepszego w poniedziałkowy ranek? Skinąłem dłonią prosząc Harr’ego, by znalazł dla nas miejsce. Podszedłem do szklanej witryny i mimowolnie się uśmiechnąłem. Te wszystkie słodkości były takie kuszące. Owszem, nie przepadałem za pustymi kaloriami, ale od czasu do czasu..
- Hey, Harreh.. jesteś pewien, ze lody? Spójrz, mają tu tort śmietankowy i.. - zerknąłem przez ramię na mojego kuzynka, który siedział już przy jednym ze stolików. Jego spojrzenie upewniło mnie w przekonaniu, ze nie zrezygnuje z ulubionych lodów. Wstrętnych uparciuch. - Wezmę.. kawałek tego tortu i podwójną porcję lodów miętowych z migdałami na wierzchu. - ekspedientka skinęła głową, a ja na nowo przycisnąłem nos do szyby, za którą kryły się smakołyki. Zza pleców usłyszałem śmiech Harr’ego. Po chwili usiadłem przy stoliku i podałem mu deser. Westchnął z rozkoszą i pośpiesznie ujął w dłoń łyżeczkę.

Niall

Cały weekend spędziliśmy z Josh’em na nieustannej zabawie, w rytmie głośnej muzyki. Najlepszym towarzyszem okazał się niezastąpiony alkohol. Nie zdziwił mnie więc fakt, że obudziłem się rano z niemiłosiernym bólem głowy i pustynią w gardle. Otworzyłem oczy i już po chwili tego pożałowałem. Światło sprawiało mi ból. Usłyszałem znajomy śmiech. Jego właściciel szybko opuścił żaluzje. Podziękowałem mu w myślach. Josh przysiadł na brzegu “mojego” łóżka i wsunął mi dłoń kubek z wodą.
- Do dna. - szepnął, gdy wsparłem się na łokciach by uraczyć podniebienie odrobiną chłodnej cieczy. Poczułem się o niebo lepiej. Właściwie.. nie pamiętam połowy wczorajszego wieczoru, ale to nie miało żadnego znaczenia. Jestem tutaj na swego rodzaju kuracji, która bardzo, ale to bardzo mi się podobała. Niebawem jednak będę musiał wrócić do Londynu, by grać przed przyjaciółmi niewinnego, słodkiego Niall’a. Kochałem tych ludzi. Wszystkich razem i każdego z osobna, ale miałem wrażenie, że jestem im zbędny. Miałem wrażenie, że oczekiwali ode mnie pomocy czy dobrej rady. Ufali mi. A ja im? Wręcz przeciwnie. Czułem, że nie są godni poznania moich przemyśleń. Poza tym, kto uwierzyłby w to, jaki byłem naprawdę? Kto uwierzyłby w to, że uwielbiam przesadne imprezy, nadmiar alkoholu i przelotne romanse?
- Josh. Jak było wczoraj? - odłożyłem kubek i dotknąłem dłonią rozgrzanego czoła. Skarciłem się w myślach za głupotę. To zabawne.
- Gorąco, przede wszystkim. Ale wiesz, Blondi, wspominałeś mi wczoraj o jakimś.. Harrym? - oprzytomniałem nagle i spojrzałem na przyjaciela. Byłem zaskoczony. Jak to wspominałem mu o Harrym? Chłopak zerknął na mnie uważnie, marszcząc brwi. Zacisnąłem na moment wargi. Dobra, Horan. Zabieraj swój umysłowy chaos i wracaj do Londynu, ale już.

Louis

Tęskniłem za Eleanor. Tęskniłem za Harrym. Tęskniłem za głosem kogokolwiek. To żałosne, jak bardzo można się uzależnić od ludzi. To niestosowne. Powinienem był nauczyć się żyć z samym sobą. Nie zwracać uwagi na to, czy ktoś miał dla mnie czas. Teraz, kiedy nagle wszyscy gdzie się schowali, myślę o rzeczach zupełnie absurdalnych. Odkąd Harry jest z nami wszystko uległo znaczącej zmianie. Wszyscy żyją jak gdyby.. z daleka od niego i z daleka od całej reszty. Każdy zajął się sobą w obawie, że kuzyn Liam’a jest zagrożeniem. Że zniszczy coś, co nas łączyło. Kilka chwil temu dostałem wiadomość od Zayn’a. Rozstał się z Perrie zaraz po tym, jak ona zdradziła go z jakimś przyjacielem ze szkoły. Zachowała się podle. Malik oczekiwał zapewne wsparcia z mojej strony, ale o niczym takim nie wspomniał. Cóż, pozostaje mi więc snuć domysły, nie będę się narzucał. Wstałem z sofy i leniwie podszedłem do okna. Ułożyłem dłonie na parapecie i skupiłem spojrzenie na spacerujących wzdłuż chodnika, ludziach. Mimo kapryśnej pogody wyszli na spacer. Chyba i ja powinienem odetchnąć świeżym powietrzem. A nuż spacer przyprawi mnie o jakiegoś towarzysza? Nie mam nic do stracenia.

6

Niall


Środa. Wróciłem do Londynu. Rozmawiałem z Lou. Pod moja nieobecność Zayn zdążył rozstać się z Perrie, a Eleanor zupełnie się odizolowała. Nie byłem pewien, co właściwie się stało. Musiałem poznać Harr’ego. Od tak, dla zasady. Musiałem dowiedzieć się, dlaczego wszyscy tak bezpodstawnie do niego lgną. Owszem, był uroczy. Miał przenikliwe spojrzenie, ładny uśmiech i te niesforne, brązowe loki, ale.. co poza tym? Jakaś nieznana siła nakazywała mi nieustannie o nim myśleć. Zupełnie zwariowałem. Usiadłem przy kuchennym stole i zagarnąłem w dłoń szklankę z wodą. Wciąż bolała mnie głowa. Mama była zaskoczona moim przyjazdem. Sądziła, że spędzę u Josh’a co najmniej tydzień. Potrzebowałem porozmawiać z Liam’em. Był moim najlepszym przyjacielem, tylko jemu powierzałem swoje myśli wiedząc, że wszystko zostanie między nami. Właściwie.. nie wiedziałem, kim jestem. Nie wiedziałem czego oczekuję od życia. Lubiłem zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Pod każdym względem. Nie ograniczałem się, byłem otwarty. Liam to tolerował. Musiał. Jego kuzyn jest gejem, dlaczego więc miałby odtrącić mnie? Chłopaka który.. nie jest do końca pewien, kogo wolałby widzieć u swego boku. Być może myślałem o Harr’ym tylko dlatego, iż miałem świadomość, że woli facetów? Może najzwyczajniej w świecie byłem ciekaw, czy jestem w stanie go zauroczyć? Musiałem odwiedzić Liam’a. Wstałem i wyszedłem z domu. Zapewne będzie zaskoczony moją wizytą, ale przecież wie doskonale, że nie zwykłem uprzedzać. Po kilku chwilach intensywnego spaceru, byłem na miejscu. Pani Alice pomachała do mnie przyjaźnie. Spędzała naprawdę dużo czasu w swoim ogrodzie. Kochała róże. Podszedłem nieco bliżej i delikatnie się uśmiechnąłem.


- Dzień dobry. Liam jest w domu? - spytałem grzecznie, splatając palce obu dłoni za swoimi placami. Kobieta spojrzała na mnie uważnie i skinęła głową.

- Tak, tak. Ogląda jakiś film z Harr’ym. - drzwi do domu były lekko uchylone, do moich uszu dotarły śmiechy obu chłopaków. Mimowolnie poszerzyłem uśmiech i wszedłem do środka. Siedzieli na kanapie. Rzucali w siebie popcornem.

- Hej, dzieciaki. - powiedziałem cicho i ułożyłem dłonie na uparciu sofy. Liam wstał i posłał mi szeroki uśmiech. Podszedł do mnie i ochoczo objął mnie ramieniem. Tęskniłem za zapachem jego perfum. Był bardzo specyficzny. Kojarzył mi się z naprawdę wieloma, przyjemnymi momentami.

- Nareszcie znalazłeś dla nas chwilę. - spojrzałem w gorącą czekoladę tęczówek szatyna, który zacisnął tylko wargi. Czyżby ktoś tu jednak za mną tęsknił? Harry wyglądał na zadowolonego. Zupełnie jak tego popołudnia w “Cakes&Shakes”, gdzie widziałem go po raz pierwszy. - Znasz już mojego kuzyna, prawda? - skinąłem głową i zająłem miejsce obok Francuza, który posłał w moją stronę perfekcyjny uśmiech.

- Nie mieliśmy okazji się bliżej poznać. - szepnął spokojnie, po czym zwrócił spojrzenie w stronę ekranu. Był niebywale przystojny. Jasne tęczówki uroczo kontrastowały z brązowymi lokami. Jego kości policzkowe były wyraźnie zarysowane. Nawet sposób w jaki się uśmiechał był po prostu idealny. Dopełnieniem była ta wymięta, granatowa koszulka, którą miał na sobie. Był jak Paryż nocą, choć przecież.. nigdy tam nie byłem. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę. Wychwycił to. - Powinieneś spędzić ze mną kolejny poniedziałek. - wskazał na mnie palcem i westchnął lekko.

- Poniedziałek? - spytałem podejrzliwie, zerkając to na Liam’a, to na Harr’ego. Nie byłem do końca pewien, czy warto czekać, skoro możemy wyjść gdzieś razem chociażby.. zaraz. Władała mną niecierpliwość?

- Lody miętowe, Niall. Harry raczy nimi podniebienie w każdy poniedziałek. Pierwszy spędził w towarzystwie Eleanor, a dwa dni temu to ja byłem jego towarzyszem. - zielonooki skinął głową i wepchnął do ust garść popcornu.

- Dobrze. Chętnie. - wzruszyłem ramionami i subtelnie uniosłem kąciki warg ku górze. Dziwny rytuał, ale czego innego mogłem się spodziewać?

Louis


Eleanor nie odbierała moich telefonów. Złożę jej wizytę pełną wyrzutów, ale jeszcze nie dziś. Byłem bardziej zły, a niźli zmartwiony. Postanowiłem, że odwiedzę Liam’a. Byłem najzwyczajniej w świecie ciekaw, jak radzi sobie ze swoim nieokrzesanym kuzynem. W pośpiechu okryłem tors pasiastym swetrem, którego rękawy podwinąłem aż do łokci i pośpiesznie wybiegłem z domu. Na zewnątrz padał subtelny deszcz, nie chciałem o nim myśleć. Po kilku minutach dobiegłem do celu. Zapukałem do drzwi. Ufnie oparłem się o nie dłonią, łapczywie zagarniając do płuc kolejne dawki powietrza. Nie zauważyłem nawet, kiedy drzwi powoli się uchyliły. O mało co nie upadłem.

- Cześć, Lou. - Li przywitał mnie czułym uśmiechem i skinął lekko dłonią, zapraszają mnie do środka. - Jeszcze kilka chwil i będziemy mieć komplet. - skrzywiłem się, bo dotarło do mnie, że nie tylko ja postanowiłem spędzić tutaj wieczór. Zajrzałem do salonu. Tuż obok Harr’ego siedział wątły blondyn. Ucieszyłem się na jego widok.

- Niall, ej, tęskniłem. - podszedłem do niego i delikatnie go przytuliłem. On poklepał przyjacielsko moje ramie i usiadł na poprzednim miejscu. Zerknąłem w stronę szatyna, który zachłannie upychał w policzkach popcorn. Wyglądał jak chomik. Mały, z dobrym humorem.

- Witaj, Harry Styles, wielki artysto i pijaku. - szatyn zwrócił ku mnie swe spojrzenie i ściągnął brwi. Liam zaśmiał się donośnie. Ja sam nie mogłem powstrzymać rozbawienia. - Jest lepiej?

- Witaj, Louis Tomlinson, wstrętny zbawco potępionych dusz. - ironia w jego głosie przyprawiła mnie o dreszcze. Podstępny dzieciuch.

- Jest o niebo lepiej. - szepnął Liam, a ja szeroko się uśmiechnąłem i zająłem miejsce tuż obok blondyna. Czułem, że się dogadują. Czułem, ze wszystko zmierza w dobrym kierunku, a nasz gość czuje się tutaj coraz swobodniej.

- Co oglądacie? - zerknąłem na ekran i zmarszczyłem nos. Wyglądało mi to na.. mało zabawną komedię. Harry zacisnął wargi, a Niall wzruszył tylko ramionami. No tak, deszczowe wieczory w Londynie spędza się na bliżej nieokreślonych zajęciach. Spojrzałem na nich z wyrzutem. - Może gdzieś wyjdziemy?

- Macie tu jakiś interesujący klub dla gejów? - szatyn spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Wlepiłem w niego zaskoczone spojrzenie. Jego bezpośredniość odrobinę zbiła mnie z tropu. Zupełnie jak wtedy, gdy pokazał mi fotografię przedstawiającą jego, wraz z byłym chłopakiem.

- Ale wiesz, że raczej.. żaden z nas nie zechce Ci towarzyszyć. - wyjaśniłem mu, a on subtelnie się uśmiechnął.

- Wiem. Właśnie dlatego spytałem. - wyższość na jego twarzy przyprawiła mnie o uśmiech, a Liam zdzielił go wielką, puchatą poduszką, na co Styles tylko cicho jęknął.

- Pytałem poważnie. Nie macie ochoty na wyjście? - zanim którykolwiek z nich zdołał mi odpowiedzieć, do moich uszu dotarło pukanie do drzwi. Payne zaśmiał się odruchowo. Przez chwilę obawiałem się, ze to El. Nie wiedziałabym, jak się przy niej zachować. Unikała mnie. Odetchnąłem dyskretnie, gdy głos Zayn’a wprawił powietrze w delikatnie drganie.

- Męski wieczór? - brunet spojrzał na nas i odruchowo się uśmiechnął. To zabawne, ze wszyscy mieli ochotę spędzić czas właśnie tutaj. Zacząłem się obawiać, że Harry przyciąga do siebie ludzi nazbyt przesadnie.

- Teraz już zdecydowanie tak. - Francuz spojrzał w jego stronę, a Zayn poszerzył uśmiech. Po chwili podszedł do niego i zagarnął go w swoje objęcia. Zaraz, coś mnie ominęło? Malik nie darzył szatyna zbyt wielką sympatią, a teraz przytula go z tak wielką ochotą?

- Jesteśmy w komplecie. - Liam wciąż nie mógł uwierzyć, że cała nasza piątka zebrała się u niego bez jakiegokolwiek planowania. Swoja drogą, ten fakt był odrobinę dziwny. - Co pijemy? - Harry aż wzdrygnął się na to pytanie.

- To czas na.. - szepnął z uśmiechem i wstał. Payne wiedząc zapewne o co chodzi, pokręcił tylko głową.

- Zostaw Grey Goose na swój wyjazd. Znajdę coś godnego uwagi. - uniósł ku górze palce wskazujący i skierował swe kroki w stronę kuchni. Zerknąłem na Harr’ego, który na powrót zajął miejsce na sofie.

- Właściwie.. kiedy wyjeżdżasz? - spytałem półszeptem, a oczy pozostałych zwróciły się w stronę wątłego chłopaka. Styles zamyślił się na krótką chwilę.

- Cóż, za trzy tygodnie. Chyba ze Liam zechce wykopać mnie wcześniej.

Było lekko. Nie czułem skrępowania, nikt go nie czuł. Chyba każdy z nas cieszył się z zaistniałej sytuacji. Cieszył się, że jesteśmy tu wszyscy i bez względu na pogodę chociażby, możemy po prostu porozmawiać, przy odrobinie alkoholu. Liam zaserwował nam słodkawe drinki. Harry nie był zadowolony, gustował w nieco mocniejszych specyfikach, ale zgodził się na to ( jak sam nazwał ) “spokojniejsze doświadczenie”. Na moment zapomniałem o tym, co powoli zabija mnie od wewnątrz. O wszystkich troskach, zmartwieniach. Zresztą, nie tylko ja. Zayn uśmiechał się co kilka chwil. Potrzebował nas. Potrzebował czuć, że będziemy go wspierać bez względu na to co się wydarzy. Na tym właśnie polegała przyjaźń. Nasza przyjaźń. Kochałem tych ludzi. Byliśmy rodziną, w pewnym sensie. Cieszyłem się, że Harry stawał się jej nowym członkiem. Cieszyłem się, że nie spędza wieczorów w swoim pokoju, że nie oddycha powietrze pełnym dymu, że nie wlewa w siebie alkoholu. Cieszyłem się, że jest z nami. Że się uśmiecha. Chyba zbyt często władała mną potrzeba uszczęśliwiania innych. Pragnąłem by Harry zapamiętał nas jak najlepiej. Po kilku drinkach odbyła się dość zabawna sesja zdjęciowa. Pani Alice okazała się niezłym fotografem.

Eleanor


Nie mogłam zasnąć. Deszcz natrętnie wybijał na szybie nieznaną mi melodię. Moje myśli krążyły wokół tego, jak fatalnie się czułam. Schudłam kilka kilogramów. Nie zauważyłam jednak żadnych godnych uwagi zmian. Wyglądałam tak samo, jak kilkanaście dni temu. Czyżby cała ta kuracja poszła na marne? Mama wmawiała mi, że wyglądam źle, że powinnam więcej jeść. Powinnam chyba.. jeść cokolwiek. Głód męczył mnie niemiłosiernie, szczególnie w chwilach takich jak ta, kiedy moje ciało zupełnie ze mną nie współpracowało. Powinnam już zasnąć. Chciałam już odpłynąć. Za tydzień kolejna sesja. Kolejne rozczarowanie? Jeśli tak, będę na siebie bardzo zła. Staram się, naprawdę się staram. Ćwiczę intensywnie. Koleżanka poleciła mi masę tabletek, które rzekomo miały mi pomóc. Najczęściej przygody z nimi kończyły się w toalecie. Mój organizm powoli odrzucał wszystko. I to zdawało się być.. dobrą rzeczą. Subtelny pozytyw, tuż przez snem.

5

Louis


Byłem idiotą. Stałem przed domem Eleanor. Ściskałem w drżących dłoniach małego, pluszowego misia z czerwoną kokardką pod szyją. Bałem się spotkania z nią, bałem się prawdy. Nie rozumiałem, dlaczego tak dotkliwie się ode mnie odsunęła. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Setki razy powtarzała, że tylko ja ją rozumiem. Tylko ona znała całą prawdę o mnie. Czasem była wszystkim. W chwili obecnej nie byłem do końca pewien, czy zechce ze mną rozmawiać. Zagarnąłem w płuca sporą dawkę powietrza i ruszyłem ku drzwiom, prowadzącym do jej domu. Zapukałem ostrożnie i przełknąłem ślinę. Już po chwili stała przede mną mama El. Uśmiechnęła się delikatnie na mój widok i zaprosiła mnie do środka. Wyglądała na zmartwioną.


- Cieszę się, że jesteś Louis. Może Ty przemówisz jej do rozsądku. - kobieta westchnęła dyskretnie i pokręciła głową na boki. Przemówię do rozsądku? Co ta mała paskuda znowu wymyśliła?

- Napijesz się gorącej czekolady? - skinąłem tylko głową na pytanie Pani Calder i wskoczyłem na schody. Naprawdę się martwiłem. Miałem jednak nadzieję na jakieś wyjaśnienia odnośnie tego.. nagłego zniknięcia z mojego życia. Podszedłem do jasnych drzwi i zapukałem w nie niepewnie. Gdy tylko usłyszałem niewyraźne “proszę”, nacisnąłem na klamkę i zajrzałem do pomieszczenia. Szatynka siedziała na podłodze i robiła brzuszki. Ściągnąłem brwi i zamknąłem za sobą drzwi. Gdy zauważyła, że to ja, podniosła się pośpiesznie i wtuliła w mój tors. Poczułem, że schudła. Była taka wątła, czułem na sobie jej wystające żebra i kości biodrowe. Dotarło do mnie, co się stało.

- Zapomniałaś o mnie. - wyszeptałem w jej kasztanowe loki, a ona zadrżała mimowolnie. Wciąż zacięcie wtulała policzek w materiał mojej koszulki. Władało nią poczucie winy. Po chwili ciszy uniosła spojrzenie na moją twarz. Dopiero teraz mogłem dostrzec, jak bardzo się zmieniła. Jej tęczówki straciły wcześniejszy blask. W chwili obecnej widziałem w nich tylko zmęczenie i smutek. Jej małe wargi były blade. Pod oczami widniały spore sińce, a policzki były nienaturalnie zapadnięte. Byłem przerażony.

- Nie, nie, nie.. to nie tak. - wyszeptała szybko i zacisnęła palce na mojej koszulce. Była.. taka krucha i bezbronna. Władał nią strach. Bała się, że mnie straciła. - Musiałam nad sobą popracować. Wymagali tego ode mnie.

- Els. - ująłem w dłonie jej twarzyczkę i nakazałem jej spojrzeć w swoje oczy. Drżała. Byłem na nią zły. Jak można doprowadzić się do takiego stanu? Była idealna. Teraz wyglądała jak cień człowieka. Z drugiej jednak strony, tęskniłem za nią. Za jej uśmiechem. - Wyglądasz tragicznie. Kto powiedział Ci, ze powinnaś schudnąć? Miałaś idealną figurę.

- Nie. - zaprzeczyła szybko i odsunęła się, nawet na mnie nie patrząc. - Wyglądam zupełnie tak samo. Może nawet gorzej? Co z tego, że liczba na wadze znacząco spadał, skoro nic się nie zmieniło? - spojrzałem na nią z przerażeniem. Myślała jak anorektyczka. Nie zauważyła, jak bardzo się zmieniła?

- Hej, spokojnie. Poradzimy sobie. - ująłem jej dłoń i na powrót przyciągnąłem ją do siebie. Jej skóra emanowała chłodem. Czułem, że muszę się nią zaopiekować. Musiałem wybić jej z głowy te bzdury. To wszystko zmierzało w złym kierunku. - Skończysz z ćwiczeniami i zaczniesz zdrowo się odżywiać. Możemy nawet razem przygotować jakąś lekką kolację, na początek. - na moje wargi wkradł się delikatny uśmiech. Szatynka jednak skrzywiła się nerwowo i spojrzała na moją twarz z odrobina rozbawienia.

- Moje ciało odrzuca jedzenie. Nie patrz tak na mnie, słyszysz? Nie patrz na mnie jak moja matka. - ostrożnie rozchyliłem wargi, przyglądając się jej. Szeroka koszulka wisiała na niej jak na wieszaku. Gdzie podziała się moja Eleanor? Ta, która kochała czekoladę i nie dbała o to, jak postrzegają ją inni? Ta praca ją zniszczyła. Jak można zażądać od szczupłej dziewczyny, by straciła na wadze? Wyglądała idealnie, nie potrzebowała cholernych zmian.

- Uspokój się.. - szepnąłem, robiąc krok w jej stronę. Znowu się odsunęła. Zachowywała się jak rozkapryszona, mała dziewczynka. Nic do niej nie docierało. - Stawiasz pracę ponad własne zdrowie? To nie Ty, El, to do Ciebie niepodobne.

- Nie znasz mnie. - rzuciła oschle i odwróciła się do mnie plecami. Władały mną sprzeczne emocje. Nie chciała mojej pomocy. Nie chciała nawet mnie wysłuchać. Poczułem się jak skończony głupek.

- Nikt nie zna Cię lepiej. - powiedziałem stanowczo, a ona zerknęła na mnie przez ramię. - Ale jeśli mnie nie potrzebujesz, dobrze. - rozłożyłem ręce w geście bezsilności i podszedłem do drzwi. Było mi przykro. Byłem wściekły, nie rozumiałem jej. - Radź sobie sama.

Harry


Moje życie tutaj na przestrzeni kilku dni stało się po prostu cukierkowe. Wszystko było idealne, wszyscy się uśmiechali. Czasem czułem się jak wśród wariatów. Przesyconych fałszywym szczęściem wariatów. Najgorsze było jednak to, że czułem się wspaniale. Z tymi ludźmi, w tym miejscu. Sobotni wieczór mijał bardzo szybko. Spędzałem go w swoim pokoju. Leżałem na łóżku i bezcelowo gapiłem się w sufit. Pogoda na zewnątrz była fatalna, więc i humor pozostawiał wiele do życzenia. Miałem ochotę zasnąć, nie wiedzieć czemu. Po chwili jednak usłyszałem jak ktoś bez pukania wchodzi do mojego pokoju. Zadziwiłem się, gdy zobaczyłem przemoczonego Louisa. Nerwowo wymachiwał rękami. Wsparłem się na łokciach.

- Eleanor jest chora, przez własną głupotę. Wygląda jak trup, dasz wiarę? Nic do niej nie dociera! Próbowałem przemówić jej do rozsądku.. nic, jak grochem o ścianę. - patrzyłem jak chłopak chodzi dookoła małego dywanika zdobiącego podłogę. Ściągnąłem brwi.

- Eh, spokojnie. Powoli.. - Lou usiadł na łóżku, przy okazji mocząc mi pościel. Jak mógł wyjść z domu w taką pogodę bez parasola? Było mu zimno, trząsł się jak galaretka owocowa.

- Byłem u niej, bo mnie unikała. Nie odpisywała na moje wiadomości, martwiłem się. Okazało się, że całkiem słusznie. Ona się głodzi, rozumiesz? Tylko dlatego, że jakiś gnojek poprosił ją by zrzuciła parę kilogramów.

- Po co? Wyglądała doskonale. - szepnąłem spokojnie, nie mogąc uwierzyć w jego słowa. Przypomniało mi się jednak, kiedy widziałem ją po raz ostatni. Biegała. Już wtedy wyglądała na osłabioną.

- Paranoja. - głos szatyna załamał się nagle. Schował twarz w dłoniach i westchnął ciężko. Usiadłem obok niego i ostrożnie objąłem go ramieniem. Był przygnębiony i przerażony jednocześnie. Dlaczego przyszedł akurat do mnie? Miałem mieszane odczucia, ale chciałem by przestał się martwić.

- Porozmawiam z nią jutro, w porządku? - chłopak tylko skinął głową. Odruchowo wtuliłem jego ciało mocniej w swój bok. - Zależy Ci na niej, prawda? - wyszeptałem mu do ucha, a on spojrzał na moją twarz i leciutko się uśmiechnął.

- Tak, jest moją najlepszą przyjaciółką. Nie chce, by postępowała w ten sposób. - skinąłem głową i delikatnie poczochrałem palcami jego wilgotne włosy. Byłem pewien, że wszystko się ułoży. Bardzo chętnie porozmawiam z El. Polubiłem ją.

- Dam Ci suchą koszulkę. - podniosłem się powoli, a Louis pośpiesznie chwycił w palce szlufkę moich spodni, by mnie zatrzymać. Otuliłem jego twarz pytającym spojrzeniem.

- Nie trzeba. Pójdę już.

- Dokąd? Wieczór dopiero się rozpoczął. Zrobię herbaty, spędzimy razem trochę czasu. Nie wiem czy zauważyłeś, ale zostałem w domu sam, więc.. - szatyn uśmiechnął się lekko i pozwolił mi podejść do szafy. Wygrzebałem z niej koszulkę w paski, na której widok automatycznie się uśmiechnąłem. Cóż, chyba każdy Francuz ma taką w swojej garderobie.

- Załóż.

Po krótkiej chwili siedzieliśmy już w salonie, przy dwóch kubkach gorącej herbaty. Trzymałem na udach laptopa, Louis chciał pokazać mi jakiś wielce zabawny filmik. Odczułem, że.. lubi moje towarzystwo. Humor znacząco mu się poprawił, był na nowo tym głupawym, uśmiechniętym Louis’em. Będzie mi brakowało kogoś takiego, gdy już wrócę do swojego kraju. Czyżbym zaczynał przesadnie się do niego przyzwyczajać? Był wspaniały. Zaśmiałem się donośnie, gdy Lou począł tłumaczyć mi coś zawzięcie. Był naprawdę pozytywną osobą. Przy kimś takim po prostu nie dało się nie uśmiechać. Liam ma szczęście, że ma w swoim gronie taką osobę. Będę za nim tęsknił. Swoją drogą, dlaczego myślę o tym już teraz? Mamy przed sobą jeszcze kilkanaście dni. W poniedziałek wybieram się na lody z Niall’em. Muszę także poprosić Zayn’a by znalazł dla mnie chwilę. Jutro odwiedzę Eleanor i postaram się jakoś wybić jej z głowy tę obsesję na punkcie odchudzania. Jest piękną i mądrą kobietą. Nie powinna przywiązywać tak wielkiej wagi do tego, co mówią i myślą inni ludzie. Jeśli ta praca ma zmuszać ją do tak drastycznych przedsięwzięć, to może czas najwyższy pomyśleć o zmianie planów na przyszłość? Louis zerknął na profil mojej twarzy. Kąciki jego ust drgnęły subtelnie.

- Dziękuję. - wyszeptał spokojnie, po czym ujął w obie dłonie swój kubek i powoli zamoczył wargi w aromatycznym napoju.

- Za co? - spytałem odruchowo, a on poszerzył swój uśmiech. I ja nie omieszkałem się uśmiechnąć. Nie byłem jednak do końca pewien, co miał na myśli. Koszulka to przecież tylko drobiazg.

- Za to, że poprawiłeś mi humor. Za to, ze porozmawiasz z El..

- Nie dziękuj mi, brzydalu, po prostu nie martw się na zapas. To, że jest uparta nie znaczy, że zaprzestała racjonalnie myśleć. - sięgnąłem dłonią po swój kubek, uprzednio odkładając komputer na blat stołu. Byłem pewien swoich słów. Wierzyłem, że szatynka mi zaufa. Louis był przy niej zawsze. Być może poczuła, że jego ocena względem jej wyglądu nie jest obiektywna? Już ja ją upewnię w przekonaniu, że musi o siebie zadbać. Jestem niemniej uparty.