piątek, 15 listopada 2013

1

Harry


Zerknąłem na dwie spakowane starannie torby stojące pod ścianą. Byłem gotowy do jutrzejszego powrotu do Francji. Nie wierzę, że ten czas minął tak szybko. Nie chciałem wyjeżdżać, ale pragnąłem już uściskać mamę, tak bardzo za nią tęsknię. Zayn i Liam wyprawili mi pożegnalne przyjęcie. Alice upiekła ciasto, a Louis przyniósł sałatkę z owoców. Czułem, że im na mnie zależy. Nawet Eleanor spędziła z nami kilka chwil i uroniła łzę, gdy przytulałem ją po raz ostatni. Niall sporo dziś ze mną rozmawiał. Żałuję, że nie udało nam się wcześniej spędzić ze sobą więcej czasu. Brakowało jedynie wątłej blondyneczki, której imienia Zayn nie chciał nawet słyszeć. Będę tęsknił. Za Liamem i ciocią, za tym domem, za poddaszem. Za powietrzem i tym nieustannie zachmurzonym niebem. Za El i jej słodkimi perfumami. Za Danielle, która zapowiedziała szybką wizytę we Francji. Za Zayn’em, Niall’em i za Louis’em. Ten ostatni rozstał się dziś ze mną bez większego problemu. Nie liczyłem na przesadne czułości, ale ufałem, że zobaczę w jego tęczówkach coś wyjątkowego. Niestety jedyne co tam trzymał to przesadnie dobry humor. Uchyliłem ostrożnie drewniane okno i odpaliłem papierosa. Jutro, lotnisko, punkt dziesiąta i żegnaj Wielka Brytanio. Wygląda na to, że tym razem będę tęsknił. Zaciągnąłem się mocno, a moje powieki mimowolnie opadły w dół. Wsparłem wolną dłoń na parapecie. Do moich uszu dotarła głupawa melodyjka obwieszczająca pojawienie się nowej wiadomości. Ująłem w dłoń telefon. “Curly, za pół godziny pod Twoim domem, jasne?" Ten uparciuch coś planował? Uśmiechnąłem się i wyskrobałem krótką wiadomość z potwierdzeniem. Ostatnio noc spędzona na śnie? To zupełnie nie w moim stylu, a Tomlinson doskonale o tym wiedział. Spryciarz. Zgasiłem niedopałek w popielniczce i westchnąłem spokojnie. Wygrzebałem z torby bluzę w kolorze pistacji, którą pośpiesznie nałożyłem na ramiona. Wsunąłem w kieszenie życiodajne papierosy i telefon. No dobrze, ostatni spacer.



Louis


Zbliżała się północ. Potrzebowałem pobyć z Harr’ym sam na sam. Czułem, że będę za nim tęsknił. Za jego natrętnym spojrzeniem, wiecznie nieułożoną fryzurą i zupełnie niepoważnym podejściem do życia. Nie poskąpiłbym sobie spaceru w jego towarzystwie, nawet jeśli pora nie była do tego zbyt odpowiednia. Dzisiejsze przyjęcie było pełne uśmiechu, choć każdy z nas wiedział, że tracimy mały pierwiastek naszej codzienności. Nic miało się nie zmienić, a w gruncie rzeczy zmieniało się wszystko. Harry wpłynął na każdego z nas inaczej, ale w każdym przypadku było to wpływ jak najbardziej pozytywny. Czułem, ze mnie udało się go w jakiś sposób rozgryźć. Wtedy, podczas nocy spędzonej w samochodzie i poprzedzającego ją wieczoru wiedziałem, że jest naprawdę sobą. Że potrafi od tak, wyjąć swój notes i naszkicować coś pięknego. Nie mogę uwierzyć, że w tym aroganckim gówniarzu tkwił taki talent. Założyłem swój ulubiony sweter, by już po chwili wyjść z domu. Powietrze było zimne, ale całkiem przyjemne. Po kilku minutach dotarłem pod dom Liam’a. Nie zdziwił mnie widok Harr’ego z papierosem między wargami, czekającego na mnie na schodkach. Podniósł się leniwie i podszedł do mnie.

- Już się stęskniłeś. - szepnął z wyższością, a na jego wargach pojawił się ten specyficzny uśmiech. Nie znosiłem go, ale równie mocno go uwielbiałem.

- Skądże. Potrzebowałem się przewietrzyć, a tak się składa, że wszyscy poza Tobą już śpią. - wzruszyłem ramionami, a chłopak skinął głową i zaciągnął się dymem. Nie byłem dobry w kłamaniu.

- Dokąd idziemy?

- Proponowałbym.. przed siebie. - uśmiechnąłem się lekko, a Styles od razu przystał na moją propozycję. Wsunął dłonie do kieszeni swojej bluzy i cicho westchnął. Był przygnębiony, czyżby nie chciał opuszczać Londynu? - Nie gniewasz się, że Cię wyciągnąłem?

- Ani trochę. - pokręcił szybko głową, po czym spojrzał na mnie. - To miłe. Nie zamierzałem się kłaść.

- Jestem ciekaw Twoich wspomnień. To znaczy.. o czym będziesz myślał, gdy wrócisz do Paryża? - zagryzłem delikatnie dolną wargę, zerkając co kilka chwil na profil jego twarzy. Czułem, ze odnalazłem w nim przyjaciela. Czułem, że w jakimś sensie jest moją bratnią duszą. Tak; częścią mnie. Z tą różnicą, że ja nie lubiłem lodów miętowych.

- Ja i Liam odrobinę się do siebie zbliżyliśmy. Ciocia chyba.. bardziej mnie polubiła. - skinął głowa na potwierdzenie swoich słów, a ja odruchowo jęknąłem. Szatyn spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.

- Ona Cię kocha, idioto. - Harry parsknął śmiechem na moje słowa i aż zgiął się wpół. Przystanąłem i lekko kopnąłem go w kostkę. Syknął. - To Twoja rodzina.

- To nie oznacza, ze muszą mnie kochać, Louis. - nabrałem powietrza w policzki i teatralnie je wypuściłem. - Jestem trudny. - zmarszczył nos, a ja zaśmiałem się cicho. - Poza tym będę tęsknił za Eleanor i jej uśmiechem. Mam nadzieję, że należycie się nią zaopiekujesz.

- Oczywiście. - skinąłem głową i dotknąłem odruchowo jego ramienia. To był nasz ostatni wspólny wieczór na.. jakiś czas. Jeszcze do mnie nie dotarło, ze jutro wszystko się skończy. To przykre, że ludzie z którymi łatwo łapiemy kontakt, mieszkają tak daleko.

- Poznałem wielu wspaniałych ludzi, w tym Ciebie. Będę tęsknił, przede wszystkim. I na pewno nie zapomnę naszej nocy w samochodzie. - zaśmiałem się widząc, jak Harry powoli unosi kąciki ust. Faktycznie, ta noc, ten wieczór.. te kilka chwil które spędziliśmy sami sporo zmieniło. No i potem nasze niespodziewane spotkanie w klubie. Cieszę się, że to wszystko tak się potoczyło.

Zauważyłem, ze jesteśmy w jakiejś nieprzyjemnej uliczce. Rozejrzałem się odruchowo nie wiedząc, jak się tutaj znaleźliśmy. Rozmowa z szatynem pochłonęła całą moją uwagę. Chłopak widząc, ze okolica mi się nie podoba, ujął moją dłoń i pociągnął mnie za sobą.

- Boisz się? - spytał cicho, a ja odetchnąłem tylko z ulgą, gdy wyszliśmy na chodnik tuż obok kilku małych sklepików. - Wystarczy odrobina ciemności i Louis Tomlinson drży ze strachu. - puściłem jego dłoń i przystanąłem na moment. Wsparłem dłonie na biodrach, starając się o groźną minę. Harry tylko chichotał głupawo, oddalając się ode mnie coraz bardziej. Nagle zerknąłem przez swoje ramię, słysząc kroki. Właściwie.. ktoś biegł w moją stronę. Po chwili zauważyłem twarz wysokiego, tęgiego mężczyzny, który z wielką łatwością przycisnął mnie do ceglastego muru. Odsunął się jednak, by przeszukać moje kieszenie. Dostrzegłem, ze trzyma w prawej dłoni nóż. Nie byłem zaopatrzony w nic, poza telefonem, który facet szybko wydobył z mojej płytkiej kieszeni. Był wściekły, liczył zapewne na większy łup. Wszystko działo się szybko, a ja nadal trwałem w osłupieniu. Byłem przerażony. Widziałem, jak facet unosi łokieć ku górze by z większą siłą uderzyć we mnie ostrym narzędziem. Niestety, nie miałem sił, by się ruszyć. Nigdy dotychczas nie czułem się tak bardzo bezradny. Poczułem tylko jak ktoś z wielką siłą odpycha mnie na bok. Naparłem całym ciałem na wątłą szybę jednego ze sklepików. Pod moim ciężarem rozprysnęła się na drobniuteńkie kawałeczki, a ja uderzyłem plecami o kafelkową posadzkę sklepu. Do moich uszu dotarł piskliwy dźwięk alarmu. Ostatkiem sił wsparłem się na łokciach i to co zobaczyłem, odebrało mi małą dawkę powietrza, którą wciąż trzymałem w płucach. Harry opierał się plecami o mur, do którego ja jeszcze przed sekundą byłem natarczywie przyciskany. W jego klatce piersiowej tkwił nóż, a oprawca uśmiechał się lekko rozkoszując widokiem bólu. Kolana Francuza powoli rozjeżdżały się na boki. W tym momencie facet wyjął ostrze i wbił go z ogromną siłą po raz drugi. W moim gardle ugrzązł niemy krzyk. Słyszałem nadjeżdżającą policję. Nikogo poza nami tu nie było. Podniosłem się nie zważając na poranione ręce, plecy i twarz. Na trzęsących się kończynach doczołgałem się do Harr’ego, który krztusił się własną krwią. Uniosłem jego głowę brudząc jego jasne policzki czerwoną mazią. Jego jasne tęczówki powoli zachodziły gęstą mgłą. Nie widziałem niczego poza jego twarzą. Niczego, poza bladymi, drżącymi wargami i powiekami powoli opadającymi w dół.

- Curly.. - szepnąłem, przysuwając jego twarz bliżej swojej. - Słyszysz?! Będzie dobrze, spójrz na mnie, spójrz na mnie do cholery! - zacisnąłem palce na jego policzkach, jakby to miało pomóc. Władał mną gniew, on nie mógł odejść, nie tutaj, nie tak. - Błagam.. - mój głos drżał, zupełnie tak jak dłonie. Szarpnąłem jego ciałem po raz ostatni. Sekundę później dwóch sanitariuszy odciągnęło mnie od niego. Oparłem się plecami o mur i zacząłem płakać. Dopiero teraz łzy gęstym potokiem okalały moje policzki, mieszając się z krwią. Uciekłem stamtąd. Nie pozwolili mi z nim pojechać, bo byłem tylko jego przyjacielem. Wróciłem do domu, nie wiem jak. Moje plecy były dotkliwie pokaleczone. Skąd wiec miałem siłę by wrócić? Wszedłem do łazienki, ignorując krzyczącą mamę. Zmieniłem sweter. Wyjąłem z przedramienia spory kawałek szkła. Delikatnie umoczyłem jego koniec w wodzie patrząc, jak cienka, czerwona niteczka ciągnie się leniwie za przeźroczystym ostrzem.

Harry Styles tej nocy uratował moje życie.
Życie, które bez niego nie miało najmniejszego sensu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz