sobota, 29 marca 2014

*Louis miał prawo się zdenerwować. Mało tego, powinien być w tej sytuacji wściekły! Był podejrzewany o kłamstwo i spiskowanie przeciwko zespołowi, w dodatku takie oskarżenia wysnuli przeciwko niemu jego właśni przyjaciele. To najgorszy dzień w życiu Tomlinsona.

-Pozwólcie, że zbiorę wszystko do kupy- powiedział trzęsącym się ze złości głosem, wbijając spojrzenie w stojących naprzeciwko niego chłopaków. –Myśleliście, że Harry udawał amnezję, żebyśmy mogli zamknąć się w stojącym na kompletnym pustkowiu domu mojego dziadka oraz olać One Direction, a wraz z nim koncerty, noce w klubach i całą resztę? Tak, to bardzo, kurwa, prawdopodobne! Wy chyba straciliście mózgi!

-To mogło się zdarzyć- bronił uparcie swojej teorii Zayn, zakładając ręce na piersi. –Zwłaszcza, że w ogóle o niczym nas nie informowałeś. Co mieliśmy w takim razie sobie myśleć?

-A nie przyszło ci do głowy, że nie mam ochoty dzwonić do was i bez przerwy powtarzać, że nic się nie zmieniło?- warknął Louis, przejeżdżając miażdżącym spojrzeniem po całej trójce. –Proszę bardzo: Harry nadal mało pamięta, ma jedynie przebłyski wspomnień, które na nic mu się jednak nie przydadzą. Mam nadzieję, że to cię wystarczająco usatysfakcjonowało.

-Lou, po prostu się martwiliśmy- wtrącił Liam rozkładając bezradnie ramiona. –Może nie zrobiliśmy najlepiej włamując się do tego domu, ale mieliśmy dobre intencje i myślę, że powinniśmy przeprosić się nawzajem, zapomnieć o wszystkim i rozejść w idealnej zgodzie.

-Dla ciebie wszystko jest takie proste! Jednak teraz przesadziłeś, stary- rzucił Louis, trochę udobruchany. Payne miał w sobie coś, co zawsze koiło jego nerwy i pozwalało trzeźwo ocenić sytuację. Niechętnie uniósł kąciki ust do góry. Niall odetchnął z ulgą, a Liam uśmiechnął się szeroko, podchodząc do Tomlinsona, aby go po męsku uścisnąć. Malik jednak wciąż nie wydawał się przekonany. Odwrócił się w stronę zdezorientowanego Harry’ego i ze zmrużonymi oczami zaczął się do niego zbliżać, niczym gotowy do ataku wąż. W połowie kuchni został powstrzymany przez Nialla.

-Przestań, Zayn. Daj sobie spokój, słyszałeś, co powiedział- ostrzegł go blondyn i odciągnął z powrotem pod ścianę. Louis całkiem zapomniał o Stylesie. Nawiązał z nim kontakt wzrokowy, a kiedy chłopak lekko skinął głową, miał pewność, że wszystko jest porządku. Harry prawie niezauważalnie przysunął się bliżej.

-To są właśnie Liam, Zayn i Niall- powiedział Louis łagodnie, wskazując na odpowiednie twarze. –Pokazywałem ci kiedyś zdjęcia, pamiętasz? Nie martw się, na ogół zachowują się w miarę normalnie, chociaż i tak są okropni.

-A wy dwaj najbardziej- wymamrotał Zayn, robiąc jednak na tyle skruszoną minę, że Louis był w stanie mu wybaczyć. Nigdy nie potrafił zbyt długo się gniewać, zwłaszcza na przyjaciół.

-To prawda- przyznał mu rację Tomlinson, odwracając wzrok od zielonych tęczówek Stylesa. –Ale to dzięki nam nigdy nie było nudno. Dobra, skoro już tu jesteście i nie zapowiada się na to, abyście mieli prędko się wynieść, to może coś zjemy?

-Popieram. A co wy właściwie robiliście o tej porze na nogach?- zaciekawił się Niall, podchodząc do lodówki. Otworzył szeroko drzwi i uważnie zlustrował jej zawartość, wyciągając w końcu mrożoną pizzę z zamrażalnika. –No wiecie, jest po piątej.

Louis zaniemówił, czując lekki rumieniec na policzkach. Gdyby powiedział prawdę, nie tylko Horan, ale też pozostała dwójka, z miejsca padłaby trupem. Na szczęście Harry wydawał się czytać mu w myślach, bo ukradkiem ścisnął jego przegub i pierwszy raz tego ranka się odezwał.

-Graliśmy na konsoli, nie zauważyliśmy godziny i dosłownie zdążyliśmy wejść po schodach, gdy usłyszeliśmy, że ktoś jest w salonie- skłamał gładko, przypominając w tym momencie Harry’ego Stylesa sprzed wypadku. Louis pokiwał głową, potwierdzając jego słowa, a chłopaki bez sprzeciwu w to uwierzyli. Po chwili cała piątka zaczęła krzątać się po kuchni, jakby ostatnie dwa miesiące nie istniały.

***

Przed południem Liam z Zaynem rozbili w salonie całkiem miłe obozowisko, wyściełając fragment drewnianej podłogi kocami, śpiworami i poduszkami, na których zamierzali się przespać. Niall, gdy to zobaczył, szybko umościł się na największej i najwygodniejszej dostępnej poduszce, leżącej pośrodku legowiska i prawie natychmiast zasnął. Chcąc tego czy nie, pozostała dwójka musiała zadowolić się mniej wygodnymi miejscami po jego bokach, ale wkrótce i oni odpłynęli do krainy snów.

Widząc to i mając pewność, że nie zostaną zaskoczeni, Louis zaciągnął Harry’ego do swojego pokoju, gdzie z zakłopotaniem oparł się o biurko, patrząc na przyjaciela niezdecydowanym spojrzeniem.

-Przepraszam, tam w kuchni po prostu spanikowałem- powiedział w końcu wprost. –Nie myślałem, że to stanie się tak szybko. Ja… chyba na razie nie powinniśmy im o nas mówić. Musimy ich na to jakoś przygotować.

Harry przez chwilę milczał z zagadkową miną, jakby był rozdarty wewnętrznie, ale po chwili zgodził się, posyłając Louisowi zmęczony uśmiech.

-To była długa noc- powiedział, sugestywnie oblizując usta. –Louis, ja nawet ich nie pamiętam. Myślisz, że będę się upierał przy ujawnieniu naszego związku, skoro nie trwa on nawet dwunastu godzin?

-Chciałem po prostu być fair w stosunku do ciebie.

-Wiem i dziękuję ci za to- Harry odbił się od ściany i skierował w stronę drzwi. –Lepiej prześpię się u siebie, nigdy nie wiadomo, co two… nasi przyjaciele wymyślą.

-Słusznie. Harry, ja…

-Tak?- chłopak odwrócił się, patrząc na niego uważnie. Tomlinson nagle przestraszył się słów, które chciał powiedzieć i machnął lekceważąco ręką.

-Nic takiego. Dobrych snów.

Styles opuścił pokój, bezszelestnie zamykając za sobą drzwi.

***

Wieczorem, gdy cała piątka odespała zarwaną noc, Liam zaproponował rozpalenie ogniska na plaży. Wszystkim spodobał się ten pomysł, więc zabrali z szopy zapas drewna i zanieśli je na miejsce, a potem wrócili na chwilę do domu, aby przygotować jedzenie oraz ubrać cieplejsze bluzy. Harry, który zdążył oswoić się z obecnością nowych osób, zaczął po drodze żartować i przekomarzać się z Zaynem.

-No i co z tego?- denerwował się Malik, mimowolnie dotykając włosów, aby sprawdzić ich ułożenie, gdy Styles wytknął mu, że na głupie ognisko szykował się jak na wyjście do teatru. –Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, więc chcę zawsze mieć idealną fryzurę.

-Spodziewasz się spotkać na plaży jakieś dziewczyny?- dopytywał złośliwie Harry, podrzucając do góry koc, żeby chwycić ciągnący się po ziemi róg. –Jeżeli tak, to się rozczarujesz, bo w okolicy nikt oprócz nas nie mieszka. Nie ma szans, aby kogokolwiek spotkać.

-NO I CO Z TEGO?- powtórzył Zayn z obrażoną miną i nawet Louis nie mógł powstrzymać uśmiechu. Niall, który szedł na przedzie, od dawna śmiał się w głos, a niesione przez niego butelki z napojami pobrzękiwały rytmicznie. –Zajmij się sobą, Styles!

-Och, nie muszę. Louis się mną opiekuje, prawda, Lou?

-Tak, ale musisz wiedzieć, że nawet nie będę próbował cię bronić, gdy Malik straci w końcu cierpliwość i się na ciebie rzuci- poinformował go spokojnie Tomlinson, a Harry wymierzył w niego dramatycznie palcem, jednocześnie dusząc się od powstrzymywania śmiechu. Już dawno nie był tak wesoły.

-Złamałeś moje serce- zawołał, przykładając wierzch dłoni do czoła. –Wydany na pastwę Zayna przez najlepszego przyjaciela… O, ja nieszczęsny!

-Nie martw się, Harry, ja bym ci pomógł- pocieszył go Liam i Styles natychmiast do niego podbiegł.

-Właśnie awansowałeś na stanowisko Mojego Najlepszego Kumpla, które przed chwilą stracił Louis- powiedział uroczyście, klepiąc chłopaka po łopatce, a Tomlinson wywrócił oczami. –To duże wyróżnienie, możesz być z siebie dumny!

-Też mi zaszczyt- prychnął Zayn.

-Będziemy wszędzie razem chodzić, nagrywać we dwóch filmy dla fanek, kupimy sobie identyczne koszulki z nadrukiem, napiszemy piosenkę o naszej przyjaźni… -wymieniał Harry, nieświadomy słów Malika. Liam skrzywił się komicznie i odwrócił twarz do Louisa, popychając w jego stronę Hazzę.

-Zmieniłem zdanie, możesz go sobie zatrzymać. Już zapomniałem, ile on potrafi gadać.

-Co? Niall, a może ty chcesz być moim Najlepszym Kumplem? Obiecuję, że będziesz miał z tego same korzyści!

-Przykro mi, Harry, ale raczej nie. W moim sercu jest tylko jedno miejsce, które aktualnie zajmuje Nando’s- odparł blondyn poważnie, choć zdradzało go podejrzane drżenie ramion. Styles westchnął i niepocieszony zrównał krok z Tomlinsonem, patrząc na niego z rezygnacją.

-Wygląda na to, że odzyskałem swoje stare stanowisko- rzekł Louis, zatrzymując się w miejscu, gdzie mieli rozpalić ognisko. –Jesteśmy na siebie skazani.

-Niestety- westchnął Harry. Rzucił koce na piasek i szeptem dokończył zdanie, aby tylko oni mogli je usłyszeć. –Nie, żebym się skarżył. Czasami jesteś całkiem użyteczny.

-Dzięki, miło być docenionym- powiedział kwaśno Louis, po raz kolejny wywracając oczami, ale odwzajemnił porozumiewawczy uśmieszek. Harry był nieznośny w tak uroczy sposób, że nie można było mieć mu cokolwiek za złe, zwłaszcza, gdy wiedziało się doskonale, że chłopak bez przerwy się wygłupia i przeważnie nie myśli tego, co mówi.

Zayn z Liamem podjęli próbę rozpalenia ogniska, a Niall otworzył przyniesiony koszyk piknikowy i zaczął w nim grzebać, wyjmując z niego kiełbaski i pianki. W tym czasie Louis ułożył krąg z kamieni, uniemożliwiający rozprzestrzenienia się ognia, chociaż w pobliżu był tylko piasek, który w żaden sposób nie mógł się zapalić, czego Harry nie omieszkał mu przypomnieć.

W końcu wszystko było gotowe i cała piątka rozsiadła się wygodnie wokół paleniska.

-Chce ktoś piwo?- zawołał Zayn, wyciągając skądś reklamówkę pełną butelek z alkoholem. Niall i Liam wzięli po jednej, a Harry z przekornym spojrzeniem pokręcił głową.

-Louis nie pozwala mi pić- powiedział niewinnie, dmuchając na swoją piankę, którą następnie wpakował sobie do ust i zaczął powoli przeżuwać.

-To polecenie lekarzy- sprostował Tomlinson i poczuł się trochę głupio pod ironicznymi spojrzeniami reszty chłopaków. Westchnął. Nikt w tym towarzystwie nie docenia jego troski. –Ale jeżeli chcesz, to proszę bardzo. I tak już złamałeś zakaz.

-W takim razie rzuć mi jedno, Malik- Harry z zadowoleniem odkorkował butelkę i pociągnął łyk bursztynowego płynu, robiąc przy tym rozmarzoną minę. Louis pacnął go lekko w ramię, żeby przestał sobie żartować i również zaczął swoje piwo. Zapowiadała się całkiem miła noc.

Z każdą kolejną opróżnioną butelką, Louis przestawał zwracać uwagę na resztę i koncentrował się na Harrym, którego kontury śmiesznie rozmazały się w blasku migoczących płomieni, a skóra przybrała odcień głębokiego brązu. Starał się ignorować natrętnie powracają pokusę, aby w jakiś sposób zabrać go w ustronne miejsce i pocałować, bo przecież nie mógł tego zrobić przy chłopakach. Tylko, że ten przeklęty Styles wciąż i wciąż muskał kolanem jego biodro i przypadkiem ocierał się o jego ramię, gdy sięgał po coś do koszyka z jedzeniem, przez co Louisowi było naprawdę ciężko się powstrzymać.

W dodatku zdecydowanie za dużo wypił, bo Niall przecież nie mógł właśnie ściągnąć ubrań i biec nago w stronę morza… prawda?

-Czy widzę to, co myślę, że widzę?- powiedział, starając się brzmieć w miarę trzeźwo, co widocznie mu nie wyszło, bo Harry obrzucił go rozbawionym spojrzeniem.

-Tak, on naprawdę to zrobił. Nie jesteś zbyt mocnym zawodnikiem, Lou- odparł i Louis nie był w stanie stwierdzić, czy wyobraził sobie czułość w jego głosie, czy ona rzeczywiście tam była. –Liam, ty chyba nie zrobisz tego samego?

-Idę przypilnować, żeby ten głupek się nie utopił- uśmiechnął się Payne, ruszając w kąpielówkach w stronę blondyna.

-Właściwie też bym popływał- dodał w zamyśleniu Zayn i dołączył do Liama lekko chwiejnym krokiem, a po chwili obaj zniknęli im z oczu. Louis obrócił twarz w stronę Harry’ego, który leniwie przesypywał piasek przez palce, patrząc na Tomlinsona z trudną do odgadnięcia miną.

-Zostaliśmy sami- stwierdził oczywistość Louis, podciągając się na łokciach do pozycji siedzącej. Serce zaczęło głupio tłuc się w jego piersi, a wzrok się zamazał, więc szybko zamrugał.

-Tak- odpowiedział cicho Harry, przysuwając się bliżej, tak że zetknęli się udami wyciągniętych nóg i Louis trochę nieporadnie otoczył jego szczupłą talię, przyciągając go do siebie. –Nareszcie.

Wypity alkohol szumiał mu w głowie, gdy nakrywał usta Harry’ego własnymi, przejeżdżając językiem po dolnej wardze i wślizgując się do mokrego wnętrza, gdzie już czekał na niego chętny język chłopaka. Jedna z dłoni Stylesa powędrowała na plecy Louisa, drugą gładził jego policzek, zahaczając kciukiem o linię szczęki, na której zaczął po chwili składać powolne pocałunki, przesuwając się w górę do tego wrażliwego miejsca tuż za uchem Tomlinsona, któremu taki dotyk zawsze sprawiał dużą przyjemność. Chłopak wsunął dłonie pod koszulkę Harry’ego, przejeżdżając po gorącej skórze wzdłuż linii kręgosłupa i zaśmiał się cicho, gdy Styles w odpowiedzi zahaczył zębami o jego kość obojczykową, zapewne pozostawiając na niej czerwone ślady.

-Ktoś tu chyba nieźle się upił! Lou, to nie Elera… Eleanor, tylko Harry- uradowany głos Nialla rozległ się gdzieś z boku, niemal podrywając ich do góry. Oderwali się od siebie zmieszani i trochę przestraszeni, że zostali nakryci przez Horana, który przyglądał im się teraz z nieco osobliwą miną, jakby sam nie wiedział, co powinien o tym sądzić. –Wiem, że przez te dziecinne rysy twarzy wygląda pod pewnym kątem jak dziewczyna, ale mimo wszystko…

-Hej! Wcale tak nie wyglądam- oburzenie Harry’ego zdołało przebić się przez warstwę zakłopotania, tracąc jednak na efektywności, gdy chłopak bezwiednie pogładził się po policzkach, jakby szukał na nich śladu zarostu.

-Niall, szybko wróciłeś- wtrącił Louis, próbując wymyślić na poczekaniu jakąś sensowną historyjkę, ale jak na złość nic nie przychodziło mu do głowy. –My tylko… no wiesz…

-Za dużo wypiliście, rozumiem, zdarza się każdemu- blondyn owinął się szarmancko ręcznikiem i opadł nieopodal na ziemię, kręcąc szybko głową i rozpryskując na wszystkie strony krople morskiej wody.

-Nie, Lou, nie ma sensu dłużej kłamać - powiedział dramatycznie Harry, patrząc chłopakowi hardo w oczy, na co Tomlinson otworzył z niedowierzania usta. – Mamy romans, Niall. Jesteśmy razem. Nie chcieliśmy wam o tym mówić, ale skoro nas przyłapałeś…

Horan popatrzył na nich z przerażeniem, a potem wybuchnął głośnym, niepohamowanym śmiechem. –Tak, jasne- wykrztusił, gdy zdołał się opanować. –Zawsze żyliście w swoim świecie, a to pewnie było jego częścią i miało mnie nabrać, ale nie tym razem, Styles! Powiedzcie Liamowi, że wróciłem do domu, bo chyba ciągle mu się wydaje, że jestem w wodzie.

Podniósł się, targając za sobą swoje rzeczy, a Louis poczuł, że to dla niego zbyt wiele.

-Nie uwierzył- rzucił, a w jego głosie ciągle pobrzmiewało zaskoczenie. –Niall nas zwyczajnie olał.

-Cóż, można się było tego spodziewać- odparł Harry lekko.

-Wiedziałeś, że tak będzie?

-Przypuszczałem i właśnie dlatego to powiedziałem. Obaj umawialiśmy się do tej pory tylko z dziewczynami, no i, jak to określił Niall, żyliśmy w „swoim świecie”, więc łatwo było wziąć to za wygłup. Każdy by pomyślał, że znowu robimy przedstawienie.

Louis popatrzył na niego ze ściągniętymi brwiami, przetwarzając w myślach jego słowa. Harry niezaprzeczalnie miał trochę racji, ale to nie przebiegłość przyjaciela wzbudziła w Tomlinsonie niepokój. Coś innego zaczęło formować się w jego mózgu, coś wspaniałego i okropnego jednocześnie, czego do tej pory nie zauważył.

Teraz był już jednak pewny.

Wbił zszokowane spojrzenie w Harry’ego,

-Kiedy twoja pamięć wróciła?



***

O ile to było możliwe, Louis czuł się jednocześnie niewiarygodnie szczęśliwy i strasznie przygnębiony. Miliony sprzecznych emocji wirowało w jego głowie, przyprawiając go o mdłości, gdy siedział na podłodze w sypialni Harry’ego i opierał plecy o starą komodę, udając, że słucha stojącego nieopodal Stylesa.

-Czyli od kiedy wszystko pamiętasz?- zapytał nagle, chcąc wreszcie uzyskać jasność. Być może Harry dopiero co o tym wspominał, ale Louis kompletnie nie mógł się skupić na słowach płynących z jego ust.

Jeżeli chłopak poczuł się tym urażony, nie dał tego po sobie poznać.

-Odkąd zeszliśmy do salonu słysząc hałas i zobaczyliśmy tam chłopaków- odpowiedział szczerze, bez cienia skrępowania patrząc Louisowi prosto w oczy. –Wtedy wszystko do mnie wróciło. To było tak niezwykłe, że nie potrafię nawet opisać tego uczucia, gdy w jednej chwili mgła zasnuwająca moje wspomnienia po prostu zniknęła.

-To świetnie… Ale dlaczego mi nic nie powiedziałeś?- To była właśnie kwestia, która nie pozwalała Louisowi do końca podzielać szczęścia Harry’ego, ponieważ czuł się w pewnym sensie oszukany. Zdradzony. I co z tego, że Harry odzyskał pamięć niecały dzień wcześniej? Nie powiedział mu tego, a gdyby Louis sam się nie domyślił, prawdopodobnie nie wiedziałby o tym do tej pory. –Było tyle okazji do rozmowy.

-Hej, opanuj trochę swój entuzjazm, nie ma się z czego AŻ TAK cieszyć- powiedział sarkastycznie Harry, zaplatając ramiona na piersi. Wydawał się być rozdrażniony reakcją przyjaciela, który z kolei był na niego zły za utrzymywanie wszystkiego w tajemnicy.

-Po prostu mi odpowiedz. Dlaczego?

-Nie rozumiem, o co tyle hałasu. Zwyczajnie nie zdążyłem ci tego powiedzieć, co nie oznacza, że nie zamierzałem! Jesteś w stanie to zrozumieć i przestać choć na chwilę zachowywać się jak palant?

-Nie, dopóki nie powiesz mi całej prawdy. Harry, zbyt długo jesteśmy przyjaciółmi, żebym nie wiedział, że coś tutaj nie pasuje.

-W takim razie kiepscy z nas przyjaciele, skoro mi nie ufasz.

To zdanie uderzyło Tomlinsona jak celnie wymierzony policzek. Zamknął usta, świadomy nagle tego, że Harry ma rację. Byli nawet kimś więcej niż przyjaciółmi i jeżeli Styles mówi, że niczego nie ukrywa to tak właśnie jest, a on nie ma prawa wytaczać przeciwko niemu bezpodstawnych oskarżeń.

Wstał, podszedł do młodszego chłopaka, który wciąż patrzył na niego wyzywająco spod opadających na jego czoło loków i zatrzymał się tuż przed nim, zachowując między nimi niewielką odległość.

-Przepraszam- wymamrotał cicho, mając nadzieję, że Harry zrozumiał, bo nie miał ochoty tego drugi raz powtarzać. –Masz rację, jestem głupi. To wspaniale, że odzyskałeś pamięć. Teraz możemy wrócić do Londynu, zadzwonić do Cowella i reaktywować One Direction. Wszystko będzie tak jak dawniej.

Paradoksalnie żaden z nich się nie ucieszył, bo doskonale wiedzieli, jakie będą konsekwencje ich powrotu.

Harry ujął rękę Louisa, bawiąc się przez chwilę jego palcami i obrysowując linię szwów w miejscu, gdzie niedawno było paskudne rozcięcie.

-Odzyskałem pamięć wtedy, gdy w końcu byłem szczęśliwy nie pamiętając- szepnął, przytulając się do Tomlinsona, który z rosnącą gulą w gardle otoczył go ramionami i przycisnął mocniej do siebie, oddychając jego zapachem.

Dzień, w którym Harry wyleczy się z amnezji miał być dniem szczęśliwym, ale dla nich oznaczał teraz jedynie koniec.

piątek, 28 marca 2014

********** ******************** ****** *****



Louis patrzy na mijane domy, gdy wygląda przez okno. Stara się, by to nie wyglądało tak, że podsłuchuje rozmowę Harry’ego i Lou. Omawiają oni właśnie związek Harry’ego z Taylor i Harry opisuje ich ostatnią randkę, która była „totalnym niepowodzeniem”.
Za każdym razem, gdy Taylor jest wspomniana, Louisowi robi się niedobrze, ponieważ a) pamięta, że dąży do kradzieży cudzego chłopaka i b) zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno będzie nakłonić Harry’ego do odpuszczenia sobie związku z Taylor.
Jest sfrustrowany, ale nie na tyle, by przestać spotykać się z Harrym. To prawie tak, jakby w te kilka dni rzeczywiście go poznał, zaczął lubić go bardziej. Ale Louis nie może uwierzyć, że to jest w ogóle możliwe; niezbyt chętnie to przyznaje, ale myślał, że wiedział wszystko, co można wiedzieć o chłopcu z lokami.
Ale bardzo się mylił. W tym krótkim czasie, który spędził z Harrym, Louis zaczął dostrzegać tę stronę chłopaka, o której nie miał pojęcia, że istnieje.
To tak, jakby ludzie zbudowali tę osobowość Harry’ego. Mówią o nim, jakby był najlepszą rzeczą, jaka kiedykolwiek chodziła po planecie, ale prawda jest taka, że nikt naprawdę nie zna Harry’ego, ponieważ on jest tak prywatną osobą.
Ale teraz, kiedy Louis ma wgląd w to, kim Harry naprawdę jest, jest bardzo zadowolony. Jeśli wcześniej nie byłby zadurzony w Harrym po uszy, to teraz na pewno oszalałby dla niego.
Harry ma to pokręcone, brudne poczucie humoru, które zawsze używa i śmieje się z Louisa, nawet wtedy, kiedy Louis nie stara się być zabawny i uśmiecha się tak jasno, kiedy Louis staje się niezręczny, a potem wyśmiewa jego niezręczność i Louis wie, że te wszystkie rzeczy powinny go wkurzać, ale tak nie jest. Ponieważ Harry jest z nim prawdziwy… Prawdziwy, jak z nikim innym. Robi te rzeczy, ponieważ znajduje w Louisie przyjaciela. Robi to, by mieć pewność, że Louis się cieszy i mówi do niego bez osądzania i szczerze mówiąc, to wszystko, co Louis mógł kiedykolwiek chcieć: kogoś, kto traktuje go tak, jakby był coś warty.
I tu, siedząc w samochodzie Lou Teasdale z dzieckiem obok niego, serce Louisa przyspiesza raz jeszcze, ponieważ uświadamia sobie, że może zrobić jedną z dwóch rzeczy: może nadal usychać z tęsknoty do Harry’ego, dopóki Harry nie zacznie zauważać jego zauroczenia a potem przestanie z nim rozmawiać, ponieważ pomyśli, że Louis jest straszy lub może zacząć skupiać się na byciu tylko przyjacielem Harry’ego, a resztę zostawić i pozwolić, by po prostu wydarzyła się sama.
Gardło Louisa zwęża się na myśl o nie byciu przyjaciółmi z Harrym; domyśla się, że subtelność to droga, którą musi iść i jeśli mają być razem, to będą.
Louis odwraca się do dziecka, które patrzy na niego wielkimi, niebieskimi oczami. Zaczyna robić do niej głupie miny, a ona chichocze, wymachując rączkami w podnieceniu.
Po usłyszeniu chichotu Lux, Harry odwraca się i widzi Lux, wyciągającą rączkę do Louisa.
Wstrząśnięty, Louis bierze dłoń dziecka i potrząsa nią raz. Potem układa jej dłoń na swojej własnej i zaczyna łaskotać. Lux krzyczy z radości, a Harry promienieje, patrząc na nią i Louisa, zachwycony tym, jak się dogadują.
- Jesteś bardzo dobry z dziećmi, Louis – oznajmia Lou.
- Kocham dzieci – odpowiada Louis, uśmiechając się ulubionym uśmiechem Harry’ego (tym, który sprawia, że skóra wokół jego oczu się marszczy).
- Masz rodzeństwo? – pyta Lou, patrząc na niego we wstecznym lusterku.
- Nie – odpowiada, kręcąc głową. – Ale latem pracowałem w żłobku. To było naprawdę miłe.
- Naprawdę? – pyta Harry, zszokowany.
Louis kiwa głową.
- Może zatem powinnam zatrudnić ciebie do opieki nad moim małym potworkiem. – Mruga Lou. – Założę się, że ty nie zapomniałbyś jej nakarmić, w przeciwieństwie do innych opiekunek, które znam. – Znacząco patrzy na Harry’ego.
- To był jeden raz! – Protestuje Harry.
Louis prycha.
- Opiekujesz się Lux?
- Cały czas. To właśnie zrobimy teraz.
Louis marszczy nieznośnie nos.
- Więc mówisz mi, że kazałeś mi „zmienić moje plany”, bym mógł opiekować się z tobą dzieckiem?
- Zasadniczo. – Harry uśmiecha się. – Dlaczego? Chcesz robić coś innego? – Porusza brwiami.
Louis pochyla się i dźga palcem dołeczek w policzku Harry’ego.
- Nie licz na to, Styles.
W tym czasie Lou śmieje się tak mocno, że Louis boi się, że może rozbić samochód.
- Jesteś maniakiem. – Harry mruczy w kierunku Lou. – Masz w samochodzie dwóch gorących chłopaków i dziecko, ale nadal wybierasz lekkomyślną jazdę. – Drwi.
(Louis próbuje – i zaskakująco mu się udaje – kontrolować swój krzyk z podniecenia. Harry nazwał go gorącym!)
- O! Mogę cię wyrzucić, jeśli chcesz resztę drogi przejść na nogach! – Lou pochyla się, by dać Harry’emu prztyczka w nos.
- Oczy na drodze! – krzyczy Louis, dołączając się do przekomarzania. – Jestem zbyt młody, by umrzeć!
Lou obraca się, by spojrzeć na Louisa, zgorszona.
- Wybierasz strony!? Jak niegrzecznie!
- Ja tylko troszczę się o twoje dziecko! I siebie!
- A co ze mną? – pyta Harry, robiąc kwaśną minę.
- Co z tobą? – pyta Louis, uśmiechając się złośliwie.
- Och – mówi Harry, kiwając głową. – Rozumiem.
- Aww – śmieje się Louis. – Nie płacz, Harry. Wciąż cię kocham.
- Nie wystarczająco. – Harry pociąga nosem. – TO BOLI! BOLI!
- Przestań krzyczeć! – Lou marszczy brwi, szturchając Harry’ego. – Wystraszysz moje dziecko.
- Nigdy nie skrzywdziłbym mojej chrześniaczki. – Harry zaciska dłoń na swoim sercu i patrzy na Lou.
- Chrześniaczka? – pyta Louis, unosząc brwi. – Czy nie jesteś trochę za… młody?
Harry wzrusza ramionami.
- Długa historia.
Louis odnotowuje w pamięci, by spytać go o to później. Po komentarzu Harry’ego, nastaje naturalna cisza. Harry używa telefonu, niecierpliwie poruszając nogą. Lou koncentruje się na jeździe – w końcu – ponieważ wjechali na wąską drogę w dzielnicy. Lux ssie kciuka, a Louis, cóż. Louis z powrotem patrzy przez okno.
Kiedy auto się zatrzymuje, stoją pod małą kamienicą. Bez odrywania wzroku od telefonu, Harry wyskakuje z samochodu i otwiera Louisowi drzwi.
- Dziękuję ci, miły panie. – Louis uśmiecha się złośliwie.
Harry chowa telefon do kieszeni i przewraca oczami.
- Nie przeginaj.
- Nie przeginaj czego?
- Nie wiem. Chodźmy. – Harry szybko obraca się na pięcie, pochylając się nad drzwiami Lux i biorąc na wpół śpiące dziecko. – Do zobaczenia niedługo – woła do Lou.
W tym momencie, Louis podchodzi do Harry’ego i Lux, a kiedy Lou macha, on i Harry jej odmachują. Potem, Harry wskazuje Louisowi, by podążył za nim do domu. Po tym, jak Harry otwiera drzwi, ich trójka wchodzi do chłodnego domu (za który Louis jest wdzięczny, bo przez cały dzień było strasznie wilgotno od nieustannego deszczu), który pachnie balsamem dla niemowląt i pizzą.
- Rozgość się. – Harry szepce do Louisa. – Położę Lux do łóżka. Zaraz wracam. – I z tym pędzi w dół korytarza.
Louis zdejmuje buty i kładzie je na macie przed drzwiami. Potem idzie tam, gdzie, jak zakłada, jest salon, zdejmując z pleców torbę z książkami i rozglądając się.
Pokój jest zawalony zabawkami dla dzieci, gitarami i zdjęciami w ramkach. Louis ogląda ramki na kominku i zauważa, że na większości zdjęć jest Lou, Lux i mężczyzny, który, jak zakłada, jest ojcem Lux. Jest kilka zdjęć Harry’ego i serce Louisa zaciska się, gdy dostrzega zdjęcia z młodości Harry’ego.
Chodzi o to, że Louis nie zawsze był zauroczony Harrym. Pamięta czas, kiedy zwykł po prostu na niego patrzeć. Harry zawsze był chłopakiem z promieniującą pewnością siebie, kimś, kogo wszyscy kochali. A Louis, będąc małym nieśmiałym chłopcem, który zawsze był mniejszy od innych (w rozmiarze i w ważności, jak sądzi) pragnął być jak Harry. Kiedyś chciał nieskończoną ilość przyjaciół; kiedyś chciał być zauważony.
Ale potem, pewnego dnia, Louis uważa, że dostał pewnego rodzaju objawienia. Nagle odpowiadało mu to, kim był i nie chciał być kimś, kim po prostu nie był. Wciąż chciał być na tyle towarzyski, by mieć kilku przyjaciół, ale uświadomił sobie, że był szczęśliwy będąc “niepopularnym”, co okazało się całkiem dobre.
W czasie jego objawienia, Harry zaczął rosnąć i jego wygląd się zmieniał.
Louis pamięta jak jadł lunch na dziedzińcu pewnego dnia, gdy nagle dostrzegł chłopca spacerującego dróżką, z rękami w kieszeniach. Louis uniósł brew, zastanawiając się kim był ten nowy widok dla oka i dlaczego nie widział go wcześniej. Potem, ktoś zawołał imię Harry’ego i kędzierzawy chłopiec się obrócił. Szczęka Louisa opadła, kiedy go rozpoznał. Harry przeszedł z niskiego chłopczyka z dziecięcym tłuszczykiem do wysokiego, muskularnego przystojniaka. Przejście z aniołka do modela strojów kąpielowych była tak niespodziewana, że, szczerze mówiąc, wszyscy byli w szoku. I jeszcze bardziej go pokochali (o ile to w ogóle możliwe).
Louis uśmiecha się na te wspomnienia i przechodzi do kolekcji gitar, które zaśmiecają podłogę. Kuca i patrzy, boleśnie wyciągając rękę by zagrać, ale jednocześnie waha się, wiedząc, że nie może dotknąć tego, co nie jest jego (co jest ironiczne, zważając na sytuację z Harrym).
Słyszy kroki na skrzypiących deskach podłogi i obraca głowę by spojrzeć w kierunku wejścia do salonu. Harry pojawia się szybko, uśmiechając się do Louisa.
- Widzę, że zauważyłeś gitary Toma.
- Wszystkie należą do jednej osoby? – pyta Louis z niedowierzaniem.
- Nie do końca – mówi Harry, siadając na kanapie za Louisem. – Tom – który, przy okazji, jest chłopakiem Lou i ojcem Lux – posiada sklep z gitarami i je naprawia.
- Mmm – mruczy Louis, odwracając się do Harry’ego.
Harry kiwa głową.
- Chociaż nie wiem dlaczego przynosi je do domu. Nigdy nic z nimi nie robi.
- Skorzystałbym z nich, gdybym był tobą – mówi Louis, przebiegając dłonią po strunach jednej z gitar. – Zawsze chciałem nauczyć się grać.
- Mogę cię nauczyć. – Harry oferuje niemal natychmiast. – Jeśli chcesz, mam na myśli.
Louis uśmiecha się.
- Tak, proszę! Ale to w porządku w stosunku do Toma?
- Tak – potwierdza Harry. – Nie ma nic przeciwko, dopóki nie roztrzaskamy ich o podłogę, jak gwiazdy rocka.
Louis chichocze.
- Będę się powstrzymywać, by zbytnio nie zaszaleć.
- W porządku. Pokażę ci jak grać, po tym jak zjemy?
- Zjemy? Co mamy do jedzenia?
- Lou zrobiła pizzę czy coś. W porządku? – Harry wstaje i wyciąga rękę do Louisa, by pomóc mu się podnieść.
- Bardziej niż w porządku – mówi Louis, przyjmując dłoń Harry’ego (i szybko ignorując motyle w brzuchu).
- Potrzebujesz pomocy? – pyta, idąc za Harrym do kuchni.
- Tylko przy dokończeniu tej pizzy – śmieje się Harry, sięgając do piekarnika i wyciągając pizzę z serem. – Eee, to jest, nie gorące. Nie wiem. Powinienem to dla
ciebie podgrzać?
- Jak dla mnie jest w porządku. Kocham zimną pizzę. – Louis uśmiecha się.
- Hej! Ja też! – Harry odwzajemnia uśmiech. Potem umieszcza pizzę na stole, przynosząc talerze z szafki. Podając jeden Louisowi, wskazuje w kierunku pizzy. – Jedzmy.
- Mniam. – Louis wzdycha z rozkoszy, chwytając kawałek.
Harry robi to samo i obaj wracają do salonu, znów siadając obok gitar. Jedzą w wygodnym milczeniu. Ciszę akcentuje tykanie zegara i dźwięk kropel deszczu uderzających w dach. Louis jest dość pewien, że jego nieregularne bicie pulsu jest słyszalne, ale udaje, że tego nie zauważa. Wreszcie, kiedy kończą jeść, Louis odchrząkuje.
- Gotowy, by mnie uczyć?
Harry odpowiada przez podniesienie najbliżej gitary.
- Pozwól mi ją nastroić – mówi, szybko się koncentrując.
Kilka minut mija i Louis z zainteresowaniem obserwuje zwinne palce Harry’ego. Wygląda, jakby wiedział, co robi, z tymi zmarszczonymi brwiami i językiem wystawionym w kąciku ust w koncentracji. Louis chichocze, ponieważ to jest urocze.
- Z czego chichoczesz, Tomlinson? – mówi Harry, nie odrywając wzroku od strojenia gitary.
Louis pochyla się i szturcha język Harry’ego bez zastanowienia. Nagle żałuje tego, kiedy Harry spogląda z nad gitary ze zmarszczonym nosem, ale wtedy…
- Jak śmiałeś, Louis. Całkowicie zniszczyłeś moją ciężką pracę.
Louis śmieje się i potrząsa głową, kiedy Harry przysuwa się do niego, kładąc gitarę na jego kolanach.
- Jesteś praworęczny*, prawda? – pyta.
Louis przewraca oczami na dobór słów Harry’ego, ale kiwa głową. Harry instruuje go, gdzie ma umieścić swoje dłonie i Louis podąża za jego instrukcją.
- Zamierzam nauczyć cię, jak grać „Re: Stacks” Bona Ivera. – Harry mówi cicho. (Jego głos jest tak surowy i głęboki, i jest on tak blisko Louisa, że Louis czuje wibracje w swoim kręgosłupie. Musi powstrzymać dreszcze). – To pierwsza piosenka, jaką nauczyłem się grać.
- Uwielbiam tę piosenkę – szepce Louis w zachwycie.
Patrzy na Harry’ego i ich spojrzenia się spotykają i nagle Louis nie widzi nic poza Harrym. Wszystko inne jest rozmyte, a jego oczy są w stanie widzieć tą miękką zieleń w oczach Harry’ego, które są tuż przed nim. Zastanawia się, czy Harry przeżywa te małe wybuchy zdumienia, kiedy są razem. Wydaje się, że w jednym momencie wszystko jest normalne i spokojne, a potem wszystko zmienia się w naładowane energią.
- Dobrze, zacznij grać – mówi Harry, nie odwracając wzroku.
Louis kiwa głową i zaczyna grać, przypominając sobie sposób, w jaki piosenka się zaczyna. To zajmuje kilka prób, ale wkrótce, z pomocą Harry’ego, jest w stanie zagrać powtarzające się akordy. Louis nie waha się przed zaśpiewaniem tekstu, który zna tak dobrze.
- This my excavation and today is kumran. Everything that happens is from now on – bierze wdech, wciąż patrząc w dół na gitarę na której, niewiarygodne, gra. – This is pouring rain, this is paralyzed.
Zanim Louis ma szansę kontynuować, słyszy inny głos.
- I keep throwing it down two-hundred at a time. – Głos Harry’ego jest surowy i zachrypnięty, i tak czysty.
Louis patrzy na niego i widzi niewielki rumieniec na jego policzkach, jego wzrok przebija deski podłogowe. Widok i dźwięk są równie pięknie i Louis po prostu siedzi, brząka na gitarze, obserwując. Harry kontynuuje, nie tracąc rytmu.
- It’s hard to find it when you knew it. When your money’s gone and you’re drunk as hell.
Louis wciąż gra piosenkę, obserwując Harry’ego.
- On your back with your racks as the stacks as your load. – Obaj, Louis i Harry śpiewają razem. Patrzą na siebie z szeroko otwartymi oczami. – In the back and the racks and the stacks are your load. In the back with your racks and you’re un-stacking your load.
Wkrótce, dłonie Louisa przestają poruszać się na strunach i znów nastaje cisza.
- Nie wiedziałem, że umiesz tak śpiewać – mówi Harry, mrugając.
- I ty to mówisz! – woła Louis. – Ja to nic w porównaniu z tobą. To było genialne!
Harry uśmiecha się, rumieniąc się i po raz kolejny patrzy na podłogę.
- Myślę, że nasze głosy rzeczywiście całkiem nieźle wzajemnie się uzupełniają – mówi, powstrzymując uśmiech. Choć nie może. W jego policzku pokazuje się dołeczek.
- Tak. – Louis wzdycha szczęśliwie. – Tak czy inaczej, naprawdę kocham tę piosenkę.
- Ja też. – Harry zgadza się, kiwając głową. – Bon Iver to liryczny geniusz. Ta piosenka jest po prostu piękna. Szczerze mówiąc, nie wiem jak to się stało, że się nie rozpłakałem!
Louis śmieje się.
- Mam to samo!
Nagle obaj słyszą płacz dochodzący z elektronicznej niani ustawionej w kącie pokoju. Serce Louisa się zaciska.
- To cholerstwo mnie przestraszyło – mruczy, zaskoczony.
- Przepraszam – mruczy Harry, wyglądając na zakłopotanego. – Myślę, że powinienem po nią iść?
Louis przygryza wargę.
- Przeszkadzałoby ci, gdybym poszedł z tobą?
Harry marszczy brwi.
- Nie mogę sobie wyobrazić, dlaczego chcesz, ale jasne. – Wstaje i prowadzi Louisa korytarzem, gdzie, jak zakłada chłopak, jest pokój Lux.
Rzeczywiście, wkrótce są w pokoju, w którym znajduje się łóżko królewskiego rozmiaru. Jest także dziecięce łóżeczko przy ścianie i Louis widzi dwoje niebieskich oczu wpatrujących się w niego w ciemności.
- Możesz włączyć lampkę? – prosi Harry.
Louis robi to, o co go poproszono, a potem wraca na do miejsca, gdzie są Harry i Lux. Dziecko płacze w ramionach Harry’ego, a on ponownie marszczy brwi.
- Co jest? – pyta Louis, nie pewien do kogo mówi.
- Myślę że miała koszmar – szepcze Harry.
Kołysze lekko Lux, podczas gdy jej główka spoczywa na jego ramieniu. Louis odwraca wzrok do dziecka i widzi bardzo smutne niebieskie oczy, patrzące na niego.
- Mogę ją potrzymać? – pyta z wahaniem.
- Wyciągnij ręce i bądź gotów, by ją wziąć – odpowiada Harry.
Kiedy Louis to robi, Lux podnosi główkę i chwyta jego dłoń.
- Aww – grucha Louis, oczarowany.
Potem podnosi ją i układa jej główkę na swoim ramieniu. Lux oddycha i wtula głowę w zgięcie szyi Louisa. Harry patrzy na nich, uśmiechając się.
- Ona nigdy wcześniej nie przyjmowała nikogo tak… Tak bezproblemowo – komentuje z nutą zaskoczenia.
- Jestem Louis Tomlinson. Każdy podchodzi do mnie bezproblemowo. – Louis mruga.
Harry przygryza mocno wargę, starając się stłumić chichot. Wkrótce Lux zapada w sen i dwójka chłopaków wraca na dół. Harry uczy Louisa jak grać na gitarze początek kilku innych piosenek, a potem siadają na sofie, rozmawiając nad gorącym kakao.
Kiedy Lou wraca później tego wieczoru do domu, wchodzi na dwóch chłopaków śpiących na kanapie. Harry jest wyciągnięty na całej długości sofy, a Louis tuli się do niego, z głową na jego piersi. I Lou nie widzi tego, ale pod kocem, który jest na nich rozłożony, dłonie Harry’ego i Louisa są splecione.


*użyto słowa „righty”, które w głównej mierze oznacza osobę praworęczną, ale w slangu także kogoś, kto wyszedł z szafy (w sensie ujawnił swoją orientację seksualną).
*Noc, tak jak przewidział Louis, rzeczywiście należała do jednych z najcieplejszych w te wakacje. Jeszcze za dnia razem z Harrym rozłożyli na plaży leżaki oraz koce, więc kiedy przybyli na miejsce po zmroku, wszystko było gotowe do biwakowania. Przez kilka godzin wylegiwali się na miękkich leżakach, patrząc w gwiazdy i słuchali odprężającego szumu fal rozbijających się o brzeg. Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele, ale wcale im to nie przeszkadzało, ponieważ ta cisza nie należała do rodzaju krępujących.

W pewnym momencie Harry jednak wstał, przeciągnął się i zdjął koszulkę, przez co został w samych spodenkach kąpielowych.

-Ostatni w wodzie przegrywa- zawołał i ze śmiechem rzucił się w stronę morza, zakopując się po drodze w sypkim piasku. Louis przyjął wyzwanie, zerwał się z miejsca i pobiegł za oddalającym się chłopakiem, nie zawracając sobie głowy ściągnięciem wcześniej ubrania. Harry okazał się dla niego za szybki i Tomlinson dogonił go dopiero w wodzie, gdzie skoczył na plecy młodszego chłopaka, posyłając ich obu pod wzburzoną powierzchnię morza. Chwilę później wypłynęli, krztusząc się i śmiejąc jednocześnie.

-Wygrałem- wydyszał Harry, odgarniając z oczu mokre włosy. –Należy mi się nagroda.

-Proszę bardzo- niewiele myśląc, Louis złapał go za barki i wepchnął z powrotem w czarną toń, uniemożliwiając mu wynurzenie. Chłopak szamotał się, wymachując dziko ramionami i Tomlinson już miał zwolnić uścisk, gdy z przerażeniem uświadomił sobie, że Harry ułamek sekundy wcześniej przestał się ruszać. Szybko złapał go pod pachy i pociągnął do góry bezwładne, upiornie blade w świetle Księżyca, ciało. Chłopak zaklął głośno i czym prędzej wyciągnął przyjaciela na brzeg, gdzie ułożył go płasko na podłożu, sprawdzając jego oddech, a następnie przystępując do reanimacji, gdy go nie wyczuł. Łzy zaczęły spływać mu po policzkach, mieszając się z kroplami morskiej wody, a Harry nadal nie odzyskiwał przytomności i Louis był już na skraju rozpaczy, gdy wtem… dwie dłonie zacisnęły się na jego nadgarstkach i został brutalnie przewrócony na plecy. Styles otoczył udami jego biodra , przyciskając go z całej siły do ziemi i uniemożliwiając mu wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Pochylił się nisko nad twarzą Louisa, przytrzymując jego ręce nad głową.

-Jesteś nienormalny!- krzyknął Louis, na próżno podejmując próby oswobodzenia się. Był wściekły! Nie wierzył, że przyjaciel mógł zrobić mu coś takiego. –Wiesz, co przez ciebie przeżyłem?! MYŚLAŁEM, ŻE JUŻ PO TOBIE. Złaź ze mnie!

-Sam jesteś sobie winny- odparł Harry bez cienia skruchy. Usta drżały mu z zimna lub tłumionego śmiechu. -Trzeba było mnie nie podtapiać! Teraz pożałujesz swoich czynów.

W mgnieniu oka zwinne ręce Stylesa wpełzły pod mokrą koszulkę Louisa, wywołując tym falę zaskoczenia i podniecenia, a potem Tomlinson ryknął śmiechem obezwładniony bezlitosnym atakiem łaskotek. Nawet gdyby chciał, nie dałby rady w tym momencie strząsnąć z siebie przyjaciela. Tortura trwała wieczność, a kiedy w końcu ustała, Harry przetoczył się przez niego i położył się obok, łapiąc ciężko oddech.

-Dobra, teraz jesteśmy kwita- wydyszał Louis, przeklinając w duchu swoje przyspieszone tętno. Doprawdy, nic takiego przecież się nie zdarzyło. –Nigdy więcej podtapiania i łaskotek.

Harry w odpowiedzi zaśmiał się cicho i Tomlinson zerknął na niego kątem oka. W perłowej poświacie rysy twarzy chłopaka były pogłębione i wyostrzone, nadając mu wygląd nie młodego chłopca, a mężczyzny. Jego skóra była pokryta gęsią skórką oraz setkami błyszczących kropelek, które osiadły też na rzęsach i brwiach Harry’ego, a w jego włosy zaplątał się kawałek jakiejś morskiej rośliny. Cała złość już dawno wyparowała z Louisa, a na jej miejscu pojawiło się dziwnie tkliwe uczucie, które ciepłą falą rozlewało się po wnętrzu jego klatki piersiowej. Nie wiedział, co się z nim dzieje, wszystko wokół ucichło. Z zafascynowaniem przejechał wzrokiem po nagim ramieniu, które przechodziło w obręcz barkową zwieńczoną wyraźnie zarysowanym obojczykiem. Chciał dotknąć tej zziębniętej skóry i rozgrzać ją swoim własnym, równie chłodnym ciałem. Ile w takim razie zabrałoby mu czasu doprowadzenie Harry’ego do gorączki? Zaczął się nad tym zastanawiać, śledząc wzrokiem idealną krzywiznę szyi Stylesa.

-Wyglądasz jakbyś chciał mnie zjeść- niski ton Harry’ego wyrwał go z niebezpiecznych myśli. Odchrząknął i spojrzał mu w oczy, przygotowując się na zawarte w nich oskarżenie, jednak nic takiego tam nie znalazł. Zamiast tego Harry wybuchnął śmiechem i usiadł, strząsając z siebie piasek. –Żartowałem. Wracamy na leżaki? Muszę się czegoś napić, od tej całej soli dosłownie nie czuję języka.

-Yhym, tylko…- Louis nie mógł się powstrzymać. Sięgnął do jego włosów i wyciągnął tkwiący w nich kawałek wodorostu, a początkowo zaskoczony Harry, podziękował mu pogodnym uśmiechem. –Teraz możemy iść.

Harry wstał i pobiegł w stronę ich obozowiska, a Louis zamknął oczy, czując ucisk w żołądku. Nie mógł już dłużej udawać przed sobą, że nic się nie dzieje. Rozwarł palce, wypuszczając z nich roślinkę. Najwidoczniej już wtedy w łazience nie była to jednorazowa sytuacja, wywołana długą abstynencją od seksu i Harry rzeczywiście pociągał go fizycznie. A skoro tak, to ma wielki problem, bo Styles prędzej wyrwie sobie wszystkie włosy, niż odpowie mu tym samym. Louis do tej pory pamiętał ulgę, która malowała się na twarzy Harry’ego, gdy zapewniał go, że nigdy nie łączyło ich nic prócz przyjaźni.

Podniósł się na nogi i ruszył wolno w stronę przyjaciela, przyrzekając sobie już nigdy o tym nie myśleć.

***

Od przygody na plaży Louis starał się nie dopuścić do tego, by znaleźć się zbyt blisko Harry’ego. Siadając obok niego na kanapie zawsze zachowywał bezpieczną odległość, przestał go obejmować i czochrać jego włosy, a każdego wieczora rozładowywał pod prysznicem nagromadzone za dnia napięcie. Z rozpaczą uświadamiał sobie, że z biegiem czasu jest mu coraz trudniej, a pod koniec lipca doszło nawet do tego, że robił się twardy na sam dźwięk głosu przyjaciela. Niedługo Styles się zorientuje i to będzie koniec ich przyjaźni. Louis podjął więc jedyną decyzję, która mogła mu pomóc.

-Chciałbym spotkać się z Eleanor- powiedział któregoś ranka przy śniadaniu. Harry spojrzał na niego swoimi zielonymi oczami i przyzwalająco skinął głową. Louis z pewnością by go za ten gest wyśmiał, gdyby nie chciał jak najszybciej wyrwać się z domu. –Jeżeli nie masz nic przeciwko, to wrócę wieczorem…

-Możesz wrócić kiedy chcesz, poradzę sobie- Styles przewrócił oczami. –Nie jestem małym dzieckiem. A tobie dobrze zrobi taka odmiana. Widzę, jak się tu dusisz z tęsknoty za dziewczyną.

Owszem, duszę się z tęsknoty, ale za tobą, głupku.

-A ty nie chciałbyś pojechać?

-Raczej nie. Może kiedy indziej- odparł wymijająco.

Tominson przyjął to za koniec rozmowy, pożegnał się, łapiąc kluczyki z pojemnika na lodówce i wyszedł na podwórze do samochodu. Włożył kluczyki do stacyjki, w międzyczasie wysyłając dziewczynie wiadomość o swoim przyjeździe, i ruszył z podjazdu, zastępując obraz loków Harryego, włosami Eleanor, które kiedyś tak uwielbiał, a teraz wydawały mu się zbyt długie i zbyt wyprostowane.

Dojechał na miejsce, zaparkował pod kamienicą, w której mieszkała dziewczyna i kilkoma susami pokonał schody na drugie piętro, zatrzymując się dopiero pod jej drzwiami. Szukał w sobie tej ekscytacji, jaka zawsze towarzyszyła ich spotkaniom, ale znalazł tylko pustkę i rozpaczliwą potrzebę spełnienia. Z poczuciem, że na nic więcej nie powinien liczyć, odetchnął szybko i zapukał. Po kilku sekundach wszedł do środka i bez słowa powitania wpił się w pełne usta Eleanor, dając jasno do zrozumienia, że potrzebuje jej tu i teraz. Nie protestowała.

***

Seks z nią był dobry, ale czegoś mu brakowało. Eleanor była w łóżku zbyt przewidywalna i poprawna, ciężko było ją namówić na coś nowego, chociaż Louis nie mógł powiedzieć, że się nudzili i go nie podniecała. Wręcz przeciwnie, stanowiła idealne połączenie cech, które zawsze działały na jego wyobraźnię, ale… nie była Harrym. I chociaż Tomlinson nigdy nie miał okazji się o tym przekonać, to był przekonany, że synonimem seksu ze Stylesem było czyste szaleństwo i pasja.

Spędzili w sypialni długie godziny, a kiedy Louis w końcu musiał wracać do Brighton, czuł się kompletnie wykończony, ale szczęśliwy, że nie będzie musiał przez jakiś czas obawiać się kontaktu z Harrym.

-Zaczyna sobie wszystko powoli przypominać- powiedział, zapinając spodnie i mimowolnie uśmiechając się na wspomnienie dnia, w którym Harry niemal spadł z fotela, rozpoznając na filmie kawiarnię, gdzie w dzieciństwie mama kupowała mu ciastka, gdy przyjeżdżali do Londynu.

-Jesteś wspaniałym przyjacielem- Eleanor przesunęła się na krawędź łóżka i przyciągnęła twarz Louisa do krótkiego pocałunku. Czuł się okropnie, wykorzystując ją w taki sposób, ale nie mógł zrobić nic innego. Brakowało mu odwagi, żeby wyznać jej prawdę.

Nałożył koszulkę i zapiął szelki. Potem spojrzał w oczy Eleanor, na twarzy której malował się wyraz czystego szczęścia i z całego serca zapragnął kochać ją znowu tak, jak na to zasługiwała.

-Muszę już iść. Dzięki za wszystko.

Wyszedł z mieszkania, ze wstrętem patrząc w przedpokoju w lustro.

Pokonując po raz drugi drogę do Brighton, posępne myśli wyparowały jednak z jego głowy, a ich miejsce zajęło podekscytowanie. Ciekawe, jak Harry sobie bez niego poradził? Co robił? Co jadł? Czy Myślał o nim chociaż trochę? Wiedział, że nie powinien, ale nie mógł sobie odmówić snucia fantazji o usychającym z tęsknoty przyjacielu, który podczas jego nieobecności uświadomił sobie, że Louis jest miłością jego życia i… naprawdę powinien przestać o tym myśleć.

Z uśmiechem na ustach przekroczył próg, kierując się najpierw do kuchni, gdzie zostawił torby z zakupami, a potem wspiął się na piętro, żeby powiadomić Harry’ego o swoim powrocie. Zastał go siedzącego na balkonie i wygrzewającego się w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca. Nie wyglądał na usychającego z tęsknoty, a raczej na… pijanego? Louis zmarszczył brwi widząc stojący obok koniak.

-Lekarz zabronił ci pić- upomniał go, delikatnie wyjmując mu z rąk butelkę, którą chłopak instynktownie próbował ukryć na plecami. W środku nie zostało już zbyt wiele alkoholu i Louis westchnął, patrząc z irytacją w zamglone oczy przyjaciela. –W dodatku od razu się upiłeś.

-Nie jestem pijany- zaprotestował od razu Harry, z trudem wypowiadając słowa. Parsknął śmiechem, słysząc samego siebie. –Cóż, może jednak jestem. Ale raz mi chyba wolno, prawda?

Tomlinson mruknął wymijająco, osuwając się po ścianie, żeby usiąść obok niego i wzdrygnął się, gdy poczuł łaskotanie na karku. Obrócił głowę i twarz mu złagodniała, gdy zobaczył gęstwinę loków opadających na jego własne ramię. Przysunął się bliżej, umożliwiając tym Harry’emu zajęcie wygodniejszej pozycji i chłopak z wdzięcznością wtulił się w jego koszulkę, zamykając przy tym oczy. Louis przygryzł dolną wargę, ignorując szum przyspieszonej krwi w uszach. Całe jego opanowanie trafił szlag.

-Co ty ze mną robisz, Harry?- wyszeptał w jego włosy, patrząc na równomiernie unoszącą się klatkę piersiową śpiącego Stylesa i objął go mocno ramionami, chcąc jak najlepiej zapamiętać ten moment.

***

-Umieram- jęczał Harry, podpierając głowę na ramionach opartych o blat kuchennego stołu. Wyglądał okropnie. Louis wzruszył ramionami.

-Trzeba było wczoraj tyle nie pić- powiedział, stawiając przed chłopakiem specjalną mieszankę witamin i środków na ból głowy rozpuszczonych w szklance wody mineralnej. Usiadł naprzeciwko, patrząc ze współczuciem na głębokie sińce pod zielonymi oczami Harry’ego. –Chyba ci odbiło.

-Przypomniałem sobie wypad do jakiegoś klubu- odparł niechętnie, upijając łyk mikstury. –To nie było zbyt dobre wspomnienie, Lou. Naprawdę jestem taki… łatwy?

Chcąc być szczerym, Tomlinson musiałby powiedzieć „Tak!’’, ale nie miał zamiaru jeszcze bardziej przytłoczyć przyjaciela, więc zaprzeczył. Harry musiał jednak wyczytać prawdziwą odpowiedź z jego miny, bo skrzywił się i spuścił oczy na swój kubek, mrucząc pod nosem coś, co brzmiało jak „Cudownie’’.

-Nie jest tak źle, jak ci się wydaje- starał się go pocieszyć Louis. –Po prostu lubisz się zabawić, korzystałeś z życia pełną parą. W twoim wieku każdy chce zaliczyć jak najwięcej dziewczyn, a kiedy jest się bardzo znanym one same pchają się do twojego łóżka. Spójrz na to jak na poszukiwanie Tej Jedynej, okej?

Harry kiwnął głową i wstał z nietęgą miną.

-Łazienka- rzucił krótko, zakrywając usta dłonią i zniknął w korytarzu, a po chwili rozległ się charakterystyczny odgłos wymiotów. Louis po raz drugi westchnął, myśląc, że jego magiczna mikstura na kaca na nic się w tym przypadku nie przyda i pomaszerował do łazienki, gdzie zastał Stylesa na kolanach obejmującego muszlę klozetową. Napełnił szklankę wodą z kranu i podał ją przyjacielowi, który natychmiast przepłukał nią usta.

-To żenujące- wychrypiał, nie patrząc w jego stronę. –Lepiej stąd wyjdź.

-Żenujące czy nie, od tego są przyjaciele, żeby pomagać w każdej sytuacji- rzekł filozoficznie Louis, przysiadając na brzegu wanny. –W dodatku czuję się za to wszystko odpowiedzialny.

-Dlatego, że jestem młodszy?- Harry wyraźnie nie rozumiał jego pobudek. –Dla twojej informacji: mam już osiemnaście lat i biorę na siebie konsekwencje własnych wyborów. Denerwujesz mnie tym swoim ciągłym zamar… Och, nieee, znowu.

Włożył głowę z powrotem do sedesu, pozbywając się resztek zawartości swojego żołądka. Tomlinson bardzo chciał, aby chłopak przestał mu wreszcie wszystko utrudniać. Nie miał ochoty zastanawiać się teraz nad jego pytaniem i przeczuwał, że odpowiedź nie ucieszyłaby żadnego z nich.

-Dobra, to był chyba ostatni raz- głos Harry’ego był słaby i dochodził jakby z daleka. Louis popatrzył na jego mizerne próby postawienia się do pionu, więc pomógł mu się podnieść i dotrzeć spokojnie do sypialni. Po drodze uparcie Ignorował ciepło jego ciała tuż przy swoim. Kiedy Harry leżał już opatulony w łóżku, a Tomlinson miał wyjść, chłopak uścisnął lekko jego przegub, mrucząc ciche „Dziękuję, Lou’’. Potem obrócił się twarzą do ściany, a Louis ze ściśniętym gardłem pomyślał, że to najsłodsze podziękowanie, jakie kiedykolwiek usłyszał.

Zamknął za sobą drzwi i bezszelestnie oparł się o ścianę tuż przy futrynie. Gdyby kilka tygodni temu ktoś powiedział, że mógłby mu się spodobać jakiś chłopak, na pewno zaśmiałby się tej osobie w twarz. Teraz jednak miał wątpliwości. Miesiąc, który spędził w tym domu z Harrym, obrócił wszystko o sto osiemdziesiąt stopni i już sam nie wiedział, jak nazwać to, co czuje widząc te niesforne loki lub szeroki uśmiech obejmujący całą twarz Stylesa. Na początku mógł udawać, że ogarniająca go potrzeba dotknięcia Harry’ego wynika wyłącznie z tęsknoty za Eleanor, że to zwykłe pożądanie, że nadal jego serce należy do dziewczyny. Dzisiaj utwierdził się w przekonaniu, jak bardzo się mylił. Nie chciał nazywać tego miłością, ale zdecydowanie przekroczył granicę łączącej go z Harrym przyjaźni i nie wiedział już, co ma w tej sytuacji zrobić.

Nie chciał stracić przyjaciela, a był pewny, że tak właśnie by się stało, gdyby wyznał Harry’emu prawdę, dlatego postanowił zdusić w zarodku niechciane uczucie i nadal udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku
Rano zastał wysprzątaną na wysoki połysk kuchnię i kilka tostów na talerzu przykrytym szklaną pokrywką. Obok leżał mały świstek papieru z krótkim „Jestem na plaży.’’. Louis z ukłuciem zazdrości przyznał, że nawet zwykłe zimne tosty przygotowane w minutę przez Harry’ego były lepsze od jego wczorajszego omleta, którego zrobienie kosztowało go wiele wysiłku i mozolnego odmierzania składników, ale i tak pochłoną je ze smakiem. Potem chwycił kurtkę przeciwdeszczową i na bosaka wyszedł z domu, kierując się w stronę wybrzeża. Przechodząc z trawy na piasek zobaczył Stylesa brodzącego powoli w spienionej wodzie. Nogawki dżinsów podwinął do kolan, a w ręku trzymał buty. Od samego patrzenia robiło się zimno.

- Ty chyba naprawdę planujesz złapać zapalenie płuc - powiedział z rezygnacją Louis, podchodząc do mokrej granicy fal. – A dopiero co wyszedłeś ze szpitala.

Chłopak obrócił się w jego stronę.

- Sprawdziłem w kalendarzu, mamy lipiec- odpowiedział. – Woda jest teraz najcieplejsza. Chodź to się przekonasz.

- Może innym razem. I dziękuję za śniadanie.

- Nie ma sprawy, to miały być przeprosiny za wczoraj. Nie powinienem tak wychodzić bez słowa.

Tominson machnął lekceważąco dłonią. Zrobił kilka kroków i podniósł nieduży, prawie idealnie okrągły kamień, który rzucił najmocniej jak umiał przed siebie. Odbił się dwa razy od wzburzonej powierzchni i zniknął w odmętach wody.

- Pomogło chociaż?

- Nie za bardzo, ale chyba powoli zaczynam się przyzwyczajać, w każdym razie postanowiłem spokojnie czekać. Co ma być to będzie - Harry uśmiechnął się niewesoło, a w jego oczach pojawiły się jakieś iskierki, których Louis nigdy wcześniej u niego nie widział i nie wiedział, co oznaczały. – Cieszę się, że jesteśmy tu tylko we dwóch.

- Dlaczego?

- Mniej twarzy, mniejszy zamęt w głowie, mniej osób, które powinienem znać. Ogólnie wszystkiego jest mniej. Wczoraj chyba za dużo na raz na siebie wziąłem. Przejdziemy się? Jestem ciekawy, co znajduje się za tamtym klifem.

- Dalej plaża. Tutaj nie ma nic w promieniu kilkunastu kilometrów- odparł, ale ruszył na przyjacielem, mile zaskoczony tak dojrzałym podejściem Harry’ego do całej sprawy.

***

Kolejne dni upływały w podobnym, nieśpiesznym rytmie, tak różnym od tego sprzed wypadku, gdy ciągle byli w trasie. Louis tęsknił za śpiewaniem, koncertami i imprezami do białego rana. Brakowało mu tego całego szaleństwa związanego z One Direction i poczucia, że cały świat jest w zasięgu jego rąk. Odciął się całkiem od Internetu i telewizji, a do komunikacji służyła mu tylko komórka. Jednocześnie widział, że Harry coraz bardziej się otwiera i chociaż nadal był całkowitym przeciwieństwem dawnego Hazzy, to potrafił doskonale skupić na sobie całą uwagę Louisa. Oglądali mnóstwo filmów, które wypełniały głęboką szufladę pod telewizorem, urządzali sobie wyścigi na plaży, pływali, wygrzewali się na słońcu w ogrodzie, a wieczorami śpiewali stare piosenki z programu do karaoke.

Któregoś wieczora z powodu burzy wyłączono prąd i musieli posłużyć się świeczkami znalezionymi w schowku pod schodami. Ich migoczące płomienie otaczały potem miękką poświatą leżącego na podłodze Harry’ego, który z uśmiechem na ustach i przymkniętymi powiekami nucił cicho melodię z „Króla lwa’’. Louis rzucił w niego poduszką i usiadł po turecku po jego lewej stronie, mierząc go rozbawionym spojrzeniem.

- Nie krępuj się, czekam na jakąś kąśliwą uwagę - wymruczał Styles.

- Zadziwiający fakt, ale nic mi nie przeszkadza - odciął się Louis. – W końcu wydajesz się całkowicie rozluźniony i to chyba dobry znak.

- Cóż, tak już jest, gdy przebywasz w znajomym otoczeniu.

- To fajnie - zastanowił się, jak najlepiej ująć w słowa myśl, która od kilku dni krążyła po jego głowie. – Wiesz, tak sobie myślałem, że może potrzebujemy małej odmiany… w okolicy jest wioska rybacka, gdzie można zjeść naprawdę dobrego pstrąga…

- N-nie wiem, Louis - zająknął się Harry, momentalnie spinając całe ciało. – To znaczy, nie czuję się jeszcze na tyle pewnie, żeby spotykać innych ludzi.

- Spokojnie, nie musimy jechać od razu! - Tomlinson miał ochotę przywalić głową w ścianę za zrujnowanie nastroju. - To tylko taka luźna propozycja, mamy pełno czasu. Gdybyś się namyślił to daj znać.

Chłopak przytaknął, jego mina powoli zaczęła powracać do poprzedniego stanu i ponownie ułożył się wygodnie na splecionych za głową ramionach. To właśnie była kolejna konsekwencja utraty pamięci- nastrój i emocje Harry’ego ulegały zmianom jak w kalejdoskopie, nigdy nie było wiadomo, jak zareaguje na daną rzecz.

Louis uśmiechnął się do siebie. Wyciągnął z kieszeni komórkę i zrobił zdjęcie nieświadomemu niczego przyjacielowi, a potem wysłał je do Liama, który od jakiegoś czasu dopominał się o wiadomość. Potem ściągnął z pobliskiego fotela poduszkę i położył się obok Harry’ego, czując z niewiadomego powodu błogie zadowolenie.

- Hej, Louis… tyle mi o mnie opowiadałeś, a o sobie nie wspomniałeś nawet słowa- zagadnął go Styles z nutą oskarżenia w głosie. – Nic o tobie nie wiem.

- No to pytaj. Jestem do twojej dyspozycji.

- Okej - Harry zastanowił się nad pierwszym pytaniem. – Dlaczego to dla mnie robisz? Mam na myśli to, że zostawiłeś wszystko i przywiozłeś mnie tutaj, spychając własne życie na boczny tor.

- Jestem twoim najlepszym przyjacielem, głupku. Nie mógłbym cię zostawić na pastwę tych okropnych lekarzy w szpitalu. To wszystko.

- A co na to Eleanor?

- Rozumie - powiedział Louis, odpychając od siebie myśli o przebywającej setki kilometrów od niego dziewczynie. – Męska przyjaźń i te sprawy…

- A jeżeli nie odzyskam pamięci? - słychać było, ile kosztowało go wypowiedzenie tych słów.

- Odzyskasz - odparł z mocą Tomlinson, patrząc na ciemne cienie rzucane przez płomienie świec na sufit. – Nieważne ile ci to zajmie, ale w końcu wszystko będzie jak dawniej.

Harry przez chwilę milczał, a gdy z powrotem się odezwał, jego głos brzmiał normalnie.

- Co najbardziej lubisz jeść?

- Marchewki - zaśmiał się Louis, przypominając sobie lawinę komentarzy w Internecie, gdy po raz pierwszy o tym wspomniał. – Są najlepsze. Oprócz nich nie pogardzę oczywiście pizzą i dobrą kanapką z krewetkami.

- Ulubiony film?

- „Grease’’ i… nie, tylko „Grease’’.

- Gdzie byś pojechał mając nieograniczony czas i pieniądze?

- Jeździłbym po całym świecie, zaliczał dzikie imprezy w najdziwniejszych możliwych miejscach, a potem kupiłbym wyspę i wykorzystał na niej całą zdobytą wiedzę.

- Dlaczego nigdy nie nosisz skarpetek?

- Bo dziwnie wyglądają i są niewygodne. Stopy potrzebują swobody.

- To dlatego chodzisz po dworze na bosaka? Nawet w deszcz?

- Tak.

Louis zerknął na profil przyjaciela i dostrzegł, że po jego wargach błąka się słaby uśmiech. Mimowolnie też się uśmiechnął.

- No i co, to już wszystko, co chciałeś wiedzieć?

- Nie - Harry parsknął śmiechem. – Po prostu nie chcę żebyś za szybko skończył. Będę zadawał ci po kilka dziennie, żeby ich starczyło dopóki nie wróci moja pamięć.

- Dziwne. Dlaczego?

- Po prostu tak chcę. A teraz cicho, lubię słuchać odgłosów burzy.

- Wariat - mruknął Louis, ale posłusznie ucichł.

***

Obudził się cały zesztywniały i z bolącym karkiem. Podłoga nie była najlepszym miejscem do spania, a im jakimś udem udało się wczoraj właśnie na niej usnąć. Podniósł głowę i rozejrzał się po salonie. Z jego lewej strony leżał zwinięty w kłębek Harry, a wokół walały się wypalone świeczki i strzępy opakowań po słodyczach. Louis podniósł się i na palcach przemknął do kuchni, żeby sprawdzić, która godzina; było dopiero kilka minut po ósmej. Rzadko kiedy sam z siebie wstawał tak wcześnie.

Nastawił wodę w czajniku, a kiedy się zagotowała, zaparzył sobie kawę i zabrał ze sobą parujący kubek do łazienki, gdzie zamierzał wziąć długą, rozluźniającą mięśnie kąpiel. Szybko napełnił wannę i zanurzył się w pianie, popijając zbawienny napój. Zdecydowanie tak mogłoby wyglądać niebo, pomyślał z błogim uśmiechem.

Nagłe skrzypnięcie drzwi nawet go nie zaskoczyło. Rozwarł lekko powieki, żeby zarejestrować wchodzącego do łazienki Harry’ego, który z zaspaną miną próbował właśnie wycisnąć żel do włosów na swoją szczoteczkę do zębów. Chyba jeszcze nie do końca się obudził.

- Druga tubka, Harry - powiedział przeciągle i zamknął oczy, zanurzając się głębiej w gorącą wodę. Była może zbyt ciepła, ale taką właśnie lubił.

- Och, nie zauważyłem cię - ziewnął Styles, a sądząc po odgłosach zdołał już odnaleźć prawdziwą pastę do zębów i włożyć szczoteczkę do ust. Louis po omacku wymacał na obudowie wanny kawę i dokończył ją jednym łykiem, żałując, że zrobił sobie tylko jedną porcję.

Od umywalki dobiegł dźwięk zakręcanego kranu i szelest ręcznika ściąganego z wieszaka.

- Kiedy skończysz się kąpać? Po twojej twarzy przypuszczam, że nieprędko i nie wiem, czy opłaca mi się tyle czekać.

- Możesz skorzystać z prysznica, jest wolny.

- Tak, ale stoi obok wanny, której ty używasz, więc…

- Daj spokój, Harry. Nie raz widziałem cię nagiego. A jeżeli tak ci to przeszkadza, to mogę obiecać, że nie będę otwierać oczu.

Styles nie wydawał się zadowolony z tej informacji, jednak chwycił za kołnierzyk swojej koszulki i ściągnął ją przez głowę, odsłaniając klatkę piersiową oraz wystające bardziej niż zwykle kości. Kiedy zabrał się do odpinania klamry paska przy spodniach, Louis opuścił powieki, chcąc udowodnić, że dotrzymuje danego słowa.

- I co, chyba nie było tak strasznie? - zawołał, gdy Harry zasunął za sobą drzwiczki od kabiny prysznicowej. Uśmiechnął się do siebie słysząc w odpowiedzi niewyraźne, gniewne pomruki dochodzące spośród szumu lecącej wody. Cała łazienka wypełniła się gęstą parą. Po chwili Louis złapał się na tym, że uważnie śledzi każdy ruch rąk przyjaciela, które błądziły po całym ciele Stylesa, pokrywając jasną skórę mydłem. Niewiele widział przez grube szkło obudowy, ale dokładnie wiedział, że jedna z dłoni Harry’ego właśnie zjeżdżała w dół brzucha, przekraczając granicę szczupłych bioder chłopaka i poczuł, że zasycha mu w ustach. Przełknął ślinę i kompletnie zbity z tropu swoją reakcją, oderwał wzrok od szyby. Szybko wyskoczył z wanny, wytarł się dokładnie i w samym ręczniku opuścił łazienkę, kierując się do swojego pokoju. Na miejscu uspokoił oddech i wmówił sobie, że to przez długą rozłąkę z Eleanor. W jego wieku to normalne, że po jakimś czasie ciało zaczyna dopominać się uwagi i dotyku drugiej osoby, a że od dwóch tygodni przebywał tylko z Harrym… zaczynało wariować.

***

- Louis… LOUIS! Na miłość boską! - głos Harry’ego był zdecydowanie poirytowany. Tomlinson westchnął, odłożył książkę na półkę nad łóżkiem i wyszedł na korytarz, stając twarzą w twarz z przyjacielem.

- O co chodzi? - zapytał, ignorując ostrzegawcze błyski w zielonych oczach. Nie był dzisiaj w nastroju do kłótni, a w zasadzie nie był dzisiaj w nastroju do niczego. Najchętniej przesiedziałby cały dzień sam.

- Obiad! - warknął młodszy chłopak, łapiąc go za rękaw swetra i ciągnąc do kuchni, a Louisowi zajęło dobrą chwilę pozbieranie szczęki z podłogi. To było… tak dziwne i absurdalne, że nie mógł wydobyć z siebie słowa. Hazza krzątał się przy szafkach, układając przygotowane jedzenie na dwóch talerzach, które później cisnął na stół, niemal wywalając ich zawartość na blat. Tomlinson popatrzył na niego zaniepokojony, ale odkroił sobie kawałek kurczaka pod zniecierpliwionym wzrokiem Harry’ego i włożył go do ust.

- Smakuje? - głos Harry’ego był tak ostry, że zmusił Louisa do odłożenia sztućców na bok i odsunięcia od siebie talerza.

- No dobra, Harry, co się dzieje? - odpowiedział pytaniem, zaplatając ręce na piersiach i mierząc go spojrzeniem spod ściągniętych brwi. – To nie jest normalne.

- Zrobiłem obiad i miło by było, gdybyś choć raz to docenił!

- Tysiące razy ci mówiłem, że gotujesz po mistrzowsku. O co tak naprawdę ci chodzi?

Styles zacisnął zęby, kręcąc głową. Po minucie, albo dwóch wypuścił jednak wstrzymywane w płucach powietrze i ukrył twarz w dłoniach.

- Chyba zaczynam sobie coś przypominać - wyrzucił z siebie.

Louis wytrzeszczył oczy, przyswajając sobie tę informację. W jednej sekundzie cała jego złość na przyjaciela wyparowała, zastąpiona dziką radością. Nareszcie!

- To świetnie! - zawołał, pragnąc podbiec do chłopaka i zmusić go do uśmiechu. Nie rozumiał jego zachowania, przecież to była wspaniała wiadomość.

- Nie, wcale nie - powiedział gorzko, wciąż ukrywając się za kaskadą włosów. – Wiesz co sobie przypomniałem? Siedzieliśmy w jakiejś restauracji i jedliśmy kurczaka. Nic więcej. Wyobrażasz to sobie? Ze wszystkich rzeczy, które mógłbym sobie przypomnieć, zobaczyłem coś takiego! Powiedz chociaż, że smakuje ci ten cholerny kurczak!

- Harry… - Louis okrążył stół i przykląkł przed przyjacielem, zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy. Zrozumiał już, co tak zdenerwowało Stylesa i starał się przybrać najpoważniejszy ton, na jaki go było stać. – Ważne, że cokolwiek zaczyna się dziać. Jak to mówią: nie od razu Rzym zbudowano, dlatego powinniśmy teraz skakać ze szczęścia! Dzisiaj przypomniałeś sobie tylko jedzenie obiadu, ale jutro może będzie to już całe twoje dzieciństwo, więc głowa do góry. Poza tym, to najlepszy kurczak jakiego jadłem w swoim życiu i chciałbym go dokończyć zanim wystygnie, a nie mogę tego zrobić, dopóki masz taką minę.

- Pieprz się - burknął Styles, ale na jego ustach wykwitł słaby uśmiech. Nadział na widelec kawałek brokuła i wpakował go sobie do ust, nie czekając aż Louis usiądzie na swoim krześle. Tomlinson wywrócił oczami i podniósł się z klęczek, czując ogarniający go spokój.

- Te twoje wahania nastroju kiedyś mnie wykończą - mruknął pod nosem, zajmując miejsce po drugiej stronie stołu. – Normalni ludzi nie rozpaczają z powodu odzyskiwania pamięci, ale już dawno się przekonałem, że ty nie jesteś normalny. Mógłbyś mi podać serwetkę?

- No to jesteśmy siebie warci - usłyszał odpowiedź. Harry podał mu serwetkę i przez chwilę jedli w milczeniu, każdy pogrążony w swoich myślach. Louis prawdopodobnie powinien od razu zadzwonić do chłopaków i podzielić się z nimi dobrą nowiną, ale jakaś część jego duszy kazała mu zaczekać aż wydarzy się coś naprawdę dużego, w dodatku coś szeptało mu w tyle głowy, że mógł to być tylko fałszywy alarm i mózg Harry’ego sam wygenerował fałszywe wspomnienie. Nie, to nieprawda, zganił się w duchu i odgonił niechciane myśli, odzywając się głośno do przyjaciela:

- Musimy jakoś to uczcić. Co powiesz na całonocny biwak na plaży?

- Przecież ten dom prawie na niej stoi.

- Ale biwak pod gołym niebem! Dzisiaj ma być jedna z najcieplejszych nocy w tym roku, nie daj się prosić! Rozłożymy koce i będziemy patrzeć na gwiazdy, popijając oranżadę, bo nie możesz na razie dotykać alkoholu.

- Okej, okej. Jeżeli pozmywasz, to się zastanowię.l
4. Światło księżyca
Louis uwielbiał takie poranki, kiedy mógł w ciszy patrzeć na wschodzące za oknem słońce, wsłuchując się w śpiew ptaków i delikatny szum wiatru. W jego rodzinnym mieście rzadko było mu to dane. Mimo tego, iż mieszkał w dość spokojnej dzielnicy, już od rana był witany klaksonem samochodów i zapachem spalin.


Powoli liczył własne oddechy, mocno wciągając rześkie powietrze do płuc, które po chwili wypuszczał ze świstem, mrużąc z przyjemnością powieki. W oddali słychać było głośne śmiechy, które wpadały przez uchylone okno.


Podniósł się z łóżka pocierając oczy wierzchem dłoni, i podszedł do przezroczystej tafli odsuwając ręką zasłaniającą mu widok firankę. Na jego ustach pojawił się niewielki uśmiech, zauważając Liama, który z niebywałym uporem starał się nakłonić Nialla, by wsiadł na konia. Był mile zaskoczony, jak podczas jego śpiączki, ta dwójka się do siebie zbliżyła.
Wydarzenia sprzed kilku dni poszły jakby w niepamięć i nikt z domowników nie poruszał więcej tego tematu. Nawet blondyn zdawał się dać z tym spokój, kiedy widział, że ten nie jest zbyt skory do rozmowy. Mimo tego, Lou zdawał sobie sprawę, że od tego dnia nigdy nie był sam, czuł, że ktoś obserwuje każdy jego ruch i tylko czeka, by znów pojawić się w jego życiu.


Horan spojrzał w okno i pomachał mu wesoło, co natychmiast odwzajemnił. Również na ustach Liama pojawił się uśmiech, widząc , że jego przyjaciel wstał w końcu z lóżka.


Dla Payna ostatnie dni były wyjątkowo trudne. Nie dość, że musiał zmagać się z blondynem, który był niczym wrzód na tyłku, zadając masę bezcelowych pytań, które dziwnym trafem były dość specyficzne i wzbudzające podejrzenia, to jeszcze martwił się stanem swojego przyjaciela. To spotkanie nie zaczynało się najlepiej i obawiał się, że Louis pozostając dłużej w Kornwalii, może sobie zaszkodzić. Nie chciał go wyganiać, lecz wiedział, że dla jego dobra musi mu to delikatnie zasugerować, widząc w tym najwłaściwsze wyjście.


Tomlinson przeniósł wzrok na okolicę, podążając wzrokiem wzdłuż rozległych pół, aż do miejsca, gdzie soczysta trawa zaczynała chować się w cieniu drzew pobliskiego lasu. Po jego plecach przeszedł dreszcze, jakby dziwna magiczna siła ciągnęła go w głąb otchłani, a czyjeś dłonie zaciskały się na szyi pozbawiając oddechu.


Zamknął oczy, biorąc kilka wdechów, a kiedy ponownie je otwarł ujrzał ukrytą w mroku postać. Pomiędzy korą drzew stal chłopak, którego twarz okalała burza loków, tańczących pod wpływem wiatru. Twarz była rozmyta, i z tej odległości nie mógł dokładnie dostrzec jej rysów, lecz doskonale widział długi płaszcz, którym okryta byłą sylwetka nieznajomego.


Wydawało się, że patrzy na niego, uśmiechając się złośliwie, jakby doskonale odgadywał myśli i obawy Louisa.
Nie wiedział jak długo to trwało, ile czasu wpatrywał się w nieuchwytny cień. Nie wiedział też, co pognało go w stronę lasu, ale kiedy kilka chwil później szedł w jego stronę wolnym krokiem, ignorując wołanie Liama, jego serce zaczęło bić szybciej. Poczuł się wolny.


- Kim..kim jesteś? - zapytał cicho, stojąc na skraju lasu, gdzie nie dosięgał go cień drzew. Teraz doskonale widział twarz mężczyzny. Właściwie chłopca, o oczach barwy intensywnej zieleni i rysach niewinnego dziecka. Ich spojrzenia skrzyżowały się, wytwarzając nieznane magnetyczne napięcie. Louisowi zdawało się, że widzi przepływający między nimi prąd, a jego delikatne iskry krążą wokół niczym stado świetlików.


Wiatr poruszył się mocniej, unosząc w górze woń kwitnących na łąkach wrzosów. Chłopak w loczkach podszedł bliżej, a kiedy niewielki promień dotknął odkrytej skóry twarzy, ta zabłyszczała milionami srebrzystych diamentów.


- Kim jesteś? - Louis powtórzył, nie mogąc ruszyć żadną kończyną. Był zafascynowany i jednocześnie przerażony, patrząc na cudowne piękno przed swymi oczyma.


- Kimś, kogo wołał byś nigdy nie spotkać - odpowiedział ochryple, drapiąc paznokciami korę pobliskiego drzewa. Jego usta wykrzywiły się w wymuszonym uśmiechu, po czym odwracając się zniknął, niemal rozpływając się w powietrzu.


- Poczekaj - zawołał szatyn, lecz głos zabrzmiał słabo, zamieniając krzyk w cichy szept, zatrzymując wydobywające się z ust powietrze.
Louis wpatrywał się w głąb lasu, starając się dostrzec coś w ciemności, jednak wszystko co zobaczył to poruszające się liście i usłyszał szczęk łamanych gałęzi.


- Co się stało Lou, biegnę za tobą od domu? - usłyszał zdyszany glos i odwracając się napotkał postać Liama, który trzymając się za klatkę piersiową starał się unormować oddech.


- Coś kiepsko u ciebie z kondycją ? - zażartował Tomlinson, unosząc do góry jedną brew.


- Zabawne - parsknął. - To nie ty musiałeś biegać za Niallem, chcącym pokazać, ze już całkiem sam umie jeździć, mimo tego, że po raz pierwszy usiadł na konia - wyjaśnił, a z ust wydobył się krótki śmiech. - Choć nie powiem, jest całkiem śmiesznie.


- Polubiłeś go? - zapytał niepewnie, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela, kiedy zmierzali w drogę powrotną.


- Jest w porządku, tak myślę. - Liam podrapał się nerwowo po karku. - Choć zadaje masę dziwnych pytań.


- Jakich pytań? - wtrącił Lou, przygryzając wargę.


- Na przykład, czy w tych lasach są wilki i czy atakują ludzi. – powiedział, wzruszając ramionami.


- A..a są? - Louisa przeszły nieprzyjemne dreszcze.


- Nie głuptasie, ale lepiej nie chodź sam do lasu. W ogóle to po co tu przyszedłeś?


Tomlinson przystanął i odwrócił się, skanując wzrokiem las. Jedyne co zobaczył to ciemność, otoczoną aureolą z drzew:


- Wydawało mi się, ze kogoś widziałem - mruknął, spoglądając w oczy Payna, którego źrenice rozszerzyły się na te słowa, jakby ktoś odkrył skrywaną przez lata tajemnicę.


- Pewnie ci się przewidziało - skwitował, machając ręką.


I Louis postanowił się z tym zgodzić.
~~//~~
Słońce dawno schowało się za horyzontem, ustępując miejąca swojemu następcy. Księżyc oświetlał miasteczko, rozświetlając mroczne zakamarki, do których nie docierały światła ulicznych lamp.


Louis zakaszlał, kiedy ciężkie klubowe powietrze wdarło się do jego płuc. Zapach dymu i spoconych ciał wytworzył przerażającą mieszankę, dziwnie zagęszczając tlen.


- Pójdę po piwo, a wy znajdźcie miejsce - zawołał Liam, próbując przygłuszyć muzykę, i szybko zniknął wśród tłumu nieznanych mu ludzi. Poczuł delikatny uścisk na nadgarstku, a chwile potem został ciągnięty przez Nialla, do jednej z niewielu wolnych kanap. Dzięki bogu znajdowała się z dala od reszty, a muzyka nie docierała tu z całą swoja silą. Opadł na skórzany materiał, nieco wilgotny i pachnący jakby coś tu właśnie umarło.
- Niedobrze mi - jęknął, a twarz rzeczywiście pobladła.


- Nawet nie zaczęliśmy pić Lou. - Niall zachichotał, klepiąc gouspokajająco po ramieniu. - Może nie są to salony, a ten lokal z całą pewnością nie przeszedł by rewizji sanepidu, ale proszę, chociaż spróbuj się dobrze bawić. Nigdy nie byłem na takiej imprezie. Zrób to dla mnie i uśmiechnij się, proszęęęę - dodał, samemu wyszczerzając usta w szerokim uśmiechu.

Tomlinson nie mógł nie odwzajemnić tego gestu. Pomimo niechęci, nie potrafił odmówić temu szczenięcemu wzrokowi i nadziei w niebieskich tęczówkach.


Jego uśmiech najważniej wystarczył blondynowi, którego spojrzenie szybko uciekło na tłum, wypatrując kogoś interesującego. Postanowił pójść w jego ślady i również podążył wzrokiem po pomieszczeniu, zatrzymując się na chwilę przy kimś wartym uwagi.


Wziął kolejny ciężki oddech, chcąc ze zrezygnowaniem zamknąć oczy, kiedy dostrzegł smukłą sylwetkę, opartą o przeciwległą ścianę. Pomimo ciemności doskonale widział, że chłopak patrzy na niego, nawet nie marnując czasu by mrugnąć. Jego spojrzenie było takie intensywne, jakby chciał przejrzeć jego duszę. Na twarzy pojawił się cień uśmiechu, przez co Lou drgnął niespojenie, rozpoznając w nich chłopaka z lasu. Przełknął ciężko ślinę, mając wrażenie że został rzucony na niego urok, przez który nie potrafi się poruszyć.


- Nie rób tego Louis - usłyszał mocny głos, na dźwięk którego podskoczył na siedzeniu.


- C-co? - zapytał zdziwiony, a jego brwi zmarszczyły się zaskoczone. Gdzieś w oddali usłyszał głośny śmiech Horana, lecz kiedy popatrzył na Liama, wręczającego mu butelką piwa, twarz wyglądała niebywale surowo.


- Po prostu go zignoruj i nie gap się - powtórzył ostrym tonem. Usiadł naprzeciwko, zaraz obok blondyna, który niemal wydarł mu z rąk długo oczekiwany napój.


- Ale…


- To nie towarzystwo dla ciebie - wtrącił Payne, nie dając przyjacielowi dojść do słowa -; Nie zbliżaj się do niego i nie pozwól, by on zbliżał się do ciebie.


- O-okej - burknął cicho, łapczywie wypijając gorzki płyn. Nie rozumiał zachowania Liama, tym bardziej że ten chłopak pomimo rozchodzącej wokół niego aury tajemniczości, wydawał się być nieszkodliwy.
Zaczęły go też zastanawiać słowa nieznajomego, które usłyszał rankiem tego dnia, gdy zobaczył go w lesie. Dlaczego uważał się za kogoś z kim nie warto się zadawać, i dlaczego Liam zareagował tak agresywnie na zwykłe, niewinne spojrzenia.


Wziął kolejny ciężki oddech, przymykając powieki, a kiedy ponownie je podniósł dostrzegł zbliżająca się w ich kierunku nieznana sylwetkę chłopaka, odzianego w skórzaną kurtkę, i ciemne jeansy. Twarz pokryta była kilkudniowym zarostem, a tęczówki wydawały się niemal czarne. Pomiędzy rozchylonymi wargami tkwił papieros, którego delikatny dymek unosił się ku górze.


- Witam - mruknął, przelotnie skanując ich twarze, dłużej zatrzymując wzrok na Liamie, którego twarz zauważalnie pojaśniała.
Payne podniósł się ze swojego miejsca, przyciągając bruneta do czułego uścisku.


- To Louis, i Niall - wyjaśnił Liam okręcając się w stronę pozostałej dwójki, wskazując kolejno.- A to Zayn, mój chłopaka - dodał, rumieniąc się po same uszy.


Brwi Louisa natychmiast uniosły się do góry, Liam nigdy nie wspominał, że ma chłopaka. W pewnym sensie poczuł się przez to urażony, w końcu on powierzał mu wszystkie sekrety. Mimo to postanowił być uprzejmym, dlatego z uśmiechem podał dłoń brunetowi, który również odwzajemnił ten gest.


- Miło cię poznać Lou, wiele o tobie słyszałem - powiedział, potrząsając pewnie Vego drobna dłonią.


- Niestety ja nie słyszałem o tobie ani słowa - burknął cicho, chcąc sobie strzelić w twarz za niewyparzoną gębę. - Jednak mam nadzieję, że to nadrobię


Liam posłał mu wdzięczne spojrzenie, zawierające również obietnicę, że wszystko wyjaśni później.


Wbrew dziwnemu początkowi, wspólna zabawa przebiegła w zaskakująco przyjemnej atmosferze. Zayn był miłym gościem, poważnym, owianym nutką tajemnicy. I był kompletnie zapatrzony w Liama, jakby obok nich nie istniał żaden inny świat.


Tomlinson nie mógł tez nie zauważyć dziwnego zachowania ze strony blondyna, który zazwyczaj roześmiany, teraz pochłaniał piwo za piwem, posyłając zazdrosne spojrzenia w stronę obejmującej się dwójki. Czyżby podczas jego śpiączki miedzy nimi wydarzyło się cos więcej? I co tak właściwie kryje się naprawdę pod niewinnym opakowaniem chłopaka z Tiverton.


Kolejne procenty zostały pochłonięte, obraz stawał się coraz bardziej rozmyty, a dźwięki niewyraźne.


Louis wybiegł na zewnątrz, nie mogąc dłużej wytrzymać w dusznym pomieszczeniu. Pomimo protestów Liama, by się nie oddalał, nie potrafił więcej wdychać zapachu spoconych ciał. Przytrzymał się otwartą dłonią zimnego muru, starając się zachować równowagę. Twarz opadła w dół, a powieki przymknęły się, kiedy próbował uspokoić oddech i nie zwymiotować. Obraz powoli zaczął nabierać ostrości.
Wziął kilka głębokich wdechów, czując się znacznie lepiej, kiedy rześkie powietrze wypełniło jego płuca. Uniósł głowę i zamarł, a oddech się zatrzymał.


Zielone tęczówki wpatrywały sie w niego z taką samą intensywnością jak kilka godzin wcześniej. Jego wzrok był skupiony na oczach Louisa chłonąc każdy detal jego wyglądu, wywołując tym dreszcze biegnące wzdłuż kręgosłupa. Stał blisko, zdecydowanie zbyt blisko.


W Louisa uderzyła woń jego zapachu, zdumiewająca mieszanka ziemi i powietrza. Lecz było tam coś jeszcze, coś mrocznego, woń śmierci.


- M-musze iść. - Głos Louisa drżał niespokojnie. Chłopak wzbudzał w nim jednocześnie tyle skrajnych emocji. Z jednej strony chciał go całować do utraty tchu, a z drugiej pragnął trzymać sie z dala, nie będąc do końca przekonanym co do jego niewinności.


Chciał wyminąć nieznajomego, lecz tamten zastąpił mu drogę. Był zdecydowanie wyższy i wyglądał na silnego. Szerokie, barczyste ramiona mogły by go zgładzić w jednej sekundzie.


- Nie boisz sie sam wracać - zapytał chłopak, a płatek nosa drgnął niespokojnie.


Styles czuł głód, a bliskość jego posiłku nie pomagała mu tego zwalczyć. Oblizał ze smakiem usta i uniósł dłoń, kładąc ją na policzku mniejszego.
Tomlinson zadrżał, kiedy zimna kończyna przejechała wzdłuż twarzy.


- Z-zostaw mnie - poprosił, lecz nie zrobił nic, by przerwać ten kontakt.
Harry uśmiechnął się, przejeżdżając kciukiem wzdłuż malinowych warg. Dostrzegł w jego oczach strach. Prawdziwy i pełen bólu. Rozpacz.


- Odprowadzę cię - wyszeptał Loczek, i nie czekając na reakcje drugiego, który stał jakby był zahipnotyzowany, szarpnął jego ramię ciągnąc w stronę lasu.


Księżyc świecił wysoko na niebie, oświetlając leśną ścieżkę, oraz rzucając delikatne światło na ich twarze.


- G-gdzie mnie prowadzisz? - zapytał niepewnie Louis, obejmując drobne ciało ramionami. W lecie panował większy chłód, przez co zaczął drżeć.


- Do domu - odpowiedział krótko, a jego tęczówki pociemniały, kiedy brał głęboki wdech, wciągając do nozdrzy słodki zapach krwi.


Tomlinson potarł ramiona dłońmi, szukając ciepła, kiedy z impetem wpadł na plecy, idącego przed nim chłopaka, nagle zatrzymującego się w samym środku lasu.


- Proszę, pozwól mi wrócić - jęknął Lou, teraz całkowicie sparaliżowany strachem. Serce szybko uderzało w piesi, a oddech stał się płytki. - Gdzie mnie prowadzisz? Tędy wcale nie idzie się do domu Liama.


- Zamknij się - syknął chłopak, obejmując jego ciało ramionami, podczas gdy dłoń, zacisnęła się boleśnie na jego twarzy, zakrywając mu usta.
Harry zmrużył oczy, a zmysł słuchu wyostrzył się, kiedy pośród ciszy dobiegł go odgłos szelestu liści. I zdecydowanie nie był to wiatr.

czwartek, 27 marca 2014

*1.

Blade obłoki przykryły częściowo wschodzące słońce, pozwalając jedynie cienkim promieniom przedrzeć się przez siebie i rozświetlić przyrodę, budzącą się do życia. W niemal wszystkich pokojach, uczniowie, ich opiekunowie oraz pupile spali spokojnie, ciesząc się wolnym dniem. Jedyną osobą, która zwlekła się z łóżka wraz z nadejściem poranka był Niall. Tę noc spędził w sypialni Liama, jednak wolał zniknąć stamtąd stosunkowo szybko.


Blondyn siedział nad książkami do później nocy, przeglądając wszystkie możliwe przepisy. Próbował także wymyślić coś swojego, bazując jedynie na dostępnych informacjach o zastosowaniach roślin. Mimo wszelkich starań, wszystkie próby spełzły na niczym, a zrezygnowany chłopak położył się spać. Jednakże nie mógł zmrużyć oka przez dłuższy czas, więc zawitał do pokoju opiekuna i dopiero tam zyskał zasłużony odpoczynek.

Po śniadaniu, zjedzonym na biegu i popitym mocną kawą, Irlandczyk wrócił do swojego pokoju i posprzątał go z nadzieją, że przyniesie to jakieś efekty. Rozrzucone dookoła ubrania zostały wciśnięte do kosza na brudy lub do dużej szafy. Chwilowo niepotrzebne książki trafiły na regał, a kurz zniknął ze wszystkich powierzchni.

- John? Chcesz mi pomóc? – zapytał blondyn, spoglądając na swojego zwierzaka, który stanął jak wryty i czym prędzej pognał w stronę uchylonych drzwi. – Ty mały zdrajco! – pisnął donośnie Niall, zaciskając dłonie w pięści i tupiąc nogą. – Tylko masz mi wrócić przed dwudziestą drugą! – wrzasnął jeszcze, wyglądając na korytarz. – Diabelskie nasienie – stwierdził cicho i ruszył w stronę łazienki.

Poranna toaleta zajęła mu dużo więcej czasu niż zwykle, ponieważ po krótkim prysznicu wziął jeszcze aromatyczną kąpiel. Dodał do wody kilka kropel olejku waniliowego i zanurzył się w niej po samą brodę. Usprawiedliwiał się tym, że potrzebuje relaksu, żeby móc znowu trzeźwo myśleć. Chociaż nie chodziło tylko o to – jego umęczone ciało wręcz krzyczało o chwilę odpoczynku.

Wyszedłszy z przyjemnej kąpieli, mężczyzna wytarł się puszystym ręcznikiem, który przerzucił niedbale przez krawędź umywalki. Wkrótce potem na jego wąskie biodra wsunęła się czysta bielizna oraz luźne, jasnoszare spodnie, które znalazł wcześniej na dnie szafy. Zaparowane pomieszczenie opuścił z nagą klatką piersiową, na którą naciągnął bawełnianą koszulkę.

- No to bierzmy się do roboty – powiedział do siebie, krzyżując w kostkach swoje nagie stopy i przyciągnął bliżej tom, który przeglądał jako ostatni poprzedniego wieczora. – Eukaliptus gałkowy. Z młodych gałązek wytwarza się olejek eukaliptusowy… Wykorzystywany w lecznictwie oraz perf… To są jakieś bzdury – jęknął, oburzony Horan i odsunął od siebie ciężką książkę.

Zrezygnowany mężczyzna oparł łokcie na krawędzi biurka i wsunął smukłe palce pomiędzy swoje wilgotne kosmyki. Od intensywnego myślenia zaczynała boleć go głowa, a żołądek skręcał się z nerwów, za każdym razem, kiedy odkładał na bok kolejną pozycję nie znalazłszy w niej absolutnie nic. A przecież obiecał Louisowi, że spróbuje pomóc w jakiś sposób, żeby ulżyć Zaynowi w męczarniach, które za pewne przechodził.

Irlandczyk nie przyznał tego przed nikim, nawet przed samym sobą, ale robił to także dla swojego opiekuna. Odkąd zobaczył, jak bardzo martwi go stan przyjaciela, poprzysiągł sobie w duchu, że zrobi wszystko, by Liam przestał się obwiniać. Złożył kolejną obietnicę, chociaż wcale nie musiał tego robić – nikt go przecież nie poprosił.

Kilka minut później, gdy blondyn ponownie zagłębił się w lekturze, drzwi pokoju uchyliły się i do środka wsunął się Payne. Tak, jak zazwyczaj, jego umięśniony tors opinała bawełniana koszulka, mająca kolor biały. Jasne, obcisłe dżinsy zsuwały się z jego wąskich bioder, a nogawki znikały w wysokich, czarnych butach. Ramiona mężczyzny opinała skórzana kurtka, którą zostawił rozpiętą, by wyeksponować pozostałe części ubioru.

Niebieskooki zamarł na chwilę i rozchylił usta, napawając się tym widokiem. Prawdopodobnie mógłby tak na niego patrzeć już zawsze, jednak szybko został wyrwany z otępienia. Przez krótkie chrząknięcie szatyna, spoglądającego na niego niecierpliwie.

- Wyszedłeś, zanim zdążyłem się obudzić – wypomniał mu opiekun, opierając się lekko o krawędź biurka. – Powinienem ci to wybaczyć? – zapytał, unosząc wyżej jedną brew i uśmiechnął się słabo, udzielając odpowiedzi samemu sobie. – Przyszedłbym wcześniej, ale zagadałem się z Louisem – przyznał po dłuższej chwili milczenia, przerywanej nerwowym stukaniem skuwką o drewno.

- W porządku, i tak byłem trochę zajęty – odparł Niall z westchnieniem, przesuwając wzrokiem po licznych papierach, rozrzuconych na całej powierzchni sporego blatu. – Próbuję pomóc, ale naprawdę nie umiem – szepnął, zaciskając drobne palce na zielonym długopisie.

Liam pokiwał głową ze zrozumieniem i odepchnął się od blatu, zagryzając dolną wargę. Zanim któryś z mężczyzn zdążył się zorientować w sytuacji, siedzieli obok siebie na miękkim materacu, obejmując się nawzajem. Szatyn przesunął dłonią po ramieniu młodszego i uśmiechnął się pod nosem, kiedy ten przytulił buzię do jego szyi i połaskotał ją swoim delikatnym oddechem.

Blondyn przymknął powieki i rozluźnił się w ramionach swojego opiekuna, na moment wyciszając swoje zmysły. Od kilku dni pracował na podwyższonych obrotach, próbując zająć się wszystkim, byle nie myśleć o Liamie. Kiedy wrócił, uspokoił się częściowo, ale zaraz nadeszło kolejne zmartwienie.

- Mam coś dla ciebie. W sumie to coś twojego – powiedział cicho Payne, swym tajemniczym głosem zmuszając młodszego do odsunięcia się i rozchylenia sklejonych powiek. – Nie zezłościsz się, że myszkowałem ci w mieszkaniu? – upewnił się, zanim wysunął z kieszeni małe zawiniątko. – Proszę – szepnął na koniec i położył przedmiot na chłodnej dłoni Horana.

Niall zmarszczył lekko brwi i pospiesznie rozsunął kawałki materiału. Jego oczy rozszerzyły się momentalnie do rozmiarów monety pięciopensowej, kiedy ukazał się im zegarek. I to nie byle jaki, bo ten, który wcześniej należał do jego dziadka.

Dostał go, gdy mężczyzna, będący już w podeszłym wieku, zabrał go na długi spacer po zielonej łące. Było to za czasów, kiedy Horan mieszkał w Irlandii razem z cała swoją rodziną. Irlandczyk pamiętał, że tamtego dnia słońce świeciło, jakby jaśniej niż zwykle, a dziadek Tom opowiadał mu historie o celtach. Na tamto wspomnienie, na wąskie wargi wkradł się delikatny uśmiech, a w oczach zabłyszczały kryształowe łzy.

- Dz-dziękuję – wyszeptał, drżącym głosem i złożył delikatny pocałunek na szorstkim policzku brązowookiego.

Kciuk Horana przesunął się po znajomym grawerunku, przedstawiającym inicjały zmarłego dziadka oraz rysunek Aloesu. W tym samym momencie mężczyzna zamarł i wstrzymał na chwilę oddech. Przez ten cały czas znajdował się o krok od odpowiedzi, a nazwa rośliny kilkakrotnie przewinęła się w czytanych fragmentach.

- Bingo – mruknął pod nosem blondyn i uśmiechnął się niemal szatańsko, podrywając do góry, by odtańczyć kilkusekundowy taniec radości. – Chodź, pomożesz mi, bo jest sporo do zrobienia – rzucił jeszcze, zaciskając zimne palce na nadgarstku swojego opiekuna i dopadł do biurka, by pospiesznie przewertować jeden z tomów.

Odnalazłszy odpowiedni fragment, niebieskooki przeczytał go pospiesznie i zatrzasnął książkę. Chwilę później znajdował się na drugim końcu pokoju i wyjmował z szuflad różne fiolki oraz szalki. W jego głowie powoli tworzył się przepis na lek, potrzebny w zaistniałej sytuacji.

2.

Liam stał z boku, z rękoma splecionymi na piersi. Skórzana kurtka leżała na łóżku. Jego spojrzenie sarnich oczu było intensywne i uważnie śledziło każdy najdrobniejszy ruch dłoni blondyna. Wstrzymywał oddech za każdym razem, gdy drżała mu niebezpiecznie przy sporządzaniu mikstury.

Zaufał mu. Po raz pierwszy zaufał komuś bezgranicznie, tak do końca. Niall znał się na roślinach, ich leczniczych właściwościach. Musiał więc doskonale wiedzieć z czego przyrządzić wywar dla jego przyjaciela. Więc zaufał mu, bo zasługiwał na to.

Oblizał spierzchłe wargi i spojrzał na wywar, który młodszy mężczyzna przelał do podłużnej fiolki. Miał on barwę turkusa. Nachylił się i lekko zastukał w paznokciem, przyglądając się płynowi. Po drugiej stronie spostrzegł Horana, który również spojrzał na swoje dzieło.

- I to pomoże Zaynowi? – zapytał niepewnie Liam, spoglądając na swojego podopiecznego.

- Tak. Chyba tak – odparł Irlandczyk, lekko potrząsając fiolką. – Wiesz. Ma właściwości przeciwbólowe, przeciwzapalne, bakteriobójcze, przyspiesza gojenie oraz pobudza rozbudowę komórek skórnych.

- Myślę, że byłby z ciebie dobry medyk – wyznał zgodnie z prawdą i potargał jasne kosmyki włosów. Niall zarumienił się lekko na co uśmiechnął się. – Chodźmy do Zayna.

Chwycił swoją kurtkę, którą wsunął na ramiona. Otworzył drzwi i przepuścił w nich swojego podopiecznego, po czym obije ruszyli przez zamek. Cicho zapukali do drzwi pokoju bruneta, a gdy usłyszeli ciche proszę, nacisnęli klamkę i weszli do środka.

W pomieszczeniu panował chłód. Ich oddechy od razu zamieniły się w obłoczki pary. Na szybach pojawił się mróz, malujący wzory. Louis leżał przy boku swojego opiekuna, z dłonią na jego piersi. Szatyn podniósł na nich wzrok lustrując ich uważnym spojrzeniem.

- Znów gorączkuje – wytłumaczył cicho szatyn, chcąc wytłumaczyć chłód panując w pokoju. – Chciałem tylko obniżyć temperaturę.

- Nie musisz się tłumaczyć – zapewnił go Liam, podchodząc do niego i kładąc dłoń na ramieniu. – Niall znalazł lekarstwo.

- Naprawdę? – zapytał z nadzieją w głosie Tomlinson, podnosząc się z materaca. Blondyn uśmiechnął się w odpowiedzi i podniósł do góry fiolkę z turkusowym wywarem, po czym podszedł do łóżka i ostrożnie przysiadł na brzegu materaca.

- Mógłbyś przynieść mi apteczkę? – poprosił zwracając się do Payne’a. Ten przytakną i wszedł do łazienki. W szafce odnalazł drewniane pudełeczko, z którym wrócił i podał je Irlandczykowi.

Obserwował jak Horan ostrożnie podciąga koszulkę Zayna, by odsłonić jego pierś. Zdjął zużyty opatrunek i posmarował swoją miksturą ranę. Można było dostrzec grymas rysujący się na twarzy Mulata, gdy jej dotykał. Nie było jednak innego wyjścia. Następnie rozerwał opatrunek, który przykleił, by nie wdało się zakażenie.

- Myślę, że odpowiednie będzie smarowanie rany dwa razy dziennie – odparł, podając Louisowi fiolkę, który z wdzięcznością ją przyjął. – Rano i wieczorem wystarczy. To dość silny wywar. Dodałem troszkę więcej aloesu, by wzmocnić działanie.

- Dziękuję, Niall – na twarz szatyna wkradł się delikatny uśmiech. Następnie okrążył łóżko i przyciągnął go do uścisku, który ten odwzajemnił.

- Będzie dobrze, zobaczysz – zapewnił go odsuwając się. – Pójdziemy już. Zatroszcz się o Zayna.

- Jasne – przytaknął Tomlinson, mocno zaciskając w palcach wywar.

Pożegnali się z nim uśmiechami, a Liam zaproponował, że może czuwać przy brunecie gdy szatyn będzie na zajęciach, co przyjął z wdzięcznością. Następnie zamknął za sobą cicho drzwi i wszedł na korytarz, gdzie czekał jego podopieczny. Staną przed nim i westchnął.

Jego spojrzenie stało się niezwykle łagodne i pełne wdzięczności, gdy patrzył na tego drobnego Irlandczyka. Był tak niepewny, przez co nie zdawał sobie sprawy z mocy która w nim drzemała. Miał wielkie serce, wrażliwość i współczucie, co rzadko zdarzało się w jego świecie. I przez chwilę pomyślał, że to właśnie to sprawia, iż łagodnieje przy nim.

Uśmiechnął się i wyciągnął do niego dłoń. Przebiegł palcami przez jasne włosy, a jego dłoń zjechała na kark. Przyciągnął go do siebie składając czuły pocałunek na jego czole, po czym objął go mocno.

- Dziękuję – szepnął cicho, opierając brodę na jego głowie i wzmacniając uścisk.

- Nie ma za co – odparł Nialla, odwzajemniając jego uścisk. – Też lubię Zayna.

Przymknął oczy i ucałował go w czubek głowy, pozwalając sobie na tę chwilę zapomnienia. Chciał go tak potrzymać. By zapamiętać jak ciało młodszego dopasowuje się do jego. Jak oddech muska jego obojczyki. Jak policzek opiera się na jego piersi. A gdy podniósł powieki dostrzegł na końcu korytarza Demi. Dziewczyna przyglądała im się z uśmiechem i dłońmi splecionymi na piersiach. Pomachała mu, a on odpowiedział jej uśmiechem i odsunął od Horana.

Przeczesał jego jasną grzywkę i chwycił w dłonie twarz, patrząc prosto w jego niebieskie oczy. Kciukami musnął zarumienione policzki.

- Wiesz. Będziesz wielki i poradzisz sobie z każdym wyzwaniem, które przed tobą stanie – odezwał się z niezwykłą łagodnością i ciepłem w głosie Liam. – Tylko uwierz w swoją siłę. A gdy już to zrobisz, to nikt cię nie zatrzyma.

- Nie jestem wielki – odpowiedział, a smukłe palce zacisnęły się lekko na nadgarstkach szatyna.

- Zabiłeś demona, nie wiedząc jeszcze nic o magii, którą się posługujesz. Po trzech tygodniach nauki stworzyłeś wywar, który uratuje komuś życie – przypomniał mu. – Innym zajmuje to zdecydowanie więcej czasu. Wiem co mówię. Naprawdę będzie wielki.

Jeszcze raz nachylił i złożył lekki, ledwo wyczuwalny całus na czole chłopaka. Potargał jego blond grzywkę, na co zmrużył oczy.

- Muszę lecieć, Głodomorku, pozałatwiać parę spraw – odparł. – Ale jakby co to wiesz gdzie mnie szukać.

Rzucił jeszcze jedno krótkie spojrzenie dziewczynie za plecami Irlandczyka, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył korytarzem do wąskich schodów na końcu. Czuł, coś dziwnego i przez chwilę chciał z tym walczyć. Ale poddał się, bo to było naprawdę przyjemne uczucie.

3.

Niall westchnął cicho i przechyli głowę, odprowadzając wzrokiem swojego opiekuna. Jasnoniebieskie spojrzenie sunęło przez chwilę po umięśnionych plecach, aż w końcu zniknęło pod opadającymi powiekami. Na jego wąskie usta wkradł się delikatny uśmiech, który pozostał tam na dłuższą chwilę.

- Uroczy jest – odezwał się znajomy, kobiecy głos tuż nad uchem blondyna. – Bylibyście bardzo ładną parą – dodała dziewczyna, stając obok swojego przyjaciela.

Irlandczyk zaczerwienił się i zamrugał szybko powiekami, spoglądając w dół na swoje stopy. Nie był przekonany co do usłyszanych słów, ale aż zachichotał, kiedy w jego głowie pojawił się romantyczny scenariusz. Szybko jednak wyrzucił go z myśli, żeby nie rozpraszać się za bardzo.

- No wiesz, Demi! Jak ty w ogóle możesz mówić takie rzeczy – oburzył się, krzyżując ramiona na piersi i teatralnie marszcząc brwi. – Przecież to Liam i… – urwał, odwracając się powoli w stronę brunetki, stojącej po jego prawej stronie. – Demi! – wrzasnął uradowany, zanim rzucił się jej na szyję. – Co? Jak? Ale… Skąd się tutaj wzięłaś?! – zapiszczał niebieskooki, podskakując dookoła niczym kauczukowa piłeczka.

- No już, uspokój się! – zachichotała brązowooka i przyciągnęła go do kolejnego, silnego uścisku i ucałowała w zaczerwieniony policzek. – Będziesz musiał podziękować przystojnemu koledze – stwierdziła, poruszając przy tym zabawnie brwiami. – Nie rób takich min, wiesz, że mam rację – wzruszyła ramionami i jednym z nich objęła mężczyznę w pasie.

Blondyn tylko prychnął i poprowadził ją w stronę swojego pokoju, opowiadając z podekscytowaniem o wszystkim, co do tej pory zrobił. Oczywiście pominął szczegóły niektórych treningów, ponieważ skarżenie mogło się źle skończyć dla Toma. I być może Liama, bo Demi mogła obwinić o to także jego – była do tego zdolna.

- Cieszę się, że tu ze mną jesteś – powiedział niebieskooki, wskakując na swój materac. – No… Teraz przynajmniej nie będę tak całkiem sam, kiedy on znowu wyjedzie – westchnął ze smutkiem i ponownie powił się rumieńcem. – Nieważne.

Lovato uniosła wyżej jedną brew i uśmiechnęła się pod nosem, kładąc się obok przyjaciela i całując lekko jego skroń. Też była uradowana tym, że ma go z powrotem przy sobie, ponieważ ostatnie tygodnie spędziła na zamartwianiu się o niego. Jednak z drugiej strony nie była pewna, jak poradzi sobie w nowym środowisku, z którym nie miała nic wspólnego.

Ciche westchnienie uleciało z jej warg, kiedy oparła głowę na ramieniu Nialla i przymknęła oczy. Zaraz potem poczuła na swoim czole pocałunek, delikatny jak dotyk skrzydeł motyla, przez co kąciki jej ust powędrowały do góry.

- Nie ma się czym martwić – szepnął do niej Horan, gładząc ją uspokajająco po ramieniu. – Ci ludzie w większości są… indywidualistami, ale znaczną część da się polubić – stwierdził z uśmiechem, siadając wygodniej na materacu i poprawiając poduszkę. – Jutro przedstawię ci Harry’ego. Louisa i Zayna to przy okazji, a Liama siłą rzeczy znasz – zachichotał i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Blondyn przymknął powieki i mocniej przytulił przyjaciółkę, nie mogąc przestać się uśmiechać czy cicho śmiać. Rozpierała go taka radość, że nie potrafił się powstrzymać. Nie dość, że zrobił coś, co mogło pomóc Malikowi, to jeszcze znowu miał przy sobie Demi. Bardzo podniosło go to na duchu, zwłaszcza po licznych porażkach, jakie odniósł pod nieobecność opiekuna.

- Dobrze, że znowu jesteś – wymamrotał w końcu, po dłuższej chwili milczenia, w czasie której oboje wsłuchiwali się w bicia swoich serc oraz zawieruchę, panującą za oknem. – Zostajesz u mnie na noc. Jeszcze się rano obudzę i pomyślę, że to był tylko sen – wzruszył ramionami, kiedy napotkał zaskoczone spojrzenie.

- A twój chłopak nie będzie zazdrosny? – wypaliła dziewczyna i zagryzła dolną wargę, uciekając w bok swoim spojrzeniem. – Zignoruj mnie, gadam głupoty ze zmęczenia – dodała szybko i zsunęła się z materaca. – To ja może jednak pójdę… Wrócę rano, dobrze? Zanim się obudzisz – zaświergotała z uśmiechem, muskając wargami policzek przyjaciela.

Mężczyzna odprowadził ją wzrokiem do drzwi, siedząc na łóżku z lekko rozchylonymi ustami. Zastanawiał się czyim chłopakiem miałby być. W końcu brunetka, jak do tej pory spotkała jedynie Liama. Więc o kogo mogło chodzić?

- O matko – Niall otworzył usta mocniej, a jego oczy rozszerzyły się do rozmiaru pięciopensówek. – Jestem ciekawy, co on jej nagadał – pokręcił głową z niedowierzaniem i zszedł z posłania, jednocześnie zsuwając z torsu swoją koszulkę.

Przez emocje, które towarzyszyły mu od rana, nie miał siły nawet myśleć, więc ponownie napuścił wody do wanny i wsunął się tam. Kiedy ciepła ciecz, pachnąca wanilią, otuliła jego zmysły, zamknął oczy i oparł głowę o krawędź.

- Mój chłopak – ponownie pokręcił głową z lekkim uśmiechem na ustach i zachichotał cicho. – Jestem tylko ciekaw, co mu odbiło, żeby tak powiedzieć – mruknął, a następnie zacisnął wargi, postanawiając się zrelaksować.

Pół godziny później, kiedy rozległo się niecierpliwe drapanie, blondyn wyszedł z jękiem z wanny i wytarł się pospiesznie ręcznikiem. Owinął go niedbale wokół bioder i wszedł do sypialni, zamierzając wpuścić Johna do środka. Fretka zapiszczała w podziękowaniu, wsunęła się do środka i od razu skuliła na jednej z miękkich poduszek.

Horan prychnął i wywrócił oczami, odrzucając na bok wilgotny ręcznik. Przez pokój przeszedł nago, zanim naciągnął na biodra bieliznę. Brudną koszulkę, noszoną przez cały dzień, zastąpił tą, którą zakładał do spania. Po ekspresowym ogarnięciu pokoju, zgasił światło i położył się na materacu, drapiąc swojego zwierzaka za uchem.

- Spóźniłeś się. Powinienem cię zostawić na korytarzu – wyszeptał, pozwalając pupilowi owinąć się dookoła swojej szyi. – Ale jesteś przyjemnie cieplutki, więc ci daruję. Ale następnym razem idziesz spać do Lokiego – ostrzegł, układając się do snu.

Ciężkie powieki w końcu przysłoniły jasnoniebieskie tęczówki, ale mimo tego blondyn nie mógł zasnąć przez dłuższy czas. Do jego myśli ciągle powracały słowa Demi oraz jego opiekun. Druga z rzeczy nie była niczym dziwnym, ponieważ myślał o nim bardzo często.

Policzki Irlandczyka pokryły się czerwienią, kiedy dotarło do niego, jak często rozmyśla o Liamie. Wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, przez co zrobiło mu się wstyd. W końcu nie powinien o nim myśleć w ten czy inny sposób.

- Jeden baran… drugi baran – mamrotał gorączkowo pod nosem, próbując szybko zapaść w sen, którego bardzo potrzebował. – Trzeci baran. Czwarty baran. Dlaczego to do cholery nie pomaga. Piąty baran – sapnął pod nosem, zaciskając powieki.

Po długich godzinach, spędzonych na wierceniu się na łóżku, Niall usnął. Jednakże tym razem nie był to tak spokojny sen, jakiego zaznał, tuląc się do boku swojego opiekuna.