*-Trzasnąłem drzwiami od pokoju. Odwróciłem się w obawie, czy czasem nie wyleciały z futryny. Uderzenie było mocne. Nigdy nie byłem, aż tak wkurzony. Nikt nie wyprowadził mnie tak z równowagi jak ten chłystek. Debil jebany. Lepiej nie mogę go określić. Moja twarz była cała czerwona od złości. Przydałaby mu się jakaś lekcja kultury. Nie mam pojęcia, kto go musiał wychowywać. Skończony homofob. Jestem ciekaw, co by powiedzieli na jego zachowanie rodzice. Taki dzieciak i nie wie, jak się odnosić do mądrzejszych i starszych od niego.
Miałem ochotę komuś przywalić. Zemszczę się za te jego jebane słowa. Obiecuje to sobie. Mam dość tego gówniarza. Myśli, że wszystko mu wolno, bo ma kasę? Pewnie o to chodzi. Wywyższa się. O nie… Poczuje się w końcu tak jak ja. Zadbam o to. Tym razem to ja będę tym lepszym.
Nie chciałem i nie mogłem o tym dłużej myśleć. W końcu dojdzie do tego, że to będzie jedyne moje zajęcie tutaj. Myślenie o Harry’m Stylesie - najgorszym idiocie w historii ludzkości. Koniec tego.
Rzuciłem się na łóżko i dopiero teraz poczułem, jaki jestem zmęczony. Muszę się przespać z tym wszystkim. Tak nie może być.
Założyłem szybko krótkie spodenki i w wygodnej pozycji ułożyłem się na łóżku. Nie myślałem dłużej o tym pacanie. Tak, właśnie tak, od dzisiaj specjalnie będę tak do niego mówił. Niech ma za swoje. Targały mną emocje. Byłem wykończony, a zarazem wściekły. W końcu nawet nie spostrzegłem, gdy usnąłem.
***
Obudziłem się. Miałem wrażenie, że mój sen trwał tylko dziesięć minut, lecz w rzeczywistości spałem dziesięć godzin. Pobiłem swój rekord. Jestem raczej rannym ptaszkiem. Nie lubię długo leżeć w łóżku. Wyznaje zasadę, że wyleżę się po śmierci. Jednak tym razem mogłem sobie na to pozwolić. Byle z dala od tego posrańca. Znowu zaczynałem się denerwować. Dopiero, co wstałem. Zadzwonił telefon. Ciężko westchnąłem i zacząłem po omacku szukać go nas szafce nocnej. Nie spojrzałem na wyświetlacz tylko nacisnąłem zieloną słuchawkę. Miałem gdzieś, kto to może być. Oby tylko gadał krótko.
- Jak tam mija dzień? - spytał się znienacka Liam. Nie kłopotał się nawet o powitanie.
- A może jakieś „Cześć”? Nie łaska? Dopiero, co wstałem. - wyznałem szczerze. Wiedziałem, że nadchodzi fala kazań i nie dowierzeń.
- Co?! Louis! Jest 11! Ty nie wstajesz później niż 9. Źle się czujesz? Wiedziałem, że nie powinienem cię samego tam puszczać. Od tego mrozu pewnie jesteś chory. Wiedziałem, że tak będzie. Mówiłem o tym Niallowi. - O to włączył się troskliwy Liam.
- Kochanie… Wszystko jest w porządku. Naprawdę. Po prostu byłem zmęczony po podróży. - zacząłem gadać przesłodzonym głosem. Miałem świadomość tego, że nie kupi tej całej historyjki, a ja w końcu powiem, o co konkretnie chodzi. To działa zawsze tak samo.
- Nie wciskaj mi takich kitów. Znam cię.
- Mówię serio. Byłem wykończony, jeszcze pewien idiota mnie wkurzył wczoraj na wieczór. - powiedziałem lekko nakierowując go. Nie wiem, czy chciałem mu powiedzieć. Jednak za dwa tygodnie cała szkoła będzie pieprzyć, że dobierałem się do majtek królowi szkoły.
- Aaa… No to mogę teraz to zrozumieć. Jeśli można wiedzieć to, kto ci tak zawrócił w głowie?
- Taa… zawrócił. - zakpiłem. - To chyba ty się źle czujesz, a nie ja. Nigdy nie zwróciłbym uwagi na takiego idiotę.
- Nie denerwuj się. Mam nadzieję, że mówisz prawdę. Dzwoń jak będziesz miał problem. Muszę kończyć, bo Dan przyszła. - powiedział z miłością w głosie.
- Idź się uczyć biologii. Do usłyszenia. - Zaśmiałem się, a następnie rozłączyłem. Wiedziałem, po co oni się tak spotykali. Na pewno nie po to, aby się uczyć. Na dodatek w ferie. Ja jestem tylko tak przykładny, żeby w dniu wolnym od szkoły zawracać sobie głowę nauką. Wiem, to ta moja skromność. Nie roztrząsałem dłużej tego. Jeszcze dojdzie do tego, że będę sobie wyobrażać Liama i Dan w dwuznacznej sytuacji. Stop! Koniec! Jeszcze mi się zgorszycie. Nie myśląc dłużej o tym ubrałem czerwone rurki i białą bluzkę w czarne paski.
***
Cały czas spędziłem na czytaniu książki. Zbliżała się pora obiadu, więc postanowiłem udać się do hotelowej restauracji. Gdy zamykałem drzwi, zza moich pleców dało się słyszeć odgłos kluczy. Odwróciłem się. Stał tam chłopak z burzą loków na głowie. Był odwrócony do mnie tyłem, więc nie widziałem jego twarzy. Miałem wrażenie, że skądś go znam. Próbował zamknąć swój pokój. Niestety nie za dobrze mu to wychodziło. Postanowiłem pomóc. Tak, jestem obrońcom uciśnionych, ale także jestem pomocnym chłopakiem, który lituje się nad jakimś ofermami, które nie potrafią zamknąć drzwi. Podszedłem do niego.
- Pomóc ci? - dotknąłem jego dłoń. Całkiem przez przypadek. Nie myślcie sobie. Nie jestem podrywaczem. Popatrzyłem mu w oczy. - O cholera! Co ty tu robisz?! Myślałem, że już cie nie zobaczę, a ty mieszkasz naprzeciwko mnie. Za jakie kurwa grzechy?! - zacząłem lamentować, jak jakaś dziewczyna, gdy zniknęły jej buty z wyprzedaży. Czułem się okropnie.
- Nie przesadzaj. Jestem fajny, w przeciwieństwie do ciebie, kujonie. Nie będzie tak źle. - Spojrzałem na niego lekko zaskoczony. Gdy zobaczył wyraz mojej twarzy dodał: - Lubię zatruwać ci życie. Będę miał niezły ubaw tutaj. - zakpił.
- Pieprz się Styles! - rzuciłem w niego klucze i poszedłem na obiad.
- Dzięki! Na pewno skorzystam!
***
Nie mogłem uwierzyć, że życie płata mi takiego figla. Miałem ochotę zwymiotować tym posiłkiem. Do kurwy nędzy. Nie wyobrażałem sobie, tak tych dni. Wiem, wiem. Powtarzam się. Nie mogę po prostu w to uwierzyć.
- Oj, nie obrażaj się na mnie. - Szepnął mi do ucha, gdy właśnie jadłem zupę. W efekcie, czego zakrztusiłem się. Przysiadł się do mnie. Jak ja mam niby nie wybuchać złością? Cały czas się nade mną znęca. To wkurzające.
- Nawet nie spytałeś się czy możesz tutaj usiąść! - wrzasnąłem, na co odwróciło się kilkoro ludzi jedzących spokojnie swoje danie.
- Nie widzę tu nikogo, kogo mógłbym się spytać. - Na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek. Zacząłem go wyzywać w myślach.
- Mam sprawić, że zniknie ci ten głupi grymas z twojej gęby? - zaśmiał się na moje słowa.
- Nawet nie masz jaj, żeby kogokolwiek uderzyć. - posłałem mu litościwy uśmiech.
- Dobrze, że nie będę cię widział przez resztę dnia. Całe szczęście. - powiedziałem z ulgą.
- Uwierz, że jeszcze będziesz tęsknił. - zaśmiałem się, na co chłopak się troszkę zmieszał.
- Za tobą nigdy! Nawet jakby mi dopłacali. Mam nadzieję, że cały dzień przewodnik będzie moją grupę oprowadzać po jakiś zadupiach, bo nie wytrzymałbym patrzenia na ciebie.
- Mam złą informację. Chyba mamy tego samego przewodnika i będziemy nierozłączni przez te całe dwa tygodnie! Będziesz się mógł napatrzeć na tą cudowną twarz. - ujął ją dwoma rękami i zaprezentował z szerokim uśmiechem.
- Co!? Nie jest znowu taka cudowna. Widziałem ładniejsze. - skomentowałem jego twarzyczkę. - Wiesz to nie koniec świata. Będziemy po prostu siebie unikać i w ten sposób się nie pozabijamy. - zasugerowałem.
- Przyjmuję tą propozycję. Chcę cię tylko uprzedzić, że to ty będziesz pragnął mojej obecności.
- Chyba kpisz! Odwal się w końcu ode mnie! Mam cię dość. - Wstałem, odniosłem talerz i gdy przechodziłem koło tego pacana, krzyknął za mną.
- Jeszcze zobaczysz. - Uśmiechnąłem się i pokręciłem głową. Co mu się poprzestawiało? Idiota. Nigdy nie zwróciłbym uwagi na kogoś takiego, a po drugie wiedziałem, że on lata za najpiękniejszymi laskami. Traktuje je przedmiotowo. Zaliczy i odstawi na bok. Wszystkie o tym wiedzą, a latają do niego jak do jakiegoś boga seksu. Wyszedłem na długi hol i skierowałem się w stronę pokoju. Musiałem się jakoś przygotować na te godziny męki
Na dworze było zimno. Jednak, czego mogłem się spodziewać? W sumie dokładnie jak w zimę i na dodatek w górach. Powoli zaczęło się ściemniać. Nie dla tego, że było późno. Nadchodziły chmury burzowe. Ogarnął mnie lekki dreszcz. Nienawidziłem takiej pogody. Popadałem w melancholie. Chciało mi się płakać. Westchnąłem.
Przewodnik zadecydował, że musimy jak najszybciej wrócić do hotelu. On sobie może. Całe życie w górach i ja mam niby za nim nadążyć? Chyba sobie jaja robił na starość.
Gdy się odwracałem i widziałem jak „biedny” Harry nie nadąża za grupą, to chciało mi się śmiać. W sumie to nie taki biedny. Niech ma za swoje. Może się zgubi i go nigdy nie zobaczę? Fajnie. Zero problemów. W momencie, gdy odwróciłem się po raz chyba setny, chłopaka już nie było. Zacząłem zerkać na około. Jednak nie mogłem go zobaczyć przez zawieruchę, która panowała wokół mnie.
Zrozumiałem, że rzuciłem swoje słowa na wiatr. Żałowałem teraz tego. Nie lubiłem go no, ale bez przesady. Zawsze miałem wyrzuty sumienia. Odłączyłem się niespostrzeżenie od grupy. Zaryzykowałem dla tego debila. Co ja odpierdalam? Po chwili w oddali zobaczyłem zarys postaci i szybko pobiegłem w jej kierunku.
- Harry! Szukałem cię od dziesięciu minut. Co ci jest? - Chłopak milczał i z zainteresowaniem wpatrywał się we mnie.
- Dlaczego się mną przejmujesz? - zapytał lekko przerażony. Westchnąłem ciężko. Dzieciak mnie dobijał.
- Nie zadawaj głupich pytań. Jaja zaraz mi odmarzną. - rzuciłem płytkim żartem, z którego sam się zaśmiałem. Harry tylko delikatnie uniósł kąciki ust do góry. - Chodź, bo śnieżyca się zbliża. Musimy się pospieszyć. W sumie to już ona jest, ale później może być tylko gorzej.
- Louis… Nie mam siły. - powiedział ledwo słyszalnie.
- Właśnie widzę. - Podniosłem go. - Widziałem tu niedaleko jakiś opuszczony dom. - Nie odezwał się już. Milczał. Nie protestował, gdy wziąłem go na ręce.
***
Ledwo, co go doniosłem i ledwo, co otworzyłem tą ruderę. Zamknąłem za sobą drzwi mocnym kopniakiem, a chłopaka położyłem na podwójnym łóżku. Nie, że coś. Spojrzałem na niego z litością. Oczywiście, musiało mi się coś takiego włączyć nawet do swojego wroga.
- Harry, masz całe mokre ubranie. Ściągaj to. - powiedziałem bez zająknięcia się. Nie chciałem go widzieć nagiego. Bałem się, że widoki za bardzo mi się spodobają.
- O, nie. To, że mi pomagasz nie znaczy, że pozwolę ci, żebyś się na mnie jeszcze napalił. - wywróciłem oczami. Ma podobne myślenie do mnie. Jednak nie mam zamiaru się męczyć, gdy zacznie przez całą noc kaszleć.
- Zwariowałeś do reszty? Nawet nie ma dyskusji. - Podszedłem do niego i wziąłem sprawy w swoje ręce. Zaczął się szarpać, ale nie miał na tyle siły, aby wygrać ze mną.
Zdjąłem mu kurtkę, a następnie przemoczoną koszulkę. Dobrze, że spodni nie musiałem, gdyż na moje oczywiście szczęście były w miarę suche. Nie martwcie się nie zostawiłem go bez okrycia. Zdjąłem swój gruby sweter i założyłem na umięśnione ciało tego idioty. Owszem zrobiło mi się zimno, ale co niby miałem zrobić? On potrzebował go bardziej. O dziwo znalazłem w kredensie jakieś koce i przykryłem tego pacana.
- Dziękuje. - Powiedział. Wiecie chyba, gdzie miałem jego wyraz wdzięczności?
- Nie robie tego dla ciebie. Tylko dla siebie. Jakbym ci nie pomógł miałbym wielkie wyrzuty sumienia. Poczekaj chwile. Napalę w kominku. - Zacząłem, a raczej starałem się rozpalić ogień, tak jak robi się to w szkole przetrwania. Jednak taki ze mnie harcerz, że głowa boli.
- Źle to robisz. - zamiast chwycić patyki to trzymał teraz moje dłonie. Odwróciłem się. Nasze usta dzieliły centymetry. A wiecie, co było najdziwniejsze? Że oboje opuściliśmy powieki, tak jakbyśmy wyczekiwali tego pocałunku. Tak się jednak nie stało. Całe szczęście.
- A ty niby wiesz lepiej? - powiedziałem półszeptem. Chłopak podniósł wzrok.
- Patrz i się ucz. - chwycił dwa kijki i zaczął je o siebie pocierać. Po pięciu minutach. Dosłownie po pięciu. Szybki jest, co nie? W pomieszczeniu zrobiło się jasno i przytulnie.
- Jestem pod wrażeniem. - zamyśliłem się - Mam pomysł. - Podszedłem do podwójnego łóżka i przesunąłem je pod kominek, aby Harry’emu było cieplej. - Kładź się. - przykryłem go z powrotem stosem kocy, a sam usadowiłem się obok niego. Było idealnie. No z wyjątkiem może osoby, z którą dzieliłem posłanie.
- Będziemy razem spać? - zapytał się z przerażeniem.
- A co nie podobam ci się? - wybuchłem śmiechem.
- Nie o to chodzi. Jesteś niezły. Nie wspominając już o twoim tyłku. - Że co? Pomyślałem. Skąd się wzięły u niego takie chwile szczerości. Zaśmiałem się.
- Mówisz serio? W końcu pomyśle, że wolisz chłopców.
- Skąd wiesz, że nie? - Spojrzałem na niego z kpiną. Nie powiem zamurowało mnie. - Ale idiota z ciebie. Uwierzyłeś? - zapytał przez łzy. - Nawet gdybym był gejem nie miałbyś u mnie szans. - wybuchł śmiechem. Ale mi po jego słowach nie było wcale do śmiechu. Po policzku spłynęła mi jedna, tylko jedna łza. Po mimo, że go nienawidziłem, to bolało mnie to co powiedział. Zgrywam twardziela, żeby nikt nie dowiedział się, co naprawdę czuję. Taki już jestem. Myślałem przez chwilkę, że może się w stosunku do niego pomyliłem. Jednak, jak zwykle miałem całkowitą rację. Bardzo dobrze go oceniłem i nie miałem w najbliższym czasie zmieniać o nim zdania.
- Dobra. Śpię na podłodze, żeby nie wyszło, że chce cie jeszcze zgwałcić. - Miałem już wstawać, gdy poczułem znów ten delikatny i podniecający dotyk.
- Louis, nie wygłupiaj się. Ja tylko żartowałem. Chodź tu. - Miał dar przekonywania. Jeszcze ta mina szczeniaczka. Usadowiłem się z powrotem koło chłopaka.
- Nie wiem czy to ma sens, bo cały czas mnie obrażasz. - powiedziałem lekko oburzony.
- Już nie będę. Zgoda? Uszanuje, że cię pociągam. - zaśmiał się. Tak się bawimy? Spoko. Mogę w tym uczestniczyć.
- Zgoda. - potwierdziłem.
- Nie zaprzeczysz? - zapytał się kompletnie zdezorientowany.
- Czego? - spytałem się, jak idiota, że niby nie wiem o czym mówi.
- No z tym, że ja ci się podobam?
- A skąd wiesz, że nie? - Odwróciłem się i uśmiechnąłem. Chłopak sam się pogubił. Niech sobie tak myśli. Mi to nie przeszkadza. Prawie już zasypiałem, gdy usłyszałem zachrypnięty głos Harry’ego.
- Przytulisz mnie? Zimno mi i chyba tobie też. Cały się trzęsiesz. - zerknąłem na niego. Chłopak bał się spojrzeć mi prosto w oczy i dlatego położył się na boku. Ja wśliznąłem się pod koce i pierzynę, a następnie mocno go przytuliłem. Oboje usnęliśmy, wtuleni w siebie przy palącym się jeszcze kominku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz