Nie będę opowiadać w jaki sposób chłopcy z Chesire i Doncaster się spotkali. Historia opowie sama za siebie.
Jeśli spotykasz kogoś niespodziewanie, to jaka jest twoja pierwsza myśl? „Och, nie ma szans, byśmy zostali wieloletnimi przyjaciółmi” albo „Mam nadzieję, że zostaniemy razem już na zawsze”.
Mogę zadać to pytanie na mój własny sposób? Co jeśli spotykasz kogoś i nagle całe twoje życie miga ci przed oczami. Wszystkie te złe, odrażające rzeczy, które puściłeś w niepamięć, wszystkie koszmary, które kiedykolwiek przeżyłeś. Wielu ludzi zapomina te złe rzeczy, ale koszmary nadal pozostają. Igrają z ogniem, i gdy pojawiają się płomienie, ktoś musi spłonąć.
Albo co jeśli spotykasz kogoś i to właśnie on wyciąga z ciebie całe ukryte dobro. Wszystkie ukryte emocje, które zepchnąłeś w ciemne zakamarki swojego serca, wszystkie wspomnienia, które nieraz pielęgnowałeś, wszystkie uśmiechy, które chciałeś przywdziewać. Możemy tylko modlić się do Boga, by istniała taka osoba, która wydobywa z nas całe dobro.
Jeśli połączysz ogień z ogniem, to co otrzymasz? Więcej ognia. Jest on po prostu definicją reakcji chemicznej. Weź kwas i olej – co się może stać? Eksplozja. Jedno zetknięcie uwolni piekło.
W miejsce chemikaliów wstaw ludzi. Młody mężczyzna – uzależniony od narkotyków, kryminalista, który uznaje tylko własne zdanie. Zawzięty – jak kwas. Nie pozwala nikomu się zdominować.
Inny człowiek – wrażliwy, załamany, niedoskonały, nie zwracający uwagi na otaczający go świat.
Delikatny chłopak spotyka bezwzględnego kryminalistę. Mimo wrażliwości jest uporczywy i nie odejdzie łatwo – jak olej. Nikt nie może mówić mu co ma robić.
Co się stanie, jeśli ta dwójka się spotka? Kwas z olejem. Kryminalista i przegrany. Eksplozja lub wojna. Co jeśli eksperyment pójdzie źle? Co jeśli olej jest zbyt słaby, by współgrać z okrutnym kwasem? Co jeśli kwas chce zbyt dominować nad nieustępliwym olejem? Istnieje luka w tym równaniu?
Nie możesz oczekiwać, że wybuch będzie pierwszą rzeczą po ich spotkaniu. To zajmie trochę czasu – czy będą to dwie sekundy czy dziesięć miesięcy. Coś na pewno się stanie.
Jeśli pozbędziesz się oleju i kwasu - zostawisz kryminalistę i przegranego samych sobie - to co otrzymasz? Dwoje bardzo wkurzonych ludzi.
Tych dwoje są właściwie tacy sami. Potrzebują pocieszenia.
Mają swoje historie. Zaskoczy cię, co stworzyło ich takich, jakimi są teraz.
Wszystko, co mogę ci teraz o nich powiedzieć, to oboje są bezwzględni – jak ogień.
Ktoś będzie musiał spłonąć.
Być może Harry – kryminalista, który kocha różnorodne narkotyki, który nie wierzy w miłość. Nie wierzy także w jakiegokolwiek Boga, bo nic już nie może go uratować. Wpadł w zbyt głęboki dół, by móc się z niego wydostać. Otchłań jest zbyt ciemna, by znaleźć w niej jakiekolwiek światło. Samo dno piekła jest całkowicie wybrukowane jego imieniem. Nie ma szans, by wydostał się niezauważony.
Albo Louis – chłopak na straconej pozycji, który nie może doczekać się, by opuścić ten świat, jednak pozostaje tu z jednego powodu. Powodu ukrytego w jego historii. Nie ośmiela się marzyć o lepszym życiu, bo takowe nie istnieje w jego oczach. Świat jest dla niego zbyt duszący. Jego rodzinne miasto jest już przepełnione i nie może trzymać jednego mieszkańca więcej. Marzenia zostały przyćmione obelgami, które rzuca w swoim kierunku. W głębi duszy chłopak wie, że przynależy gdzie indziej. Nie ważne, czy to piekło czy niebo.
Wracając do reakcji chemicznych – przeciwieństwa się przyciągają.
Tych dwoje to zupełne przeciwieństwa.
To jest historia Harry’ego Stylesa i Louisa Tomlinsona – niebezpiecznego kryminalisty i zagubionego chłopaka.
- No chodź, stary! Możemy iść do klubu? Kończę dziś dziewiętnaście lat! – Niall niemal błagał swojego przyjaciela, Zayna.
- Kończysz dziewiętnaście lat, Ni. Naprawdę chcesz spędzić urodziny w klubie? – Mulat wywrócił oczami.
- Tak! – Niall zamarł uśmiechając się i spojrzał na swojego drugiego przyjaciela, Louisa, który siedział na kanapie obok niego.
- Niech będzie – Zayn wzruszył ramionami, wyraźnie się poddając, ale rzucił Niallowi figlarny uśmieszek.
Niall uśmiechnął się szeroko i obrócił do Louisa.
- Lou, Club #MSS jest dzisiaj otwarty?
Zanim Louis miał szansę odpowiedzieć na pytanie Irlandczyka wtrącił się Zayn:
- Club #MSS?! To klub dla gejów, przyjacielu. Stałem się właśnie bardziej heteroseksualny niż wcześniej.
- Czemu nie zostaniesz gejem jak my, Malik? – uśmiechnął się Louis odwracając się do przyjaciela.
Oczy Zayna rozszerzyły się do ogromnych rozmiarów kiedy w zaprzeczeniu potrząsnął głową.
- Raczej nie lubię kolesi, w przeciwieństwie do ciebie i Nialla.
Louis wzruszył ramionami.
- Muszę iść? – zapytał, spoglądając w dół na swoje ręce, a potem znowu na niego.
- Nie pójdziesz i znów znajdę cię nieprzytomnego podłodze twojej łazienki? – zapytał Niall krzyżując ramiona na piersi.
Louis westchnął i odchylił głowę do tyłu. Nie mógł obiecać nikomu, że się nie okaleczy, jeśli zostawią go samego. Był w zasadzie uzależniony od uczucia ostrych fragmentów czegokolwiek, co tylko mógł znaleźć, na jego skórze. To była osobista rzecz, o której nie mówił nikomu. Powód był ukryty w głębi jego umysłu – nigdzie indziej. Zawsze, gdyby Zayn albo Niall zapytaliby go, czemu się okalecza, bez wahania by skłamał. Louis jest dobrym kłamcą, więc wydostaje się z takich sytuacji z łatwością.
- N-nie mogę ci nic obiecać, Niall – powiedział Louis wpatrując się w swoje ręce.
Blondyn skinął głową i odwrócił się do Zayna.
- Więc postanowione. Ja, ty i Louis idziemy dzisiaj do #MSS.
- Pamiętasz, co się stało ostatnim razem, gdy poszedłem do klubu dla gejów? Miałem na głowie jakichś sześciu facetów, którzy próbowali mnie poderwać! – powiedział Zayn i westchnął, wyraźnie zdegustowany.
Niall uśmiechnął się i poklepał przyjaciela po plecach.
- To dlatego, że jesteś ładny – blondyn wstał, przyciągając uwagę Zayna i Louisa. – Wychodźmy. Jesteśmy już przygotowani.
Louis wzruszył ramionami i poszedł za przyjacielem. Zayn także wstał, mrucząc pod nosem niezrozumiałe słowa.
Niall miał na sobie chinosy, w których wyglądał naprawdę dobrze, i długą, ciemnoniebieską koszulkę polo. Jego ubiór wieńczyły białe Supry i czarno-biała czapka otulająca jego farbowane włosy. Zayn miał na sobie czarne, wąskie jeansy , obcisłą, czarną koszulkę, a na nogach Nike’i. Natomiast Louis wyglądał jakby właśnie został wyciągnięty z łóżka. Był ubrany w dresy, luźną koszulkę (a na niej bluzę - głównie po to, by zakryć swoje ręce) i parę mokasynów na nogach. Był świeżo po prysznicu, ale mimo wszystko sprawiał wrażenie nieatrakcyjnego.
Chłopcy wskoczyli do czarnego Mercedesa Zayna. Mulat lubił wyglądać stylowo. Potrzebował prezentować się perfekcyjnie, nawet jeśli wychodził gdzieś tylko z Niallem i Louisem. To na początku sprawiło, że blondyn i szatyn zaczynali myśleć, że jest gejem – patrząc na stereotypy, oczywiście. Ale jeśli chodzi o kogoś takiego jak Zayn Malik, to jest tak bardzo heteroseksualny, jak tylko to możliwe.
- Chłopcy, nie myślicie, że jest już troszkę za późno? Ostatecznie mamy dziś czwartek – jęknął Louis z tylnego siedzenia samochodu.
- Daj spokój, Lou. Pożyj troszkę. Kiedy ostatnio byłeś w klubie? – zapytał spokojnie Niall.
- Może dwa miesiące temu? – westchnął szatyn.
- Właśnie, więc teraz zamknij się i ciesz tą nocą. Ze względu na mnie, dobrze? – poprosił Irlandczyk, spoglądając na Louisa z przedniego siedzenia.
Chłopak skinął głową i spojrzał w okno. Było dość ciepło jak na trzynastego września. W Anglii prawie wcale nie jest ciepło. Tak, Doncaster, Yorkshire, Anglia. Niall i Zayn przeprowadzili się tutaj po tym, jak pracownicy szpitala zadzwonili do nich informując o tym, że Louis doznał szoku po stracie mnóstwa krwi. Szatyn miał w zwyczaju podawać ich numery w razie zagrożenia od kiedy nie miał już nikogo innego. Sprostowując – Louis odepchnął od siebie wszystkich. Nie chciał być ze swoją rodziną, chciał zostać tylko z tą dwójką, która o niego dbała.
Samochód zatrzymał się gwałtownie, wyrywając Louisa z zamyślenia. Jego oczy powędrowały za okno tylko po to, by ujrzeć jaskrawy neon klubu, który wybrał Niall.
Wysiadając z auta Zayn wydał jeszcze jeden głośny jęk niezadowolenia, na co Niall zaczął chichotać. Louis także wysiadł i podążył za przyjaciółmi. Bramkarz rzucił okiem na ich dowody i skinął głową w stronę wejścia. W Anglii musisz mieć przynajmniej osiemnaście lat, by wejść do klubu i pić alkohol, a uczyć się jeździć możesz nawet wcześniej.
Pierwsze, co doszło do Louisa, to zapach czystego alkoholu. Nie widział ludzi. Nic nie wyglądało tak, jak powinno. Nie słyszał muzyki grzmiącej z głośników. Był tylko alkohol – coś, co było Louisowi najbliższe. Był pijakiem, ale wiedział, kiedy należy powiedzieć stop. Nigdy z tego nie skorzystał. Brnął dalej, wiedząc doskonale, że skończy zupełnie pijany w przeciągu kilku godzin.
Niall lekko szturchnął Louisa i wskazał na coś palcem. Szatyn spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył Zayna ciągniętego do baru przez kudłatego kolesia. Louis zachichotał i potrząsnął głową. Jeśli Zayn chce dostać drinka, to go dostanie – nie ważne, czy od geja próbującego zabrać go do domu, czy nie. Wygląda na zdesperowanego i pewnie taki jest.
Niall chwycił rękę Louisa i poprowadził go na drugą stronę klubu, do drugiego baru. Zawsze starali się udawać parę w klubach, by nie być podrywanymi przez innych kolesi. Nie powstrzymywało to zbyt wielu, ale Louis i Niall nie zamierzali zaprzestać udawania, że są razem.
Louis z radością przyjął drinka od Nialla i wziął dwa duże łyki, zanim odstawił szklankę. Odwrócił się tyłem do baru i zaczął przeszukiwać pomieszczenie wzrokiem.
- Widzisz kogoś, kto ci się podoba? – szepnął Niall do ucha Louisa.
- Niezbyt. A ty? – odpowiedział szatyn.
Niall potrząsnął głową i odwrócił się z powrotem do baru.
- Wszystko, czego chciałem, to mieć szczęście w urodziny – westchnął.
Louis zaśmiał się i poklepał przyjaciela po plecach.
- Będzie dobrze, Ni. Kto może z czystym sumieniem ominąć tak gorącego Irlandczyka?
Niall także się roześmiał i wywrócił niebieskimi oczami.
- Nie jestem tak gorący jak uważasz, Lou. Dla innych ludzi jestem prawdopodobnie brzydkim sukinsynem.
- Przestań, Niall. Pij i bądź szczęśliwy.
I w imię tego, co powiedział Louis, oboje wyruszyli w swoją podróż z alkoholem – by sięgać po więcej i więcej.
***
Ze swojego punktu widzenia, Louis był kompletnie nawalony. Wszystko, co widział, było zamazane, prawdopodobnie cuchnął alkoholem i cokolwiek chciał powiedzieć do Nialla wychodziło z jego ust zniekształcone.
Nagle poczuł nacisk na swoich ramionach. Odwrócił się od baru, mrugając oczami i próbując skupić wzrok. Mimo największych chęci, wszystko pozostało zamazane i Louis dał sobie spokój z próbami zorientowania się, kto stoi przed nim. Osoba wyglądała na znacznie wyższą , definitywnie miała brązowe włosy i to było w zasadzie wszystko, co mógł na pewno stwierdzić.
Nie minęło dużo czasu, gdy chłopak złapał dłoń Louisa i pociągnął go do toalet. Szatyn nie wiedział dokładnie, gdzie idzie i co za chwilę będzie się działo. Jedyne, co rejestrował, to bycie zabieranym w jakieś miejsce przez bardzo muskularnego kolesia. Uścisk jego wielkiej dłoni na ręce Louisa był niesamowicie silny. To były jedyne, małe rzeczy, jakie szatyn wiedział o chłopaku zainteresowanym nim – co do tego nie było wątpliwości.
Drzwi do łazienki zostały otwarte i w chwilę potem to samo stało się z drzwiami od kabiny. Louis został wciągnięty do środka. Usłyszał dźwięk przekręcanego zamka i jego ciało zostało przyciśnięte do metalowej ściany. Chłodna powierzchnia przywróciła Louisowi częściową zdolność logicznego myślenia, ale nie na tyle, by zobaczyć, co robił mężczyzna. Szatyn poczuł nacisk na swoje wargi. Dla Louisa stało się oczywiste, że chłopak właśnie go całuje.
„Jest w tym coś złego?”, pomyślał Louis.
Szatyn zdecydował oddać pocałunek. Stawał się on stopniowo coraz bardziej namiętny – niewątpliwie pobudzając Louisa. Ręce chłopaka zacisnęły się na bluzie niebieskookiego, niemal błagając, by ją zdjąć. Louis mógł być pijany, ale nadal pamiętał, by chronić swoje ręce. Ochrona swojej skóry była jego priorytetem. Mężczyzna szarpnął materiał mocniej, zaraz potem włożył ręce pod koszulkę Louisa i przeciągnął paznokciami po brzuchu chłopaka. Szatyn krzyknął z bólu, gdy zimne dłonie otarły się o jego stare blizny.
- Hej, Lou, jesteś tutaj, stary? Niall jest zupełnie nawalony. Wracamy do domu! – głos Zayna zagrzmiał w łazience.
Mężczyzna przestał energicznie całować Louisa i odblokował zamek. Wyszedł, po drodze mijając Zayna, który wszedł do kabiny. Louis cichutko płakał w kącie.
Zayn pośpieszył do przyjaciela i uniósł delikatnie bluzę oraz koszulkę chłopaka. U dołu torsu widniało wiele świeżych znaków po tępych paznokciach. Westchnął rozzłoszczony i wyprowadził Louisa na zewnątrz, po drodze zabierając Nialla. Wsadził ich oboje na tylne siedzenie swojego samochodu.
Zayn dojechał do domu tak szybko, jak to było możliwe. Zatrzymał się przed wspólnym apartamentem jego i Nialla, i w tym momencie poczuł konieczność zostania na noc u Louisa. Nie zamierzał zostawić go samego – nie był aż tak głupi. Jak najszybciej udał się do Louisa. Dom szatyna był ogromny – jego rodzina za niego zapłaciła. Zayn wiedział, że Louis nawet tego nie chciał, ale oni nalegali.
Szybko zaciągnął dwóch pijaków do domu. Wyjął zapasowy klucz, który kiedyś dał mu Louis i otworzył drzwi. Zayn pośpiesznie zabrał tą dwójkę do salonu. Niall od razu zapadł w sen, a Louis stał obok, ściskając swój brzuch.
Zayn położył Louisa. Po tym, jak z sukcesem zdjął ograniczającą bluzę, delikatnie uniósł jego koszulkę. Zobaczył szpetne ślady paznokci i Louis krzywił się za każdym razem, gdy Zayn lekko przebiegał po nich palcami. Pobiegł do szafki awaryjnej – najbliższa znajdowała się w kuchni – i znalazł rozgrzewające okłady, które mogły złagodzić ból.
Wrócił do pokoju, zastając Louisa śpiącego. Uśmiechnął się i klęknął obok przyjaciela. Otworzył paczuszkę z okładami i owinął nimi ślady dość mocno, by nie spadły podczas snu, ale także na tyle delikatnie, by Louis czuł się komfortowo. Zayn był bardzo opiekuńczy, a nader wszystko spokojny. To pomagało, gdy był odpowiedzialny za pilnowanie tych dwóch chłopaków.
**
Dom był pusty, z wyjątkiem współlokatora Harry’ego, Liama Payna. Rodzice chłopaka kazali mu go pilnować, ponieważ sam nie umiał się sobą zaopiekować. Liam nie mógł jednak przełamać złych nałogów Harry’ego i zawsze go krył, jeśli został przyłapany na zbrodni.
Harry mieszkał w domu Liama w północnym Yorkshire. Payne miał naprawdę ładny dom. Wyglądał bardzo oficjalnie ze swoimi czterema piętrami – lub pięcioma, jeśli wliczać to należące do Harry’ego. Dokładniej mieszkał w piwnicy. Liam odnowił ją dla niego, bo był już zbyt zmęczony ciągłym dymem z „papierosów”. Był wrażliwy na tabakę albo jakikolwiek inny narkotyk. Harry nigdy nie dopuścił, by Liam przyłapał go na przemycaniu narkotyków do jego domu, ale Payne wiedział, że to robi. Był bardzo mądrym, odpowiedzialnym chłopakiem. Mimo tego, jak bardzo nienawidził niektórych jego przywar, nie umiał wyrzucić Harry’ego z domu. Ten chłopak był tak bezradny. Nigdy, przenigdy nie miał przy sobie nikogo, kto mógłby się nim zaopiekować.
Liam wylegiwał się właśnie na kanapie w salonie i kończył czytać książkę zatytułowaną „These Dark Times”. To była powieść o mężczyźnie, który trafił do Holocaustu. Wielu mogłoby powiedzieć, że Liam jest typowym frajerem, ale jeśli przychodziło co do czego, umiał sobie poradzić.
Od książki oderwał go znajomy trzask frontowych drzwi. „Dobrze, Harry wrócił”, pomyślał Liam, cicho śmiejąc się na myśl, że to jednak prawdopodobnie zła wiadomość. Harry zazwyczaj wracał do domu zły, pijany albo ukrywając coś. Liam odwrócił głowę, by zobaczyć potykającego się chłopaka, który próbował zejść na dół.
- Witaj z powrotem, Harry – przywitał go ciepło, tak jak zawsze to robił.
- Cześć – powiedział chłopak, zatrzymując się u szczytu schodów i przypatrując się Liamowi bardziej niż zazwyczaj.
- Dobrze się bawiłeś w klubie? – uśmiechnął się Payne.
- Ta, to była dobra noc –wymamrotał Harry i ruszył na swoje piętro.
- Pewnie dzisiaj nie przepieprzyłeś przypadkowego kolesia – zaśmiał się cicho Liam.
Wiedział, że Harry ma „dryg” do mężczyzn. Loczek nigdy by tego nie przyznał – jest zbyt uparty. Zawsze używał tego samego wyjaśnienia, gdy Liam go przyłapał: „Spójrz, są tutaj tylko kolesie, a prawie żadnych dziewczyn”. Liam nigdy się na to wyjaśnienie nie nabierał. Dlaczego miałby zabierać do domu przypadkowego kolesia, jeśli go nie lubi? Liam nigdy, przenigdy nie przyłapał Harry’ego z dziewczyną. Nigdy. Mogło by się wydawać, że Loczek używał ludzi do spełnienia swoich seksualnych zachcianek i zaraz potem odsyłał ich z kwitkiem, ale to wszystko znaczyło dla niego dużo więcej.
Nic nie stało na przeszkodzie, by się dowiedzieć.
Następny ranek nie należał do najłatwiejszych. Zayn nie spał, by mieć pewność, że ani Louis, ani Niall się nie obudzili. Prawdę mówiąc, miał nawyk matkowania tej dwójce. Chciał opiekować się Niallem, bo był od niego młodszy i niemal regularnie się upijał. Jeśli chodziło o Louisa, to Zayn chciał mieć go na widoku. Mieszkając w Bradford dzwonił do niego, pisał, rozmawiał na Skype’ie - ogółem robił wszystko, by utrzymać kontakt. Gdy odebrał telefon ze szpitala zawiadamiający o tym, że Louis jest w szoku po stracie zbyt dużej ilości krwi, od razu wsiadł w następny samolot do Doncaster.
Niall miał taką samą strategię. Opuścił Mullingar tylko po to, by znów być ze swoim przyjacielem. Właściwie, Niall i Zayn spotkali się w szpitalu i kiedy Louis opuszczał go trzy godziny później, byli już przyjaciółmi. Można nazwać to przypadkiem, ale to prawdopodobnie było ich przeznaczenie. Teraz ta dwójka mieszka nawet razem.
Zayn porzucił swoją karierę jako projektant wnętrz, a Niall przestał zajmować się amatorskim nauczaniem gry na wszystkich instrumentach – głównie na gitarze i pianinie. Oboje zostawili za sobą coś ważnego, ale na szczęście dla Louisa, to on był na szczycie listy ich priorytetów.
Zayn odchylił głowę do tyłu, zamykając swoje ciemnobrązowe oczy. Wiedział, że musi poczekać, aż pozostała dwójka się obudzi. Louis z pewnością będzie pytał o opatrunki. Zayn wiedział, że nie szatyn nie będzie niczego pamiętał – był zbyt pijany. Niall będzie narzekał na ból głowy i Zayn miał już aspirynę i DayQuil* przygotowane dla niego.
W pokoju rozległ się jęk Nialla, co oznaczało, że za chwilę wstanie. Zayn otworzył oczy i spostrzegł blondyna przesuwającego się na kanapie. Patrzył na niego dopóki chłopak ostatecznie nie wstał. Irlandczyk usiadł i potarł oczy jak dziecko – złożył ręce w małe pięści, delikatnie pocierając nimi swoje oczy, by się obudzić. Chłopak wyprostował się, a jego wzrok spoczął na Zaynie. Uśmiechnął się ciepło i odwrócił głowę w stronę drugiej sofy.
Louis leżał na plecach, przykryty kocem, który dawał mu wystarczające ciepło, kompletnie nieświadomy, co się działo. Niall uśmiechnął się jeszcze raz. To był długi, ale niestabilny uśmiech, który niemal przeciął jego głowę bólem na wskroś. Natychmiast chwycił swoją twarz w dłonie, masując delikatnie skronie.
Zayn zachichotał i wskazał na stolik do kawy.
- Aspiryna i DayQuil są tutaj, weź je i kładź się spać.
- Czemu mam brać DayQuil, jeśli idę spać? – zapytał Niall, który od zawsze stronił od wszelkiego rodzaju lekarstw.
- Po prostu je weź, Ni – Zayn wywrócił oczami.
Niall westchnął i powoli podniósł się z kanapy.
- Dobra.
Zayn uśmiechnął się tryumfalnie. Niall połknął tabletki i odwrócił się z powrotem do przyjaciela robiąc tak skwaszoną minę, że chłopak musiał się roześmiać. Irlandczyk uśmiechnął się i odwrócił się do Louisa. Szatyn miał tendencję do niesamowitego rzucania się podczas snu. Koc, którym był przykryty, znajdował się już na podłodze, a sam Louis był w połowie drogi do spadnięcia z kanapy. Niall podszedł do niego i ułożył w poprzedniej pozycji. Zauważył bandaże, które były zawiązane trochę ponad biodrami Louisa. Niall nie byłby Niallem, gdyby nie dotknął ich z ciekawości. Louis nieświadomie się skulił i w tym samym momencie jego oczy się otwarły.
Szatyn zatrzymał wzrok na Niallu, który niewinnie mu pomachał udając, że nic nie zrobił. Wzrok chłopaka podążył w dół i spostrzegł bandaże. Spojrzał na Zayna, który przed chwilą zapadł w sen upewniając się, że Niall wziął lekarstwa. Louis wstał i dotknął swojego boku. Ból przebiegł jego ciało.
- Woah, wszystko w porządku, Lou? – zapytał Niall spoglądając na zabandażowane miejsce.
- Nie wiem – odpowiedział Louis. – Chodź ze mną do łazienki, to się dowiemy.
Zeszli po schodach do pomieszczenia i Niall zamknął drzwi na klucz. Louis zdjął koszulkę i jego tors został zupełnie wyeksponowany.
- Cholera, Lou – wyszeptał Niall z niepokojem. – Masz te nacięcia wszędzie.
Zbliżył się do przyjaciela, dokładnie przypatrując się bliznom. Zauważył ślad przypominający oparzenie w okolicach szyi Louisa.
- Czy to jest oparzenie? – zapytał bez ogródek.
Louis potrząsnął głową.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
Niall skinął głową i Louis skierował wzrok na bandaż. Zaczął go delikatnie rozwijać.
- Ty to na mnie założyłeś? – zapytał blondyna.
Niall zaprzeczył ruchem głowy.
- Pewnie zrobił to Zayn. Wiesz, jaki jest.
Louis skinął głową ze zrozumieniem i dokończył ściąganie bandaża. Materiał spadł na podłogę. Ich oczom ukazały się czerwone, dość głębokie ślady po paznokciach. Louis z trudem wziął wdech. Niall stał jak wmurowany gapiąc się na rany.
- Braliśmy udział wczoraj w jakiejś bójce? – zaczął zgadywać Louis, nie mając zupełnie innych pomysłów.
Niall wzruszył ramionami.
- Nie pamiętam większości z wczorajszej nocy, Lou. Wszystko, co mogę sobie przypomnieć, to moment, kiedy Zayn przywiózł nas do domu.
- Muszę przestać się tak cholernie upijać – krzyknął Louis łapiąc Nialla za ramiona i potrząsając nim brutalnie.
Blondyn chwycił jego ręce i zmusił do zaprzestania jego ruchów.
- Louis, wszystko w porządku. To był tylko jeden mały błąd. To się już nie powtórzy, okej?
- Muszę stąd wyjść, Niall. Teraz! – niemal krzyknął Louis i odepchnął Nialla, by móc otworzyć drzwi. Naciągnął na siebie koszulkę i ruszył do korytarza.
- Gdzie idziesz, Lou?! – usłyszał za sobą krzyk Nialla.
- Na zewnątrz! – odkrzyknął, wsuwając na nogi swoje Tomsy.
- Gdzie na zewnątrz?! Pada, prawda? – zapytał Niall.
- Przecierpię to jakoś – powiedział Louis i złapał swój płaszcz. Wybiegł z domu. – Zasługuję na to – wymamrotał do siebie, zakładając kurtkę.
Ruszył przed siebie. Ręce wsunął do kieszeni płaszcza i wywrócił je do góry nogami w poszukiwaniu małego obiektu. Szukał brzytwy, którą ukrył tam ostatnio. Była zamknięta w plastikowym pudełku, by nie przedziurawiła płaszcza. Sprawdził drugą kieszeń i wreszcie ją znalazł – jego małe lekarstwo na stres.
Louis uśmiechnął się przebiegle. Zatrzymał się naprzeciwko starego, opuszczonego domu i usiadł na skrzypiących schodach. Zdjął plastikowe opakowanie i wyjął żyletkę. Uśmiech znów powoli wpełzł na jego usta. Ścisnął brzytwę mocno w dłoni i przyłożył ją do nadgarstka. Już miał przeciągnąć ją wzdłuż niego, gdy jakiś hałas mu przeszkodził.
Uniósł wzrok i zobaczył jakiegoś kolesia parkującego przed opuszczonym domem. Louis odłożył żyletkę na bok i opuściwszy rękaw czekał na następny ruch osobnika w samochodzie. Tajemniczy mężczyzna przebiegł przez ulicę i spojrzał na Louisa. Miał na głowie kaptur i szatyn naprawdę nie mógł nic zobaczyć.
- M-mogę ci jakoś pomóc? – wyjąkał Louis, nagle orientując się jak zimno mu jest.
- Dlaczego chciałeś to zrobić? – zapytał mężczyzna dalej nie ruszając się ze swojego miejsca.
Louis wzruszył ramionami.
- Po prostu czuję, że muszę.
Mężczyzna pokręcił głową i zrobił jeden krok w stronę Louisa.
- Mogę? – zapytał, wskazując na miejsce na schodach niedaleko chłopaka.
Louis westchnął.
- Pewnie, czemu nie.
Mężczyzna ochoczo zajął miejsce na schodach i zrzucił swój kaptur. Louis odwrócił się do niego i spostrzegł, że chłopak ma kudłate, jasnobrązowe włosy. Wyglądał na miłego, ale Louis spotkał już niejednego przyjaźnie wyglądającego dziwaka w Doncaster.
- Jestem Liam – przedstawił się chłopak i wyciągnął rękę w kierunku Louisa.
- Louis – uśmiechnął się szatyn i delikatnie potrząsnął dłonią Liama.
- Miło mi cię poznać, Louis. Dlaczego tu siedzisz? – zapytał brunet, oczywiście unikając właściwego pytania, które cisnęło mu się na usta.
- Nie czuję się szczęśliwy sam ze sobą. Po prostu gdzieś wyszedłem – odpowiedział Louis zerkając na żyletkę leżącą obok niego.
Liam podążył za wzrokiem Louisa i ujrzał brzytwę, która niewątpliwie była używana już wiele razy.
- Więc – zaczął – wiesz, że przeszedłem przez ulicę tylko po to, by cię zatrzymać?
- Tak, wiem – Louis westchnął.
- Właśnie – odpowiedział Liam, a jego myśli podążyły w kierunku Harry’ego. – Zatrzymałem cię myśląc o moim przyjacielu. On także przechodzi przez piekło niemalże cały czas.
Louis zachichotał do swoich własnych myśli.
- Tak, życie ssie.
- Prawda, Louis. Ale czasami musisz po prostu uczynić je lepszym – powiedział Liam.
Louis uśmiechnął się do niego.
- Przypominasz mi moich przyjaciół mimo tego, że spotkałem cię dwie minuty temu.
- Cieszę się! – zachwycił się Liam.
Rozmowa ciągnęła się jeszcze kilka minut dopóki nie przeszkodził im piorun. Liam spojrzał na niebo i westchnął. Wiedział, że najbardziej ze wszystkiego Harry bał się burzy. Nie ważne, jak przerażający był, jego lęki pozostały dziwne i bardzo dziecinne.
- Muszę wracać do domu – Liam zwrócił twarz do Louisa. – Harry nie będzie zadowolony – wymruczał do siebie.
- Kto nie będzie zadowolony? – zapytał Louis.
- Harry. Mieszkamy razem – odpowiedział Liam, przyciągając tym uwagę szatyna.
Oczy Louisa rozszerzyły się na moment.
- Więc wy razem… No wiesz…
- Nie, nie! Jest tylko dobrym przyjacielem!
Louis uśmiechnął się i skinął głową.
- Przepraszam. Nie powinienem wysuwać takich wniosków.
- Nie musisz przepraszać, Louis. Masz, weź mój numer i dzwoń kiedy tylko chcesz. Pamiętaj, że jestem tu dla ciebie – powiedział Liam, po czym wyciągnął mały długopis i napisał rząd cyferek na dłoni Louisa.
- Dziękuję, Liam. To wiele dla mnie znaczy – powiedział Louis. - Wygląda na to, że byłeś znakiem, bym dzisiaj nie umierał – dodał ciszej.
Liam uśmiechnął się i poklepał Louisa po plecach.
- Odwiozę cię do domu. No chodź.
Louis wstał, niemal zapominając o żyletce leżącej obok niego. Podniósł ją i włożył z powrotem do plastikowego opakowania.
- Daj mi ją – powiedział nagle Liam wyciągając przed siebie dłoń.
Normalnie Louis nie rozstałby się ze swoją żyletką, ale teraz taka perspektywa dawała mu możliwość użycia rzeczy dużo od niej gorszych. Poddał się i oddał opakowanie Liamowi.
- Dziękuję – powiedział brunet. – Teraz chodź.
Louis skinął głową i podążył za Liamem do bardzo dobrze wyglądającego samochodu.
„Ten koleś musi być bardzo bogaty”, pomyślał Louis kiedy wsiadał na miejsce pasażera. Podał Liamowi adres swojego mieszkania i chłopak ruszył powoli w tamtym kierunku.
Liam upewnił się, że Louis wszedł do domu i że był bezpieczny. Taki właśnie był – bardzo łagodny, niesamowicie dbający o innych, o wielkim sercu. Oczywiście to było dość łatwe do dostrzeżenia na pierwszy rzut oka, ale ujawniało się jeszcze bardziej, gdy zachowywał się w taki sposób.
Liam wrócił do samochodu i skierował się w stronę swojego domu. Wiedział, że musi dostać się tam jak najszybciej. Podczas ostatniej burzy Harry siedział skulony pod kocem w kącie salonu i Liam podejrzewał, że teraz będzie podobnie.
Zaparkował samochód przed domem i szybkim krokiem ruszył do drzwi. Otworzył drzwi i rozejrzał się w poszukiwaniu Harry’ego. Zamknął je i pobiegł sprawdzić salon – ale przyjaciela tam nie było. To samo w piwnicy, którą zajmował.
Przeszukał cały dom z wyjątkiem swojego pokoju. Wszedł na drugie piętro i otworzył drzwi sypialni. Zobaczył drżącą postać okrytą kocem na swoim łóżku. Liam zaśmiał się cicho.
- Mały dupek się przestraszył? – powiedział głośno Liam zmuszając Harry’ego do wystawienia głowy spod koca.
- Nie boję się, idioto – odpowiedział Harry starając się wyprostować.
Liam zachichotał i usiadł na łóżku.
- Żartowałem, Harry.
- Och, dobrze, świetnie – wymamrotał Harry zanim schował głowę z powrotem pod koc.
- Spotkałem dziś nowego przyjaciela – powiedział Liam, ponownie zmuszając Harry’ego do wysunięcia się spod koca.
- Jak? – zdziwił się zielonooki. Pamiętał, że poprosił Liama tylko o kupienie czegoś w sklepie.
Liam westchnął i po chwili odpowiedział.
- Siedział koło tego opuszczonego domu obok którego przechodziliśmy kilka razy. Biedny chłopak chciał się ciąć. Mam nawet jego żyletkę. Zmusiłem go, by mi ją oddał – brunet wyjął z kieszeni brzytwę zamkniętą w plastikowym opakowaniu i położył ją na szafce nocnej.
Harry zachichotał.
- Popieprzeni samobójcy.
Liam skrzywił się, dając mu znak, że ma się zamknąć.
- Harry, to nie jest miłe. Jeśli masz zamiar być taki szorstki cały czas, to nie będę nic mówił.
Zielonooki wzruszył ramionami.
- Nie zrobiłem niczego źle. Ja przynajmniej nie próbuję się zabić.
- Ta, bo kradzieże i narkotyki są przykładem dobrego Chrześcijanina – powiedział Liam.
- Nikogo nie zabiłem! Nie mówiąc już o próbie zabicia samego siebie! – zaśmiał się Harry.
- Biorąc narkotyki właściwie zabijasz siebie – rzekł Liam.
Harry zaśmiał się grzecznie.
- Ja tylko palę, Li.
Liam wywrócił oczami.
- Oczywiście. Ty tylko palisz.
- Jeszcze raz, po co tak się zamartwiasz tym gościem, którego spotkałeś? – zapytał Harry, próbując przyzwyczaić się do burzy szalejącej na zewnątrz.
Liam wzruszył ramionami.
- Potrzebował pomocy. Dałem mu swój numer, żeby mógł do mnie zadzwonić, jeśli by jej chciał.
- Wyślij go na pieprzony odwyk – rzekł Harry oschle.
Liam podniósł się z łóżka czując wzbierającą się w nim wściekłość.
- Wiesz co, Harry? Powinienem ciebie wysłać na odwyk! Zasługujesz na wycieczkę do jakiegoś ośrodka. Wiesz ile razy kryłem cię przed policją, kiedy pukała do drzwi? Czuję się jak bardzo zły człowiek, kiedy muszę kłamać władzom. Albo pokażesz jakieś ludzkie emocje albo będziesz musiał brać odpowiedzialność za to, co robisz regularnie. Tak czy siak, upewnij się, że sobie z tym poradzisz.
Liam wybiegł z pokoju głośno trzaskając drzwiami. Harry rozłożył się na łóżku, starając się ignorować burzę za oknem. Nie był dumny z tego, kim był. To nie tak, że mógł po prostu przestać robić to, co robił. Lubił to na swój własny, chory sposób.
Kiedy Harry przyszedł do pokoju Liama, by schronić się przez przerażającą go burzą zorientował się, że pachnie tutaj lawendą, a nie marihuaną jak na jego piętrze.
Harry wiedział, że był popaprany – psychicznie chory człowiek. Był tylko dumny z tego, że nie pił alkoholu. Będąc osobą taką jak on, można oczekiwać, że będziesz upijał się do nieprzytomności niemal codziennie. Po Harrym nie można się spodziewać niczego takiego.
Harry spojrzał na pudełeczko z żyletką. Westchnął i ujął plastik w dłonie. Otworzył je powoli. Zobaczył brzytwę poplamioną zaschniętą krwią oraz zaschnięte czerwone stróżki na opakowaniu. Normalnie Harry poczułby się zniesmaczony takim widokiem, ale teraz było mu niemal żal tego kolesia, którego spotkał Liam.
Zielonooki trzymał w swoim pokoju różne rzeczy, których używał do swoich małych zbrodni – na przykład pistolet. Gromadził tam także przemycone narkotyki, ale jeśli miał być szczery, nigdy nie leżały tam zbyt długo nietknięte.
Kiedy Harry naśmiewał się z problemów Louisa zupełnie zapominał o swoich własnych. On i Louis byli właściwie podobni – powoli się zabijając, wiedząc, że nie ma dla nich nic dobrego, pokazując światu, że nic ich nie obchodzi, przyjmując wojowniczą postawę, by ukryć jak wrażliwi naprawdę są. Harry był tylko wiecznie odurzonym kryminalistą. To wszystko. Louis był tylko samobójcą na straconej pozycji. To wszystko.
Ale to nie było wszystko – ani trochę.
*lek na grypę, ból głowy itp. rozumiecie, prawda?
Louis wszedł do domu za raz po tym, jak dobry samarytanin – Liam – wysadził go z samochodu. Czuł się zagubiony, ograniczony i głodny. Zagubiony, bo stracił swój lek na stres (nawet jeśli myślał o tym, że może przecież kupić nowy). Ograniczony, bo wszyscy wokoło zakazywali mu robić to, co kochał. Głodny bólu – przecież na niego zasługiwał.
Otworzył drzwi od mieszkania i zastał Zayna i Nialla dyskutujących na kanapie przy filiżance herbaty. Louis zrobił oczywisty hałas i trzasnął drzwiami, tylko po to, by przyciągnąć ich uwagę. Został zaszczycony dwoma pełnymi ulgi spojrzeniami. Zayn i Niall niemal szaleli ze strachu, zwłaszcza, że zbliżała się burza.
Zayn odstawił na stolik swoją herbatę i podszedł do drzwi. Zaciągnął Louisa do salonu, uprzednio odbierając od niego płaszcz. Mulat posadził niebieskookiego chłopaka niedaleko siebie.
- Pokaż ręce – domagał się Zayn.
Louis nie miał nic do ukrycia. Nie pociął się tak, jak zamierzał to zrobić, więc pokazał przyjacielowi ręce.
Zayn wzruszył ramionami i spojrzał na Nialla.
- Żadnych świeżych nacięć – powiedział.
Niall uśmiechnął się i zajął miejsce obok Louisa.
- To dobrze, Lou. Uczysz się kontroli.
- Nie zrobiłem tego celowo. Jakiś koleś mnie zatrzymał – wymamrotał Louis, spuszczając wzrok na podłogę. Nie miał odwagi spojrzeć w oczy przyjaciół.
- Jakiś koleś? – zapytał Niall.
Louis skinął głową. Zastanawiał się jak jego przyjaciele przyjmą tą wiadomość.
- Jak ma na imię? – zapytał cicho Zayn.
Louis nie mógł sobie przypomnieć, dopóki nie spojrzał na swoją rękę, gdzie chłopak zapisał swoje imię i numer.
- Liam – powiedział.
Zayn także spojrzał w dół i dostrzegł nabazgrany czarnym markerem rząd cyferek.
- Liam dał ci nawet numer telefonu.
Louis tylko skinął głową, zbyt rozproszony uczuciem tego, że jego ciało nie otrzymało jeszcze dziennej dawki bólu.
- Zamierzasz do niego zadzwonić? – zapytał Niall.
- Nie wiem – Louis wzruszył ramionami. – Zabrał moją żyletkę. Nie jesteśmy po tej samej stronie.
- Cóż, jest po tej samej stronie co ja i Niall – uśmiechnął się Zayn.
- Jeśli do niego zadzwonisz, to myślę, że ja i Zayn powinniśmy się z nim spotkać. Wiesz, żeby się upewnić, że rozmawiasz z kimś bezpiecznym – polecił Niall. Zayn cały czas kiwał głową.
Mulat objął Louisa ramieniem.
- Spójrz, wiem, że nie lubisz myśli, że wciąż musisz żyć, Louis. Nigdy nie podałeś nam wiarygodnego powodu czemu chcesz umrzeć, więc staramy się uczynić twoje życie tak przyjemne, jak może być. To boli, że możemy być powodem dla którego chcesz opuścić ten świat i nawet o tym nie wiemy.
Louis poczuł jak łzy wzbierają się w jego oczach, ale spróbował je powstrzymać. Spojrzał na Zayna i ukrył twarz w zagłębieniu jego szyi.
- Ani ty, ani Niall nie jesteście powodem tego wszystkiego. Obiecuję.
Zayn uśmiechnął się i spojrzał na Nialla, który odpowiedział mu uśmiechem. Louis nie mógł powiedzieć nawet najlepszym przyjaciołom dlaczego się tak czuł. Nie mógł powiedzieć nikomu. Lub właściwie mógł, ale nie chciał. To była dobra decyzja.
Zayn i Niall snuli przypuszczenia, wymyślali scenariusze dla których Louis mógłby chcieć umrzeć. Wracali myślami do czasów, gdy szatyn opowiadał im historie ze swojego życia. Czasów, gdy był najbardziej wrażliwy. Do cholery, Louis powiedział im wszystko! Wszystko z wyjątkiem historii, którą zakazał sobie opowiadać komukolwiek.
Louis odsunął się od Zayna. Pozycja, w jakiej się znajdował, zaczynała mu dokuczać. Opierał się o przyjaciela tą stroną, gdzie ślady po paznokciach były większe. Louis uniósł swoją koszulkę nieznacznie, by zobaczyć czy ich stan się nie pogorszył. Miały teraz fioletowawy kolor – bez wątpienia zostaną po nich siniaki.
- T-to ty założyłeś mi opatrunki? – wyjąkał Louis patrząc na Zayna.
Mulat skinął głową.
- Tak. Nabawiłeś się tego zeszłej nocy.
- Jak? – zapytał Louis.
- Przypuszczam, że to sprawka tego kolesia, który zaczepiał cię zeszłej nocy. Znalazłem was dwoje w łazience – poinformował szatyna Zayn. Jego wspomnienia także zasnuwała lekka mgła.
Oczy Louisa rozszerzyły się komicznie, gdy osunął się na kanapę.
- To był ostatni raz, gdy poszedłem do klubu.
- Cokolwiek powiesz. W sumie ten koleś nie był brzydki – zaśmiał się Zayn.
- Nie obchodzi mnie jak on wyglądał, Zayn – westchnął szatyn.
Niall załamał ręce.
- Więc co powinniśmy zrobić z pozostałym czasem?
- Nie wiem. Co chcesz robić, Louis? – Zayn wzruszył ramionami.
- Umrzeć – mruknął cicho tamten, jednak pozostała dwójka go usłyszała.
Zayn uderzył go w ramię i Louis od razu się skulił. Mulat poczuł się jak idiota, bo zapomniał, że Louis prawdopodobnie się tam wcześniej ciął.
- Przepraszam, stary. Zapomniałem – wydusił w stronę przyjaciela.
- Jest dobrze – Louis wzruszył ramionami.
Zayn spojrzał na Nialla rozpaczliwie. Ani on, ani Niall nie wiedzieli co zrobić jeśli chodziło o szatyna. Nie mogli powstrzymać go od kontynuowania swoich złych nawyków, ale to nie powstrzymywało ich od próbowania.
Tak samo z Harrym. Liam nigdy nie przestał na niego uważać. Harry miał oczywiście swoje złe nawyki. Payne szanował przyjaciela, ale czasami to wszystko go przerastało. Narkotyki, które przynosił czyniły jego dom jedynie łącznikiem – skażoną rezydencją. Tak bardzo jak wkurzał się na Harry’ego za bycie popieprzonym nieszczęściem, tak bardzo kochał go jak brata.
Liam właśnie zszedł na dół i zaczął przygotowywać się do wykładów. Zamierzał być neurologiem. Neurolog to ktoś, kto prowadzi badania, stawia diagnozy i leczy choroby mózgu takie jak drgawki, ataki, Parkinson, Alzheimer i tak dalej. To zawsze było marzeniem Liama. Kochał pomagać chorym ludziom.
Liam miał właśnie przewracał kolejną stronę w podręczniku, gdy na schodach pokazał się Harry. Zszedł po nich, potykając się, czym przyciągnął uwagę Payna. Wrócił na swoje piętro, nie zaszczycając przyjaciela nawet spojrzeniem. Harry czuł się w domu Liama jak ciężar.
„Dlaczego w ogóle mnie przyjął?” pomyślał.
Harry znajdował się na swoim piętrze. Miało właściwie każdy pokój, tak jak normalne mieszkanie powinno mieć – łazienkę, kuchnię, sypialnię i salon. To było właściwie wszystko. Większość czasu Harry spędzał w salonie. Spał tam, jadł, palił.
Harry robił dużo więcej niż tylko palenie. Wstrzykiwał sobie heroinę i brał ectasy. Z resztą na razie tylko eksperymentował, pomijając regularne palenie tytoniu albo marihuany.
Harry położył się płasko na kanapie w swoim małym salonie i potoczył wzrokiem po otoczeniu. Dostrzegł powoli kończącą się heroinę. Brał ją tylko w formie zastrzyku albo „zimnego strzału”.
Harry poczuł, że nie ma nic lepszego do roboty, więc wziął heroinę i inne materiały, które były potrzebne, by wstrzyknąć ją bezpiecznie. Wziął granatowy krawat – który ukradł Liamowi – i zawiązał go mocno w górnej części ramienia. Potem umieścił heroinę w środku wąskiej strzykawki. Przycisnął tłoczek strzykawki i spostrzegł małe kropelki spływające z wąskiej tubki. Rozluźnił ramię – to, na którym zawiązał krawat – i przyłożył igłę do zgięcia łokcia. Kiedy poczuł się gotowy wbił igłę w ramię.
To była niewiarygodna przyjemność dla Harry’ego – niemal jak orgazm. Natychmiast poczuł jak heroina przepływa przez całe jego ciało. Pęd był nie do opisania. Niektórzy mówią, że narkotyki są cukierkami szatana. Harry nie miał nic przeciwko byciu potomkiem szatana. Ludzie klasyfikowali go jako szatana, więc nic by się nie zmieniło. Harry naprawdę nie był miły dla nikogo – okazjonalnie, otwierał się przed Liamem, ale to było wszystko.
Wyjął pustą igłę ze swojego ramienia i poczuł pokręconą satysfakcję. Zamierzał teraz zafundować sobie „zimny strzał”. Polegał on na stworzeniu nacięcia na ramieniu (albo jakiejkolwiek wrażliwej części ciała) i umieszczeniu heroiny w ranie. Rozsyła to falę halucynacji przez całe ciało.
Harry odłożył pustą strzykawkę i złapał butelkę z heroiną. Było w niej tylko 10 kropli, ale to były wystarczające, by dobrze się naćpać. Harry wyjął nożyk przeznaczony do wykonywania nacięć i ostrożnie zrobił nacięcie na ręce przeciwnej do tej z ostatniego razu. Nacięcie było na tyle głębokie, by dosięgnąć żyły, ale nie na tyle, by chłopak mógł stracić krew.
Harry przyłożył butelkę trochę powyżej rany i szybko wylał resztę zawartości do nacięcia. To bolało bardziej niż zastrzyk. Styles musiał zagryźć wargi, dłonie zacisnąć w pięści i zamknąć oczy do czasu, aż narkotyk znalazł właściwą drogę w jego organizmie. Poczuł, że powoli popada w otępienie. Każde mignięcie przed oczami powodowało, że zasnuwały się mgłą.
Niedługo potem Harry spojrzał w dół, by zająć się opatrywaniem rany zanim stanie się zbyt otępiały, by zrobić cokolwiek. Owinął bandaż wokoło ramienia i spiął go razem. Po odniesieniu połowicznego sukcesu w doprowadzaniu się do porządku położył się na kanapie, by oddać się uczuciu kompletnej ekstazy. Czuł się zupełnie rozluźniony, wolny od wszystkiego i wszystkich. Heroina ma uczynić cię panem świata.
Nagle dźwięk dzwonka dotarł do uszu Harry’ego. Zakrył je oba rękami i przekręcił się, wciskając głębiej w kanapę. Dzwonienie dalej obijało się o ściany jego głowy. Słyszał je ciągle. Chwilę potem, dźwięk ustał. Harry westchnął z ulgą. Po minucie czy dwóch, Liam zszedł na jego piętro.
Liam zatrzymał się w drzwiach, gdy dotarł do salonu przyjaciela. Nie miał odwagi pójść dalej. Trzymał w dłoni domowy telefon i czekał tylko, aż Harry na niego spojrzy.
Styles odwrócił się i spostrzegł przyjaciela.
- Cóż, czego do cholery chcesz?
- Przychodzi do mnie przyjaciel – Liam wywrócił oczami. – Ten koleś o którym ci opowiadałem. On i dwójka jego przyjaciół mnie odwiedzają.
- Gratulacje – odpowiedział sarkastycznie Harry, świadomie wkurzając Liama bardziej.
- Posłuchaj, Harry – zaczął Payne starając się opanować. – Albo zostaniesz tutaj i będziesz robił co sobie do cholery chcesz albo choć raz się uspołecznisz i poznasz tych naprawdę miłych ludzi.
Harry potrząsnął głową.
- Przestraszę ich.
- Dlaczego miałbyś ich przestraszyć? – zapytał zmieszany Liam.
- Jestem pieprzonym potworem, Li. Mogę przestraszyć kogokolwiek tylko swoim wyglądem – powiedział Harry.
Liam potrząsnął głową i odwrócił się, by wyjść.
- Masz dziesięć minut na decyzję! – krzyknął przez ramię.
Cóż, to może być to. Harry nie lubił ludzi. Był potworem. Przestraszyłby ich – tylko samym swoim wyglądem. Musiał uświadomić sobie, że będzie tak samo ze wszystkimi ludźmi.
To samo mógł powiedzieć Louis.
Louis osunął się na miejsce pasażera z tyłu samochodu. Zayn i Niall podjęli decyzję o zadzwonieniu do Liama, bo „nie było nic innego do roboty”. Tak przynajmniej twierdził Niall. Louisowi nie podobał się pomysł, by udać się do domu Liama. Nie chciał, by Niall albo Zayn robili dla niego cokolwiek. Nie chciał także, by Liam wiedział o jego nałogach, o tym, że był homoseksualny i kruchy jak porcelana. Louis pamiętał jak Liam mówił, że ma przyjaciela, który przechodzi przez podobne piekło jak on.
„Nie może być nic gorszego bycie samobójcą”, pomyślał Louis.
Zayn dojechał pod adres, który Liam podał mu przez telefon. Mieszkał naprawdę blisko Louisa. Samochód zatrzymał się pod domem, a szatyn spojrzał na niego w zupełnym zaskoczeniu. Wielki budynek, który stał naprzeciw niego po prostu go zszokował. Nie wiedział, że Liam ma pieniądze – nie widział nic, oprócz jego samochodu, o czym przypomniał sobie potem.
Niall i Zayn wysiedli z samochodu. Irlandczyk otworzył drzwi przed Louisem (tł. oh, Lou, serio nie możesz sam?), który szybko wysiadł i teraz znajdował się na wprost masywnego domu. Wzrok szatyna spoczął na Zaynie, który skinął, by zbliżył się do drzwi. Stali we trójkę przed drzwiami domu mężczyzny, którego ledwo znali.
Niall naprędce zapukał do drzwi i teraz czekali na właściciela domu. W ciągu pięciu sekund na progu ukazał się Liam z szerokim uśmiechem na twarzy i wpuścił ich do środka. Trójka przyjaciół weszła do środka domu, przelotnym spojrzeniem obrzucając mały salon, który ukazał się ich oczom.
Liam odwrócił się, a jego uśmiech tylko się poszerzył.
- Miło znów cię zobaczyć, Lou.
Louis skinął głową, ale nie odpowiedział. Delikatnie się trząsł.
- Liam. Miło mi cię poznać – gospodarz odwrócił teraz do Nialla wyciągając przed siebie rękę.
Irlandczyk spojrzał na Liama czule, po czym ujął jego rękę i potrząsnął nią stanowczo. Niall zatracił się w jego wyglądzie: kręcone, brązowe włosy, karmelowe oczy, wąskie brwi i niewinny uśmiech. Chłopak wiedział, że się zająknie, gdy tylko otworzy usta. I tak się stało.
- Cz-cześć. J-jestem.. – wydukał, zanim przerwał mu Zayn.
- To Niall. Jestem Zayn – Mulat energicznie potrząsnął ręką Liama i otrzymał wdzięczne spojrzenie od Nialla.
- Miło poznać was oboje. Wejdźcie – powiedział wesoło Liam wskazując ręką na salon.
Trójka przyjaciół weszła za chłopakiem do pomieszczenia. Od kiedy przekroczyli próg domu Liama Louis utrzymywał wzrok wbity w swoje buty. Czuł się nie na miejscu. Bał się. Louis nie lubił poznawać nowych ludzi. Liam był miły i w ogóle, ale Louis czuł, że mógłby go skrzywdzić – tak jak wszystkich innych, oczywiście nie licząc Zayna i Nialla.
Liam wskazał im dwie stojące naprzeciw siebie kanapy. Zajął jedną z nich, natomiast Niall i Zayn usiedli na drugiej. Louis przycupnął po prostu na oparciu. Czuł się bardzo niezręcznie.
- Więc – zaczął Zayn – Niall i ja chcemy ci bardzo podziękować za uratowanie Louisa.
Louis spojrzał błagalnie na przyjaciela, niemo prosząc, by nie mówił już nic więcej.
- Nie musisz mi dziękować, kolego. Mój współlokator przechodzi przez coś podobnego. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie widziałem niczego straszniejszego – uśmiechnął się Liam.
Zayn i Niall zachichotali. Louis ograniczył się tylko do cichego westchnienia.
- Nie wyglądacie na tutejszych. Jesteście z Doncaster? – zapytał Liam.
Oboje zaprzeczyli ruchem głowy. Zayn spojrzał na Nialla – który wciąż był niezdolny do powiedzenia czegokolwiek.
- Jestem z Bradford, to niedaleko od Doncaster. Niall jest z Mullingar, to w Irlandii. Przeprowadziliśmy się do Doncaster, by opiekować się Louisem. Mieszkamy razem – powiedział Mulat.
- Och, mieszkacie razem – odparł Liam, szybko zakładając to samo co wcześniej Louis, gdy usłyszał o jego współlokatorze, Harrym.
- Tak, ale jesteśmy tylko najlepszymi kumplami – uśmiechnął się Zayn.
Liam uśmiechnął się szerzej i skinął głową.
- Miło to słyszeć. Cóż, mój współlokator, Harry, wciąż nie może się zdecydować, czy zechciałby się tu pojawić i was poznać. Powiedziałem mu-
Liam urwał w pół zdania, a uwaga wszystkich skierowała się na schody. Louis obrócił głowę, by zobaczyć jak ktoś wychodzi z piwnicy. Harry wyłonił się ze swojego piętra i zatrzymał się w drzwiach prowadzących do salonu. A Louis dalej siedział na oparciu kanapy i przerażonym wzrokiem wpatrywał się w chłopaka. Otrząsnął się, gdy spostrzegł, że przystojny chłopak jest lekko naćpany. Oczy miał w połowie zamknięte, a jego ręce pokryte bliznami – ale nie takimi samymi jak te Louisa.
- Ach, Harry! Zdecydowałeś się do nas dołączyć – uśmiechnął się Liam.
Chłopak tylko lekko potrząsnął głową.
- Potrzebuję Visine*.
- Po co? – zapytał Liam.
W odpowiedzi Harry rzucił mu spojrzenie typu „dobrze powinieneś wiedzieć po co”.
Liam skinął głową i zrezygnowany podniósł się z kanapy. Przeprosił gości i udał się do szafki znajdującej się w łazience. Harry podążył za nim i niespodziewanie zderzył się z łazienkowymi drzwiami. Liam rzucił mu przelotne spojrzenie i westchnął. Nienawidził niańczyć Harry’ego. Ten chłopak nie pożyje długo, ale zdawał się tym nawet nie przejmować.
Liam odwrócił się do przyjaciela i wręczył mu buteleczkę płynnego Visine.
- Nie musiałeś mówić tego tak głośno, Harry.
- Nie obchodzi mnie kto myśli, że jestem pojebany, Li – zachichotał Styles.
- Ale mnie tak i nie chcę, byś odpędzał ludzi – rzekł w roztargnieniu Liam.
- Mówiłem, że ich wystraszę – wybełkotał Harry.
- Jak chcesz, Harry. Po prostu to weź – polecił Liam.
- Okej – odpowiedział Loczek i odwrócił się, by wyjść z łazienki, ale Liam złapał go za ramię.
- Nie jestem głupi. Wiem, że możesz wstrzyknąć sobie Visine, Harry.
- Nie zamierzałem tego zrobić, Liam. Za kogo ty mnie masz? – zaśmiał się ponownie Harry.
Liam wywrócił oczami i wyjął buteleczkę z rąk Harry’ego. Zdecydował, że zaaplikuje lek do oczu przyjaciela osobiście. Zabrał się do wykonania tej czynności i w tym momencie doszło do niego, jak czerwone były. Marihuana działa w bardzo krótkim czasie. Sprawia, że jesteś niesamowicie spokojny – to nie jest zupełnie złe, ale może skłonić cię do zrobienia naprawdę niemądrych rzeczy.
- Okej, Harry. Możesz już iść – powiedział Liam odkładając Visine na jej stałe miejsce w łazienkowej szafce.
Harry popchnął Liama na bok i zabrał lek z miejsca, gdzie przed chwilą położył go Payne.
- Dobrze, teraz mogę wyjść.
Liam wyszedł z łazienki i ujrzał Harry’ego zmierzającego na górę po schodach. Chłopak potrząsnął głową. Wiedział, że Harry zamierza zatrzasnąć się w jego pokoju. Było to wygodniejsze i spokojniejsze, ale sprawiało, że pokój cuchnął marihuaną lub czymkolwiek innym, co Harry ostatnio brał. To zwyczajnie strasznie śmierdziało.
Liam dotarł do salonu. Niall i Zayn wciąż rozmawiali między sobą. Louis wciąż siedział na oparciu kanapy z rękami skrzyżowanymi na piersi. Payne zbliżył się do niego i ułożył rękę na jego ramieniu, zmuszając tym samym chłopaka do spojrzenia w górę.
- Jeśli naprawdę chcesz ją z powrotem, to jest na górze, w mojej sypialni, pierwsze drzwi po prawej. Leży na nocnej szafce.
Louis spojrzał na Liama i dokonał w głowie szybkiej kalkulacji. W końcu tylko skinął głową i udał się na górę. Rozejrzał się po drugim piętrze przypominając sobie wskazówki Liama. Pierwsze drzwi na prawo. Louis szczerze nie mógł się doczekać spotkania z żyletką, której używał tak często. To była chora myśl, ale brak kontaktu z brzytwą doprowadzał Louisa do szaleństwa.
Nie odrywając wzroku od podłogi Louis beztrosko wkroczył do pokoju Liama. Uniósł oczy i ujrzał Harry’ego leżącego na łóżku Payne’a, który najwyraźniej zamierzał wykorzystać dobrze pozostały czas, by zafundować sobie kolejny „zimny strzał” – taki, gdzie nacinasz skórę, by umieścić narkotyczną mieszankę pod skórą.
Hałas wywołany przez szatyna zmusił Harry’ego, by spojrzał w jego kierunku. Tamten był jednak zbyt rozproszony widokiem chłopaka wykonującego nacięcie na ramieniu. Rozumiejąc to opacznie pomyślał, że Harry ma podobne problemy do jego. Oczy Louisa odnalazły te należące do Harry’ego, ale ujrzał w nich tylko ciemność. Wyglądał na opętanego. Albo straconego, ubierając to w lepsze słowa.
- Czy ty… Czemu ty… Nieważne – zaczął Louis, ale szybko urwał i opuścił pokój.
Zamknął drzwi na chwilę, nie zwracając uwagi na to, że jego cenna własność znajdowała się w tamtym pomieszczeniu. Był niesamowicie przerażony współlokatorem Liama. Wyglądał… demonicznie. Louis nie miał pewności dlaczego zastał go z nożem przyłożonym do swojego ramienia, ale teraz, choć raz w życiu, był przerażony widokiem kogoś, kto się tnie.
Harry został w pokoju, lekko rozgniewany tym, że Louis mu przeszkodził. Zastanowił się chwilę – czy to Louis był tym niedoszłym samobójcą, o którym opowiadał mu Liam?
„Wyglądam pewnie jak pieprzony lunatyk”, pomyślał Harry.
Miał częściowo rację – Louis był lekko zmieszany, ale to wszystko. To było normalne. Wyjątek stanowiło tylko to, że Harry wystraszył Louisa w mniej niż dwie sekundy. Szczerze, to Harry nie był tak przerażający. Naprawdę był wrażliwy i trochę przestraszony samym sobą.
A teraz znajdował się w pokoju Liama, bo błyskawice wciąż go przerażały.
*Visine to krople do oczu, z tego co się orientuję, to w Polsce są także pod taką samą nazwą.
Louis stał na korytarzu zupełnie oszołomiony. Próbował usunąć z pamięci widok współlokatora Liama robiącego to, co robił. Szatyn był zmieszany. Widział blizny Harry’ego, ale wydawały się pochodzić od czegoś innego, bo wcale nie przypominały tych należących do Louisa.
Louis wreszcie zebrał się w sobie i zszedł na dół. Stwierdził, że po prostu nie wspomni nic o tym, co widział. Nie chciał bardziej martwić Liama – chłopak był i tak już wkurzony na Harry’ego. Louis był zawsze zamknięty w sobie, ale jeśli chodziło o ukrywanie czegoś, to zwyczajnie go przerastało. Sekrety go przerażały. Czuł, że jeśli nie będzie miał żadnych, nie będzie musiał bać się życia. Cóż, to był sekret, którym musiał się podzielić.
Jego lekkie kroki robiły delikatny hałas uderzając o dywan. Louis uniósł wzrok ze swoich stóp i zobaczył trójkę mężczyzn wciąż pogrążonych w konwersacji. Zbliżanie się do Liama było dobrą decyzją? Czy Liam w jakikolwiek sposób przypominał Harry’ego? Jeśli tak, Louis nie będzie w stanie czuć się komfortowo w jego pobliżu. Taka była prawda – Harry przeraził Louisa natychmiast. Nie musiał nawet nic mówić – wystarczyło, że spojrzał na szatyna.
Louis posłał delikatny uśmiech w stronę Nialla i Zayna, po czym skierował wzrok na Liama, który uśmiechnął się lekko. Szatyn dostrzegł, że chłopak spogląda na jego puste dłonie.
- Masz ją? – zapytał go niemo Liam.
Louis nonszalancko potrząsnął głową. Zachowywał się jakby utrata żyletki nic dla niego nie znaczyła, ale tak naprawdę chciał ją z powrotem. Posiadając te wszystkie rzeczy, którymi mógł się ciąć, to ona była jego ulubiona. Jak jego własny narkotyk.
Harry został na górze przygotowując dla siebie kolejny „zimny strzał”, tym razem z Visine. Czuł się źle. Był rozczarowany. Nie wiedział, czy Louis jest starszy czy młodszy od niego. Wiedział natomiast, że praktycznie wystraszył go na śmierć. Harry odłożył nożyk od nacięć i pokrył ranę wcześniej przygotowanym Visine. Po prostu tam siedział, bawiąc się swoimi palcami, gdy nagle poczuł coś w rodzaju emocji. Louis przypominał kogoś Harry’emu. Kogoś, kogo spotkał w klubie – przepraszam, kogoś z kim Harry przeżył pewną przygodę w klubie.
Nagle pamięć wróciła do Harry’ego. Stoczył się z łóżka.
- Kurwa – mruknął do siebie.
Harry miał już wyjść z pokoju, ale jego wzrok spoczął na szafce nocnej, gdzie leżało pudełko z żyletką należącą do Louisa. Westchnął i zabierając przedmiot pozwolił swoim stopom ponieść się do salonu. Słyszał paplaninę na którą składały się trzy głosy. Tylko Louis nic nie mówił. Chłopak dalej czuł się nieswojo.
Harry zatrzymał się w drzwiach. Żaden z mężczyzn obecnych w pokoju nie zwrócił na niego uwagi – nikt, z wyjątkiem Louisa. Szatyn spojrzał na Harry’ego, ale szybko odwrócił wzrok. Gdy oczy Louisa powoli uniosły się na chłopaka po raz kolejny, ten podniósł w górę pudełeczko. To zdecydowanie przyciągnęło uwagę Louisa.
Louis pragnął tego małego pudełeczka bardziej niż czegokolwiek, ale również bał się Harry’ego. Nawet jego wzrok był chłodny. Wyglądał na niesentymentalnego, zniszczonego i w jakiś dziwny sposób spokojnego. Harry starał się tak, jak tylko mógł, by przybrać przepraszający wygląd w oczach Louisa, ale ten był zdeterminowany żeby pozostać bezpiecznie koło Nialla i Zayna.
Harry oficjalnie miał dość. Podszedł do Louisa i napotkał wzrok Liama. Payne wyglądał na lekko zaniepokojonego tym, że Harry im przerywał i jednocześnie zadowolony z faktu, że chłopak postanowił stać się bardziej towarzyski. Trzymając pudełeczko w dłoni Harry spojrzał na Louisa. Oczy szatyna były przyklejone do opakowania i najwidoczniej nie zamierzał spuścić z niego wzroku, który wręcz krzyczał „chcęchcęchcę”.
Harry wyciągnął przed siebie pudełeczko z żyletką.
- Myślę, że to twoje – wymamrotał.
Louis spojrzał na zielonookiego.
- Um, dz-dziękuję ci.
- Jeszcze tylko jedno – dodał Harry, zanim oddał mu opakowanie. – Powinieneś naprawdę przestać to robić.
Po tych słowach opuścił pokój. Był pod wrażeniem, ale także lekko zszokowany. Pod wrażeniem, bo udało mu się zrobić coś szczerego. Zaszokowany, bo właśnie porozmawiał z kimś bez odepchnięcia go od siebie.
A Louis po prostu siedział dalej na oparciu kanapy. Spojrzał na Zayna i Nialla, a potem na Liama. Ten ostatni po prostu uśmiechnął się do niego i odwrócił się, by zobaczyć, jak Harry wchodzi po schodach na górę. Zielonooki chłopak wciąż przerażał Louisa, ale teraz był pewny, że może mu jakoś zagrażać.
Oddał mu przecież żyletkę – czy to ma znaczyć, że zachęca go do ciągłego praktykowania tego, co robił? Ale powiedział też, że powinien przestać – czy może było to tylko z grzeczności? Louis zawsze potrafił czytać z ludzi jak z otwartej księgi, ale z Harrym było inaczej. Wszystko było jakby rozmyte. Jakby Harry miał jakiś własny sekret.
Louis spojrzał jeszcze raz na żyletkę i znów na swoich przyjaciół. Ich twarze wyrażały rozczarowanie i bezsilność. Zayn i Niall nie mogli pomóc Louisowi. Zawsze znajdował sposób na okaleczenie się, nawet jeśli próbowali zabierać mu żyletki. Za którymś razem Niall zaproponował odwyk, ale Zayn uważał, że Louis nie zniósłby tego rodzaju ograniczenia.
Zayn zdecydował się przerwać ciszę, która zaczynała być już niekomfortowa dla nich wszystkich.
- Więc, Louis – zaczął Mulat. – Właśnie mówiłem Liamowi o tym, jak się poznaliśmy. Pamiętasz? Byłem na wakacjach w Doncaster, a ty byłeś ze swoją siostrą, która zaczęła mnie podrywać?
Louis skinął głową, unikając kontaktu wzrokowego z kimkolwiek.
- Pamiętam – wymamrotał.
Liam spojrzał na Louisa w zamyśleniu.
- Przestraszył cię? – zapytał teoretycznie szeptem, ale jego słowa były dobrze słyszalne.
Szatyn spojrzał na Liama i wzruszył ramionami.
- Wygląda… przerażająco.
- Taa, większość moich gości mówi tak o Harrym. Nie jest najlepszym człowiekiem, ale jest moim najlepszym przyjacielem – powiedział Liam spuszczając wzrok.
- Wygląda na miłego – dodał delikatnie Niall.
- Może – zachichotał Liam.
- Może? Co to ma znaczyć? – zapytał Louis, wyraźnie zainteresowany odpowiedzią Liama.
Liam odchylił się do tyłu wiedząc, że będzie musiał dużo im wyjaśnić.
- Cóż, Harry i ja spotkaliśmy się w małym miasteczku, Chesire. Byliśmy razem w ósmej klasie. Przez te kilka miesięcy znacznie się do siebie zbliżyliśmy. Planowaliśmy iść razem do tego samego liceum, ale nagle jego rodzice go zostawili. To była cała jego rodzina. Harry po prostu rozpłynął się w powietrzu – do dziś nie chce powiedzieć mi, gdzie był. Dwa lata temu skończyłem liceum i gdy zaczynałem studia kupiłem ten dom. W pierwszą noc po przeprowadzce Harry pojawił się u moich drzwi. Nie wiem jak mnie znalazł, ale jestem zadowolony, że to zrobił. Jego matka zadzwoniła do mnie osobiście i poprosiła, bym się nim opiekował. Harry ukrywa przede mną wiele rzeczy, muszę tylko je odkryć. Ma za sobą kilka ciężkich lat.
Louis siedział jak wryty. Historia nie do końca pokrywała się z tą, którą ukrywał, ale podobieństwo wciąż istniało. Wystarczyło, że spojrzał na Harry’ego, by się go przestraszyć, ale może… Może było by łatwiej to wyjaśnić, gdyby Louis opowiedział swoją historię. Nie zrobił tego jednak. Prawdopodobnie nigdy nie zrobi.
Trójka przyjaciół opuściła dom Liama. Zayn i Niall uważali go za bardzo uroczą osobę – którą zresztą był. Payne był pełen szacunku i w pewien sposób przyciągał do siebie – to było to, co Zayn i Niall zauważyli już na początku.
Znajdowali się teraz w samochodzie Zayna. Louis siedział na tylnym siedzeniu nie mówiąc ani słowa.
- Hej, Lou. Liam wydaje się być bardzo miłym kolesiem – zwrócił się do Louisa Zayn. Szatyn nie miał ochoty na rozmowę.
- I bardzo gorącym – wtrącił Niall.
Zayn spojrzał na przyjaciela z rozbawieniem.
- Przestań. Dopiero poznałeś tego faceta.
- Brzmisz jak nadopiekuńczy rodzic - powiedział figlarnym tonem Niall.
Zayn uśmiechnął się i skręcił na drogę prowadzącą do domu Louisa.
- Czasami, Niall, tak właśnie się czuję.
Mulat wysiadł z samochodu i to samo zrobił Niall. Louis został w środku, nie chcąc się ruszać, rozmawiać, słuchać, oddychać. Nie chciał robić wielu rzeczy, ale wiedział, że jest w pewien sposób zobowiązany do tego. Zayn zmuszał Louisa do udawania tak bardzo żywego jak tylko mógł.
Niall otworzył drzwi przed Louisem, by ten mógł wysiąść z samochodu, jednak szatyn w ogóle się nie poruszył. Irlandczyk westchnął i oparł się o drzwi samochodu.
- No dalej, Louis – powiedział Niall, niemal błagając przyjaciela, by pokazał choć trochę chęci do życia.
Louis wzruszył ramionami, ale nie odpowiedział.
- Dobrze – powiedział Niall wsiadając do samochodu.
Blondyn zajął miejsce obok Louisa i zamknął drzwi samochodu. I po prostu siedział, obok przyjaciela, przez którego głowę przepływały miliony myśli. Nie wiedział, co chce myśleć. Powinien być zadowolony – miał ze sobą swoją najcenniejszą własność, ale nic nie wskazywało na to, że jak na razie uczyni go szczęśliwszym. Louis był lekko wyłączony od kiedy zobaczył jak Harry „się tnie”.
Niall położył rękę na kolanie Louisa (tł. Nouis!!! wybaczcie), przyciągając tym samym jego uwagę.
- Co cię martwi?
Louis ponownie wzruszył ramionami.
- Louis, rozmawiaj ze mną. Wszystko jest w porządku? – zapytał Niall.
Louis odwrócił się w stronę przyjaciela.
- Wszystko jest okej.
- A czy z tobą wszystko w porządku? – odważył się zadać kolejne pytanie Niall. Louis nienawidził być przesłuchiwany.
Louis położył rękę na klamce i otworzył drzwi. Odwrócił się do Nialla wyraźnie zdenerwowany.
- Ze mną w porządku.
***
Liam był pod wrażeniem osobowości dwójki przyjaciół Louisa. Oczywiście, Liam oczekiwał, że będą uroczy – zważając na to, że oboje opiekowali się Louisem – ale oceniając po wyglądzie, Zayn wyglądał na tak złego jak czasami Harry. Przyjmował zawsze tą „nie-obchodzi-mnie-to” postawę i to czyniło Liama zawstydzonym. Z drugiej strony Niall wyglądał na zbyt wrażliwego i niewinnego, by sam zajmować się Louisem, który miał trochę niepokojące nawyki.
Ta opinia była zła. Nigdy, przenigdy nie powinieneś oceniać książki po okładce.
Liam skierował się na górę. Zamierzał sprawdzić co z Harrym. Chłopak nie zszedł na dół od czasu, gdy zawitał do pokoju, by oddać Louisowi jego własność. W jakiś dziwny sposób Louis wpłynął na Harry’ego. Ściany, które zielonooki chłopak zbudował wokół siebie, były trudne do zburzenia, ale wszystko jest możliwe.
Liam stanął przed drzwiami i już miał nacisnąć klamkę, gdy do jego uszu doszedł dźwięk chrapania. Chłopak uśmiechnął się do siebie i cofnął rękę. Liama zawsze cieszyło, gdy Harry był cichy i spokojny oraz niezdezorientowany tak, jak zazwyczaj był. Było ciężko uspokoić Harry’ego, gdy już się zezłościł. Ta myśl przypomniała Liamowi sytuację, gdy Harry pobił kogoś niemal na śmierć przed jego domem.
Harry nigdy nikogo nie zamordował i nie zamierzał tego zrobić. Czuł, że to było złe – bo było. Chłopak myślał o tym raz czy dwa, bo wierzcie lub nie, pochodził z katolickiej rodziny. Lepiej nie pytać jak z przykładnego katolika stał się patetycznym narkomanem. To nie jest wiedza dla każdego.
Jeśli chodzi o Louisa i Harry’ego, to musimy zwrócić uwagę na trzy słowa: zagubieni, zmieszani, uparci. Zagubieni, bo nie wiedzieli, co robić ze swoim życiem. Jeśli raz próbujesz okaleczania lub narkotyków, nie możesz tak po prostu wrócić do normalnego życia. To wciągające. Oboje są zmieszani, bo nie mogą znaleźć żadnego powodu dla którego mają dlaczego i jak żyć. Życie jest okrutne. Szatan rządzi rzeczywistością. Lucyfer skonstruował świat. Anty-bogowie są wszędzie, niszcząc wszelkie życie. Uparci, bo oboje mają „niezniszczalne” ściany wokół siebie. Ale nic nie jest niezniszczalne – wszystko się rozpada. Szkło, porcelana, serca – najważniejsze ściany, jakie ludzie wznoszą.
Wszystkie ściany, jakie zbudujemy, mogą zostać spalone. Płomienie będą wzrastać i spychać ściany na krawędź, mając wciąż nadzieję, że to pomoże je zburzyć. Ściany wokół Harry’ego i Louisa są ogromne i naprawdę pieczołowicie wzniesione.
Ale im ściany są większe, tym gorszy będzie ich upadek.
Nadszedł następny dzień, niczym nie różniąc się od poprzedniego. Louis wstał wiedząc, że jest sam. Zayn i Niall wrócili do własnego mieszkania zaraz po tym, jak upewnili się, że szatyn jest bezpieczny w swoim domu.
Oczy Louisa gwałtownie się otwarły. Zasłony były zaciągnięte, wpuszczając do środka tylko trochę promieni słonecznych. Louis lubił ciemność. Dawała mu wyobrażenie bycia odciętym i zupełnie ukrytym przed resztą świata, której nienawidził z takim zapamiętaniem. Słowa nie są w stanie opisać jak ten świat skrzywdził go w przeszłości.
Powoli wysunął nogi poza krawędź łóżka i oparł nagie stopy o dywan. Wzrok chłopaka powędrował na ręce. Ręce, które nie miały kontaktu z niczym przez ostatnie kilka dni. Louis pomyślał o tym, że może dałby radę wyleczyć się, gdyby próbował. Posiadał tony determinacji, ale jeśli chodziło o to, nie miał tyle odwagi, by zacząć.
Wreszcie, zszedł na dół. Promienie słońca wypełniały hol domu. Tak, Louis nienawidził praktycznie wszystkiego na Ziemi, ale bardzo szanował naturę. Natura była definicją piękna. Nikt ani nic nie mogło przewyższyć tego, jak przepiękna była z punktu widzenia Louisa. Uwielbiał śpiew ptaków, gwizdanie wiatru, który uderzał w drzewa i poruszał listki.
Wrzesień stał się jednym z ulubionych miesięcy Louisa. W październiku Zayn zazwyczaj zabierał jego i Nialla do Stanów. Odwiedzali po trzy stany za każdym razem. Byli już na Florydzie, w Kalifornii, Waszyngtonie, Nevadzie i Północnej Karolinie. Mijały już dwa lata odkąd ich rytuał się rozpoczął. Zayn planował tym razem wziąć ich gdzieś na północno – zachodnie wybrzeże USA. Myślał o New Jersey, Pensylwanii i Nowym Jorku.
Louis zszedł do kuchni – miękkie uderzenia jego nagich stóp o płytki były jedynymi dźwiękami, jakie dało się słyszeć. Wyczyścił kuchenkę i wcisnął guzik, by zapalić ogień. Podniósł stalowy czajnik, po czym podstawił go pod kran. Podczas, gdy napełniał go wodą, usłyszał, jak jego telefon dzwoni z kuchennego stołu. Zignorował go (tł. och, Lou, moja sassy księżniczko), kontynuując swój poranny rytuał.
Louis postawił czajnik na ogniu, trzymając go za sam brzeg. Jego palce weszły w kontakt z płomieniami. Skrzywił się na nagły ból, ale zostawił swoje palce w tamtym miejscu bez większego zastanowienia. Zerknął na rękę, której palce były praktycznie w ogniu. Zabrał ją powoli. Prawą ręką delikatnie potarł przypalony obszar skóry. Lewą rękę włożył pod zimną wodę. Wydawało mu się, że to złagodzi oparzenie drugiego stopnia.
Louis zawsze miał tendencję do pozostawiania swojego ciała w obolałym stanie, ale nigdy wcześniej świadomie się nie oparzył. W takim wypadku było dużo łatwiej po prostu zabrać rękę, ale nie dla chłopaka nie istniała taka opcja.
Louis podszedł do sekretarzyka i wyjął małą apteczkę. Miał je porozkładane po całym domu. W sypialni, w łazienkach, kuchni, salonie – nawet w sypialniach, których nie używał. Powodem, dla którego zrobił to wszystko było to, że nie było w tym domu miejsca, gdzie Louis się nie ciął. Nie chciał mieć wszędzie krwi. To był wielki błąd, gdy niemal wykrwawił się na śmierć w swojej własnej sypialni. Dywan w kolorze leśnej zieleni miał teraz wielką, czarną plamę. Zayn szybko wymienił wszystkie dywany na drewniane podłogi (z małymi dywanami), by wyeliminować konieczność kupowania nowego dywanu za każdym razem, gdy Louis postanowi zrobić coś podobnego.
Gdy skończył opatrywać poparzone palce, wrócił do kuchni. Podszedł do stołu. Telefon nadal dzwonił. Na wyświetlaczu pojawił się numer Nialla. Louis kliknął „odbierz” i przyłożył telefon do ucha.
- Halo?
- Stary, co u ciebie? Zayn próbował się do ciebie dodzwonić jakoś pięć minut temu – odezwał się Niall, zdecydowanie za głośno jak dla Louisa.
Szatyn odsunął telefon od ucha i przełączył Nialla na głośnik. Odłożył aparat na ladę, wyświetlaczem do dołu.
- U mnie w porządku, Ni. Obiecuję. Po prostu nie mogłem odebrać, gdy Zayn dzwonił.
- Nie martw się, Lou. Więc, ja i Zayn planujemy wyjechać z Doncaster na chwilę. Tylko trzy dni – powiedział Irlandczyk. Jego oświadczenie wywarło wielkie wrażenie na Louisie.
- Czekaj, co masz na myśli?! – zaczął panikować Louis.
- Uspokój się – powiedział Niall. – Zayn przywozi meble z Bradford. Jadę z nim.
Louis odetchnął i skinął głową.
- W porządku.
- A do czasu, gdy wrócimy, zorganizowaliśmy ci pobyt u Liama.
Oczy Louisa rozszerzyły się, gdy wpatrywał się w telefon, który wciąż leżał na ladzie.
- U Liama?! Dopiero go poznaliśmy! Czemu mam zostać u kogoś zupełnie obcego?! Dlaczego nie mogę po prostu zostać sam?!
- Wiesz cholernie dobrze czemu nie możesz być sam. Zayn i ja ufamy Liamowi – powiedział szczerze Niall.
- Ale dopiero go poznaliśmy! On nie wie jak poradzić sobie z kimś jak ja!
Niall zachichotał.
- Lou, kiedy jesteś wśród ludzi, których nie znasz dobrze, nie odzywasz się. Jestem pewny, że nie będziesz problemem, z którym nie da rady sobie poradzić.
- Serio mnie tam wysyłacie? – poddał się Louis.
- Taa. Przykro mi, Lou. To będą tylko trzy dni. Zawsze przecież masz nasze numery, jeśli coś się stanie, po prostu po nas zadzwoń – Niall ściszył głos.
- W porządku, okej – Louis usłyszał gwizdanie czajnika. – Muszę kończyć. Pogadamy później.
- Okej, pa. Bądź u Liama za godzinę albo coś.
Louis westchnął i zakończył rozmowę. Nie przejmował się tym, że musi zostać u Liama. Bardziej obawiał się Harry’ego. Mówiąc krótko, Louis nie wiedział czego może się spodziewać.
Zrobił sobie kubek herbaty i odłożył go na blat. Usiadł przy stole, a twarz ukrył w rękach. Już za godzinę znowu będzie pod obserwacją. Musiał coś zrobić.
Louis zostawił swoją herbatę i pobiegł na górę. Wpadł do sypialni, szybko wyjmując żyletkę z szafki. Ruszył do łazienki przylegającej do sypialni. Zatrzasnął za sobą drzwi, czując wzrastającą adrenalinę. Oczy chłopaka niemal pociemniały z niezaspokojonej potrzeby.
Louis podwinął rękawy w górę i wyjął żyletkę z opakowania. Usiadł na zamkniętej toalecie, wyciągając przed siebie zgiętą w łokciu rękę. Niemal natychmiast przyłożył żyletkę do zgięcia łokcia. Zrobił nacięcie, zmuszając się do ostrożnego zagłębienia przedmiotu w ciało. Raz, gdy próbował się do tego przygotować – psychicznie i fizycznie – zemdlał.
Głowa opada, pięść się zaciska, ręka drętwieje. Ból przejmuje cię na wskroś. Rezultat jest niemal taki sam jak po heroinie. Louis mógł poczuć stróżki krwi płynące w dół jego przedramienia. Panowała taka cisza, że można było usłyszeć, jak skapuje na kafelkową podłogę. Uśmiech powoli pojawił się na ustach Louisa. To uczucie dawało mu dużo więcej powodów, by się uśmiechać.
Louis zrobił jeszcze dwa nacięcia wzdłuż nadgarstka – tylko po to, by się usatysfakcjonować. Podwinął koszulkę i to samo uczynił na dolnej części brzucha. Przejechał palcami po dawnych cięciach. Niektóre blizny były już niemal białe i stale się rozjaśniały. Louis nie chciał tej jasności, chciał tylko przypomnienia o tym, jak bezużyteczny (tł. czy tylko ja mam przed oczami Pandorę ze Skinsów, gdy słyszę słowo useless?) był. Był marnotrawstwem przestrzeni.
Louis wziął głęboki oddech, zupełnie nie żałując tego, co właśnie zrobił. Potrzebował tego – czekał na to. Był w łazience już od piętnastu minut. Dłużej niż zazwyczaj. Louis opuścił pomieszczenie, przygotowując rzeczy na trzy dni, które miał spędzić u kompletnie obcej osoby.
***
Liam przygotowywał się, chodząc bez celu po domu. Nigdy nie miał gościa, który zostałby na noc – nie mówiąc już o trzech dniach. Zaczynał już myśleć, że oszaleje. Przerażający, uparty i nieuprzejmy narkoman razem z wrażliwym, cichym, przygnębionym chłopakiem z problemami (tł. w oryginale „self-harmer”, ale nie umiem znaleźć w swojej głowie słowa na to) nie wyglądał na dobrą kombinację. Liam był jedną z tych osób, które są bardziej odpowiedzialne niż powinny być. Harry nawet nie wiedział, że Louis u nich zostaje.
Liam zszedł na piętro Harry’ego. Była około wpół do pierwszej, a chłopak zazwyczaj nie wstawał przed czternastą. Liam wiedział, że nie zastanie przyjaciela na nogach, ale może spróbować go obudzić. Grzecznie zapukał do drzwi, by zobaczyć, czy nadejdzie odpowiedź. Nie nadeszła. Liam swobodnie otworzył drzwi. Rozwścieczył go miażdżący zapach, który zalegał w pokoju. Coś, co Liam napotykał zdecydowanie zbyt często – marihuana.
A teraz wściekły chłopak podszedł do łóżka, gdzie spał Harry i zamaszyście potrząsnął ramię przyjaciela. Harry jęknął i odepchnął rękę Payna.
- Obudź się, Harry!
- Nie – powiedział Harry wkładając głowę pod poduszkę.
Liam zepchnął przyjaciela z łóżka.
- Wstawaj!
Harry spadł na podłogę razem z głośnym ‘tomp’. Jęknął i podniósł się na nogi.
- Co do cholery?!
- Muszę ci coś powiedzieć!
- To nie mogło poczekać kilku godzin? – zapytał Harry, pochylając swoją głowę w stronę Payna.
Liam potrząsnął głową.
- On będzie tu za chwilę.
- Kto? – zapyta ł Harry, rozprostowując sztywne mięśnie.
- Louis – odpowiedział szybko Liam.
Harry uniósł wzrok na przyjaciela, by upewnić się, że mówi poważnie.
- Czemu? Nie ma tych dwóch pedałów, by się nim opiekowali?
- Wyjeżdżają. I wiem, że proszę o wiele: możesz być miły? Albo jeśli nie chcesz tego robić, po prostu ignoruj go. Nie chcę, byś go wystraszył – głos Liama był srogi, ale jak na razie chłopak brzmiał rozsądnie.
Harry westchnął i wywrócił oczami.
- Czemu chcesz, by ktoś jak on miotał się po twoim domu?
To oświadczenie sprawiło, że Liam mógłby powiedzieć wiele rzeczy tu i teraz. Zawsze zadawał sobie pytania w stylu ‘Czemu Harry nigdy nie podziękował mi za utrzymywanie go?” albo ‘Czy on w ogóle wie, że zawsze mogę go wyrzucić?’. W końcu Liam po prostu spojrzał na Harry’ego i odrzekł:
- Bo jest nieszkodliwy i potrzebuje pomocy.
Harry zaśmiał się nieczule.
- Znajdziesz go wiszącego bez życia w szafie na trzecim piętrze.
Liam odwrócił się i stał teraz w drzwiach.
- Dobrze. Po prostu tu zostań. Szczerze, nie obchodzi mnie już co robisz.
Liam opuścił pokój, głośno trzaskając drzwiami. Zostawił Harry’ego w kawałeczkach, ale chłopak nie miał serca do bycia szczerym. Nie potrafił się zmusić do bycia miłym, nawet jeśli próbował.
Liam wrócił na górę w samą porę, by usłyszeć dzwonek do drzwi. Po drugiej stronie stał Louis, w ręku trzymając tylko jedną torbę. To były tylko trzy dni. Co mogło pójść źle? Louis szybko wyłożył samemu sobie jak zachowywać się i być w miarę miłym dla otaczających go ludzi.
Liam otworzył drzwi i spostrzegł Louisa, który powoli uniósł na niego wzrok.
- Wejdź, Louis – uśmiechnął się Payne.
- Dziękuję – wymamrotał Louis.
Wszedł do środka, trzymając blisko siebie swoje bagaże. Odwrócił się do gospodarza z uśmiechem na twarzy. Liam odpowiedział uśmiechem i wskazał mu, by podążył za nim. Louis cicho szedł za chłopakiem do kuchni. Liam odsunął przed szatynem krzesło. Louis czuł się bardzo nie na miejscu. Był mentalnie zagubiony i nie bardzo wiedział, co powinien robić. Liam nie był Zaynem ani Niallem, więc jak powinien postępować?
Louis usiadł na krześle i obserwował, jak Liam zajmuje drugie, które znajdowało się obok. Usiadł i patrzył na szatyna z jeszcze innym, wielkim uśmiechem.
- Zayn i Niall powiedzieli mi, że czujesz się nieswojo. Nie zamierzam cię skrzywdzić, wiesz o tym? – Liam zachichotał, obserwując reakcję Louisa.
Szatyn skinął głową.
- Wiem. Mam tylko problemy z zaufaniem.
Teraz Liam skinął głową.
- Rozumiem. Cóż, zostawili swoje numery. Mówili także, że cierpisz na bezsenność. Bierzesz na to leki, prawda?
- Tak – odpowiedział Louis, niezgrabnie drapiąc się po karku.
- Nie martw się, Harry też jest skomplikowany – zażartował Liam.
Myśl o Harrym sprawiła, że Louisa przeszły dreszcze. Nie chciał, by chłopak krzywdził się tak bardzo jak on już nigdy więcej.
- Nie przyjdzie tutaj, prawda? – zapytał.
Liam spojrzał na chłopaka z niepokojem.
- Nie sądzę.
Louis tylko skinął głową.
Jeśli istniała tylko jedna rzecz, jakiej szatyn nie chciał, to było to przebywanie w pobliżu Harry’ego.
***
Była dwudziesta pierwsza. Louis poznał Liama lepiej niż wcześniej. To było niesamowite osiągnięcie dla chłopaka – zdobyć nowego przyjaciela. Nie był do tego przyzwyczajony. Zobaczyli raz Harry’ego, ale wyszedł zaraz potem. Louis poczuł wielką ulgę, gdy kędzierzawy chłopak opuścił dom.
Teraz, Liam i Louis byli w salonie, siedząc na kanapie i śmiejąc się z czegoś, co Liam opowiadał o swoim dzieciństwie. To było normalne. Louis nie mógł sobie przypomnieć ostatniego razu, gdy śmiał się tak mocno. To było dziwne uczucie, jednak chłopak przyjął je i nie zamierzał ignorować.
Czar chwili prysł, gdy ktoś otworzył drzwi. I Liam, i Louis spojrzeli w tamtym kierunku, czekając aż ktokolwiek wejdzie. Oboje spostrzegli Harry’ego z pijaną dziewczyną uwieszoną na ramieniu. Miała farbowane na platynowo włosy, które na końcach przybierały kolor niebieski. Uczepiła się ramienia Harry’ego, który przytrzymywał ją od upadku.
- Och, dziewczyna tym razem, Harry? – zachichotał Liam. Louis spojrzał na niego unosząc w górę brwi.
- Czemu nie? – wzruszył ramionami Harry.
- Jak ma na imię? – zapytał Liam.
- Nie wiem – uśmiech wpełzł na usta Harry’ego, gdy wypowiadał te słowa. Wyprowadził dziewczynę z pokoju.
Louis spojrzał na Liama oczekując wyjaśnień.
- To dla niego normalne? – zapytał Louis tak cicho, jak tylko mógł.
- By przyprowadzać kogoś do domu? Tak, zupełnie normalne – Liam wyglądał na lekko rozczarowanego, gdy te słowa opuściły jego usta.
- Czy on jest biseksualny? – zapytał Louis.
Liam wzruszył ramionami.
- Raczej seksualnie zagubiony.
Louis siedział tam przez dziwną, cichą chwilę. Jednak już za chwilę i on, i Liam usłyszeli odgłosy seksu dochodzące z niższego piętra. Louis rzucił Liamowi szybkie spojrzenie, a ten pochwycił pilota i włączył telewizję. Ustawił przypadkowy kanał – taki, który oglądali i już wcześniej wyłączyli.
- Pokażę ci twój pokój – powiedział Liam i wstał, podnosząc do góry torbę Louisa. Skierował się w stronę schodów.
Szatyn podążył za nim, ciągle słysząc nieprzyzwoite odgłosy dobiegające z dołu. Dotarli na kolejne piętro i ruszyli wzdłuż holu. Liam otworzył drzwi, gestem głowy zapraszając Louisa, by wszedł do środka.
Pokój był granatowy. Ciemnoniebieski dywan, ściany w troszeczkę jaśniejszym odcieniu. Na jednej ze ścian widniał cytat namalowany białą farbą. „Zaczynanie od początku nie jest wyborem w życiu. Nie ma sposobu, by rozpocząć wszystko od nowa, ale jest dla ciebie szansa, by móc się zmienić.”
- Ty to zrobiłeś? – zapytał Liama Louis, wskazując palcem na ścianę.
- Nie, to był Harry – odpowiedział tamten, spoglądając z uśmiechem w tamtym kierunku.
- Sam to napisał? – padło kolejne pytanie.
- Zupełnie sam – odparł Liam, a jego uśmiech tylko się poszerzył.
Louis uśmiechnął się nieznacznie.
- Ma talent.
Liam przytaknął.
- Ma dryg do pisania. Widzę jak to robi niemal cały czas.
Louis spojrzał na Payna z uśmiechem. Każdy miał ludzką stronę. To było zadziwiające jak osoba taka jak Harry mogła mieć tak urocze hobby.
Liam powiedział Louisowi, że jest naprzeciwko, jeśli chłopak by czegoś potrzebował. Szatyn wziął swoje leki i położył się do łóżka. Zdjąwszy sweter spojrzał w dół na swoje ręce owinięte w szarawe opatrunki.
Może jutro będzie lepiej.
Louis obudził się następnego dnia, ciągle czując się nieswojo. Nie był przyzwyczajony do przebywania w domu, który nie był jego. W jakimś stopniu ufał Liamowi – to było oczywiste, ale Louis był zaniepokojony wszystkim.
Usiadł, trzęsąc się delikatnie. Zabrał sweter, który leżał gdzieś na końcu łóżka. Jednocześnie wstając z materaca, założył go na ramiona. Zasłony były zaciągnięte i żadne światło nie dostawało się do pokoju przez szparę przy podłodze jak zazwyczaj. Zegar, który wisiał obok okna wskazywał 5:49 rano. Louis nigdy nie wstał tak wcześnie.
Podszedł do przeciwległej ściany i zapalił światło, a cały pokój natychmiastowo się rozświetlił. Wzrok Louisa skierował się na ścianę z namalowanym cytatem Harry’ego. Był napisany ładnym charakterem pisma – niemal kaligraficznym. To była piękna myśl: „Zaczynanie od początku nie jest wyborem w życiu. Nie ma sposobu, by rozpocząć wszystko od nowa, ale jest dla ciebie szansa, by móc się zmienić.” Przemawiało to do Louisa w każdej możliwej interpretacji.
Bo to była prawda. Nie możesz zacząć od nowa. Utykasz na zawsze ze swoją przeszłością. Ból na zawsze z tobą zostaje. Ty tylko robisz dla niego miejsce. Każdy pragnie jakiejś zmiany. Bo jest ona czasami naprawdę wspaniałą rzeczą. Gdyby Louis mógł zmienić się tak, jak chciał, wybrałby dla siebie zdrowie – psychiczne i fizyczne. Zażyczyłby sobie, by jego ręce, nogi, brzuch i każda splamiona część ciała była wolna od trwałych śladów, jakie sam sobie zafundował. Włączyłby w to bycie bardziej społecznym i naukę jak ‘najlepiej się zachowywać’. Powiedzmy po prostu, że lista zmian, jakich Louis dokonałby w sobie była bardzo długa.
Po chwili przypatrywania się napisowi na ścianie, Louis zgasił światło i wyszedł z pokoju. W domu było zupełnie ciemno. To był powód dla którego szatyn nienawidził wstawać wcześnie. Czuł się zaniepokojony, jakby ciemność sobie z niego kpiła. Z drugiej strony, Louis czuł się tam bezpiecznie. Nikt nie mógł go dostrzec.
Robił, co mógł, by uniknąć skrzypiących miejsc na podłodze. Po cichu przeszedł koło pokoju Liama. Kiedy Louis w myślach gratulował sobie ukradkowego przedostania się przez hol bez robienia żadnego hałasu, spojrzał na schody, które zawsze powodowały jakiś dźwięk. Dowiedział się tego, kiedy szedł na górę zeszłej nocy. Wziął gwałtowny wdech i powoli zaczął schodzić na dół. Tylko trzy stopnie skrzypiały, ale dźwięk był zbyt cichy, by usłyszał go ktokolwiek, chyba że stałby zaraz obok Louisa.
Kiedy jego stopy wreszcie spoczęły na upragnionym miejscu, poczuł coś w rodzaju dumy. Louis nie chciał nikogo obudzić, ponieważ nie skończyłoby się to dla niego dobrze. Wziął kolejny gwałtowny wdech i ruszył do kuchni. Kilka kroków od drzwi kuchennych wyraźnie było widać cień rzucany przez płomień. Pierwszą myślą Louisa było to, że to Harry może być w pomieszczeniu. Drugie, o czym pomyślał, było tym, że nie ma czasu na myślenie o czymś innym.
Chwilę potem usłyszał cichy płacz wydobywający się z ust kogoś, kto znajdował się w pokoju. Właśnie wtedy Louis postanowił tam wejść, a płomień rzucił cień na jego twarz. Jak wielkie było jego zdziwienie, gdy zamiast Harry’ego w kuchni zastał dziewczynę, którą chłopak przyprowadził wczoraj do domu. Dziewczynę z zapalniczką przystawioną do nadgarstka. Louisowi dosłownie opadła szczęka. Nie przypuszczał, że taka piękna dziewczyna jest w stanie celowo się krzywdzić.
Louis nie wiedział, co powiedzieć. Nigdy nie spotkał osobiście innej osoby, która się okalecza. Więc Louis zrobił pierwszą rzecz o której pomyślał – zabrał dziewczynie zapalniczkę. Ta natomiast rzuciła mu wściekłe, ale trochę zakłopotane spojrzenie. Farbowane, niemal białe włosy tak doskonale okalały jej twarz. Było oczywiste dla Louisa, że to czyste piękno ‘fryzury po seksie’.
- Coś ty właśnie zrobił?! – wyszeptała wysokim, cichym głosem.
- Uratowałem cię! – odszepnął Louis takim samym tonem.
Dziewczyna potrząsnęła głową.
- Nie rozumiesz mnie.
- Cóż, myślę, że rozumiem – odparował Louis i zaraz po tych słowach swobodnie podwinął do góry rękawy swojego swetra. Wyciągnął przed siebie ręce, ukazując nadgarstki. Nigdy nie był tak otwarty jeśli chodziło o tę sprawę.
Dziewczyna patrzyła na jego nadgarstki przez długi czas, powoli podziwiając grube, głębokie cięcia. Ramiona Louisa były niczym innym, jak tylko bielą i czerwienią. Mieszanina tych dwóch kolorów była wyryta na stałe na jego rękach, tak jakby blizny nie miały wyglądać ohydnie, tylko pięknie.
Louis cofnął ręce i ściągnął rękawy w dół. Zaniepokojony spojrzał jeszcze raz na dziewczynę.
W końcu delikatnie ujął jej dłoń, a ona jej nie zabrała.
- To boli widzieć cię w takim stanie – wyszeptał.
Wzruszyła ramionami, przybierając uparty wyraz twarzy.
- Nawet mnie nie znasz.
- Wiem, a ty nie znasz mnie, ale wyraźnie mamy coś wspólnego – Louis nigdy nie był tak dosadny w całym swoim życiu.
Dziewczyna skinęła głową i spojrzała w dół, co zmusiło Louisa do uniesienia jej podbródka palcem, by na niego spojrzała.
- Jestem Louis.
Mały uśmiech zaigrał na ustach dziewczyny.
- Jestem Luna.
- Piękne imię – powiedział Louis.
- Dziękuję – odparła Luna, a jej głos lekko się zniżył.
Louis spojrzał na zegar ścienny – dochodziła szósta rano. Odwrócił się do Luny, w tym samym czasie puszczając jej dłoń.
- Jesteś zmęczona?
Potrząsnęła głową na nie.
Louis skinął głową i ruszył do kuchennych drzwi.
- Chodź ze mną do salonu.
Luna szybko dołączyła do niego, gotowa, by opuścić kuchnię.
Zanim wyszli, Louis zgasił w pomieszczeniu światło. Dalej czuł się nieswojo w domu, który nie należał do niego. Razem z Luną udali się do spowitego ciemnością salonu. Dziewczyna usiadła na kanapie, kiedy Louis zapalał małą lampkę – unikając tym samym możliwości, że mógłby rozświetlić przypadkiem cały dom. Zaraz po tym dołączył do Luny na kanapie, delikatnie się uśmiechając. Nagle nie czuł się już tak obco w tym domu.
- Teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, chcę wiedzieć czemu miałabyś się tutaj okaleczać? – zapytał Louis, utrzymując swój głos ledwo słyszalny.
Luna wzruszyła ramionami zanim odpowiedziała.
- Ten koleś z którym przyszłam do domu mnie skrzywdził.
- Harry?
- Nie znam jego imienia – Luna z zawstydzeniem spojrzała w dół na swoje dłonie.
Louis skinął głową.
- Nie wygląda na bezpiecznego. Przykro mi, że cię wykorzystał. To nie była twoja wina. On jest po prostu złym człowiekiem.
- Chyba tak – odpowiedziała dziewczyna.
Louis miał coś powiedzieć, ale usłyszał skrzypienie schodów. Nie wiedział, czy osoba na nich szła w górę czy w dół. To znaczyło, że to mógł być zarówno Harry jak i Liam. Louis modlił się, by to był jednak ten drugi. Po kilku kolejnych krokach, cień przeszedł przez światło lampki, zaskakując Louisa i Lunę.
Oboje obrócili głowy i spostrzegli Liama, stojącego tam bez koszulki, a spodnie od piżamy luźno wisiały na jego biodrach, znacząc granicę jego linii V niemal idealnie. Chłopak spojrzał w dół na tą dwójkę. Wyglądali na zupełnie przerażonych. W końcu Liam się uśmiechnął i zapalił światło w salonie.
- Czemu siedzicie tu tak wcześnie? – zapytał Liam, rozprostowując mięśnie, kiedy przechodził przez jadalnię.
Louis i Luna spojrzeli na siebie zanim Louis się odezwał.
- Ciągle czuję się trochę niezręcznie. To wszystko.
Liam skinął głową i otworzył teczkę, wyjmując z niej papiery.
- Hej, mam dziś rozmowę o pracę. Myślisz, że dasz radę znieść przebywanie sam na sam z Harrym przez kilka godzin? Jestem nawet prawie pewien, że gdzieś wyjdzie.
Oczy Louisa rozszerzyły się na te słowa, a w chwilę potem spuścił wzrok na swoje ręce, czując się coraz bardziej nerwowy.
- Czy Luna może zostać?
Liam odwrócił się w stronę salonu i przechylając głowę przyjrzał się Lunie.
- Więc to ty musisz być tą piękną dziewczyną, którą Harry przyprowadził do domu – Liam zbliżył się do dziewczyny i delikatnie ujmując jej dłoń, ucałował jej wierzch. – Jestem Liam.
Luna uśmiechnęła się, a mały rumieniec wstąpił na jej policzki.
- Miło cię poznać, Liam.
- Mnie również – uśmiechnął się Liam i wrócił do jadalni. – Tak, Lou. Może zostać.
Louis spojrzał na Lunę z ulgą.
- Dzięki Bogu – mruknął pod nosem.
Luna nachyliła się w stronę Louisa.
- Ciebie też on przeraża? – wyszeptała.
- Bardziej niż jesteś w stanie sobie wyobrazić – wymamrotał Louis, zanim spojrzał na Liama, który właśnie wrócił do salonu.
Po chwili Liam wrócił na górę, by przygotować się do pracowitego dnia w mieście. Louis i Luna zaczęli rozmawiać o historiach, które kryją się za ich bliznami. Louis nigdy, przenigdy nie powiedziałby nikomu prawdziwego powodu, dla którego zaczął się ciąć. Po prostu wymyślał różne wymówki. Luna za to naprawdę zagłębiła się w swoją historię. Louis dowiedział się, że była sierotą. Nigdy nie dowiedziała się, kim była jej prawdziwa rodzina. To była naprawdę smutna historia, więc tony sympatii do tej dziewczyny płynęły od Louisa. Nigdy nie był tak serdeczny.
Niedługo dały się słyszeć kolejne kroki w pobliżu schodów. Louis już zdążył sobie uświadomić jaki dźwięk wydają schody prowadzące na górę, a jaki te prowadzące na dół. Schody w dół robiły więcej hałasu i przywodziły na myśl nawiedzony dom, natomiast te prowadzące na piętro były miękkie i czasami cichutko bębniły, w zależności od tego, jak mocno postawiłeś na nich stopę.
Liam wrócił do pokoju, ubrany w garnitur i krawat, wyglądając raczej oficjalnie i z klasą, ale jednocześnie wydobywając z siebie coś seksownego. Louis uśmiechnął się do niego i pokazał kciuki uniesione w górę, by przekazać mu, że wygląda dobrze.
Liam wziął swoje klucze z miski znajdującej się niedaleko frontowych drzwi, zanim po raz ostatni odwrócił się do Luny i Louisa.
- Mój przyjaciel Duke przyniesie śniadanie. On po prostu zajmuje się Harrym. Myślę, że nie zostanie długo. Tak tylko mówię.
- W porządku, dzięki, Li! Powodzenia na rozmowie! Skop im tyłki! – krzyknął Louis, gdy Liam otwierał frontowe drzwi.
- Do zobaczenia później, Lou. Czuj się jak u siebie, Luna – po tych słowach Liam szybko zniknął za drzwiami.
Louis odwrócił się do Luny i powoli otoczył ją ramieniem. Uświadomił sobie, że dziewczyna mocno pachnie tym, co miało miejsce zeszłej nocy.
- Hej, może weźmiesz prysznic? Możesz też wziąć dresy i jakąś koszulkę z mojego pokoju na górze, dobrze? – zapytał Louis.
Luna skinęła głową i szybko poszła na górę, mając nadzieję, że tam właśnie znajduje się prysznic.
Louis wrócił do kuchni i usiadł na zimnym stołku barowym. Zimno przepływało ze stali na jego ciało, powodując gęsią skórkę. Położył ręce na granitowym blacie i podwinął rękawy. Jego zmarniałe ręce wyglądały, jakby przetrwały jakąś wojnę. Białe linie rozciągały się wzdłuż teraz wyleczonych żył, czerwone cięcia pokrywały całą długość aż do jego łokcia. Przypalony ślad ze wczorajszego poranka ciągle tam był, jakby nikt go nigdy nie leczył. Tego było za dużo.
Nagle jakby znikąd Louis usłyszał kroki na schodach. Wiedział, że Luna nie mogła tak szybko skończyć brać prysznica. Potem Louis uświadomił sobie, że kroki nie były przytłumione i delikatne, były umęczone i słyszalne w całym domu. Ktoś szedł po schodach z dołu.
Louis nie wiedział, co ma zrobić. Wyjść? Po prostu tu zostać? Siedzieć tutaj i zadawać sobie pytania zanim naprawdę coś zrobi? To jest to, co zrobił – siedział tam, czekając na najbardziej oczekiwanego gościa. Louis zaczął kaszleć – naprawdę głośno. Zaczął się plątać we własnym oddechu. Spojrzał w stronę drzwi i zobaczył jak dym spowija sufit i roznosi się po pokoju.
Wreszcie zszedł ze stołka i wziął ręcznik z kuchennej szafki, przykładając go do twarzy. Zakrył usta i noc, mając nadzieję, że to złagodzi kaszel i nudności. Wyszedł z kuchni i obrócił głowę, by ujrzeć Harry’ego, który opierał się o poręcz schodów. W kąciku ust miał coś, co przypominało papierosa. Harry uniósł wzrok i jego oczy spotkały się z tymi należącymi do Louisa. To było jak zderzenie między zielenią i niebieskim. Niebieskie oczy Louisa były załzawione przez dym, który unosił się w powietrzu.
Zielone oczy Harry’ego były zanieczyszczone lekkim odcieniem czerwieni, który czynił je szklistymi. Louis bał się Harry’ego. To było pewne.
Spojrzenie Louisa powędrowało w dół, gdy starał się przejść obok poręczy, o którą opierał się Harry. Chłopak z kręconymi włosami wypuścił dym z ust i przyjrzał się Louisowi uważniej. Kiedy Louis próbował wyminąć chłopaka, ten złapał go za ramię – co sprawiło, że Louis wrzasnął w odpowiedzi. Harry agresywnie pociągnął go z powrotem, a niebieskooki upuścił ręcznik, próbując się wyrwać.
Już wkrótce Louis był przyciśnięty do ściany i Harry wydmuchiwał kłęby dymu wprost w jego twarz. Louis zamknął oczy i zacisnął mocno wargi, by powstrzymać się od kaszlu. Twarz Harry’ego znajdowała się tylko kilka centymetrów dalej. Można powiedzieć, że zielonooki był po prostu ciekawy – nikt nie wie nic na pewno jeśli chodzi o niego. Harry trzymał złączone ręce Louisa wysoko nad jego głową, więc niebieskooki chłopak po prostu tam z nim utknął.
Louis panikował. Nie chciał, by Harry go skrzywdził. Nie wiedział, do czego może być zdolny, ale cóż, miał kilka pomysłów. Louis poczuł, jak Harry zbliża się do niego bardziej. Tak blisko, że czuł jego oddech na swojej szyi.
- Jeszcze raz, jak masz na imię? – warknął Harry do ucha Louisowi.
Louis ciężko przełknął.
- L-Louis.
- Cóż, Louis, boisz się mnie? – zapytał rozmyślnie Harry.
- T-Tak – Louis nie zawahał się ani chwili z odpowiedzią.
Harry uśmiechnął się naprzeciw skórze Louisa.
- Dobrze.
Odsunął się, puszczając jednocześnie ramiona Louisa. Harry ruszył do kuchni, kiedy Louis po prostu dalej tam stał, wrażliwy i skołowany. I teraz miał czas, by uciec na górę. Pobiegł do swojego pokoju, kołysząc otwartymi drzwiami. Rozejrzał się po nim, zauważając Lunę śpiącą w łóżku. Miała na sobie jego kasztanową koszulkę i czarne dresy. Prawdopodobnie nie spała za wiele ostatniej nocy.
Louis podbiegł do szafki nocnej i złapał swój telefon. Szybko wybrał 3, a zaraz potem zielony przycisk. 3 oznaczało numer Nialla na szybkim wybieraniu. Po kilku sygnałach, irlandzki akcent wybuchł w głośnikach telefonu.
- Aj, Louis! Dzień dobry! – wesoła postawa Nialla natychmiast uspokoiła Louisa.
- Cześć, Niall – mruknął cicho Louis.
-Jak podoba ci się u Liama? – zapytał Niall, w tle natomiast dał się słyszeć głos Zayna.
Louis podszedł do drzwi i szybko je zamknął.
- Tak szczerze, to się boję.
- Boisz się?! Dlaczego miałbyś się bać? – zapytał zdumiony Niall.
Louis wzruszył ramionami, choć przyjaciel nie mógł tego zobaczyć.
- Harry.
Z telefonu doszło do jego uszu westchnienie Nialla.
- Nie daj się mu zastraszyć, Lou. Wrócimy z Bradford za kilka dni. Muszę kończyć. Zayn staje się trochę nieznośny. Pogadamy później, dobrze?
Louis skinął głową.
- Dobrze. Obiecaj po prostu, że zadzwonisz do mnie, kiedy tylko będziesz miał okazję.
- Obiecuję – zapewnił go Niall.
- Okej. Baw się dobrze w Bradford. Przekaż Zaynowi, że mówię mu cześć.
I po tych słowach się rozłączył. Louis zablokował swój telefon i odłożył go na bok. Znów spojrzał na Lunę leżącą w jego łóżku i westchnął. Zajął miejsce na łóżku, po prostu ją podziwiając. Z roztargnieniem przebiegł ręką po jej włosach. Chciał, by była spokojna, przedkładał jej dobre samopoczucie nad swoje własne. Przejmował się – przejmował się nią tak bardzo.
Jego spojrzenie powędrowało w dół, na jego ramiona. Widniały na nich nowe czerwone plamy. Odciski palców Harry’ego. Nie miał pojęcia, co skłoniło chłopaka, by zrobić coś takiego znikąd. Louis nie chciał czuć się zagrożony w miejscu, w którym musiał przebywać, ale wiedział, że to wszystko się niedługo skończy i zawsze mógł nauczyć się, jak unikać Harry’ego.
Mógł?
To było tego samego dnia. Louis leżał w swoim pokoju obok Luny. Było niesamowicie spokojnie, jak na chwilę obecną nic się nie działo. To był ten spokój, którego chciał Louis. Będąc na wpół przytomnym, przebiegał palcami przez farbowane na biało włosy Luny. Światło zaczynało powoli opuszczać pokój, obwieszczając, że słońce niedługo zajdzie. Czas płynął, a Louis nie chciał opuszczać pokoju, dopóki nie będzie pewien, że Liam wrócił.
Ciszę przerwał niespodziewany brzdęk ze strony drzwi. Louis obrócił się, myśląc jednocześnie, że to będzie dobry moment, by wstać i sprawdzić jak Liamowi udała się rozmowa. Poruszał się delikatnie, wstając z łóżka, tak, by nie obudzić Luny. Gdy wstał, dziewczyna dalej spała. Z uśmiechem na twarzy, Louis cicho otworzył drzwi i ruszył w kierunku schodów.
Jego kroki nie powodowały niemal żadnego hałasu, kiedy pośpieszył schodami w dół i już niedługo znalazł się na parterze. Rozejrzał się nieznacznie na boki, ale nikogo nie zauważył. Dlaczego to się stało? Przecież ktoś musiał spowodować dźwięk dobiegający od drzwi. Sprawdził kuchnię, myśląc, że prawdopodobnie przybysze się tam udali. W pomieszczeniu nie było jednak żywej duszy. Louis wyjrzał przez kuchenne okno, by zobaczyć nieustannie migające światła, zmieniające się z czerwonego na niebieskie. Blask niemal go oślepiał. Louis nie wiedział, co ma o tym myśleć, ani co powinien zrobić. Zdecydował, że będzie najlepiej, jeśli wyjrzy na dwór i sprawdzi, co się dzieje.
Louis narzucił na siebie swój sweter i otworzył frontowe drzwi. Zimny powiew wiatru silnie uderzył go w twarz i natychmiastowo gęsia skórka pokryła całe jego ciało. Louis wyszedł na dwór i ruszył w dół ulicy, gdzie stały samochody policyjne. Zobaczywszy funkcjonariusza, po prostu do niego podszedł i niewinnie stuknął go w ramię. Mężczyzna obrócił się i powitał Louisa z małym uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry panu. Jak mogę pomóc? – powiedział policjant głębokim głosem.
Louis lekko wzruszył ramionami (tł. boże, on to robi ciągle…) i obrócił się w stronę policyjnych samochodów.
- Co się dzieje?
Policjant pochylił się i już za chwilę trzymał w ręku zdjęcie jakiegoś przestępcy.
- Proszę przyjrzeć się zdjęciu. Czy istnieje szansa, że pan go widział?
Louis wziął zdjęcie od mężczyzny. Było czarno-białe i wyglądało, jakby to była klatka wycięta z kamery bezpieczeństwa. Zostało zrobione zaledwie sześć minut temu. Louis starał bliżej przyjrzeć się mężczyźnie, ale kaptur, który miał narzucony na głowę, znacznie to utrudniał. Wszystko, co udało mu się zobaczyć, to oczy i kępka włosów wystające spod kaptura. Jego oczy były zimne i przerażające. Zdjęcie nieznacznie przypominało Louisowi Harry’ego, ale z tego co wiedział, to Harry nie był przestępcą.
Louis oddał policjantowi zdjęcie i potrząsnął głową.
- Nie sądzę, bym kiedykolwiek go widział. Mieszka gdzieś w tej okolicy?
Mężczyzna skinął głową.
- Mamy sygnały, że ludzie widywali go na tej ulicy, a po chwili nagle znikał. Przyjmujemy więc, że jego dom znajduje się gdzieś tutaj.
- Ma wspólnika? – Louis zdecydował się zadać jeszcze jedno pytanie.
- Tak. Znamy jego nazwisko. Sheeran – policjant obejrzał się na stojące za nim samochody i po chwili znów spojrzał na Louisa. – Muszę już iść. Jeśli dowie się pan czegokolwiek, niech pan dzwoni. Proszę na siebie uważać.
***
- To było szalone! – powiedział tryumfalnie Harry do telefonu, biorąc kolejnego skręta do ust.
Jego przyjaciel, Ed, zaśmiał się zanim odpowiedział.
- Wiem, stary. Czasami to jest cholernie łatwe.
-Najłatwiejszy szybki napad, jaki mieliśmy od długiego czasu, nie? – rzucił Harry, przeszczęśliwy ze swojej roboty.
Harry znajdował się na dole, w salonie, wyciągając się na kanapie. Właśnie odebrał swoje ‘najpotrzebniejsze’ narkotyki. Jego diler nazywał siebie Grimmy. Ani Harry, ani Ed nie wiedzieli nic więcej. Nie liczyło się przecież, jak wiele o nim wiedzą, tylko to, że nie mogą nikomu nic powiedzieć. Zazwyczaj zaopatrywał Harry’ego i Eda w marihuanę. Harry miał też swoją heroinę, Ed miał fencyklidynę. Oboje mieli to dziwne pragnienie, by stale odurzać się narkotykami. Byli na haju, gdy Ed zasugerował, że Harry powinien spróbować czegoś, co jego zdaniem polubi.
- Brałeś już metamfetaminę, stary? – głos Eda był niewyraźny, ale Harry wciąż mógł zrozumieć słowa.
Harry potrząsnął głową i odpowiedział. – Jeszcze nie. Jak mam to zrobić?
- Zrób z tym to, na co tylko masz do cholery ochotę. Pal ją, wciągaj ją, wstrzykuj ją – Ed wydawał się zafascynowany samą rozmową na ten temat.
- Um, okej – powiedział Harry, ale do głosu doszły jego wątpliwości. – Jak będę się po niej zachowywał?
- Po prostu weź ten pieprzony narkotyk – powiedział Ed, a w jego głosie zaczynało pobrzmiewać zdenerwowanie.
- Dobrze, dobrze. Pewnie zadzwonię do ciebie jutro. Dzięki za dzisiaj.
Po tych słowach Harry się rozłączył. Jego wzrok powędrował do małej torebeczki metamfetaminy, którą Ed dla niego kupił. Metamfetamina jest używana, by po prostu sprawić sobie przyjemność. Po podaniu zmieniasz się w żądnego seksu drapieżnika albo gwałtownego przeciwnika. To przerażające, bo nie pamiętasz niczego, co dzieje się po tym, jak narkotyk zaczyna działać.
Harry podszedł i podniósł mały plastikowy woreczek wypełniony małą, ale efektowną dawką narkotyku. Płynna konsystencja przemieszczała się w środku woreczka jak woda. Przypominało heroinę, ale Harry wiedział jak poradzić sobie z heroiną, nigdy natomiast nie próbował metamfetaminy. To sprawiło, że poczuł lekki strach, ale przecież brał to tylko na próbę. Determinacja widniała w oczach chłopaka, gdy szukał w kuchni noża, którego używał do aplikowania sobie heroiny. Postanowił, że weźmie metamfetaminę w taki sam sposób, ponieważ obie miały płynną konsystencję.
Wyjął zniszczony krawat i przewiązał go na przedramieniu, pozwalając, by reszta materiału swobodnie opadała w dół jego ręki. Oczekiwanie było nieznośne. W tym momencie Harry’ego nie obchodziło, co wstrzykuje sobie do żyły – tak długo jak było to coś elektryzującego. Coś, co sprawiałoby, że jego żyły zapłoną, krew zacznie szybciej krążyć, a jego hormony odda pod skrzydła chaosu i furii. To było jedyne pragnienie Harry’ego w tym momencie. Wiedział, że będzie czuł szalony pociąg seksualny do każdego, kto pojawi się w jego pobliżu. Taki po prostu był i nie bardzo się tym przejmował.
Pusta strzykawka leżała na stole, wyglądając na opuszczoną i zupełnie wolną, ciągle uwidaczniając zawarte w niej niegdyś napięcie i samotność. Pod nią leżała mała serwetka, używana później do wyczyszczenia tubki i igły. Harry zbliżył się, podnosząc strzykawkę, w drugiej ręce trzymał
metamfetaminę. Przyjrzał się im i uśmiechnął się przebiegle.
Bez wahania odkręcił igłę od strzykawki i wlał płynną substancję do tubki. Jego oczy były niemal przyklejone do plastikowej torebeczki, upewniając się, że nie została tam ani jedna kropelka. Odłożył ją, kiedy uznał, że jest definitywnie pusta, a jego wzrok znów skoncentrował się na strzykawce. Dokręcił igłę i wszystko było gotowe, by mógł zafundować sobie ‘zimny strzał’. Potrząsnął lekko tubką, patrząc, jak czysty narkotyk odbija się od ścianek. Małe grudki metamfetaminy przykleiły się do górnej części tubki, uświadamiając Harry’emu, że nie była ona do końca płynna. Cóż, gdyby była, rezultat mógłby być straszny. Harry właściwie mógłby oszaleć, gdyby posiadał taką dawkę płynnej metamfetaminy krążącą w jego ciele.
Napięcie rosło w Harrym, aż wreszcie zdobył się na to, by igłę do zgięcia łokcia i mocno przycisnąć tłoczek. Jego oczy momentalnie się rozszerzyły, pięść zacisnęła, a warknięcie wydobyło się z ust tego patetycznego chłopaka. Nie tracił więcej czasu – docisnął mocniej tłoczek, wstrzykując w siebie całość. Igła trafiła dokładnie w najbardziej pożądaną żyłę i Harry zmusił się ostatkiem sił, by nie krzyczeć. Zazwyczaj najpierw palił trochę marihuany, by uczynić ‘zimny strzał’ mniej bolesnym dla ciała. Dziś pominął tę część, więc może winić tylko swoją nadgorliwość.
Już niedługo żyła zmarszczyła się wokoło igły i po prostu tego było za wiele. Ciężki oddech Harry’ego zmienił się w nieprzyjemne jęki, a chwilę potem w krzyk – krzyk, który odbił się echem od ścian jego mieszkania. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że Liama nie ma w domu. Oprócz mentalnego wypowiadania swoich próśb, Harry zamknął oczy, pozwalając, by narkotyk otulił jego ciało ekstazą. Skoro o tym mowa, ciągle miał w posiadaniu trochę tabletek ectasy. Przechowywał je na dzień właśnie taki jak ten. Używał jej tylko wtedy, gdy chciał zaliczyć kogoś, kogo spotkał w klubie, barze lub nawet na rogu ulicy.
Harry powoli wyjął igłę, odkładając ją obok pustego opakowania. Odchylił się do tyłu, odkrywając, że zaczyna się chwiać. Wiedział, że to niedobrze. To był pierwszy raz, kiedy próbował nowego narkotyku i nie wiedział jak go okiełznać. Zwariuje? Wyluzuje się po prostu? Czy może zemdleje? Cóż, zostawmy to Louisowi.
Przez cały czas, od kiedy Harry wydał z siebie ten głuchy krzyk, Louis stał koło schodów prowadzących na dół, trzęsąc się ze strachu. Był tak blisko miejsca, gdzie mieszkał Harry, bo chciał upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Louis miał przecież serce i w jakiś sposób był zainteresowany Harrym. Mały, cichutki głos w jego głowie poradził mu, by zszedł na dół. Louis jest wrażliwy, dlatego poszedł za tym głosikiem, i ruszył po schodach na piętro Harry’ego. Po raz pierwszy.
Stopa Louisa stanęła na miękkim dywanie, a jego oczy skanowały dokładnie hol, zanim znalazły zamknięte drzwi, spod których wydobywało się jednak światło. To wskazywałoby, że właśnie tam znajduje się Harry. Podszedł bliżej do porysowanych drzwi i położył drżącą dłoń na gałce. Louis zamknął oczy i przekręcił ją delikatnie, bardzo powoli otwierając drzwi. Usłyszał ciężkie dyszenie dochodzące zza drzwi. To mogło oznaczać dwie rzeczy – Harry uprawiał z kimś seks lub dochodził do siebie po ciężkim haju. Nie zastanawiając się, która wersja była prawdziwa, Louis zajrzał za drzwi, natychmiast spotykając parę zielonych, zimnych i lubieżnych oczu.
Harry powoli przesunął łapczywym wzrokiem po ciele Louisa, na koniec zaszczycając go uśmiechem. Zupełnie jak wcześniej. Louis dalej się trząsł i czuł, jakby miał się zaraz rozchorować. Powinien coś powiedzieć albo Harry stanie się podejrzliwy.
Louis ciężko przełknął. – W-Wszystko w porządku?
Harry zmrużył oczy patrząc na Louisa, bo widział go jak przez mgłę. Pamiętał jednak, że chłopak się jąka.
- Ach, ty. Podejdź tutaj.
- Uch, ja p-po prostu – zaczął Louis, ale Harry mu przerwał.
- Powiedziałem, że masz tu podejść – powiedział po prostu, przerażając Louisa do tego stopnia, że nie myślał nawet protestować. Stanął naprzeciwko władczego narkomana.
Harry wstał z kanapy i zlustrował ciało Louisa od góry do dołu. Chłopak nie był wychudzony, wierzcie lub nie. Właściwie, to chodził z Zaynem na siłownię od czasu do czasu. Jego biceps był duży i ładnie wyrzeźbiony, brzuch (który był zasłonięty swetrem przez cały czas) płaski i opalony, a ramiona szerokie i męskie. Według Harry’ego chłopak był bardzo atrakcyjny, ale cóż, w tym momencie Harry wziąłby każdego.
Louis patrzył, jak Harry do niego podchodzi, skanując jego ciało od góry do dołu. Czuł się niepewnie, więc spojrzał w dół, nie zdobywając się na odwagę, by spojrzeć w oczy osobie, która przerażała go tak bardzo. Louis skrzyżował ramiona na piersi, naprawdę starając się nie patrzeć na Harry’ego. Chłopak zbliżył się już dostatecznie, by zapach marihuany stał się wyraźny. To sprawiło, że Louis zatkał nos i obrócił się w drugą stronę.
Harry patrzył na niego z uśmiechem, obracając się na chwilę. Wiedział, że z Louisem nie będzie łatwo, ale wiedział także, co mu podać, by chłopak się rozluźnił. Mała torebeczka, którą wyjął, była wypełniona małymi tabletkami ectasy. Sprawią, że ten, kto je przyjmie bez wahania zgodzi się na wszystko, co się mu zaoferuje – włączając to, czego Harry chciał. Wsadził rękę do paczuszki, czując, jak tabletki tańczą pomiędzy jego palcami. Kolejny przebiegły uśmiech wślizgnął się na usta Harry’ego, kiedy wyjmował przypadkową, żółtą tabletkę, którą wyglądała jak cukierek.
Wrócił do Louisa, który wciąż nie podniósł głowy. Harry stanął naprzeciw niego, podtykając mu żółtą tabletkę pod nos.
- Otwieraj usta – rozkazał Harry sennym głosem.
- Dlaczego? – wymamrotał Louis.
- Nie kwestionuj tego, co mówię – z pomocą palca Harry uniósł podbródek Louisa, zmuszając go, by spojrzał mu prosto w oczy. – Otwieraj. Swoje. Pieprzone. Usta.
Louis nie odpowiedział, robiąc to, co kazał mu Harry. Patrzył, jak chłopak układa małą, żółtawą tabletko-podobną rzecz na jego języku. Harry spojrzał na Louisa wzrokiem typu ‘teraz połknij’. Szatyn czuł, jak jego oczy wilgotnieją, kiedy zmusił się do połknięcia tabletki i spojrzał znów na Harry’ego. Chłopak wiedział po jakim czasie działa ectasy – zabierało to około dwie, góra trzy minuty.
Harry ułożył dłoń na talii Louisa, przyciągając go bliżej, a ich biodra ocierały się o siebie. Nie zdawał sobie sprawy z siły tego uścisku. Ostatnim razem, gdy w obściskiwał się z Louisem w klubowej łazience, nieświadomie wbijał paznokcie w cięcia, które znajdowały się na ciele chłopaka. Teraz, gdy był naćpany, nie mógł się już zatrzymać. Po prostu się uśmiechnął i działał dalej. Wzmocnił swój uścisk, słysząc, jak z ust Louisa wydobywa się skowyt. Nie czuł ani krztyny sympatii czy współczucia dla tego chłopaka, bo wiedział, czego chce i był zdeterminowany, by to dostać.
Louis był roztrzęsiony i wiedział, że Harry jest niebezpieczny. Czemu tutaj przyszedł? To nie ma żadnego sensu! Louis powinien był wrócić na górę do Luny, gdzie byłby bezpieczny. Ona prawdopodobnie nieświadomie śpi sobie w jego sypialni. Szczęściara. Louis marzył, by mógł teraz po prostu sobie spać i nie pozwalać, by powodowała nim ciekawość.
Harry stał tam, czekając aż oczy Louisa pokażą, czy ectasy działają. Niecierpliwie przygryzał wargę, marząc o tym, by błądzić rękami po małym, napiętym ciele Louisa. Od kiedy Harry był większych rozmiarów (tł. ugh, co? nie, błagam), wiedział, że będzie górował nad Louisem. Nic nie zadawalało Harry’ego bardziej niż dominacja. Chciał, by wszystko było robione, tak, jak on sobie to wymyślił i tylko tak. (tł. kocham Harry’ego tutaj, ale cóż, to jest jak pięciolatka hm)
Oczy Louisa zaczynały się powiększać. Coś przesłaniało mu widok, gdy próbował przyjrzeć się postaci przed sobą. Wszystko było rozmyte i zlewało się ze sobą w wielką, kolorową plamę. Wcześniejsze napięcie odeszło w zapomnienie i Louis poczuł, jakby zaraz miał upaść. Zmiana, jaką narkotyk wywołał w chłopaku była właściwie nawet interesująca. Był rozchichotany i czuł się szczęśliwy, natomiast Harry zupełnie na odwrót – energiczny i potrzebujący. Louis spojrzał na chłopaka przed sobą i, śmiejąc się, figlarnie mu pomachał.
- Cześć – powiedział, niewinnie chichocząc.
Harry uśmiechnął się i zbliżył swoje usta do ucha Louisa. – Nie bądź taki dowcipny.
Louis przygryzł wargę.
- Więc jaki powinienem być według ciebie? – wyszeptał.
- Nie-taki-niewinny –głęboki głos Harry’ego wibrował w głowie Louisa.
Louis uśmiechnął się i stanął na palcach, by spojrzeć Harry’emu w twarz. I zanim cokolwiek nastąpiło, Harry popchnął go na ścianę, przyciskając swoje usta do tych szatyna. Louis nie zastanawiał się ani chwili, tylko zaczął odwzajemniać pocałunek. Nie widział w tym nic złego. Jego ręce wędrowały po piersi Harry’ego, szarpiąc jego koszulkę. Ręce Harry’ego natomiast znajdowały się pod dresami Louisa. Kontynuowali wzajemne odkrywane swoich ciał do momentu, zanim Harry się odsunął, odrzucając koszulkę Louisa na bok.
I tu się wszystko zaczęło. Niedługo przenieśli się do łóżka i to tam wydarzyła się reszta. Podniecenie Harry’ego zblakło, kiedy dostał to, czego chciał. Zmieszanie Louisa trwało, kiedy narkotyk rozprzestrzeniał się w jego krwioobiegu. To nie była piękna scena, ale raczej coś, czego oboje będą żałować rano.
***
Nadszedł poranek. Cóż, tyle o ile. Była 5:25 rano, a Louis leżał kompletnie nagi koło kompletnie nagiego Harry’ego. Działanie narkotyków powoli ustępowało i oboje czuli się zmęczeni – naprawdę zmęczeni.
Zeszłej nocy Liam nigdzie nie mógł znaleźć Louisa. Wrócił do domu z rozmowy, podekscytowany nowiną, że zaproponowano mu pracę, więc chciał przekazać Louisowi wieści. Sprawdził każdy zakątek w domu, ale chłopaka nigdzie nie było. Znalazł chociaż Lunę. Rozmawiali przez chwilę zanim Liam grzecznie odprowadził ją do opłaconej wcześniej taksówki, która zaprała ją do domu. Nie zajrzał na piętro Harry’ego, bo trwał w przekonaniu, że Louis nigdy by tam nie poszedł.
Później tej nocy zadzwonił do Zayna i Nialla, prosząc, by wrócili do Doncaster tak szybko jak to możliwe. Wrócili około 4:30 nad ranem i teraz jechali do domu Liama, by odebrać stamtąd Louisa.
Nie będzie dobrze. Niall i Zayn są w drodze. Liam panikuje, ponieważ sądzi, że zgubił Louisa. No i mamy także Harry’ego i Louisa, którzy niespodziewanie są razem w łóżku, zakopani pod stertą koców. Jeśli Liam by ich znalazł, pomyślałby, że Harry po prostu wykorzystał Louisa – co w sumie było prawdą. Zayn już nigdy nie zaufałby Harry’emu. Niall pomyślałby, że to zabawne, ale byłby po stronie Zayna. Nie będą przychylni.
Niall i Zayn podeszli do drzwi domu Liama. Zayn był wściekły i nieznośny, bo nie spał przez ostatnie dwadzieścia godzin. Niall był wypoczęty, ale zaniepokojony faktem, że Liam zadzwonił do nich o tak dziwnej porze. Razem zapukali do drzwi, które za chwilę Liam otworzył. Wyglądał na zdenerwowanego. Wpuścił ich do środka.
- Liam. Co się dzieje? – zapytał delikatnie Niall.
- Louis. Nie wiem, gdzie jest – głos Liama był smutny, chłopak ciągle przebiegał palcami przez kręcone włosy.
Oczy Zayna rozszerzyły się gwałtownie. – Sprawdziłeś cały dom?!
Liam zaczął kiwać głową, ale po chwili przestał. – Cóż, nie na piętrze Harry’ego, ale wiem, że Louis nigdy by tam nie poszedł.
- Po prostu sprawdź! – podniósł na niego głos Zayn, jednocześnie ruszając w stronę schodów.
Zayn wziął na siebie sprawdzenie piętra Harry’ego. Nie bał się tego narkomana. Zayn był niemal pewny, że jest od niego starszy. Stopy poniosły go do pomieszczenia, które wyglądało na sypialnię. Przerażający smród wypełniał pomieszczenie. To był znajomy zapach trawki i seksu. Przesunął wzrokiem po skotłowanych ubraniach, które leżały na podłodze i zatrzymał go na dwóch postaciach, które leżały w łóżku. Zayn przełknął ciężko i podszedł do łóżka. Najpierw zobaczył Harry’ego, którego włosy były rozrzucone po całej poduszce, a ciężki oddech wypełniał pokój. Zajrzał za chłopaka, by zobaczyć Louisa, który zawinął się w koc po drugiej stronie. W Zaynie rosła wściekłość. Wiedział, że Harry zabawił się kosztem Louisa.
- Co to kurwa jest za gówno?! – krzyknął, odsuwając się gwałtownie od łóżka.
Niall i Liam wpadli do pokoju, patrząc na Zayna. – Co się dzieje?
- Twój przyjaciel przespał się z Louisem ostatniej nocy! To się dzieje!
Louis i Harry zaczęli się kręcić w łóżku, ale to Louis był pierwszym, który otworzył oczy. Zobaczył nagie plecy Harry’ego i od razu się cofnął. Cofał się tak długo, aż spadł z łóżka. Cóż, był całkowicie nagi. Usłyszał, jak Zayn krzyczy i wiedział, że chłopak znajduje się w pokoju. Sięgnął po koc leżący w nogach łóżka i owinął go wokół bioder. Wstał, jeszcze raz przyglądając się Harry’emu, zanim spojrzał na Zayna i Nialla – oboje się na niego gapili.
- O mój Boże – wydusił Louis, wolną dłonią zakrywając sobie usta.
- Louis, chodź. Zabierz swoje rzeczy. Wynosimy się stąd – powiedział Zayn, wzrokiem wciąż mierząc Harry’ego. – Niall, zabierz mnie stąd, zanim zabiję tego sukinsyna.
Niall skinął głową i trzymając Zayna za ramię, poprowadził go do wyjścia. Po drodze podszedł do Liama.
- Dziękuję za opiekowanie się nim. Przepraszam za jego zachowanie.
Po tych słowach trójka opuściła pokój. Liam po prostu dalej tam stał, zbyt zawstydzony, by zrobić cokolwiek. Jego współlokator prawdopodobnie przepieprzył Louisa ot tak, dla zabawy. Liam miał już tego powyżej uszu, nie miał wyboru. Podszedł do łóżka Harry’ego i potrząsnął jego ramionami.
- Wiem, że mnie słyszysz – przeszedł do rzeczy Liam.
- Nie pieprzyliśmy się – wymamrotał Harry, nawet nie otwierając oczu.
Liam zaśmiał się cicho. – Więc czemu leżał w twoim łóżku zupełnie nagi?
Harry odwrócił głowę w stronę Liama. – To był tylko oral. Uspokój się do cholery.
- Jak zmusiłeś go, by tu przyszedł? – zapytał spokojnie Liam.
- Ectasy czynią cuda – odpowiedział tylko Harry i zaraz po tym obrócił się na bok, próbując dalej spać.
Liam był zszokowany słowami Harry’ego. Czemu miałby zrobić to Louisowi? Czemu nie mógł poderwać jakiejś prostytutki albo nawalonego kolesia, jak robił to zazwyczaj? To było coś, co intrygowało naćpanego Harry’ego – coś, czemu po prostu nie mógł się przeciwstawić.
Zabawna sprawa, że nie wspomniał nic o bliznach Louisa.
- Skurwysyn jest już martwy – powtarzał Zayn, ciągle wściekły.
- Uspokój się – powiedział Niall, zerkając na wkurzonego przyjaciela.
Louis siedział na kanapie, ulokowany wygodnie w ramionach Nialla. Ciągle trząsł się na myśl o tym, co właśnie się stało. Umysł przesłaniała mu mgła. Nie wiedział, co działo się teraz, ani co stało się wcześniej. Pojmował tylko to, że obudził się nagi koło najbardziej przerażającego mężczyzny na świecie.
Zayn chodził po dywanie w tę i z powrotem, dziko szarpiąc swoje włosy. – Mógł go skrzywdzić! Cholera, prawdopodobnie go teraz coś boli!
Louis przyjrzał się Zaynowi, znów kuląc się w ramionach Nialla. Blondyn spojrzał na niego i westchnął.
- Zayn, jesteś głośno, a Louis wygląda na zmęczonego.
- Oczywiście, że ma prawo być zmęczony, właśnie został, kurwa… - zaczął Zayn, ale natychmiast uciął, kiedy pochwycił wzrok Nialla. Oczy chłopaka mówiły dosłownie „wspomnij o tej sytuacji, a cię zabiję”.
Zayn jęknął i opuścił salon, kierując się do kuchni, by się uspokoić. Uwaga Nialla znów skupiła się na Louisie.
- Nie martw się. Wszystko będzie dobrze – wyszeptał cicho.
Louis tylko kiwnął głową, mocniej wtulając się w ciepłe ciało przyjaciela.
Kiedy Zayn jest zły, to nie jest po prostu zwykła złość. Jest wściekły. Tak wściekły, że mógłby skrzywdzić kogokolwiek, kto odważyłby się do niego zbliżyć.
Najstraszniejsze doświadczenie Louisa z wściekłym Zaynem to moment, kiedy pociął się zbyt głęboko i został zabrany do szpitala. Zayn krzyczał na lekarzy, chcąc eskortować Louisa do szpitala. Kiedy medycy się nie zgodzili, Mulat tylko zacisnął pięści i odszedł. Louis nigdy nie widział, by Zayn kogoś pobił, ani żeby nawet tego chciał.
- N-Niall, jestem zmęczony – wyjąkał Louis, unosząc wzrok, by napotkać niebieskie oczy przyjaciela.
Niall skinął głową. – Cichutko. Idź spać.
Cóż, Louis był już od dawna gotowy by odpłynąć w sen, na który tak bardzo zasługiwał.
***
Później, tego samego dnia, około szóstej wieczorem, Louis się obudził. Zayn i Niall wyszli na kolację, modląc się o to, by Louis na siebie uważał, kiedy ich nie będzie. Wieczór był dość zimny. Klimatyzacja działała, by ogrzać dom. Louis nigdy nie lubił zimna ani nie przepadał za upałami. Był osobą, którą dość ciężko zadowolić, ale czego innego się po nim spodziewaliście?
Louis usiadł, orientując się, że znajduje się w swoim łóżku. Niall musiał go tu przenieść zanim wyszedł z Zaynem. Ciemność spowiła jego pokój i to trochę przerażało Louisa. Oczywiście, czuł się bezpieczniej w ciemnościach, ale potrzebował także jakiejś ochrony. Z ciemnością łączył go skomplikowany związek i nie mogąc nic na to poradzić, po prostu z tym żył.
Louis wstał z łóżka i zaczął rozciągać mięśnie ramion. To był początek jego porannej rutyny – poświęcał trochę uwagi swojej skórze. Poczuł nagły spokój, kiedy rozglądał się w poszukiwaniu swetra. Owinął się nim szczelnie i wyszedł z pokoju, kierując się po schodach na dół. Był zbyt zmęczony, by zrobić sobie herbatę, więc po prostu poszedł do salonu. Jego ciało ogarnęło wyczerpanie, a w ustach miał dziwny, słonawy posmak. Czuł się jak dziwak. Louis podciągnął kolana wyżej, mocno przytulając je do piersi. Czuł się zagubiony i przerażony. Kolejna burza rozrywała niebo na strzępy. Błyskawica przeszyła ciemność i Louis modlił się tylko o to, by Zayn i Niall szybko wrócili.
***
- To jest takie głupie – rzucił do telefonu Ed, idąc w dół ulicy.
- Przestań, Ed – odpowiedział mu zachrypnięty głos. – To zadziała.
Ed jęknął. – Harry, mam co do tego złe przeczucia.
- Jesteś mężczyzną czy nie?
Ed zatrzymał się, a mały uśmieszek wpełzł na jego twarz. – Pyta nic nie warty dupek, który został w domu, bo na zewnątrz szaleje burza.
- Zamknij się do cholery i dostań się do jego domu – odparł wyraźnie zdenerwowany Harry.
- Dobra – powiedział Ed, skanując wzrokiem rząd domów. Ponownie przeczytał adres zapisany na dłoni, w chwilę potem odnajdując dom o takim numerze. – Widzę go.
- Dobrze, znasz swoją rolę, prawda? Nie wie, kim jesteś i niech tak pozostanie, a ty dowiedz się co się z nim dzieje – przypomniał Styles.
Ed przytaknął. – Wiem. Zadzwonię do ciebie później.
Rozłączył się, skupiając uwagę na wybranym domu. Jego kroki były wolne i nie powodowały prawie żadnego hałasu. Nawet jak na tak odważną osobę jak on, Ed był nieco przestraszony wykonywaniem tej misji. To nie było typowe poszukiwanie, jakie zwykle prowadzili z Harrym, o nie. Ed miał udawać inkasenta*. Inkasent to osoba, która ma prawo wejść do domu kogokolwiek, by sprawdzić poziom zużycia wody i gazu. Charakteryzacja jest prosta – nie musisz się nawet w nic przebierać. Ed miał na sobie luźny, czarny krawat, przypięty do koszuli szarawą przypinką, a na nogach parę prostych jeansów. Wyglądał na dobrego, zrelaksowanego człowieka, ale w gdzieś w środku czuł, że zostanie aresztowany. To nie było dobre przeczucie.
Ed zapukał do drzwi domu, wiedząc, że nie będzie dobrze. Czuł, jakby mieszkańcy domów przy tej ulicy zaraz mieli je opuścić, by się na niego pogapić. Myśli galopowały w jego głowie. Co jeśli nie ma go w domu? Co jeśli wyszedł? Co jeśli jego rodzina albo przyjaciele są w środku?
Ed obrócił się na pięcie i już miał odejść, gdy budującą się wokół niego napiętą atmosferę przebiło czyjeś ciche ‘‘dzień dobry’’. Nie było już odwrotu, musiał się odwrócić.
- Dzień dobry – powiedział.
W drzwiach stał Louis, owinięty swoim nędznym, niewypranym swetrze – oczywiście nie wykazując żadnej ochoty na pokazywanie się komukolwiek. Ed przyjrzał się mu czule i zaczął swoją grę. – Witam, panie, uch… – zatrzymał się na chwilę, by rzucić szybkie spojrzenie na swoją dłoń – Tomlinson. Panie Tomlinson.
Louis rzucił mu dziwne spojrzenie i przytaknął. – Mogę w czymś pomóc?
- Cóż, jestem z Peterborougha, reprezentuję England Advanced Technology Services (tł. nie zlinczujcie mnie, ale bywam głuptasem. mam nadzieję, że o to chodzi, o matko). Wygląda na to, że to czas na przegląd – Ed pogratulował sobie mentalnie używania tak profesjonalnych terminów.
Louis dalej wyglądał na oniemiałego. Nie miał zielonego pojęcia, co powiedział ten koleś, ale skinął na niego lekko. – Wejdź, wyjaśnisz w środku. Jest burza.
Podziw Eda dla Louisa wzrósł nieznacznie, gdy uświadomił sobie jak bardzo chłopak jest ludzki i wrażliwy. – Dziękuję, panie Tomlinson.
Po tych słowach przestąpił próg domu, chętnie korzystając z zaproszenia.
- Proszę, nazywaj mnie Louis – zaśmiał się tamten. – Pan Tomlinson to mój ojciec. Nie jestem jeszcze tak stary, by nazywać mnie per pan – szatyn szybko zamknął drzwi i podążył za Edem.
Ed zachichotał i skinął głową. – Zrozumiałem. Więc, Louis, mógłbyś pokazać mi liczniki? Zazwyczaj przebiegają poniżej schodów.
Louis wydał z siebie ciche ‘‘och’’ i ruszył w kierunku małych drzwi ulokowanych zaraz za schodami. – To jest to, prawda? – zapytał, otwierając je szeroko, by Ed mógł zobaczyć.
Ed skinął głową ze szczerym uśmiechem. – Tak. Dziękuję, Louis.
Louis przytaknął i zostawił inkasenta samego sobie. Nie był pewien, czy odczyt liczników był dzisiaj, ale zbytnio się tym nie przejmował. To nie powinno go denerwować. Praca tego człowieka zajmie pięć minut i już za chwilę go nie będzie.
Kiedy tylko Louis go zostawił, Ed skorzystał z okazji i dokładnie mu się przyjrzał, pracując nieprofesjonalnie przy licznikach. Nie miał pojęcia, co zrobić, więc ślepo łączył i odpinał różne kable, mając przy tym pełną świadomość, że poniesie odpowiedzialność, jeśli cokolwiek się stanie. Liczniki były natomiast w nieprawdopodobnie dobrym stanie i nie potrzebowały przeglądu, ale cóż, Louis był łatwowierny.
Louis skierował się do salonu, szukając swojego telefonu. Chciał zadzwonić do Zayna i Nialla, by dowiedzieć się, co się dzieje. Wiedział, że coś jest na rzeczy, ale nie poświęcił temu większej uwagi. Wiedział także, że jego przyjaciele najprawdopodobniej dalej kupują jedzenie, albo cokolwiek po co pojechali.
„No dalej, to pilne” – pomyślał Louis, unosząc poduszki na kanapie.
Po jakimś czasie znalazł swój telefon na blacie stołu, podpięty do ładowarki. Niall połączył go, kiedy Louis spał – w jego przekonaniu to miał być miły gest, oczywiście. Odpiął go od kontaktu i odblokował. Ed na chwilę przerwał pracę i zawiesił wzrok na szatynie. Był ciekawy. On i Harry mieli plan – mistrzowski plan. Wszystko zaczęło się od delikatnej ciekawości.
***
- Ja pierdolę, Harry – śmiał się Ed przez telefon.
- Cholera, ten koleś wie, jak pracować językiem – Harry opowiadał właśnie o tym, co wydarzyło się między nim a Louisem. – Kurewsko niesamowite.
Rozmawiali tylko godzinę po oralnym seksie i zielonooki jeszcze się tym emocjonował. Nie myślał zbyt wiele. Wiedział po prostu, że Liam był wkurwiony, a przyjaciel Louisa – Zayn – wyglądał jakby chciał mu porządnie wpierdolić. I jak zawsze – Harry’ego to nie obchodziło. Właściwie, to był z siebie dumny. W końcu nie uprawiał seksu z tym kolesiem. Myślał, że da mu to coś w rodzaju luzu.
- Coś mi tu nie gra – powiedział Ed. – Dlaczego po prostu go nie przepieprzyłeś?
Harry wzruszył ramionami, choć przyjaciel nie mógł tego zobaczyć. – Coś mówiło mi, żebym tego nie robił, stary. Nie wiem.
Głośny chichot dobiegł z drugiej strony linii. – Haz, znowu słuchasz tego wkurzającego głosu w twojej głowie?
Harry wywrócił oczami i nie odpowiedział, omijając retoryczne pytanie Eda.
Zawsze trochę za dużo myślał o różnych sprawach, ale w takich przypadkach zawsze odsuwał sumienie na bok. Żaden ‘mały głosik’ w jego głowie nie mógł mówić mu, co ma robić. Nikt nie mógł mówić mu, co ma robić. Sam był sobie panem. Nic go nie obchodziło – proste i oczywiste. Olewał wszystko, a jednak nie było dnia, kiedy nie siedziałby w samotności, rozpamiętując dokonane czyny i wypowiedziane słowa.
- Wiesz cokolwiek o tym kolesiu? – zapytał znowu Ed.
To było dobre pytanie. Harry potrząsnął głową i odpowiedział. – Nie. Wiem tylko, że się okalecza.
Ed gwałtownie wciągnął powietrze. Harry był lekko zdezorientowany. Czy on właśnie jest o krok od kłótni z najlepszym kolegą czy…
- Okalecza się? – odezwał się znowu Ed. – Harry, dlaczego miałbyś narkotyzować tego kolesia i go wykorzystywać dla zaspokojenia swoich własnych potrzeb, jeśli wiedziałeś, że balansuje na krawędzi popełnienia samobójstwa?
To był jeden z nielicznych momentów, kiedy Harry stawał się nerwowy. – Uch, um, nie wiem… Ja po prostu… Ja…
- Zamknij się, Harry – przerwał mu Ed. – Wiesz, że nie powinieneś był tego robić.
Harry wziął głęboki oddech i wrócił do bycia sobą. – Od kiedy przejmujemy się innymi ludźmi?
- Nie przejmujemy się. Ale także nie zabijamy nikogo, a to, co zrobiłeś może popchnąć tego kolesia na krawędź. Pamiętasz tych dwóch małych skurwieli, z którymi cały czas przebywa? Widzisz, znajdą cię i wykończą powoli i boleśnie, jeśli sprawiłeś, że ten koleś się zabił – zakończył swoją pouczającą przemowę Ed. O dziwo, te wykłady zawsze trafiały do Harry’ego.
Harry czuł się winny. Nigdy nie chciał przyczynić się do czyjejś śmierci. Po prostu czułby się źle ze świadomością, że rozmyślnie kogoś zabił. – Nie chciałem tego! Zapomniałem się!
Ed wypuścił długi, zawiedziony oddech. – Harry…
- Muszę się dowiedzieć, czy wszystko z nim w porządku. Z pewnością nie pokaże się tutaj przez najbliższy czas. Musimy się dowiedzieć. Proszę? – zapytał Harry, a jego słowa wręcz ociekały desperacją.
- Stary, nie wiem nawet gdzie ten dzieciak mieszka.
- Louis – powiedział poważnie Harry. – Ma na imię Louis.
Oczy Eda rozszerzyły się ze zdumienia, bo Harry wypowiadał imię tego chłopaka niemal z namaszczeniem. – W porządku. Nie wiem gdzie znaleźć Louisa.
- Mam jego adres. Poczekaj chwilkę.
Harry przełączył telefon na głośnik i odłożył go na łóżko, szukając teraz oficjalnie wyglądającej teczki, którą trzymał pod nim. Można było usłyszeć śmiech Eda dobiegający z urządzenia.
- Uwielbiam to, jak zawsze moje słowa do ciebie trafiają.
Harry wywrócił oczami. – Zamknij się.
Kartkował swój folder, ciągle zawzięcie szukając adresu. Znał adres każdego mieszkańca miasta, wiedział także, kto był właścicielem każdego domu w tym obszarze. Długo gromadził te informacje, ale jeśli w grę wchodzą kradzieże i inne zlecenia, to było tego warte. Wreszcie znalazł adres. – Louis Tomlinson. Louis Tomlinson – tak się nazywa ten koleś!
Ed zachichotał. – Och, to teraz tak? Usłyszałem za pierwszym razem. Nie musiałeś tego powtarzać.
Mały rumieniec wpełzł na policzki młodego kryminalisty. – Zamknij się, Ed. Boże, jesteś taki denerwujący – Harry spuścił wzrok na tekst i przeczytał: - Indigo’s Haven Lane, dom numer 102. To tam mieszka.
Ed zapisał adres na dłoni i po chwili zapytał: - Osobliwa nazwa. To jest ta bogata dzielnica?
- Jest – przytaknął Harry. – Tresmont. Albo on jest strasznie bogaty, albo ma bogatego tatuśka. Nieważne, po prostu… Wiesz, co masz robić.
- Czekaj – powiedział Ed. – Nie idziesz ze mną?
- Nie mogę – odpowiedział Harry cicho.
- Czemu nie?
Harry spuścił wzrok. – Na zewnątrz szaleje burza – wymamrotał.
Ed roześmiał się głośno, zaraz po tym dało się słyszeć trzask telefonu upadającego na ziemię. Harry był naprawdę przewrażliwiony, jeśli o to chodziło. Wstydził się swojego lęku przed katastrofami naturalnymi. Nigdy nie podzielił się z nikim prawdziwym powodem, dla którego boi się burzy, ani nie miał na to najmniejszej ochoty teraz.
- Możesz po prostu… Zamknij się, Ed – Harry skrzyżował ramiona na piersi, przyglądając się telefonowi, ciągle ustawionemu na głośnik.
- Dobra, dobra – powiedział Ed, ciężko oddychając, by złapać zagubiony oddech. – Pójdę tam. Ale tylko dlatego, że jesteś ciekawski i tak czy siak poszedłbyś szukać tego kolesia.
Harry nie odpowiedział – po prostu się rozłączył. Nie chciał martwić się o kogoś, kto nie martwił się o niego. Osobą, którą najbardziej próbował się opiekować, był Liam, a i tak musiał wiele próbować. Na szczęście to pójdzie gładko.
***
Więc tak to się wszystko zaczęło. W tym momencie Louis siedział na kanapie, szukając numeru Nialla, gdyż nie odważyłby się zadzwonić do Zayna, który prawdopodobnie dalej się uspokajał. Louis wiedział bardzo dobrze, że lepiej nie zadzierać ze wkurzonym Zaynem. W każdym razie, dzwonił teraz do Nialla. Oparł się o oparcie kanapy, niecierpliwie stukając palcami w udo. Odbierz, odbierz, odbie…
- Hej, Lou – dumny, irlandzki głos Nialla rozbrzmiał w słuchawce.
- O mój Boże – wyrzucił z siebie Louis. – Gdzie wy się podziewacie?
- Um – zawahał się Niall, zaczynając szybką wymianę zdań z Zaynem. – Wracamy do domu. Wjeżdżamy właśnie do Tresmont. Wszystko u ciebie w porządku?
Louis przytaknął. – Wspaniale. Wpuściłem do domu inkasenta.
- Inkasenta? Louis, odczyty pomiarów są za dwa tygodnie – poinformował swojego naiwnego przyjaciela Niall.
Louis uniósł w zdezorientowaniu brwi. – Dwa tygodnie?
Tymczasem Ed słyszał całą rozmowę i teraz szybko się pakował. Wiedział, że zostało mu niewiele czasu. Wszystko, co musi zrobić, to spakować się i uciec. Proste.
- Tak, kolego. Dwa tygodnie – odparł Niall. – Czekaj, jesteśmy niedaleko. Zayn sprawdzi zaraz tego kolesia, upewnimy się, czy jego zamiary są czyste.
- Och – Louis przyciągnął kolana do swojej piersi. Przeraziła go nagła myśl, że mężczyzna znajdujący się w jego domu może być przestępcą. – Pośpieszcie się, proszę.
Nastąpiła długa przerwa, zanim Niall znowu się odezwał. – Jesteśmy już na Indigo.
- W porządku… - zaczął Louis, ale przerwał, widząc Eda biegnącego do drzwi w pośpiechu. Patrzył po prostu jak domniemany przestępca opuszcza jego dom. Nie było mowy, żeby Louis pobiegł za nim. Po prostu się przyglądał i czekał, aż wrócą jego przyjaciele.
- N-Niall – wyszeptał Louis, orientując się, że Niall musiał się już rozłączyć.
„Wracają już. Uspokój się” – pomyślał Louis.
Co się tyczy Eda, wymknął się z domu Louisa bezpiecznie, opuszczając Indigo’s Haven tak szybko, że nie miał sposobności natknąć się na nikogo. Nie wiedział, co mogło mu się przydarzyć, ale nie chciał też utkwić tutaj, tylko po to, by się dowiedzieć. Wyjął telefon i wybrał numer Harry’ego, a stopy niosły go jak najdalej od tego miejsca.
- Ed? – rozległ się w słuchawce głos Harry’ego.
Ed dyszał ciężko, więc zmienił bieg na powolne powłóczenie nogami. – Ż-Żyje. W-Wszystko z nim w porządku.
- Dobrze – odpowiedział Harry. – Dlaczego tak dyszysz?
- Niemal mnie złapali! – krzyknął Ed. – Nigdy więcej tego nie zrobię. Nigdy, przenigdy.
***
Tej nocy wszystko wydawało się być w porządku. Louis uspokoił się, kiedy jego przyjaciele wrócili do domu. Zayn był trochę zawiedziony, że inkasent uciekł, ale także zadowolony, gdy dowiedział się, że z Louisem było w porządku. Wszystko było dobrze. Harry czuł ulgę, dowiedziawszy się, że grzech, który popełnił, nie doprowadził do czyjejś śmierci. A co do Eda… Och, jego stopa już nigdy nie postanie w Tresmont.
Ale teraz wszystko się zaczęło. Więcej ścieżek zostanie przeciętych. Więcej sekretów zostanie odkrytych. Pojawi się więcej ciekawości.
Jest tylko jedno pytanie – kto złamie się pierwszy?
*Rozumiecie, to te takie osoby sprawdzające wodę, gaz itp. Każdy chyba miał w życiu sytuację, kiedy do jego pokoju przyszła mama i powiedziała coś w stylu: ogarnij troszkę pokój, bo przyjdą panowie od sprawdzania tego a tego. Nikt właściwie nie używa chyba zwrotu ‘inkasent’, przynajmniej ja nigdy nie słyszałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz