****
http://littlesunshinelouis.tumblr.com/post/85943966363/keep-yourself-warm-tlumaczenie-masterpost
http://littlesunshinelouis.tumblr.com/post/82610338314/you-look-so-cold-larry-one-shot-tlumaczenie
http://myallstories-majkelina22.tumblr.com/tworczosc
http://huharreh.tumblr.com/ltb
wtorek, 27 maja 2014
poniedziałek, 26 maja 2014
niedziela, 25 maja 2014
************
Nigdy w życiu nie pomyślałby, że mógłby w taki sposób się od kogoś uzależnić. Gdyby ktoś powiedział mu jakiś czas temu, że jedynym jego zajęciem będzie pieprzenie się z facetem, w dodatku facetem, którego nienawidził każdą komórką swojego ciała – wyśmiałby go. Co z tego, że raz postanawiał sobie zupełnie odizolować się od szatyna, gdy po chwili ulegał mu całkowicie? W dodatku dzielenie z nim pokoju nie pomagało, a napięta atmosfera ciążyła w czterech ścianach.
Liam i Zayn praktycznie ze sobą nie rozmawiali. Nadal każdy z nich sądził, że nienawidzi tej drugiej osoby. Unikali się jak ognia, ale tylko w momencie, gdy byli poza pokojem. Można byłoby rzec, że był ich zmorą. To, co obiecywali sobie po każdym stosunku rozmywało się, gdy przekraczali próg pomieszczenia.
Dni mijały, aż w końcu nadszedł weekend. Przewodniczący samorządu uczniowskiego urządził imprezę, w związku z wyjazdem jego rodziców. Jako, że zarówno Zayn, jak i Liam znali go bardzo dobrze, obaj mieli zaproszenie. Ani jednemu, ani drugiemu nie bardzo to odpowiadało, ale żaden nie chciał dać satysfakcji drugiemu, rezygnując z imprezy.
Takim sposobem wybiła dwudziesta, a ta dwójka była już gotowa. Oboje udawali, że nie zwracali na siebie uwagi, ale gdyby był z nimi ktoś trzeci, na pewno zauważyłby ukradkowe spojrzenia, na nagie klatki piersiowe oraz iskry w oczach. Jednak żaden z nich nie był tego świadom. Teraz, gdy byli już wyszykowani, każdy poszedł w swoją stronę.
Zayn poszedł do Harry’ego, który od piętnastu minut czekał na niego w parku, niedaleko domu Matta. Natomiast Liam pojechał po Louisa i Nialla, ponieważ tym razem wypadła jego kolej bezalkoholowej zabawy.
- Zayn, czy ty zawsze musisz się spóźniać? – zapytał Harry, wstając z ławki.
- Wybacz, stary – powiedział, odpalając papierosa. – Miałem coś do załatwienia.
- Gapienie się na tyłek Liama, zajęło ci tyle czasu? – parsknął, idąc w stronę domu, z którego dało się słyszeć głośną muzykę.
Zayn spojrzał na niego, mrużąc oczy, ponownie chowając się za maską totalnego dupka. Nie odpowiedział nic, po prostu szedł, nie pozostawiając żadnego komentarza. To jednak nie sprawiło, że Harry przestał.
- Zayn… - powiedział cicho. – Nadal nie chcesz o tym rozmawiać?
- Nadal nie mamy o czym – stwierdził, nie patrząc na młodszego.
- A mi się wydaje, że jednak mamy.
- Idziemy na tę imprezę? I tak już jesteśmy spóźnieni – ruszył do przodu, ponownie pozostawiając temat otwartym.
Harry westchnął, pocierając nasadę nosa. Naprawdę martwił się o przyjaciela. Zayn był dla niego niczym brat, więc to logiczne, że zależało mu na jego dobru. Niestety tak długo jak brunet nie chciał z nim rozmawiać, ten nie był w stanie mu pomóc. Przyszło mu coś do głowy, jednak nie wiedział jak zareaguje na to Zayn, gdy się dowie. Harry wiedział, że skoro Zayn nie chce o tym rozmawiać, to prawdopodobnie Liam zareaguje jeszcze gorzej. Na szczęście Harry skrywał pewną tajemnicę i czuł, że to może pomóc rozwiązać mu ten problem. Uśmiechnął się pod nosem i ruszył za przyjacielem, udając, że on również zakończył temat.
Weszli do domu, gdzie trwała impreza. Połowa ludzi nie pochodziła nawet z ich szkoły. Zayn rozejrzał się dookoła, w celu znalezienia kogoś znajomego.
- Idę po coś do picia – oznajmił Harry, zostawiając go samego.
Pierwsze co przykuło uwagę Zayna, to śmiech Nialla. Spojrzał w tamtym kierunku, a jego wzrok spoczął na niskim blondynie, który urządził sobie z Louisem i Mattem konkurs picia. Widać było, że pozostali nie radzili sobie zbytnio z jego pijacką naturą, a chłopak zdawał sobie z tego sprawę.
Brunet przyglądał się im przez chwilę, a na jego usta wtargnął mały uśmiech. Nie trwał zbyt długo, ponieważ jego wzrok przemieścił się na osoby stojące za Louisem i Niallem. Dopadł go odruch wymiotny, gdy zobaczył Sophie, która praktycznie wisiała na Liamie.
Jej ręce były wszędzie, dotykała Liam w taki sposób, że w Zaynie zawrzało. Nie do końca wiedział czemu. Miał po prostu ochotę tam podejść i im przeszkodzić. Obserwował ich i zauważył pewną rzecz, a mianowicie Liam był wobec niej bierny. Był, do momentu, aż nie zobaczył Zayna.
Dłonie szatyna przesunęły się po wąskiej talii Sophie, przyciągając ją do siebie. Nie spuszczał wzroku z bruneta, gdy jego usta znalazły się na szyi swojej dziewczyny, zostawiając na niej delikatne muśnięcia. Zayn wiedział, że powinien stamtąd iść i mimo że bardzo tego chciał, nie potrafił.
Poczuł dziwne ukłucie, którego nie potrafił zidentyfikować. Ukłucie to zmieniło się w wywiercanie dziury w jego wnętrzu, gdy para publicznie się obściskiwała. Liam pocałował namiętnie swoją dziewczynę, po czym zaszczycił Zayna triumfalnym spojrzeniem.
W tym momencie pojawił się Harry, wręczając mu butelkę z piwem. Oderwał wzrok od chłopaka stojącego kilka metrów przed nim, po czym wziął kilka łyków alkoholu, sprawiając, że brwi Harry’ego złączyły się, gdy próbował przetworzyć zachowanie przyjaciela.
- Wszystko gra? – zapytał z troską w głosie.
- Jak zawsze – zaśmiał się gorzko Zayn, biorąc kolejny łyk.
- Nie wydaje mi się.
Zayn ponownie spojrzał w stronę Liama, który nie przerywał dotykania swojej dziewczyny, nadal jednak przypatrując się brunetowi. To było frustrujące. Zayn chciał jak najszybciej stamtąd zniknąć. Tylko tak mógł pozbyć się uczucia zniesmaczenia. Parsknął śmiechem, odstawiając pustą butelkę i kierując się w stronę grupki dziewczyn, które stały przy wejściu do kuchni.
Liam chciał zabawy? Będzie ją miał.
Jakąś godzinę później Zayn stał w korytarzu z Amber, dziewczyną z sąsiedniej szkoły. Drobna brunetka o czekoladowych, dużych oczach. Tak naprawdę nie bardzo wsłuchiwał się w to, co mówiła. Nie interesowało go to, co lubi lub co robi w wolnym czasie. Po prostu była ładna i nadawała się na jedną noc. W sam raz by odegrać się na Liamie, w dodatku przydałoby mu się trochę seksu z dziewczyną. Ostatnio miał wrażenie, że stawał się zależny od szatyna, co sprawiało, że nienawidził siebie jeszcze bardziej.
Wpił się w jej usta, ręką zjeżdżając wzdłuż jej talii. Wsunął ją pod krótką spódniczkę Amber, na co dziewczyna przyciągnęła go bliżej nieznacznie wiercąc się pod jego dotykiem. Zayn stwierdził, że warto skorzystać z okazji, skoro dziewczyna była chętna. Zrobił krok do przodu, aby zaprowadzić ich do jakiegokolwiek wolnego pokoju. Dziewczyna pisnęła, gdy potknęli się o leżące na środku korytarza puste kubki. Zayn przytrzymał ją, nie przestając całowania. Nie miał ochoty na żadną grę wstępną, chciał ją po prostu pieprzyć. Rano i tak nie będzie pamiętał jak wyglądała.
Gdy stali już przy drzwiach, a chłopak starał się otworzyć drzwi ktoś brutalnie im przerwał. Zayn nie zdążył niczego zarejestrować. W jednej chwili całował niską brunetkę, a w następnej poczuł mocne szarpnięcie i jęk dezaprobaty ze strony dziewczyny. Alkohol działał w jego organizmie, więc gdy tylko uniósł głowę do góry poczuł silne zawroty głowy.
- Spadaj stąd – usłyszał słowa, które na pewno nie były skierowane do Zayna.
Chłopak bardzo dobrze znał ten głos. Wiedział kto przed nim stoi, ale nie rozumiał dlaczego? W momencie, gdy świat przestał wirować ponownie podniósł głowę, a jego tęczówki spotkały te, które zwiastują problemy. Te, w których można się zatopić. Zamrugał ciężko nie przejmując się protestującą Amber, tak naprawdę ona się nie liczyła. Zacisnął dłonie w pięści mierząc wzrokiem Liama. W tle nadał słyszał wykłócającą się brunetkę.
- Wyjdź – odezwał się w kierunku dziewczyny.
- Co? – spojrzała w jego kierunku niedowierzając.
- To, co powiedziałem – nie zaszczycił jej spojrzeniem. – Muszę pogadać z Liamem.
- Chyba sobie żartujesz – zbuntowała się, krzyżując ręce.
- Jak masz na imię? – odezwał się Liam, odwracając się do dziewczyny.
- Amber.
- Super, Amber – uśmiechnął się złośliwie. – Jeśli tak bardzo zależy ci, żeby ktoś cię przeleciał, to idź na dół, tam na pewno kogoś znajdziesz.
Zayn wiedział, że powinien stanąć w jej obronie, ale słowa, które skierował do niej Liam były tak dobitne, że brunet nie mógł powstrzymać krótkiego parsknięcia.
Amber chciała wymierzyć Liamowi policzek, ale sama nie była zbyt trzeźwa, więc szatyn bez problemu złapał ją za nadgarstek, odpychając od siebie. Rozwścieczona dziewczyna rzuciła kilka obelg, po czym zeszła na dół.
Na korytarzu zapadła cisza. Zayn patrzył w podłogę, a Liam patrzył wprost na niego.
- O co ci kurwa chodzi? – odezwał się brunet. Mimo przekleństwa, jego głos był spokojny.
- O nic – odpowiedział wzruszając ramionami.
- Jak to o nic?! – chłopak podniósł głos, a jego spojrzenie padło na Liama. – Po co kazałeś jej odejść?
- Dziewczyna na jedną noc, Zayn? Serio?
Zayn zaśmiał się na te słowa, ponieważ wypowiadane przez Liama brzmiały absurdalnie.
- Martwisz się? Jakoś wcześniej ci to nie przeszkadzało. A teraz wróć do swojej Sophie i wypieprz ją na oczach swoich przyjaciół. Dużo wam nie brakowało – ruszył przed siebie, stwierdzając, że nie było sensu dłużej z nim rozmawiać.
Był już kilka kroków od schodów, gdy poczuł silne szarpnięcie za ramię. Po chwili stał przyparty do ściany, a napierające na niego ciało Liama utrudniało mu jakiekolwiek myślenie.
- Co jest? – pisnął, gdy poczuł ręce Liama na swoich biodrach.
- Nie masz prawa uprawiać seksu z przypadkowymi osobami – syknął, zjeżdżając ustami na szyję Malika. – Nie chcielibyśmy się niczym zarazić, prawda?
Zayn dobrze rozumiał sens słów szatyna, ale te usta na swojej szyi i ręce mocno zaciskające się na kości biodrowej. Sapnął, gdy Liam przejechał językiem, po nowo zrobionej malince. W tej chwili brunet miał ochotę otworzyć drzwi od pokoju, do którego jeszcze parę minut temu chciał się dostać z Amber i oddać się Liamowi.
Nagle dotarło do niego, co sobie obiecał. Miał ignorować Liama i wszystko co robił, by tylko Zayn się z nim przespał. Resztkami zdrowego rozsądku odepchnął od siebie chłopaka, który nie spodziewał się takiej reakcji.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić! Będę sypiał z kim chcę! – krzyknął Zayn, przykładając palec wskazujący do klatki piersiowej Liama. – Lepiej spójrz na siebie. Z naszej dwójki to raczej ty powinieneś martwić się zarażeniem się… Z Sophie nigdy nic nie wiadomo.
Liam popchnął Zayna, który z hukiem uderzył o ścianę. Syknął, łapiąc się za głowę.
- Nie waż się tak mówić – powiedział, szarpiąc go za koszulkę.
- Liam, daj mi spokój, okej? – powiedział ściszonym głosem. – Mam już tego dość.
Nie tego się spodziewał. Myślał, że szatyn za chwilę się na niego rzuci lub zacznie okładać pięściami. Jednak nic takiego się nie stało. Liam puścił bruneta, ale nie odsunął się od niego.
- Czego masz dość? – zapytał.
- Tego, że traktujesz mnie jak dziwkę. Mam dość tego. Od momentu jak się wprowadziłem nie robimy nic innego niż się pieprzymy.
- Myślałem, że ci to nie przeszkadza – Liam wyglądał na dość zaciekawionego tą rozmową.
- Liam… to, co robimy nie jest normalne, nie rozumiesz tego? Może ty nie masz wątpliwości, ale zacznijmy od tego, że to nie ja pieprzę ciebie, tylko odwrotnie. Mam tego dość.
- Gdyby ci to przeszkadzało, to byś odmówił.
- Odmawiałem Liam, odmawiałem – westchnął. Czuł jak duża ilość alkoholu nie tylko sprawiała, że świat wirował, ale również sprawiała, że robił się odważniejszy. – Po prostu… mam wrażenie, że to, czego chcę ja, a to czego pragnie moje ciało, to dwie różne rzeczy.
Zayn westchnął, wiedział, że jutro będzie miał cholernego kaca moralnego. Miał tylko nadzieję, że Liam był równie pijany jak on i niczego nie zapamięta. Odepchnął szatyna po raz kolejny, chcąc udać się w stronę wyjścia. Tym razem nie został zatrzymany. Wcale go to nie obeszło. Wcale nie poczuł uścisku w klatce piersiowej.
Liam stał przez chwilę na korytarzu, patrząc jak Zayn chwiejnym krokiem schodził po schodach. Zastanawiał się nad tym, co powiedział mu brunet, czy naprawdę to co robili, aż tak na niego wpływało? Zawsze miał go za osobę, która nie przejmowała się niczym, korzystając w całości z tego, co dostaje. Nie sądził, że ten chłopak bez uczuć, z charakterem chama, mógłby się czymś przejąć.
A może źle go ocenił? Może tak naprawdę Zayn nie był do końca tą osobą, za którą wszyscy go mieli?
- Liam? – dobiegł go żeński głos.
- Tak, kochanie? – zapytał Sophie, która od razu zatopiła się w jego ramionach.
- Szukałam cię – zamruczała zachęcająco. – Może… znajdźmy wolny pokój, okej?
- Sophie, skarbie – zaczął – mam coś do załatwienia, znajdę cię później, dobrze?
- Ale Liam – sapnęła, otaczając go ramieniem.
- Później – powiedział na odchodne, zostawiając ją w korytarzu. To nie tak, że nie miał ochoty na seks ze swoją dziewczyną, po prostu odczuł potrzebę sprawdzenia, czy z Zaynem wszystko w porządku. I nie, wcale się o niego nie martwił.
Szukał go przez chwilę, ale w domu go nie było, a głośna muzyka utrudniała mu skupienie myśli. Widział Stylesa, który upijał się w towarzystwie grupki dziewczyn, ale Zayna tam nie było. Mógł szukać go na własną rękę, ale wiedział, że Harry na pewno dysponował jakimiś informacjami. Podszedł do niego, spotykając się z jego zdziwionym spojrzeniem.
- Liam – powiedział zaskoczony.
- Wiesz, gdzie jest Zayn?
- No tak – skrzyżował ramiona, przyglądając się mu uważnie. – Co się między wami dzieje?
- To ja zadałem pytanie, Styles – starał się zachować kamienny wyraz twarzy. – I nie wiem o co ci chodzi.
-Widziałem was w szkole, okej? Zayn nie chce mi nic powiedzieć, ale widzę, że coś jest nie tak – odparł. – Niby dlaczego miałbym ci powiedzieć, gdzie on jest?
- Nie będę z tobą o tym rozmawiał, na pewno nie z tobą. Po prostu powiedz mi, gdzie go znajdę. Chcę sprawdzić czy wszystko z nim w porządku.
Harry wyglądał jakby walczył sam ze sobą. Wahał się przez chwilę, krążąc spojrzeniem ponad ramieniem Liama, po chwili skupiając spojrzenie na jego twarzy.
- Okej – przytaknął. – Powiedział, że idzie do domu. Nie wyglądał najlepiej, ale nie chciał, żebym go odprowadził.
- Więc tego nie zrobiłeś. Prawdziwy przyjaciel z ciebie – zadrwił. – Dawno wyszedł?
- Od razu po tym jak zszedł na dół.
- Dzięki – poklepał Harry’ego po ramieniu i udał się ku wyjściu.
Nie musiał daleko szukać. Po wyjściu na zewnątrz od razu dojrzał Zayna siedzącego na schodach, z głową opuszczoną na własnych kolanach. Uśmiechnął się, nie wiedząc nawet dlaczego, po czym zbliżył się do niego, siadając obok niego.
- Wszystko w porządku? – zapytał.
- Nie – odpowiedział cicho Zayn. – Chciałem wrócić do domu, ale… chyba nie jestem w stanie.
- Właśnie widzę. Czemu się tak wstawiłeś? To do Ciebie niepodobne, Zayn – przyglądał się profilowi chłopaka, jego kościom policzkowym i zarysowanej szczęce.
- Miałem powód – odpowiedział, kładąc głowę z powrotem na kolana. Miał przymknięte oczy i zaciśnięte usta.
- Chodź – powiedział po chwili Liam, wstając z miejsca, delikatnie łapiąc Zayna za ramię. – Zaprowadzę cię do domu, okej?
- Sam sobie poradzę – syknął, próbując się wyrwać.
- Nie sądzę. Pozwól się odprowadzić.
- Mhmm – wymamrotał, pozwalając by Liam pomógł mu stanąć na nogach.
Szli w stronę domu w ogóle ze sobą nie rozmawiając. Co prawda Liam miał samochód, którym przyjechał na imprezę, ale stwierdził, że Zaynowi przyda się spacer, a on wróci po niego, gdy tylko odprowadzi bruneta. Cisza ciążyła im, ale żaden z nich przez dłuższy czas się nie odezwał. Prawa ręka obejmowała Zayna w pasie, trzymając do w pionie. Natomiast lewe ramię bruneta przytrzymywało się Liama.
- Czemu to robisz? – zapytał w końcu Zayn.
- Co?
- Jesteś dziwnie miły – odpowiedział. – Nie prześpię się z tobą.
Te słowa sprawiły, że Liam parsknął śmiechem. Nie wierzył w to, co słyszał. Spojrzał na Zayna, który wpatrywał się w chodnik.
- Naprawdę wychodzę na takiego chuja? – zapytał.
- Jesteś nim – wybełkotał Zayn.
- Nie jestem – to były jedyne słowa, które wypowiedział.
- Liam?
- Od kiedy mówisz mi po imieniu? – zdziwił się Liam, nie ukrywając rozbawienia.
- Spierdalaj – syknął Zayn, ukazując tym swoje zmieszanie.
- Dobrze, nieważne. O co chciałeś zapytać?
- Dlaczego ja? Czego tak właściwie ode mnie chcesz? Bo wiesz… to dziwne. Nienawidzimy się o zawsze, od zawsze ze sobą rywalizujemy. A praktycznie wystarczyło, że zamieszkaliśmy w jednym domu, a nasze relacje… No wiesz, to dziwne. Sypiamy ze sobą, nienawidząc się jednocześnie. Ja cię nawet nie lubię, jednak nie potrafię wyjaśnić..
- Mam tak samo, Malik – przerwał mu szatyn. – Nie potrafię tego wytłumaczyć i tego nie wytłumaczę.
Nagle rozmowa została skończona, ponieważ znaleźli się przed własnym domem. Liam spojrzał na Zayna, po czym puścił go na moment, by otworzyć drzwi. Weszli do środka, a szatyn ponownie objął chłopaka, by pomóc mu wejść po schodach. Trochę im to zajęło, ponieważ stan Zayna z każdą minutą był coraz gorszy.
Liam dobrze wiedział, że poranek będzie dla niego uciążliwy, ale nie współczuł mu. Należało mu się, ponieważ sam tego chciał. Chociaż z drugiej strony może nawet dobrze się stało, ponieważ pierwszy raz ze sobą rozmawiali. Miał tylko nadzieję, że Zayn nie będzie o niczym pamiętać.
Gdy weszli do pokoju, szatyn od razu posadził Zayna na łóżku, pomagając zdjąć mu buty. Liczył na to, że chłopaka zaprotestuje, ale nic takiego się nie wydarzyło, a był tak wstawiony, że nawet nie próbował sam się rozebrać. Liam westchnął wykończony tym dniem. Nachylił się nad siedzącym chłopakiem, sięgając do jego paska. Odpiął go, pomagając brunetowi zdjąć spodnie.
W momencie, gdy koszulka Zayna również wylądowała na podłodze, a chłopak położył się na łóżku będąc w samych bokserkach, Liam miał ochotę się na niego rzucić. Jednak tego nie zrobił. Przypomniał sobie rozmowę z Zaynem, stwierdzając, że tym razem się powstrzyma.
- Liam… - odezwał się Zayn.
- Tak? – odezwał się, przyglądając się chłopakowi.
- Pocałujesz mnie?
- Co?! – Liam był zaskoczony tym pytaniem. Seks to seks. Pocałunek podczas seksu, to nic wielkiego, ale sam pocałunek…
- Proszę, jutro i tak pewnie nie będę niczego pamiętać.
Liam przez chwilę się mu przyglądał, zastanawiając się nad tym, co powinien zrobić. Podjęcie decyzji nie trwało jednak zbyt długo. Usiadł na łóżku, przysuwając się do Zayna. Spojrzał na jego zamknięte oczy i zaciśnięte usta, powoli zmniejszając dystans i układając na nich swoje. Zayn drgnął, nie spodziewając się, że Liam spełni jego prośbę. Po chwili jednak delikatnie naparł na niego swoimi wargami.
Pocałunek nie trwał długo. Jedynie kilka sekund. Nie można go było nazwać do końca pocałunkiem. Było to raczej delikatne muśnięcie warg, bez użycia zębów czy języka.
Jeszcze wtedy żaden z chłopaków nie przewidział, ze ta mała pieszczota wiele zmieni.
No, bo przecież Zayn nie będzie rano niczego pamiętać, a Liam wcale nie poczuł małego skurczu w klatce piersiowej. Ani trochę.
Nigdy w życiu nie pomyślałby, że mógłby w taki sposób się od kogoś uzależnić. Gdyby ktoś powiedział mu jakiś czas temu, że jedynym jego zajęciem będzie pieprzenie się z facetem, w dodatku facetem, którego nienawidził każdą komórką swojego ciała – wyśmiałby go. Co z tego, że raz postanawiał sobie zupełnie odizolować się od szatyna, gdy po chwili ulegał mu całkowicie? W dodatku dzielenie z nim pokoju nie pomagało, a napięta atmosfera ciążyła w czterech ścianach.
Liam i Zayn praktycznie ze sobą nie rozmawiali. Nadal każdy z nich sądził, że nienawidzi tej drugiej osoby. Unikali się jak ognia, ale tylko w momencie, gdy byli poza pokojem. Można byłoby rzec, że był ich zmorą. To, co obiecywali sobie po każdym stosunku rozmywało się, gdy przekraczali próg pomieszczenia.
Dni mijały, aż w końcu nadszedł weekend. Przewodniczący samorządu uczniowskiego urządził imprezę, w związku z wyjazdem jego rodziców. Jako, że zarówno Zayn, jak i Liam znali go bardzo dobrze, obaj mieli zaproszenie. Ani jednemu, ani drugiemu nie bardzo to odpowiadało, ale żaden nie chciał dać satysfakcji drugiemu, rezygnując z imprezy.
Takim sposobem wybiła dwudziesta, a ta dwójka była już gotowa. Oboje udawali, że nie zwracali na siebie uwagi, ale gdyby był z nimi ktoś trzeci, na pewno zauważyłby ukradkowe spojrzenia, na nagie klatki piersiowe oraz iskry w oczach. Jednak żaden z nich nie był tego świadom. Teraz, gdy byli już wyszykowani, każdy poszedł w swoją stronę.
Zayn poszedł do Harry’ego, który od piętnastu minut czekał na niego w parku, niedaleko domu Matta. Natomiast Liam pojechał po Louisa i Nialla, ponieważ tym razem wypadła jego kolej bezalkoholowej zabawy.
- Zayn, czy ty zawsze musisz się spóźniać? – zapytał Harry, wstając z ławki.
- Wybacz, stary – powiedział, odpalając papierosa. – Miałem coś do załatwienia.
- Gapienie się na tyłek Liama, zajęło ci tyle czasu? – parsknął, idąc w stronę domu, z którego dało się słyszeć głośną muzykę.
Zayn spojrzał na niego, mrużąc oczy, ponownie chowając się za maską totalnego dupka. Nie odpowiedział nic, po prostu szedł, nie pozostawiając żadnego komentarza. To jednak nie sprawiło, że Harry przestał.
- Zayn… - powiedział cicho. – Nadal nie chcesz o tym rozmawiać?
- Nadal nie mamy o czym – stwierdził, nie patrząc na młodszego.
- A mi się wydaje, że jednak mamy.
- Idziemy na tę imprezę? I tak już jesteśmy spóźnieni – ruszył do przodu, ponownie pozostawiając temat otwartym.
Harry westchnął, pocierając nasadę nosa. Naprawdę martwił się o przyjaciela. Zayn był dla niego niczym brat, więc to logiczne, że zależało mu na jego dobru. Niestety tak długo jak brunet nie chciał z nim rozmawiać, ten nie był w stanie mu pomóc. Przyszło mu coś do głowy, jednak nie wiedział jak zareaguje na to Zayn, gdy się dowie. Harry wiedział, że skoro Zayn nie chce o tym rozmawiać, to prawdopodobnie Liam zareaguje jeszcze gorzej. Na szczęście Harry skrywał pewną tajemnicę i czuł, że to może pomóc rozwiązać mu ten problem. Uśmiechnął się pod nosem i ruszył za przyjacielem, udając, że on również zakończył temat.
Weszli do domu, gdzie trwała impreza. Połowa ludzi nie pochodziła nawet z ich szkoły. Zayn rozejrzał się dookoła, w celu znalezienia kogoś znajomego.
- Idę po coś do picia – oznajmił Harry, zostawiając go samego.
Pierwsze co przykuło uwagę Zayna, to śmiech Nialla. Spojrzał w tamtym kierunku, a jego wzrok spoczął na niskim blondynie, który urządził sobie z Louisem i Mattem konkurs picia. Widać było, że pozostali nie radzili sobie zbytnio z jego pijacką naturą, a chłopak zdawał sobie z tego sprawę.
Brunet przyglądał się im przez chwilę, a na jego usta wtargnął mały uśmiech. Nie trwał zbyt długo, ponieważ jego wzrok przemieścił się na osoby stojące za Louisem i Niallem. Dopadł go odruch wymiotny, gdy zobaczył Sophie, która praktycznie wisiała na Liamie.
Jej ręce były wszędzie, dotykała Liam w taki sposób, że w Zaynie zawrzało. Nie do końca wiedział czemu. Miał po prostu ochotę tam podejść i im przeszkodzić. Obserwował ich i zauważył pewną rzecz, a mianowicie Liam był wobec niej bierny. Był, do momentu, aż nie zobaczył Zayna.
Dłonie szatyna przesunęły się po wąskiej talii Sophie, przyciągając ją do siebie. Nie spuszczał wzroku z bruneta, gdy jego usta znalazły się na szyi swojej dziewczyny, zostawiając na niej delikatne muśnięcia. Zayn wiedział, że powinien stamtąd iść i mimo że bardzo tego chciał, nie potrafił.
Poczuł dziwne ukłucie, którego nie potrafił zidentyfikować. Ukłucie to zmieniło się w wywiercanie dziury w jego wnętrzu, gdy para publicznie się obściskiwała. Liam pocałował namiętnie swoją dziewczynę, po czym zaszczycił Zayna triumfalnym spojrzeniem.
W tym momencie pojawił się Harry, wręczając mu butelkę z piwem. Oderwał wzrok od chłopaka stojącego kilka metrów przed nim, po czym wziął kilka łyków alkoholu, sprawiając, że brwi Harry’ego złączyły się, gdy próbował przetworzyć zachowanie przyjaciela.
- Wszystko gra? – zapytał z troską w głosie.
- Jak zawsze – zaśmiał się gorzko Zayn, biorąc kolejny łyk.
- Nie wydaje mi się.
Zayn ponownie spojrzał w stronę Liama, który nie przerywał dotykania swojej dziewczyny, nadal jednak przypatrując się brunetowi. To było frustrujące. Zayn chciał jak najszybciej stamtąd zniknąć. Tylko tak mógł pozbyć się uczucia zniesmaczenia. Parsknął śmiechem, odstawiając pustą butelkę i kierując się w stronę grupki dziewczyn, które stały przy wejściu do kuchni.
Liam chciał zabawy? Będzie ją miał.
Jakąś godzinę później Zayn stał w korytarzu z Amber, dziewczyną z sąsiedniej szkoły. Drobna brunetka o czekoladowych, dużych oczach. Tak naprawdę nie bardzo wsłuchiwał się w to, co mówiła. Nie interesowało go to, co lubi lub co robi w wolnym czasie. Po prostu była ładna i nadawała się na jedną noc. W sam raz by odegrać się na Liamie, w dodatku przydałoby mu się trochę seksu z dziewczyną. Ostatnio miał wrażenie, że stawał się zależny od szatyna, co sprawiało, że nienawidził siebie jeszcze bardziej.
Wpił się w jej usta, ręką zjeżdżając wzdłuż jej talii. Wsunął ją pod krótką spódniczkę Amber, na co dziewczyna przyciągnęła go bliżej nieznacznie wiercąc się pod jego dotykiem. Zayn stwierdził, że warto skorzystać z okazji, skoro dziewczyna była chętna. Zrobił krok do przodu, aby zaprowadzić ich do jakiegokolwiek wolnego pokoju. Dziewczyna pisnęła, gdy potknęli się o leżące na środku korytarza puste kubki. Zayn przytrzymał ją, nie przestając całowania. Nie miał ochoty na żadną grę wstępną, chciał ją po prostu pieprzyć. Rano i tak nie będzie pamiętał jak wyglądała.
Gdy stali już przy drzwiach, a chłopak starał się otworzyć drzwi ktoś brutalnie im przerwał. Zayn nie zdążył niczego zarejestrować. W jednej chwili całował niską brunetkę, a w następnej poczuł mocne szarpnięcie i jęk dezaprobaty ze strony dziewczyny. Alkohol działał w jego organizmie, więc gdy tylko uniósł głowę do góry poczuł silne zawroty głowy.
- Spadaj stąd – usłyszał słowa, które na pewno nie były skierowane do Zayna.
Chłopak bardzo dobrze znał ten głos. Wiedział kto przed nim stoi, ale nie rozumiał dlaczego? W momencie, gdy świat przestał wirować ponownie podniósł głowę, a jego tęczówki spotkały te, które zwiastują problemy. Te, w których można się zatopić. Zamrugał ciężko nie przejmując się protestującą Amber, tak naprawdę ona się nie liczyła. Zacisnął dłonie w pięści mierząc wzrokiem Liama. W tle nadał słyszał wykłócającą się brunetkę.
- Wyjdź – odezwał się w kierunku dziewczyny.
- Co? – spojrzała w jego kierunku niedowierzając.
- To, co powiedziałem – nie zaszczycił jej spojrzeniem. – Muszę pogadać z Liamem.
- Chyba sobie żartujesz – zbuntowała się, krzyżując ręce.
- Jak masz na imię? – odezwał się Liam, odwracając się do dziewczyny.
- Amber.
- Super, Amber – uśmiechnął się złośliwie. – Jeśli tak bardzo zależy ci, żeby ktoś cię przeleciał, to idź na dół, tam na pewno kogoś znajdziesz.
Zayn wiedział, że powinien stanąć w jej obronie, ale słowa, które skierował do niej Liam były tak dobitne, że brunet nie mógł powstrzymać krótkiego parsknięcia.
Amber chciała wymierzyć Liamowi policzek, ale sama nie była zbyt trzeźwa, więc szatyn bez problemu złapał ją za nadgarstek, odpychając od siebie. Rozwścieczona dziewczyna rzuciła kilka obelg, po czym zeszła na dół.
Na korytarzu zapadła cisza. Zayn patrzył w podłogę, a Liam patrzył wprost na niego.
- O co ci kurwa chodzi? – odezwał się brunet. Mimo przekleństwa, jego głos był spokojny.
- O nic – odpowiedział wzruszając ramionami.
- Jak to o nic?! – chłopak podniósł głos, a jego spojrzenie padło na Liama. – Po co kazałeś jej odejść?
- Dziewczyna na jedną noc, Zayn? Serio?
Zayn zaśmiał się na te słowa, ponieważ wypowiadane przez Liama brzmiały absurdalnie.
- Martwisz się? Jakoś wcześniej ci to nie przeszkadzało. A teraz wróć do swojej Sophie i wypieprz ją na oczach swoich przyjaciół. Dużo wam nie brakowało – ruszył przed siebie, stwierdzając, że nie było sensu dłużej z nim rozmawiać.
Był już kilka kroków od schodów, gdy poczuł silne szarpnięcie za ramię. Po chwili stał przyparty do ściany, a napierające na niego ciało Liama utrudniało mu jakiekolwiek myślenie.
- Co jest? – pisnął, gdy poczuł ręce Liama na swoich biodrach.
- Nie masz prawa uprawiać seksu z przypadkowymi osobami – syknął, zjeżdżając ustami na szyję Malika. – Nie chcielibyśmy się niczym zarazić, prawda?
Zayn dobrze rozumiał sens słów szatyna, ale te usta na swojej szyi i ręce mocno zaciskające się na kości biodrowej. Sapnął, gdy Liam przejechał językiem, po nowo zrobionej malince. W tej chwili brunet miał ochotę otworzyć drzwi od pokoju, do którego jeszcze parę minut temu chciał się dostać z Amber i oddać się Liamowi.
Nagle dotarło do niego, co sobie obiecał. Miał ignorować Liama i wszystko co robił, by tylko Zayn się z nim przespał. Resztkami zdrowego rozsądku odepchnął od siebie chłopaka, który nie spodziewał się takiej reakcji.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić! Będę sypiał z kim chcę! – krzyknął Zayn, przykładając palec wskazujący do klatki piersiowej Liama. – Lepiej spójrz na siebie. Z naszej dwójki to raczej ty powinieneś martwić się zarażeniem się… Z Sophie nigdy nic nie wiadomo.
Liam popchnął Zayna, który z hukiem uderzył o ścianę. Syknął, łapiąc się za głowę.
- Nie waż się tak mówić – powiedział, szarpiąc go za koszulkę.
- Liam, daj mi spokój, okej? – powiedział ściszonym głosem. – Mam już tego dość.
Nie tego się spodziewał. Myślał, że szatyn za chwilę się na niego rzuci lub zacznie okładać pięściami. Jednak nic takiego się nie stało. Liam puścił bruneta, ale nie odsunął się od niego.
- Czego masz dość? – zapytał.
- Tego, że traktujesz mnie jak dziwkę. Mam dość tego. Od momentu jak się wprowadziłem nie robimy nic innego niż się pieprzymy.
- Myślałem, że ci to nie przeszkadza – Liam wyglądał na dość zaciekawionego tą rozmową.
- Liam… to, co robimy nie jest normalne, nie rozumiesz tego? Może ty nie masz wątpliwości, ale zacznijmy od tego, że to nie ja pieprzę ciebie, tylko odwrotnie. Mam tego dość.
- Gdyby ci to przeszkadzało, to byś odmówił.
- Odmawiałem Liam, odmawiałem – westchnął. Czuł jak duża ilość alkoholu nie tylko sprawiała, że świat wirował, ale również sprawiała, że robił się odważniejszy. – Po prostu… mam wrażenie, że to, czego chcę ja, a to czego pragnie moje ciało, to dwie różne rzeczy.
Zayn westchnął, wiedział, że jutro będzie miał cholernego kaca moralnego. Miał tylko nadzieję, że Liam był równie pijany jak on i niczego nie zapamięta. Odepchnął szatyna po raz kolejny, chcąc udać się w stronę wyjścia. Tym razem nie został zatrzymany. Wcale go to nie obeszło. Wcale nie poczuł uścisku w klatce piersiowej.
Liam stał przez chwilę na korytarzu, patrząc jak Zayn chwiejnym krokiem schodził po schodach. Zastanawiał się nad tym, co powiedział mu brunet, czy naprawdę to co robili, aż tak na niego wpływało? Zawsze miał go za osobę, która nie przejmowała się niczym, korzystając w całości z tego, co dostaje. Nie sądził, że ten chłopak bez uczuć, z charakterem chama, mógłby się czymś przejąć.
A może źle go ocenił? Może tak naprawdę Zayn nie był do końca tą osobą, za którą wszyscy go mieli?
- Liam? – dobiegł go żeński głos.
- Tak, kochanie? – zapytał Sophie, która od razu zatopiła się w jego ramionach.
- Szukałam cię – zamruczała zachęcająco. – Może… znajdźmy wolny pokój, okej?
- Sophie, skarbie – zaczął – mam coś do załatwienia, znajdę cię później, dobrze?
- Ale Liam – sapnęła, otaczając go ramieniem.
- Później – powiedział na odchodne, zostawiając ją w korytarzu. To nie tak, że nie miał ochoty na seks ze swoją dziewczyną, po prostu odczuł potrzebę sprawdzenia, czy z Zaynem wszystko w porządku. I nie, wcale się o niego nie martwił.
Szukał go przez chwilę, ale w domu go nie było, a głośna muzyka utrudniała mu skupienie myśli. Widział Stylesa, który upijał się w towarzystwie grupki dziewczyn, ale Zayna tam nie było. Mógł szukać go na własną rękę, ale wiedział, że Harry na pewno dysponował jakimiś informacjami. Podszedł do niego, spotykając się z jego zdziwionym spojrzeniem.
- Liam – powiedział zaskoczony.
- Wiesz, gdzie jest Zayn?
- No tak – skrzyżował ramiona, przyglądając się mu uważnie. – Co się między wami dzieje?
- To ja zadałem pytanie, Styles – starał się zachować kamienny wyraz twarzy. – I nie wiem o co ci chodzi.
-Widziałem was w szkole, okej? Zayn nie chce mi nic powiedzieć, ale widzę, że coś jest nie tak – odparł. – Niby dlaczego miałbym ci powiedzieć, gdzie on jest?
- Nie będę z tobą o tym rozmawiał, na pewno nie z tobą. Po prostu powiedz mi, gdzie go znajdę. Chcę sprawdzić czy wszystko z nim w porządku.
Harry wyglądał jakby walczył sam ze sobą. Wahał się przez chwilę, krążąc spojrzeniem ponad ramieniem Liama, po chwili skupiając spojrzenie na jego twarzy.
- Okej – przytaknął. – Powiedział, że idzie do domu. Nie wyglądał najlepiej, ale nie chciał, żebym go odprowadził.
- Więc tego nie zrobiłeś. Prawdziwy przyjaciel z ciebie – zadrwił. – Dawno wyszedł?
- Od razu po tym jak zszedł na dół.
- Dzięki – poklepał Harry’ego po ramieniu i udał się ku wyjściu.
Nie musiał daleko szukać. Po wyjściu na zewnątrz od razu dojrzał Zayna siedzącego na schodach, z głową opuszczoną na własnych kolanach. Uśmiechnął się, nie wiedząc nawet dlaczego, po czym zbliżył się do niego, siadając obok niego.
- Wszystko w porządku? – zapytał.
- Nie – odpowiedział cicho Zayn. – Chciałem wrócić do domu, ale… chyba nie jestem w stanie.
- Właśnie widzę. Czemu się tak wstawiłeś? To do Ciebie niepodobne, Zayn – przyglądał się profilowi chłopaka, jego kościom policzkowym i zarysowanej szczęce.
- Miałem powód – odpowiedział, kładąc głowę z powrotem na kolana. Miał przymknięte oczy i zaciśnięte usta.
- Chodź – powiedział po chwili Liam, wstając z miejsca, delikatnie łapiąc Zayna za ramię. – Zaprowadzę cię do domu, okej?
- Sam sobie poradzę – syknął, próbując się wyrwać.
- Nie sądzę. Pozwól się odprowadzić.
- Mhmm – wymamrotał, pozwalając by Liam pomógł mu stanąć na nogach.
Szli w stronę domu w ogóle ze sobą nie rozmawiając. Co prawda Liam miał samochód, którym przyjechał na imprezę, ale stwierdził, że Zaynowi przyda się spacer, a on wróci po niego, gdy tylko odprowadzi bruneta. Cisza ciążyła im, ale żaden z nich przez dłuższy czas się nie odezwał. Prawa ręka obejmowała Zayna w pasie, trzymając do w pionie. Natomiast lewe ramię bruneta przytrzymywało się Liama.
- Czemu to robisz? – zapytał w końcu Zayn.
- Co?
- Jesteś dziwnie miły – odpowiedział. – Nie prześpię się z tobą.
Te słowa sprawiły, że Liam parsknął śmiechem. Nie wierzył w to, co słyszał. Spojrzał na Zayna, który wpatrywał się w chodnik.
- Naprawdę wychodzę na takiego chuja? – zapytał.
- Jesteś nim – wybełkotał Zayn.
- Nie jestem – to były jedyne słowa, które wypowiedział.
- Liam?
- Od kiedy mówisz mi po imieniu? – zdziwił się Liam, nie ukrywając rozbawienia.
- Spierdalaj – syknął Zayn, ukazując tym swoje zmieszanie.
- Dobrze, nieważne. O co chciałeś zapytać?
- Dlaczego ja? Czego tak właściwie ode mnie chcesz? Bo wiesz… to dziwne. Nienawidzimy się o zawsze, od zawsze ze sobą rywalizujemy. A praktycznie wystarczyło, że zamieszkaliśmy w jednym domu, a nasze relacje… No wiesz, to dziwne. Sypiamy ze sobą, nienawidząc się jednocześnie. Ja cię nawet nie lubię, jednak nie potrafię wyjaśnić..
- Mam tak samo, Malik – przerwał mu szatyn. – Nie potrafię tego wytłumaczyć i tego nie wytłumaczę.
Nagle rozmowa została skończona, ponieważ znaleźli się przed własnym domem. Liam spojrzał na Zayna, po czym puścił go na moment, by otworzyć drzwi. Weszli do środka, a szatyn ponownie objął chłopaka, by pomóc mu wejść po schodach. Trochę im to zajęło, ponieważ stan Zayna z każdą minutą był coraz gorszy.
Liam dobrze wiedział, że poranek będzie dla niego uciążliwy, ale nie współczuł mu. Należało mu się, ponieważ sam tego chciał. Chociaż z drugiej strony może nawet dobrze się stało, ponieważ pierwszy raz ze sobą rozmawiali. Miał tylko nadzieję, że Zayn nie będzie o niczym pamiętać.
Gdy weszli do pokoju, szatyn od razu posadził Zayna na łóżku, pomagając zdjąć mu buty. Liczył na to, że chłopaka zaprotestuje, ale nic takiego się nie wydarzyło, a był tak wstawiony, że nawet nie próbował sam się rozebrać. Liam westchnął wykończony tym dniem. Nachylił się nad siedzącym chłopakiem, sięgając do jego paska. Odpiął go, pomagając brunetowi zdjąć spodnie.
W momencie, gdy koszulka Zayna również wylądowała na podłodze, a chłopak położył się na łóżku będąc w samych bokserkach, Liam miał ochotę się na niego rzucić. Jednak tego nie zrobił. Przypomniał sobie rozmowę z Zaynem, stwierdzając, że tym razem się powstrzyma.
- Liam… - odezwał się Zayn.
- Tak? – odezwał się, przyglądając się chłopakowi.
- Pocałujesz mnie?
- Co?! – Liam był zaskoczony tym pytaniem. Seks to seks. Pocałunek podczas seksu, to nic wielkiego, ale sam pocałunek…
- Proszę, jutro i tak pewnie nie będę niczego pamiętać.
Liam przez chwilę się mu przyglądał, zastanawiając się nad tym, co powinien zrobić. Podjęcie decyzji nie trwało jednak zbyt długo. Usiadł na łóżku, przysuwając się do Zayna. Spojrzał na jego zamknięte oczy i zaciśnięte usta, powoli zmniejszając dystans i układając na nich swoje. Zayn drgnął, nie spodziewając się, że Liam spełni jego prośbę. Po chwili jednak delikatnie naparł na niego swoimi wargami.
Pocałunek nie trwał długo. Jedynie kilka sekund. Nie można go było nazwać do końca pocałunkiem. Było to raczej delikatne muśnięcie warg, bez użycia zębów czy języka.
Jeszcze wtedy żaden z chłopaków nie przewidział, ze ta mała pieszczota wiele zmieni.
No, bo przecież Zayn nie będzie rano niczego pamiętać, a Liam wcale nie poczuł małego skurczu w klatce piersiowej. Ani trochę.
****
– Poproszę niskokaloryczne cappuccino z odtłuszczonym mlekiem kozim i podwójną pianką – mówię cicho, ledwo słyszalnie, do uśmiechniętej ekspedientki. Kiwa głową i podaje mi paragon. Siadam przy wolnym stoliku nieopodal kasy, by nie blokować dostępu innym klientom.
Z mojego miejsca mam doskonały widok na galerię. Przypatruję się ludziom mijającym kawiarnię – wszyscy się gdzieś spieszą. Właściwie lubię tłumy, ale nie przepadam za byciem wśród ludzi samotnie. Potrzebuję towarzystwa. Potrzebuję drugiej osoby obok, by uśmiechnęła się do mnie bez powodu. Nie chcę być samotny.
Lubię tłumy, ale i wśród nich możesz być sam jak palec. Nie ma idealnego rozwiązania.
Wzdycham zrezygnowany, gdy mój wzrok zatrzymuje się na znajdującym się naprzeciwko ‘’Silent Chemistry” po raz dziesiąty w ciągu pięciu minut. Nic na to nie poradzę.
Bo to nie sam sklep mnie interesuje.
To jeden z jego pracowników. I mój Boże, właśnie go widzę.
Chłopak jest niższy ode mnie, ma urocze, niebieskie oczy, wąskie, czerwone usta, które aż proszą o pocałunki i jasnobrązowe włosy, zazwyczaj w artystycznym nieładzie. Zawsze widzę go uśmiechniętego, czy to gdy doradza klientowi, czy gdy rozmawia z koleżanką z pracy.
(O którą wcale nie jestem zazdrosny. Szczęściara.)
Teraz chłopak niesie w swoich drobnych rączkach stertę ubrań i wieszaków. Ostatkiem sił zmuszam się do pozostania na miejscu, bo tak bardzo chciałbym mu pomóc! Nieznajomy chłopak co prawda nie wygląda na szczególnie słabowitego, ale szczęściem dla mnie byłoby zobaczyć jego wdzięczny uśmiech i usłyszeć podziękowania, które wyszeptałby swoim melodyjnym głosem. (Nigdy nie słyszałem jego głosu, ale wyobrażam sobie, że jest wysoki, dźwięczny i piękny, niemal tak samo jak on sam.)
– Proszę pana! – mówi ekspedientka, a ja potrząsam głową ze zdziwieniem. Kobieta stoi za ladą, a w ręku trzyma moje cappucino. Wygląda na zniecierpliwioną – musiałem się bardzo zamyślić.
Odbieram kawę i mrucząc ciche „do widzenia” opuszczam kawiarnię. Nie jestem dobry w kontaktach międzyludzkich, raczej określiłbym się jako nieśmiałego, ale staram się sprawiać odmienne wrażenie.
To najwyraźniej działa. Jeśli masz jakiś problem, to najlepiej iść z nim do Harry’ego, prawda? W oczach innych jestem odważny, wygadany, a nawet arogancki, podczas gdy w środku trzęsę się ze strachu na samą myśl o na przykład poznaniu kogoś nowego. Nigdy nie sądziłem, że da się tak łatwo oszukać ludzi. Nawet przyjaciół i bliskich znajomych.
Przez chwilę chodzę bez celu, po prostu przypatrując się witrynom sklepów. Kawa stygnie, czas mija, a ja dalej nie robię nic konkretnego.
A jeśli poszedłbym do tego sklepu?
Wyrzucam kubek z kawą do śmietnika, za późno orientując się, że przecież nie wypiłem nawet łyka. Brawo, Styles, ty idioto. Na miękkich nogach idę w stronę ‘’Silent Chemistry”. Zatrzymuję się przed witryną, biorąc ostatni głęboki wdech i popycham szklane drzwi.
Już na progu uderza mnie zapach jakichś perfum (bardzo ładnych), które pracownicy codziennie wszędzie rozpylają. Rozglądam się szybko, ale nigdzie nie widać tego chłopaka.
Opanowuję drżenie rąk i przybieram na twarz wyćwiczony, pewny wyraz twarzy. Nonszalanckim krokiem podchodzę do wieszaków ze spodniami.
I choć moje myśli krzyczą z przerażenia, ignoruję je. Teraz jestem niepokonanym Harrym Stylesem, który dostaje zawsze to, czego chce.
Chwytam pierwszą lepszą parę jeansów i wolnym krokiem okrążam cały sklep. Nigdzie go nie ma, cholera. Z westchnieniem kieruję się do przymierzalni, bo dziewczyna stojąca przy kasie zaczyna mnie obserwować.
Zbliżam się do małego kontuaru, w ostatniej chwili unosząc wzrok ze swoich butów, a moje oczy napotykają niebieskie oczy tego chłopaka.
Jego idealne usta rozciągają się w uśmiechu, który nie wygląda na wymuszony, kiedy pyta melodyjnym głosem. – Tylko te spodnie?
(Wiedziałem, że jego głos taki będzie. Punkt dla mnie!)
Kiwam lekko głową, dalej przybierając pozę typu mów-ale-mnie-to-nie-obchodzi. Przynajmniej się staram, bo sam głos tego chłopaka topi moje serce, sprawia, że ręce się trzęsą i zapominam, że muszę się kontrolować.
Chłopak uśmiecha się szerzej. – Czy mogę pana prosić, żeby przyłożył torbę do czytnika?
I cholera, jestem pewien, że zachichotał przy słowie „torba”. Zachichotał, kurwa.
Przykładam torbę do dziwnego urządzenia na ścianie, a chłopak ciągle wnikliwie mnie obserwuje. Może on… Ale lepiej nie wyobrażać sobie zbyt wiele.
– Proszę za mną. – Idziemy razem do pierwszej przymierzalni. Szatyn trzyma w ręku pisak. – Jestem Louis, pracuję tutaj, więc jeśli coś nie będzie się zgadzało z rozmiarem albo kolorem, proszę śmiało mówić. Na pewno coś poradzimy. – Uśmiecha się i mruga do mnie. Niech on przestanie być taki pociągający. – Pana imię?
– Harry – odzywam się po raz pierwszy. I mogę przysiąc, że drgnął, kiedy mu odpowiedziałem. Albo może mi się przewidziało?
– Pan Harry – mówi po cichu Louis, zapisując moje imię na lusterku. Pod spodem umieszcza jedynkę i swój podpis. – Proszę mówić, jeśli coś będzie potrzebne.
Wchodzę do przymierzalni, zaciągając zasłonkę. Z westchnieniem opadam na stołek w rogu, twarz kryjąc w rękach. Louis sprawia, że jestem delikatny i słaby.
Gdzie podział się Harry, którego teraz potrzebuję?
***
“Silent Chemistry” wita mnie tym samym zapachem, co zawsze, gdy wchodzę do sklepu, zaczynając moją zmianę. Jak zwykle spóźniam się kilka minut i wbiegam, udając zdenerwowanie. Tak naprawdę traktuję to jak poranny jogging, na który nie mogę sobie pozwolić w dni robocze.
– Spóźnienie, panie Tomlinson - uśmiecha się do mnie Eleanor, wychylając się zza skórzanych kurtek z nowej kolekcji, którą właśnie wprowadzamy do sklepu.
– To już się nigdy więcej nie powtórzy. Och, co ja mówię? Oczywiście, że się powtórzy! – Podchodzę do niej i obejmując ją ramieniem, całuję w policzek. – Co dzisiaj mamy?
– Zwykły dzień i niezwykle wielkie uzupełnianie kolekcji. Wpisuję do systemu, Josh roznosi – wskazuje na niskiego szatyna, który trzyma stertę koszulek i uśmiecha się do nas – a ty stoisz przy przymierzalniach. – Wyciąga do mnie dłoń, jakby chciała przypieczętować tak naszą umowę.
– Mamy deal.
– Co z Zaynem? – Po prostu zmienia temat, wpatrując się we mnie z bezczelnym uśmiechem. Rumienię się na wspomnienie wyższego Mulata o kruczoczarnych włosach i czekoladowych tęczówkach (tęczówkach w kolorze cholernej mlecznej czekolady z wedla).
– A więc gdzie jest nasz Louis Cudowny Tomlinson, do którego stóp klękają wszyscy mężczyźni w tym mieście?
– Zabrzmiało to trochę zbyt protekcjonalnie. – Posyłam jej zdegustowane spojrzenie. – Cóż, bóg Louis nadal tu stoi, tylko jest odrobinę onieśmielony anielskimi ustami Zayna Malika, których zapewne posmakuje, kiedy spotkają się na randce w kawiarni właśnie w tę sobotę.
Eleanor aż piszczy i podskakuje z radości na moje słowa.
– Do walki, dziki kocie! – I chociaż brzmi tak jak zazwyczaj, wyobrażam sobie jak krzyczy to przed meczem Wild Cats w High School Musical i wskakuje w ramiona filmowego Troya, granego przez Zaca Efrona, a w tle zaczynają grać jakąś melodię. Kibice z trybun po prostu wstają i spontanicznie zaczynają tańczyć cholernie skomplikowaną choreografią, zawierającą zsynchronizowane ruchy, które w żadnym wypadku nie były ustalone. Dochodzę do wniosku, że to miły obrazek, szczególnie, że Zac jest bez koszulki. A tak naprawdę stoi tam Zayn, i to całkiem nagi i wcale nie trzyma Eleanor, ale powoli idzie w moim kierunku, uśmiechając się do mnie i to właśnie sprawia, że ten poniedziałek staje się lepszy, niż się na to zapowiadało.
– Halo, Tommo! – Eleanor macha mi przed twarzą otwartą dłonią. Potrząsam głową i z pięknego snu wracam do szarej rzeczywistości. – Odbiór!
– Odbiór, odbiór. – Uśmiecham się delikatnie i zupełnie niewinnie, a dziewczyna kręci głową z dezaprobatą. – Słucham, najwspanialsza?
– Mówiłam, żebyś ruszył ten swój seksowny tyłeczek do pracy. – Omija wieszak, za którym dotychczas stała i popycha mnie w stronę przymierzalni. – Do roboty, kochasiu!
– Już, już!
Ruszam do kontuaru, a stamtąd obserwuję klientów.
Wysoka kobieta o długich, kasztanowych włosach przygląda się bordowej sukni. Jej partner zainteresowany jest swoim telefonem, nie poświęcając jej żadnej uwagi.
Dwie, trochę zbyt rozchichotane nastolatki obchodzą sklep, komentując dosłownie wszystko. Ich śmiech i pojedyncze piski roznoszą się po całym pomieszczeniu.
Właściwie ludzie tylko do nas wchodzą, rzucają okiem, a później szepcą coś do siebie nawzajem i wychodzą. No tak, oczywiście nie licząc jednej osoby.
Chłopak od kilku minut krąży pod sklepem. Czasem siada na ławce, popija kawę, oddala się na kilka metrów, by potem znów wrócić i posłać kilka spojrzeń w naszym kierunku.
Zastanawia mnie, jak miękkie muszą być jego włosy – czekoladowe loki, które opadają mu na czoło, czasem przysłaniając jedno oko.
Patrzę, jak nagle zmienia się jego postawa. Po prostu wchodzi do sklepu, idąc już zdecydowanie pewniej. Chwyta parę jeansów i jeszcze przechodzi pomiędzy wieszakami, jakby czegoś szukał, a kiedy się do mnie zbliża, wpatrzony jest w swoje buty.
W ostatnim momencie podnosi na mnie wzrok. Uderza mnie, jak piękne są jego tęczówki. Dwa szmaragdy patrzą na mnie trochę zaskoczone. Uśmiecham się do niego, a potem pytam. – Tylko te spodnie?
Kiwa ot tak głową, ale nie udaje mu się ukryć zdenerwowania, co sprawia, że wydaje mi się najbardziej uroczą osobą na całej pieprzonej planecie.
– Czy mogę pana prosić, żeby przyłożył torbę do czytnika?
Chłopak odsuwa się i przykłada swoją torbę do urządzenia na ścianie. Zapewne trochę zbyt wnikliwie go obserwuję, ale – uwierzcie mi – nikt nie mógłby inaczej.
– Proszę za mną. – Kieruję go do pierwszej przymierzalni. – Jestem Louis, pracuję tutaj, więc jeśli coś nie będzie się zgadzało z rozmiarem albo kolorem, proszę śmiało mówić. Na pewno coś poradzimy. – Uśmiecham się do niego i mrugam, chociaż zapewne wyglądam w tym momencie jak naprawdę obsesyjny pedofil, który ma chrapkę na pierwszego lepszego młodego chłopca. Wyrzucam tę myśl z głowy, ponieważ tak naprawdę ten koleś plasuje się u mnie już na podium. – Pana imię?
– Harry. – I wtedy słyszę jego głos. Zachrypnięty i piękny.
– Pan Harry. – Notuję na lusterku obok przymierzalni. Pod imieniem chłopak stawiam jedynkę, oznaczając przymierzane ubrania, a na samym dole umieszczam swój podpis. – Proszę mówić, jeśli coś będzie potrzebne.
Chłopak zasuwa za sobą zasłonkę i wtedy oddycham z ulgą.
A więc to ja – Louis. W zamian za anioła zesłali mi Boga.
***
Prawdopodobnie powinienem przymierzyć wreszcie te spodnie, ale nie mam siły. Obserwuję za to nogi Louisa, kiedy wierci się przy kontuarze.
Mija pewnie kilka minut, zanim powoli podnoszę się ze stołeczka i ściągam moje własne jeansy. Już na pierwszy rzut oka widzę, że spodnie, które złapałem w biegu, są za duże i nie będą pasować. A to oznacza z kolei, że znów będę musiał porozmawiać z Louisem.
Rezygnuję z przymierzenia spodni w niemal ostatniej chwili. Po prostu powiem mu, że się rozmyśliłem.
– I jak? – Rozlega się głos zza zasłonki. Cholera, to Louis. I co teraz? Okej, Harry, dawaj, myśl. Możesz powiedzieć, że ci się nie podobają i wyjść albo… Uśmiecham się pod nosem, bo wiem co jeszcze mogę zrobić.
– No nie wiem – rzucam na tyle głośno, by Louis mnie usłyszał. – Chyba potrzebuję obiektywnej opinii. Pomożesz?
Louis odsuwa zasłonkę i gwałtownie nabiera powietrza do ust.
– Ale pan… Nie masz na sobie spodni – mamrocze, oblewając się rumieńcem.
– W tym rzecz – odpowiadam i łapię go za rękę, jednym ruchem wciągając do przymierzalni. Zaciągam szczelnie zasłonkę i obracam się, by spojrzeć na zdezorientowanego chłopaka. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że wszystko się uda i jeszcze dziś nie skończę w areszcie oskarżony o gwałt. To byłoby trochę niefortunne.
Louis dalej gapi się na mnie tymi wielkimi niebieskimi oczami, kiedy powoli do niego pochodzę, lekko kręcąc na boki biodrami. – Czy jest coś, w czym mogę pomóc? – pyta drżącym głosem.
Jestem już tak blisko, że na pewno czuje mój oddech koło swojego ucha. Dostrzegam, jak gorączkowo maca rękami ścianę, zupełnie tak, jakby chciał się czegoś złapać. Opieram swoje dłonie po obu stronach jego głowy i szepcę. – Jest taka sprawa, Louis. Chciałbym wiedzieć ile kosztuje miłość.
Louis otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Po prostu na mnie patrzy, jakby nie rozumiał, ale wiem, że tak nie jest. Ta mała cholera rozumie aż za dobrze i teraz tylko próbuje doprowadzić mnie na skraj samym spojrzeniem.
Pochylam się, zaczynając ssać malinkę na opalonej skórze jego szyi. Louis jęczy cicho i przenosi ręce ze ściany na moje plecy, przyciągając mnie bliżej. Nasze miednice się dotykają i wow, czuję jak bardzo jest już twardy, a ja nawet porządnie nie zacząłem. Eksperymentalnie wypycham biodra w przód, powodując tarcie, a chłopak niemal więdnie. Tak, zdecydowanie będzie ciekawie.
Przenoszę usta na jego policzek, składając tam delikatny pocałunek i już mam ucałować drugi, kiedy Louis mnie odpycha i ściąga przez głowę moją koszulkę. Odrzuca ją gdzieś w przód i jestem niemal pewien, że wylądowała za przymierzalnią. Może nawet na środku sklepu. Wzruszam ramionami i najpierw pozbywam się jego jeansowej kurtki (którą nie wiadomo po co nosi – hipster się znalazł), a zaraz potem czarnej koszulki. Pochylam się i składam pocałunki na całej jego brodzie, później szyi, pokrytej tatuażami klatce piersiowej i idealnie zarysowanym sześciopaku. Klęczę teraz na kolanach, ssąc malinkę na kości biodrowej Louisa i delikatnie pocierając jego biodra przez materiał czarnych, opinających jeansów.
– Mogę? – rzucam mu spojrzenie spod rzęs, bawiąc się paskiem jego spodni. Louis na chwilę wstrzymuje oddech i lekko kiwa głową.
Odpinam szybko pasek i guzik, mocno ciągnąc spodnie w dół. Już mam ostatecznie zdjąć je z nóg szatyna, gdy pojawia się jeden problem.
Białe vansy Louisa.
Wzdycham, a chłopak podąża za moim spojrzeniem i rumieni się gwałtownie. – Poczekaj, zaraz je zdejmę, poczekaj…
I już się pochyla, by rozwiązać sznurowadła, ale go powstrzymuję. Rozwiązuję oba vansy, starając się wyglądać tak seksownie, jak tylko można, gdy zdejmuje się komuś buty i unoszę najpierw jedną, a potem drugą stopę, by móc zdjąć obuwie. I wtedy moim oczom ukazują się… skarpetki w hamburgery. Louis chyba nie przewidywał, że będzie się dziś z kimś pieprzył.
Unoszę na niego wzrok – jeśli istnieje jakaś miara stopnia zawstydzenia, to Louis przekroczył górną granicę już dawno temu. Jego policzki płoną i uparcie odwraca wzrok.
Łapię jego małą rączkę w moją dłoń i kciukiem gładzę jej wierzch. Mam nadzieję, że Louis rozumie o co chodzi – nie ma przecież w świecie nic słodszego niż skarpetki w hamburgery. Zdejmuję je także i teraz już nic nie przeszkadza w ostatecznym ściągnięciu spodni z nóg Louisa.
Wykorzystuję to, że Louis patrzy gdzieś na ścianę i ściskam jego nabrzmiałego penisa przez materiał bokserek. Chłopak wzdryga się na tak mało subtelny kontakt i przenosi na mnie wzrok. Unoszę w górę brwi, bawiąc się gumką od jego bokserek, niemo pytając o pozwolenie. Kiwa lekko głową, a ja zamaszystym ruchem ściągam je aż do kostek. Gruby, długi i nabrzmiały penis staje dumnie naprzeciw jego umięśnionego brzucha, a ja przypatruję się przez chwilę, oniemiały. Trafiłem na pieprzony ideał chłopaka.
Odrzucam bokserki Louisa gdzieś w kąt i liżę jego penisa od podstawy aż po samą główkę. Chłopak sapie lekko, kiedy biorę go do ust. Poruszam się boleśnie powoli, wirując językiem na czubku, liżąc szczelinę i przygryzając gdzieniegdzie zębami. Louis jęczy tak głośno, że pewnie słyszy go cały sklep, ale żaden z nas się tym nie przejmuje.
Czuję, jak penis Louisa drga mocniej w moich ustach i przygotowuję się na to, że zaraz dojdzie, ale wtedy chłopak zdecydowanie mnie odpycha. Upadam na tyłek, patrząc na niego zdezorientowany.
– Nie chcę dojść w ten sposób. – Wzrusza ramionami. – Wstań i odwróć się.
Wykonuję szybko jego polecenie. Louis kreśli kółeczka na moich biodrach, całuje plecy i głaszcze moje ramiona. Ściąga powoli moje bokserki, a ja pomagam mu się ich do końca pozbyć. Obejmuje mnie od tyłu, przyciskając swojego twardego penisa do moich pośladków. Chyba już wiem, kto będzie na górze. I nie mam nic przeciwko.
– Masz lubrykant? – mruczy mi do ucha, przygryzając jego płatek. Uśmiecham się delikatnie.
– Noszę zawsze przy sobie – odpowiadam, a chłopak się zatrzymuje i patrzy na mnie zdezorientowany. Wybucham stłumionym śmiechem. – Oczywiście, że nie mam! Za kogo ty mnie uważasz?
Louis także się śmieje i brzmi przy tym jak milion małych dzwoneczków.
– No cóż – szepce, przystawiając mi do ust trzy palce. Zasysam je mocno, dokładnie pokrywając je całe śliną. – Poradzimy sobie bez niego.
Zabiera palce i po chwili czuję, jak jeden z nich naciska na moje wejście. Staram się rozluźnić, bo czekałem tak długo, by choć zbliżyć się do Louisa, a teraz jestem tutaj. Nic mi tego nie popsuje.
Louis wsuwa we mnie jeden palec i porusza nim na próbę. Jęczę cicho, tak bardzo chcąc dać mu znak, że jest świetny. Ale wiem, że nie wyduszę z siebie ani słowa. Czuję, jak Louis dodaje drugi palec, krzyżując je i poruszając coraz szybciej. Krzyczę cicho, gdy trafia w moją prostatę.
– Już, Louis – jęczę, wypychając biodra do tyłu. – Wejdź już we mnie.
– Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś nosicielem? – pyta Louis, unosząc jedną brew do góry. Cóż, wiem, że nie jestem, ale ryzyko zawsze istnieje, prawda? Wzruszam ramionami, a chłopak dodaje trzeci palec. Jezusie Chrystusie. – Masz może gumki?
Rumienię się wściekle i wskazuję głową na torbę. – Są… uch… są tam. Jest też… kurwa…
– Co? – śmieje się Louis, a palcami po raz kolejny trafia w moją prostatę. – Masz kurwę i prezerwatywy w torbie?
– Nie – sapię. – Mam tam tylko… gumki… i butelkę wody… Och… Może się przydać.
– Przezorny zawsze ubezpieczony, co? – pyta Louis i wyjmuje ze mnie palce. Rumienię się i odwracam wzrok. Niesamowite, jak szybko nasz role się odwróciły.
Louis siada na stołku w kącie i przyciąga do siebie torbę. Gmera w niej trochę, by po chwili wyciągnąć butelkę wody mineralnej i paczkę prezerwatyw. Rozrywa małe opakowanie i zakłada gumkę na swojego sterczącego penisa. Patrzę zniecierpliwiony, kiedy powoli wylewa na niego jeszcze trochę wody. Zakręca butelkę i uśmiecha się do mnie. – Chodź tutaj, Harry.
Podchodzę bliżej, naprawdę podniecony, ale też niepewny. Właśnie będę uprawiał seks z nieznajomym w miejscu publicznym. To w jakiś sposób ekscytujące.
– Chcę żebyś mnie ujeżdżał, Harry – szepce nisko Louis i ciągnie mnie za rękę. Chcąc czy nie, siadam na jego biodrach, a nasze penisy się dotykają. – Unieś się troszkę, właśnie tak – instruuje, a ja spełniam jego polecenia. Teraz jego twardy kutas znajduje się między moimi pośladkami. – Opuść się, Harry. Tylko powoli. – Opadam niespiesznie, by za chwilę znów siedzieć na jego biodrach.
Czuję w sobie całą jego długość. Oddycham głęboko, starając się przyzwyczaić do jego rozmiarów i na próbę unoszę się lekko. Przyjemność jest niesamowita, nawet jeśli czuję troszkę bólu.
– Porusz się znowu, Harry – szepce Louis. Jego policzki są rumiane, włosy lepią się do czoła, a oczy błyszczą i wygląda teraz piękniej niż kiedykolwiek wcześniej. – Proszę.
Spełniam jego prośbę, znowu unosząc się do góry i szybko opadając na jego biodra. Louis krzyczy cicho i przyciąga mnie bliżej, chowając twarz w mojej szyi. Zaczynam powtarzać ten sam ruch, dając się ponieść obezwładniającej przyjemności.
To nie jest moja wymarzona, romantyczna sceneria z płatkami róż i świecami zapachowymi. Jest niewygodnie i rozciąganie trochę boli. Ale z drugiej strony jest Louis, ucieleśnienie moich marzeń. Dzięki niemu jest wspaniale.
Przyspieszam swoje ruchy na jego penisie, bo czuję, że długo już nie wytrzymam. Zaciskam się na nim kilka razy i czując, jak jego kutas drga głęboko we mnie, pozwalam sobie na spełnienie. Tryskam spermą między nasze złączone ciała dokładnie w momencie, kiedy Louis dochodzi gdzieś w moim wnętrzu.
Ujeżdżam jeszcze chwilę swój orgazm i po chwili przestaję się poruszać. Trwamy jeszcze tak jakiś czas, zupełnie nieruchomi, po prostu uspakajając swoje oddechy. Kiedy uczucie posiadania Louisa dalej we mnie robi się nieprzyjemne, unoszę biodra i penis chłopaka opuszcza moje wnętrze. Czuję się tak beznadziejnie pusty, że przez chwilę myślę, że może lepszym byłoby, gdyby Louis we mnie został, bez względu na ból.
– Chyba powinniśmy się ubrać – mamrocze Louis niewyraźnie, a jego policzki są dalej zarumienione.
Kiwam głową i wstaję z jego bioder. Jest tak niezręcznie. – Em, tak, chyba tak.
Ubieramy się w ciszy. Louis ma już na sobie wszystko (łącznie z głupią jeansową kurtką, w której wygląda nieprzyzwoicie dobrze), a ja ciągle nie mogę znaleźć mojej koszulki. Nagle doznaję olśnienia.
– Wyrzuciłeś ją gdzieś poza przymierzalnię – chichoczę, a Louis wywraca oczami. – Więc ty po nią idziesz, kochasiu.
Louis wzdycha i składa całusa na moim policzku. Drżę, bo musiał stanąć na palcach, by to zrobić i kurczę, to było całkowicie i niezaprzeczalnie urocze. – Tak jest, kapitanie!
Uchylam zasłonkę i obserwuję, jak rozgląda się po sklepie.
***
Nie wiem, co o tym sądzić.
Seks z Harrym, Harry, to wszystko – to niesamowite, prawda. Ale jak to wpływa na nasze relacje, jeśli takowe dla niego istnieją? Co z Zaynem? Coraz bardziej czuję, że będę raczej tego żałował.
Obchodzę cały sklep, a koszulki nigdzie nie ma. Zrezygnowany ruszam w kierunku Eleanor, która wnikliwie mi się przygląda. Już widzę, że chowa coś za plecami. Nie obędzie się bez dłuższej rozmowy.
– Widziałaś może na podłodze czarną koszulkę? – pytam cicho, a dziewczyna lustruje mnie spojrzeniem.
– O tę? – odpowiada pytaniem na pytanie, wyciągając przed siebie ubranie. Tak, właśnie tę.
– Dokładnie – mówię i wyciągam po nią dłoń. – Dzięki, Els.
Ale dziewczyna szybko cofa rękę. – Coście tam wyprawiali?
Wzdycham tylko. – Eleanor, nie mam siły teraz o tym rozmawiać. Daj mi tą pieprzoną bluzkę.
– Oczywiście, że nie masz siły – prycha dziewczyna. – Przypadkowy seks w przymierzalni rzeczywiście bywa męczący. Nie rób takiej miny, cały sklep słyszał.
Rozglądam się i dziękuję Bogu, że w sklepie są teraz tylko te dwie nastolatki. Patrzą w naszym kierunku i niezbyt subtelnie coś do siebie szepcą. Będą miały co opisywać na Twitterze czy innym gównie.
– Pogadamy później, dobra, Els? – pytam, a dziewczyna kiwa głową i podaje mi koszulkę Harry’ego. Już mam odejść, ale łapie mnie za rękę.
– A co z Zaynem? – pyta jeszcze, a w jej brązowych oczach błyszczy niepokój.
– Nie wiem, Els – szepcę, wyswobadzając rękę z jej uścisku. – Nie wiem.
Wracam do przymierzalni, gdzie Harry siedzi na tym stołeczku, bawiąc się telefonem. Bez słowa podaję mu koszulkę, którą za chwilę na siebie zakłada.
– Więc, Louis… – zaczyna niepewnie, ale ja już chyba wiem, co powinienem zrobić. Co oboje powinniśmy zrobić.
– Poczekaj – przerywam mu, a Harry zastyga z ręką uniesioną do góry, jakby w połowie drogi do mojego policzka i otwartymi ustami. – Chciałbym cię gdzieś zaprosić, Harry.
Brunet gwałtownie wciąga powietrze. – To znaczy… na randkę?
– To znaczy na randkę. – Uśmiecham się i całuję go w policzek. Harry niepewnie przyciąga mnie do uścisku, więc przysuwam się bliżej, zarzucając mu ramiona na szyję. – Chciałbym cię poznać, no wiesz, nie tylko… tak.
– Ale nie zaprzeczysz temu, że seks ze mną jest świetny – mamrocze w moje włosy, a ja wybucham śmiechem.
– Nie zaprzeczę, Harry.
******
Zawsze śmieszył mnie fakt, że jedno zdarzenie potrafi przewrócić nasze całe życie do góry nogami. Tak naprawdę wydawało mi się to marnym żartym, który ludzie bezpodstawnie biorą na poważnie. Cóż, najwidoczniej się myliłem, bo właśnie w tym momencie denerwuję się w kawiarni, czekając na chłopaka, który wydaje mi się być moim zauroczeniem po zaledwie 15 minutach znajomości, jeśli można tak nazwać seks w przymierzalni.
Dochodzę więc do wniosku, że niekiedy trzeba znaleźć kogoś, z kim chciałbyś się zestarzeć, a nie tylko tego, który będzie dobrą rozrywką, w twoim jakże nudnym życiu.
To, że myślę o czymś takim, wydaje mi się jeszcze bardziej absurdalne. Ja, Louis Tomlinson, który faktycznie mógłbym mieć każdego, będę się teraz starać o kompletne zawładnięcie sercem kurewsko wspaniałego chłopaka o czekoladowych lokach, bladej skórze, zielonych oczach i wspaniałych nogach. A jego imię to po prostu Harry.
I widzę go, jak przekracza próg kawiarni, a jego twarz od razu się rozjaśnia, kiedy mnie zauważa. Nagle staje mniej więcej na środku pomieszczenia, udając zdumienie, wskazuje na mnie palcem i mówi trochę zbyt głośno. –Przepraszam, czy ja jestem w cukierni, bo widzę niezłe ciasteczko…
Niektórzy spoglądają na niego ze zdziwieniem. Nie potrafię pohamować śmiechu, a tym bardziej rumieńców, wkradających się na moje policzki.
– Nie chciałem cię zawstydzić. Po prostu zastanawiam się, co taka piękna dama robi tutaj sama? – Harry unosi jedną brew do góry, a potem pochyla się nade mną i całuje mnie w policzek.
– Tak się składa, że ta dama na ciebie czeka. – Sprawdzam godzinę na telefonie. – 10 minut spóźnienia, Haroldzie.
Czy nie brzmię jak Eleanor?
Chłopak opada na krzesło naprzeciwko mnie. – Wspominałem już, że jesteś taki wspaniały, że mógłbym pić twoją wodę po kąpieli?
– Jesteś pijany? – pytam trochę zdezorientowany. – Czy po prostu nie znałem cię takiego? Skąd bierzesz te teksty? Z gadkinapodryw.pl? – śmieję się, ale gdy widzę, jak jego policzki oblewają się rumieńcem, przestaję i patrzę na niego zaskoczony.
– Skąd wiedziałeś?
– Też zaglądam. – Uśmiecham się do Harry’ego, a on po prostu wybucha śmiechem – szczerym, dźwięcznym i trochę ochrypłym. I niezaprzeczalnie ten dźwięk staje się moim ulubionym.
– Co robisz w wolnym czasie, oprócz wyglądania tak dobrze? – pyta.
– Och, w wolnym czasie, tak? – Harry kiwa głową. – Zazwyczaj gram w piłkę nożną .
Kąciki jego ust znowu się unoszą, chociaż właściwie jeszcze nie zdążyły opaść.
– Niespełnione marzenie dużego chłopca, co?
– Można tak powiedzieć – przytakuję na jego słowa. Byłem w dobrej drużynie jakoś w szkole średniej, niestety nie wyszło. Właściwie jaki chłopak nie chciał być kiedyś piłkarzem? Nawet miałem jakieś szanse. – A twoje niedoczekanie?
– Noga mnie nie kręciła, to tylko latanie za piłką i wylewanie bezsensownie potu.
– Słucham? – pytam oburzony. – A jak ktoś ma talent do tego latania za piłką? Jak ja na przykład?
– Przepraszam, nie chciałem cię urazić, cukiereczku. – Puszcza do mnie oczko i przysięgam, że wtedy nie da się mu nie wybaczyć.
– Ze względu na to, że nadal wyczuwam w twoim głosie kpinę, podziel się ze mną twoim talentem, Harry.
Chłopak przysuwa się do mnie i schyla nad stołem, tak, że dzieli nas ledwie kilka centymetrów.
– Domyślam się, że wiesz już, że jestem znakomity, jeśli chodzi o seks, więc pewnie oczekujesz czegoś bardziej ukrytego – przewracam oczami na jego słowa. – Więc kiedy ty rozwijałeś swój talent, goniąc za piłką, ja kręciłem piruety i robiłem wspaniałe puenty.
– Balet, poważnie? – Nie mogę pohamować śmiechu. Co za ciota. – Męsko w chuj.
– Pokażę ci kiedyś. Nie musisz nawet pytać. Wiem, że chcesz zobaczyć mnie w akcji. Jestem pewny, że nigdy nie widziałeś tak wyszkolonej baletnicy.
– Z pewnością. Szczególnie, że widziałem tylko moje siostry, chodzące na lekcje od jakiegoś miesiąca. No chyba, że zaliczasz też bliźniaczki tego narzeczonego Helen z „Aparatki”. One były świetne. Nie wiem czy je pobijesz, kochanie.
Już ma coś odpowiedzieć, gdy do stolika zbliża się kelner – niski i lekko otyły. Stawia przed nami dwie puste szklanki i butelkę wody mineralnej. Już ma odejść, gdy Harry wykonuje zamaszysty ruch ręką. – Wow wow wow, nie tak szybko, koleżko!
Zdziwiony mężczyzna unosi do góry jedną brew, uśmiechając się kpiąco. – Jestem Zac. – Z dumą wskazuje na swoją plakietkę.
– Okej, cokolwiek – rzuca Harry. – To ty zamawiałeś? Bo nie zwykłem pijać wody o tej godzinie.
– Naprawdę? – Unoszę brwi w udawanym zdumieniu. – Dzia za info.
– Wiele jeszcze o mnie nie wiesz, koniku polny – uśmiecha się chłopak, a Zac znów próbuje odejść. – Hej, nie skończyliśmy jeszcze!
– Czyżby? – pyta Zac. – Ja miałem tylko przynieść tutaj tę wodę.
– Ale żaden z nas jej nie zamawiał! – Zac wzrusza ramionami, jakby mu to wisiało (Ja pitole – autorki). – Może mam jeszcze za nią zapłacić? – Uderzam w stół otwartą dłonią. Harry chichocze cicho.
– Na to wygląda, kolego. – Zac dalej utrzymuje niewzruszony wyraz twarzy. – Wodę kazał wam przynieść tamten dżentelmen. – Wskazuje na mężczyznę, który czyta gazetę przy innym stoliku.
Kieruję wzrok w tamtym kierunku, by dostrzec nikogo innego, jak właśnie Zayna! Nasze spojrzenia się krzyżują i wtedy Mulat składa gazetę na pół. Unosi dłoń i macha do mnie wesoło. – Cześć, kochanie! – wykrzykuje radośnie, tak głośno, że słyszy go cała kawiarnia.
– Okej, to już nie moja sprawa – mówi znudzony Zac. – Ulatniam się.
– No to pa – odpowiada mu Harry, chuj wie po co.
Tymczasem Zayn dosiada się do naszego stolika. Jego kolana dotykają moich. Uśmiecha się do mnie radośnie i trochę szaleńczo. – Czy jesteś z Alaski? Bo tam są takie laski.
Wzdycham ciężko. – Właściwie jestem z Doncaster. – Harry zaczyna się śmiać jak opętany, a Zayn mu wtóruje. Co za absurd. – Idę zapłacić za wodę.
Podchodzę do kasy, przeszukując kieszenie w poszukiwaniu drobniaków, a do moich uszu dochodzi rozmowa między Zaynem i baletnicą. – Gadkinapodryw.pl? – pyta ta ciota.
– Dokładnie! – ekscytuje się Zayn. – A ty to kto tak w ogóle?
– Darzę sympatią pewnego piłkarzyka. – Obracam się, słysząc te słowa i widzę, jak Harry wskazuje na mnie głową. Rumienię się i z powrotem skupiam na ekspedientce.
Tymczasem Harry kontynuuje. – A ty co tu robisz, mah friend?
– Codzienna prasa, stary – odpowiada Zayn ze szczerym uśmiechem. – No i zamawiam wodę dla mojego chłopaka.
Upsik, kłopoty. Uciekam? Jeszcze nie. Wtedy znowu odzywa się Harry. – Woah! To chyba nie jest twój chłopak. On przyszedł tu ze mną!
Drżącymi rękami odbieram rachunek i wracam do stolika. – Spokojnie, panowie. – Zajmuję swoje miejsce. Harry i Zayn mierzą się wściekłymi spojrzeniami. – Jestem tu z Harrym, Zayn, możesz już nas opuścić?
W oczach Zayna płonie furia. Gwałtownie wstaje z krzesła i wywraca nasz stolik. W pomieszczeniu milkną wszystkie rozmowy, słychać tylko dźwięk tłuczonego szkła i krzyki przerażonych kobiet. Zayn ma już coś powiedzieć, kiedy zwracam się do Harry’ego, który znowu chichocze.
– To co? – Unoszę brwi. – Spierdalamy?
Harry uśmiecha się szeroko i łapie moją dłoń. – Spierdalamy.
Wybiegamy z kawiarni żegnani szaleńczym okrzykiem Zayna. – Gdzie tak kopytkujecie, piękne gazele?!
***
Biegniemy tak długo, aż znikamy z pola widzenia Zayna. Wtedy Harry niespodziewanie się zatrzymuje i upada, ciągnąc mnie za sobą na jakąś trawę. Opadam na plecy, a Harry na mnie i toczymy się po podłożu jeszcze chwilę. Harry ciągle śmieje się głośno i ja też się śmieję. Zatrzymujemy się – chłopak siedzi okrakiem na moich biodrach, a dłonie opiera po obu stronach mojej głowy. Wow, czy to deja vu?
Patrzy na mnie przez chwilę zamglonymi szmaragdowymi tęczówkami, marszcząc brwi. Unosi jedną dłoń i układa ją na moim policzku. – Jesteś taki piękny – szepce niskim głosem i się pochyla. Zamykam oczy, czekając na pocałunek.
Jego usta dotykają moich najpierw delikatnie, by za chwilę niemal wcisnąć mnie w podłogę. Ręka Harry’ego znika z mojego policzka i przesuwa się delikatnie od mojego ramienia aż po końce palców. Gładzi delikatnie moją dłoń i wreszcie mocno ją łapie. Odsuwa się na parę milimetrów, więc kiedy otwieram oczy, jedynym co widzę jest zieleń jego tęczówek. Wpatruję się tylko w nie i nie muszę widzieć jego ust, by wiedzieć, że się uśmiecha. Jego oczy wyrażają wszystko.
Pochyla się jeszcze raz i składa krótki całus na moich ustach. Mruczę, niby niezadowolony, kiedy się odsuwa. – Jeszcze – mamroczę, a Harry uśmiecha się szeroko.
– Cokolwiek tylko sobie zażyczysz, piłkarzyku – mówi i za chwilę cicho chichocze. Unoszę brwi, nie wiedząc o co chodzi. – Coś ci chyba spuchło w rajtuzach, kochasiu.
Sięgam dłonią do mojego krocza i nie czuję rajtuz, a tym bardziej erekcji. – Ale ja założyłem spodnie – mruczę.
– Wiesz co, zapomnij.
– Skoro tak, to nie powiem ci czemu Fanta żółta jest.
***
*******************************************
Jest dwadzieścia cztery po trzeciej w nocy.
Harry przewraca się na plecy i rozkłada na dostępnej powierzchni łóżka. Od chłodu panującego w pokoju na jego skórze pojawia się gęsia skórka, a rozbebeszona pościel styka się z nagim ramieniem. Czuje napływającą falę zawodu, kiedy orientuje się, że Louisa przy nim nie ma. Otwiera oczy, mając nadzieję, że chłopak jak zwykle siedzi na brzegu łóżka.
Nie siedzi.
Harry pociera oczy pięściami, odrzuca kołdrę i wstaje z łóżka. Wychodzi z ich wspólnej sypialni i kieruje się do pokoju dla gości, który wita go swoim zwyczajowym, nietkniętym porządkiem.
Następnie sprawdza biuro i uśmiecha się, gdy zastaje tam Louisa siedzącego na obrotowym krześle.
– Kochanie – zaczyna swoją rutynową już przemowę, ponieważ są ze sobą od trzech lat, a Louis cierpi na bezsenność o wiele dłużej – wróć do łóżka.
– Nie. – Louis potrząsa głową, a Harry nie może uwierzyć, że wciąż się przy tym upiera. – Będę się wiercił i przewracał z boku na bok całą noc, a chcę, żebyś się wyspał.
Harry pokonuje dzielącą ich odległość i, kiedy stoi już przed Louisem, przykłada dłoń do jego policzka. – Śpię lepiej, wiedząc, że jesteś obok mnie.
Louis przekrzywia głowę, a jego oczy lśnią w blasku księżyca. – Będę tylko zawadzał.
– Kocham cię – mówi Harry pewnie. – Nigdy nie zawadzasz.
– Czemu zawsze jesteś dla mnie taki słodki? – pyta Louis, a Harry nigdy nie odpowiada, bo po tym pytaniu Louis zawsze wstaje, pozwalając zielonookiemu wziąć się za rękę i zaprowadzić z powrotem do łóżka.
Harry otula Louisa kołdrą i całuje w czoło, zanim wchodzi do łóżka po swojej stronie. – Pamiętasz pierwszy raz, kiedy wyszedłeś z łóżka, bo nie mogłeś spać?
Louis chichocze cicho, układając ramiona nad głową, i spogląda na chłopaka obok. – A ty pomyślałeś, że cię zostawiłem i wpadłeś w totalną panikę.
– Heeeeeeeeeeej – jęczy Harry. – To było po tym, jak pierwszy raz uprawialiśmy seks i myślałem, że zrobiłem coś nie tak.
– Mm – mruczy Louis. – Wyobraź sobie tę ulgę, że to tylko moja choroba.
– Nie muszę – odpowiada Harry, przysuwając się bliżej. Ściąga ręce Louisa znad jego głowy i zaczyna bawić się jego palcami. – Przeżyłem to. No chodź.
Louis także przysuwa się bliżej i wtedy Harry otacza go ramionami. Louis pociera palcem wystającą kość biodrową młodszego chłopaka. – Prześpij się trochę, dobrze?
– Czy to nie ja powinienem ci to mówić? – pyta Harry. Ma zamknięte oczy, ale czuje, jak Louis potrząsa głową.
– Nie jestem zmęczony – odpowiada, no i cóż, ma rację.
***
Tydzień później Harry i Louis siedzą w salonie, jedząc obiad i narzekając na swoich współpracowników, kiedy telefon Harry’ego dzwoni.
Harry wyciera usta chusteczką, zanim odbiera. – Halo?
– Harry! – Dzwoni jego mama.
– Mamo! – uśmiecha się Harry. Widzi, że kąciki ust Louisa także się unoszą. – Jak się masz?
– Świetnie, a ty?
– W porządku – mówi Harry.
– Dobrze to słyszeć, naprawdę dobrze. Dzwonię, żeby zapytać, czy ty i Louis zechcielibyście przyjechać na weekend i w czymś mi pomóc.
– Och? – Harry sztywnieje na krześle, przyciskając telefon do ucha.
– Zastanawiałam się, czy nie moglibyście pomóc mi z porządkami na strychu.
Harry się uśmiecha. – A poprzez „mnie i Louisa pomagających czyścić strych” rozumiesz „mnie i Louisa czyszczących strych, kiedy ty zrobisz obiad”. – Louis unosi głowę na dźwięk swojego imienia i marszczy brwi, przeżuwając swój makaron.
– Myślę, że to sprawiedliwy układ – broni się Anne.
Harry śmieje się do telefonu. – No tak, tak. Zapytam go. – Odsuwa telefon od ust i spogląda na Louisa. – Masz ochotę pojechać do mojej mamy w ten weekend, żeby pomóc w sprzątaniu strychu?
– Jasne – odpowiada Louis. – Uwielbiam ją odwiedzać.
– W takim razie odpowiedz na moje następne pytanie szczerze – zaczyna Harry, ale Louis przerywa mu donośnym tonem, żeby Anne też mogła go usłyszeć.
– Tak, Harry, uwielbiam też jej kuchnię!
Harry słyszy, że jego mama coś mówi, ale ignoruje ją. Potrząsa głową i spogląda na Louisa poważnie. – Ile spałeś w tym tygodniu?
– To takie ważne?
– Oczywiście, że tak, Lou.
– Coś koło pięciu pełnych godzin.
Harry ściąga usta w wąską linię.
– Wszystko w porządku, Harry, przysięgam. Niekiedy spałem mniej.
– Wiem – wzdycha Harry. – Ale wiem też, że czasem spałeś więcej. – Louis spogląda na niego bezradnie, a Harry czuje się z tym źle. – Kocham cię.
Louis rumieni się lekko; to takie niesamowite, że to dzieje się nawet po trzech latach ich związku. W końcu ze śmiechem odpowiada:
– Ja ciebie też kocham.
Harry także zaczyna się śmiać, po czym podnosi telefon do ucha. – Tak, przyjedziemy. Sobota? Czy niedziela?
– Kiedy wam odpowiada – mówi Anne, a Harry spogląda na Louisa.
– Sobota czy niedziela? – pyta, a Louis wybucha śmiechem bez powodu. Odrzuca głowę do tyłu, po czym uderza nią w blat stołu. Jego drobne ramiona trzęsą się od śmiechu. – No co? – woła Harry. – Co jest takie zabawne?
Louis podnosi głowę, ciągle się śmiejąc, i wskazuje słabo na Harry’ego. – Ty… Po prostu… Twoja twarz – jest wszystkim, co udaje mu się powiedzieć, zanim znowu wybucha szaleńczym śmiechem.
– Przestań się ze mnie śmiać! – krzyczy Harry, a Louis tylko śmieje się głośniej. Wstaje ze swojego miejsca i odnosi swój talerz do kuchni.
Harry wydyma wargi w niezadowoleniu, kiedy niebieskooki chłopak zabiera jego talerz, ciągle się śmiejąc.
– Sobota, wszystko jedno w sumie, kochanie. Sobota. – Ledwo udaje mu się wypowiedzieć to zdanie pomiędzy chichotami. Harry uderza go w pośladek, wychodząc z jadalni.
– Sobota – przekazuje Anne. – Sobota bardziej nam pasuje.
– Świetnie, bo wiesz, chciałam też z tobą o czymś porozmawiać.
Harry czuje ucisk w żołądku, kiedy to słyszy. Przecież wszyscy wiedzą, że nigdy nic dobrego nie wynikło z rodzica mówiącego „muszę z tobą porozmawiać”. – Czemu nie powiesz mi o tym teraz?
– Lepiej będzie zrobić to twarzą w twarz – odpowiada Anne. Boże, Harry nagle czuje się niesamowicie zestresowany.
– To brzmi… złowieszczo. – Harry słyszy dźwięk płynącej wody i talerzy stukających o metal, a jego serce zaczyna bić szybciej na myśl o Louisie myjącym naczynia. Przelotnie przypomina sobie pierwszy raz, kiedy jedli razem obiad, ale głos matki ciągle brzęczy mu w uszach. W pełni skupia się na tym, co mówi kobieta, dopiero wtedy, gdy słyszy imię Louisa.
– Co? – pyta oszołomiony, bo wcale nie zwracał na nią uwagi.
– Jak się miewa Louis? – Harry zauważa, że jej głos złagodniał.
– Leki, które przepisano mu kilka tygodni temu, nie działają, ale to nic nowego.
– Dziecko, nie sądzę, żeby te wszystkie lekarstwa były dla niego dobre. To znaczy, chcę, żeby mógł spać tak samo, jak ty tego chcesz, ale czy to nie niesie ze sobą ryzyka, że stanie się coś złego? To są naprawdę mocne tabletki nasenne, nie boisz się czasem, że przypadkowo je przedawkuje?
– Cały czas. Dlatego kazałem mu przestać je brać. Nienawidzę patrzeć na to, jak bardzo zmęczony jest przez cały czas, ale ja nie mógłbym nigdy… – Harry urywa, bo to jest coś, o czym myśli dość często, chociaż nienawidzi takich wizji. – Ja nie mógłbym żyć, gdybym pozwolił mu przypadkiem przedawkować. Nienawidzę tego, że wychodzi w nocy z łóżka, wiesz? Bo to jest tak, że ja wiem, że on nie chce mnie budzić, ale ja nie mogę spać bez niego, mamo. Nie mogę zasnąć, chyba że on jest obok mnie.
– Wiem, Harry, chciałabym… – Ale Harry przestaje jej słuchać.
Louis łapie jego wzrok ze swojego miejsca w drzwiach, a Harry uśmiecha się do niego smutno. Początkowe zaskoczenie obecnością Louisa umyka, ponieważ mieszkają ze sobą już tak długo, że Harry przyzwyczaił się do tego, jak cichy może być Louis, kiedy tego chce.
Louis spuszcza wzrok, najwyraźniej zawstydzony, a Harry puka w stół, by zdobyć sobie jego uwagę. To, co właśnie powiedział, nie jest najważniejszą częścią.
– Tak – mówi Harry, zdając sobie sprawę z tego, że Anne skończyła mówić już jakąś chwilę temu. – Dzięki, mamo. Muszę kończyć. – Na te słowa Louis gwałtownie potrząsa głową, ponieważ jeśli Harry chce dalej rozmawiać ze swoją mamą, to powinien. Ale Harry nie chce, ponieważ chce porozmawiać z Louisem.
– Pa, Harry, do zobaczenia w sobotę. Kocham cię, nie zapomnij, że ja…
– Ja ciebie też – mówi Harry pospiesznie, ponieważ Louis wyszedł z pokoju, a Harry chce z nim porozmawiać.
Louis siedzi na kanapie w salonie. W telewizji leci jeden z tych nieistotnych seriali, które widzieli już milion razy, ale to nie ma znaczenia, bo Harry i tak go wycisza, kiedy tylko opada na kanapę.
– Przepraszam, że nie mogę spać – mówi Louis, spoglądając na swoje kolana.
– Nie, nie, Louis, nie – odpowiada Harry, klękając przed niebieskookim chłopakiem i dotykając go wszędzie, ponieważ wie, że Louis potrzebuje zapewnień, kiedy wpada w takie nastroje. – Nie przepraszaj za coś, czego nie możesz kontrolować.
– Czasem czuję się z tym źle.
– Nie ma ku temu powodu – mówi Harry. – Kocham cię takiego, jakim jesteś. Zmieniłbym w tobie tylko jedną rzecz, wiesz może jaką?
– Jeśli powiesz, że chodzi o nazwisko, to wyjdę, bo twoje żarciki są okropne, a ja nie chcę mieć z nimi do czynienia.
Harry wybucha śmiechem, ponieważ Louis zawsze narzeka na jego żarty. – Kochasz je – broni się słabo, a Louis tylko rzuca mu spojrzenie, ponieważ o nie, wcale nie. – W porządku, już dobrze, wygrałeś! Chcesz pooglądać jakieś programy o ulepszaniu domów? – proponuje, głównie po to, żeby zejść z tematu, który miał zamiar wyciągnąć. To dlatego, że teraz Louis się uśmiecha, a Harry absolutnie to kocha.
– Sugerujesz, że nasz dom wymaga ulepszenia? – pyta Louis, ale i tak sięga po pilota. Uśmiecha się szeroko, kiedy Harry wciąga go na swoje kolana.
– Uważam, że nasz dom jest idealny – odpowiada Harry, całując go w czoło. – Zupełnie jak ludzie, którzy w nim mieszkają. A mówiąc o ludziach, jak nazwiesz kogoś, kto…
– Nieee – piszczy Louis, zakopując twarz w piersi zielonookiego chłopaka. – Żadnych żarcików!
Harry odpowiada śmiechem i całuje go znowu, przebiegając palcami przez jego miękkie włosy, podczas gdy jakiś przypadkowy robotnik zaczyna opowiadać o różnych sposobach zburzenia niechcianych ścian.
***
– Kiedy ostatnio tam byłaś? – pyta Anne Harry, podczas gdy ona kręci się po kuchni, łapiąc szybko patelnie i garnki.
– Jakieś trzy tygodnie temu – odpowiada, a Harry unosi brew.
– Serio? – dokucza. – To wyjaśnia fakt, że kiedy razem z Louisem pociągnęliśmy w dół schodki, spadł na nas kilogram kurzu.
– I zszedłeś na dół, żeby mi o tym powiedzieć?
– Pomyślałem, że powinnaś wiedzieć – mówi Harry wyniośle, krzyżując ramiona na piersi.
– No cóż, dziękuję za uświadomienie, chociaż właściwie mnie to nie obchodzi – odcina się Anne. Całkowicie ignoruje sapnięcie, które wydobywa się z ust jej syna. – Ale zaprosiłam cię tutaj z pewnego powodu…
– Łapię, już łapię – przerywa jej Harry, unosząc dłonie w geście porażki. – Chciałem tylko napić się trochę wody, zanim przypadkowo natknę się na okropieństwa, które mogą chować się na górze.
– Czekaj, czekaj – mówi nagle Anne, a Harry zatrzymuje się w drzwiach. Obraca się, by spojrzeć na matkę, która stoi teraz naprzeciw niego. – Gdzie jest Louis? – szepce, a Harry posyła jej zdezorientowane spojrzenie.
– Na strychu – odpowiada. – A co?
– Chciałam z tobą pogadać, pamiętasz? – pyta Anne. Harry przytakuje nerwowo, rozglądając się na boki. Czemu Louis nie może w tym uczestniczyć?
– To będzie rozmowa o Louisie, no nie? – Harry w pełni uświadamia sobie ten fakt, kiedy wypowiada to zdanie. Krzyżuje ramiona na piersi i cóż, Anne może być jego matką, ale jeśli powie coś negatywnego o Louisie, Harry ma przecież pełne prawo, by zabrać ich obu z tego domu.
– Ile razy uprawialiście seks w tym tygodniu? – pyta spokojnie, a Harry się krztusi.
– Co? – bełkocze, oglądając się za siebie, by sprawdzić, czy istnieje jakakolwiek szansa, że Louis wejdzie niedługo do pokoju.
– Ile razy ty i Louis uprawialiście seks w tym tygodniu?
– Dlaczego mnie o to pytasz? – pyta Harry piskliwie.
– Po prostu odpowiedz! – naciska Anne. – Jestem twoją mamą! Możesz powiedzieć mi wszystko!
– Ale to jest takie… – Harry wzdycha i pociera twarz dłonią. Wie, że nie ma sensu odmawiać, bo jego mama nie odpuści. – Chodzi ci o wszystko związane z seksem? Czy tylko o seks?
– Tylko o seks – potwierdza Anne, a Harry nie może uwierzyć, że jej o tym mówi.
– Cztery – wzdycha. – Cztery razy.
Oczy Anne rozświetlają się na jego odpowiedź. – Harry! – wykrzykuje radośnie. – To więcej niż wynosi średnia!
– Mamo, co do… no dobrze, a co mówiłem ci o oglądaniu Doktora Oz?
– Harry, próbuję przeprowadzić z tobą poważną rozmowę.
– O życiu seksualnym moim i Louisa?! – niemal wykrzykuje Harry. Anne szybko go ucisza.
– Chodzi o coś więcej, Harry. Usiądź, proszę.
– O Boże, no dobrze, już dobrze – mamrocze Harry, usadawiając się na krześle przy kuchennej wysepce. Anne zajmuje miejsce obok niego.
– Popraw mnie, jeśli źle mówię – zaczyna, a Harry patrzy na nią ciekawie. – Ty i Louis jesteście ze sobą od trzech lat, regularnie uprawiacie seks, macie stabilną sytuację finansową, a ty ledwo umiesz bez niego funkcjonować.
Harry wzdycha ciężko, ale przytakuje. – A co to ma do rzeczy?
– Myślę, że już czas, żebyś był ze sobą szczery.
– A przez to rozumiesz…? – dopytuje Harry, biorąc łyk swojej wody. Anne wydaje z siebie sfrustrowany jęk.
– Uklęknij na to cholerne kolano, Harry! – mówi. – Oświadcz mu się!
Harry niemal wypluwa wodę, po czym bierze głęboki oddech, co w efekcie powoduje, że się krztusi. Anne klepie go parę razy po plecach, ale to wcale nie pomaga. Twarz Harry’ego jest czerwona i kaszle jak szalony. Jego spojrzenie jest dzikie, kiedy spogląda na swoją matkę.
– Co? – wykrztusza, ocierając kropelki wody z brody.
– Powiedz mi przynajmniej, że o tym rozmawialiście.
Harry mruga. – Cóż, no tak, trochę. Mówiliśmy o tym… trochę.
– Harry, na pewno wiesz, czy chcecie spędzić razem resztę życia.
– Ja… Jasne, że chcę z nim być, to nie ulega wątpliwości.
– Co w takim razie stoi na przeszkodzie?
– Ja n-nie wiem, jest nam teraz dobrze, a ja nie chcę tego zniszczyć.
– Myślisz, że oświadczyny zniszczą wasz związek?
Harry kaszle lekko, patrząc na nią z ukosa. – To brzmi trochę głupio, kiedy tak to przedstawiasz.
– Posłuchaj – mówi Anne, układając rękę na jego ramieniu. – Wiem, że to nie moja sprawa, ale sądzę, że nie znajdziesz nikogo lepszego niż Louis.
Harry przygląda się jej przez chwilę. – Nie ma nikogo lepszego dla mnie – zgadza się w końcu.
Anne chce coś dodać, ale przerywa jej kichnięcie. Obraca się w stronę drzwi.
Louis stoi w przejściu z kartonem w rękach, potrząsa głową, po czym rzuca spojrzenie dwójce stojącej w kuchni. – Nikt nie zamierza powiedzieć na zdrowie? – pyta z uśmiechem.
Anne mówi, a Harry nie, bo wszystko, o czym może myśleć, to mążmążmąż Louis mógłby być moim mężem.
– Harry? – pyta Louis, po czym odstawia pudełko na podłogę. Jego spojrzenie skacze od Anne do jej syna, kiedy wchodzi do kuchni.
Harry wstaje z krzesła i staje naprzeciw niego. To sprawia, że Louis trochę się denerwuje, bo twarz jego chłopaka jest kompletnie wyprana z emocji.
Ale potem Harry go przytula. Owija go ciasno ramionami, a Louis jest co najmniej zdezorientowany. Łapie wzrok Anne, owijając rękoma talię zielonookiego chłopaka.
– Kocham cię – szepce do jego ucha Harry. – Bardzo cię kocham, wiesz?
Louis przytakuje, ponieważ oddaje jego uczucia, a Harry dobrze o tym wie. Anne na nich patrzy, więc delikatnie odsuwa się od wyższego chłopaka. Na jego ustach igra mały uśmiech.
Pociąga nosem, po czym zwraca się do wszystkich w pokoju. – Znalazłem pudełko z ciążowymi ubraniami i myślę, że powinniśmy po prostu oddać je na cele charytatywne. No i przy okazji odkryłem parę innych rzeczy – mówi, rzucając złośliwe spojrzenie Harry’emu. – Na przykład kalendarz pod tytułem „Dni, w których zmoczyłem łóżko”. To chyba jedna z historii, o których zapomniałeś mi powiedzieć, Harry.
Harry zwiesza głowę, a na jego policzkach wykwita rumieniec. – Miałem pewnie jakoś pięć lat!
– Serio? – szczerzy się Louis. – Bo kalendarz mówi, że miałeś dwanaście.
Harry jęczy w odpowiedzi i jeszcze bardziej spuszcza głowę. Louis podchodzi i składa na jego policzku pocałunek. – Hej, kochanie – mówi cicho. – Głowa do góry. – Pstryka go palcami w brodę, a serce Harry’ego się topi, bo właśnie takie słowa powiedział do Louisa, kiedy ten po raz pierwszy wyznał, że czuje się jak ciężar przez to, że nie może spać.
– Co tam jeszcze jest? Mówiłeś coś o ciążowych ubraniach? – Harry zmienia temat, zadowolony, że Louis na to przystaje.
– No – przytakuje Louis, podchodząc do leżącego na podłodze pudła, po czym pochyla się i je otwiera. – Mnóstwo ciążowych ubrań.
Anne przytakuje i wstaje z krzesła, po czym podchodzi do Louisa. – Możemy je oddać.
– Czekajcie, chcę je najpierw obejrzeć – mówi Harry, schylając się, żeby wyjąć pierwszą rzecz z wierzchu. Otrzepuje ją z kurzu i wyciąga przed siebie. – To jest ogromne! – stwierdza, przykładając do swojego ciała wielką szarą bluzę. Rzuca swojej matce zdziwione spojrzenie. – Naprawdę sprawiłem, że twój brzuch był taki wielki?
Anne chichocze i kiwa głową. – Byłeś utrapieniem.
– Ciągle jest – dodaje Louis. Harry uderza go w ramię.
– Nie, ale serio, to jest ogromne! Założę się, że zmieścilibyśmy się tam razem z Louisem. – Twarz Harry’ego rozjaśnia się na ten pomysł i, nie tracąc ani chwili więcej, zakłada bluzę przez głowę. – Chodź tutaj. – Łapie brzeg bluzy i zakłada ją na Louisa, ale niebieskooki chłopak jest za niski, żeby jego głowa wystawała z ubrania.
Lekko się dusząc, Louis wyswobadza się z bluzy. – Muszę być wyżej – mówi do Harry’ego.
– Usiądź na szafce – instruuje Harry. Louis przytakuje i wspina się na jedną z kuchennych szafek. – Mój Boże, jesteś taki malutki – uśmiecha się Harry, a Louis tylko rzuca mu przeciągłe spojrzenie.
– No chodź tu – marudzi i tym razem to Harry musi go posłuchać, więc podchodzi i zakłada mu sweter przez głowę. Oboje chichoczą, kiedy akcja się udaje, a materiał rozciąga się tylko trochę na ich ciałach. Louis zaczyna śmiać się mocniej, dostrzegając totalne zauroczenie na twarzy swojego chłopaka.
– Mamo, spójrz! – mówi Harry z uśmiechem. Anne spogląda na nich, a kąciki jej ust lekko unoszą się ku górze.
– Wyglądacie przekomicznie – mówi, ale żaden z nich nie zwraca na to uwagi.
– Podniosę cię – szepce Harry, a Louis chichocze, owijając nogi dookoła jego talii. – To szalone – mówi, nosząc Louisa dookoła kuchni. – Zatrzymuję ten sweter.
Anne potrząsa głową w niedowierzaniu. – No jasne.
– A co my w ogóle będziemy z nim robić? – pyta Louis, wkładając ręce w rękawy swetra. Dłonie Harry’ego są przecież i tak na jego udach.
Harry wzrusza ramionami. – Nie wiem. Możemy robić z niego fort dla dwóch osób, ale tylko na górne partie naszych ciał.
– Jesteś niemożliwy.
– Niemożliwie kreatywny – poprawia go Harry, a Louis wybucha śmiechem.
– No jasne, cokolwiek powiesz. Ale ciągle zostało nam sześć pudeł do przejrzenia – przypomina Louis, ziewając i wiercąc się w jego ramionach.
– No dobrze, pamiętam – zgadza się Harry, ale udaje mu się przejrzeć tylko jedno pudło więcej, zanim oświadcza, że on i Louis powinni już iść do domu. Powodowała nim nadzieja, że ziewanie Louisa oznaczało, że prześpi tej nocy trochę więcej niż dwie godziny.
Kiedy budzi się następnego ranka, Louis siedzi obok, uderzając palcami o materac, i Harry wie, że się pomylił. Przyciąga do siebie niebieskookiego chłopaka i przytula mocno, bo ze wszystkich rzeczy, które mogą być źle, Louis go nie zostawił, a tylko to go naprawdę obchodzi.
***
Zakłada ten sweter jeszcze raz, tak dla żartu, naprawdę.
Louis ciągle powtarzał, że trzymanie go w domu jest głupim pomysłem, ponieważ serio, Harry, kiedy będziemy potrzebowali ciążowej bluzy?
Więc kiedy siedzą na kanapie, oglądając Władcę Pierścieni w telewizji, Harry oświadcza, że ten sweter jest wspaniałym wspomaganiem dla przytulania.
– Wspomaganie dla przytulania – powtarza Louis. – Co to w ogóle jest?
– Coś, co pomaga ci w przytulaniu – wyjaśnia Harry, po czym rusza w kierunku ich wspólnej sypialni.
– Najpierw mówisz, że nasz dom potrzebuje ulepszenia, potem, że nasze przytulanie jest poniżej normy, co będzie następne? – jęczy Louis, ale Harry’ego już nie ma. – To jest absolutnie niedorzeczne – zaznacza, kiedy Harry siedzi z powrotem na kanapie, próbując przekonać go do założenia ogromnego ubrania.
– Ale… – zaczyna Harry, unosząc brwi. Na jego niemal dziecięcej twarzy pojawia się ogromny uśmiech, a Louis wzdycha, czując woń nachodzącej porażki.
– Ale i tak to zrobię – dodaje, wywracając oczami. Harry wiwatuje mimo to.
Louis wpełza na jego kolana i w chwilę potem znika pod tkaniną, a Harry chichocze, bo place niebieskookiego chłopaka go łaskoczą. Jego oczy błyszczą, kiedy głowa Louisa pojawia się obok jego. – Dobra zabawa, nie?
– Jesteś dziwakiem – dokucza mu Louis. – Ale jest cieplutko. To mogę powiedzieć. – Zwija się naprzeciw piersi Harry’ego, a ten wzdycha. Nieświadomie wybija na plecach swojego chłopaka nieznany rytm, składając się głównie na mążmążmąż.
W połowie Władcy Pierścieni: Powrót Króla, Harry czuje, że jego powieki zaczynają opadać.
– Lou? – pyta, poruszając się pod ciałem Louisa. – Kochanie?
– Hm? – mruczy Louis, unosząc głowę. – Co?
– Idziemy spać? – pyta Harry, wodząc palcem po skórze za uchem Louisa.
– Pewnie, kochanie.
– Okej, a w jaki sposób przemieścimy się do sypialni? – pyta Harry, wskazując na ich splątane ciała.
– Um, usiądź – instruuje Louis. – Opuść nogi, właśnie tak. – Znajdują się teraz w pozycji, gdzie Harry siedzi normalnie na kanapie, a Louis na jego kolanach. – A teraz ja już tylko… – Louis owija swoje nogi dookoła talii Harry’ego, a materiał bluzy rozciąga się dwukrotnie. – No i już.
– Sprytnie – chichocze Harry, pochylając się, by pocałować Louisa delikatnie.
– Jeden z nas musi być – mamrocze Louis, a Harry odsuwa się ze śmiechem.
Harry ostrożnie układa ich na łóżku, a Louis wyciąga nogi, splątując je z nogami jego chłopaka.
– Kocham cię – szepce. Harry uśmiecha się do niego sennie.
– Też cię kocham.
– Dobranoc.
– Dobranoc. Śpij dobrze – mówi Harry.
Louis tylko wzdycha.
***
Harry budzi się trzydzieści sześć po dziewiątej następnego ranka.
Louis śpi na jego piersi, zawinięty w wielki sweter.
Harry wyciąga ramiona, zanim zamiera, ponieważ…
Louis śpi.
Louis śpi.
Louis śpi.
I nie ma sposobu, żeby mógł wyjść z łóżka w nocy, bo Harry by to poczuł. Zmuszając się do zignorowania rozpierającej pozytywnej energii, która przepływa przez jego żyły, Harry układa głowę na z powrotem na poduszce, próbując się uspokoić.
To zwykła strata czasu, bo Harry nie może już zasnąć, nieważne, jak mocno się stara. U Louisa zdiagnozowano bezsenność w wieku szesnastu lat, a już od kiedy miał trzynaście nie przespał całej nocy. A teraz…
A teraz…
Harry ostrożnie sięga po swój telefon, który leży na szafce nocnej, i wybiera numer Jay.
– Halo?
– Jay, to ja, Harry.
– Wszystko w porządku, Harry? – Brzmi na zaniepokojoną, ale Harry nie może jej winić, bo on sam pewnie brzmi, jakby oszalał.
– Tak, tak, właściwie jest świetnie.
Nie ma pojęcia, jak powinien to powiedzieć.
– Um, no tak, um. Chodzi o Louisa, on… On śpi, właśnie teraz, śpi od jakichś dziesięciu godzin.
Po drugiej stronie zapada cisza.
– Co? – pyta Jay z niedowierzaniem.
– Śpi. Właśnie teraz i spał od jakichś dziesięciu godzin.
– O mój Boże. – Jay wypuszcza gwałtowny oddech. – O mój Boże.
– Wiem – mówi Harry, no bo serio, co powinien teraz powiedzieć?
– Jak? – pyta Jay. Wreszcie jakieś pytanie, na które Harry może odpowiedzieć.
– Cóż, zabawna historia, oboje jesteśmy zawinięci w ciążowy sweter.
– Co? – pyta znowu Jay, ale tym razem poprzez głośny śmiech.
– No, to dłuższa historia.
– Dobrze w takim razie. Dziękuję, że zadzwoniłeś, Harry.
– Jesteś pierwszą osobą, o której pomyślałem – mówi Harry szczerze. – No i zastanawiałem się, czy ty i Dan nie chcielibyście wyjść na kolację jakoś w najbliższym czasie. – Nerwowo przygryza wargę, zastanawiając się, czy kobieta zapyta o powód.
– Z wielką chęcią! – mówi Jay, a Harry’ego zalewa fala ulgi. – Nie widziałam was, chłopcy, już tak długo.
– Zbyt długo – zgadza się. – Cóż, muszę kończyć. Dziękuję, Jay, do zobaczenia niedługo.
– Ciebie też, Harry. Pa!
Rozłączają się po tych słowach i Harry uśmiecha się szeroko, spoglądając na Louisa. Nie miał wielu okazji do oglądania go podczas snu, kiedy wygląda tak spokojnie i cicho i cóż, Harry nie wstydzi się przyznać, że to właśnie robi przez następne dwadzieścia minut.
Harry czuje, że Louis zaraz się obudzi, kiedy zaczyna poruszać rękoma, zaciskać pięści. Otwiera usta, które opuszcza ciche westchnienie, a potem leniwie otwiera zamglone oczy.
– Cześć, kochanie – wita go Harry, od razu wplątując dłoń w kosmyki jego włosów.
– Dzień dobry – odpowiada Louis zmęczonym tonem, a w chwilę później marszczy brwi w zdezorientowaniu. – Która jest godzina?
– Chwilę po dziesiątej – mówi Harry cicho, a Louis rozwiera oczy w niedowierzaniu.
– Chwilę po dziesiątej? – pyta. Harry po prostu przytakuje, a Louis zastyga na chwilę, a potem uśmiecha się naprawdę szeroko. – Chwilę po dziesiątej – powtarza ze zdumieniem. A potem już tylko śmieje się wesoło, odrzucając głowę do tyłu. Kiedy znowu spogląda na Harry’ego, jego oczy ciągle wyrażają zdumienie.
– Kocham cię – mówi Harry, a Louis śmieje się znowu, przyciskając pocałunek do jego ust.
– Nie wierzę, że spałem ponad dziesięć godzin. To przewspaniałe.
– Kocham cię – powtarza Harry głośnej. Wie, że Louis to wie, ale chce, żeby to poczuł.
– Ja ciebie też kocham – odpowiada Louis, unosząc dłoń do jego policzka. – Bardzo.
Kiedy początkowe oszołomienie mija, Harry sugeruje, że jakimś cudem Louis przespał całą noc dzięki niemu i pomocy tego cholernego swetra ciążowego.
Siedząc w kuchni z herbatą w dłoni, Louis rzuca Harry’emu najbardziej kochające spojrzenie na świecie. Ma na wpół otwarte usta, a jego źrenice są rozszerzone i wszystkie emocje ma wypisane na czole, a Harry mógłby go kompletnie zrujnować, gdyby chciał.
Ale nie rujnuje.
Ponieważ Louis mówi naprawdę cichutko „nie mogę spać bez ciebie”, patrząc prosto w jego oczy. Tych kilka słów wypełnia jego umysł i przejmuje kontrolę nad wszystkimi zmysłami, bo brzmią tak znajomo, ale głos, który je wypowiada, już nie.
– Ja też – odpowiada równie cicho. – Ja też nie mogę bez ciebie spać.
Louis spogląda na niego, jakby już rozumiał, jakby właśnie do niego dotarło, czemu Harry zawsze wychodzi z łóżka, żeby go znaleźć. Rozumie, czemu robił to przez ostatnie trzy lata i wie, dlaczego będzie kontynuował przez wszystkie lata, które nadejdą.
***
– Ależ się uwijasz*.
Harry ogląda się przez ramię z miejsca przed lustrem, gdzie prostuje swój krawat. Louis stoi oparty o framugę drzwi, ubrany tylko w bokserki i podkoszulkę.
– Wyglądasz seksownie – szczerzy się do niego Harry, a Louis tylko wywraca oczami. Podchodzi i staje obok Harry’ego, który natychmiast owija ramię wokół jego talii i przyciąga go bliżej.
– Wyglądasz na podekscytowanego wizją spotkania z moją matką – zauważa Louis, a Harry tylko na niego patrzy.
– Nie powiedziałem nic o byciu podekscytowanym – mówi, zdobywając od Louisa wzruszenie ramion.
– Nie musisz nic mówić, ja to czuję, emanuje od ciebie albo coś. Dziwaczne. – Louis marszczy noc, a Harry chichocze.
– Cóż, przykro mi, że moje podekscytowanie jest takim zmartwieniem – żartuje, a Louis wyswobadza się z jego uścisku.
– Powinno być ci przykro – odgryza się, łapiąc Harry’ego za dłonie. – Muszę iść się ubrać.
Harry mruczy i pochyla się po pocałunek. Louis przenosi swoje dłonie na jego ramiona i kiedy zamierza się odsunąć, Harry otwiera usta. Szatyn wydaje z siebie dźwięk zaskoczenia i odsuwa się, uśmiechając się na widok Harry’ego podążającego za jego ustami.
– Będzie dużo czasu na to, ale później – poucza go. – Spóźnimy się, jeśli się nie pospieszymy.
– W takim razie ubieraj się szybko – odpowiada Harry, rozprostowując rękawy.
To kolej na zaskoczenie ze strony Harry’ego, bo Louis wychyla się do jeszcze jednego szybkiego pocałunku, zanim odsuwa się krok w tył i mówi:
– Idę, już idę. Zdajesz się być bardziej podekscytowany wizją spotkania z moimi rodzicami niż ja.
Louis ma rację, bo Harry cieszy się z tego spotkania o wiele bardziej niż on, ale przecież nie musi o tym wiedzieć.
Kiedy docierają do wymyślnej restauracji, którą Harry wybrał razem z Jay, siadają przy zarezerwowanym stoliku i zamawiają przystawki.
Jay okropnie wierci się na swoim krześle, a Louis wyłapuje to wcześniej niż inni.
– O co chodzi, mamo? – pyta, a twarz Jay promienieje.
– Spałeś każdej nocy przez cały tydzień? – odpowiada pytaniem na pytanie. Louis się rumieni i sztywnieje na krześle, podczas gdy Harry uśmiecha się z dumą.
– Tak – mówi Louis, a Jay unosi ramiona nad głowę i wykonuje mały taniec zwycięstwa.
– Jestem z ciebie taki dumny, Louis – mówi Dan i wtedy kobieta stanowczo przytakuje.
– Ale ja nie zrobiłem nic takiego. – Louis wzrusza ramionami, a Harry pochyla się bliżej niego.
– Też jestem z ciebie dumny, wiesz.
– Wiem, że jesteś, po prostu nie łapię dlaczego. Nie zrobiłem absolutnie nic, to wszystko twoja zasługa.
– Dobrze, w takim razie będę też dumny z siebie – mówi Harry, odsuwając się i siadając prosto na swoim krześle. Louis wyciąga dłoń pod stołem i pociera jego udo, a Harry po chwili łączy ich palce razem.
– I to wszystko stało się dzięki ciążowemu swetrowi?
– I dzięki Harry’emu – zaznacza Louis.
– Dokładnie – przytakuje Harry. – Szalone, prawda? – Pojawia się kelner z ich przystawkami i jedzą niemal w ciszy, rozmawiając tylko trochę do czasu, gdy zamawiają główne dania.
Harry decyduje, że teraz jest najlepszy czas, więc najpierw poklepuje kieszenie spodni, po czym przenosi dłonie na kieszenie marynarki, przesadnie marszcząc brwi w dezorientacji. Oczywiście, Louis to wychwytuje.
– Coś nie tak? – pyta.
– Ach, myślę, że zostawiłem telefon w samochodzie – mówi Harry. Wie dokładnie, co Louis za chwilę odpowie.
– Chcesz, żebym po niego poszedł?
– Jeśli nie masz nic przeciwko.
– Żaden problem. Zaraz wrócę – mówi Louis i odchodzi.
Harry wyjmuje telefon z kieszeni i układa go na stole.
Jay rzuca mu zdziwione spojrzenie, ale Harry tylko potrząsa głową. Nerwy wreszcie zaczynają dawać o sobie znać. – Mam do was pytanie.
Jay i Dan wymieniają szybkie spojrzenie, po czym odwracają się do niego z poważniejszymi wyrazami twarzy. – O co chodzi?
– Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? – zaczyna Harry, a Jay powoli kiwa głową.
– Oczywiście – mówi.
– Nawet rodziną – dodaje Dan. Usta Harry’ego drgają w uśmiechu.
– Prawda, no dobrze. Wiecie, że kocham Louisa bardziej niż cokolwiek na świecie i wiecie też, że absolutnie zmienił moje życie w każdy z najlepszych sposobów, a ja dokładałem wszelkich starań, i będę ciągle dokładał, żeby był zadowolony. – Harry przełyka, spoglądając raz na Dana, raz na Jay. – I ja się zastanawiałem… – Jego głos się załamuje, więc chrząka, by to zatuszować. Bierze głęboki oddech, mając nadzieję, że to go uspokoi. – Zastanawiałem się, czy mógłbym uzyskać waszą zgodę na poproszenie go o rękę.
Przy stole zapada cisza.
– Nie musicie dawać mi odpowiedzi w tej chwili…
– Tak! – wykrzykuje Jay, zwracając na nich uwagę kilku innych gości. – Oczywiście, że możesz… mój Boże. – Kobieta śmieje się wesoło, więc Harry też się śmieje. – Myślałam, że już nigdy nie zapytasz.
Harry uśmiecha się i chce dodać coś jeszcze, ale kątem oka dostrzega, że Louis wraca do ich stolika ze smutnym wyrazem twarzy, więc zaciska usta w wąską linię i nic nie mówi.
– Nie mogłem go znaleźć, kochanie. Przepraszam. Jesteś pewien, że nie zostawiłeś go w domu?
Harry poklepuje urządzenie leżące na stole. – Znalazłem go.
– Och – mówi Louis i kiwa głową. – Czemu tak na mnie patrzysz? – To pytanie jest skierowane do Jay, która spogląda na swojego syna z błyszczącymi oczyma i promiennym uśmiechem.
– Po prostu bardzo się cieszę, że cię widzę – wyjaśnia Jay, a Louis szeroko się do niej uśmiecha.
– Ja też.
Kiedy główne dania zostają podane, a Louis spuszcza wzrok na swój talerz, Jay posyła Harry’emu znaczące spojrzenie. Zielonooki chłopak śmieje się cicho i przykłada palec do ust, jednocześnie sięgając pod stół, by potrzeć udo Louisa tak, jak to robił już wcześniej. Louis podnosi wzrok i spogląda na niego z ustami pełnymi spaghetti, posyłając mały uśmiech.
A Harry po prostu kontynuuje delikatne poklepywanie jego uda w znanym rytmie mążmążmąż jeszcze przez krótką chwilę.
***
Kilka dni później Harry decyduje, że nadszedł ten dzień. Właśnie wrócili od sąsiadów, którym pomagali ustawić antenę satelitarną na dachu. Para ma syna, który właśnie skończył dwa lata, więc zdecydowali, że potrzebują więcej odpowiednich kanałów dla ich dziecka.
Oglądanie, jak Louis dotrzymuje towarzystwa maluchowi było naprawdę urocze, a udawane sprzeczki między małżonkami sprawiły, że Harry zrozumiał, że właśnie tego chce z Louisem. Tu i teraz.
Nie ma nic, co mogłoby go zatrzymać. Ma kupiony pierścionek, jest przekonany, więc co mu przeszkadza? Otwierając drzwi wejściowe ich domu, Harry decyduje, że nic.
– Zastanawiam się, czy nasz dach też jest taki czyściutki – mówi Louis, siadając na kanapie i rozwiązując buty. – Myślisz, że wynajęli kogoś, żeby im go wyczyścił? Może my powinniśmy to zrobić?
Harry chichocze, pochodząc do Louisa, i pstryka go w nos. – Myślę, że nasz dach jest idealny, tak samo jak ludzie, którzy pod nim żyją.
Louis potrząsa głową i wstaje, po czym bierze swoje buty i idzie do sypialni, a Harry za nim podąża. – Mówię poważnie, Harry, co jeśli kiedyś z jakiegoś powodu ktoś będzie musiał wejść na nasz dach i to, co tam zastanie, zupełnie go odrzuci? Teraz jak tak o tym myślę, to przecież deszcz musiał nanieść tam tyle brudu i różnych śmieci, więc w efekcie to wszystko znalazło się w rynnach. Powinniśmy je sprawdzić?
– Myślę, że powinniśmy sprawdzić ciebie. O czym ty w ogóle mówisz?
Louis załamuje ręce, a zaniepokojenie nie schodzi z jego twarzy. Harry znajduje się obok niego w jednej chwili, układając dłonie na jego ramionach.
– Co się stało?
– Nasze rynny są brudne – mówi Louis szybko, a Harry wymusza śmiech.
– Pytam poważnie, Louis, co jest? Czujesz się…
– Wyjdziesz za mnie? – wypala Louis i jego oczy automatycznie rozszerzają się w niedowierzaniu, a Harry czuje, jak całe jego ciało sztywnieje. – Cholera – przeklina Louis. – Powinienem najpierw uklęknąć na kolano… Okej, um. – Louis przyklęka na jedno kolano i sięga do kieszeni płaszcza, by wyciągnąć pudełeczko. Harry spogląda na niego z niedowierzaniem, a jego ramiona opadają bezwładnie po jego bokach. – Harry Stylesie – zaczyna Louis, a Harry czuje, że zaraz się rozpłacze – czy uczynisz mi ten honor i wyjdziesz za mnie?
Harry nie odpowiada, nie rusza się, nawet nie mruga, aż nagle szaleńczo rzuca się w kierunku ich szafy, wyrzucając z niej wieszaki, kiedy jak w amoku szuka pary czarnych botek.
– C-co ty robisz? – jąka się nerwowo Louis, chowając pudełko do kieszeni i podchodząc do Harry’ego. Układa dłoń na jego bicepsie. – Przerażasz mnie, Harry, powiedz coś, proszę.
Harry upada na kolana i wreszcie znajduje buty z tyłu szafy, a potem niemal wywraca Louisa tym, jak gwałtownie się obraca. Rzuca w niego jednym z butów.
Louis chwieje się pod siłą uderzenia, a na jego twarzy widnieje upokorzenie. Harry potrząsa głową i sięga do buta, wyciągając pudełeczko z pierścionkiem.
– Też mam jeden, chcę, żebyś za mnie wyszedł – mówi pospiesznie, a na twarzy Louisa wymalowuje się nagle spokój, a w chwilę potem śmieje się donośnie.
– Miałeś ten pierścionek przez cały czas, ale i tak pozwoliłeś mi stać tam i wierzyć, że powiesz nie? – krzyczy Louis, ale jednocześnie uśmiecha się jak szalony. Harry też się śmieje, odrzucając pudełko na łóżko, i porywa Louisa w ramiona, kilka razy kręcąc się z nim po pokoju. Louis owija nogi wokół jego talii i śmieje się, a potem dyskretnie ociera łzy, kiedy Harry przestaje wirować.
– Kocham cię – mówi, a Louis pociąga nosem i chichocze. Unosi dłoń, by otrzeć łzy z twarzy swojego ukochanego, ale to niewiele daje; tylko rozciera ciecz po jego policzkach.
– Ja ciebie też kocham – uśmiecha się szeroko Louis, pochylając się, by móc pocałować Harry’ego. Wplątuje dłonie w jego włosy, a Harry natychmiast otwiera usta i pogłębia pocałunek. Przygryza dolną wargę Louisa, zanim się od siebie odsuwają.
– Jesteś taki idealny – mówi, ignorując nić śliny łączącą ich usta. Układa Louisa delikatnie na łóżku, po czym sam wdrapuje się między jego nogi. Bierze w dłonie pudełko, które wcześniej tam rzucił, i opiera łokcie po obu stronach twarzy Louisa. Cmoka swojego chłopaka w usta, podczas gdy otwiera pudełko i wyciąga pierścionek.
– Nie jest zbyt krzykliwy – wyjaśnia, unosząc go, żeby Louis mógł zobaczyć. Obrączka jest srebrna i błyszcząca. – Wiem, że nie lubisz krzykliwych rzeczy.
– Jest idealny, Harry.
– Ma też napis wygrawerowany w środku, spójrz. – Louis bierze pierścionek w palce i zezuje na niego. Przez chwilę nic nie mówi, po czym wybucha głośnym śmiechem.
– Chyba sobie ze mnie żartujesz – mówi, a Harry już ma się odciąć, już ma bronić słów, które kazał wygrawerować na pierścionku, ale Louis wyciąga własny z kieszeni i, zanim podaje go Harry’emu, zakłada ten od niego na swój palec. – Spójrz na mój.
Harry otwiera pudełko i cóż, jest oczarowany. Pierścionek Louisa także jest srebrny, ale są do niego przytwierdzone małe, czarne diamenciki. – Jest piękny.
– Wybrałem taki z diamentami, bo wiem, że lubisz takie rzeczy.
Harry wierci się między nogami Louisa, siadając, by móc unieść pierścionek wyżej i oglądać, jak kamienie błyszczą.
– Ale to nie jest najlepsza część – mówi Louis, szczerząc się jak idiota. – Spójrz na grawerunek.
Harry potrzebuje przeczytać tylko trzy pierwsze słowa, żeby roześmiać się tak głośno, że musi stłumić to w swojej dłoni.
– Nie wierzę, że kazaliśmy wygrawerować to samo na pierścionkach – wzdycha w końcu, ale to zabawne, to takie słodkie, więc zakłada pierścionek na swój serdeczny palec i pochyla się, by pocałować Louisa, swojego narzeczonego. Myśli o słowach, które znaczą dla niech więcej, niż są w stanie wyrazić.
Nie mogę bez ciebie spać.
____
****************************************
– Poproszę niskokaloryczne cappuccino z odtłuszczonym mlekiem kozim i podwójną pianką – mówię cicho, ledwo słyszalnie, do uśmiechniętej ekspedientki. Kiwa głową i podaje mi paragon. Siadam przy wolnym stoliku nieopodal kasy, by nie blokować dostępu innym klientom.
Z mojego miejsca mam doskonały widok na galerię. Przypatruję się ludziom mijającym kawiarnię – wszyscy się gdzieś spieszą. Właściwie lubię tłumy, ale nie przepadam za byciem wśród ludzi samotnie. Potrzebuję towarzystwa. Potrzebuję drugiej osoby obok, by uśmiechnęła się do mnie bez powodu. Nie chcę być samotny.
Lubię tłumy, ale i wśród nich możesz być sam jak palec. Nie ma idealnego rozwiązania.
Wzdycham zrezygnowany, gdy mój wzrok zatrzymuje się na znajdującym się naprzeciwko ‘’Silent Chemistry” po raz dziesiąty w ciągu pięciu minut. Nic na to nie poradzę.
Bo to nie sam sklep mnie interesuje.
To jeden z jego pracowników. I mój Boże, właśnie go widzę.
Chłopak jest niższy ode mnie, ma urocze, niebieskie oczy, wąskie, czerwone usta, które aż proszą o pocałunki i jasnobrązowe włosy, zazwyczaj w artystycznym nieładzie. Zawsze widzę go uśmiechniętego, czy to gdy doradza klientowi, czy gdy rozmawia z koleżanką z pracy.
(O którą wcale nie jestem zazdrosny. Szczęściara.)
Teraz chłopak niesie w swoich drobnych rączkach stertę ubrań i wieszaków. Ostatkiem sił zmuszam się do pozostania na miejscu, bo tak bardzo chciałbym mu pomóc! Nieznajomy chłopak co prawda nie wygląda na szczególnie słabowitego, ale szczęściem dla mnie byłoby zobaczyć jego wdzięczny uśmiech i usłyszeć podziękowania, które wyszeptałby swoim melodyjnym głosem. (Nigdy nie słyszałem jego głosu, ale wyobrażam sobie, że jest wysoki, dźwięczny i piękny, niemal tak samo jak on sam.)
– Proszę pana! – mówi ekspedientka, a ja potrząsam głową ze zdziwieniem. Kobieta stoi za ladą, a w ręku trzyma moje cappucino. Wygląda na zniecierpliwioną – musiałem się bardzo zamyślić.
Odbieram kawę i mrucząc ciche „do widzenia” opuszczam kawiarnię. Nie jestem dobry w kontaktach międzyludzkich, raczej określiłbym się jako nieśmiałego, ale staram się sprawiać odmienne wrażenie.
To najwyraźniej działa. Jeśli masz jakiś problem, to najlepiej iść z nim do Harry’ego, prawda? W oczach innych jestem odważny, wygadany, a nawet arogancki, podczas gdy w środku trzęsę się ze strachu na samą myśl o na przykład poznaniu kogoś nowego. Nigdy nie sądziłem, że da się tak łatwo oszukać ludzi. Nawet przyjaciół i bliskich znajomych.
Przez chwilę chodzę bez celu, po prostu przypatrując się witrynom sklepów. Kawa stygnie, czas mija, a ja dalej nie robię nic konkretnego.
A jeśli poszedłbym do tego sklepu?
Wyrzucam kubek z kawą do śmietnika, za późno orientując się, że przecież nie wypiłem nawet łyka. Brawo, Styles, ty idioto. Na miękkich nogach idę w stronę ‘’Silent Chemistry”. Zatrzymuję się przed witryną, biorąc ostatni głęboki wdech i popycham szklane drzwi.
Już na progu uderza mnie zapach jakichś perfum (bardzo ładnych), które pracownicy codziennie wszędzie rozpylają. Rozglądam się szybko, ale nigdzie nie widać tego chłopaka.
Opanowuję drżenie rąk i przybieram na twarz wyćwiczony, pewny wyraz twarzy. Nonszalanckim krokiem podchodzę do wieszaków ze spodniami.
I choć moje myśli krzyczą z przerażenia, ignoruję je. Teraz jestem niepokonanym Harrym Stylesem, który dostaje zawsze to, czego chce.
Chwytam pierwszą lepszą parę jeansów i wolnym krokiem okrążam cały sklep. Nigdzie go nie ma, cholera. Z westchnieniem kieruję się do przymierzalni, bo dziewczyna stojąca przy kasie zaczyna mnie obserwować.
Zbliżam się do małego kontuaru, w ostatniej chwili unosząc wzrok ze swoich butów, a moje oczy napotykają niebieskie oczy tego chłopaka.
Jego idealne usta rozciągają się w uśmiechu, który nie wygląda na wymuszony, kiedy pyta melodyjnym głosem. – Tylko te spodnie?
(Wiedziałem, że jego głos taki będzie. Punkt dla mnie!)
Kiwam lekko głową, dalej przybierając pozę typu mów-ale-mnie-to-nie-obchodzi. Przynajmniej się staram, bo sam głos tego chłopaka topi moje serce, sprawia, że ręce się trzęsą i zapominam, że muszę się kontrolować.
Chłopak uśmiecha się szerzej. – Czy mogę pana prosić, żeby przyłożył torbę do czytnika?
I cholera, jestem pewien, że zachichotał przy słowie „torba”. Zachichotał, kurwa.
Przykładam torbę do dziwnego urządzenia na ścianie, a chłopak ciągle wnikliwie mnie obserwuje. Może on… Ale lepiej nie wyobrażać sobie zbyt wiele.
– Proszę za mną. – Idziemy razem do pierwszej przymierzalni. Szatyn trzyma w ręku pisak. – Jestem Louis, pracuję tutaj, więc jeśli coś nie będzie się zgadzało z rozmiarem albo kolorem, proszę śmiało mówić. Na pewno coś poradzimy. – Uśmiecha się i mruga do mnie. Niech on przestanie być taki pociągający. – Pana imię?
– Harry – odzywam się po raz pierwszy. I mogę przysiąc, że drgnął, kiedy mu odpowiedziałem. Albo może mi się przewidziało?
– Pan Harry – mówi po cichu Louis, zapisując moje imię na lusterku. Pod spodem umieszcza jedynkę i swój podpis. – Proszę mówić, jeśli coś będzie potrzebne.
Wchodzę do przymierzalni, zaciągając zasłonkę. Z westchnieniem opadam na stołek w rogu, twarz kryjąc w rękach. Louis sprawia, że jestem delikatny i słaby.
Gdzie podział się Harry, którego teraz potrzebuję?
***
“Silent Chemistry” wita mnie tym samym zapachem, co zawsze, gdy wchodzę do sklepu, zaczynając moją zmianę. Jak zwykle spóźniam się kilka minut i wbiegam, udając zdenerwowanie. Tak naprawdę traktuję to jak poranny jogging, na który nie mogę sobie pozwolić w dni robocze.
– Spóźnienie, panie Tomlinson - uśmiecha się do mnie Eleanor, wychylając się zza skórzanych kurtek z nowej kolekcji, którą właśnie wprowadzamy do sklepu.
– To już się nigdy więcej nie powtórzy. Och, co ja mówię? Oczywiście, że się powtórzy! – Podchodzę do niej i obejmując ją ramieniem, całuję w policzek. – Co dzisiaj mamy?
– Zwykły dzień i niezwykle wielkie uzupełnianie kolekcji. Wpisuję do systemu, Josh roznosi – wskazuje na niskiego szatyna, który trzyma stertę koszulek i uśmiecha się do nas – a ty stoisz przy przymierzalniach. – Wyciąga do mnie dłoń, jakby chciała przypieczętować tak naszą umowę.
– Mamy deal.
– Co z Zaynem? – Po prostu zmienia temat, wpatrując się we mnie z bezczelnym uśmiechem. Rumienię się na wspomnienie wyższego Mulata o kruczoczarnych włosach i czekoladowych tęczówkach (tęczówkach w kolorze cholernej mlecznej czekolady z wedla).
– A więc gdzie jest nasz Louis Cudowny Tomlinson, do którego stóp klękają wszyscy mężczyźni w tym mieście?
– Zabrzmiało to trochę zbyt protekcjonalnie. – Posyłam jej zdegustowane spojrzenie. – Cóż, bóg Louis nadal tu stoi, tylko jest odrobinę onieśmielony anielskimi ustami Zayna Malika, których zapewne posmakuje, kiedy spotkają się na randce w kawiarni właśnie w tę sobotę.
Eleanor aż piszczy i podskakuje z radości na moje słowa.
– Do walki, dziki kocie! – I chociaż brzmi tak jak zazwyczaj, wyobrażam sobie jak krzyczy to przed meczem Wild Cats w High School Musical i wskakuje w ramiona filmowego Troya, granego przez Zaca Efrona, a w tle zaczynają grać jakąś melodię. Kibice z trybun po prostu wstają i spontanicznie zaczynają tańczyć cholernie skomplikowaną choreografią, zawierającą zsynchronizowane ruchy, które w żadnym wypadku nie były ustalone. Dochodzę do wniosku, że to miły obrazek, szczególnie, że Zac jest bez koszulki. A tak naprawdę stoi tam Zayn, i to całkiem nagi i wcale nie trzyma Eleanor, ale powoli idzie w moim kierunku, uśmiechając się do mnie i to właśnie sprawia, że ten poniedziałek staje się lepszy, niż się na to zapowiadało.
– Halo, Tommo! – Eleanor macha mi przed twarzą otwartą dłonią. Potrząsam głową i z pięknego snu wracam do szarej rzeczywistości. – Odbiór!
– Odbiór, odbiór. – Uśmiecham się delikatnie i zupełnie niewinnie, a dziewczyna kręci głową z dezaprobatą. – Słucham, najwspanialsza?
– Mówiłam, żebyś ruszył ten swój seksowny tyłeczek do pracy. – Omija wieszak, za którym dotychczas stała i popycha mnie w stronę przymierzalni. – Do roboty, kochasiu!
– Już, już!
Ruszam do kontuaru, a stamtąd obserwuję klientów.
Wysoka kobieta o długich, kasztanowych włosach przygląda się bordowej sukni. Jej partner zainteresowany jest swoim telefonem, nie poświęcając jej żadnej uwagi.
Dwie, trochę zbyt rozchichotane nastolatki obchodzą sklep, komentując dosłownie wszystko. Ich śmiech i pojedyncze piski roznoszą się po całym pomieszczeniu.
Właściwie ludzie tylko do nas wchodzą, rzucają okiem, a później szepcą coś do siebie nawzajem i wychodzą. No tak, oczywiście nie licząc jednej osoby.
Chłopak od kilku minut krąży pod sklepem. Czasem siada na ławce, popija kawę, oddala się na kilka metrów, by potem znów wrócić i posłać kilka spojrzeń w naszym kierunku.
Zastanawia mnie, jak miękkie muszą być jego włosy – czekoladowe loki, które opadają mu na czoło, czasem przysłaniając jedno oko.
Patrzę, jak nagle zmienia się jego postawa. Po prostu wchodzi do sklepu, idąc już zdecydowanie pewniej. Chwyta parę jeansów i jeszcze przechodzi pomiędzy wieszakami, jakby czegoś szukał, a kiedy się do mnie zbliża, wpatrzony jest w swoje buty.
W ostatnim momencie podnosi na mnie wzrok. Uderza mnie, jak piękne są jego tęczówki. Dwa szmaragdy patrzą na mnie trochę zaskoczone. Uśmiecham się do niego, a potem pytam. – Tylko te spodnie?
Kiwa ot tak głową, ale nie udaje mu się ukryć zdenerwowania, co sprawia, że wydaje mi się najbardziej uroczą osobą na całej pieprzonej planecie.
– Czy mogę pana prosić, żeby przyłożył torbę do czytnika?
Chłopak odsuwa się i przykłada swoją torbę do urządzenia na ścianie. Zapewne trochę zbyt wnikliwie go obserwuję, ale – uwierzcie mi – nikt nie mógłby inaczej.
– Proszę za mną. – Kieruję go do pierwszej przymierzalni. – Jestem Louis, pracuję tutaj, więc jeśli coś nie będzie się zgadzało z rozmiarem albo kolorem, proszę śmiało mówić. Na pewno coś poradzimy. – Uśmiecham się do niego i mrugam, chociaż zapewne wyglądam w tym momencie jak naprawdę obsesyjny pedofil, który ma chrapkę na pierwszego lepszego młodego chłopca. Wyrzucam tę myśl z głowy, ponieważ tak naprawdę ten koleś plasuje się u mnie już na podium. – Pana imię?
– Harry. – I wtedy słyszę jego głos. Zachrypnięty i piękny.
– Pan Harry. – Notuję na lusterku obok przymierzalni. Pod imieniem chłopak stawiam jedynkę, oznaczając przymierzane ubrania, a na samym dole umieszczam swój podpis. – Proszę mówić, jeśli coś będzie potrzebne.
Chłopak zasuwa za sobą zasłonkę i wtedy oddycham z ulgą.
A więc to ja – Louis. W zamian za anioła zesłali mi Boga.
***
Prawdopodobnie powinienem przymierzyć wreszcie te spodnie, ale nie mam siły. Obserwuję za to nogi Louisa, kiedy wierci się przy kontuarze.
Mija pewnie kilka minut, zanim powoli podnoszę się ze stołeczka i ściągam moje własne jeansy. Już na pierwszy rzut oka widzę, że spodnie, które złapałem w biegu, są za duże i nie będą pasować. A to oznacza z kolei, że znów będę musiał porozmawiać z Louisem.
Rezygnuję z przymierzenia spodni w niemal ostatniej chwili. Po prostu powiem mu, że się rozmyśliłem.
– I jak? – Rozlega się głos zza zasłonki. Cholera, to Louis. I co teraz? Okej, Harry, dawaj, myśl. Możesz powiedzieć, że ci się nie podobają i wyjść albo… Uśmiecham się pod nosem, bo wiem co jeszcze mogę zrobić.
– No nie wiem – rzucam na tyle głośno, by Louis mnie usłyszał. – Chyba potrzebuję obiektywnej opinii. Pomożesz?
Louis odsuwa zasłonkę i gwałtownie nabiera powietrza do ust.
– Ale pan… Nie masz na sobie spodni – mamrocze, oblewając się rumieńcem.
– W tym rzecz – odpowiadam i łapię go za rękę, jednym ruchem wciągając do przymierzalni. Zaciągam szczelnie zasłonkę i obracam się, by spojrzeć na zdezorientowanego chłopaka. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że wszystko się uda i jeszcze dziś nie skończę w areszcie oskarżony o gwałt. To byłoby trochę niefortunne.
Louis dalej gapi się na mnie tymi wielkimi niebieskimi oczami, kiedy powoli do niego pochodzę, lekko kręcąc na boki biodrami. – Czy jest coś, w czym mogę pomóc? – pyta drżącym głosem.
Jestem już tak blisko, że na pewno czuje mój oddech koło swojego ucha. Dostrzegam, jak gorączkowo maca rękami ścianę, zupełnie tak, jakby chciał się czegoś złapać. Opieram swoje dłonie po obu stronach jego głowy i szepcę. – Jest taka sprawa, Louis. Chciałbym wiedzieć ile kosztuje miłość.
Louis otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Po prostu na mnie patrzy, jakby nie rozumiał, ale wiem, że tak nie jest. Ta mała cholera rozumie aż za dobrze i teraz tylko próbuje doprowadzić mnie na skraj samym spojrzeniem.
Pochylam się, zaczynając ssać malinkę na opalonej skórze jego szyi. Louis jęczy cicho i przenosi ręce ze ściany na moje plecy, przyciągając mnie bliżej. Nasze miednice się dotykają i wow, czuję jak bardzo jest już twardy, a ja nawet porządnie nie zacząłem. Eksperymentalnie wypycham biodra w przód, powodując tarcie, a chłopak niemal więdnie. Tak, zdecydowanie będzie ciekawie.
Przenoszę usta na jego policzek, składając tam delikatny pocałunek i już mam ucałować drugi, kiedy Louis mnie odpycha i ściąga przez głowę moją koszulkę. Odrzuca ją gdzieś w przód i jestem niemal pewien, że wylądowała za przymierzalnią. Może nawet na środku sklepu. Wzruszam ramionami i najpierw pozbywam się jego jeansowej kurtki (którą nie wiadomo po co nosi – hipster się znalazł), a zaraz potem czarnej koszulki. Pochylam się i składam pocałunki na całej jego brodzie, później szyi, pokrytej tatuażami klatce piersiowej i idealnie zarysowanym sześciopaku. Klęczę teraz na kolanach, ssąc malinkę na kości biodrowej Louisa i delikatnie pocierając jego biodra przez materiał czarnych, opinających jeansów.
– Mogę? – rzucam mu spojrzenie spod rzęs, bawiąc się paskiem jego spodni. Louis na chwilę wstrzymuje oddech i lekko kiwa głową.
Odpinam szybko pasek i guzik, mocno ciągnąc spodnie w dół. Już mam ostatecznie zdjąć je z nóg szatyna, gdy pojawia się jeden problem.
Białe vansy Louisa.
Wzdycham, a chłopak podąża za moim spojrzeniem i rumieni się gwałtownie. – Poczekaj, zaraz je zdejmę, poczekaj…
I już się pochyla, by rozwiązać sznurowadła, ale go powstrzymuję. Rozwiązuję oba vansy, starając się wyglądać tak seksownie, jak tylko można, gdy zdejmuje się komuś buty i unoszę najpierw jedną, a potem drugą stopę, by móc zdjąć obuwie. I wtedy moim oczom ukazują się… skarpetki w hamburgery. Louis chyba nie przewidywał, że będzie się dziś z kimś pieprzył.
Unoszę na niego wzrok – jeśli istnieje jakaś miara stopnia zawstydzenia, to Louis przekroczył górną granicę już dawno temu. Jego policzki płoną i uparcie odwraca wzrok.
Łapię jego małą rączkę w moją dłoń i kciukiem gładzę jej wierzch. Mam nadzieję, że Louis rozumie o co chodzi – nie ma przecież w świecie nic słodszego niż skarpetki w hamburgery. Zdejmuję je także i teraz już nic nie przeszkadza w ostatecznym ściągnięciu spodni z nóg Louisa.
Wykorzystuję to, że Louis patrzy gdzieś na ścianę i ściskam jego nabrzmiałego penisa przez materiał bokserek. Chłopak wzdryga się na tak mało subtelny kontakt i przenosi na mnie wzrok. Unoszę w górę brwi, bawiąc się gumką od jego bokserek, niemo pytając o pozwolenie. Kiwa lekko głową, a ja zamaszystym ruchem ściągam je aż do kostek. Gruby, długi i nabrzmiały penis staje dumnie naprzeciw jego umięśnionego brzucha, a ja przypatruję się przez chwilę, oniemiały. Trafiłem na pieprzony ideał chłopaka.
Odrzucam bokserki Louisa gdzieś w kąt i liżę jego penisa od podstawy aż po samą główkę. Chłopak sapie lekko, kiedy biorę go do ust. Poruszam się boleśnie powoli, wirując językiem na czubku, liżąc szczelinę i przygryzając gdzieniegdzie zębami. Louis jęczy tak głośno, że pewnie słyszy go cały sklep, ale żaden z nas się tym nie przejmuje.
Czuję, jak penis Louisa drga mocniej w moich ustach i przygotowuję się na to, że zaraz dojdzie, ale wtedy chłopak zdecydowanie mnie odpycha. Upadam na tyłek, patrząc na niego zdezorientowany.
– Nie chcę dojść w ten sposób. – Wzrusza ramionami. – Wstań i odwróć się.
Wykonuję szybko jego polecenie. Louis kreśli kółeczka na moich biodrach, całuje plecy i głaszcze moje ramiona. Ściąga powoli moje bokserki, a ja pomagam mu się ich do końca pozbyć. Obejmuje mnie od tyłu, przyciskając swojego twardego penisa do moich pośladków. Chyba już wiem, kto będzie na górze. I nie mam nic przeciwko.
– Masz lubrykant? – mruczy mi do ucha, przygryzając jego płatek. Uśmiecham się delikatnie.
– Noszę zawsze przy sobie – odpowiadam, a chłopak się zatrzymuje i patrzy na mnie zdezorientowany. Wybucham stłumionym śmiechem. – Oczywiście, że nie mam! Za kogo ty mnie uważasz?
Louis także się śmieje i brzmi przy tym jak milion małych dzwoneczków.
– No cóż – szepce, przystawiając mi do ust trzy palce. Zasysam je mocno, dokładnie pokrywając je całe śliną. – Poradzimy sobie bez niego.
Zabiera palce i po chwili czuję, jak jeden z nich naciska na moje wejście. Staram się rozluźnić, bo czekałem tak długo, by choć zbliżyć się do Louisa, a teraz jestem tutaj. Nic mi tego nie popsuje.
Louis wsuwa we mnie jeden palec i porusza nim na próbę. Jęczę cicho, tak bardzo chcąc dać mu znak, że jest świetny. Ale wiem, że nie wyduszę z siebie ani słowa. Czuję, jak Louis dodaje drugi palec, krzyżując je i poruszając coraz szybciej. Krzyczę cicho, gdy trafia w moją prostatę.
– Już, Louis – jęczę, wypychając biodra do tyłu. – Wejdź już we mnie.
– Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś nosicielem? – pyta Louis, unosząc jedną brew do góry. Cóż, wiem, że nie jestem, ale ryzyko zawsze istnieje, prawda? Wzruszam ramionami, a chłopak dodaje trzeci palec. Jezusie Chrystusie. – Masz może gumki?
Rumienię się wściekle i wskazuję głową na torbę. – Są… uch… są tam. Jest też… kurwa…
– Co? – śmieje się Louis, a palcami po raz kolejny trafia w moją prostatę. – Masz kurwę i prezerwatywy w torbie?
– Nie – sapię. – Mam tam tylko… gumki… i butelkę wody… Och… Może się przydać.
– Przezorny zawsze ubezpieczony, co? – pyta Louis i wyjmuje ze mnie palce. Rumienię się i odwracam wzrok. Niesamowite, jak szybko nasz role się odwróciły.
Louis siada na stołku w kącie i przyciąga do siebie torbę. Gmera w niej trochę, by po chwili wyciągnąć butelkę wody mineralnej i paczkę prezerwatyw. Rozrywa małe opakowanie i zakłada gumkę na swojego sterczącego penisa. Patrzę zniecierpliwiony, kiedy powoli wylewa na niego jeszcze trochę wody. Zakręca butelkę i uśmiecha się do mnie. – Chodź tutaj, Harry.
Podchodzę bliżej, naprawdę podniecony, ale też niepewny. Właśnie będę uprawiał seks z nieznajomym w miejscu publicznym. To w jakiś sposób ekscytujące.
– Chcę żebyś mnie ujeżdżał, Harry – szepce nisko Louis i ciągnie mnie za rękę. Chcąc czy nie, siadam na jego biodrach, a nasze penisy się dotykają. – Unieś się troszkę, właśnie tak – instruuje, a ja spełniam jego polecenia. Teraz jego twardy kutas znajduje się między moimi pośladkami. – Opuść się, Harry. Tylko powoli. – Opadam niespiesznie, by za chwilę znów siedzieć na jego biodrach.
Czuję w sobie całą jego długość. Oddycham głęboko, starając się przyzwyczaić do jego rozmiarów i na próbę unoszę się lekko. Przyjemność jest niesamowita, nawet jeśli czuję troszkę bólu.
– Porusz się znowu, Harry – szepce Louis. Jego policzki są rumiane, włosy lepią się do czoła, a oczy błyszczą i wygląda teraz piękniej niż kiedykolwiek wcześniej. – Proszę.
Spełniam jego prośbę, znowu unosząc się do góry i szybko opadając na jego biodra. Louis krzyczy cicho i przyciąga mnie bliżej, chowając twarz w mojej szyi. Zaczynam powtarzać ten sam ruch, dając się ponieść obezwładniającej przyjemności.
To nie jest moja wymarzona, romantyczna sceneria z płatkami róż i świecami zapachowymi. Jest niewygodnie i rozciąganie trochę boli. Ale z drugiej strony jest Louis, ucieleśnienie moich marzeń. Dzięki niemu jest wspaniale.
Przyspieszam swoje ruchy na jego penisie, bo czuję, że długo już nie wytrzymam. Zaciskam się na nim kilka razy i czując, jak jego kutas drga głęboko we mnie, pozwalam sobie na spełnienie. Tryskam spermą między nasze złączone ciała dokładnie w momencie, kiedy Louis dochodzi gdzieś w moim wnętrzu.
Ujeżdżam jeszcze chwilę swój orgazm i po chwili przestaję się poruszać. Trwamy jeszcze tak jakiś czas, zupełnie nieruchomi, po prostu uspakajając swoje oddechy. Kiedy uczucie posiadania Louisa dalej we mnie robi się nieprzyjemne, unoszę biodra i penis chłopaka opuszcza moje wnętrze. Czuję się tak beznadziejnie pusty, że przez chwilę myślę, że może lepszym byłoby, gdyby Louis we mnie został, bez względu na ból.
– Chyba powinniśmy się ubrać – mamrocze Louis niewyraźnie, a jego policzki są dalej zarumienione.
Kiwam głową i wstaję z jego bioder. Jest tak niezręcznie. – Em, tak, chyba tak.
Ubieramy się w ciszy. Louis ma już na sobie wszystko (łącznie z głupią jeansową kurtką, w której wygląda nieprzyzwoicie dobrze), a ja ciągle nie mogę znaleźć mojej koszulki. Nagle doznaję olśnienia.
– Wyrzuciłeś ją gdzieś poza przymierzalnię – chichoczę, a Louis wywraca oczami. – Więc ty po nią idziesz, kochasiu.
Louis wzdycha i składa całusa na moim policzku. Drżę, bo musiał stanąć na palcach, by to zrobić i kurczę, to było całkowicie i niezaprzeczalnie urocze. – Tak jest, kapitanie!
Uchylam zasłonkę i obserwuję, jak rozgląda się po sklepie.
***
Nie wiem, co o tym sądzić.
Seks z Harrym, Harry, to wszystko – to niesamowite, prawda. Ale jak to wpływa na nasze relacje, jeśli takowe dla niego istnieją? Co z Zaynem? Coraz bardziej czuję, że będę raczej tego żałował.
Obchodzę cały sklep, a koszulki nigdzie nie ma. Zrezygnowany ruszam w kierunku Eleanor, która wnikliwie mi się przygląda. Już widzę, że chowa coś za plecami. Nie obędzie się bez dłuższej rozmowy.
– Widziałaś może na podłodze czarną koszulkę? – pytam cicho, a dziewczyna lustruje mnie spojrzeniem.
– O tę? – odpowiada pytaniem na pytanie, wyciągając przed siebie ubranie. Tak, właśnie tę.
– Dokładnie – mówię i wyciągam po nią dłoń. – Dzięki, Els.
Ale dziewczyna szybko cofa rękę. – Coście tam wyprawiali?
Wzdycham tylko. – Eleanor, nie mam siły teraz o tym rozmawiać. Daj mi tą pieprzoną bluzkę.
– Oczywiście, że nie masz siły – prycha dziewczyna. – Przypadkowy seks w przymierzalni rzeczywiście bywa męczący. Nie rób takiej miny, cały sklep słyszał.
Rozglądam się i dziękuję Bogu, że w sklepie są teraz tylko te dwie nastolatki. Patrzą w naszym kierunku i niezbyt subtelnie coś do siebie szepcą. Będą miały co opisywać na Twitterze czy innym gównie.
– Pogadamy później, dobra, Els? – pytam, a dziewczyna kiwa głową i podaje mi koszulkę Harry’ego. Już mam odejść, ale łapie mnie za rękę.
– A co z Zaynem? – pyta jeszcze, a w jej brązowych oczach błyszczy niepokój.
– Nie wiem, Els – szepcę, wyswobadzając rękę z jej uścisku. – Nie wiem.
Wracam do przymierzalni, gdzie Harry siedzi na tym stołeczku, bawiąc się telefonem. Bez słowa podaję mu koszulkę, którą za chwilę na siebie zakłada.
– Więc, Louis… – zaczyna niepewnie, ale ja już chyba wiem, co powinienem zrobić. Co oboje powinniśmy zrobić.
– Poczekaj – przerywam mu, a Harry zastyga z ręką uniesioną do góry, jakby w połowie drogi do mojego policzka i otwartymi ustami. – Chciałbym cię gdzieś zaprosić, Harry.
Brunet gwałtownie wciąga powietrze. – To znaczy… na randkę?
– To znaczy na randkę. – Uśmiecham się i całuję go w policzek. Harry niepewnie przyciąga mnie do uścisku, więc przysuwam się bliżej, zarzucając mu ramiona na szyję. – Chciałbym cię poznać, no wiesz, nie tylko… tak.
– Ale nie zaprzeczysz temu, że seks ze mną jest świetny – mamrocze w moje włosy, a ja wybucham śmiechem.
– Nie zaprzeczę, Harry.
******
Zawsze śmieszył mnie fakt, że jedno zdarzenie potrafi przewrócić nasze całe życie do góry nogami. Tak naprawdę wydawało mi się to marnym żartym, który ludzie bezpodstawnie biorą na poważnie. Cóż, najwidoczniej się myliłem, bo właśnie w tym momencie denerwuję się w kawiarni, czekając na chłopaka, który wydaje mi się być moim zauroczeniem po zaledwie 15 minutach znajomości, jeśli można tak nazwać seks w przymierzalni.
Dochodzę więc do wniosku, że niekiedy trzeba znaleźć kogoś, z kim chciałbyś się zestarzeć, a nie tylko tego, który będzie dobrą rozrywką, w twoim jakże nudnym życiu.
To, że myślę o czymś takim, wydaje mi się jeszcze bardziej absurdalne. Ja, Louis Tomlinson, który faktycznie mógłbym mieć każdego, będę się teraz starać o kompletne zawładnięcie sercem kurewsko wspaniałego chłopaka o czekoladowych lokach, bladej skórze, zielonych oczach i wspaniałych nogach. A jego imię to po prostu Harry.
I widzę go, jak przekracza próg kawiarni, a jego twarz od razu się rozjaśnia, kiedy mnie zauważa. Nagle staje mniej więcej na środku pomieszczenia, udając zdumienie, wskazuje na mnie palcem i mówi trochę zbyt głośno. –Przepraszam, czy ja jestem w cukierni, bo widzę niezłe ciasteczko…
Niektórzy spoglądają na niego ze zdziwieniem. Nie potrafię pohamować śmiechu, a tym bardziej rumieńców, wkradających się na moje policzki.
– Nie chciałem cię zawstydzić. Po prostu zastanawiam się, co taka piękna dama robi tutaj sama? – Harry unosi jedną brew do góry, a potem pochyla się nade mną i całuje mnie w policzek.
– Tak się składa, że ta dama na ciebie czeka. – Sprawdzam godzinę na telefonie. – 10 minut spóźnienia, Haroldzie.
Czy nie brzmię jak Eleanor?
Chłopak opada na krzesło naprzeciwko mnie. – Wspominałem już, że jesteś taki wspaniały, że mógłbym pić twoją wodę po kąpieli?
– Jesteś pijany? – pytam trochę zdezorientowany. – Czy po prostu nie znałem cię takiego? Skąd bierzesz te teksty? Z gadkinapodryw.pl? – śmieję się, ale gdy widzę, jak jego policzki oblewają się rumieńcem, przestaję i patrzę na niego zaskoczony.
– Skąd wiedziałeś?
– Też zaglądam. – Uśmiecham się do Harry’ego, a on po prostu wybucha śmiechem – szczerym, dźwięcznym i trochę ochrypłym. I niezaprzeczalnie ten dźwięk staje się moim ulubionym.
– Co robisz w wolnym czasie, oprócz wyglądania tak dobrze? – pyta.
– Och, w wolnym czasie, tak? – Harry kiwa głową. – Zazwyczaj gram w piłkę nożną .
Kąciki jego ust znowu się unoszą, chociaż właściwie jeszcze nie zdążyły opaść.
– Niespełnione marzenie dużego chłopca, co?
– Można tak powiedzieć – przytakuję na jego słowa. Byłem w dobrej drużynie jakoś w szkole średniej, niestety nie wyszło. Właściwie jaki chłopak nie chciał być kiedyś piłkarzem? Nawet miałem jakieś szanse. – A twoje niedoczekanie?
– Noga mnie nie kręciła, to tylko latanie za piłką i wylewanie bezsensownie potu.
– Słucham? – pytam oburzony. – A jak ktoś ma talent do tego latania za piłką? Jak ja na przykład?
– Przepraszam, nie chciałem cię urazić, cukiereczku. – Puszcza do mnie oczko i przysięgam, że wtedy nie da się mu nie wybaczyć.
– Ze względu na to, że nadal wyczuwam w twoim głosie kpinę, podziel się ze mną twoim talentem, Harry.
Chłopak przysuwa się do mnie i schyla nad stołem, tak, że dzieli nas ledwie kilka centymetrów.
– Domyślam się, że wiesz już, że jestem znakomity, jeśli chodzi o seks, więc pewnie oczekujesz czegoś bardziej ukrytego – przewracam oczami na jego słowa. – Więc kiedy ty rozwijałeś swój talent, goniąc za piłką, ja kręciłem piruety i robiłem wspaniałe puenty.
– Balet, poważnie? – Nie mogę pohamować śmiechu. Co za ciota. – Męsko w chuj.
– Pokażę ci kiedyś. Nie musisz nawet pytać. Wiem, że chcesz zobaczyć mnie w akcji. Jestem pewny, że nigdy nie widziałeś tak wyszkolonej baletnicy.
– Z pewnością. Szczególnie, że widziałem tylko moje siostry, chodzące na lekcje od jakiegoś miesiąca. No chyba, że zaliczasz też bliźniaczki tego narzeczonego Helen z „Aparatki”. One były świetne. Nie wiem czy je pobijesz, kochanie.
Już ma coś odpowiedzieć, gdy do stolika zbliża się kelner – niski i lekko otyły. Stawia przed nami dwie puste szklanki i butelkę wody mineralnej. Już ma odejść, gdy Harry wykonuje zamaszysty ruch ręką. – Wow wow wow, nie tak szybko, koleżko!
Zdziwiony mężczyzna unosi do góry jedną brew, uśmiechając się kpiąco. – Jestem Zac. – Z dumą wskazuje na swoją plakietkę.
– Okej, cokolwiek – rzuca Harry. – To ty zamawiałeś? Bo nie zwykłem pijać wody o tej godzinie.
– Naprawdę? – Unoszę brwi w udawanym zdumieniu. – Dzia za info.
– Wiele jeszcze o mnie nie wiesz, koniku polny – uśmiecha się chłopak, a Zac znów próbuje odejść. – Hej, nie skończyliśmy jeszcze!
– Czyżby? – pyta Zac. – Ja miałem tylko przynieść tutaj tę wodę.
– Ale żaden z nas jej nie zamawiał! – Zac wzrusza ramionami, jakby mu to wisiało (Ja pitole – autorki). – Może mam jeszcze za nią zapłacić? – Uderzam w stół otwartą dłonią. Harry chichocze cicho.
– Na to wygląda, kolego. – Zac dalej utrzymuje niewzruszony wyraz twarzy. – Wodę kazał wam przynieść tamten dżentelmen. – Wskazuje na mężczyznę, który czyta gazetę przy innym stoliku.
Kieruję wzrok w tamtym kierunku, by dostrzec nikogo innego, jak właśnie Zayna! Nasze spojrzenia się krzyżują i wtedy Mulat składa gazetę na pół. Unosi dłoń i macha do mnie wesoło. – Cześć, kochanie! – wykrzykuje radośnie, tak głośno, że słyszy go cała kawiarnia.
– Okej, to już nie moja sprawa – mówi znudzony Zac. – Ulatniam się.
– No to pa – odpowiada mu Harry, chuj wie po co.
Tymczasem Zayn dosiada się do naszego stolika. Jego kolana dotykają moich. Uśmiecha się do mnie radośnie i trochę szaleńczo. – Czy jesteś z Alaski? Bo tam są takie laski.
Wzdycham ciężko. – Właściwie jestem z Doncaster. – Harry zaczyna się śmiać jak opętany, a Zayn mu wtóruje. Co za absurd. – Idę zapłacić za wodę.
Podchodzę do kasy, przeszukując kieszenie w poszukiwaniu drobniaków, a do moich uszu dochodzi rozmowa między Zaynem i baletnicą. – Gadkinapodryw.pl? – pyta ta ciota.
– Dokładnie! – ekscytuje się Zayn. – A ty to kto tak w ogóle?
– Darzę sympatią pewnego piłkarzyka. – Obracam się, słysząc te słowa i widzę, jak Harry wskazuje na mnie głową. Rumienię się i z powrotem skupiam na ekspedientce.
Tymczasem Harry kontynuuje. – A ty co tu robisz, mah friend?
– Codzienna prasa, stary – odpowiada Zayn ze szczerym uśmiechem. – No i zamawiam wodę dla mojego chłopaka.
Upsik, kłopoty. Uciekam? Jeszcze nie. Wtedy znowu odzywa się Harry. – Woah! To chyba nie jest twój chłopak. On przyszedł tu ze mną!
Drżącymi rękami odbieram rachunek i wracam do stolika. – Spokojnie, panowie. – Zajmuję swoje miejsce. Harry i Zayn mierzą się wściekłymi spojrzeniami. – Jestem tu z Harrym, Zayn, możesz już nas opuścić?
W oczach Zayna płonie furia. Gwałtownie wstaje z krzesła i wywraca nasz stolik. W pomieszczeniu milkną wszystkie rozmowy, słychać tylko dźwięk tłuczonego szkła i krzyki przerażonych kobiet. Zayn ma już coś powiedzieć, kiedy zwracam się do Harry’ego, który znowu chichocze.
– To co? – Unoszę brwi. – Spierdalamy?
Harry uśmiecha się szeroko i łapie moją dłoń. – Spierdalamy.
Wybiegamy z kawiarni żegnani szaleńczym okrzykiem Zayna. – Gdzie tak kopytkujecie, piękne gazele?!
***
Biegniemy tak długo, aż znikamy z pola widzenia Zayna. Wtedy Harry niespodziewanie się zatrzymuje i upada, ciągnąc mnie za sobą na jakąś trawę. Opadam na plecy, a Harry na mnie i toczymy się po podłożu jeszcze chwilę. Harry ciągle śmieje się głośno i ja też się śmieję. Zatrzymujemy się – chłopak siedzi okrakiem na moich biodrach, a dłonie opiera po obu stronach mojej głowy. Wow, czy to deja vu?
Patrzy na mnie przez chwilę zamglonymi szmaragdowymi tęczówkami, marszcząc brwi. Unosi jedną dłoń i układa ją na moim policzku. – Jesteś taki piękny – szepce niskim głosem i się pochyla. Zamykam oczy, czekając na pocałunek.
Jego usta dotykają moich najpierw delikatnie, by za chwilę niemal wcisnąć mnie w podłogę. Ręka Harry’ego znika z mojego policzka i przesuwa się delikatnie od mojego ramienia aż po końce palców. Gładzi delikatnie moją dłoń i wreszcie mocno ją łapie. Odsuwa się na parę milimetrów, więc kiedy otwieram oczy, jedynym co widzę jest zieleń jego tęczówek. Wpatruję się tylko w nie i nie muszę widzieć jego ust, by wiedzieć, że się uśmiecha. Jego oczy wyrażają wszystko.
Pochyla się jeszcze raz i składa krótki całus na moich ustach. Mruczę, niby niezadowolony, kiedy się odsuwa. – Jeszcze – mamroczę, a Harry uśmiecha się szeroko.
– Cokolwiek tylko sobie zażyczysz, piłkarzyku – mówi i za chwilę cicho chichocze. Unoszę brwi, nie wiedząc o co chodzi. – Coś ci chyba spuchło w rajtuzach, kochasiu.
Sięgam dłonią do mojego krocza i nie czuję rajtuz, a tym bardziej erekcji. – Ale ja założyłem spodnie – mruczę.
– Wiesz co, zapomnij.
– Skoro tak, to nie powiem ci czemu Fanta żółta jest.
***
*******************************************
Jest dwadzieścia cztery po trzeciej w nocy.
Harry przewraca się na plecy i rozkłada na dostępnej powierzchni łóżka. Od chłodu panującego w pokoju na jego skórze pojawia się gęsia skórka, a rozbebeszona pościel styka się z nagim ramieniem. Czuje napływającą falę zawodu, kiedy orientuje się, że Louisa przy nim nie ma. Otwiera oczy, mając nadzieję, że chłopak jak zwykle siedzi na brzegu łóżka.
Nie siedzi.
Harry pociera oczy pięściami, odrzuca kołdrę i wstaje z łóżka. Wychodzi z ich wspólnej sypialni i kieruje się do pokoju dla gości, który wita go swoim zwyczajowym, nietkniętym porządkiem.
Następnie sprawdza biuro i uśmiecha się, gdy zastaje tam Louisa siedzącego na obrotowym krześle.
– Kochanie – zaczyna swoją rutynową już przemowę, ponieważ są ze sobą od trzech lat, a Louis cierpi na bezsenność o wiele dłużej – wróć do łóżka.
– Nie. – Louis potrząsa głową, a Harry nie może uwierzyć, że wciąż się przy tym upiera. – Będę się wiercił i przewracał z boku na bok całą noc, a chcę, żebyś się wyspał.
Harry pokonuje dzielącą ich odległość i, kiedy stoi już przed Louisem, przykłada dłoń do jego policzka. – Śpię lepiej, wiedząc, że jesteś obok mnie.
Louis przekrzywia głowę, a jego oczy lśnią w blasku księżyca. – Będę tylko zawadzał.
– Kocham cię – mówi Harry pewnie. – Nigdy nie zawadzasz.
– Czemu zawsze jesteś dla mnie taki słodki? – pyta Louis, a Harry nigdy nie odpowiada, bo po tym pytaniu Louis zawsze wstaje, pozwalając zielonookiemu wziąć się za rękę i zaprowadzić z powrotem do łóżka.
Harry otula Louisa kołdrą i całuje w czoło, zanim wchodzi do łóżka po swojej stronie. – Pamiętasz pierwszy raz, kiedy wyszedłeś z łóżka, bo nie mogłeś spać?
Louis chichocze cicho, układając ramiona nad głową, i spogląda na chłopaka obok. – A ty pomyślałeś, że cię zostawiłem i wpadłeś w totalną panikę.
– Heeeeeeeeeeej – jęczy Harry. – To było po tym, jak pierwszy raz uprawialiśmy seks i myślałem, że zrobiłem coś nie tak.
– Mm – mruczy Louis. – Wyobraź sobie tę ulgę, że to tylko moja choroba.
– Nie muszę – odpowiada Harry, przysuwając się bliżej. Ściąga ręce Louisa znad jego głowy i zaczyna bawić się jego palcami. – Przeżyłem to. No chodź.
Louis także przysuwa się bliżej i wtedy Harry otacza go ramionami. Louis pociera palcem wystającą kość biodrową młodszego chłopaka. – Prześpij się trochę, dobrze?
– Czy to nie ja powinienem ci to mówić? – pyta Harry. Ma zamknięte oczy, ale czuje, jak Louis potrząsa głową.
– Nie jestem zmęczony – odpowiada, no i cóż, ma rację.
***
Tydzień później Harry i Louis siedzą w salonie, jedząc obiad i narzekając na swoich współpracowników, kiedy telefon Harry’ego dzwoni.
Harry wyciera usta chusteczką, zanim odbiera. – Halo?
– Harry! – Dzwoni jego mama.
– Mamo! – uśmiecha się Harry. Widzi, że kąciki ust Louisa także się unoszą. – Jak się masz?
– Świetnie, a ty?
– W porządku – mówi Harry.
– Dobrze to słyszeć, naprawdę dobrze. Dzwonię, żeby zapytać, czy ty i Louis zechcielibyście przyjechać na weekend i w czymś mi pomóc.
– Och? – Harry sztywnieje na krześle, przyciskając telefon do ucha.
– Zastanawiałam się, czy nie moglibyście pomóc mi z porządkami na strychu.
Harry się uśmiecha. – A poprzez „mnie i Louisa pomagających czyścić strych” rozumiesz „mnie i Louisa czyszczących strych, kiedy ty zrobisz obiad”. – Louis unosi głowę na dźwięk swojego imienia i marszczy brwi, przeżuwając swój makaron.
– Myślę, że to sprawiedliwy układ – broni się Anne.
Harry śmieje się do telefonu. – No tak, tak. Zapytam go. – Odsuwa telefon od ust i spogląda na Louisa. – Masz ochotę pojechać do mojej mamy w ten weekend, żeby pomóc w sprzątaniu strychu?
– Jasne – odpowiada Louis. – Uwielbiam ją odwiedzać.
– W takim razie odpowiedz na moje następne pytanie szczerze – zaczyna Harry, ale Louis przerywa mu donośnym tonem, żeby Anne też mogła go usłyszeć.
– Tak, Harry, uwielbiam też jej kuchnię!
Harry słyszy, że jego mama coś mówi, ale ignoruje ją. Potrząsa głową i spogląda na Louisa poważnie. – Ile spałeś w tym tygodniu?
– To takie ważne?
– Oczywiście, że tak, Lou.
– Coś koło pięciu pełnych godzin.
Harry ściąga usta w wąską linię.
– Wszystko w porządku, Harry, przysięgam. Niekiedy spałem mniej.
– Wiem – wzdycha Harry. – Ale wiem też, że czasem spałeś więcej. – Louis spogląda na niego bezradnie, a Harry czuje się z tym źle. – Kocham cię.
Louis rumieni się lekko; to takie niesamowite, że to dzieje się nawet po trzech latach ich związku. W końcu ze śmiechem odpowiada:
– Ja ciebie też kocham.
Harry także zaczyna się śmiać, po czym podnosi telefon do ucha. – Tak, przyjedziemy. Sobota? Czy niedziela?
– Kiedy wam odpowiada – mówi Anne, a Harry spogląda na Louisa.
– Sobota czy niedziela? – pyta, a Louis wybucha śmiechem bez powodu. Odrzuca głowę do tyłu, po czym uderza nią w blat stołu. Jego drobne ramiona trzęsą się od śmiechu. – No co? – woła Harry. – Co jest takie zabawne?
Louis podnosi głowę, ciągle się śmiejąc, i wskazuje słabo na Harry’ego. – Ty… Po prostu… Twoja twarz – jest wszystkim, co udaje mu się powiedzieć, zanim znowu wybucha szaleńczym śmiechem.
– Przestań się ze mnie śmiać! – krzyczy Harry, a Louis tylko śmieje się głośniej. Wstaje ze swojego miejsca i odnosi swój talerz do kuchni.
Harry wydyma wargi w niezadowoleniu, kiedy niebieskooki chłopak zabiera jego talerz, ciągle się śmiejąc.
– Sobota, wszystko jedno w sumie, kochanie. Sobota. – Ledwo udaje mu się wypowiedzieć to zdanie pomiędzy chichotami. Harry uderza go w pośladek, wychodząc z jadalni.
– Sobota – przekazuje Anne. – Sobota bardziej nam pasuje.
– Świetnie, bo wiesz, chciałam też z tobą o czymś porozmawiać.
Harry czuje ucisk w żołądku, kiedy to słyszy. Przecież wszyscy wiedzą, że nigdy nic dobrego nie wynikło z rodzica mówiącego „muszę z tobą porozmawiać”. – Czemu nie powiesz mi o tym teraz?
– Lepiej będzie zrobić to twarzą w twarz – odpowiada Anne. Boże, Harry nagle czuje się niesamowicie zestresowany.
– To brzmi… złowieszczo. – Harry słyszy dźwięk płynącej wody i talerzy stukających o metal, a jego serce zaczyna bić szybciej na myśl o Louisie myjącym naczynia. Przelotnie przypomina sobie pierwszy raz, kiedy jedli razem obiad, ale głos matki ciągle brzęczy mu w uszach. W pełni skupia się na tym, co mówi kobieta, dopiero wtedy, gdy słyszy imię Louisa.
– Co? – pyta oszołomiony, bo wcale nie zwracał na nią uwagi.
– Jak się miewa Louis? – Harry zauważa, że jej głos złagodniał.
– Leki, które przepisano mu kilka tygodni temu, nie działają, ale to nic nowego.
– Dziecko, nie sądzę, żeby te wszystkie lekarstwa były dla niego dobre. To znaczy, chcę, żeby mógł spać tak samo, jak ty tego chcesz, ale czy to nie niesie ze sobą ryzyka, że stanie się coś złego? To są naprawdę mocne tabletki nasenne, nie boisz się czasem, że przypadkowo je przedawkuje?
– Cały czas. Dlatego kazałem mu przestać je brać. Nienawidzę patrzeć na to, jak bardzo zmęczony jest przez cały czas, ale ja nie mógłbym nigdy… – Harry urywa, bo to jest coś, o czym myśli dość często, chociaż nienawidzi takich wizji. – Ja nie mógłbym żyć, gdybym pozwolił mu przypadkiem przedawkować. Nienawidzę tego, że wychodzi w nocy z łóżka, wiesz? Bo to jest tak, że ja wiem, że on nie chce mnie budzić, ale ja nie mogę spać bez niego, mamo. Nie mogę zasnąć, chyba że on jest obok mnie.
– Wiem, Harry, chciałabym… – Ale Harry przestaje jej słuchać.
Louis łapie jego wzrok ze swojego miejsca w drzwiach, a Harry uśmiecha się do niego smutno. Początkowe zaskoczenie obecnością Louisa umyka, ponieważ mieszkają ze sobą już tak długo, że Harry przyzwyczaił się do tego, jak cichy może być Louis, kiedy tego chce.
Louis spuszcza wzrok, najwyraźniej zawstydzony, a Harry puka w stół, by zdobyć sobie jego uwagę. To, co właśnie powiedział, nie jest najważniejszą częścią.
– Tak – mówi Harry, zdając sobie sprawę z tego, że Anne skończyła mówić już jakąś chwilę temu. – Dzięki, mamo. Muszę kończyć. – Na te słowa Louis gwałtownie potrząsa głową, ponieważ jeśli Harry chce dalej rozmawiać ze swoją mamą, to powinien. Ale Harry nie chce, ponieważ chce porozmawiać z Louisem.
– Pa, Harry, do zobaczenia w sobotę. Kocham cię, nie zapomnij, że ja…
– Ja ciebie też – mówi Harry pospiesznie, ponieważ Louis wyszedł z pokoju, a Harry chce z nim porozmawiać.
Louis siedzi na kanapie w salonie. W telewizji leci jeden z tych nieistotnych seriali, które widzieli już milion razy, ale to nie ma znaczenia, bo Harry i tak go wycisza, kiedy tylko opada na kanapę.
– Przepraszam, że nie mogę spać – mówi Louis, spoglądając na swoje kolana.
– Nie, nie, Louis, nie – odpowiada Harry, klękając przed niebieskookim chłopakiem i dotykając go wszędzie, ponieważ wie, że Louis potrzebuje zapewnień, kiedy wpada w takie nastroje. – Nie przepraszaj za coś, czego nie możesz kontrolować.
– Czasem czuję się z tym źle.
– Nie ma ku temu powodu – mówi Harry. – Kocham cię takiego, jakim jesteś. Zmieniłbym w tobie tylko jedną rzecz, wiesz może jaką?
– Jeśli powiesz, że chodzi o nazwisko, to wyjdę, bo twoje żarciki są okropne, a ja nie chcę mieć z nimi do czynienia.
Harry wybucha śmiechem, ponieważ Louis zawsze narzeka na jego żarty. – Kochasz je – broni się słabo, a Louis tylko rzuca mu spojrzenie, ponieważ o nie, wcale nie. – W porządku, już dobrze, wygrałeś! Chcesz pooglądać jakieś programy o ulepszaniu domów? – proponuje, głównie po to, żeby zejść z tematu, który miał zamiar wyciągnąć. To dlatego, że teraz Louis się uśmiecha, a Harry absolutnie to kocha.
– Sugerujesz, że nasz dom wymaga ulepszenia? – pyta Louis, ale i tak sięga po pilota. Uśmiecha się szeroko, kiedy Harry wciąga go na swoje kolana.
– Uważam, że nasz dom jest idealny – odpowiada Harry, całując go w czoło. – Zupełnie jak ludzie, którzy w nim mieszkają. A mówiąc o ludziach, jak nazwiesz kogoś, kto…
– Nieee – piszczy Louis, zakopując twarz w piersi zielonookiego chłopaka. – Żadnych żarcików!
Harry odpowiada śmiechem i całuje go znowu, przebiegając palcami przez jego miękkie włosy, podczas gdy jakiś przypadkowy robotnik zaczyna opowiadać o różnych sposobach zburzenia niechcianych ścian.
***
– Kiedy ostatnio tam byłaś? – pyta Anne Harry, podczas gdy ona kręci się po kuchni, łapiąc szybko patelnie i garnki.
– Jakieś trzy tygodnie temu – odpowiada, a Harry unosi brew.
– Serio? – dokucza. – To wyjaśnia fakt, że kiedy razem z Louisem pociągnęliśmy w dół schodki, spadł na nas kilogram kurzu.
– I zszedłeś na dół, żeby mi o tym powiedzieć?
– Pomyślałem, że powinnaś wiedzieć – mówi Harry wyniośle, krzyżując ramiona na piersi.
– No cóż, dziękuję za uświadomienie, chociaż właściwie mnie to nie obchodzi – odcina się Anne. Całkowicie ignoruje sapnięcie, które wydobywa się z ust jej syna. – Ale zaprosiłam cię tutaj z pewnego powodu…
– Łapię, już łapię – przerywa jej Harry, unosząc dłonie w geście porażki. – Chciałem tylko napić się trochę wody, zanim przypadkowo natknę się na okropieństwa, które mogą chować się na górze.
– Czekaj, czekaj – mówi nagle Anne, a Harry zatrzymuje się w drzwiach. Obraca się, by spojrzeć na matkę, która stoi teraz naprzeciw niego. – Gdzie jest Louis? – szepce, a Harry posyła jej zdezorientowane spojrzenie.
– Na strychu – odpowiada. – A co?
– Chciałam z tobą pogadać, pamiętasz? – pyta Anne. Harry przytakuje nerwowo, rozglądając się na boki. Czemu Louis nie może w tym uczestniczyć?
– To będzie rozmowa o Louisie, no nie? – Harry w pełni uświadamia sobie ten fakt, kiedy wypowiada to zdanie. Krzyżuje ramiona na piersi i cóż, Anne może być jego matką, ale jeśli powie coś negatywnego o Louisie, Harry ma przecież pełne prawo, by zabrać ich obu z tego domu.
– Ile razy uprawialiście seks w tym tygodniu? – pyta spokojnie, a Harry się krztusi.
– Co? – bełkocze, oglądając się za siebie, by sprawdzić, czy istnieje jakakolwiek szansa, że Louis wejdzie niedługo do pokoju.
– Ile razy ty i Louis uprawialiście seks w tym tygodniu?
– Dlaczego mnie o to pytasz? – pyta Harry piskliwie.
– Po prostu odpowiedz! – naciska Anne. – Jestem twoją mamą! Możesz powiedzieć mi wszystko!
– Ale to jest takie… – Harry wzdycha i pociera twarz dłonią. Wie, że nie ma sensu odmawiać, bo jego mama nie odpuści. – Chodzi ci o wszystko związane z seksem? Czy tylko o seks?
– Tylko o seks – potwierdza Anne, a Harry nie może uwierzyć, że jej o tym mówi.
– Cztery – wzdycha. – Cztery razy.
Oczy Anne rozświetlają się na jego odpowiedź. – Harry! – wykrzykuje radośnie. – To więcej niż wynosi średnia!
– Mamo, co do… no dobrze, a co mówiłem ci o oglądaniu Doktora Oz?
– Harry, próbuję przeprowadzić z tobą poważną rozmowę.
– O życiu seksualnym moim i Louisa?! – niemal wykrzykuje Harry. Anne szybko go ucisza.
– Chodzi o coś więcej, Harry. Usiądź, proszę.
– O Boże, no dobrze, już dobrze – mamrocze Harry, usadawiając się na krześle przy kuchennej wysepce. Anne zajmuje miejsce obok niego.
– Popraw mnie, jeśli źle mówię – zaczyna, a Harry patrzy na nią ciekawie. – Ty i Louis jesteście ze sobą od trzech lat, regularnie uprawiacie seks, macie stabilną sytuację finansową, a ty ledwo umiesz bez niego funkcjonować.
Harry wzdycha ciężko, ale przytakuje. – A co to ma do rzeczy?
– Myślę, że już czas, żebyś był ze sobą szczery.
– A przez to rozumiesz…? – dopytuje Harry, biorąc łyk swojej wody. Anne wydaje z siebie sfrustrowany jęk.
– Uklęknij na to cholerne kolano, Harry! – mówi. – Oświadcz mu się!
Harry niemal wypluwa wodę, po czym bierze głęboki oddech, co w efekcie powoduje, że się krztusi. Anne klepie go parę razy po plecach, ale to wcale nie pomaga. Twarz Harry’ego jest czerwona i kaszle jak szalony. Jego spojrzenie jest dzikie, kiedy spogląda na swoją matkę.
– Co? – wykrztusza, ocierając kropelki wody z brody.
– Powiedz mi przynajmniej, że o tym rozmawialiście.
Harry mruga. – Cóż, no tak, trochę. Mówiliśmy o tym… trochę.
– Harry, na pewno wiesz, czy chcecie spędzić razem resztę życia.
– Ja… Jasne, że chcę z nim być, to nie ulega wątpliwości.
– Co w takim razie stoi na przeszkodzie?
– Ja n-nie wiem, jest nam teraz dobrze, a ja nie chcę tego zniszczyć.
– Myślisz, że oświadczyny zniszczą wasz związek?
Harry kaszle lekko, patrząc na nią z ukosa. – To brzmi trochę głupio, kiedy tak to przedstawiasz.
– Posłuchaj – mówi Anne, układając rękę na jego ramieniu. – Wiem, że to nie moja sprawa, ale sądzę, że nie znajdziesz nikogo lepszego niż Louis.
Harry przygląda się jej przez chwilę. – Nie ma nikogo lepszego dla mnie – zgadza się w końcu.
Anne chce coś dodać, ale przerywa jej kichnięcie. Obraca się w stronę drzwi.
Louis stoi w przejściu z kartonem w rękach, potrząsa głową, po czym rzuca spojrzenie dwójce stojącej w kuchni. – Nikt nie zamierza powiedzieć na zdrowie? – pyta z uśmiechem.
Anne mówi, a Harry nie, bo wszystko, o czym może myśleć, to mążmążmąż Louis mógłby być moim mężem.
– Harry? – pyta Louis, po czym odstawia pudełko na podłogę. Jego spojrzenie skacze od Anne do jej syna, kiedy wchodzi do kuchni.
Harry wstaje z krzesła i staje naprzeciw niego. To sprawia, że Louis trochę się denerwuje, bo twarz jego chłopaka jest kompletnie wyprana z emocji.
Ale potem Harry go przytula. Owija go ciasno ramionami, a Louis jest co najmniej zdezorientowany. Łapie wzrok Anne, owijając rękoma talię zielonookiego chłopaka.
– Kocham cię – szepce do jego ucha Harry. – Bardzo cię kocham, wiesz?
Louis przytakuje, ponieważ oddaje jego uczucia, a Harry dobrze o tym wie. Anne na nich patrzy, więc delikatnie odsuwa się od wyższego chłopaka. Na jego ustach igra mały uśmiech.
Pociąga nosem, po czym zwraca się do wszystkich w pokoju. – Znalazłem pudełko z ciążowymi ubraniami i myślę, że powinniśmy po prostu oddać je na cele charytatywne. No i przy okazji odkryłem parę innych rzeczy – mówi, rzucając złośliwe spojrzenie Harry’emu. – Na przykład kalendarz pod tytułem „Dni, w których zmoczyłem łóżko”. To chyba jedna z historii, o których zapomniałeś mi powiedzieć, Harry.
Harry zwiesza głowę, a na jego policzkach wykwita rumieniec. – Miałem pewnie jakoś pięć lat!
– Serio? – szczerzy się Louis. – Bo kalendarz mówi, że miałeś dwanaście.
Harry jęczy w odpowiedzi i jeszcze bardziej spuszcza głowę. Louis podchodzi i składa na jego policzku pocałunek. – Hej, kochanie – mówi cicho. – Głowa do góry. – Pstryka go palcami w brodę, a serce Harry’ego się topi, bo właśnie takie słowa powiedział do Louisa, kiedy ten po raz pierwszy wyznał, że czuje się jak ciężar przez to, że nie może spać.
– Co tam jeszcze jest? Mówiłeś coś o ciążowych ubraniach? – Harry zmienia temat, zadowolony, że Louis na to przystaje.
– No – przytakuje Louis, podchodząc do leżącego na podłodze pudła, po czym pochyla się i je otwiera. – Mnóstwo ciążowych ubrań.
Anne przytakuje i wstaje z krzesła, po czym podchodzi do Louisa. – Możemy je oddać.
– Czekajcie, chcę je najpierw obejrzeć – mówi Harry, schylając się, żeby wyjąć pierwszą rzecz z wierzchu. Otrzepuje ją z kurzu i wyciąga przed siebie. – To jest ogromne! – stwierdza, przykładając do swojego ciała wielką szarą bluzę. Rzuca swojej matce zdziwione spojrzenie. – Naprawdę sprawiłem, że twój brzuch był taki wielki?
Anne chichocze i kiwa głową. – Byłeś utrapieniem.
– Ciągle jest – dodaje Louis. Harry uderza go w ramię.
– Nie, ale serio, to jest ogromne! Założę się, że zmieścilibyśmy się tam razem z Louisem. – Twarz Harry’ego rozjaśnia się na ten pomysł i, nie tracąc ani chwili więcej, zakłada bluzę przez głowę. – Chodź tutaj. – Łapie brzeg bluzy i zakłada ją na Louisa, ale niebieskooki chłopak jest za niski, żeby jego głowa wystawała z ubrania.
Lekko się dusząc, Louis wyswobadza się z bluzy. – Muszę być wyżej – mówi do Harry’ego.
– Usiądź na szafce – instruuje Harry. Louis przytakuje i wspina się na jedną z kuchennych szafek. – Mój Boże, jesteś taki malutki – uśmiecha się Harry, a Louis tylko rzuca mu przeciągłe spojrzenie.
– No chodź tu – marudzi i tym razem to Harry musi go posłuchać, więc podchodzi i zakłada mu sweter przez głowę. Oboje chichoczą, kiedy akcja się udaje, a materiał rozciąga się tylko trochę na ich ciałach. Louis zaczyna śmiać się mocniej, dostrzegając totalne zauroczenie na twarzy swojego chłopaka.
– Mamo, spójrz! – mówi Harry z uśmiechem. Anne spogląda na nich, a kąciki jej ust lekko unoszą się ku górze.
– Wyglądacie przekomicznie – mówi, ale żaden z nich nie zwraca na to uwagi.
– Podniosę cię – szepce Harry, a Louis chichocze, owijając nogi dookoła jego talii. – To szalone – mówi, nosząc Louisa dookoła kuchni. – Zatrzymuję ten sweter.
Anne potrząsa głową w niedowierzaniu. – No jasne.
– A co my w ogóle będziemy z nim robić? – pyta Louis, wkładając ręce w rękawy swetra. Dłonie Harry’ego są przecież i tak na jego udach.
Harry wzrusza ramionami. – Nie wiem. Możemy robić z niego fort dla dwóch osób, ale tylko na górne partie naszych ciał.
– Jesteś niemożliwy.
– Niemożliwie kreatywny – poprawia go Harry, a Louis wybucha śmiechem.
– No jasne, cokolwiek powiesz. Ale ciągle zostało nam sześć pudeł do przejrzenia – przypomina Louis, ziewając i wiercąc się w jego ramionach.
– No dobrze, pamiętam – zgadza się Harry, ale udaje mu się przejrzeć tylko jedno pudło więcej, zanim oświadcza, że on i Louis powinni już iść do domu. Powodowała nim nadzieja, że ziewanie Louisa oznaczało, że prześpi tej nocy trochę więcej niż dwie godziny.
Kiedy budzi się następnego ranka, Louis siedzi obok, uderzając palcami o materac, i Harry wie, że się pomylił. Przyciąga do siebie niebieskookiego chłopaka i przytula mocno, bo ze wszystkich rzeczy, które mogą być źle, Louis go nie zostawił, a tylko to go naprawdę obchodzi.
***
Zakłada ten sweter jeszcze raz, tak dla żartu, naprawdę.
Louis ciągle powtarzał, że trzymanie go w domu jest głupim pomysłem, ponieważ serio, Harry, kiedy będziemy potrzebowali ciążowej bluzy?
Więc kiedy siedzą na kanapie, oglądając Władcę Pierścieni w telewizji, Harry oświadcza, że ten sweter jest wspaniałym wspomaganiem dla przytulania.
– Wspomaganie dla przytulania – powtarza Louis. – Co to w ogóle jest?
– Coś, co pomaga ci w przytulaniu – wyjaśnia Harry, po czym rusza w kierunku ich wspólnej sypialni.
– Najpierw mówisz, że nasz dom potrzebuje ulepszenia, potem, że nasze przytulanie jest poniżej normy, co będzie następne? – jęczy Louis, ale Harry’ego już nie ma. – To jest absolutnie niedorzeczne – zaznacza, kiedy Harry siedzi z powrotem na kanapie, próbując przekonać go do założenia ogromnego ubrania.
– Ale… – zaczyna Harry, unosząc brwi. Na jego niemal dziecięcej twarzy pojawia się ogromny uśmiech, a Louis wzdycha, czując woń nachodzącej porażki.
– Ale i tak to zrobię – dodaje, wywracając oczami. Harry wiwatuje mimo to.
Louis wpełza na jego kolana i w chwilę potem znika pod tkaniną, a Harry chichocze, bo place niebieskookiego chłopaka go łaskoczą. Jego oczy błyszczą, kiedy głowa Louisa pojawia się obok jego. – Dobra zabawa, nie?
– Jesteś dziwakiem – dokucza mu Louis. – Ale jest cieplutko. To mogę powiedzieć. – Zwija się naprzeciw piersi Harry’ego, a ten wzdycha. Nieświadomie wybija na plecach swojego chłopaka nieznany rytm, składając się głównie na mążmążmąż.
W połowie Władcy Pierścieni: Powrót Króla, Harry czuje, że jego powieki zaczynają opadać.
– Lou? – pyta, poruszając się pod ciałem Louisa. – Kochanie?
– Hm? – mruczy Louis, unosząc głowę. – Co?
– Idziemy spać? – pyta Harry, wodząc palcem po skórze za uchem Louisa.
– Pewnie, kochanie.
– Okej, a w jaki sposób przemieścimy się do sypialni? – pyta Harry, wskazując na ich splątane ciała.
– Um, usiądź – instruuje Louis. – Opuść nogi, właśnie tak. – Znajdują się teraz w pozycji, gdzie Harry siedzi normalnie na kanapie, a Louis na jego kolanach. – A teraz ja już tylko… – Louis owija swoje nogi dookoła talii Harry’ego, a materiał bluzy rozciąga się dwukrotnie. – No i już.
– Sprytnie – chichocze Harry, pochylając się, by pocałować Louisa delikatnie.
– Jeden z nas musi być – mamrocze Louis, a Harry odsuwa się ze śmiechem.
Harry ostrożnie układa ich na łóżku, a Louis wyciąga nogi, splątując je z nogami jego chłopaka.
– Kocham cię – szepce. Harry uśmiecha się do niego sennie.
– Też cię kocham.
– Dobranoc.
– Dobranoc. Śpij dobrze – mówi Harry.
Louis tylko wzdycha.
***
Harry budzi się trzydzieści sześć po dziewiątej następnego ranka.
Louis śpi na jego piersi, zawinięty w wielki sweter.
Harry wyciąga ramiona, zanim zamiera, ponieważ…
Louis śpi.
Louis śpi.
Louis śpi.
I nie ma sposobu, żeby mógł wyjść z łóżka w nocy, bo Harry by to poczuł. Zmuszając się do zignorowania rozpierającej pozytywnej energii, która przepływa przez jego żyły, Harry układa głowę na z powrotem na poduszce, próbując się uspokoić.
To zwykła strata czasu, bo Harry nie może już zasnąć, nieważne, jak mocno się stara. U Louisa zdiagnozowano bezsenność w wieku szesnastu lat, a już od kiedy miał trzynaście nie przespał całej nocy. A teraz…
A teraz…
Harry ostrożnie sięga po swój telefon, który leży na szafce nocnej, i wybiera numer Jay.
– Halo?
– Jay, to ja, Harry.
– Wszystko w porządku, Harry? – Brzmi na zaniepokojoną, ale Harry nie może jej winić, bo on sam pewnie brzmi, jakby oszalał.
– Tak, tak, właściwie jest świetnie.
Nie ma pojęcia, jak powinien to powiedzieć.
– Um, no tak, um. Chodzi o Louisa, on… On śpi, właśnie teraz, śpi od jakichś dziesięciu godzin.
Po drugiej stronie zapada cisza.
– Co? – pyta Jay z niedowierzaniem.
– Śpi. Właśnie teraz i spał od jakichś dziesięciu godzin.
– O mój Boże. – Jay wypuszcza gwałtowny oddech. – O mój Boże.
– Wiem – mówi Harry, no bo serio, co powinien teraz powiedzieć?
– Jak? – pyta Jay. Wreszcie jakieś pytanie, na które Harry może odpowiedzieć.
– Cóż, zabawna historia, oboje jesteśmy zawinięci w ciążowy sweter.
– Co? – pyta znowu Jay, ale tym razem poprzez głośny śmiech.
– No, to dłuższa historia.
– Dobrze w takim razie. Dziękuję, że zadzwoniłeś, Harry.
– Jesteś pierwszą osobą, o której pomyślałem – mówi Harry szczerze. – No i zastanawiałem się, czy ty i Dan nie chcielibyście wyjść na kolację jakoś w najbliższym czasie. – Nerwowo przygryza wargę, zastanawiając się, czy kobieta zapyta o powód.
– Z wielką chęcią! – mówi Jay, a Harry’ego zalewa fala ulgi. – Nie widziałam was, chłopcy, już tak długo.
– Zbyt długo – zgadza się. – Cóż, muszę kończyć. Dziękuję, Jay, do zobaczenia niedługo.
– Ciebie też, Harry. Pa!
Rozłączają się po tych słowach i Harry uśmiecha się szeroko, spoglądając na Louisa. Nie miał wielu okazji do oglądania go podczas snu, kiedy wygląda tak spokojnie i cicho i cóż, Harry nie wstydzi się przyznać, że to właśnie robi przez następne dwadzieścia minut.
Harry czuje, że Louis zaraz się obudzi, kiedy zaczyna poruszać rękoma, zaciskać pięści. Otwiera usta, które opuszcza ciche westchnienie, a potem leniwie otwiera zamglone oczy.
– Cześć, kochanie – wita go Harry, od razu wplątując dłoń w kosmyki jego włosów.
– Dzień dobry – odpowiada Louis zmęczonym tonem, a w chwilę później marszczy brwi w zdezorientowaniu. – Która jest godzina?
– Chwilę po dziesiątej – mówi Harry cicho, a Louis rozwiera oczy w niedowierzaniu.
– Chwilę po dziesiątej? – pyta. Harry po prostu przytakuje, a Louis zastyga na chwilę, a potem uśmiecha się naprawdę szeroko. – Chwilę po dziesiątej – powtarza ze zdumieniem. A potem już tylko śmieje się wesoło, odrzucając głowę do tyłu. Kiedy znowu spogląda na Harry’ego, jego oczy ciągle wyrażają zdumienie.
– Kocham cię – mówi Harry, a Louis śmieje się znowu, przyciskając pocałunek do jego ust.
– Nie wierzę, że spałem ponad dziesięć godzin. To przewspaniałe.
– Kocham cię – powtarza Harry głośnej. Wie, że Louis to wie, ale chce, żeby to poczuł.
– Ja ciebie też kocham – odpowiada Louis, unosząc dłoń do jego policzka. – Bardzo.
Kiedy początkowe oszołomienie mija, Harry sugeruje, że jakimś cudem Louis przespał całą noc dzięki niemu i pomocy tego cholernego swetra ciążowego.
Siedząc w kuchni z herbatą w dłoni, Louis rzuca Harry’emu najbardziej kochające spojrzenie na świecie. Ma na wpół otwarte usta, a jego źrenice są rozszerzone i wszystkie emocje ma wypisane na czole, a Harry mógłby go kompletnie zrujnować, gdyby chciał.
Ale nie rujnuje.
Ponieważ Louis mówi naprawdę cichutko „nie mogę spać bez ciebie”, patrząc prosto w jego oczy. Tych kilka słów wypełnia jego umysł i przejmuje kontrolę nad wszystkimi zmysłami, bo brzmią tak znajomo, ale głos, który je wypowiada, już nie.
– Ja też – odpowiada równie cicho. – Ja też nie mogę bez ciebie spać.
Louis spogląda na niego, jakby już rozumiał, jakby właśnie do niego dotarło, czemu Harry zawsze wychodzi z łóżka, żeby go znaleźć. Rozumie, czemu robił to przez ostatnie trzy lata i wie, dlaczego będzie kontynuował przez wszystkie lata, które nadejdą.
***
– Ależ się uwijasz*.
Harry ogląda się przez ramię z miejsca przed lustrem, gdzie prostuje swój krawat. Louis stoi oparty o framugę drzwi, ubrany tylko w bokserki i podkoszulkę.
– Wyglądasz seksownie – szczerzy się do niego Harry, a Louis tylko wywraca oczami. Podchodzi i staje obok Harry’ego, który natychmiast owija ramię wokół jego talii i przyciąga go bliżej.
– Wyglądasz na podekscytowanego wizją spotkania z moją matką – zauważa Louis, a Harry tylko na niego patrzy.
– Nie powiedziałem nic o byciu podekscytowanym – mówi, zdobywając od Louisa wzruszenie ramion.
– Nie musisz nic mówić, ja to czuję, emanuje od ciebie albo coś. Dziwaczne. – Louis marszczy noc, a Harry chichocze.
– Cóż, przykro mi, że moje podekscytowanie jest takim zmartwieniem – żartuje, a Louis wyswobadza się z jego uścisku.
– Powinno być ci przykro – odgryza się, łapiąc Harry’ego za dłonie. – Muszę iść się ubrać.
Harry mruczy i pochyla się po pocałunek. Louis przenosi swoje dłonie na jego ramiona i kiedy zamierza się odsunąć, Harry otwiera usta. Szatyn wydaje z siebie dźwięk zaskoczenia i odsuwa się, uśmiechając się na widok Harry’ego podążającego za jego ustami.
– Będzie dużo czasu na to, ale później – poucza go. – Spóźnimy się, jeśli się nie pospieszymy.
– W takim razie ubieraj się szybko – odpowiada Harry, rozprostowując rękawy.
To kolej na zaskoczenie ze strony Harry’ego, bo Louis wychyla się do jeszcze jednego szybkiego pocałunku, zanim odsuwa się krok w tył i mówi:
– Idę, już idę. Zdajesz się być bardziej podekscytowany wizją spotkania z moimi rodzicami niż ja.
Louis ma rację, bo Harry cieszy się z tego spotkania o wiele bardziej niż on, ale przecież nie musi o tym wiedzieć.
Kiedy docierają do wymyślnej restauracji, którą Harry wybrał razem z Jay, siadają przy zarezerwowanym stoliku i zamawiają przystawki.
Jay okropnie wierci się na swoim krześle, a Louis wyłapuje to wcześniej niż inni.
– O co chodzi, mamo? – pyta, a twarz Jay promienieje.
– Spałeś każdej nocy przez cały tydzień? – odpowiada pytaniem na pytanie. Louis się rumieni i sztywnieje na krześle, podczas gdy Harry uśmiecha się z dumą.
– Tak – mówi Louis, a Jay unosi ramiona nad głowę i wykonuje mały taniec zwycięstwa.
– Jestem z ciebie taki dumny, Louis – mówi Dan i wtedy kobieta stanowczo przytakuje.
– Ale ja nie zrobiłem nic takiego. – Louis wzrusza ramionami, a Harry pochyla się bliżej niego.
– Też jestem z ciebie dumny, wiesz.
– Wiem, że jesteś, po prostu nie łapię dlaczego. Nie zrobiłem absolutnie nic, to wszystko twoja zasługa.
– Dobrze, w takim razie będę też dumny z siebie – mówi Harry, odsuwając się i siadając prosto na swoim krześle. Louis wyciąga dłoń pod stołem i pociera jego udo, a Harry po chwili łączy ich palce razem.
– I to wszystko stało się dzięki ciążowemu swetrowi?
– I dzięki Harry’emu – zaznacza Louis.
– Dokładnie – przytakuje Harry. – Szalone, prawda? – Pojawia się kelner z ich przystawkami i jedzą niemal w ciszy, rozmawiając tylko trochę do czasu, gdy zamawiają główne dania.
Harry decyduje, że teraz jest najlepszy czas, więc najpierw poklepuje kieszenie spodni, po czym przenosi dłonie na kieszenie marynarki, przesadnie marszcząc brwi w dezorientacji. Oczywiście, Louis to wychwytuje.
– Coś nie tak? – pyta.
– Ach, myślę, że zostawiłem telefon w samochodzie – mówi Harry. Wie dokładnie, co Louis za chwilę odpowie.
– Chcesz, żebym po niego poszedł?
– Jeśli nie masz nic przeciwko.
– Żaden problem. Zaraz wrócę – mówi Louis i odchodzi.
Harry wyjmuje telefon z kieszeni i układa go na stole.
Jay rzuca mu zdziwione spojrzenie, ale Harry tylko potrząsa głową. Nerwy wreszcie zaczynają dawać o sobie znać. – Mam do was pytanie.
Jay i Dan wymieniają szybkie spojrzenie, po czym odwracają się do niego z poważniejszymi wyrazami twarzy. – O co chodzi?
– Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? – zaczyna Harry, a Jay powoli kiwa głową.
– Oczywiście – mówi.
– Nawet rodziną – dodaje Dan. Usta Harry’ego drgają w uśmiechu.
– Prawda, no dobrze. Wiecie, że kocham Louisa bardziej niż cokolwiek na świecie i wiecie też, że absolutnie zmienił moje życie w każdy z najlepszych sposobów, a ja dokładałem wszelkich starań, i będę ciągle dokładał, żeby był zadowolony. – Harry przełyka, spoglądając raz na Dana, raz na Jay. – I ja się zastanawiałem… – Jego głos się załamuje, więc chrząka, by to zatuszować. Bierze głęboki oddech, mając nadzieję, że to go uspokoi. – Zastanawiałem się, czy mógłbym uzyskać waszą zgodę na poproszenie go o rękę.
Przy stole zapada cisza.
– Nie musicie dawać mi odpowiedzi w tej chwili…
– Tak! – wykrzykuje Jay, zwracając na nich uwagę kilku innych gości. – Oczywiście, że możesz… mój Boże. – Kobieta śmieje się wesoło, więc Harry też się śmieje. – Myślałam, że już nigdy nie zapytasz.
Harry uśmiecha się i chce dodać coś jeszcze, ale kątem oka dostrzega, że Louis wraca do ich stolika ze smutnym wyrazem twarzy, więc zaciska usta w wąską linię i nic nie mówi.
– Nie mogłem go znaleźć, kochanie. Przepraszam. Jesteś pewien, że nie zostawiłeś go w domu?
Harry poklepuje urządzenie leżące na stole. – Znalazłem go.
– Och – mówi Louis i kiwa głową. – Czemu tak na mnie patrzysz? – To pytanie jest skierowane do Jay, która spogląda na swojego syna z błyszczącymi oczyma i promiennym uśmiechem.
– Po prostu bardzo się cieszę, że cię widzę – wyjaśnia Jay, a Louis szeroko się do niej uśmiecha.
– Ja też.
Kiedy główne dania zostają podane, a Louis spuszcza wzrok na swój talerz, Jay posyła Harry’emu znaczące spojrzenie. Zielonooki chłopak śmieje się cicho i przykłada palec do ust, jednocześnie sięgając pod stół, by potrzeć udo Louisa tak, jak to robił już wcześniej. Louis podnosi wzrok i spogląda na niego z ustami pełnymi spaghetti, posyłając mały uśmiech.
A Harry po prostu kontynuuje delikatne poklepywanie jego uda w znanym rytmie mążmążmąż jeszcze przez krótką chwilę.
***
Kilka dni później Harry decyduje, że nadszedł ten dzień. Właśnie wrócili od sąsiadów, którym pomagali ustawić antenę satelitarną na dachu. Para ma syna, który właśnie skończył dwa lata, więc zdecydowali, że potrzebują więcej odpowiednich kanałów dla ich dziecka.
Oglądanie, jak Louis dotrzymuje towarzystwa maluchowi było naprawdę urocze, a udawane sprzeczki między małżonkami sprawiły, że Harry zrozumiał, że właśnie tego chce z Louisem. Tu i teraz.
Nie ma nic, co mogłoby go zatrzymać. Ma kupiony pierścionek, jest przekonany, więc co mu przeszkadza? Otwierając drzwi wejściowe ich domu, Harry decyduje, że nic.
– Zastanawiam się, czy nasz dach też jest taki czyściutki – mówi Louis, siadając na kanapie i rozwiązując buty. – Myślisz, że wynajęli kogoś, żeby im go wyczyścił? Może my powinniśmy to zrobić?
Harry chichocze, pochodząc do Louisa, i pstryka go w nos. – Myślę, że nasz dach jest idealny, tak samo jak ludzie, którzy pod nim żyją.
Louis potrząsa głową i wstaje, po czym bierze swoje buty i idzie do sypialni, a Harry za nim podąża. – Mówię poważnie, Harry, co jeśli kiedyś z jakiegoś powodu ktoś będzie musiał wejść na nasz dach i to, co tam zastanie, zupełnie go odrzuci? Teraz jak tak o tym myślę, to przecież deszcz musiał nanieść tam tyle brudu i różnych śmieci, więc w efekcie to wszystko znalazło się w rynnach. Powinniśmy je sprawdzić?
– Myślę, że powinniśmy sprawdzić ciebie. O czym ty w ogóle mówisz?
Louis załamuje ręce, a zaniepokojenie nie schodzi z jego twarzy. Harry znajduje się obok niego w jednej chwili, układając dłonie na jego ramionach.
– Co się stało?
– Nasze rynny są brudne – mówi Louis szybko, a Harry wymusza śmiech.
– Pytam poważnie, Louis, co jest? Czujesz się…
– Wyjdziesz za mnie? – wypala Louis i jego oczy automatycznie rozszerzają się w niedowierzaniu, a Harry czuje, jak całe jego ciało sztywnieje. – Cholera – przeklina Louis. – Powinienem najpierw uklęknąć na kolano… Okej, um. – Louis przyklęka na jedno kolano i sięga do kieszeni płaszcza, by wyciągnąć pudełeczko. Harry spogląda na niego z niedowierzaniem, a jego ramiona opadają bezwładnie po jego bokach. – Harry Stylesie – zaczyna Louis, a Harry czuje, że zaraz się rozpłacze – czy uczynisz mi ten honor i wyjdziesz za mnie?
Harry nie odpowiada, nie rusza się, nawet nie mruga, aż nagle szaleńczo rzuca się w kierunku ich szafy, wyrzucając z niej wieszaki, kiedy jak w amoku szuka pary czarnych botek.
– C-co ty robisz? – jąka się nerwowo Louis, chowając pudełko do kieszeni i podchodząc do Harry’ego. Układa dłoń na jego bicepsie. – Przerażasz mnie, Harry, powiedz coś, proszę.
Harry upada na kolana i wreszcie znajduje buty z tyłu szafy, a potem niemal wywraca Louisa tym, jak gwałtownie się obraca. Rzuca w niego jednym z butów.
Louis chwieje się pod siłą uderzenia, a na jego twarzy widnieje upokorzenie. Harry potrząsa głową i sięga do buta, wyciągając pudełeczko z pierścionkiem.
– Też mam jeden, chcę, żebyś za mnie wyszedł – mówi pospiesznie, a na twarzy Louisa wymalowuje się nagle spokój, a w chwilę potem śmieje się donośnie.
– Miałeś ten pierścionek przez cały czas, ale i tak pozwoliłeś mi stać tam i wierzyć, że powiesz nie? – krzyczy Louis, ale jednocześnie uśmiecha się jak szalony. Harry też się śmieje, odrzucając pudełko na łóżko, i porywa Louisa w ramiona, kilka razy kręcąc się z nim po pokoju. Louis owija nogi wokół jego talii i śmieje się, a potem dyskretnie ociera łzy, kiedy Harry przestaje wirować.
– Kocham cię – mówi, a Louis pociąga nosem i chichocze. Unosi dłoń, by otrzeć łzy z twarzy swojego ukochanego, ale to niewiele daje; tylko rozciera ciecz po jego policzkach.
– Ja ciebie też kocham – uśmiecha się szeroko Louis, pochylając się, by móc pocałować Harry’ego. Wplątuje dłonie w jego włosy, a Harry natychmiast otwiera usta i pogłębia pocałunek. Przygryza dolną wargę Louisa, zanim się od siebie odsuwają.
– Jesteś taki idealny – mówi, ignorując nić śliny łączącą ich usta. Układa Louisa delikatnie na łóżku, po czym sam wdrapuje się między jego nogi. Bierze w dłonie pudełko, które wcześniej tam rzucił, i opiera łokcie po obu stronach twarzy Louisa. Cmoka swojego chłopaka w usta, podczas gdy otwiera pudełko i wyciąga pierścionek.
– Nie jest zbyt krzykliwy – wyjaśnia, unosząc go, żeby Louis mógł zobaczyć. Obrączka jest srebrna i błyszcząca. – Wiem, że nie lubisz krzykliwych rzeczy.
– Jest idealny, Harry.
– Ma też napis wygrawerowany w środku, spójrz. – Louis bierze pierścionek w palce i zezuje na niego. Przez chwilę nic nie mówi, po czym wybucha głośnym śmiechem.
– Chyba sobie ze mnie żartujesz – mówi, a Harry już ma się odciąć, już ma bronić słów, które kazał wygrawerować na pierścionku, ale Louis wyciąga własny z kieszeni i, zanim podaje go Harry’emu, zakłada ten od niego na swój palec. – Spójrz na mój.
Harry otwiera pudełko i cóż, jest oczarowany. Pierścionek Louisa także jest srebrny, ale są do niego przytwierdzone małe, czarne diamenciki. – Jest piękny.
– Wybrałem taki z diamentami, bo wiem, że lubisz takie rzeczy.
Harry wierci się między nogami Louisa, siadając, by móc unieść pierścionek wyżej i oglądać, jak kamienie błyszczą.
– Ale to nie jest najlepsza część – mówi Louis, szczerząc się jak idiota. – Spójrz na grawerunek.
Harry potrzebuje przeczytać tylko trzy pierwsze słowa, żeby roześmiać się tak głośno, że musi stłumić to w swojej dłoni.
– Nie wierzę, że kazaliśmy wygrawerować to samo na pierścionkach – wzdycha w końcu, ale to zabawne, to takie słodkie, więc zakłada pierścionek na swój serdeczny palec i pochyla się, by pocałować Louisa, swojego narzeczonego. Myśli o słowach, które znaczą dla niech więcej, niż są w stanie wyrazić.
Nie mogę bez ciebie spać.
____
****************************************
Subskrybuj:
Posty (Atom)