sobota, 11 stycznia 2014

707

Pół roku. Tak mówią oni. Zostało mi jedynie pół roku, a potem już nic. Kurwa. Przeklęte sześć miesięcy, przy czym ostatnie dwa w totalnym bólu i nieświadomości. Otumanienie mnie środkami przeciwbólowymi to jedyna rzecz jaka mi pozostanie. Pół roku. A potem... Potem już tylko ciemność. Boję się. Nie będzie światełka w tunelu, nie wierzę w to. Ja nie chcę. Nie zasługuję na to. Moja matka na to nie zasługuje. ŻADEN człowiek nie zasługuje by umierać w takim bólu.
Piekło? Niebo? Anioły? Nie wierzę w to. Co zrobiłem źle? Dlaczego teraz gdy marzenia się spełniają, muszę... być w takim stanie? Wydaje mi się, że to cena, którą muszę zapłacić za to wszystko. Trochę za wysoka, ale lepiej, żeby to dosięgło mnie niż kogokolwiek innego, prawda? Odrobiny bólu nikomu nie zaszkodzi. Należy mi się. Może nie aż w takiej dawce, ale przyjmę z pokorą to wszystko. W imię wyższej idei. Póki co na ziemi mały skrawek raju mam. Staram się nie przejmować wyrokiem, który zawisł nad moją głową. Staram się żyć jakbym miał przed sobą parędziesiąt lat życia. Staram się nie zwracać uwagi na to, ze zostało mi jedynie sześć miesięcy życia... Jak to beznadziejnie nawet brzmi...Próbuję... Staram się... Nie myślę o tym... Żyję chwilą, bo tych nie dużo mi pozostało. Równocześnie boję się wszystkiego wokół. A jeśli dowiedzą się wtedy będę uziemiony. Zmuszą mnie do czegoś, czego nie chcę. Nie potrzeba mi tego. Nie chce kolejnego bólu, który może nie skończyć się dobrze.
Pół roku. Sześć miesięcy. Sto osiemdziesiąt cztery dni. Jedenaście tysięcy i czterdzieści minut. A potem już nic. Pustka. Ciemność.







Kolejny raz powtarzaliśmy układ. Kolejny, skok. Szybki bieg w prawo. Przybliżenie się do kamery. Odskok. Delikatny freestyle, a na koniec ustanie w rządku. Proste, prawda? Tutaj nie ma jak się pomylić, jednak ciągle coś nie wychodziło, bo jeden z nas miał problem z koordynacją wzrokowo - ruchową. I to nie byłem ja. Nie żeby coś, ale zaczynało mnie to irytować. Przecież robiłem wszystko dobrze. Wszyscy robiliśmy to co do nas należało, pomijając Nialla. Nie wiedziałem co jest grane. Wyglądał na lekko zagubionego w myślach. Według mojego zdania oczywiście.
- Ej no chłopaki, co z wami? Jeszcze raz! Nie obijać mi się tam! - Krzyczał Paul. Zrobiłem młynka oczami, mimo, że to nie było bezpośrednio skierowane w moją stronę. To naprawdę było wkurzające. Być oskarżonym o coś czego się mnie zrobiło? No chyba komuś tu się klepki poluzowały.
- Nie obijamy się! - Krzyknął poirytowany Harry, po czym spojrzał z wyrzutem na Horana. Blondyn spuścił wzrok i jakby zapadł się w sobie.
- Prze-przeprasz-sz-szam. - Wyjąkał speszony chłopak. Przez moment miałem ochotę do niego podejść i przytulić, a następnie zmieszać z błotem Hazzę.
Paul wymamrotał cicho pod nosem wiązankę przekleństw. Założę się, że w myślach mordował nas wszystkich poklei. Nie żebym zarzucał mu bezduszność w naszą stronę, bo był naprawdę bardzo troskliwą osobą, jednak wiem jakie to trudne. Życie z piątką, popapranych, nastoletnich, chłopaków wcale nie jest łatwe. Wiem, przecież z własnego doświadczenia, prawda?
- Dobra. Piętnaście minut przerwy. I weźcie się ogarnijcie...
Paul wyszedł ze studia do ćwiczeń, a my pozostaliśmy sami. Tylko nasza piątka. Styles od razu wyszedł z pomieszczenia, a za nim Lou. Miałem ochotę krzyknąć do nich by przynieśli mi kawę, ale najprawdopodobniej dostałbym z buta. Harry nie był dziś w humorze, ale Louis jak zawsze starał się go ogarnąć. Urocze. Spojrzałem na Liama, który jedynie wzruszył ramionami i wyszedł zadzwonić, najprawdopodobniej do Danielle. Nawet nie spojrzałem na swój telefon, ponieważ wiedziałem, że Perrie ma ważniejsze zajęcia, niż pisanie czy dzwonienie do mnie. Miała własne próby, spotkania, wywiady. Może i nasz związek był dziwny, jednak uważam, że to tylko i wyłączenie moja sprawa.
Zostałem sam na sam z Nialler'em. Blondyn zerknął jedynie za wychodzącymi i po chwili położył się na podłodze. Przykrył twarz rękoma i westchnął. Ze zmęczenia? Najprawdopodobniej, ale nie wnikałem na razie. Podszedłem do niego siadając, po turecku, tuż obok jego ciała. Wydawał się śmiertelnie zmęczony, o czym świadczył jego ciężki i świszczący oddech.
- Hey Nialler, jak się czujesz?
Powiedziałem cicho patrząc z niepokojem na Horana. Chcąc bym szczerym, nawet przed samym sobą, muszę przyznać, że wyglądał marnie. Miał podkrążone oczy, nie uśmiechał się tak często jak kiedyś. I zgasł ten blask w jego oczach. I to chyba najbardziej mnie martwiło.
- Witaliśmy się przecież, i czuję się wyśmienicie.
Odpowiedział cicho, nadal mając zamknięte oczy. Uśmiechnąłem się delikatnie słysząc ton jego wypowiedzi. Odniosłem wrażenie, że nie życzy sobie mojej obecności przy sobie. Jednak coś kazało mi przy nim pozostać. To coś kazało mi także obserwować jego klatkę piersiową uważnie.
Wdech i jego klatka unosi się ku górze.
Wydech - opada na dół, a on wydaje ciężki świst.
Wdech i wydech...
Nie zauważyłem nawet jak sam zaczynam oddychać w jego tempie. Jakbym chciał się z nim zharmonizować. Wyłączyłem się na bodźce zewnątrz. Całą moją uwagę pochłonęło to jak on oddycha. Może i oddychał jak zwykły człowiek, ale dla mnie to było dość fascynujące. Mógłbym tego słuchać cały czas. Siedem dni w tygodniu. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez całe życie, do końca świata. Mógłbym zawsze słuchać oddechu przyjaciela. Przypominał mi spokojną kołysankę, w której się powoli zatracałem.
- Mógłbym się dowiedzieć co Ty robisz? - Spytał mnie zachrypniętym głosem Nialler przyglądając mi się uważnie. Chyba odpłynąłem myślami, szlag by to.
- Koordynuję wzrokiem, mój drogi przyjacielu, czy oddychasz prawidłowo, nie chciałbym siedzieć z trupem. - Odpowiedziałem szczerząc zęby. Oczekiwałem jakiegoś uśmiechu z jego strony, ale się nie doczekałem. Jego wyraz twarzy jakby zastygł i nic mi nie odpowiedział, tylko spojrzał w sufit.
- Jakbyś już tego nie robił. - Mruknął tak cicho, przypuszczam że nie było to przeznaczone dla mnie i moich uszu..
Znów się wyłączył i nie zwracał na mnie uwagi. Poczułem się przez chwilę osamotniony, nie mogąc się odezwać. Mimo, że cisza ta miała w sobie coś czystego i niewinnego, miałem ochotę ją przerwać. Chciałem porozmawiać z Niall'em. Równocześnie obawiałem się, że zniszczę tę kruchą konstrukcję. Nie chciałbym być niszczycielem tej zharmonizowanej ciszy, bo sam się w niej odnajdywałem. Pragnąłem jedynie porozmawiać odrobinę z blondynem, jednak nawet tak sprzyjająca sytuacja jak ta, nie pozwalała mi się odezwać. Nie chcąc dalej być więźniem własnych myśli nabrałem powietrza do płuc.
- Nialler, co ci dolega? Zachowujesz się jak... Jak nie Ty. - Szepnąłem cicho, przysuwając się jeszcze bliżej do jego leżącej postaci i delikatnie chwytając go za ramię. Skrzywił się delikatnie.
- Byłbym naprawdę wdzięczny gdybyś nie chwytał mnie tak mocno za ramię, wiesz? - Odpowiedział mi spokojnie, ale cicho. Podniósł się z pozycji leżącej i usiadł, podciągając nogi pod brodę. Wyglądał jak skrzywdzone dziecko, które miało zaraz się rozpłakać. Przysunąłem się jeszcze bliżej i objąłem go delikatnie ramieniem. Zadrżał, ale nie dałem po sobie poznać, że to wyczułem.
- Nialler, słuchaj. Nic nie jest tak czarne jakby mogło się nam wydawać. Na pewno nie jest tak, źle jakby mogło się tobie wydawać. Trochę optymizmu, nigdy nikomu nie zaszkodziło, a przecież ty nie należysz do tych wiecznie ponurych, prawda? Uśmiechnij się, bo tylko od ciebie zależy jakich kolorów użyjesz do pokolorowania swojego świata. Pamiętaj, że każdy jest panem własnego losu to co robimy wpływa na nas i naszą przyszłość wszystko można zmienić naprawić. Wystarczy zawzięcie i wola walki którą każdy ma w sobie. - Mówiłem cicho, chcąc skłonić go do zeznań.
Spojrzał na mnie, a jego wzrok przepełniony był bólem. Czułem się, jak nigdy, potrzebny mu. By mógł się wynurzyć, żeby mógł nabrać powietrza do płuc. Już otwierał usta by mi powiedzieć, co leży na jego sercu, jednak wrócili chłopacy i Paul. Niall od razu zamknął usta i powrócił ten jego dziwny wzrok. Po chwili wstał już naprzeciwko reszty grupy. Westchnąłem zrezygnowany wiedząc, że nie za szybko znów się przede mną otworzy. Wstałem i spojrzałem z niechęcią na wszystkich.
- No chłopcy, wstajemy, koniec przerwy. I radzę się wam nie pomylić tym razem...

706

"Najgorsze w piekle jest to, że nie wiesz, czy już się w nim nie znajdujesz.”
*soundtrack*

Kiedy Nick zjawił się w mieszkaniu Louisa, potwierdzając wszystkie przeczucia przyjaciół, niedługo każdy z nich powrócił do swego własnego kąta. Chociaż nie do końca. Niall zaproponował Eleanor, by zatrzymała się u niego, widząc roztrzęsienie dziewczyny. Kiedy drzwi zamknęły się za ostatnimi gośćmi, Louis bardziej wtulił się w ciepłe ciało Grimshaw’a, gdy siedzieli na kanapie. Poprosił, by ten spędził dzisiejszą noc u niego, a Nick nie potrafił odmówić błękitnym tęczówką Louisa, który wręcz błagał by nie zostawiał go samego. Przyczyna była oczywista. Czarny aniołek, który znajdował się teraz w komodzie przy jego łóżku nie dawał mu spokoju i chłopak zaczął sie zastanawiać, czy figurka również ma coś wspólnego ze śmiercią Danielle, jednakże bał się o to zapytać, a raczej usłyszeć odpowiedź. Wydawało mu się, iż każdy był spięty przebywając ze sobą w pomieszczeniu jeszcze parę godzin temu, zupełnie jakby mając coś do ukrycia. Tak samo jak Tomlinson. Tak wiele myśli krążyło w głowie chłopaka, przyprawiając go o kolejny nieznośny ból, który ostatnimi czasy często mu towarzyszył. Biorąc głęboki oddech, wiedział, iż musi się dowiedzieć czegoś na temat nurtującej go sprawy z niewielką figurką.

– Nick? – szeptał, widząc, iż powieki mężczyzny są przymknięte. Jednak słysząc głos chłopaka, otworzył powoli oczy, spoglądając na przyjaciela.

– Tak, Louis? – odgarnął opadającą na jego czoło grzywkę.

– Czy przy Danielle… czy był tam czarny aniołek? – zapytał, wyczekując, aż usłyszy zaprzeczającą odpowiedź. Grimmy westchnął.

– Tak, był. – Te słowa utwierdziły chłopaka w przekonaniu, iż to co dzieje się wokół nich nie jest przypadkiem, a jego serce zabiło szybciej na samą myśl, iż znajduję się w śmiertelnym kręgu.

***

Każdy kto znał Zayna Malika, wiedział, iż on oraz jego ojciec nie mają najlepszych relacji. Głównym powodem zaistniałej sytuacji był fakt o nietolerancji tego człowieka. Nie miał na myśli jedynie aspektu orientacji seksualnej, chociaż to decydowało o większości. Chodziło również o nie akceptowanie wyborów Zayna. To ojciec w dzieciństwie chłopaka decydował o tym, czy jego dziecko będzie grało na pianinie czy biegało po boisku grając w piłkę nożną. Nie zważał na ambicje Zayna, a gdy usłyszał, iż chłopak chciał grać w tetrze, zakazał mu tego. Nie przyjmował do wiadomości, by jego syn grał w sztuce wystawianej na scenie podczas kiedy dzieci jego wpływowych znajomych brały udział w szermierce czy sztukach walki, ogólnie w typowo męskich zainteresowaniach. To zepsułoby jego reputacje, dlatego nie mógł pozwolić sobie na to, aby Zayn do tego dopuścił. Jednakże chłopak sprzeciwiał się. Po kryjomu chodził do teatru, przesiadując na deskach podestu godzinami, ucząc się scenariuszu. Jego nauczyciel mówił, iż ma talent. Matka rzadko stawiała się za swoim dzieckiem, głównie dla tego, iż pan Malik był cholerykiem i chciała uniknąć złości męża. Wszystko to działo się kosztem Zayna.
Bardzo często bywało, iż musiał nocować u Louisa przez ciągłe kłótnie z ojcem, a nie raz zdarzyło się, iż mężczyzna podnosił na niego rękę. Tomlinson był bardzo bliską osobą dla chłopaka, rozumiał go i zawsze mógł polegać na przyjacielu. Pewnego razu, gdy ojciec Zayna dowiedział się o seksualności Louisa, sceptycznie podchodził do szatyna często z niego szydząc. To był pierwszy moment, gdy Malik uderzył swego ojca stojąc w obronie przyjaciela. Brunet znosił wiele, chodź było to dla niego ciężkie. Kiedy skończył osiemnaście lat, ojciec poinformował go, że w przyszłości, któregoś dnia odziedziczy po nim firmę na co chłopak nie zgodził się, zażarcie protestując. Postanowił sprzedać swe wszelkie udziały oraz zrzec się tego, nie chcąc więcej słuchać o tak owej propozycji.

Kiedy przekraczał próg domu, w duchu modlił się, by nie zastał swego taty. Chodź o tak wczesnej porze, zapewne spędzał czas w firmie. Uśmiechnął się, gdy ujrzał rodzicielkę samotnie siedzącą na kanapie oraz czytającą pewien magazyn. Uściskał ją po czym wspólnie skierowali się do kuchni, gdzie kobieta nałożyła na ozdobne talerzyki smacznego ciasta, jak i zaparzyła wody na herbatę.

– Dawno cię u nas nie było. Jak się trzymasz, szczególnie teraz? – zapytała matka, stawiając na stole filiżankę ciepłego napoju.

– Wiesz, nie uśmiecha mi się jakiekolwiek spotkanie z ojcem. Umm… jest ciężko – odpowiedział. – Nawet bardzo – dodał, przypominając sobie o niewielkim upominku, który w chwili obecnej ukrył na dnie szuflady.

Kobieta ucałowała jego czoło mamrocząc coś o sińcach widniejących pod oczami bruneta, na co tłumaczył się nie przespaną nocą. Matka pogładziła jego policzek zapewniając, iż wszystko się ułoży, co wcale nie dało chłopakowi zbytniej otuchy. Porozmawiał z mamą opowiadając o zdarzeniach z kilku tygodni jego życia, po czym opuścił dom obiecując, że będzie gościł tam częściej, chociaż szczerze w to wątpił.

***

Harry krążył po pokoju, nerwowo przygryzając policzek od jego wewnętrznej strony. Dzień zapowiadał się naprawdę dobrze, dopóki nie zszedł do lokalu gdzie zastał Eda niemal zasypiającego na blacie jednego ze stołów. Właściciel nie wyglądał dobrze, był roztargniony, zdecydowanie nie wyspany oraz zasmucony. Styles zapytał się o co chodzi, zdezorientowany stanem chłopaka. Jednak kiedy usłyszał wyjaśnienia wszystko stało się dla niego jasne. Przeprosił mężczyznę, po czym na chwiejących nogach udał się do swego pokoju, zatrzaskując drzwi oraz zamykając na zamek. Skierował się do salonu, gdzie niespokojne chadzał po chłodnym podłożu. Jeszcze niedawno był w wyśmienitym nastroju, miał nadzieje, że ludzie będą jedynie wstrząśnięci. A teraz… Obawy objęły go całego, z siłą ściskając za gardło. Czy jakaś niewidzialna ręka chciała wykorzystać jego pragnienie zemsty, sprawiedliwości? Kto wiedział o tych samych zdarzeniach, co on? Czy zadarł z wyższymi mocami? Serce biło mu tak, jakby chciało wyrwać się z piersi.
To musi być przypadek. Wypadki samochodowe zdarzają się niezwykle często, nawet młodym ludziom mającym przed sobą całe życie. Samobójstwa również. W końcu biedna Danielle straciła swego ukochanego. Prawdopodobieństwo odejścia jej z tego świata po tak wstrząsających wydarzeniach musiało być wysokie. Prawda? Po za tym, śmierć z powodu miłości zajmuje niemało miejsca w tym świecie. To nie miało z nim nic wspólnego. Zupełnie nic.

Wczołgał się na łóżko, mając ochotę zagrzebać w pościeli oraz ukryć. Niech życie toczy się dalej bez niego. Jednak przypomniał sobie swój plan. Ziścić pomstę, wydobyć informację z osób znajdujących się na jego liście, przyglądać się cierpieniu osób odpowiedzialnych za śmierć Anne. Drobny uśmiech wkradł się na jego usta. Rodzice Danielle oraz Liama musieli przechodzić niewyobrażalne katusze, poznali smak bólu odejścia bliskiej osoby. Jednak to ich dzieci straciły życie, chodź nie ponosiły odpowiedzialności za czyny swych rodzicieli. Ale ktoś musi odkupić winy. Dwoje dzieciaków które otrzymały w prezencie od Harry’ego czarne anioły… są zimnymi nieboszczykami. Ścisnęło go w żołądku. Przewrócił się na bok, podciągając kolana pod brodę i oplatając je rękoma.

Dwie martwe osoby. Dwa czarne anioły. I ten trzeci. Już w drodze. Za późno, by to cofnąć. Za późno.

***
*soundtrack*

Późnego popołudnia, Louis niechętnie opuścił swe łóżko zmorzony głodem kierując się w stronę lodówki. Zaklną pod nosem, gdy ta była niemal zupełnie pusta. Już miał chwytać kluczyki od samochodu, gdy nakładał kurtkę oraz przeczesał dłonią włosy, wprawiając je w większy nieład, zdecydował, że spacer na świeżym powietrzu będzie dobrym rozwiązaniem. Cisnął dłonie w kieszeń, kiedy zbiegał po schodach klatki schodowej, po chwili pchając drzwi i czując na swych policzkach lekki powiew chłodnego wiatru.

Harry mknął swym motocyklem przez uliczki Londynu. Musiał uciec od czterech ścian swojego mieszkania, gdzie kłębiące się w jego umyśle myśli, sprowadzały chłopaka niemal do szaleństwa. Był w potrzebie zajęcia się czymś innym, niż spekulacjami, domysłami w sprawie jego czarnych aniołów oraz ofiar które otrzymały podarunek. Poczuł na dłoni delikatne uderzenie kropli deszczu, za którą podążały kolejne zatrzymując się na jego włosach, rzęsach, policzkach. Nie zwolnił, wręcz przeciwnie. Poddał się szalonej jeździe czując zimno wnikające w każdą komórkę jego ciała, padający deszcz przysłaniał świat, lecz chłopakowi nie przeszkadzało to zbytnio. Z precyzją wchodził w każdy zakręt, wymijał samochody oraz ludzi szukających schronienia przed nasilają się ulewą. Kiedy zbliżał się do ulicy prowadzącej do lokalu, a jego azylu, zwolnił chcąc nacieszyć się lekkością jaką poczuł. Tak, jakby deszcz zmywał wszelkie obawy chłopaka. Kiedy sunął dość powoli, dostrzegł skuloną postać, przemoczoną do suchej nitki w jednej dłoni dzierżącą siatkę z zakupami. Uśmiechnął się pod nosem.

Tomlinson usłyszał znajomy warkot silnika, po czym przekręcając głowę ujrzał Harry’ego siedzącego na swym motocyklu. Jego mokre włosy przylegały do czoła, a krople wody skapywały z ich końcówek. Kolejne kropelki przemierzały przez czarną skórzaną kurtkę. Styles posłał uśmiech w jego stronę ukazując dołeczki w swych zarumienionych policzkach, Louis przygryzł wargę. Przystanął, a maszyna również się zatrzymała.

– Podrzucić cię do domu? Jeszcze się przeziębisz. – Harry zamrugał oczyma, a jego rzęsy wydawały się dla Louisa jeszcze dłuższymi niż są w rzeczywistości. Styles wyciągnął swą dłoń, kierując ku chłopakowi, po czym odgarnął mokry kosmyk włosów opadający na oczy Louisa, których tęczówki skąpane były w lazurze. Szatyn głośno przełknął czując dotyk Harry’ego na swej skórze. – To jak?

Tomlinson był w stanie jedynie przytaknąć. Usiadł za chłopakiem, umieszczając niewielką reklamówkę przed sobą. Jego spodnie były mokre oraz stanowczo bardziej obcisłe, więc gdy dotknął nogą uda Harry’ego, jego serce niespodziewanie przyspieszyło na ten kontakt. Tak jak ostatnim razem owinął ręce wokół ciała kędzierzawego, czując pod palcami skórzany materiał. Dłońmi przebiegł przez mokrą koszulkę chłopaka, dotykając jego wyrzeźbionego brzucha. Harry powstrzymał się od westchnienia czując na sobie chłodne opuszki palców Louisa.

Wtulił się w jego ciało, jednakże podróż trwała znacznie krócej niż poprzednia, czego bardzo żałował. Harry zatrzymał się pod budyniem chłopaka, lecz szatyn nie ruszył się z miejsca. Przybliżył swoje usta do karku Stylesa na co oddech chłopak przyspieszył.

– Co powiesz na dzisiejszy wypad do klubu? Idylla, godzina dwudziesta – szepnął wprost do ucha młodszego, na co przechylił on nieco głowę, czując ciepłe tchnienie na swej skórze. Louis odsunął się, opuszczając wygodne miejsce. Stanął na chodniku, a Harry spoglądając w jego tęczówki, uśmiechnął się zuchwale.

– Idylla. Brzmi zachęcająco. Do dwudziestej, Louis. – Po czym odjechał, zostawiając Tomlinsona ze wspomnieniem swego uśmiechu.

Dwudziestolatek zatrzasnął za sobą drzwi po czym zaśmiał się w głos. Jest umówiony z Harry’em Stylesem i zamierza z tego jak najlepiej skorzystać. Otworzył drzwi łazienki zdejmując z siebie przemoczone rzeczy, po czym wszedł do kabiny prysznicowej, by pieścić swą skórę ciepłymi strugami wody. Mimo dobrego nastroju, towarzyszącemu chłopakowi, ponownie naszły go myśli odnośnie czarnego anioła. Zdecydował, że nie powinien tego lekceważyć i dnia dzisiejszego dowie się, czy jest on jedynym, który tak owego otrzymał. A później… zabawi się z przystojnym barmanem wpadając w wir alkoholowego szaleństwa, topiąc w nim wszelkie swe zmartwienia. Choćby na moment.

Przewiązał ręcznik wokół bioder, chwytając telefon by zadzwonić do Zayna, a następnie Nialla. Kiedy Zayn odebrał jego głos wydawał się zaspany i Louis był pewny, ze udał się na popołudniową drzemkę jak często miał w nawyku. Zdziwił się, kiedy chłopak poinformował go, że pojawi sie nieco wcześniej przed Horanem chcąc o czymś porozmawiać. Nie wypytując się o nic, Louis postanowił poczekać do przyjazdu chłopaka i dowiedzieć się wszystkiego bezpośrednio. Niall potwierdził, iż wpadnie wieczorem oraz, że chętnie wybierze się z przyjaciółmi do interesującego lokalu.

Niedługo po wykonaniu połączeń, w mieszkaniu Louisa rozległ sie dźwięk dzwonka. W progu stał Zayn uśmiechając się do szatyna. Ściągając buty oraz kurtkę, podążył za przyjacielem rozsiadając się wygodnie na kanapie w salonie. Louis upił łyk piwa z butelki, po czym rzucił jedną brunetowi.

– O czym chcesz porozmawiać, Zayney? – zapytał starszy, opadając na fotel. Zayn otworzył usta, jednak po chwili je zamknął jakby zaczął się wahać. Miał jeszcze wybór zrezygnowania, jednak był świadom, iż Louis zrozumie go najlepiej. – No, dalej mój nieśmiały chłopczyku. – Lou uśmiechnął się do niego zadziornie, na co przyjaciel wystawił środkowego palca w jego stronę. Tomlinson chwycił się za serce w udawanym geście urażenia.

– Chcę porozmawiać o Niallu – odezwał się, na co Louis zmarszczył brwi w zastanowieniu. – Chodzi o to… huh, właściwie sam nie wiem. Po prostu, tak jakbym czuł zainteresowanie jego osobą. Znacznie większe niż powinienem. – Tomlinson rozszerzył oczy, nie wiedząc czy jego przyjaciel ma na myśli…

– Podoba ci się Niall?! – pisnął, nie wiedząc czy jego podekscytowanie jest odpowiednie.

– Sądzę, że można tak powiedzieć. Nigdy wcześniej nie czułem czegoś takiego, słysząc jego głos, napotykając spojrzenie czy czując dotyk. Umawiałem się jedynie z płcią żeńską, więc skąd do cholery takie uczucia? Przecież jestem heteroseksualny, a przy nim… tak jakbym… nie był. – Louis zamrugał zaszokowany. – Czy ja jestem… uch, jestem gejem?

– Umm, wiesz pozostaje jeszcze rozwiązanie biseksualisty. Jednak… od kiedy to wszystko się dzieje? – Louis upił solidny łyk.

– Od paru tygodni. Pamiętasz jak mieliśmy się któregoś deszczowego dnia spotkać właśnie tutaj? Po drodze spotkałem Nialla, biegliśmy razem uciekając przed deszczem. Wtedy po raz pierwszy spojrzałem na niego w ten inny sposób. Wyglądał naprawdę pięknie, a kiedy przekroczyliśmy próg mieszkania, nie mogłem się powstrzymać, by nie dotknąć jego policzka. Było kilka podobnych sytuacji – przygryzł wargę.

– Jasna cholera. Malik, ty wpadłeś. – Louis uśmiechnął się szeroko.

– Co? O czym ty mówisz?

– Zauroczyłeś się w Niallu. Serce nie sługa, skarbie. – Zayn spojrzał na chłopaka, po czym niemal jednym duszkiem opróżnił butelkę z alkoholem. Louis zaśmiał się pod nosem.

– Gdyby mój ojciec dowiedział sie, że jestem gejem, zabiłby mnie. Ale nie… moment, ja nie jestem homoseksualistą. To po prostu Niall, jeden jedyny chłopak jaki zawrócił mi w głowie. Tak właśnie…

– Oczywiście, lecisz na Horana, to już o czymś świadczy. Kogo chcesz oszukać? – Tomlinson spojrzał na przyjaciela wymownie Nagle uśmiechnął się, a w błękitnych oczach pojawił się znajomy blask. Zaynowi zdecydowanie się to nie podobało. – Chcesz się przekonać, czy jesteś gejem? Pocałuj mnie.

Malik przełykając, niemal zakrztusił się własną śliną. Jego oczy komicznie się rozszerzyły, po czym zamrugał kilkakrotnie.

– Chyba sobie kurwa żartujesz – odezwał się po chwili, na co Louis wzruszył ramionami.

– W ten sposób mógłbyś stwierdzić, czy ci się podobało i czy chciałbyś więcej, porównać do pocałunku z kobietą oraz rozważać. A następnie wyobrazić sobie usta Nialla na swoich…

– Louis! – krzyknął Zayn, wyglądając na zdecydowanie zażenowanego.

– No co? Ja właśnie tak, po przez pocałunek uświadomiłem sobie swoją seksualność. Jako dobry przyjaciel, proponuję ci pomoc.

– Oczywiście, obydwoje wiemy, że po prostu chcesz władować język, do moich ust. Nie myśl, że zapomniałem o tym incydencie kiedyś w klubie.

– Och, rozgryzłeś mnie. Jednak poważnie, wyciągam do ciebie pomocną dłoń. Chwytasz się jej? – Louis usiadł u boku przyjaciela na kanapie, Malik westchnął. – Jeśli będziesz chciał przestać, po prostu uściśnij mnie mocniej.

Zayn złapał rękę Louisa, po czym skierował twarz w jego stronę, spoglądając w turkusowe tęczówki, nieco zamglone przez alkohol. Tomlinson zdecydowanie miał słabą głowę. Szatyn posłał przyjacielowi niewielki uśmiech, po czym zaczął zbliżać się w jest stronę. Ich usta dzieliły zaledwie centymetry, wciąż zmniejszając odległość aż do milimetrów. Brunet poczuł na swych wargach miękkie, wąskie usta Louisa, które muskały jego delikatnie. Całkowicie zamknął oczy, starając sie odwzajemnić pocałunek. Ich wargi współgrały razem, dopasowując się do siebie. Louis przejechał koniuszkiem języka po dolnej części ust Zayna, zachęcając go tym samym do uchylenia ich. Brunet poczuł w żołądku dziwny ścisk na myśl, że właśnie całuje się z własnym przyjacielem, a język Louisa, przebiega po jego podniebieniu. Westchnął cicho w usta chłopaka, wyczuwając, iż ten uśmiecha się lekko. Ich języki ocierały się o siebie, wspólnie oddając taniec, a wargi poruszały w zgranym tempie. Po chwili, Malik ścisnął mocniej dłoń Tomlinsona, a ten powoli oderwał się od niego ostatni raz trącając wargi chłopaka.

Spojrzeli na siebie łapiąc oddech. Louis sięgnął po swą butelkę piwa, czekając na jakiekolwiek słowa bruneta.

– To było… zdecydowanie intensywne – przerwał ciszę.

– Podobało ci się? – zapytał Louis, siadając na kanapie.

– Zupełnie inaczej, niż pocałunek z kobietą. Było dziwnie… to znaczy, dobrze całujesz, ale…

– Rozumiem, rozumiem. Myślę, że to jednak nie ja pomogę rozwiązać sprawę twojej orientacji. Pewnie będzie to Niall. Och, właśnie. Spróbuj go tylko w jakikolwiek sposób skrzywdzić Zayn, a osobiście się tobą zajmę. Nie żartuję, nie próbuj łamać mu serca. – Louis mówił śmiertelnie poważnie, co nieco przeraziło Zayna. Przecież nigdy nie wyrządził by krzywdy Niallowi. Zdążył jedynie przytaknąć, iż zrozumiał słowa, ponieważ do drzwi pukał Niall.

Kiedy obydwoje usiedli na sofie, Louis uśmiechnął się nikle w ich stronę, po czym przeprosił na moment, mówiąc, iż za chwilę wróci. Horan korzystając z nieobecności przyjaciela, sięgnął do jego butelki która w połowie była opróżniona, po czym delektował się smakiem gorzkiego napoju. Zayn przyglądał się chłopakowi, dopóki ten nie spojrzał pytająco w jego stronę. Malik odwrócił wzrok, udając zainteresowanie jedną z serwetek znajdujących się na stole. Louis tak jak obiecał, po momencie ponownie pojawił się w pomieszczeniu, jednak teraz dzierżył coś w dłoni zaciśniętej w pięść. Rozejrzał się po swych przyjaciołach. Cała ich trójka nie wyglądała najkorzystniej. Podkrążone oczy, znacznie pobladła cera oraz mętne, zmęczone tęczówki. Sytuacje z ciągu paru dni odbijały się na nich boleśnie. Każdy przeżywał stratę przyjaciół, jednak starali się pozostać silnymi. Właśnie dla nich. Dlatego uścisk dłoni Louisa zmalał, a na blat stołu opadł czarny aniołek, odbijając się kilkakrotnie.

Niall wraz z Zaynem siedzieli nieruchomo, porażeni widokiem figurki. Louis uśmiechnął eis lekko pod nosem. Nie był jedynym.

– Znajomy wam widok, prawda? – zapytał, przechylając głowę nieco w prawo. Niall odchrząknął kiwając głową w potwierdzeniu.

– Myślisz, że George, Pezz oraz Eleanor również otrzymali te koperty? – Zayn chwycił posążek, przyglądając mu się uważnie.

– Sądzę, że tak.

– Umm… w takim razie, co teraz? – zapytał Niall, spoglądając na chłopców.

– Trzeba poinformować Nicka. Nie wiem co to oznacza, jednak zdecydowanie nie podoba mi się to. W każdym bądź razie, teraz właśnie wychodzimy, porządnie się napić i zapomnieć o tym całym chaosie. Przynajmniej na jedną noc. – Louis klasnął w ręce.

– Dokąd tym razem zmierzamy? – Zayn okrył swoje ramiona jeansową kurtką.

– Idylla. Czeka tam na mnie moja zdobycz, być może go poznacie – uśmiechnął się, a Zayn wymownie poruszył brwiami. Opuścili mieszkanie, kierując się do zamówionej taksówki.

Dzisiejszej nocy Louis uwiedzie Harry’ego Stylesa, który będzie jego pastwą. Czyżby role odwróciły się chodź na jeden wieczór? Nie do końca. Obydwoje wpadają w swe sidła.

***
*soundtrack*

Harry siedział przy barze, popijając rozkoszny trunek. Spoglądał na parkiet, gdzie ludzie zdawali się bawić wyśmienicie, porwani w całkowitym szale alkoholu, tańca oraz oderwania od codzienności. Ich ciała wiły się, ocierając o siebie zmysłowo i burzliwie. Głośna muzyka docierała do jego uszu, drinki rozlewały się po dłoniach zgromadzonych, kiedy próbowali przebrnąć przez tłum. W powietrzu unosił się zapach dymu papierosowego, co zachęciło Styles’a do zaciągnięcia się jego słodkim nałogiem. Odpalił papierosa, a nikotyna wypełniła jego puca. Dochodziła godzina dwudziesta.
Louis próbował przemówić do Zayna, który tuż po przekroczeniu progu Idylli poczuł się niczym w swym żywiole. Poruszał się w rytm muzyki, śmiejąc w głos, gdy wraz z Niallem przebijali się przez rozpalone ciała. Tomlinson przystanął na moment, kiedy jego wzrok powędrował w stronę baru, przy którym ujrzał Harry’ego. Szare obłoki dymu uciekały z jego zmusłowych ust, a w dłoni tkwiła szklanka z kolorowym napojem. Uśmiechał się w stronę barmana, próbując nawiązać rozmowę w hałasie jaki panował w pomieszczeniu. Niall spostrzegł Louisa, który stał niczym zahipnotyzowany. Podążył ścieżką jego wzroku i również zauważył Harry’ego. Dźgnął Zayna w żebro, z uśmiechem wskazując na szatyna oraz Stylesa. Zayn wywrócił oczami.

– Idź Tommo, Twoja zdobycz czeka. Spotkamy się później – krzyknął Malik, po czym popchnął lekko Louisa uśmiechając się. Chwytając Nialla za nadgarstek, skierował się w stronę końca baru. Louis ruszył w kierunku Harry’ego.

– Spóźniłem się? – zapytał siadając na sąsiednim wysokim siedzeniu. Posłał uśmiech w stronę chłopaka, kiedy duże, zielone oczy zatrzymały się na nim. Usta Harry’ego również wygięły się w delikatnym łuku.

– Troszkę, jednak myślę, że jestem w stanie wybaczyć – odpowiedział, a po chwili zaciągnął się nikotyną.

Styles zamówił Louisowi drinka, a po nim drugiego, trzeciego. Ich rozmowa schodziła do różnych tematów, rozmawiając nawet o najmniej wartościowych rzeczach, czuli się swobodnie przebywając w swoim towarzystwie. W pewnej chwili Harry pomyślał, iż mógłby codziennie słuchać śmiechu szatyna. Między czasie na moment przysiadł się również Zayn i Niall, nie świadomi tego, iż przedstawiają się osobie, która zna ich imiona, nazwiska i błędy przeszłości rodziców.

– Harry, poznaj moich najlepszych przyjaciół. Zayn oraz Niall – uścisnął dłonie obojga chłopaków.

Porozmawiali spędzając trochę czasu w swym towarzystwie, po czym odeszli, nie chcąc przeszkadzać Louisowi w zawieraniu nowej, ciekawej znajomości.

– Mówisz, że dopiero niedawno zawitałeś do Londynu. Czemu akurat tutaj? – Louis upił łyk alkoholu.

Harry chciał odpowiedzieć, jednak zawahał się, kiedy przypomniał sobie, że nie może wyznać prawdziwego powodu zawitania do stolicy.

– Potrzebowałem pracy, zmiany otoczenia. A co nie jest cudowniejszym miejscem, niż Londyn? – uśmiechnął się, sprawiając, iż Tomlinson po raz kolejny tego wieczoru wstrzymywał powietrze w swych płucach.

– Racja. To miasto ma w sobie pewną magię. Hmm, czyli przeprowadziłeś się zupełnie sam?

– Tak, moja matka zginęła… w dziwnych okolicznościach kiedy byłem dzieckiem. Ojca nie znam. Wychowywała mnie ciotka. A teraz, Harry jest dorosły, musi sobie radzić – zamoczył usta w trunku.

– Och, przykro mi… z powodu twojej mamy. To musiało być bolesne… to znaczy… – Harry prychnął słysząc słowa Louisa, powstrzymując się od chichotu. Louis zauważył jak Harry spogląda na niego rozbawiony, po czym oboje wybuchnęli donośnym śmiechem. – To nie miało zabrzmieć tak dramatycznie.

Harry pokręcił głową, spoglądając na Louisa, który wyglądał niezwykle promiennie, szczęśliwie, seksownie…

– W jakim wieku odkryłeś, że jesteś gejem? – Styles uśmiechnął się uroczo. Tomlinson zamrugał kilkakrotnie.

– To jest aż tak widoczne? Hmm, w wieku piętnastu lat.

– Cóż, twoje zaproszenie do Idylli wydawało się jednoznaczne. W końcu heterycy nie zapraszają innych mężczyzn na coś w rodzaju randki, nieco w ostrzejszych klimatach – rozejrzał się po klubie. – Jednak muszę przyznać, że miejsce świetne.

– Pomyślałeś, że to randka? – Louis uśmiechnął się nonszalancko, upijając łyk kończący jego czwartego drinka. Świat w ich głowach nieco wirował przez spożyty alkohol, muzyka podobała się jeszcze bardziej, a pragnienie oraz afekt powoli wdzierały się w ich ciała. Styles zszedł ze swego miejsca, po czym chwycił ciepłą dłoń Louisa. Wzdłuż kręgosłupa starszego chłopaka, przeszły dreszcze czując dotyk.

– Wiem, że to nią jest, nie mogłeś mi się oprzeć, prawda? – zapytał, zbliżając się do jego szyi, by był wstanie usłyszeć wypowiadane słowa. Tomlinson spojrzał w jego oczy, uśmiechając się w odpowiedzi.

– Prawda – odpowiedział Louis, po czym Harry pociągnął go w stronę parkietu, by mogli dać upust swym pożądliwym ciałom, zatracając się w wspólnym tańcu.

Kiedy Niall kończył nie wiadomo którego z kolei drinka, gdyż stracił rachubę kończąc szósty, został wprowadzony w głąb tłumu przez równie upojonego alkoholem Zayna. Odnaleźli się ponownie po tym, jak rozdzieleni tańczyli z nieznajomymi ludźmi, uciekając do beztroskiego świata. Gdy znaleźli się na środku parkietu, towarzyszyła im żwawa piosenka, pozwalająca na zabawy gibkością zmęczonego od tańca ciała. Jednak oboje nie przejmowali się ogarniającym bólem. Niall czuł ciepły oddech Zayna na swym karku, podczas gdy chłopak stał tuż za nim, kładąc dłonie na biodrach blondyna. Poruszali się w rytmie muzyki. Klatka piersiowa Malika ściśle przylegała do pleców Nialla nie pozostawiając wolnej przestrzeni. Dłonie wodziły po rozgrzanej cielesności, a usta dotykały szyi. Tak bliski kontakt był dla nich czymś nowym. Zayn czuł się zupełnie inaczej, niż podczas tańca z kobietami dzisiejszego wieczoru. Wydawało się to czymś znacznie bardziej porywistym, gwałtownym. Alkohol krążący w ich krwiobiegu pozwalał na znacznie śmielsze ruchy, których mimo, iż byli świadomi nie chcieli zaprzepaścić. Dzisiejszej nocy przekraczali pewne granice, a świat się nie liczył.

Niall niespodziewanie odwrócił się ku brunetowi, spoglądając w oczy, których źrenice były powiększone, a spojrzenie mętne. Zayn uśmiechnął się na widok błękitnych tęczówek, błądzących po jego twarzy. Byli rozgrzani, ich skóra wilgotna od potu, a włosy wprowadzone w nieład. Mimo wszystko tańczyli dalej. Niech noc się nie kończy, słońce nie wschodzi, splecione w uścisku palce nie rozdzielają się.

Oczy Louisa mrużyły się wraz z błyskami lamp, chcąc dostrzec resztę ludzi bawiąc się na parkiecie. Jego jasne, niebieskie oczy rozświetlały mrok, co działo się zazwyczaj, gdy w jego organizmie pojawiała się większa dawka alkoholu. Wraz z Harry’m znajdowali się na szczycie roześmianego tłumu, ruszającego się w rytmie różnych, granych kawałków. Nagle ciało Louisa zaczęło się wić przy Styles’ie, który z zachwytem w oczach przyglądał się chłopakowi. Zaczęli przylegać do siebie ściślej, zamykając oczy, by zgubić się w dźwiękach muzyki. Rozkoszowali się każdym ruchem, wiedząc, że jest przeznaczony wyłącznie dla nich. Dłoń Harr’ego poznawała ciało Louisa, który westchnął czując dotyk na swym brzuchu, plecach, biodrach. Podskakiwali wraz ze słyszanym basem, by zwolnić swe ruchy, kiedy robiła to muzyka. Harry poruszał biodrami, ocierając się o klatkę piersiową Tomlinsona. Louis stopniowo zniżał się ku ziemi w gibkich ruchach, do momentu w którym nie stanął na nogi, a piosenka ponownie przyspieszyła. Wszystko co robili, każdy ich gest był przepełniony namiętnością i seksem. Harry przyglądając się zwinnemu ciału chłopaka, założył ręce na jego szyi, po czym przybliżając się, muskał delikatnie kark swymi ustami, słysząc śmiech oraz dźwięki zadowolenia ze strony Louisa. Nadgryzł lekko miejsce na jego szyi, po chwili je ssąc, by pozostawić po sobie ślad. Tomlinson chwycił jego twarz w dłonie, całując linię szczęki.

– Wyglądasz cholernie pożądliwie – Harry wyszeptał do ucha Louisa, który uśmiechnął się delikatnie pod nosem.

Złożył kolejny pocałunek, na jego wilgotnej skórze, przebiegając językiem po całej długości szyi Harry’ego. Usłyszał jęk i po chwili poczuł ponownie dłonie, przebiegające po jego żebrach, zaciskając się. Ich spojrzenia spotkały się, a błękit tęczówek Louisa mieszał ze szmaragdem oczu Harry’ego, które tak niesamowicie błyszczały. Ich dłonie złączyły się, w silnym uścisku. Ciśnienie krwi znacznie podskoczyło, sprawiając, iż serce mocno uderzało w klatkę piersiową, bijąc trzy razy szybciej niż w normie. Zimny dreszcz obmywał ich ciała. Światła reflektorów majaczyły coś do nich, podczas gdy z całkowitym zatraceniem spoglądali na siebie, spragnieni uczucia ciepłych, miękkich warg. Dzieliły ich chwile od utęsknionego spotkania.

Harry naparł swymi wargami na usta Louisa, czując ich gorąco. Chłopak przywarł jeszcze ciaśniej do ciała kędzierzawego, którego dłoń zacisnęła się na materiale jego koszulki. Delikatnie musnął kąciki jego truskawkowych ust, czując miłe mrowienie na swym ciele. Harry łapczywie wpił się w jego usta, napawając słodkim zapachem skóry chłopaka. Rozchylił wargi z cichym westchnieniem, pozwalając wtargnąć spragnionemu językowi szatyna w prost do swojego wnętrza. Louis czuł smak jego kształtnych warg, wcześniej umoczonych w gorzkim alkoholu. Harry koniuszkiem języka kreślił niewidoczne wzory na fakturze podniebienia chłopaka, wywołując tym samym ciche warknięcie. Pieścili swe usta z pełną pasją, zlewając w jedną całość.

Obydwoje byli ofiarami. Pragnienia, żądzy. Namiętności, odwetu, miłości, zemsty… Pastwom nadziei oraz zagadki. Byli swymi ofiarami, bezpowrotnie popadającymi we własne sidła.

Ćśśś… nikt nie słyszał odgłosu opadającego, martwego ciała, na zimne podłoże, wyłożone kafelkami skąpanymi w strugach wody. Ćśśś… za to ktoś ujrzy, już niebawem.


7

705

"Każde ludzkie życie zawiera kilkaset drzwi, nazywanych wyborami."
*soundtrack*

Louis niecierpliwie trzymał klucz w zamku próbując go przekręcić, co nie było proste kiedy Harry obdarzał jego szyje namiętnymi pocałunkami trzymając swe dłonie głęboko pod jego koszulką. Kiedy do jego uszu dotarł znajomy zgrzyt, chwycił za klamkę po czym przyciągnął do siebie kędzierzawego. Kiedy wpadli do mieszkania, zachłannie przebiegając po swych ciałach rękoma, Louis zatrzasnął drzwi lekkim kopnięciem. Spojrzeli w swe oczy, zamglone przez spożyty alkohol oraz tlące się w nich pożądanie. Harry przysunął się jeszcze mocniej do chłopaka, by ponownie dzisiejszej nocy złączyć ich wargi w tęsknym pocałunku. Pełne, rubinowe usta naparły na wąskie, równie koralowe wargi Louisa. Całunek ten nie należał do delikatnych mimo, iż Tomlinson chciał prowadzić go powoli i sensownie, jednak poddał się gdy Harry napierał z większą siłą, przyciągając chłopaka bliżej siebie, czując potrzebę przywierania do drżącego Louisa.

Harry objął szyję szatyna, powoli wsuwając swe palce w jego włosy zaciskając je nieco. Louis odpowiedział przygryzieniem jego dolnej wargi, zostawiając po sobie mały ślad na co młodszy chłopak cicho jęknął. Jego ręce wędrowały wzdłuż boków Tomlinsona, zakradając się by objąć talię, po czym znalazły się na plecach chłopaka szarpiąc materiał który stwarzał między nimi nie potrzebną barierę. Wzdłuż kręgosłupa Louisa przebiegły dreszcze kiedy kędzierzawy zaczął masować jego lędźwie, przybliżając do siebie jednocześnie dolne partię ich ciała w towarzyszącej im porywczości.

Ich języki ocierały się o siebie w zaborczości, co raz bardziej pogłębiając pocałunek. Harry uśmiechnął się lekko, kiedy Louis przyległ do niego jeszcze mocniej, doskonale wpasowując się w ciało chłopaka. Kiedy pchnął go na najbliższą ścianę, zamrugał lekko zaskoczony jednak podobała mu się stanowczość Tomlinsona. Louis delikatnie rozwarł nogi kędzierzawego, aby móc wsunąć między nie kolano jednocześnie przybliżając się tak blisko, jak tylko było to możliwe. Jedną dłonią opierał się o ścianę, a drugą masował skórę szyi Styles’a, podczas gdy jego ręce wodziły po jego rozpalonej cielesności.

Louis jako pierwszy przerwał pocałunek, uśmiechając się na widok pretensjonalnego wzroku Harry’ego. Ponownie złączył ich wargi, jednak tym razem delikatnie pieścił usta młodszego chłopaka, na co ten wydał z siebie cichy dźwięk zachęcając Louisa do kontynuowania czynności, co zadziałało. Pochylił się atakując szczękę Harry’ego lekkimi pocałunkami i nadgryzieniami. Całusami zbliżył się do szyi by tam znaleźć odpowiedni punkt. Utwierdziło go w tym łagodne westchnienie kędzierzawego, które było pełne aprobaty. Skupił tam całą swoją uwagę, ssąc i liżąc miejsce na jego skórze, dopóki nie zmieni barwy na wyraźny odcień fioletu.

– Louis… – wypowiedział cicho, przez nierównomierny oddech. Chłopak uśmiechnął się delikatnie.

Spojrzenie Tomlinsona uciekło ku górze, napotykając szmaragdowe tęczówki Styles’a, który po chwili chwycił go wpijając się zachłannie w usta chłopaka. Złączył ich wargi i wślizgnął język do wnętrza Louisa w pragnieniu. Zdawali się nadążać za swą żarliwością, towarzyszyły im ciche pomruki gdy ich języki zderzały się ze sobą bądź przebiegały po podniebieniu, a wargi idealnie współgrały. Szczupłe palce Louisa wplątały się w zmierzwione, miękkie loki Harry’ego, delikatnie masując jego kark. Niekiedy otwierali oczy, a wtedy ich tęczówki spotykały się ze sobą, by po sekundzie zostać przykrytymi przez powieki. Wzrastała w nich niecierpliwość, co podsycał również materiał okrywający ich ciała. Harry z co raz większym pragnieniem chciał zerwać koszulkę Louisa, by móc ujrzeć jego nagie ciało. Chłopak zdawał się to wyczuć, ponieważ przerwał ponownie pocałunek oraz szybko chwycił dłoń Harry’ego, śpiesznym krokiem podążając w stronę sypialni.

Kiedy znaleźli się już w pomieszczeniu, Louis pchnął Harry’ego na materac łóżka. Młodszy zaśmiał się cicho, a po chwili Tomlinson usiadł okrakiem na biodrach kędzierzawego drażniąc jego usta delikatnymi pieszczotami jego warg. Zwinnie ściągnął koszulkę z ciała młodszego, zaczynając składać mokre pocałunki na jego szczęce, wzdłuż szyi docierając do obojczyka, by zassać jego skórę. Harry westchnął skrycie. Powstrzymywał się przed drżeniem, kiedy język Louisa przejechał po jego nagiej skórze klatki piersiowej. Wplątał palce w jego włosy, przyciągając do siebie, kiedy starszy chłopak odpinał pasek jego spodni. Obrócił go tak, że teraz to on znajdował się na górze, chwytając materiał okrywający jego tors, po czym zdarł go odrzucając w kąt. Spojrzeniem przebiegał po nagim ciele Louisa, napawając się tym widokiem. Ponownie poczuł dłonie Tomlinsona przy swoich spodniach. Nachylił się lekko, muskając wargami jego ucho.

– Musisz być grzeczny, jestem pewien, że nie mam takiego doświadczenia jak ty, skarbie – wyszeptał. Louis spojrzał na niego z zaciekawieniem oraz zaskoczeniem. Był pewien, że chłopak nie raz przeżył gorącą noc w towarzystwie innego mężczyzny. Jednak rozumiał i nie chciał zadawać zbędnych pytań, psując chwilę mającą miejsce.

– Sprawię ci nieco rozkoszy, będąc przy tym całkowicie taktownym – odpowiedział, uśmiechając się. Język Harry’ego przebiegł po jego dolnej wardze, zmuszając Louisa do ponownego zaatakowania jego ust.

Kiedy Louis całkowicie rozebrał Harry’ego z jego spodni oraz bielizny, młodszy chłopak również niezdarnie pozbył się opiętych jeansów Louisa. Tomlinson tym razem wykonał obrót, zamieniając ich miejscami, by znów znajdować się nad Harry’m przy okazji splątując pościel okrywającą posłanie. Otarł się członka kędzierzawego, na co ten sapnął czując wybrzuszenie w bokserkach chłopaka. Poruszał się płynnymi ruchami wciąż znajdując się na biodrach młodszego, a ich oddechy stawały się wzburzone. Przygryzał skórę obojczyków Styles’a i sunął dłonią w dół jego rozgrzanego i spoconego ciała. Zaprzestał ruchów, a jego dłoń zacisnęła się lekko na przyrodzeniu Harry’ego, przez co wydał z siebie nikły okrzyk. Zniżał się całując podbrzusze chłopaka oraz czując jak ten drży od jego dotyku i oddycha głęboko.

Harry doznawał na swych udach dłoni Louisa, które gładziły je subtelnie, a po chwili mógł odczuć również gorące, mokre i idealne usta obejmujące jego członka. Jego własne dłonie zacisnęły się na materiale pościeli, kiedy chłopak przejechał językiem po całej jego długości, by po chwili ponownie zanurzyć go w swych ustach. Louis ssał jeszcze mocniej, słysząc jęki i westchnienia chłopaka, który był totalnie przez niego dręczony. Harry spojrzał w dół, a gdy ujrzał błękitne tęczówki wpatrujące się w niego, okryte długimi rzęsami, grzywkę opadającą na czoło i usta owinięte wokół jego penisa, jęknął głośniej niż dotychczas odrzucając głowę w tył na poduszki. Niebieskie oczy tryskały rozbawieniem i satysfakcją.

– Kurwa… – sapnął Harry w poduszkę. – Uch… cholera Louis!

Styles mógł poczuć jak wargi szatyna wyginają się w lekkim łuku. Louis był zadowolony ze stanu w jaki wprowadza młodszego chłopaka, sprawiając Harry’emu taką przyjemność. To motywowało go do działania, a nagrodą były westchnienia, łagodne odgłosy oraz nieprzytomne wymawianie jego imienia. Poruszał głową w dół i w górę wzdłuż jego długości, kiedy Harry powstrzymywał się przed wypychaniem swych bioder w kierunku ust Louisa, co nie zawsze mu się udawało, więc chłopak przytrzymywał ciało kędzierzawego wolną dłonią. Oczy Harry’ego zabłysnęły w zachwycie, gdy jego członek spotkał się z gardłem Louisa, dotykając tylnej ścianki. Louis zamruczał cicho. Harry ponownie spojrzał na szatyna który nagle zatrzymał się, jednakże dlatego, by móc zmieścić go w sobie więcej. Styles sapnął, gdy Louisowi udało się zanurzyć w swych ustach całą jego długość bez narzekania. Spoglądał na niego w zaskoczeniu i znów spotkał się z jego wzrokiem, a ten zatrzepotał rzęsami, ponownie powracając do ssania i lizania. Znów westchnął, a z ust wywodziła się wiązanka przekleństw czując rosnącą rozkosz w żyłach. Louis słysząc jęki i wzdychania chłopaka, postanowił się nieco zabawić składając delikatne pocałunki i tworząc językiem wzory na jego członku. Harry nie mógł powstrzymać się przed błaganiem.

– Louis… proszę…

– Nie uważasz, że to za mało? – zapytał nonszalancko, widząc rosnące pragnienie na twarzy chłopaka.

– Och, zamknij się kurwa i kontynuuj. – Jego głos był ochrypły z niecierpliwości. Styles nie zwracał uwagi na to jak ordynarnie brzmi, jedyne o czym był w stanie myśleć to perfekcyjne usta Louisa doprowadzające go na krawędź.

Tomlinson zaśmiał się cicho. Ponownie ochoczo objął wargami penisa Harry’ego, przesuwając głową i pochłaniając go całego, zaciskając przy tym swoje usta. Przyjemność ogarnęła każdy zakątek ciała Harry’ego, przedzierając się przez żyły oraz prowadząc do podbrzusza, gdzie kumulowało się niezwykłe ciepło, a ciśnienie stawało się zbyt intensywne do zniesienia. Zacisnął dłonie na pościeli, sprawiając, iż jego knykcie pobledły. Czuł dotyk gorącej skóry dłoni Louisa, przebiegających przez biodra Harry’ego, miał wrażenie, że sam płonie. Z jego ust padały słowa, łączące się w: „O kurwa, Louis”. „Mój Boże” oraz „Ja pieprze, Tomlinson!” Po czym jego biodra poderwały się w górę i wystrzelił w dno gardła Louisa. Spojrzał na chłopaka, gdy ten zmysłowo wszystko przełknął, po czym jęknął całkowicie opadając na materac. Tomlinson kierował się ku górze, zostawiając drobne pocałunki na jego podbrzuszu oraz piersi. Położył się u boku chłopaka, zmęczony jednak zadowolony.

Kiedy Harry doszedł do siebie, odwrócił głowę spoglądając na Louisa, którego policzki były zarumienione a wzrok zamglony. Uśmiechnął się lekko, po czym przekręcając na bok złożył pocałunek na szyi chłopaka. Rzucił mu psotne spojrzenie schodząc w dół jego ciała. Louis już chciał otworzyć usta, jednak Harry przyłożył do nich swój palec delikatnie jeżdżąc po dolnej wardze chłopaka.

– Należą ci się podziękowania – wytłumaczył, znikając między nogami Louisa, pozbywając się ostatniego okrycia jego ciała oraz biorąc penisa chłopaka do ust. Szatyn jęknął gardłowo.

Był zaskoczony tym, jak Harry umiejętnie wije swoim językiem, doprowadzając go na sam szczyt oraz zadając niewyobrażalną przyjemność. Dziesięć minut później doszedł w ustach chłopaka, wijąc się i jęcząc jego imie odchylając głowę w tył oraz zaciskając boleśnie dłonie na jego ramionach. Harry uśmiechnął sie padając koło szatyna, byli blisko siebie, a ich kończyny splecione. Harry nachylił się nad chłopakiem, dotykając jego ust co skończyło się kolejnym namiętnym pocałunkiem oraz walką o dominację kiedy ich języki tańczyły zażarcie w porywie namiętności. Louis nakrył ich pościelą, a jego powieki opadały zmożone snem. Zasypiając czuł delikatne loki Harry’ego łaskoczące go w szyję gdy ułożył swą głowę na jego klatce piersiowej. Harry pomyślał, że mógłby zawsze zasypiać w bezpiecznych objęciach Louisa.

***
*soundtrack*

Piwne tęczówki Zayna, uważnie śledziły przedzierające się przez horyzont promienie słoneczne, by mogły skąpać swym blaskiem nowy dzień Londynu. Do ust przyłożył butelkę, upijając łyk gorzkiego piwa, które o dziwo smakowało nad wyraz dobrze, pomimo wypitej ilości alkoholu w dalszym ciągu krążącego w jego krwiobiegu, jednakże już zdecydowanie słabiej oddziaływającego na organizm. Może przyczyną tak dobrego smaku trunku, był fakt, iż znajduje się na dachu jednego z wysokich budynków, a na jego kolanach spoczywa Niall kreśląc delikatne wzory na skórze jego dłoni, podczas gdy on delikatnie przebiega palcami przez włosy blondyna. Obydwoje spoglądali przed siebie, milcząc od dłuższego czasu. Cieszyli się swoją obecnością i jakiekolwiek słowa nie były potrzebne w tej chwili. Ich ciała ogrzewały się wzajemnie, mimo chłodu panującego w otoczeniu, lecz nie zwracali na to uwagi. Nikły gwar ulic stolicy dobiegał do ich uszu, tak jak delikatny śpiew ptaków cieszących się wiosną, chociaż dzień wyglądał na bardziej jesienny. Jedynie kolorowe liście gdzieś umknęły, pozostawiając gołe gałęzie drzew oraz nie znajdując się pod nogami przechodniów czy bawiąc się niesione przez rześki wiatr.

Kiedy noc ustępowała miejsca dniu, uciekli z klubu śmiejąc się w głos oraz splatając palce swych dłoni, nie zważając na to, czy ktoś mógłby ich ujrzeć, czy nawet zagłuszając własne myśli, wątpliwości. Cieszyli się chwilą, biegnąc przed siebie pustą ulicą, kiedy płachta czerni okalająca sklepienie bledła. Zayn pędził prosto, w wolnej dłoni trzymając butelkę z alkoholem, prowadząc Irlandczyka. Ten nie pytał gdzie zmierzają, chciał by pozostało to tajemnicą dopóki sam się nie przekona. Zdziwił się nieco, kiedy brunet pchnął drzwi jednego z budynków, uśmiechając się do niego i wskazując drogę schodów, pnących się ku górze. Nie zważając na ból który odczuwali, szli do celu wyznaczonego przez Zayna. Kiedy znaleźli się na szczycie, Malik ruszył niewielką drabinką, otwierając przejście prowadzące w prost na dach. Wyciągnął dłoń w kierunku blondyna, by pomóc mu wejść. Kiedy Niall stanął na podłożu, jego oczy zabłysnęły i uśmiechnął się w stronę Zayna. Tak oto spędzili ponad dwie godziny, w całkowitej ciszy, do momentu, w którym Zayn nie poczuł drżenia Nialla.

– Zimno ci? – zapytał z troską, spoglądając w dół, gdzie mógł przyglądać się profilowi twarzy przyjaciela.

– Troszkę… – przyznał, wyginając wargi w łagodnym uśmiechu.

– Chodź, zbieramy się do domu. Czas na nas. – Horan niechętnie się podniósł i spojrzał ostatni raz na panoramę stolicy.
– Nie chcę stąd iść – mruknął, poprawiając kurtkę zsuwającą się z jego ramienia.

Zayn zaśmiał się na ten widok. Chłopak wyglądał uroczo. Jego włosy były rozwichrzone, policzki zarumienione, a sznurówki butów rozwiązane i przypomniał sobie, jak parę godzin wcześniej gdy biegli ulicą, Niall kilkakrotnie próbował je zasznurować, co nie przynosiło efektu. Ostatecznie wypowiedział „Pieprzyć to”, po czym ponownie chwycił rękę bruneta.

– Obiecuję, że jeszcze tu przyjdziemy, a teraz chodź, Niall.

I opuścili miejsce, gdzie ich dłonie tkwiły w splecionym uścisku, a oczy spotykały się ze sobą, mieszając swe barwy oraz tworząc nową paletę kolorów, która była przeznaczona wyłącznie dla nich.

***
*soundtrack*

Kiedy Nick dostał telefon od spanikowanej dziewczyny, nie był w stanie zrozumieć jej słów przez szloch oraz szok wstrząsający jej ciałem. Po dziesięciu minutach udało mu się dowiedzieć gdzie ma się zjawić, a wtedy jego serce podeszło do gardła. Już wiedział czego może się spodziewać, jednak nie był na to gotowy. Kolejna śmierć, cóż za początek dnia. Zakładając płaszcz zostawił swoje niedokończone śniadanie, upijając ostatni łyk kawy, po czym zasiadł w swoim samochodzie. Po drodze zadzwonił do odpowiednich ludzi, podając adres który był jego celem. Sprawa stawała się co raz bardziej poważna i zaczął się niepokoić bardziej niż dotychczas. Wciąż szukał jakiegokolwiek śladu, który mógłby naprowadzić go na zagadkowe czarne anioły. Zastanawiał się, czy ponownie ujrzy figurkę przy ciele kolejnej ofiary. W duchu miał nadzieje, iż nie, ponieważ było to niezwykle trwożącym, a do tego media zaczęły nagłaśniać sprawę. Wiedział, iż w końcu cała tajemnica wyda się, jednak chciał odwlekać ten niepotrzebny zamęt najdłużej, jak byłoby to możliwe. Natrętni dziennikarze byli ostatnią rzeczą jakiej potrzebował.

Pchnął drzwi mieszkania w którym było niepokojąco cicho. Skierował się w stronę pokoju, a na kanapie ujrzał roztrzęsioną Perrie. Była cała zapłakana, jej policzki zdobiły czerwone ścieżki, wydrążone przez łzy, a makijaż był rozmazany. Twarz zupełnie blada, a jej ciało drżało. Podszedł, wołając cicho jej imię, by nie przestraszyć dziewczyny. Spojrzała na niego dużymi oczami zanosząc się większym płaczem. Grimmy ukucnął na przeciw niej, pozwalając by wpadła w jego objęcia. Nie odzywała się całkowicie sparaliżowana. Nick potarł łagodnie jej plecy, dając czas do przyjęcia tego, iż nie jest już sama. Z westchnieniem, po jakimś czasie oddaliła się od niego, przykładając trzęsącą się dłoń do czoła.

– Spokojnie, Perrie. Już jestem, wiesz? Nic ci nie grozi. Musisz mi teraz powiedzieć, co się stało – zaczął łagodnie, spoglądając cały czas w jej oczy.

– Przyszłam… i kiedy weszłam, zobaczyłam… – Głos Perrie urwał się, gdy oddychała panicznie. Przymknęła oczy zaciskając powieki. – Zobaczyłam George’a, w łazience – wydusiła, po czym przyłożyła dłonie do twarzy szepcząc coś do siebie.

– Nie ruszaj się, zaraz przyjdę. – Nick pogładził dziewczynę po głowie, po czym podniósł się, idąc w stronę wskazanego pomieszczenia. Dostrzegł je prędko, gdyż drzwi były uchylone.

Pchnął je nieco mocniej, po czym wszedł w głąb łazienki. Jego oczy rozszerzyły się i wykonał krok w tył. Przed sobą widział ciało Georga, zupełnie nagie, leżące na zimnych kafelkach podłogi. Wanna wypełniona była wodą. Nigdzie nie było śladów krwi, czy też jakiejkolwiek szarpaniny. Usłyszał jakieś odgłosy dochodzące z korytarza, a po chwili zjawiła się reszta ekipy, rzucając Nickowi smutne spojrzenia. Znał tego chłopaka, widywał się z nim, jego rodzicami, a teraz on leży martwy oraz zimny. Oniemiały chciał się wycofać, ustępując miejsca odpowiednim ludziom do zajęcia się ciałem George’a, gdy na brzegu wanny dostrzegł coś przykuwającego jego uwagę. Mały czarny aniołek, pojawił się po raz kolejny niosąc za sobą śmierć.

Zabezpieczył dowody i postanowił odwieźć Perrie do jej rodziców, by zaopiekowali się rozdartą dziewczyną. Nim wyszedł, zawołał na słowo młodszego komisarza. Matthew zakładając jedną z białych, lateksowych rękawiczek, podszedł do niego. Nick wyciągnął niewielki, przezroczysty woreczek z figurką. Mężczyzna zacisnął wargi w linii.

– Znów czarny anioł – pokręcił głową, odbierając przedmiot. Grimmy westchnął cicho.

– Odwiozę Edwards do domu, zadzwoń do mnie, jeśli pojawi się coś nowego. Aczkolwiek nie lubię niespodzianek… – wypowiadając ostatnie zdanie cicho, jakby jedynie do siebie, wrócił do salonu, prowadząc blondynkę w stronę wyjścia.

Jechali w ciszy, do czasu kiedy Grimshaw nie postanowił wykorzystać sytuacji, by potwierdzić swoje podejrzenia. Perrie spoglądała przez szybę, pustym wzrokiem.

– Chciałabyś mi może coś powiedzieć? – zapytał delikatnie Nick, a dziewczyna słysząc wypowiedziane zdanie, zadrżała lekko, spinając się pod wpływem nerwów.

– Umm, myślę, że nie… – odpowiedziała ledwie słyszalnie.

– Czarny aniołek cię nie przeraził, Perrie? – Kobieta odwróciła głowę w jego stronę.

– Skąd wiesz? – zapytała, przełykając ciężko ślinę.

– Pracuję nieco w swoim zawodzie, z resztą, nie było to nic trudnego, by się domyślić. Figurki dostają osoby w twoim, waszym otoczeniu. Konkretnie, grupa przyjaciół, kolegów jaką tworzycie.

Edwards przytaknęła głową, to była prawda i nie mogło być to przypadkiem.

– Pierwszy był Liam, druga Danielle, a następnie George. Czy Louis, Niall, Zayn i Eleanor również otrzymali te upominki?

– Myślę, że tak. To znaczy… widziałam to u Eleanor, w jej sypialni, kiedy poprosiła mnie bym przyniosła jedną z jej bluzek. Leżał na kopercie, przykryty skrawkiem papieru. Każdy z nas, zachowywał się dziwnie, kiedy tylko zostało coś wspomniane o tej przeklętej figurce. Jestem pewna, że chłopcy również ją otrzymali. Boże… co to za chora gra? – Blondynka uniosła ton głosu, przykładając dłonie do nasady nosa.

– Spokojnie, nie martw się. Musisz uważać na siebie, rozumiesz? Odwiozę cię do rodziców i tam masz zostać, ponieważ jesteś u nich bezpieczna. – Nick zatrzymał się pod domem opiekunów dziewczyny. – Perrie, to nie są żarty. Ja na razie, za mało wiemy, by wprowadzać jakieś środki ostrożności, po za tym niektórzy w dalszym ciągu nie widzą powagi sytuacji. Jednak nie ryzykuj i bądź odpowiedzialna, bo wiele zależy od ciebie.

– Dziękuję, Nick. Do widzenia – uśmiechnęła się lekko w jego stronę, po czym zatrzasnęła drzwi, a on odjechał, kiedy przekroczyła próg domu.
***
*soundtrack*

Harry leżał, wpatrując się w sufit, a jego palce tworzyły wzory na nagim ramieniu Louisa, który wtulał się w jego bok, błądząc po krainie Morfeusza. Zastanawiał się, jak do tego doszło oraz jak mógł dopuścić, by rozwinęły się w nim takie uczucia względem Louisa. Był całkowicie zauroczony jego błękitnymi, iskrzącymi się oczami które okalały długie, gęste rzęsy. Malinowymi ustami, rozciągającymi się w pięknym uśmiechu oraz idealnie przylegającymi do jego warg. Śniadą skórą i kasztanowymi włosami, ułożonymi w charakterystyczny sposób dla chłopaka, dodając mu jeszcze więcej psotnego wyglądu. Zaślepiony był jego ciałem i delikatną skórą, którą dzisiejszej nocy mógł poczuć każdym skrawkiem swojej cielesności. Zakochiwał się w osobowości Tomlinsona, jego stylu bycia i spojrzenia na świat. Uwielbiał zuchwałość i bezczelność chłopaka, wyrażanie własnego zdania i ten urok osobisty. Mógłby rozmawiać z nim godzinami, a nawet milczeć, jedynie by być w stanie słuchać jego melodyjnego głosu czy ponętnego szeptu, kończąc na jękach rozkoszy, spowodowanych przez euforię ogarniającą jego ciało. Cały Louis sprawiał, że Harry zakochiwał się w nim każdego dnia. Wiedział, że nie powinien. Jednak nie potrafił opszeć się pokusie, kiedy tylko spotykał szatyna na swej drodze. Nie potrafił, jak i nie chciał. Łaknął kosztować zakazanego owocu jakim był.

Louis uchylił powieki, uśmiechając się lekko kiedy poczuł ciepłe ciało tuż przy nim. Harry spojrzał na chłopaka, odgarniając włosy opadające na jego jedno oko. Tomlinson zaśmiał się cicho. Myśl, że znajdują się tak blisko siebie oraz tak intymnie, sprawiała, że czuł się lekko zaniepokojony, ale i szczęśliwy. Zazwyczaj jego kontakty z innymi mężczyznami opierały się jedynie na seksie, bez jakichkolwiek głębszych czułości. Z Harrym było inaczej, a to sprawiało, że chciał się uśmiechać co raz szerzej. Dźwignął się na łokciach, przysuwając w stronę chłopaka. Złożył na jego ustach lekki pocałunek.

– Spaliśmy do południa, masz ochotę coś zjeść? – zapytał Louis, wsuwając na swe biodra bokserki.

– Mam nadzieje, że potrafisz dobrze gotować – Również ubierając bieliznę, stanął przy framudze drzwi. – Już raz się wykazałeś, czas to powtórzyć – rzucił zalotne spojrzenie w jego stronę, przebiegając językiem po górnej wardze.

Louis podążał za ruchami jego języka, na co Harry zaśmiał sie zbierając do ucieczki, kiedy Tomlinson poderwał się z miejsca biegnąc w jego stronę.

Nick wdrapywał się po schodach, przez całą drogę zastanawiając się jak powiedzieć Louisowi o śmierci Georga. Czuł się niczym posłaniec, przynoszący jedynie złe wieści, lecz nie chciał, by Tomlinson dowiadywał się o takich rzeczach przez telefon, tym bardziej będąc samym. Jednak Grimmy nie przewidział tego, że Louis znajduję się w czyimś towarzystwie. A dokładniej w objęciach barmana z lokalu Eda. Odetchnął kiedy stanął przy drzwiach, po czym zapukał. Nikt nie otwierał, więc mężczyzna chwycił za klamkę nie dziwiąc się, kiedy drzwi były otwarte. Po cichu odwiesił płaszcz, kierując się w stronę salonu. Nigdzie nie widział Louisa, ani nie słyszał niczego, prócz nikłej melodii radia oraz dźwięku gotującej się wody. Kiedy przekroczył próg pomieszczenia, rozejrzał się zaniepokojony. Powoli, kierował się w stronę kuchni i zamarł w pół kroku.

Przed jego oczami, znajdował się Louis, usadzony na blacie kuchennym. Jego ciało pokrywały jedynie czarne bokserki. Między jego rozwartymi nogami stał młody chłopak o kręconych włosach, również przyodziany jedynie w bieliznę. Zachłannie całował szatyna, który również oddawał całunek z wielką pasją. Dłonie nieznanego mu chłopaka przebiegały delikatnie po torsie Tomlinsona. Nick nie wiedział co zrobić, czy cofnąć się, całkowicie wychodząc z domu, będąc zupełnie niezauważalnym, przerwać pieszczoty zajętych sobą chłopców, czy wrócić się nieco, udając, że wszedł tym razem głośniej. Kiedy dłoń Harry’ego szybko przeniosła się na biodro szatyna, dociskając ich dolne części ciała do siebie, Louis jęknął w usta Styles’a. Nick przymknął powieki zażenowany, odchrząkając głośno.

Oczy Louisa oraz Harry’ego otworzyły się, po czym młodszy chłopak odskoczył od Louisa, który w dalszym ciągu siedział na swym miejscu. Nick spojrzał na nich, a Louis uśmiechnął się kiedy dostrzegł mężczyznę.

– Witam Nick! Wybacz, ale Harry to poważnie nieokiełznana seksualnie istota – rzucił psotne spojrzenie w stronę Stylesa, który stał zdezorientowany sytuacją, oraz nieco zażenowany. Za to Louis nie był ani trochę zawstydzony.

– Louis! – krzyknął, kiedy dotarły do niego słowa chłopaka. Tomlinson zaśmiał się pod nosem.

– Nick, poznaj Harry’ego, Harry o to Nick. – Szatyn przedstawił sobie mężczyzn, którzy uścisnęli swe dłonie.

– Louis, mógłbym cię prosić na słowo? – zapytał Grimshaw, na co Harry zmierzył spojrzeniem mężczyznę, wracając do przygotowywania jedzenia.

Tommo skinął głową, po czym zaprowadził przyjaciela do sypialni, pospiesznie zbierając rozrzucone ciuchy. Nick stał, woląc… po prostu pomyślał, że nie jest dobrym pomysłem siadając na materac, którego splątana pościel mówiła sama za siebie. Louis uśmiechnął się lekko w stronę chłopaka, kiedy odłożył ubrania na komodę.

– Coś się stało, Grimmy? – zapytał i zamilczał, widząc wyraz twarzy Grimshaw’a. – Nie, nie, nie… proszę cię, nie mów mi tylko tych pieprzonych słów! – wykrzyczał, spoglądając na niego z co raz większą paniką.

– Louis, uspokój się – szepnął, chwytając nadgarstki szatyna. – Znaleźliśmy Georga. – Te słowa w zupełności wystarczyły.

Kiedy Lou siedział, kołysząc się lekko, Nick kucnął obok niego głaszcząc łagodnie po ramieniu.

– Louis… powiesz mi proszę, czy ty również otrzymałeś anioła? – zapytał, kiedy chłopak ochłonął nieco. Tomlinson nie zamierzał więcej kłamać, przytaknął. – Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?
– Nie chciałem siać paniki. Po za tym, gdybym ja jedyny go dostał…

– A kim jest ten chłopak? – wpadł w słowo, nie chcąc więcej męczyć Louisa, a jedynie dostać potrzebne odpowiedzi.

– To Harry. Harry Styles, jesteśmy dosyć blisko…

– Zauważyłeś w nim coś niepokojącego? – Niestety, Grimshaw najpierw się odezwał za nim pomyślał. Louis spojrzał na niego zaskoczony.

– Co?! Chyba nie podejrzewasz go o nic złego? Przestań się bawić w te swoje popieprzone, policyjne gierki – warknął Louis.

– Każdy może być tym niepokojącym, Lou. Wszyscy otrzymali figurkę, Perrie i Eleanor również, a ktoś chce waszej krzywdy i może czaić się wszędzie. Nawet w osobach, po których się tego najmniej spodziewasz. – Mężczyzna skierował się w stronę wyjścia z sypialni. – Uważaj na siebie Louis.

Słychać jedynie było trzask zamykających się drzwi i Harry ponownie po cichu wrócił do kuchni, próbując nie myśleć o podsłuchanej rozmowie. Jednak wiedza, iż to nie koniec, a martwych będzie więcej, nie dawała mu spokoju. Poczuł się słabo i zamrugał kilkakrotnie, kiedy zdał sobie sprawę, iż Louis również narażony jest na śmierć, dlatego musiał go chronić. Bez względu na to, co miałoby się stać. Musiał mu powiedzieć, iż on jest właścicielem piekielnych figurek.

Tomlinosn zastanawiał się nad słowami Nicka, wyrażającymi, iż każdy może być… kimś kto chciał ich cierpienia. A każdy, ograniczało się do jego przyjaciół i także Harry’ego, jednak nie był w stanie to uwierzyć. Podniósł się, wchodząc do kuchni. Kiedy Styles zobaczył chłopaka, żadne słowo nie mogło przejść przez jego gardło, a zawłaszcza to, obwieszczając, iż on jest winny. Jego chęć zemsty, ktoś, kto wykorzystał nieczyste pragnienia jego samego. Nie potrafił.

Louis zatopił się w jego objęciach, oddychając silnie w zagłębienie szyi Harry’ego.

– Nie zostawiaj mnie Harry, zostań dzisiaj ze mną – wyszeptał, zaciskając dłonie, kiedy Styles utulał go delikatnie.

– Nie zamierzam. Nie dzisiaj – ucałował delikatnie czoło chłopaka, pragnąc, by koszmar się skończył. Ten, który on sam stworzył.

Zaprowadził Louisa do łóżka, kładąc się przy nim i śpiewając cicho do ucha, podczas gdy pierwsza słona łza, uciekła spod powiek chłopaka, szkląc co raz bardziej jego błękitne oczy. Zadawał sobie jedno pytanie…
Kto będzie następny?

Zatrważający krzyk odbił się echem od czterech ścian, będąc tak przeszywającym oraz wstrząsającym jakim tylko mógł być. Dłonie okalane szmaragdową cieczą broniły się od kolejnych ciosów, jednak marnie, kiedy cielesność traciła wszystkie siły. Struga karmazynowych kropel spływała, znajdując miejsce w powiększającej się kałuży krwi, która wdzierała się między fugi kafelek, tworząc krwawe ścieżki. Przerażający ból, ogarnął całe ciało, szarpiąc nim i zmuszając do upadku. Dłonie, palce zaciskały się na brzuchu, jakby chcąc ukryć ranę.

Wszędzie była ciemna czerwień, powoli zastępowana przez wszechogarniającą ciemność. Strugi krwi wyznaczały drogę do odkupienia win. Czyż nie tego pragnął?

Nie istotne kto jest ofiarą, a ważnym jest zadośćuczynienie, którego kres już niedługo całkowicie dobiegnie. Cierpienie ponad wszystko, wedle życzenia.


8

704

"Miłość to jedyny sens tego szalonego snu, w jakim jesteśmy uwięzieni."

*soundtrack*


Dłonie Harry’ego najprawdopodobniej jeszcze nigdy nie zaciskały się tak boleśnie w jego włosach, szarpiąc je. Tuż nad ranem, kiedy niebo było jeszcze ciemne opuścił mieszkanie Louisa, tłumacząc się, iż powinien uzupełnić braki w swojej lodówce, by nie umrzeć z głodu, a także, że Ed prosi go o pomoc w lokalu. Oczywiście wszystko było wymówką, aby tylko mógł jak najszybciej opuścić towarzystwo szatyna. Nie mógł znieść widoku załamanego chłopaka, który uporczywie trzymał się jego koszulki. Najgorsza była świadomość, iż to on jest powodem smutku i wszelkich tragedii Louisa. Stawało się to nie do zniesienia. Przecież nie tak to miało wyglądać. Jedynie chciał udowodnić prawdę oraz oczyścić zniesławione imię swojej matki. Teraz zwija się z bezsilności przeklinając samego siebie. Gdyby nie poznał Louisa… wszystko byłoby tak, jak zaplanował. Nie przejmował by się niczym ani nikim kto stanął by na jego drodze. Mógłby być bezwzględny i okrutny nie zważając na niczyje uczucia. Jednak los miał dla niego niespodziankę w postaci niebieskookiego szatyna, który każdego dnia skradał jego serce.

Styles oddychał głęboko, wpatrując się w swoje dłonie. Powie Louisowi, iż to on jest Czarnym Aniołem. Przyzna się do rozsyłania figurek, do całej swej intrygi, nie może pozwolić, by również jemu stała się krzywda. Jednak kto mu uwierzy, iż nie ma nic wspólnego ze śmiercią młodych ludzi? Wszystkie dowody wskazują na niego… To nie ma znaczenia. Najważniejsze jest, aby Louis był bezpieczny. Nigdy nie darowałby sobie, gdyby to jemu stało się coś złego. Jednak nim wypowie całą prawdę, uda się w pewne miejsce. Może zaryzykować… w końcu wszystko co ma, powoli traci.

Zaparkował motocykl w mało widocznym miejscu, po czym skierował się w stronę drzwi. Sanoficox Aventis prezentowała się okazale, jako jedna z najlepiej działających firm farmaceutycznych w Europie. Słońce próbowało przedostać swe promienie znad horyzontu, by rozświetlić chłodny dzień. Harry pchnął drzwi i zatrzasnął je cicho, by być jak najmniej zauważalnym. Kiedy ze spuszczoną w dół głową, kierował się w stronę wind, by dostać się do biura, zaczepił go delikatny, aczkolwiek znudzony bądź zmęczony głos. Obstawiał na to drugie.

– Przepraszam… dokąd się pan udaje? – Styles uniósł powoli głowę, zastanawiając się co odpowiedzieć.

– Jestem umówiony z Zaynem Malikiem – Recepcjonistka słysząc znajome imię ożywiła się nieco, a jej twarz stała się łagodniejsza. – Mam ustalić z nim cenę wykupienia wieczoru w lokalu…

– Oczywiście, rozumiem. Ósme piętro, drugie drzwi na lewo – przerwała, po czym uśmiechnęła się serdecznie w stronę zaskoczonego chłopaka.

Szczerze Harry nie przypuszczał, iż ta konwersacja przebiegnie tak łatwo. Sądził, że będzie musiał włożyć więcej wysiłku by dostać się do biura Pana Malika. Gdy drzwi windy otworzyły się, ruszył w kierunku biura. Korytarze były puste, jedynie czasem słychać było czyjeś oddalone kroki. Oznaczało to, iż miał co raz mniej czasu. Nie długo i ojciec Zayna pojawi się, gotów do pracy. Stanął przed drzwiami, mając nadzieje, że nie są zamknięte, chociaż wątpił w to. Nacisnął na klamkę i nie mylił się. Uderzył lekko czołem we framugę, przeklinając pod nosem. Sięgnął do kieszeni swojej skórzanej kurtki, wyciągając niewielki drucik, który zawsze miał przy sobie. Tak na wszelki wypadek, który teraz właśnie miał miejsce. Przylegając bardziej ciałem do drzwi, skierował swoje narzędzie do zamka, rozglądając się przy tym, czy nikt się nie zbliża. Po paru kolejnych przekleństwach i ruchach nadgarstka, usłyszał znajomy zgrzyt. Uśmiechnął się pod nosem, po czym ponownie naparł na klamkę, wchodząc w głąb pomieszczenia.

Błądził wzrokiem po pokoju, upewniając się, iż na pewno jest sam. Podszedł do biurka, po czym odsunął jedną z szuflad. Znajdywały się tam przeróżne papiery, których było dosyć sporo, a jego czas wciąż uciekał. Otwierał kolejne szuflady, przeglądając segregatory, książeczki, kolejne dokumenty zapakowane w foliowe koszulki. Westchnął przymykając oczy. Nigdy nie znajdzie tego czego szuka. Na pewno nie tutaj. Kiedy odkładał stos papierów, jego uwagę przykuł jednen z dokumentów. Zmarszczył czoło w zastanowieniu, czytając zapełniający go druk. Było to podsumowanie działalności firmy, przez ostatni rok, wskazujący na jej sukcesy. Odłożył kartkę na swoje miejsce, po czym odsunął się od biurka, podchodząc do szafy i uchylając jej szklane drzwiczki. Przejeżdżał palcem po segregatorach, zawierających archiwalne pliki Sanoficox. Szukał interesującego go okresu czasu, w którym to jego matka była właścicielką firmy. Kiedy chwycił odpowiednią teczkę oraz otworzył ją, a jego tęczówki studiowały stary papier. Oczy chłopaka rozszerzyły się w szoku, a dłonie zatrzęsły. Przełknął ciężko ślinę, opierając się plecami o ścianę, gdy świat wokół niego zaczął niebezpiecznie wirować.

Zayn przecierając oczy, przywitał się z recepcjonistką która natychmiast podniosła się kiedy chłopak wszedł do pomieszczenia. Nienawidził tego, iż ludzie traktowali go w wyniosły sposób, ze względu na stanowisko jego ojca. W dłoni trzymał dokumenty, o które został przez niego poproszony, by odebrał je od pewnego mężczyzny, który jest znajomym rodziny oraz prowadzi interesy z Panem Malikiem. Niechętnie zgodził się na pomoc, zważając na tak wczesną godzinę. Miał jedynie nadzieje, iż nie natchnie się na ojca i zdąży podesłać papiery, zanim ten zjawi się w firmie. Oparł czoło o ściankę windy, przymykając powieki. Ostatnie zdarzenia nie wpływały na niego dobrze i zdawał sobie z tego sprawę. Kiedy jego oczy były zamknięte, dostrzegł duże, niebieskie niczym najczystszy ocean szafiry. Natychmiast uchylił powieki, zdając sobie sprawę, iż widział oczy Nialla, wpatrujące się w niego, tak jak tego dnia kiedy stali na dachu budynku. Westchnął wiedząc, iż nie należy myśleć tak gorliwie o swym przyjacielu.

Sunął przez korytarz, ze spuszczoną w dół głową. Sięgnął do kieszeni po klucze, by otworzyć drzwi. Jego dłoń spoczęła na klamce i kiedy lekko na nią naparł, o dziwo, wejście otworzyło się. Brunet zamrugał kilkakrotnie, marszcząc brwi.

Harry zamknął szafkę, a wtem drzwi uchyliły się. Jego serce podeszło do gardła, a oddech przyspieszył. Dreszcz przebiegł przez jego ciało, kiedy dostrzegł, iż ktoś wchodzi do pomieszczenia. Po chwili czekoladowe tęczówki zatrzymały się na nim w szoku, napotykając również zdumione, zielone oczy. Obydwaj mężczyźni wpatrywali się w siebie bez słowa, co budowało napiętą, niespokojną atmosferę. Zayn dostrzegł, iż opuszki palców Harry’ego, spoczywając na szklanych drzwiczkach mebla.

– Harry, co ty tutaj robisz, do cholery? – odezwał się Zayn, kiedy mógł wykrztusić z siebie cokolwiek. Harry zamarł, nie wiedząc co ma zrobić. Przecież nie może rzucić sie pędem do drzwi, bez słowa wyjaśnienia, a tym bardziej unieszkodliwić chłopaka w jakikolwiek sposób. To byłoby podejrzane…

– Amm… przyszedłem do twojego ojca – odpowiedział, chowając ręce do kieszeni. – Ed poprosił mnie, bym rozliczył się z nim za catering. Wiesz, odnośnie tamtej imprezy – przełknął ślinę, czekając na reakcje chłopaka. Malik uniósł brew do góry.

– Sądziłem, że już wszystko załatwił, cóż, przekaże mu to – zbliżył się do biurka, odkładając trzymany przez niego plik dokumentów. Harry wciąż stał w tym samym miejscu. – Jak tutaj wszedłeś, skoro pomieszczenie było zamknięte? – zapytał po chwili, przyglądając mu się uważnie.

– Och, właśnie. Powinieneś porozmawiać ze swoim ojcem, o zwiększeniu środków bezpieczeństwa. Drzwi były uchylone, więc myślałem, iż już ktoś tu jest. – Styles uśmiechnął się lekko, a brunet pokiwał głową w zrozumieniu. – Pójdę już… do zobaczenia, Zayn.

Kiedy Harry wyszedł, Malik został jeszcze przez chwilę w biurze, studiując to, co miało miejsce. Po chwili zastanowił się, czemu to robi. Przecież Harry wytłumaczył się oraz był przekonywujący. Do tego jest chło… bliższym przyjacielem Louisa, nie ma powodu do obaw. Nie ma…

***

*soundtrack*

Niall zaparzył herbatę, wyrzucając jej torebeczkę do kosza, parząc przy tym swoją dłoń skapującymi, gorącymi kroplami cieczy. Nie przejął się bólem, myślami był zupełnie gdzie indziej. Zagłębiał się w bursztynowych tęczówkach, otoczonych niezwykle długimi, gęstymi rzęsami. Zatapiał swe palce w kruczoczarnych, miękkich włosach, szarpiąc je lekko, by mógł zderzyć się z koralowymi ustami, które były wręcz idealne. Zacisnął powieki mocniej, wiedząc, iż nie powinien myśleć w ten sposób. On i Zayn… są przyjaciółmi, bardzo dobrymi. Którzy są dosyć blisko siebie. Splatają swe palce, wpatrują z zachwytem w swe tęczówki oraz chowają ciała w silnym uścisku. Są pieprzonymi przyjaciółmi, którzy potrafią rozmawiać godzinami na różne tematy, nawet te najmniej wartościowe, czasem po prostu milczą, wymieniając lekkie uśmiechy. Spędzają niekiedy ze sobą noce, dzieląc jedno łóżko, przylegając do swych ciał. Bawią się kosmykami swoich włosów, a opuszkami palców przejeżdżają po fakturze delikatnej cielesności. Są tylko pieprzonymi przyjaciółmi! Zacisnął pięści oddychając głęboko.

Kiedy Irlandczyk popijał herbatę, w pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka. Ruszył w stronę korytarza, po drodze spoglądając na zegarek, który wyznaczał godzinę dwunastą w południe. Przekręcił zamek, po czym uchylił drzwi. Zamrugał lekko zaskoczony i uśmiechnął się do Zayna, stojącego w progu przejścia. Brunet wyciągnął dłoń zza pleców, pokazując niewielką papierową torbę. Uśmiech Horana poszerzył się i złapał Zayna za rękaw bluzy, ciągnąc do środka.

– Jak miło, że się zatroszczyłeś o moje śniadanie – odebrał poczęstunek od chłopaka, którym okazały się pączki. Zaśmiał się pod nosem.

– Nie mógłbym inaczej, po za tym, sam od rana nic nie jadłem, wręcz umieram z głodu – podbiegł do chłopaka, zaciskając swoje palce na jego bokach, po czym odebrał torebkę, wyciągając jeden ze smakołyków. Pączek polany był różowym lukrem, a na jego wierzchu, widniała kolorowa, słodka posypka. Niall nastawił ponownie wodę.

Blondyn czuł się tak dobrze, kiedy Zayn był przy nim. Lubił, kiedy chłopak odwiedzał go w jego mieszkaniu. Wnosił tam specyficzny nastrój, sprawiając, że zwykle ciche miejsce było wypełnione przez ich głosy oraz śmiechy, a w powietrzu unosił sie zapach jego wody kolońskiej, którą Niall tak uwielbiał. Kiedy stał w kuchni, lubił wychylać się i spoglądać na przyjaciela, leżącego na jego kanapie, gdzie czuł się tak swobodnie. Lubił zbierać jego ciuchy rozrzucone w różnych miejscach i krzyczeć, żeby sprzątał po sobie, jeśli już koniecznie musi zajmować jego przestrzeń. Oczywiście nie mówił tego poważnie. To on potrzebował, by Zayn zdecydowanie był przy nim, zajmując sobą całą jego przestrzeń. Jednak nigdy nie rozmawiali o tym, co dokładnie ich łączy. Niall nie chciał tego psuć, więc nie zadawał pytań. Starał wierzyć w to, iż rzeczywiście między nimi jest jedynie przyjaźń. Silna więź łącząca ich ze sobą. Zayn także milczał w tej kwestii, więc Niall sądził, że myśli podobnie. Obydwoje bali się naruszyć cienką linię, wyznaczającą między nimi granicę.

Niall zgasił wodę i obrócił się w kierunku Zayna, który przyglądał mu się z delikatnym uśmiechem, widniejącym na jego ustach. Chłopak odwzajemnił go, po czym sięgnął do łakoci. Przejechał językiem po słodkim lukrze, jak zawsze to robił od dzieciństwa. Zanim się zorientował, na jego nadgarstkach znalazł się uścisk dłoni bruneta, który nagle stanął przed nim, uważnie przyglądając się twarzy blondyna. Powoli opuścił jego dłonie, wciąż trzymając, tak, by chłopak mógł odłożyć przysmak. Zrobił to nieobecnie, wpatrując się w czekoladowe oczy, próbując wyczytać intencje bruneta. Ten jedynie znów się uśmiechnął, przybliżając jeszcze bardziej. Niall przywarł pośladkami do blatu stołu, a po chwili mógł poczuć opuszki palców Zayna, zatapiające się w jego kosmykach. Ich usta zderzyły się ze sobą boleśnie, spragnione swej bliskości. Wargi poruszały się wspólnie, co raz bardziej zatracając w namiętności. Kiedy Malik przejechał językiem po wardze Nialla, ten westchnął cicho, uchylając usta. Przez kręgosłup Zayna przebiegły dreszcze, słysząc nikły jęk Irlandczyka. Wtagnął, do wnętrza jego ust, spotykając się z językiem blondyna, a po chwili zassał go i pozwolił, by ocierały się o siebie, smakując nowych doznań.

Dłoń Horana przyległa do rozgrzanego policzka Zayna, kiedy wciąż pogłębiali swój pocałunek. Nagle poczuł dotyk, przez który na jego skórze pojawiła się gęsia skórka. Zayn przejechał opuszkami palców, po żebrach Nialla. Chłopak odchylił głowę w tył, tym samym przerywając pocałunek, by pozwolić im odetchnąć, a także z powodu dotyku bruneta, który poczuł niezwykle intensywnie. Zapewne była to zasługa pragnienia, jakie żywił do chłopaka. Po chwili mógł poczuć usta Zayna na swojej szyi, kiedy zasysały jego skórę, przebiegając po niej zwinnie językiem. Z jego ust ponownie wyrwało się delikatne westchnienie, kiedy chłopak przygryzł i polizał miejsce tuż pod jego uchem.

– Nie jesteśmy pieprzonymi przyjaciółmi. – Niall wypowiedział te słowa stanowczo, jednak dyskretnym tonem. Zayn uśmiechnął się, chowając twarz w zagłębieniu szyi blondyna.

– Nie, nie jesteśmy. Kocham cię, idioto. – Chłopak nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, słysząc słowa bruneta.

– Też cię kocham – splótł palce ich dłoni, po czym złożył łagodny pocałunek na knykciach Zayna.

Kiedy Niall oraz Zayn siedzieli na kanapie, ciesząc się swoim towarzystwem i rozmawiając o tym, co czują względem siebie, Malik nagle zamilkł. Horan upił łyk zimnej już herbaty, czekając, aż chłopak odezwie się. Ten jedynie wpatrywał się nieobecnie w jeden punkt, jakby zastanawiając się nad czymś głęboko.

– Wszystko w porządku? – zapytał, przytłoczony nagłą zmianą atmosfery. Zayn zwrócił na niego swój wzrok, wyrwany z myśli i sprowadzony do rzeczywistości.

– Tak… zastanawiałem się nad tym wszystkim. No wiesz… sądzę, że powinniśmy teraz wszyscy trzymać się razem – mruknął, odkładając przy tym kubek. – Zbieraj się, jedziemy do Perrie.

Horan o nic więcej nie pytał. Skierował się do swej sypialni, naciągając na biodra spodnie oraz okrywając ramiona ciepłą bluzą. Zayn włożył szarą czapkę, przykrywając swe czarne włosy, po czym wyszli, zmierzając do samochodu bruneta. Kiedy jechali, nie rozmawiali wiele. Blondyn spoglądał przez szybę, wystukując palcami rytm melodii która dobiegała z grającego radia. Niall nie miał czym zając swych myśli, więc musiał dopuścić do siebie popieprzoną realność, którą dopiero teraz zaczął pojmować. Znajdują się w chorej grze, a on jest kompletnie bezsilny. Czy to on niedługo będzie celem właściciela czarnej figurki? A może ktoś inny… nie, nie chce o tym rozmyślać. Zacisnął powieki, śmiejąc się pod nosem z absurdalności całej sytuacji.

– Co cię bawi, słonko? – zapytał Zayn, poruszając wymownie brwiami.

– Nic takiego, przypomniałem sobie nasz ostatni wypad do klubu. – Oczywiście skłamał, nie chciał martwić Zayna. Ten skinął głową w zrozumieniu, uśmiechając się subtelnie, po czym zaparkował pod domem panny Edwards.

Horan przeklinał w myślach, dlaczego nie poczekali, aż przyjedzie winda, a wspinali się schodami na siódme piętro. Malik wydawał się być w dobrej formie, dopóki nie znalazł się na czwartym piętrze, wspominając coś o skończeniu z papierosami. Niall jedynie wyśmiał go, zakładając, iż nigdy nie zerwie ze swoim nałogiem, po czym zaczął wyliczać wszystkie nieudane próby.

– Do tego jeszcze ta ostatnia w lutym. Ile trwała twoja przerwa… ach tak! Dokładnie cztery dni. Do tej pory pamiętam jak zerwałeś się z kanapy i rzuciłeś w kierunku drzwi bez żadnych wyjaśnień, do tego rozlewając piwo na spodnie Louisa, a niedługo później wróciłeś z odpaloną fajką.

– Uch, nie gadaj już tyle… – jęknął brunet, po czym pchnął Nialla na jedną ze ścian wpijając się w jego usta, tym samym przerywając wypowiadane przez chłopaka słowa. Zaskoczony blondyn oddał pocałunek, przymykając oczy.

Poprawiając ciuchy, stanęli przed drzwiami prowadzącymi do mieszkania Perrie. Malik nacisnął dzwonek, czekając, aż te uchylą się. Widząc, iż nic się nie dzieje, ponowił czynność, zerkając na Nialla który zmarszczył brwi. Blondyn wyciągnął pięść pukając, jednak i to nie przyniosło rezultatów.

– Może gdzieś wyszła? – Horan spojrzał na Mulata, który pokręcił przecząco głową.

– Dobrze wiesz, że w poniedziałki Perrie zawsze siedzi w domu, piekąc coś, szyjąc, czy cokolwiek, ale nigdy nigdzie nie wychodzi – zagryzł wargę niespokojnie i kilkakrotnie przycisnął dzwonek.

Niall stąpał z nogi na nogę. Zayn przyłożył czoło do drzwi, waląc w nie zaciśniętą pięścią. Drugą dłoń położył na klamce, chcąc za nią szarpnąć, jednak kiedy naparł na nią mocniej, drzwi otworzyły się.

Odskoczył zaskoczony, a Horan spojrzał na niego zaniepokojonym wzrokiem. Zayn pchnął drzwi, które otworzyły sie szerzej z towarzyszącym temu skrzypnięciem. Niall podszedł do niego, stając tuż za plecami chłopaka. Nieufnie ruszyli naprzód. W mieszkaniu było cicho, dochodziła do nich jedynie spokojna melodia dobiegająca z włączonego telewizora. Zayn zajrzał do sypialni dziewczyny, jednak tam jej nie było, a jedynie rozścielone łóżko oraz ciuchy znajdujące się na podłodze.

– Perrie? – zawołał Niall, spoglądając w stronę łazienki.

Wymienił szybkie spojrzenie z Zaynem, po czym ruszyli pewnie w stronę salonu, jednak tam również nie było dziewczyny. Zayn czuł, jak ogarnia go panika, nie wiedząc co się stało z blondynkom. Wciąż szedł przed siebie, a Horan dołączył do niego. Nagle na myśl przyszła mu kuchnia, w której jeszcze nie byli, więc brunet odwrócił się na pięcie, dostrzegając światło padające z pomieszczenia. Kiedy kierował się w tamtą stronę, jego uwagę przykuło coś widniejącego na ścianie, ponownie zwrócił tam swe tęczówki, które rozszerzyły się w przerażeniu, kiedy dostrzegł, iż są to ślady krwi. Jego serce przyspieszyło, a oddech zastygł w płucach. Nie mógł się ruszyć. Nie mógł, czy nie chciał? Słyszał Nialla, wypowiadającego imię przyjaciółki, kiedy wciąż stał w pokoju z telefonem w dłoni, nagrywając się na pocztę. Zayn przygryzł wargi tak mocno, iż poczuł metaliczny smak w ustach. Postawił pierwszy krok, a zanim kolejne. Trzymał się kurczowo ściany, ponieważ im był bliżej wejścia prowadzącego do pomieszczenia, tym bardziej bał się wychylić, by zajrzeć do jego środka.

Do uszu Irlandczyka dobiegł rozpaczliwy krzyk, odwrócił się szybko przez ramie, zauważając, że nie ma przy nim Zayna. Pobiegł w stronę, skąd dochodziły niepokojące odgłosy. Kiedy stanął w przejściu kuchni, kolana ugięły się pod nim, a oczy rozszerzyły w szoku, by po chwili wypełnić się łzami. Zachwiał się lekko, podtrzymując dłonią ściany. Napotkał bursztynowe tęczówki, skąpane w słonych łzach. Zayn spoglądał na niego, trzymając w ramionach ciało Perrie oraz klęcząc w kałuży krwi. Twarz bruneta umazana była szkarłatną cieczą, tak jak jego ciuchy i dłonie. Tulił dziewczynę do siebie, rozpaczliwie krzycząc. Niall nie potrafił wykonać żadnego ruchu.

– Perrie! Perri, do cholery! – wrzeszczał Zayn, wstrząsając zimnym ciałem. Usta Edwards były sine, a cały tułów pokrywała tkanina całkowicie skąpana we krwi. Na jej rękach widniały ślady cięć, a policzki umazane były czarnymi smugami oraz śladami krwi. – Boże, Niall zadzwoń! Dzwoń na pogotowie, słyszysz?!

– Zayn, Perrie nie żyje… – wydusił słabo, wchodząc do pomieszczenia. – Chodź….

– Nigdzie nie pójdę, rozumiesz?! – krzyknął chłopak, a jego łzy skapywały z pobladłych policzków.

Horan nie wiedział co ma zrobić. Po raz pierwszy widział Zayna w takim stanie… którego nie mógł opisać. Jego widok przyprawiał go o przeszywający ból w piersi. Drżącymi rękoma sięgnął do telefonu, wybierając numer Grimshawa.

Piętnaście minut później dwoje sanitariuszy trzmało wijącego się oraz krzyczącego Malika, wstrzykując w jego ramię środek uspokajający. Niall wpatrywał się w niego, w osłupieniu, nie odzywając do nikogo słowem. Nie docierały do niego zdania wypowiadane przez Nicka, który boleśnie ściskał jego barki, trzęsąc całą cielesnością. Dopiero kiedy ujrzał, jak ciało Perrie przykrywane jest białym materiałem ocknął się, zamglonym wzrokiem spoglądając w oczy Grimmy’ego.

Mężczyzna zaproponował im podwóz do domu, na co Horan beznamiętnie kiwnął głową. Zayn również milczał, nie wykazując już żadnych emocji, jakby doszczętnie opadł z sił. Jedynie łzy wciąż uciekały spod jego powiek. Nick zamknął drzwi samochodu za Zaynem, który usiadł z tyłu. Niall zajął miejsce pasażera, a natomiast Nick zacisnął dłonie na kierownicy, ruszając wozem Malika.

***

Harry nawet nie miał czasu się odezwać, kiedy poczuł uderzające w niego ciało, kurczowo obejmujące go rękoma. Zastanawiał się, jak szybko Louis musiał biec, zważając na siłę z jaką otworzył drzwi jego mieszkania oraz przywarł do Harry’ego. Oddychał głęboko i gwałtownie oraz szlochał w zagłębienie szyi kędzierzawego. Ten nie odzywając się, zatrzasnął drzwi, po czym skierował się do salonu obejmując szatyna. Posadził ich na kanapie, po czym wplątał swoje palce w kasztanowe włosy Louisa, delikatnie masując jego czaszkę, by poczuł się lepiej. Szeptał cicho do chłopaka, a ten uspokajał się, czując bezpieczeństwo w ramionach Harry’ego.

– Już dobrze Lou… powiesz mi, co się stało? – zapytał cichutko i poczuł jak dłonie szatyna zaciskają się mocniej na jego swetrze.

– Perrie nie żyje, ktoś ją zabił. Zasztyletował… Boże, to jakieś piekło! – Ponownie zaniósł się szlochem, a Styles natychmiast się spiął, czując, iż jego żołądek nieopanowanie się skręca.

Objął jedynie mocniej chłopaka, składając pocałunek na jego włosach. W tym momencie rozległ się dzwonek komórki Louisa. Tomlinson zastygnął przez krótką chwilę, po czym odsunął się od Harry’ego, sięgając do telefonu. Kiedy przeczytał wiadomość, westchnął.

– Muszę jechać do Nicka. Napisał, że robi się niebezpiecznie i wspomniał coś o zapewnieniu ochrony…

Gardło Harry’ego ścisnęło się. Chciał złapać Louisa za rękę, wyznając wszystko, co do cna, jednak chłopak podniósł się niespodziewanie i podążył korytarzem do drzwi wyjściowych, Styles ruszył za nim. Nie wiedział, czemu Louis tak szybko zareagował na wiadomość, jednak nie długo zajeło mu domyślenie się, iż po prostu chłopak był przerażony tym, co dzieje się wokół niego. Ponownie stracił kogoś bliskiego, a on był za to po części odpowiedzialny.

Oczywiście Louis nie chciał opuszczać Harry’ego, jednak kiedy jego spojrzenie przebiegało po ekranie telefonu oraz zatrzymało się na słowie niebespiecznie, nie mógł pozwolić, by z jego powodu stała się jakakolwiek krzywda zielonookiemu chłopcu, a kiedy on był przy nim, jego obawy mogły się potwierdzić. Dlatego też, jak najszybciej podniósł sie z wygodnego miejsca u boku kędzierzawego, chcąc jak najprędzej opuścić jego towarzystwo, chodź jednocześnie pragnął trwać w jego uścisku.

– Zadzwonię. Dobranoc, Harry – szepnął, sięgając dłonią do loków chłopaka, by odgarnąć je z czoła. Złożył delikatny pocałunek na jego rubinowych ustach, po czym wyszedł, zostawiając Harry’ego samego, w ciemnym pomieszczeniu.

***

Louis zapukał do drzwi mieszkania Nicka, które uchyliły się, ukazując Zayna. Tommo natychmiast wpadł na chłopaka, obejmując ciasno rękoma. Brunet odwzajemnił uścisk, by po chwili uwolnić szatyna, aby ściągnął płaszcz. Zamknął drzwi, przekręcając zamek i po momencie weszli w głąb mieszkania. Louis rozglądał się po znajomym pomieszczeniu, zastanawiając sie, gdzie jest Nick. Nagle ujrzał mężczyznę wychodzącego z kuchni. Niósł dwa kubki gorącego napoju, którym okazała się być kawa. Tomlinson usiadł, chwytając kubek w dłonie, oraz umaczając usta w aromatycznej cieczy. Zayn natomiast bawił się rękawami swojej bluzy, wyglądając na niezwykle zmęczonego, jakby uszło z niego całe życie, czemu Louis nie był zdziwiony.

– Gdzie jest Niall? – zapytał Tomlinson, rozglądając się po przyjaciołach.

– Pojechał po Eleanor, jeszcze za nim się tutaj zjawił – odpowiedział Grimshaw. Louis przytaknął, opierając głowę o kanapę.

Nikt się nie odzywał, nie czując takiej potrzeby. Louis rzucał zmartwione spojrzenia w stronę Zayna, nie wyobrażając sobie nawet, jak musiał się czuć, widząc ciało Pezz. Natychmiast odrzucił te myśli ze swojego umysłu, kiedy poczuł na ciele nieprzyjemną, gęsią skórkę. Nagle Zayn podniósł się, kierując w stronę toalety. Nick i Louis wymienili spojrzenia, a po chwili brunet sięgnął do kieszeni po telefon, który zaczął dzwonić. Kiedy odebrał, jego twarz wyglądała na zaniepokojoną i nagle jakby pobladł. Tomlinson wpatrywał się w niego pytająco, ten jedynie dalej rozmawiał, a po chwili zakończył połączenie.

– Niall został potrącony przez samochód – wypowiedział niedowierzająco, a jego tęczówki utkwiły w lazurowym spojrzeniu Louisa.

Uwagę przyjaciół przykuł dźwięk, dochodzący tuż zza ich pleców. Obydwoje natychmiast odwrócili się, dostrzegając Zayna opadającego bezwładnie na jedną z szafek. Podbiegli do mdlejącego chłopaka, który upadając uderzył o podłogę.

Słone łzy ponownie spłynęły po policzkach Louisa, kiedy spojrzał w zamglone, nieobecne tęczówki Zayna, nie widząc w nich poza niewyobrażalnym bólem.

»skomentuj«


9

703

"W blasku marzeń rzeczywistość ma wielki cień."

*soundtrack*

Kiedy Zayn otworzył oczy, ujrzał nad sobą klęczącego Louisa i Nicka. Jego głowa bolała od zderzenia się z twardą powierzchnią, tak samo jak dolne partie pleców. Wciąż znajdował się w tym samym pomieszczeniu, spoglądał na Grimshawa, którego słowa wciąż dudniły w jego głowie, a policzki Louis były mokre od łez, co to znaczyło, iż wiadomość o wypadku Nialla nie była koszmarem tylko rzeczywistością, która uderzała w niego bez litośnie z każdą sekundą z większą siłą. Czuł jak jego serce rozdzierane jest na kawałki, a całe ciało przeszywa nieunikniony ból. Mimo tego chciał sie zerwać, biegnąc ile sił do chłopaka któremu jeszcze dzisiejszego dnia wyznał miłość, uświadomił sobie, że naprawdę darzy go wyjątkowym uczuciem. Dlatego nagle podniósł się z miejsca, podpierając na łokciach. Louis zaskoczony odsunął się nieco od chłopaka, który wykonał tak nagły ruch. Szatyn rzucił szybkie spojrzenie w stronę komisarza, który teraz opierał się o ścianę, spoglądając na nich ze współczuciem. Zayn podniósł się na nogi, rzucając do drzwi, nawet nie zważając na to, iż świat wokół niego niebezpiecznie wiruje, a kolana uginają się. Poczuł uścisk na swym ramieniu i szarpnięcie. Odwrócił się dostrzegając Louisa, który wpatrywał się w niego wypowiadając słowa, jednak nie docierały one do przyjaciela.

- Gdzie jest Niall?! - krzyknął niespodziewanie, a Louis spuścił swój wzrok, wzdychając cicho.

- Jest w szpitalu, próbuję Ci o tym powiedzieć odkąd się obudziłeś! Słuchaj mnie w końcu! - odpowiedział, mocniej ściskając ramię chłopaka. Louis wiedział, że ten jest w szoku i z trudnością przyjmuje informacje.

- Zbierajcie się, jedziemy tam. - Oboje usłyszeli głos Nicka, który ruszył w kierunku wyjścia.

Louis szybko chwycił swój płaszcz oraz kurtkę bruneta, wykonując polecenie Nicka. Kiedy przekręcił zamek w drzwiach, spojrzał na Zayna, opierającego się o poręcz schodów. Wyglądał tak marnie i krucho, że Tomlinson przeraził się wizją ich wizyty w szpitalu, to może zdecydowanie gorzej zadziałać na chłopaka, kiedy ujrzy Nialla znajdującego się na łóżku szpitalnym, okryty bielą i bez życia, niczym porcelanowa lalka. Podszedł do bruneta, bez słowa obejmując i opierając czoło o jego ramie. Zacisnął powieki, kiedy poczuł dłoń przyjaciela na swych plecach, gładzące je w geście dodającym otuchy. Odsunął się, by móc spojrzeć na przyjaciela.

- Wyjdzie z tego. To Niall, wszystko będzie w porządku - powiedział słabo, na co Zayn uśmiechnął się nikle.

- Nie wyobrażam sobie, by mogło nie być - odpowiedział, po czym ruszył przed siebie, zbiegając po stopniach. Louis chowając dłonie w kieszenie płaszcza, również udał się w kierunku wyjścia budynku.

Zayn przygryzał wargi, starając się nie pospieszać więcej Nicka, który już dawno przekroczył dozwoloną prędkość. Louis wpatrywał się w szybę, śledząc spływające po niej krople wody. Zastanawiał się, co teraz zrobią. Ktoś był co raz bliżej nich i nie zapowiadało się na to, by spoczął dopóki krzywda nie sięgnie Zayna, jak i jego. Przełknął ciężko ślinę, opierając głowę o zagłówek. Przecież nie mogą żyć wiecznie otoczeni ochroną, a śledztwo w sprawie mordercy zdawało się stać w miejscu. Jednak tutaj Louis bardzo się mylił…

Gdy samochód zatrzymał się na szpitalnym parkingu, Zayn wybiegł z niego tak szybko, iż potknął się o własne nogi w ostatniej chwili łapiąc równowagę. Bieg dalej przed siebie, nie zważając na ludzi przyglądających się jego szalonemu pośpiechowi. Omijał pacjentów jak i odwiedzających, nie zważając na to, czy jego osoba komuś zagraża, przez co potrącił pewną kobietę, nawet nie siląc się na przeprosiny. Louis i Nick biegli za nim, przepraszając w pędzie oburzoną dziewczynę. Tomlinson oddychał gwałtownie, kiedy piął się schodami, prowadzącymi do drzwi wejściowych. Kiedy je pchnął, rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegając Zayna przy recepcji. Gestykulował impulsywnie, wykrzykując coś do kobiety, która opanowanym tonem próbowała uspokoić bruneta. Po chwili podeszli do Malika, gdzie Nick załagodził sprawę swoim stanowiskiem, po czym mogli ruszyć w kierunku sali, gdzie przebywał Niall. Louis nie lubił szpitali. Żywił do nich prawdziwą nienawiść. Wszytko było tak sterylnie czyste, podłogi lśniły, a biel ścian uderzała w jego tęczówki. Zapach wybielacza unosił się w powietrzu, docierając do nozdrzy chłopaka oraz drażniąc je swoją nieznośną wonią. Niebieskie, plastikowe krzesełka znajdowały się tuż przy ścianie, a na nich zajmowało miejsce niewiele osób, zapewne przeżywając najgorsze chwile swego życia, by usłyszeć decydującą wypowiedź lekarza. Spojrzał na Zayna, który zaparcie szedł przed siebie, zaciskając pięści. Był zdenerwowany i przerażony faktem, iż za chwilę otworzą jedne z tych białych drzwi, które poprowadzą ich do przyjaciela. Zadrżał, kiedy dostrzegł Nicka, który zatrzymuje się przy wejściu.

Grimshaw ustąpił miejsca Zaynowi, który stał tuż za nim. Chłopak spojrzał na niego ze strachem w oczach, a ten jedynie kiwnął głową w stronę drzwi, uśmiechając się lekko i odchodząc za Louisa. Malik położył dłoń na klamce, czując jej zimno. Drzwi uchyliły się lekko, a chłopak powoli pchnął je bardziej, przekraczając próg pokoju. Jedynie światło padające przez okno rozświetlało pokój, który skąpany był w mroku. W tle słychać było odgłosy dochodzące z maszyn stojących pod ścianą, tuż koło łóżka. Zayn ruszył na przód, a reszta przyjaciół za nim. Jego uwagę przykuło niewielkie łóżko, które schowane było w cieniu. Podszedł bliżej i natychmiast przyłożył dłoń do ust chcąc zdusić wstrząsający nim szloch. Louis spoglądał tępo w stronę Nialla, który wyglądał zupełnie tak, jak się spodziewał. Niczym porcelanowa lalka, jedynie odznaczały się zadrapania i sine miejsca na jego bladej skórze. Kiedy jego wzrok spoczął na twarzy Irlandczyka, zacisnął usta, po czym lazurowe tęczówki przemieściły się na Zayna, którego oczy rozszerzone były w panice.

- Dlaczego on ma zakryte oczy… - wyszeptał brunet, starając się opanować drżący głos. Louis chciał mu odpowiedzieć, jednak sam nie wiedział. Był bezsilny i jedynie przyglądał się Zaynowi czekającemu na jakiekolwiek słowa.

Kiedy stali przy łóżku, Zayn wodził delikatnie opuszkami palców po chłodnej dłoni Nialla, uważając przy tym na igłę dzięki której podłączony był do kroplówki. Louis natomiast stał po drugiej stronie posłania, śledząc twarz Nialla, gdzie na policzku widniało jedno z większych draśnięć. Nie mógł spojrzeń na przymknięte powieki przyjaciela, które okryte były białym opatrunkiem. Gdy usłyszeli czyjeś kroki, zwrócili się w stronę wejścia, dostrzegając Nicka w towarzystwie mężczyzny, który był lekarzem. Zayn natychmiast podniósł się z miejsca, podchodząc do doktora. Ten spojrzał na niego spod okularów, będąc pewnym, iż za chwilę zostanie zasypany pytaniami ze strony młodych chłopców.

- Co z jego oczami? - zapytał słabo, spoglądając błagalnie na mężczyznę.

- Pacjent miał wiele szczęścia, jeśli można to tak nazwać. - Lekarz spojrzał na Nicka, który przytaknął, dając znak by mówił dalej. - Świadkowie twierdzą, że samochód pędzący w jego stronę, w ostatniej chwili nieco zwolnił, dzięki czemu chłopak zobaczył go, jednak nie do końca zdołał uciec przed pędzącym pojazdem. Wpadł na maskę, rozbijając przy tym szybę. Odłamki szkła uszkodziły rogówki jego oczu, jednak został poddany natychmiastowej operacji. Przyszłe godziny będą decydującymi, czy wzrok chłopaka będzie pracował należycie. - wypowiedział, po czym spojrzał w trzymane przez niego dokumenty.

Zayn zamrugał kilkakrotnie, przyjmując do wiadomość, iż możliwe jest, że Niall zostanie niewidomy. Bez słowa wrócił ponownie na swoje miejsce, dotykając delikatnie blond kosmyków chłopaka. Gdy doktor wyszedł, Nick spoglądając na Louisa, kiwnął w jego stronę, wskazując na wyjście. Tomlinson marszcząc brwi, podszedł do niego, by mogli opuścić pomieszczenie.

Stali ponownie na korytarzu, gdzie przechodziło kilka osób, nie zwracając na nich uwagi, będąc pogrążonym w swych myślach zapewne poświęconych swoim chorym bliskim. Louis spojrzał wyczekująco na Grimshawa, który przyglądał mu sie milcząc. Mężczyzna pochylił się nad nim, zbliżając tak, by jedynie on mógł usłyszeć jego słowa.

- Wiem kim jest Harry Styles.

***

Chłopak zatrzymał się pod budynkiem, zsiadając z motocyklu, by móc dostać sie jak najszybciej do mieszkania Louisa. Miał nadzieje, że szatyn udał się właśnie tam, zanim pojechał do Grimshawa. Przeskakiwał stopnie, modląc się w duchu, by Louis stanął w progu, pozwalając mu w końcu wszystko wyjaśnić. Chciał powiedzieć prawdę, ponieważ nie potrafił trzymać tego dłużej w sobie, zwłaszcza, kiedy chodziło o bezpieczeństwo chłopaka. Miał nadzieje, że ten zrozumie go oraz uwierzy, iż nie miał nic wspólnego z wypadkami, których ofiarami padli jego przyjaciele. Nie wiedział, jak zareaguje Tomlinson jednak zdawał sobie sprawę, iż po usłyszeniu słów, które pragnął wypowiedzieć, może go znienawidzić. Tak bardzo, jak on nienawidził samego siebie, a nawet znacznie mocniej.

Stając przed drzwiami zapukał gwałtownie, czekając aż te uchylą się. Niestety nic takiego nie miało miejsca, więc ponowił próbę, uderzając bardziej stanowczo. Harry zaklną głośno, wplątując swoje szczupłe palce we włosy, oraz pochylając się. Do jego oczu naszły łzy, kiedy oddychał gwałtownie. Zacisnął powieki, a wtem pierwsza, słona kropla spłyneła po jego policzku. Otarł ją szybko wewnętrzną stroną dłoni, którą po chwili schował do kieszeni. Ruszył w dół schodami, wybiegając przed budynek, kierując się w stronę swojego motocykla, by móc się oprzeć i zastanowić co powinien zrobić. Nie miał pojęcia, gdzie mieszkał Nick, więc był bezradny w odnalezieniu Louisa. Wyciągnął ze swojej skórzanej kurtki paczkę papierosów, chwytając jednego z nich. Po chwili chłopak zaciągnął się, wypełniając swe płuca nikotynowym dymem oraz uwalniając go rozchyleniem ust.

Styles ujrzał postać, która przechodziła niedaleko niego. Śledził ją uważnie wzrokiem, jakby skądś kojarząc. Dziewczyna zwolniła tempa, również przyglądając się kędzierzawemu. Jakby po chwili wahania, ruszyła w jego stronę. Jej czekoladowe, lekko falowane włosy opadały na wątłe ramiona, przykryte beżową kurtką. Twarz nieznajomej zdobił delikatny uśmiech, kiedy kroczyła lekko przed siebie. Na jej stopach znajdowały się baletki, które przykuły uwagę Harry’ego, gdyż na takie buty zdecydowanie było za chłodno.

- Harry? - zapytała nieśmiało, znajdując się już wystarczająco blisko.

- Tak, mogę w czymś pomóc? - ostatni raz zaciągnął się papierosem, po czym wyrzucił jego niedopałek.

- Myślę że ja mogę Tobie. Louisa nie ma i nie wiadomo kiedy wróci - uśmiechnęła się do zdezorientowanego jej słowami Harry’ego.

- O czym ty mówisz? - ponownie zapytał, brzmiąc na rozdrażnionego.

- Wybacz, nie przedstawiłam się. Jestem Eleanor, przyjaciółka Tomlinsona, słyszałam nieco o tobie. - Styles kojarzył imię dziewczyny, jedynie z rozmów z Louisem, ponieważ czasami wspominał o dziewczynie, mimo to postanowił milczeć. - Louis jest zapewne u Nicka, również miałam tam być, jednak Niall w dalszym ciągu się nie pojawił. Pomyślałam, że może wszyscy są u Tommo, gdzie praktycznie zawsze się znajdują, jednak nikt mi nie otworzył.

- Odwieść cię do domu? Chyba nie jesteś ubrana najlepiej na taką pogodę - posłał brunetce łagodny uśmiech, a ta przytaknęła w zgodzie.

- Wybiegłam z domu nie zważając na to, co mam na sobie. - Harry usiadł, a El zajęła miejsce za nim, trzymając się chłopaka kiedy odpalił silnik maszyny.

Styles nie przypuszczał, że dziewczyna zaprosi go do siebie na herbatę. Z grzeczności zgodził się, dlatego w tej chwili kroczył za brunetką, prowadzącą ich do jej mieszkania. Kiedy otworzyła drzwi oraz zapaliła światło, Harry dostrzegł jak ładnie urządzone było lokum Eleanor. Kierował się do salonu, kiedy dziewczyna poprosiła by zaczekał na nią, podczas gdy ona przygotuje ciepły napój. Usiadł na skórzanej kanapie, rozglądając się wokoło. Ściany zdobiło wiele obrazów, a także zdjęć. Na jednym z nich ujrzał Louisa oraz Zayna kiedy obejmowali brunetkę, ustawiając się do fotografii. Ich twarze zdobił szczery uśmiech, a wiat tańczył we włosach. Zdecydowanie było to zdjęcie z przed paru lat, gdzie młodzi przyjaciele zdawali się dobrze bawić. Jego uwagę przykuł dźwięk obijających się o siebie filiżanek. Dziewczyna posłała mu uroczy uśmiech, kiedy postawiła filiżanki na blacie stołu, wraz z imbrykiem wypełnionym aromatyczną herbatą. Po chwili doniosła również ciastka i babeczki. Harry sięgnął po cukier, słodząc dwie łyżeczki.

- Louis wspominał, że przyjaźnicie się od dziecka - zaczął chłopak, chcąc przerwać trwającą ciszę.

- Tak, odkąd pamiętam zawsze trzymaliśmy się razem. Był słodkim dzieciakiem - upiła mały łyk, po czym przeniosła spojrzenie na Harry’ego. - Tak, więc pewnie uważasz, że nadal jest słodki? - zaśmiała się cicho pod nosem, widząc pytający wzrok Styles’a. - Och, wiem, że sporo was łączy.

- Ach, tak. Emm… wspominał ci o nas? - kędzierzawy poczuł się nieco niezręcznie, kiedy pomyślał, że zna ona jego głębsze relacje z szatynem.

- Tak, ale spokojnie. Nie wdawał się w szczegóły, lecz tylko kiedy o tobie wspominał, jego oczy cholernie się błyszczały - Harry zaśmiał się cicho, słysząc słowa dziewczyny. - Może zjesz ciasteczko? - podsunęła talerz nieco bliżej chłopaka, sięgając po jedno z nich, po czym ugryzła mały kęs.

- Nie, dziękuję. Muszę się zbierać - przechylił filiżankę, wypijając napój do końca i odłożył puste naczynie. Dziewczyna odłożyła nadgryzioną słodycz, by odprowadzić chłopaka do wyjścia.

- Dzięki za odwiedziny Harry, trzymaj się - Harry uśmiechnął się w jej stronę, po czym brunetka zamknęła drzwi, kiedy chłopak ruszył korytarzem, by wrócić do swojego ciemnego, pustego mieszkania.

***

Louis wpatrywał się w swoje splątane palce, nerwowo podrygując nogą. Nick prowadził, uważnie spoglądając na drogę. Między nimi panowała napięta atmosfera i nikt nie odzywał sie słowem. Tomlinson próbował choć trochę uwierzyć w to, co niespełna pół godziny temu, usłyszał w szpitalnym korytarz, od mężczyzny który aktualnie siedział za kierownicą. Mijały minuty, a Louis czuł się co raz gorzej, zmuszony dusić w sobie tyle słów, które chciał teraz wypowiedzieć. Stanąć w obronie kędzierzawego chłopaka. Mimo wszystko wciąż trwał w ciszy, bojąc się, że pogorszy sytuację. Co jeśli Nick pomyśli, że coś przed nim ukrywa? Przygryzł wargi, kręcąc głową. Właśnie zdawał się wariować, z powodu tej całej sytuacji. Przecież on dobrze wie, że nie ma niczego do zatajenia, jednak jeżeli Harry ma… Jego dłonie zacisnęły się w pięści. To nie dorzeczne, że ktoś oskarża Styles’a. Zaciskał usta w cienką linie, powstrzymując się przed wydaniem dźwięku.

- Harry jest niewinny.

Cholera jasna.

Musiał się odezwać, musiał powiedzieć cokolwiek wstawiając się zielonookim chłopakiem. Przecież nie mógł siedzieć tak bezczynnie, dając się otumanić pustym słowom Grimshawa, które nie mają żadnego dowodu, na poparcie ich wiarygodności.

Nick roześmiał się, tym samym przyciągając uwagę chłopaka, w którego niebieskich oczach malowało się niedowierzanie. Jak on mógł się śmiać, kiedy chodziło o tak ważną sprawę?

- Chcesz przerabiać to jeszcze raz, Louis? Dobrze, więc powtórzę się. Harry Styles, jest synem Anne Cox. Kobieta dziesięć lat temu, była właścicielką firmy farmaceutycznej. Popełniła samobójstwo, rzucając się z okna budynku.

- To nie powód, dla którego Harry miałby mordować moich przyjaciół! -wrzasnął Louis, czując, iż traci nad sobą kontrolę.

- Mylisz się, nawet nie wiesz jak. Po tym wszystkim, chłopak wyjechał z Londynu, wraz z ciotką, a siostrą jego matki. Ojciec Zayna, przejął firmę, której swoje udziały sprzedała Evelny, by móc zacząć nowe życie, w innym mieście. Nikt nie zna przyczyny samobójstwa Anne, jednak wszyscy sądzili, iż kobieta nie dała rady z utrzymaniem firmy łącząć z tym wychowanie dziecka. Do tego Sanoficox miała spore problemy finansowe, groził jej upadek, pozbawiając wielu ludzi swojej posady. Również twierdzi się, że matka Harry’ego, chorowała na depresję. Wszystkie czynniki nakładały się na siebie, więc kobieta podjęła ostateczną decyzję.

Nick zatrzymał się na światłach i nie spoglądając na szatyna, kontynuował swoją wypowiedź.

- Siostra, Anne, na cmentarzu, tuż przy grobie kobiety, postawiła posąg czarnego anioła. Twierdziła, że to współpracownicy są winni śmierci matki Harry’ego. Po Londynie, rozniosła się legenda, że czarny anioł zmieni swój kolor na biały, kiedy prawda wyjdzie na jaw. Harry jako syn, chciał tego dowieść. Nie możesz mi powiedzieć, że niewielkie figurki będące podobizną rzeźby z cmentarza oraz śmierć dzieci pracowników Anne Cox, są przypadkiem.

Grimshaw ruszył ponownie, zbliżając się do mieszkania Harry’ego. Louis oparł głowę o zagłówek, zastanawiając się nad słowami policjanta. Musiał przyznać, iż wszystko układało się w jakąś całość, jednak… nie, Harry po prostu nie mógł być bezlitosnym mordercą. Boże, przecież on z nim przebywał! Zna go i wie, że nie jest zdolny do czegoś takiego. Przecież czułość z jaką spoglądał na Louisa, wszystkie jego gesty i słowa, były tak szczere, że Tomlinson był pewien, iż taki człowiek nie jest bezwzględną istotą, wymierzając sprawiedliwość w tak okrutny sposób. Harry nie mógł być Czarnym Aniołem, po prostu nie mógł.

Zatrzymali się pod klubem Ed’a. Louis wypuścił ze świstem powietrze, spoglądając na budynek. Nie chciał tu być, nie chciał widzieć się z Harry’m, w obawie tego, co go czeka po przekroczeniu progu jego niewielkiego mieszkania. Bał się usłyszeć słowa, potwierdzające wszystko, w co do tej pory starał się nie wierzyć, pokładając nadzieje w niewinności chłopaka. Nie wyobrażał sobie tego, by nagle ochrypły głos, który tak uwielbiał, potwierdził wszystkie jego lęki. Co wtedy by zrobił? Gdyby… gdyby okazało sie, że człowiek, którego zaczynał darzyć silnym uczuciem, jest mordercą, z zimną krwią pozbawiającym życia jego przyjaciół?

Załamałby się, upadł, już nigdy nie wstając. Jego uczucia zrodziły by się w niewyobrażalną nienawiść, a serce skuło lodem. Nie potrafiłby spojrzeć, w te hipnotyzujące, zielone tęczówki, które biły tak niesamowitym blaskiem szczęścia, kiedy znajdował się tuż koło niego. Nie potrafiłby wysłuchać ani jednego słowa, wywodzącego się z tak pięknych, rubinowych ust, które prosiły się o pieszczoty w postaci pocałunków. Nie potrafiłby przyjąć jego delikatnego dotyku, który rozgrzewał jego ciało, przyprawiając o dreszcze oraz sprawiając, że łaknął kolejnych muśnięć dłoni chłopaka. Nie potrafiłby nigdy więcej pokochać, zamykając swe serce na wszelkie uczucia. Ponieważ zawsze biło tylko dla niego, a w raz z jego odejściem, umarło by, niezdolne do miłości.

- Wybacz, Nick, ale nie mogę tego zrobić. - Słaby głos Louisa, dobiegł do starszego mężczyzny.

- Louis, to dla twojego dobra, zrozum. Możesz ocalić siebie i Zayna, usłyszeć prawdę, tylko postępuj zgodnie z tym, co ustaliliśmy. Dobrze? - Grimshaw spojrzał na szatyna, który niechętnie przytaknął, po chwili chwytając za klamkę drzwi.

Harry był niewinny, nie miał się czego obawiać.

Pośpiesznie ruszyli w stronę drzwi wejściowych. Louis czuł, jak jego serce uderza o żebra, bijąc niezwykle gwałtownie. Skrzywił się, gdy drzwi zatrzasnęły się za nimi, jednak nadal kroczył przed siebie, próbując zapanować nad drżeniem jego kolan. Pokonywał kolejne stopnie, zaciskając dłonie, które schowane były w kieszeniach jego płaszcza. Kiedy dotarli do właściwych drzwi, Louis był roztrzęsiony, niespokojny i rozdarty, wpatrując się w wejście, za którym znajdował się Harry. Nick stanął tuż koło niego, pokazując by nacisnął klamkę. Szatyn położył na niej swoją dłoń, jednak zawahał się. Miał ochotę uciec stąd, by biec przed siebie tak szybko, jak tylko potrafił, nie oglądając się za nikim. Ta chęć niezwykle mocno buzowała w jego żyłach, jednak wiedział, że nie może tego zrobić. Biorąc głęboki oddech, naparł na klamkę, starając się w ciszy otworzyć drzwi oraz wejść do pomieszczenia. Nick podążył za nim, od razu przelewając do ściany oraz ponaglając Louisa, by ruszył przed siebie, za nim Styles zorientuję się, iż ktoś wtargnął do jego mieszkania.

Tomlinson słyszał odgłos cicho grającego telewizora, kiedy delikatnie stąpał po panelach, którymi wyłożona była podłoga salonu. Jego oczy spoczęły na postaci, przykrytej ciemnym kocem. Harry leżał na kanapie, a jego powieki były przymknięte. Długie rzęsy rzucały cień na blade policzki kędzierzawego. Obok niego znajdowała sie paczka papierosów, a na stole stała zapełniona popielniczka. Louis był pewny, że chłopak przez ostatnią godzinę wypalił więcej papierosów, niż zwykł to robić w ciągu dnia. Nagle poczuł niewytłumaczalną ochotę na złożenie pocałunku, dotykając miękkich, pełnych warg chłopaka oraz chwyceniu jego dłoni, by mogli uciec jak najdalej stąd. Podszedł do śpiącego mężczyzny, klękając przy łóżku. W momencie, kiedy jego dłoń dotknęła ramienia Harry’ego, poczuł ulgę ogarniającą jego ciało. Czuł się dziwnie, ponieważ potrzebował składać dotyk na jego ciele, jak i doświadczać tego samego od Harry’ego. Przebiegł delikatnie kciukiem po skroni, sunąc aż do linii szczęki. Powieki chłopaka uniosły się, a zieleń jego oczu uderzyła w Louisa, porywając w swoje hipnotyzujące objęcia. Wargi Harry’ego wygięły się w lekkim uśmiechu i dźwignął się na łokcaich, niespodziewanie chwytając starszego chłopaka za kark.

Louis poczuł jak palce Harry’ego wplątują sie w kosmyki jego włosów, by przyciągnąć bliżej siebie. Po chwili ich usta złączyły się w tęsknocie, a szatyn poddając się uczuciu ponętnych warg Styles’a, przymknął oczy, przykładając dłonie do jego twarzy. Pogłębiali pocałunek, złączając swe języki, które tak zachłannie ocierały się o siebie, przebiegając po podniebieniu partnera. Harry musnął usta Louisa, odsuwając się od chłopaka. Oparł swoje czoło o jego, oddychając niespokojnie.

- Tęskniłem. - Ciszę przerwał głos Harry’ego.

- Ja też - odpowiedział i już ponownie chciał pieścić ciało kędzierzawego, kiedy dotarło do niego, w jakim celu tu się zjawił. - Musimy porozmawiać, Harry.

- Wiem, muszę ci o czymś powiedzieć. - Styles podniósł się z miejsca, kierując do krzesła, na którym przewieszona była jego kurtka.

Chwycił ją w dłonie, poszukując kolejnej paczki papierosów. Louis przyglądał mu się z zaciekawieniem, chcąc usłyszeć, co chłopak chce mu przekazać. Harry nerwowo przeszukiwał kieszenie, a po chwili wyciągnął upragnioną paczkę oraz jeszcze coś, czego wcale nie chciał trzymać w swojej dłoni.

Niewielkie, materiałowe opakowanie uderzyło o podłogę. W tym momencie figurki drobnych, czarnych aniołów rozsypały się po podłożu. Harry spoglądał na nie z grozą. Jego przerażenie odbijało się na twarzy Louisa niczym w lustrze. Chłopak spoglądał na Styles’a w niedowierzaniu. Ból uderzał z jego lazurowych tęczówek, które zdawały się pociemnieć. Czuł, jak jego serce roztrzaskuje się na tysiące kawałeczków, słysząc ten nieznośni dźwięk w swojej głowie. Wraz z czarnymi aniołami, ukazała się rzeczywistość w którą Louis tak bardzo nie wierzył. Przecież sądził, iż Harry jest niewinny! Do tego momentu. Kędzierzawy po chwili, kiedy mógł wykonać jakikolwiek ruch zbliżył się do Louisa, który ze łzami w oczach, odsunął się gwałtownie w tył.

- Jak mogłeś? - usłyszał słowa, które wypowiedział Tomlinson drżącym głosem. W jego płucach zabrakło powietrza.

- Odwróć się. - W pomieszczeniu rozległ się inny głos i Harry dostrzegł, że Nick wyszedł z przedpokoju, trzymając kurczowo w dłoniach broń. Nie mógł się ruszyć. - Powiedziałem… - W jego głosie można było usłyszeć surowość, która przeniknęła chłodem młodszego chłopaka. Jednym zręcznym ruchem odwrócił go tak, że teraz leżał na brzuchu.

Skrzyżował jego ręce na plecach. Zimny metal dotknął nadgarstków. Kliknięcie obrączek zamykających się na jego rękach wydawało się ogłuszające. Grimshaw brutalnie przewrócił go na plecy, aby go widział.

- Harry Styles, jesteś aresztowany za zamordowanie Liama Payne’a, Danielle Peazer, Georga Shelley’a oraz Perrie Edwards.

Szarpnął go, by stanął na nogach.

- Masz prawo milczeć. - Popchnął go w stronę drzwi, Louis spoglądał na niego z cierpieniem wypisanym na twarzy. - Wszystko co powiesz, może zostać wykorzystane przeciwko tobie. - I na dół, po schodach. - Masz prawo do adwokata. Jeśli nie stać cię na niego, dostaniesz obrońcę z urzędu.

Wyszli przed budynek, kierując się do samochodu Nicka. Harry rozpaczliwie próbował złapać wzrok Louisa, doszukując się w nim czegokolwiek poza nienawiścią.

- Zrozumiałeś?

Odskoczył od niego i odwrócił się, by spojrzeć mu w twarz.

- Wszystko zrozumiałem.

- To dobrze.

Otworzył drzwi, położył dłoń na jego głowie i wepchnął chłopaka na tylne siedzenie samochodu, zamykając drzwi głośnym trzaśnięciem. Grimshaw jeszcze przez chwilę rozmawiał z Louisem, który stał na chodniku. Po chwili znalazł się w samochodzie, a za nim ruszyli, Harry spojrzał na Louisa, który zaszczycając go krótkim, pełnym smutku wzrokiem, jedynie odwrócił się, znikając we mgle i strugach deszczu.


10