Edwardowi trzęsły się ręce, kiedy wieczorem szedł do sypialni. Wiedział, że Cher nie będzie daleko. Ona nigdy nie była. Odkąd sięgał pamięcią, że grali razem w tym głupim ogrodzie w pobliżu domu jego niani. Jego ojca nigdy tak naprawdę nie było, więc Cher była jedyną rodziną. Była jego pierwszą przyjaciółką, jego pierwszym pocałunkiem, jego pierwszym wszystko. Co najważniejsze, wiedziała wszystko. Znała jego życie, jego przyszłość, jego teraźniejszość i najbardziej jego przeszłość.
Rzucając płaszcz na oparcie krzesła, opadł na nie, zmęczony minionym dniem. Ściskając nasadę nosa, spojrzał na mapę. Miał idealne obliczenia, wiadomości z niejednego źródła, słowo w słowo, a jednak nie miał pojęcia, co mógłby zrobić, aby go znaleźć. Jego ostatnie źródło musiało go okłamać.
Zabawne. Nie mógł zrozumieć, dlaczego tak jest. Edward zamknął oczy, przypominając sobie miecz przeszywający szyję starca. Był rzekomym nauczycielem człowieka, którego szukał. I wiedział, że postąpił słusznie. Żaden inny człowiek nie mógł być równie zimny dla takiego stworzenia. Adrenalina zadziałała w jego żyłach natychmiast, kiedy starzec powiedział, że są do siebie podobni.
Oni nigdy nie byli do siebie podobni. Ojciec mu to udowodnił.
Przeczesał ręką burzę loków, a oczy migotały w świetle świec.
- Kapitanie – dziewczyna zaczęło cicho. - Nie ma sensu wariować na punkcie tak małego łupu. Zabijesz nas wszystkich, wiesz to.
- Małego? - Edward uśmiechnął się groźnie. - Wiesz tak dobrze jak ja, że ten “łup” nie jest mały.
- Masz rację – usta Cher wykrzywiły się w grymasie. - Nie robisz tego tak źle – zażartowała, a ułożywszy usta w delikatny dziubek, zsunęła z siebie płaszcz i pozwoliła mu upaść na podłogę. Edward wywrócił oczami. Znała swoją wartość. Ale nie mógł zaprzeczyć, była piękna. A ich przyjaźń niezniszczalna. - No, czas do łóżka, demonie – zaśmiała się, pozorując dłonią ruch kotka, po czym skoczyła na materac i wsunęła się pod pościel.
- Jedna minutka – powiedział Edward, myśląc nad czymś.
- Oh! To mój rozkaz jako pierwszego oficera, byś natychmiast położył się do łóżka. Teraz, Styles. Nie zmuszaj mnie, bym szła po Eda!
Dreszcz przebiegł po ramionach Edwarda. A wszystko przez wspomnienie kwatermistrza, Eda Sheerana, który był naprawdę śmiercionośnym człowiekiem. Był wesołym rudzielcem, często pijany i śpiewającym głupie piosenki i dawał najlepsze rady. Ale próba obudzenia go rano znaczyła o twoim pogrzebie. Nie tylko dlatego, że Ed zawsze miał wtedy zły humor, ale dlatego, iż miał tendencję do spania z nożami.
Wyobrażając sobie jego gniew, Edward westchnął i podniósł się z krzesła. Wszedł do łóżka i objął Cher.
- To jego powinienem uczynić pierwszym oficerem. Przynajmniej brałby to na poważnie – syknął do swojej przyjaciółki.
- Eh, już nie będę ci grozić. Edward i Ed, zdobywcy mórz. Brzmi jak historia błazna…
- Wiesz, że lepiej nie wkurzać szlachciców! Zwłaszcza dzisiaj! - twarz Cher spoważniała, po czym wtuliła się w Edwarda.
- Przepraszam, zapomniałam – para piratów milczała przez chwilę. - Mogę ci zadać pytanie?
- Mh? - wymamrotał Edward, patrząc jej w oczy. Ta przygryzła wargę. - Strzelaj. W przenośni oczywiście.
- Ona miała na imię Gemma, tak? - Edward zesztywniał, ale skinął głową. - A twoja mama nazywała się Anne? - Edward prostu leżał, patrząc na nią z zaciekawieniem.
- Lepiej miej dobry powód, dla którego wspominasz o nich w dniu ich śmierci…
- Nie denerwuj się. Tylko się zastanawiam. Skoro wiedziałeś o nich… Czemu oni nie wiedzieli o tobie? - Edward usiadł i pomyślał przez chwilę, zanim położył się z powrotem i zaczął gapić się w sufit.
- Nie wiem. Gem wiedziała o mnie, i tata. Napisała mi kiedyś list, faktycznie. Ale nie sądzę, że mama chciała, by Haz wiedział. Tata nie był fantastycznym ojcem. - Cher zanuciła w zrozumieniu. - Cóż, okazał się być w porządku.
- Tak, niezły pirat - Cher roześmiała się i przytuliła się do jego boku z uwielbieniem. Edward wpatrywał się w sufit, jak gdyby posiadał wszystkie tajemnice świata.
- Jutro ciężki dzień. Śpij – powiedział, a Cher po prostu skinęła głową.
*
Następnego ranka Edward wybiegł z pokoju, gotowy do spustoszenia wraku. Starzec, Simon, wydawał się być mało pomocny. W przeciwnym wypadku, statek pojawiłby w zasięgu wzroku wśród linii horyzontu. Ale to nie miało znaczenia. Po dzisiejszym dniu, to nie ma znaczenia w ogóle. Podszedł do Eda.
- Raport? - Ed podskoczył, a potem uśmiechnął się do mężczyzny obok niego.
- Żadnego statku – westchnął. Ścigali ten okręt wystarczająco długo. Za długo. Na wszystkich mapach nie wyglądał na specjalnie mały. - Ale mamy ląd, stary. Ekscytujące co nie?
Radość w oczach Eda niemalże przyprawiła kapitana o uśmiech.
- Hej, Styles. Jeśli nie masz nic przeciwko, czego dokładnie szukamy na tej wyspie?” - Edward uśmiechnął się, patrząc na wodę z pragnieniem pulsującym w jego spojrzeniu.
- Kompasu.
*
- Nie powiedziałeś mi, że umrzemy na tej jebanej wyspie! - Ed pisnął. Edward wywrócił oczami.
- Jeśli się skupisz i przestaniesz narzekać – obrócił się, strzelając jedną z osób na wyspie, po czym ponownie spojrzał na kwatermistrza. - Nie umrzemy.
Edward zawsze był człowiekiem taktu i siły, odkąd zaczął szkolenie z jego ojcem rok temu. To może być tylko to, co go uratowało po dziś dzień.
- Styles! To nie tutaj! - Edward odwrócił się do Cher, wściekły.
- Co masz na myśli “to nie tutaj”? - Cher podniosła skrzynkę, którą wykopali ze wskazanego miejsca. Była pusta.
Edward był wściekły. Jedyne, racjonalne rozwiązanie dla jego umysłu, by uciec od szału zabijania. Jeśli teraz ktoś stanie mu na drodze, nie zawaha się.
*
- O co on się tak wkurza? To tylko kompas - Rebecca mruknęła do pielęgniarki, Caroline. Edward zaczął się zastanawiać, dlaczego on w ogóle pozwolić im zostać na statku. Poza tym, że tu pasowału.
- Pewnie po prostu jest zły, bo nie dostał tego, co chciał - Caroline roześmiała się. Palce Edwarda zacisnęły się szyjce butelki rumu. Naprawdę żałował. Głupia Flack.
- Nie jest tak źle, prawda?”
- Jestem tą, która z nim sypia, pamiętasz? - uśmieszek Caroline wskazywał, iż jest zadowolona z siebie. Dobrze, Edward postanowił. Innymi słowy, zabrakło rumu. To znaczy, zabrakłoby, gdyby Ed nie kazał mu przestać.
*
Godzinę później, ostatnie płomienie na pokładzie paliły się, a Edward był wystarczająco pijany, by być w dobrym nastroju. Po prostu przestał się martwić. Nie był pieprzonym księciem siedmiu mórz. Nie potrzebował tytułów, by żyć. Załogi, by imponować. Udawał niepozornego tylko po to, by nie zostawiać po sobie zbyt wiele śladów. No chyba, że był zły.
- Edward. Jesteś pijany. - Edward jęknął, patrząc na ostatnie płomienie, a twarz jego ojca błyszczała w świetle.
- Spierdalaj. Jesteś tylko popiołem.
- A ty jesteś bezwartościowy. Twój brat nigdy nie będzie tak słaby.
- Nie jestem nim, tato! - Edward warknął. - Nie mam pieprzonego tytułu, okrutnej załogi, czy jakichkolwiek szans! - mógł wyobrazić sobie twarz ojca, uśmiechającego się do niego.
- Bo ich jeszcze nie zdobyłeś! Nie jesteś gotowy. Wyzwał cię do tego. Ponownie. Zabierz mu to wszystko - Edward siedział w milczeniu, pozwalając, by wiatr tańczył wokół.
- Nie.
- Co znaczy nie?
- Kompasu tam nie było. Jedynej rzeczy, która prowadzi nasze serca do upragnionych rzeczy. Cowell z Lionheart jest pieprzonym kłamcą - Edward zezłościł się.
- Nie bądź cipą, Edward. Idź po niego. Idź po młodego chłopca, który pogrążył Arson. Musisz. Nie możesz wiecznie żyć w jego cieniu – Edward potrząsnął głową, chcąc odgonić myśli. - Jesteś taki bezwartościowy.
- ZAMKNIJ SIĘ – Edward krzyknął do płomieni. - Zamknij się! - rzucił butelką rumu prosto w ogień. Stał i patrzył w płomienie. - Cholerny diable…
- Edward – ramiona Cher owinęły się wokół jego szyi. On tylko pokręcił głową. Cher przeniosła spojrzenie na jego twarz i zamarła.
- Edward, twoje oczy! - kapitan wyciągnął rękę i wziął srebrną łyżkę, by przejrzeć się w jej odbiciu. Coś wypaliło szmaragd jego oczu, wyglądały jak ogień piekielny. (skojrzył mi się ksiądz Natanek i jego “czarne jak piekło, czerwone jak ogień! XD – tłum.).
- To jest to – mruknął, a delikatny uśmiech rozświetlił jego twarz.
- Co? - zapytała Cher, a kapitan uśmiechnął się do niej.
- Nie muszę być Księciem Siedmiu pieprzonych Mórz. Jestem demonem Emeraldem.
*
Terror przetoczył się przez szeregi załogi. Żył jego nazwą. Liczba jego ludzi spadła o połowę. A większość zgonów była z jego winy. Z winy demona Emeralda.
- Kapitanie, jesteś pewien, że nie chcesz zwolnić? Niedługo zabraknie nam prowiantu i…
- Rebecca, jeśli będziesz narzekać, powieszę cię na maszcie na dzień i noc, jasne?
- Kapitanie, ona ma rację. Przy takim tempie, zatopimy statek - Ed zadrwił. Edward uśmiechnął się.
- Dokładnie - Cher westchnęła.
- Styles, po prostu znajdź własny tytuł. Nie musisz okradać Księcia Szkarłatnego Morza!
- To nie jest kradzież, jeśli na to zarobiłem. Poza tym, Nie wiesz, co chcę zrobić.
- A co teraz? - Ed jęknął.
- Następny przystanek, pałac. Rabujemy króla.
*
- To był głupi pomysł. Głupi pomysł. O mój Boże, to taki głupi pomysł. Dlaczego pozwoliliśmy się na to namówić?
- Cicho, Cher. Tylko my dwoje. Będzie dobrze.
- Co ty…
- Zbieraj szmaragdy.
*
- Jakim, kurwa, cudem żyjecie? - Ed zapytał szybko, gdy Edward i Cher wrócili na statek. Cher uśmiechnęła się.
- Niektórzy z nas potrafią naprawdę szybko biegać - Edward parsknął.
*
Po raz kolejny, Edward był wściekły. Po zaopatrzeniu się w dostawę i załogę w Wielkiej Brytanii, pomyślnie okradł króla i myślał, że będzie szczęśliwy. Co za błąd. Szlachcic był na statku, kurwa. I miał zamiar to zmienić.
- Jest wśród nas zdrajca - Edward ruszył przez pokład z wysoko podniesioną głową i bronią w ręku. Jego załoga stała w kolejce przed nim. Przycisnął broń jednemu z chłopców do szyi. - Czy to ty?
- Nie, Kapitanie - Edward uśmiechnął się i ruszył dalej.
- To kto, zastanawiam się. Flack? Czy to ty, moja droga? - chwycił ją pod brodę, a ta pokręciła głową. Wstyd. Była dla niego problemem. Ale wciąż to nie jej szukał. - Hmm - rozejrzał się i zobaczył jednego z chłopców, drżącego w tyle.
- Co za wstyd. A myślałem o tym dłużej niż tydzień – rzekł. Chłopiec z brązowymi lokami i brązowymi oczami miał na sobie za duże ubrania i nie miał więcej, niż trzynaście lat. Nazywał się Jay. Demon Emerald syknął. - Naprawdę myślisz, że król Tomlinson może ci tu chronić, Jay? - chłopiec spojrzał na niego, a strach w jego oczach przyprawił Edwarda o uśmiech.
- Oszczędź mnie - chłopak mruknął.
Cher stała nieruchomo, gdy jej kapitan podniósł broń do głowy chłopca. Nigdy nie widziała go w takim stanie, i szczerze mówiąc, była zmartwiona. Odkąd stracił kompas, utracił całkowicie tę uśmiechniętą, pełną nadziei, sympatyczną stronę Edwarda. Zamiast tego, był demonem. Oczywiście, był teraz bardziej skuteczny, ale ona naprawdę martwiła się o chłopca, którego znała całe życie.
- Dlaczego mam cię uratować? - zaczął cicho Edward. - Zdradziłeś mnie i okłamałeś w sprawie swoich zamiarów. Musisz za to zapłacić – mierzył w chłopca. Ten szybko zdjął kapelusz i przyłożył go do serca.
- Proszę! Przyszedłem tu tylko dlatego, bo usłyszałem, że szukamy tej samej rzeczy! Nie zdradziłem, przysięgam! Jestem tylko sługą – przyznał się, drżąc. Naprawdę igrał z diabłem. No dobra, z synem diabła, wszystko jedno.
- A czego szukasz?
- Eleanor Calder
- Kto…
- Została porwana z księciem Louisem! Jest na One Direction! - wzmianka o statku brata sprawiła, że zamarł.
- Co sprawia, że jesteś taki pewny, iż nadal tam jest?
- Jestem jej kuzynem!
*
Edward zaczął rozumieć, dlaczego posiadanie krwi na rękach nigdy nie było jego filozofią. W tym momencie miał więcej krwi na rękach, niż wszyscy szlachcice razem wzięci.
*
- Tęsknię za Edwardem. Nie jest taki jak kiedyś.
- On już nigdy taki nie będzie, Ed. Stracił coś – szepnęła Cher, gdy ostatni płomień wygasał.
- Czego on szuka… - zastanawiał się. Pijak, ale i geniusz statku, jakby się mogło wydawać, a nie mógł rozgryźć kapitana. Edward nie lubił nigdy rozlewu krwi. Teraz, praktycznie się w niej kąpał.
Cher wzruszyła ramionami i odebrała Edowi butelkę, po czym wzięła łyk rumu.
- Nie wiem. Myślę, że samego siebie.
*
Minął kolejny miesiąc, odkąd załoga zaczęła się przyzwyczajać. Demon Emerald dobrze się maskował. Nic, tylko pirat, niewiele różniący się od reszty swojej rodziny. Załoga wiedziała, że nie wolno wchodzić mu w drogę, w przeciwieństwie do szlachty i statków na horyzoncie. Szybko dogonił najbardziej znanych piratów na świecie. Tak jak jego ząłoga. To było to, czego zawsze chciał. Prawie.
Po prostu wyobrażał sobie, że mógłby go teraz znaleźć. Nawet jeśli to się nie stanie.
*
- Jeśli Ella trzęsie się tak jak ty, to gwarantuję, że jest już martwa - Jay pokręcił głową w stronę kapitana.
- To Eleanor… - Edward spojrzał na chłopca z niedowierzaniem.
- Czy wyglądam, jakby mnie to, kurwa, obchodziło?
- Eddy! - Cher syknęła. - Bądź miły! - gdyby Edward nie znał jej od urodzenia, już by nie żyła. Demon Emerald ścisnął nasadę nosa, po czym wstał od biurka.
- Idę spać - zatrzasnął za sobą drzwi i zrzucił buty, rzucając płaszcz na podłogę. - Głupia Cher, głupi Jay i… - kapitan mruknął, wczołgując się na łóżko. Dwadzieścia minut później poczuł kolejne ciepłe ciało w jego łóżku.
- Edward, nie musisz tego robić. On już przerażony - Kapitan prostu leżał, a Cher westchnęła wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi. - Dobrze. Porozmawiamy później.
Pocałowała go w czoło nim zdjęła buty. Edward pozwolił zostać jedynej, zaufanej kobiecie.
- Myślałem, że tym razem go znajdziemy – niemal usłyszał uśmiech Cher, gdy ta wróciła do łóżka. Objęła Edwarda Stylesa, a demon Emerald zniknał.
- Nie martw się, kochanie – wyszeptała w jego usta. - Znajdziemy go – uniemożliwiła mu odpowiedź pocałunkiem.
Edward uśmiechnął się lekko. Dzięki Bogu za nią. Bo mógł przynajmniej udawać, że ma nadzieję.
*
Dwa tygodnie później zbliżyli się do statku. Zbliżyli się do brata. Po dwóch tygodniach, Kapitan Edward Styles, Demon Emerald, w końcu budzi się z niekończącego się snu. Odnalazł siebie. Dosłownie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz