sobota, 11 stycznia 2014

702

*soundtrack*

Minione dni, Harry jak najbardziej mógł zaliczyć do jednych z najgorszych swojego życia. Dokładnie tydzień zajmował jedną z cel w areszcie śledczym. Niemal nie spał oraz nie jadł. Przez pierwsze doby, Grimshaw był bardzo spragniony słów Harry’ego, dokładnie tego, aby przyznał się do winy. Jednak za każdym razem rozmowa przebiegała w ten sam sposób. Ściślej, prawie w ogóle nie miała ona miejsca. Styles za każdym razem się powtarzał; “Nie jestem winny śmierci tych ludzi, jedynie darowałem im drobny prezent w postaci figurek czarnego anioła i na tym mój udział się kończył.” Nick tylko prychał, nalegając, aby chłopak zaczął wyjawiać prawdę, lecz Harry wiedział, że nie mają nic po za białymi kopertami oraz figurkami, które nie były wystarczającymi dowodami jego winy, co do śmierci czterech osób.

Piątego dnia, Grimmy stracił nieco cierpliwości w efekcie czego Harry wylądował przyciśnięty do ściany. Uśmiechnął się szyderczo do starszego mężczyzny, a po chwili poczuł uderzenie w brzuch, a następnie w żebra. Osunął się na ziemie, zwijając z boleści, a Nick rzucając ostatnie spojrzenie w stronę chłopaka, chwycił swoją kurtkę przewieszoną przez krzesło, po czym wyszedł, zostawiając Styles’a na ziemnej podłodze w pokoju przesłuchań.

Teraz Harry znajdował się w celi, spoglądając na sińce okalające jego tułów. Opuścił koszulkę, stając przy oknie oraz opierając głowę o zimne pręty. Wiedział, że cios nie został mu wymierzony przez bezczelny uśmiech, błąkający się na jego ustach. Grimshaw jedynie szukał okazji, by przyłożyć chłopakowi, Styles o tym wiedział, tak samo jak o zazdrości mężczyzny. Nick był zazdrosny o Louisa, od pierwszego momentu, kiedy zobaczył Harry’ego u boku szatyna. Dłonie kędzierzawego zacisnęły się w pięści. Tęsknił za Tomlinsonem, to uczucie tkwiło w nim, zadając ból, który wzrastał na myśl, iż żywi tęsknotę za człowiekiem, który go znienawidził.

Nie chciał, by dowiedział się w taki sposób. Gdyby nie zwlekał… może wtedy Lou zrozumiałby, wysłuchawszy jego wyjaśnień. Odchylił głowę w tył, zapewne teraz jego ukochany, tkwi w ramionach Grimshawa, który skutecznie wykorzysta stan Louisa. Zaciśniętą pięścią uderzył w ścianę. Teraz uczucie zazdrości wdzierało się do jego ciała, kumulując ze wszystkimi emocjami. Oddychał głęboko, starając się uspokoić. Opierając się plecami o beżową ścianę, zjechał siadając na podłodze oraz chowając głowę w rękach, które ułożone były na jego kolanach. Tak cholernie chciał się zobaczyć z Louisem, przeprosić go, móc wytłumaczyć całą tą sytuacje. Spojrzeć w jego oczy i dostrzec to, co zawsze w nich tkwiło. Silne uczucie, jakim darzył Harry’ego.

***

Louis wstając z kanapy, prawie wylądował na ziemi, kiedy jego noga przejechała po opróżnionej butelce gorzkiego alkoholu. Przeklną pod nosem, po czym skierował się w stronę okna, by wpuścić do pomieszczenia nieco światła. W kuchni szukał czegokolwiek do picia, a kiedy znalazł butelkę wody, uśmiechnął się lekko, gdy ciecz gasiła jego pragnienie. Ten tydzień również był ciężki dla Louisa. W ostatnich dniach był przesłuchiwany, odwiedzał szpital gdzie przebywał większość czasu, nie wspominając już o Zaynie, który prawie rozbił tam obozowisko. Podziwiał cierpliwość pielęgniarek do tego chłopaka. Niall się jeszcze nie wybudził co było powodem okupacji sali przez bruneta, nie chciał, by ocknął się, kiedy jego przy nim nie będzie. Zmęczenie Louisa potęgował brak snu. Nie mógł w nocy zmrużyć oka, jedynie w dzień niekiedy udało mu się trochę zdrzemnąć. Jednak największym powodem przez który znajdował się w tak okropnym położeniu, było jego zbolałe serce.

Nie mógł uwierzyć, by to Harry był odpowiedzialny za śmierć jego przyjaciół. Jednak, czy figurki, które widział na własne oczy w posiadaniu kędzierzawego chłopaka, nie były wystarczającym dowodem jego winy? Na początku, Tomlinson był zszokowany tym co zobaczył, następnie poczuł tak niesamowitą złość, iż był przerażony tym, jak wielki wstręt żywi do chłopaka. Okłamywał go przez ten cały czas, zrobił coś niewybaczalnego, odebrał życie czterem osobą. Jego bliskim. Boże, przecież on się w nim zakochiwał każdego dnia! Z trudem opanowywał to uczucie w żołądku, kiedy tylko widział Styles’a. A teraz, ten chłopak jest posądzony o morderstwo. Jednak gniew Louisa szybko przeszedł, przeobrażając się w tak wielki smutek, iż nie był w stanie powstrzymać łez spływających po jego policzkach przez całą noc, po tym, kiedy Nick wyprowadził Harry’ego z jego mieszkania. Kiedy nie czuł przy sobie ciepła drugiego ciała, dotyku delikatnych opuszków palców i kuszących szeptów, uświadomił sobie, jak bardzo samotny i stęskniony było.

Pierwszy dzień po przesłuchaniu, Tomlinson zaczął głębiej zastanawiać się nad tą sprawą. Przecież w czasie, kiedy niektóre ze zbrodni zostały dokonane (o czym poinformował go Nick) Harry był przy nim. Na przykład w czasie śmierci Georga, bawili się wspólnie w klubie. Tak, więc Styles miał alibi. Tylko dlaczego wciąż znajdował się w areszcie śledczym? Niestety Grimmy, był uparty jak nikt inny, a Lou zdawał sobie z tego sprawę. Szatyn chwycił ręcznik, kierując się do łazienki, by wziąć orzeźwiający prysznic. Kiedy strumienie wody spływały po cielesności chłopaka, wśród szumu wody usłyszał jakiś dźwięk dobiegający zza drzwi. Zakręcił natychmiast kurek, w dalszym ciągu nasłuchując.

– Louis, do cholery, jesteś nie poważny?! Zamykaj te pieprzone drzwi, każdy tu może wejść! – Tomlinson słysząc głos Nicka, wywrócił oczami.

– Jestem w łazience! – odkrzyknął, po czym powrócił do przerwanej czynności.

Kiedy otworzył drzwi kabiny prysznicowej, Grimshaw stał w progu, z rękoma założonymi na piersi. Louis wychodząc, wystawił język w jego stronę, a zimne powietrze przyprawiło go o dreszcze. Sięgnął po ręcznik, owijając go wokół pasa. Wymijając mężczyznę, skierował się w stronę sypialni, by na biodra nasunąć bokserki. Nick podążył za nim, wciąż pozostając w milczeniu. Próbował odwrócić wzrok, od opiętej bielizny na pośladkach szatyna. Kiedy ten się odwrócił, posłał mu przyjazny uśmiech. Lou parsknął cicho, sięgając po spodnie oraz koszulkę, a po chwili był już całkowicie okryty.

– Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty? – zapytał, przechodząc do kuchni.

– Może być mocna herbata. – Grimshaw odsunął krzesło, zajmując miejsce.

Trwającą ciszę zaburzał jedynie odgłos gotującej się wody. Louis chciał dowiedzieć się, jak wygląda sprawa z Harry’m, a dokładniej, jak on się trzyma, jednak nie chciał pytać o to w bezpośredni i oczywisty sposób, więc wybrał bezpieczną opcję, zagadując ogólnie o całe zdarzenie.

– Tak, więc, jakieś postępy w śledztwie? Nowe dowody, cokolwiek? – zaczął, niby od niechcenia.

– Jak na razie tkwimy w martwym punkcie. Harry nie chce o niczym powiedzieć. – Grimshaw zauważył, jak chłopak nagle się spiął. Specjalnie napomniał o Styles’ie, wiedząc, iż to o nim szatyn myślał zadając to pytanie. Uśmiechnął się triumfalnie.

Louis mrugając kilkakrotnie, wciąż będąc odwróconym plecami do Nicka, sięgnął po czajnik, zalewając wrzątkiem czarny kubek. Wrzucił dwie kostki cukru, po czym odwracając się, zadbał, by nie musieć spoglądać na Grimmy’iego. Jednak kiedy odłożył naczynie na blat stołu i już zabierał dłoń, poczuł dotknięcie. Starszy mężczyzna trzymał w uścisku rękę Louisa, zmuszając tym samym do tego, by ten skierował wzrok w jego stronę. Błękitne tęczówki spotkały się z oczami bruneta, po czym lustrował jego twarz, widząc niewielki uśmiech zdobiący jego usta. Nick szarpnął chłopak w swym kierunku, tak, iż znajdowali się bliżej siebie. Louis spojrzał na niego zaskoczony, próbując wyszarpać się z nieprzyjemnego dla niego dotyku, jednak Nick nie zamierzał mu na to pozwolić.

– Wiem, że wciąż o nim myślisz. Mnie nie oszukasz, Louis – wypowiedział niemal szeptem, utrzymując kontakt wzrokowy z szatynem.

– Puść mnie, nie sądzę, by to była twoja sprawa – pociągnął dłoń w swoją stronę, chcąc oddalić się od Grimshawa.

Po chwili mężczyzna odpuścił, puszczając nadgarstek Louisa. Ten złapał się za rękę, w miejscu gdzie widniał zaczerwieniały ślad. Z niedowierzaniem przyglądał się Nickowi, który spoglądał na niego ze złością wypisaną na twarzy.

– Myślę, że powinieneś iść – rzucił chłodno Louis. Brunet wstał od stołu, wyglądając jakby na skruszonego. Kiedy chciał podejść do Tomlinsona, ten gwałtownie odsunął się od niego.

– Louis, przep…

– Nie, Nick. Wyjdź stąd. – Louis odwrócił wzrok, czekając, aż usłyszy oddalające się kroki mężczyzny. Doczekał się, ponieważ po chwili, drzwi jego mieszkania zatrzasnęły się.

***

Harry nie wiedział ile czasu spędził w jednej pozycji, bijąc się z własnymi myślami. Pewnie spędził by jeszcze wiele czasu, tkwiąc w tym stanie, gdyby nie ktoś, kto otwierał drzwi jego celi. Podniósł głowę ku górze, zaciskając wargi, kiedy ujrzał kierującego się w jego stronę Nicka. Niechętnie wstał, a mężczyzna odwrócił go tyłem do siebie, przykładając zimny metal do jego nadgarstków. Nie mógł się powstrzymać, by nie przewrócić oczyma. Było to konieczne? Wątpił, chociaż gdyby miał wolne ręce, trudniej by było przegonić chęć uderzenia tego mężczyzny. Grimshaw wyprowadził chłopaka i podążali korytarzem do pokoju przesłuchań, co nie było zaskoczeniem. Kiedy tam dotarli, chłopak został usadzony na niewygodnym krześle, a po drugiej stronie niewielkiego stołu, usiadł brunet przecierając dłońmi twarz. Harry dostrzegł, że jest zmęczony, bądź czymś strapiony. Oparł się, czekając na jakiekolwiek słowa.

– Może dzisiaj, raczysz mi powiedzieć nieco więcej? – usłyszał.

– Ile razy mogę się powtarzać? Nikogo nie zabiłem.

– Oczywiście, czarne anioły przecież o niczym nie świadczą, prawda?

– Tylko rozesłałem te przeklęte figurki, nic więcej! – Harry poczerwieniał ze złości. Grimshaw jedynie westchnął.

– Ach, wiec może i również, jakiś Czarny Anioł, demon, czy inna przerażająca istota zamordowała tych ludzi? – Harry spojrzał na niego, po czym przymknął oczy. Czuł sie tak bardzo zmęczony tym wszystkim.

– Posłuchaj. Nie wiem, kto zabił tych ludzi, jednak ja tego nie zrobiłem. Jedynie dostarczyłem te koperty, jak już wspominałem, by wzbudzić w nich strach. Nie chciałem niczyjej śmierci, jedynie ujawnienia prawdy co do Sanoficox. To wszystko, chciałem, by nikt nie osądzał mojej matki. – Nick zmarszczył brwi.

– Jak to, nie osądzał twojej matki? – zapytał, prostując się na krześle.

– Och, każdy sądził, iż upadek firmy jest jej winą. – Głos kędzierzawego zaczął się załamywać. Odetchnał głęboko. – Że był zbyt słaba i postanowiła od tego wszystkiego uciec dzięki samobójstwu. Gówno prawda! To oni robili przekręty, sprawiając, że firma zaczęła bankrutować, moja matka, posłużyła im jedynie, jako winowajca tego wszystkiego. Skazali ją na ośmieszenie, na presje i nieustanny stres. To oni przyczynili się do jej śmierci, rozumiesz?! – Ton głosu chłopaka wzrósł od pierwszych słów, a zielone oczy świeciły się, będąc pełnymi łez. Zamrugał.

– Dobrze, więc nie chciałeś, by tak to się skończyło. Ale, czego właściwie pragnąłeś? – Nick poczuł współczucie. Zrobiło mu się żal chłopaka siedzącego naprzeciwko.

– Dzieci pracowników były idealnym celem. Który rodzic, nie kocha swej pociechy? Oni pewnie darzą ich ogromną miłością, więc pewnym było, iż przerazi ich coś tak trwożącego, jak czarny aniołek. To miał być dla nich znak, że ktoś jeszcze pamięta, że ktoś wie o ich okrutnej tajemnicy. Mieli się jedynie przyznać do tego, co stało się przed latami. To wszystko, chciałem nimi wstrząsnąć. Żeby się zmiękli i zaczęli mówić.

Nick musiał przyznać, iż to brzmiało wiarygodnie. Jedynie musiał się jeszcze dowiedzieć, gdzie przebywał chłopak, w czasie popełnienia zbrodni. Ustalenia te zajęły kolejną godzinę, świadczyć o prawdomówności Harry’ego miał Louis, który praktycznie za każdym razem przebywał w towarzystwie Styles’a.

– Dobrze, a gdzie przebywałeś tydzień temu, w dniu wypadku Nialla? – Brunet przetarł zmęczone powieki.

– Spałem w swoim mieszkaniu, przyszedł do mnie Louis. Nim pojechał do ciebie, zjawił się u mnie, jednak szybko wyszedł, tłumacząc się wiadomością od ciebie. Później próbowałem go znaleźć, ale bezskutecznie. Spotkałem Eleanor, która wspominała coś o tym, że Horan miał po nią przyjechać, ale nie zjawił się, więc zaniepokojona wszyła zobaczyć, czy znajduje się gdzieś w pobliżu. Również wybrała się do mieszkania, Louisa, dlatego zobaczyliśmy się pod jego budynkiem. Odwiozłem ją pod jej dom, a ona zaproponowała mi herbatę. Później wróciłem do domu.

Grimshaw przytaknął, potwierdzając, iż rozumie. Wstał ze swojego miejsca, podchodząc do chłopaka. Obaj udali się do celi i kiedy kajdanki zniknęły z rąk Harry’ego, Nick spojrzał prosto w jego zielone oczy.

– Myślę, że już niedługo opuścisz to miejsce. Mamy za mało dowodów, co do twojej winy – zatrzasnął drzwi, a Harry rzucił się na niewygodne łóżko, przymykając powieki, starając się zasnąć.

***

Zayn nie zwracał uwagi na spojrzenia, jakie posyłały mu tutejsze pielęgniarki. Sprawiał im nieco kłopotu, kiedy te próbowały posłać go do domu, jednak on zawzięcie protestował, nie będąc zbyt miłym w rozmowach. To wynikało z jego rozdrażnienia. Był niczym tykająca bomba, w każdej chwili mógł wybuchnąć przez natłok emocji zbierających się w nim. Nawet pewnego dnia nakrzyczał na Louisa, kiedy ten wmuszał w niego choć kęs pączka, jednak natychmiast przeprosił. Tomlinson posłał mu przyjacielski uścisk, pocierając plecy w geście dodającym otuchy. Wciąż powtarzał, że musi być cierpliwy. Ale w jaki sposób, do jasnej cholery, kiedy Niall miał wybudzić się już jakiś czas temu, a w ciągu dalszym nie zachodziły żadne zmiany? Lekarze nie mówili wiele, po prostu tyle, że niekiedy zdarzają się komplikacje, ale pacjent powinien wybudzić się po paru dniach, ewentualnie tygodniach. Jednak Zayn wiedział, że również może minąć parę miesięcy, czy lat. W końcu, takie rzeczy również się zdarzają, prawda?

Tak bardzo pragnął, by Niall dał jakikolwiek znak, że wszystko jest na dobrej drodze. Choćby lekkie drgnięcie jego dłoni bądź słaby uścisk. Do tego dochodziła sprawa wzroku chłopaka. Kiedy lekarze jak każdego dnia, zakrapiali oczy blondyna, Zayn prosił, by nie musiał wychodzić. Mogło sie to wydawać dziwne, jednak brunet pragnął ujrzeć choćby powieki jego ukochanego. Ciemne rzęsy, które opadały, rzucając cień na pobladłe policzki. Jednak za każdym razem był wypraszany, aż któregoś dnia postawił się, uparcie twierdząc, iż nigdzie nie wyjdzie. Oczywiście, nie obyło się bez kłótni z pielęgniarką co przerodziło się w naprawdę ostrą dyskusję, powodując, iż Zayn wybuchł przez multum emocji, który kumulowały się w nim co raz bardziej. Doszło do tego, że Zayn został siłą wyprowadzany przez pielęgniarza, a mimo to nadal walczył wyrywając się i wyklinając. W pewnym sensie dopiął swego, ponieważ tak długo stawiał opór, iż doczekał się ściągnięcia opatrunku, tym samym dostrzegając z oddali przymknięte powieki ukochanego. Nagle, jakby opadł z wszystkich sił i gdyby nie mężczyzna trzymający go, przeżyłby bliskie spotkanie z podłożem. Bez słów pozwolił wyprowadzić się na korytarz, a przed oczyma w dalszym ciągu miał obraz leżącego Nialla, a od jego prawej powieki do początku skroni przebiegała blizna, która już zawsze będzie niewielką skazą na cielesności chłopaka.

Tego popołudnia, Malik czuwał przy łóżku Nialla, co nie było czymś zaskakującym. Jego głowa spoczywała na białej pościeli, tuż przy klatce piersiowej blondyna. Jego dłoń trzymała rękę chłopaka, delikatnie ją gładząc. Nie była to najwygodniejsza pozycja, ale siedział tu już od rana. Wcześniej, przez pierwsze dwa dni nawet nocował na niewygodnym krześle, czy trafniejszym by było, drzemał. Z czasem dał się przekonać, by sypiał normalnie w swoim mieszkaniu, na co zgodził się przez co raz bardziej dające o sobie znać zmęczenie. Każdego ranka po wypiciu kubka kawy oraz zjedzeniu śniadania, przybywał do szpitala, w nadziei, że to właśnie dzisiejszy dzień będzie tym długo wyczekiwanym.

Kiedy jego powieki były przymknięte, a chłodne powietrze dostawało się do sali przez uchylone okno, poczuł coś, dzięki czemu jego oczy natychmiast otworzyły się, okazując bursztynowe tęczówki wypełnione entuzjazmem. Natychmiast podniósł głowę, czując jak dłoń Nialla z większą siłą próbuje ścisnąć palce chłopaka. Jednak był zbyt słaby, a jego dotyk niemal niewyczuwalny. Zayn nie potrafił wykrztusić z siebie słowa, przejechał opuszkami palców po policzku chłopaka, czekając, aż ten dobudzi się całkowicie. Nagle chłopak próbuje się unieść, a jego oddech przyspiesza. Tak, jakby chciał zerwać się ze szpitalnego łóżka, zupełnie niczego nie świadomy.

– Niall, jestem tutaj. – Głos bruneta był słaby, lecz wystarczający, by chłopak mógł go usłyszeć.

– Zayn? – zapytał ochryple, kierując niepewnie głowę w stronę źródła dźwięku. – Nic nie widzę… – oddychał jeszcze gwałtowniej. – Dlaczego nie widzę?! – Niemal krzyczał. Malik czuł, jak łzy szczypią jego oczy. Przytrzymał ramiona Nialla, delikatnie gładząc je.

– Już spokojne, Nialler – szeptał, kiedy mięśnie blondyna rozluźniły się. – Miałeś wypadek, zostałeś potrącony przez samochód… i to spowodowało uszkodzenie twojego wzroku, ale lekarze przeprowadzili operację, wiesz? – uśmiechnął się lekko, jakby on mógł to zobaczyć, jednak powieki Irlandczyka wciąż były przykryte białym opatrunkiem.

Zayn wezwał lekarzy, by przeprowadzili potrzebne badania po wybudzeniu się chłopaka. Teraz siedział w tym czasie na jednym z plastikowych krzesełek, nie mogąc znieść tego, iż Niall nie odezwał się słowem, kiedy wspomniał o uszkodzeniu jego wzroku. Wplątał palce we włosy, zastanawiając się, czy kiedykolwiek wszystko wróci do normy. Tyle rzeczy wydarzyło się w tym czasie, do tego Harry jest posądzony o wszystkie tragedie, jakie mają wokół nich miejsce. Kiedy Louis powiedział mu o tym, Zayn trwał w szoku około piętnaście minut, następnie Tommo odciągał go od drzwi, ponieważ w przypływie gniewy wykrzykiwał, że zabije tego chłopaka. Parę dni później, kiedy ochłonął, zdobył się na rozmowę z Tomlinsonem dotyczącą Harry’ego. Wiedział, co jego przyjaciel czuje do kędzierzawego i jak mu z tym wszystkim ciężko. Dlatego starał się wspierać szatyna, zapominając o całej swojej nienawiści kierowanej do Styles’a. Przynajmniej kiedy znajdował się przy Louisie.

Niall niedługo po swoim przebudzeniu ponownie zasnął, przez osłabienie jego organizmu, z tym, że Malik nie musiał się już martwić, kiedy się wybudzi. Parę razy w ciągu dnia, Niall przebudzał się, a wtedy Zayn rozmawiał z nim przez chwile, póki znów nie zapadł w sen. Dyskutował z lekarzami, którzy są dobrej myśli, ponieważ wszystkie uszkodzenia dzięki operacji zostały usunięte, trzeba jedynie czekać na regenerację rogówek błękitnych oczu chłopaka. Wtedy ponownie będzie widział. Możliwe, że gorzej na prawe oko. Te, obok którego znajduję się blizna. Również rozmawiał o tym z doktorem, który powiedział mu o możliwości usunięcia jej dzięki zabiegowi, jak i tym, że na dniach będzie blednąć, jednak jeśli pacjent nie zdecyduję się na zabieg, wciąż będzie się tam znajdować. Zayn podziękował grzecznie. Kiedy nastała noc, pożegnał się ze swoim ukochanym pocałunkiem, obiecując, że jutro z samego rana ponownie przy nim będzie. I opuścił szpital z uśmiechem na twarzy.

Schodząc betonowymi schodami, poczuł się dziwnie. Jakby był obserwowany, więc rozejrzał się z uwagą, jednak niczego nie dostrzegł. Było późno, a parking świecił pustkami. Wzruszając lekko ramionami, skierował się do samochodu. Kiedy już przekręcał kluczyk, dobiegł go jakiś szelest. Natychmiast się odwrócił, dostrzegając kontury jakiejś postaci. Zmrużył oczy, jednak w mroku nie był w stanie więcej zobaczyć. Słyszał kroki co raz bliżej, aż ktoś zatrzymał się, wyciągając przed siebie dłoń. Zayn z odległości mógł dostrzec, co napastnik ściska w palcach. Natychmiast szarpnął drzwi samochodu, jednak za późno. Po chwili rozległ się odgłos strzału i pisk opon.

***

*soundtrack*

Tomlinson sięgnął po kubek ciepłej herbaty, upijając jej łyk. Siedział na kanapie, oglądając jeden z seriali, chociaż w rzeczywistości myślami był zupełnie gdzie indziej. Uciekały one do właściciela czekoladowych, kręconych włosów oraz hipnotyzujących, zielonych tęczówek. Louis zastanawiał się, czy mógłby go odwiedzić, żądając jakichkolwiek wyjaśnień. Jednak, czy to by coś zmieniło? Harry zawiódł jego zaufanie, nie powinien chcieć mieć z nim jeszcze cokolwiek wspólnego. Tylko, że nie potrafił wymazać go ze swojego życia. Prawdopodobnie już nigdy nie będzie potrafił. Och, on tego nie chciał! W głębi pragnął to wszystko pieprzyć, zapomnieć, jakby nic takiego nie miało miejsca. Byle by mógł cieszyć się utęsknionym dotykiem, spojrzeniem i obecnością Harry’ego. Byłby w stanie mu wszystko wybaczyć, aby jedynie ponownie być przy jego boku. Ale to było nie właściwe, dlatego wypierał się tego.

W mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi, które z każdą chwilą nasilało się. Louis ruszył w stronę drzwi przystając przy nich. Wtedy usłyszał głos Zayna, więc natychmiast przekręcił zamek. Kiedy otworzył drzwi, Malik prawie wepchał go do pomieszczenia, zatrzaskując wejście. Tomlinson spoglądał na niego zdezorientowany, a kiedy chłopak odwrócił się w jego stronę, niemal wrzasnął. Stłumił krzyk przykładając dłoń do ust. Zayn trzymał dłonią, która pokryta była krwią, swoje lewe ramie.

– Co się stało?! – Zdołał wykrztusić Louis, pospiesznie wkładając kurtkę oraz buty.

– Zostałem postrzelony, jakbyś jednak nie najlepiej wdział – odpowiedział, a Tomlinson spiorunował go wzrokiem.

– Widzę, idioto, widzę! Ale gdzie, kiedy, przez kogo?

– Przed szpitalem, nie wiem, nie widziałem!

– Ja pierdole, Zayn! Czekaj, czyli to nie Harry chciał cię zabić, jest w areszcie. Więc jeśli to nie Styles, to ktoś inny jest mordercą, rozumiesz?! – krzyknął, jakby z nadzieją. Zayn jedynie przymknął oczy, modląc się o cierpliwość. – Zaraz, mamy na to jakieś dowody?

– Louis, kurwa, mam kulkę w ramieniu! Czy jest to dla ciebie wystarczający dowód? – krzyknął brunet, spoglądając na niego z niedowierzaniem. Entuzjazm szatyna natychmiast zniknął. Pokiwał głową, otwierając drzwi.

– Co robisz?

– Jak to co, jedziemy do szpitala – pchnął go lekko, po czym zbiegli ze schodów.

Przed wyjściem zatrzymali się, jakby w obawie, jednak Louis pchnął drzwi i szybko skierowali się do jego samochodu. Tomlinson odetchnął głęboko, kiedy już zajęli miejsca, zacisnął dłonie na kierownicy, po czym przetarł oczy. Odpalił silnik, ruszając przed siebie.

– Daleko do szpitala nie miałeś – mruknął Louis, przelotnie spoglądając na przyjaciela.

– Gdybym rzucił się biegiem do niego, leżałbym martwy na schodach. Inteligentny jesteś, nie ma co – prychnął, ściskając ramie.

– Bardzo boli? – w głosie szatyna słychać było przejęcie, ponownie spojrzał na przyjaciela, widząc jak jego oczy zaciskają się. Ogarniała go jeszcze większa panika oraz troska. Przyspieszył.

– Huh, nie zaprzeczę.

Chłopak starał się jak najszybciej dojechać do szpitala, łamiąc przy tym wiele przepisów drogowych, ale to było ostatnią rzeczą, jaką się przejmował. Między czasie zadzwonił do Nicka, wyjaśniając sytuację. Mieli się zobaczyć na miejscu. Od dziesięciu minut trwała cisza, Louis był tak pochłonięty swoimi myślami, iż dopiero teraz zorientował się ile czasu minęło od ostatnich słów bruneta. Spojrzał na Zayna, którego powieki były przymknięte, a uścisk dłoni zmalał. Kurtkę zdobiła karmazynowa ciecz.

– Zayn? Zayn, słyszysz mnie?! – zapytał nerwowo.

– Uhm, już jesteśmy? – odezwał się nieprzytomnie.

– Nie, jeszcze chwila. Nie zasypiaj, dobrze? Licz, licz do trzydziestu, to ci pomoże.

Cisza.

– Zayn!

– Liczę…

– Licz na głos

– … jedenaście, dwanaście…

Doliczył do trzydziestu pięciu, co rzeczywiście pomogło mu zachować przytomność. Oddech chłopaka odzyskał w miarę spokojny rytm. Nie żeby Louis parę razy musiał podnieść głos.

– W porządku, teraz porozmawiamy. O czym myślisz?

– O Niallu.

– Uhm, jak tam u niego, obudził się? – głos Louis drżał, kiedy słyszał, jak słabnie jego przyjaciel.

– Tak, lekarze mówią, że wszystko idzie dobrze. Wierzę, że odzyska wzrok.

– Odzyska, nie martw się. A co chciałbyś mu pokazać, gdyby ponownie widział?

– Zawsze chciał zwiedzić Paryż, wspominał o wieży Eiffla…

– To dobry wybór. A Ty, gdzie chciałbyś się wybrać?

Louisowi ponownie odpowiedziała cisza.

– Kurwa, Zayn, nie zasypiaj, słyszysz?! Chcesz, żebym się zaczął do ciebie dobierać, jesteś teraz bezbronny – próbował zwrócić uwagę przyjaciela.

– Naprawdę… naprawdę dobierałbyś się do mnie, kiedy się wykrwawiam? – zapytał się, lekko uśmiechając.

– Przestań. Nie mów tak, nie wykrwawiasz się, nic z tych rzeczy. Zaraz będziemy na miejscu. Wciąż mi nie powiedziałeś, co chciałbyś zwiedzić…

Louis odetchnął, kiedy widział budynek szpitala.

– Zayn?

Znowu cisza. Przygryzając wargi, dodał gazu wjeżdżając na szpitalny parking. Przed budynkiem zauważył sanitariuszy oraz Grimshawa. Zatrzymał się, szybko wysiadając. Nick otworzył drzwi od strony Zayna. Mężczyźni położyli chłopaka na noszach, po czym szybko skierowali się do wejścia budynku. Louis pobiegł od razu za nimi, tak samo jak Nick. Kiedy wszedł na korytarz, zobaczył jedynie zamykające się drzwi za jego przyjacielem. Opadł na krzesełko, opierając łokcie na kolanach, a na dłoniach głowę, ściskając palcami skronie. Chwilę później miejsce obok niego zajął Grimshaw, podając plastikowy kubek z ohydną kawą, która znajdowała się w tutejszym automacie. Jednak to wciąż kofeina, więc Louis upił łyk, czując jak ciepła ciecz przepływa przez jego gardło.

– Co teraz? – zapytał szatyn, nie odrywając wzroku od czarnego napoju.

– Rozmawiałem z Harry’m. Przedstawił swoją wersję, ma również alibi. Do tego ktoś targnął na życie Zayna, wątpię, by nie miało to nic wspólnego z dotychczasowym powiązaniem ofiar. Mamy za mało dowodów.

– Czyli wypuszczacie go? – Louis podniósł głowę, by spojrzeć na mężczyznę.

– Tak.

– Dobrze, wiec pojadę z tobą i go odbiorę. Pewnie nie ma gdzie się zatrzymać

Grimmy jedynie kiwnął głową. Tomlinson chciał iść odwiedzić Nialla, jednak pielęgniarka zaprotestowała, przypominając o tym, jaka jest godzina. Louis zirytowany wrócił na swoje miejsce. Po czterdziestu minutach, jakie spędzili na korytarzu, drzwi uchyliły się i zobaczył Zayna, który był prowadzony przez jedną z pielęgniarek. Nie miał na sobie swoich ciuchów, zamiast tego, szpitalne odzienie. Jego ramie było opatrzone, a całe ręka znajdowała się w trójkątnej chuście. Niemal wybuchnął śmiechem, kiedy zobaczył minę Zayna. Gdy brunet go zobaczył, natychmiast oddalił się od pielęgniarki.

– Louis, zabierz mnie stąd – poprosił błagalnym tonem.

– Nic z tego, panie Malik. Trzeba zostać na obserwacji – usłyszeli głos kobiety. Zayn przewrócił oczyma. Kiedy wskazała salę, szatyn poprosił o chwilę, by posiedzieć z Malikiem, pielęgniarka niechętnie się zgodziła.

– Jutro przyjadę – uśmiechnął się Tomlinson, klepiąc lekko jeden z policzków Zayna. Chłopak przytaknął, siadając na łóżku, a jego powieki opadały zmęczone. Już Tomlinson kierował się w stronę wyjścia, kiedy poczuł jak chłopak łapie jego rękę.

– Dziękuję, Louis. – W oczach Zayna malowała się szczerość, a lekki uśmiech zdobił jego wargi.

– Spokojnych snów, Zayn. – Nim wyszedł, złożył lekki pocałunek na czole przyjaciela.

***

Louis prowadził samochód, jadąc za Nickiem. Denerwował się przed spotkaniem z Harry’m. Co on do cholery robił? Przecież miał to wszystko zakończyć. Westchnął, klnąc pod nosem. Przestał już oszukiwać samego siebie, nie potrafił zapomnieć o chłopaku, który skradał jego serce. Potrzebował go i miał nadzieje, że Harry również czuł to samo. Oczywiście, nadal trudno było mu zrozumieć, dlaczego kędzierzawy okłamywał go tyle czasu. Zdawał sobie sprawę, że nie było mu łatwo z tym wszystkim, tak jak jemu. W końcu, miał stanąć przed Louisem mówiąc, że mu przykro, że śmierć sięgnęła tych, którzy otrzymali od niego czarne, niewielkie figurki? Pokręcił lekko głową, po czym skręcił za Nickiem, zbliżając się do celu.

Kiedy zatrzasnął drzwi, podszedł do Grimshawa, który czekał na chłopaka. Między nimi panowała napięta atmosfera. Louis nie miał zamiaru udawać, iż nic nie zaszło. Dzisiejsza sytuacja, bardzo go zaskoczyła, nie spodziewał się takiego zachowania po swoim przyjacielu. Zastanawiał sie, do czego to mogło doprowadzić. Wiedział, że nie powinien myśleć w ten sposób, jednak nie potrafił. Wciąż przemykało przez jego głowę to, co mogło się stać, gdyby Nick nie odzyskał nad sobą kontroli. Weszli do pomieszczenia, gdzie przywitało ich ciepłe powietrze. Grimmy zwrócił się do Tomlinsona, by ten poczekał, a on przyprowadzi Harry’ego. Skinął ze zrozumieniem, po czym oparł się o ścianę, czekając.

Nick otworzył celę, w której znajdował się chłopak. Harry spojrzał na niego pytająco, podnosząc się z łóżka. Podszedł do bruneta, czekając, aż ten skuje jego dłonie, jednak nic takiego nie miało miejsca.

– Mówiłem ci, że niedługo wyjdziesz.

Styles zamrugał kilkakrotnie, po czym udał się przed siebie, kiedy Nick pchnął go lekko w stronę wyjścia. Nie wiedział czego ma się spodziewać. Został wypuszczony? W nocy, nie mając gdzie się podziać? Kiedy wyszedł na korytarz, wiąż idąc przed mężczyzną, dostrzegł Louisa. Był oparty o ścianę, z głową lekko przechyloną w bok. Patrzył się w przeciwną stronę. Żołądek Harry’ego ścisnął się lekko, czując towarzyszące mu nerwy. Kiedy zauważył, że Grimshaw odszedł, zrozumiał, iż to Louis przyjechał, by go zabrać i w tym momencie ich spojrzenia spotkały się. Zielone tęczówki Harry’ego przebiegały po twarzy Tomlinsona, który zbliżał się w jego stronę. A kiedy stanął już wystarczająco blisko, wskazał głową kierunek wyjścia.

– Chodź to domu – powiedział, po czym ruszył przed siebie, a Harry bez słowa podążył za szatynem.

Louis przekręcił zamek w drzwiach, uśmiechając się na myśl, iż znów znajduje się w swoim mieszkaniu, po dzisiejszych przeżyciach. Był zmęczony, wskazówki zegara wskazywały godzinę pierwszą w nocy. Ich droga do domu minęła w ciszy, żaden z nich nie odezwał się, czuli, jakby ich gardła nie mogły wydostać z siebie żadnego dźwięku. Harry był postawiony w nieco niezręcznej sytuacji, a kiedy przekroczył próg salony, Tomlinson podał mu ręcznik jak i świeże ciuchy, a ten po chwili zniknął pod prysznicem. Louis w tym czasie zaparzył herbaty, czekając, aż to on będzie mógł się zrelaksować pod strugami ciepłej wody. Kiedy stawiał kubki na blacie stołu, do pomieszczenia wszedł Harry. Z końcówek jego włosów, skapywały drobne kropelki wody, sunąc po nagim torsie chłopaka. Miał na sobie jedynie bokserki i ręcznik przewieszony przez ramie. Louis starał się nie uciekać wzrokiem w jego stronę. Wypuszczając powietrze, jak najszybciej skierował się w stronę łazienki.

Gdy wyszedł, naciągnął na biodra bokserki oraz spodnie dresowe. Wytarł mokre włosy w ręcznik, po czym opuścił pomieszczenie. Kiedy dotarł do salonu, ujrzał Harry’ego, który miał już na sobie koszulkę. Siedział na kanapie, popijając napój. Louis minął go, idąc do kuchni skąd chciał wziąć swój telefon. Kiedy już trzymał w dłoniach to co chciał, odwrócił się zmierzając do pokoju, a wtedy na jego drodze stanął nie kto inny jak Harry. Louis przełknął ciężko ślinę, zmuszając się, by nie podnieść wzroku, jednak pokusa była silniejsza i po chwili niebieski odcień jego oczu łączył się z soczystą zielenią tęczówek kędzierzawego.

– Porozmawiaj ze mną, Louis. – Głos Styles’a był ochrypły i głęboki, sprawiając, iż wzdłuż kręgosłupa Tomlinsona przebiegły dreszcze.

– Och, teraz zechciałeś mi coś wyjaśnić? Nie uważasz, że nieco za późno? – zapytał, wciąż nie urywając kontaktu wzrokowego. Chciał jeszcze potrzymać chłopaka w niepewności, chciał móc się na niego gniewać, a był dobrym aktorem.

– Przestań. Dobrze wiesz, że to również nie było dla mnie łatwe, bałem się, że jeśli coś powiem, to cię stracę, rozumiesz? – Harry zrobił krok do przodu, a Louis wykonał krok w tył, będąc co raz bliżej ściany.

– Myślisz, że nie straciłeś? Co ty w ogóle sobie wyobrażałeś?!

Lou nie chciał krzyczeć, lecz właśnie w tym momencie, wszystkie emocje jakie w sobie tłumił przez ten czas, kiedy nie było u jego boku Harry’ego, uwolniły się z niego. Styles ponownie wykonał ruch, Louis poczuł jak dotyka plecami ściany.

– Jesteś podłym kłamcą! Przez ten cały czas, kiedy… kiedy co raz bardziej zaczęło mi na tobie zależeć, gdy zacząłem coś do ciebie czuć, ty mnie okłamywałeś! Popieprzony dupku, nawet nie wiesz, ile łez wylałem tej nocy, kiedy wszytko się wydało!

– Lou, uspokój się… – szepnął Harry, czując się co raz gorzej z każdym słowem Louisa. Nigdy nie chciał być powodem jego cierpienia.

– Zamknij się! Zakochałem się w tobie, słyszysz?! Nie, ja się w tobie zakochuję każdego dnia co raz bardziej. A ty mi nic nie powiedziałeś. Czekaj, może chciałeś mnie wykorzystać, tak? Później, po wszystkim uciec, zabawić się mną, moimi uczuciami?! – Louis oddychał co raz szybciej, kiedy do jego głowy wpadały nowe wizje tego, co planował Harry. Wpadł w paranoje, wydawało mu się, iż Harry znów go oszuka. Nie teraz, ale za jakiś czas. – Jak ja mam ci teraz zaufać? – zaśmiał się gorzko. – Znów to zrobisz, prawda?

W pomieszczeniu rozległ się trzask. Louis przyłożył dłoń do swojego policzka, spoglądając na chłopaka, który oddychał głęboko. I wtedy, Louis miał ochotę roześmiać się na cały głos, z absurdalności całej sytuacji, ale nie mógł, ponieważ po chwili poczuł, jak jego usta zderzają się z miękkimi, pełnymi wargami Harry’ego. Całowali się tak tęsknie, ich dłonie wodziły po karku i szyi, przyciągając się bliżej i bliżej. Louis jęknął cichutko, kiedy język Styles’a wsunął się do jego ust. Dotykali się, jakby nie robili tego od wieków. Ich ciała krzyczały z podekscytowania, czując upragniony dotyk. Oddychali co raz szybciej, dłonie kędzierzawego przebiegały po klatce piersiowej szatyna, kiedy ten przejechał koniuszkiem języka po jego podniebieniu. Harry chwycił pośladki Louisa, unosząc chłopaka do góry, by ten mógł opleść nogami jego biodra.

Oderwali się od siebie, ponownie napotykając swe tęczówki. Louis oparł swoje czoło o Harry’ego, zaplątując dłonie na szyi chłopaka.

– Nigdy więcej tak nie mów, rozumiesz? Kocham cię, jak nikogo innego. Nigdy nie chciałbym twojej krzywdy. – Louis uśmiechnął się, słysząc słowa, które brzmiały tak cholernie szczerze. Musnął lekko rubinowe wargi Harry’ego

  – Kocham Cię – wyszeptał do ucha Styles’a, przygryzając jego płatek. Harry bardziej złączył ich biodra ze sobą, wywołując westchnienie ze strony Louisa. – Kochaj się ze mną, Harry.


11

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz