"Schronienia szukamy wśród czterech ścian, które odgrodzą nas od chaosu istnienia."
Rozejrzał się po pomieszczeniu z obojętnym wyrazem twarzy, jednak gdy usłyszał głos witającego się z nim mężczyzny, zadbał o to by jego usta rozciągnęły się w beztroskim, pogodnym uśmiechu. Oparł dłonie na ladzie, gdy Sheeran spoglądał na jego podanie o prace leżące przed nim samym. Lustrował wzrokiem mężczyznę, w myślach prosząc by tym razem los mu sprzyjał, później sobie poradzi jednak teraz potrzebuje przychylności fortuny. Odetchnął głęboko wiedząc, iż nie musi się martwić o swoje dane widniejące na kartce papieru, właściciel nie miał o niczym pojęcia i niech tak zostanie. Chłopak uniósł swe niebieskie oczy, wpatrując się w Harry’ego. Wyglądał przyjaźnie oraz szczerze jego twarz była budzącą zaufanie, jakby zapraszała do zwierzeń. Styles nie ma potrzeby tego robić, cicho–sza…
– Harry Styles. – Ed odezwał się uśmiechając. – Witam w mych skromnych progach. – Mężczyzna rozejrzał się po swoim dobytku.
Znalazł w gazecie zgłoszenie o pracę, konkretnie poszukiwano barmana. Lokal mający miano nazwiska właściciela przyciągnął go w nadziei, na uzyskanie potrzebnego mu stanowiska.
Gdy Hazza siedział, wpatrując się w półki po brzegi wypełnione różnymi, zachęcającymi do skosztowania alkoholami, mężczyzna ponownie obrzucił spojrzeniem podanie, podpierając dłonią policzek. Harry starał się hamować swe zniecierpliwienie.
– Co cię sprowadza z Manchesteru do stolicy? – zapytał, przyglądając mu sie z ciekawością. Harry wzruszył ramionami.
– To Londyn, przyciąga wielu ludzi. Można powiedzieć, że szukam swego miejsca, spokoju – nie skłamał, szukał odpoczynku którego zazna pewnego dnia. Ciepło pomieszczenia przyjemnie rozlewało się po jego ciele, ponieważ powietrze na zewnątrz mimo nadchodzącej wiosny wciąż było przechłodzone.
– Sądzisz, że znajdziesz je tutaj? Właśnie, to Londyn. Miejsce gdzie takowego nie spotkasz. – Ed zaśmiał się, co Harry odwzajemnił uśmiechem, mając nadzieje, że chłopak nie zorientuje się jak bardzo jest on wymuszony. Na tę chwilę pragnął dostać tylko tę posadę, i zniknąć w objęciach snu.
– Nigdy nie wiadomo co nas spotka – odpowiedział, bawiąc się bransoletką widniejącą na jego nadgarstku.
– Tak więc, chcesz pracować u mnie jako barman. Widzę, że w Manchesterze wylądowałeś w kilku na prawdę dobrych klubach. Nawet w jednym z nich byłem. – Chłopak wskazał na pewną nazwę, a Styles przytaknął.
Harry zarabiał na życie stojąc za ladą baru i przygotowując kuszące trunki bawiącym się ludziom. Lubił to, i również był w tym obeznany. Oczywiście jego początki nie były łatwe, ale kursy oraz ćwiczenia pozwoliły mu na doskonalenie swoich umiejętności w tym zakresie.
– Oczywiście, twój lokal jest świetny, nie mógłbym przepuścić takiej okazji jak ta.
Rozejrzał się po pomieszczeniu po raz kolejny tego dnia, które wyglądało na prawdę ekskluzywnie. Spory parkiet zapraszał gości na zabawy, mieniące się ściany przykuwały uwagę oraz wprowadzały odpowiedni klimat. Miejsce na stoliki, skórzane kanapy sprawiały iż ludzie chętnie spędzali tu więcej czasu niż zamierzali. Klub był intrygującym miejscem, jak najbardziej odpowiadającym Harry’emu.
– To jak będzie? – Spojrzał na Eda, który wyglądał jakby się wahał.
– Mógłbyś, hmm… przygotować jakiś drink?
Harry przeskoczył na drugą stronę kontuaru. Rozejrzał się po półkach zapełnionych alkoholem po czym sięgnął do Martini Bianco które położył na ladzie. Szukał wzrokiem potrzebnego mu składniku, chwycił zieloną herbatę układając ją tuż przy trunku. Do wysokiej szklanki wlał alkohol do czego dodał również słodką zieloną herbatę, chwycił miętę którą umieścił w napoju, wszystko dokładnie wymieszał. Wrzucił plasterek limonki, a następnie przyozdobił szklankę kolejnym z nich. Zadowolony na koniec dodał kostki lodu.
– Martini Code – przesunął drink w jego stronę. Chłopak uśmiechnął się szeroko po czym upił łyk napoju.
– Od kiedy możesz zacząć Harry? – Stylesa oblała fala ulgi, a na twarz wstąpił triumfalny uśmiech.
– Od kiedy zechcesz. – Harry poruszył wymownie brwiami wprawiając Eda o prychnięcie śmiechem.
Potrzebował jakiegoś miejsca, gdzie mógłby się zatrzymać. Ed zaoferował mu pokój nad barem. Był przyjemny oraz wystarczający dla Harry’ego. Niewielki salon, kuchnia, sypialnia oraz łazienka były jego spełnieniem marzeń, tym bardziej, że był bez grosza przy duszy. Niezwykle wdzięczny chłopakowi za lokum podziękował odbierając klucze. Gdy już miał opaść na łóżko, by odpocząć po męczącej podróży wstrzymał sie, chcąc odwiedzić pewne miejsce. Chwycił kluczyki od motocykla w dłoń, zatrzaskując za sobą drzwi.
***
Louis uśmiechnął się spoglądając na chłopaka, który zajmował miejsce na przeciw niego. Przyjaciel trzymał w dłoni szklankę wypełnioną rozkosznym drinkiem, zaś w drugiej znajdowała się karta z ofertami turystycznymi. Niall przejrzawszy propozycje, spojrzał na szatyna mrugając kilkakrotnie.
– Chcesz wyjechać Louis? – zapytał ze słyszalnym niepokojem w głosie. Starszy chłopak uśmiechnął się wywracając oczyma.
– Nie, chciałbym tylko na jakiś czas opuścić Londyn, oderwać sie od tej nużącej, monotonnej rzeczywistości. Wciąż stoję w miejscu, chciałbym przeżyć coś ekscytującego. – Louis sięgnął po kubek chłodnej herbaty.
– I dlatego postanowiłeś zwiedzić Francję? – Niall zaśmiał się kręcąc głową.
– Zamknij się Horan. Trzeba od czegoś zacząć, prawda? – Szatyn zignorował kąśliwą uwagę Nialla, jak to miał w zwyczaju. Odebrał swoje oferty, wystawiając język w stronę przyjaciela.
Louis otaczał się sporym gronem znajomych, jednak nie wszystkich mógł nazwać przyjaciółmi. Niall, Zayn oraz Liam zdecydowanie zasługiwali na takie miano, reszta spełniała funkcje dobrych kolegów, z którymi utrzymuje kontakt od dziecka, za sprawą rodziców. Tak, praca w jednej firmie robi swoje. Chłopak mógł pozwolić sobie na wiele wydatków, jednak nie był chętny do przyjmowania pieniędzy ofiarowanych mu przez kochanych opiekunów, którzy mimo protestów syna pozostawiali mu choć niewielką, wystarczającą sumę. Louis nie mógł przyznać, że te pieniądze były mu nie potrzebne. Chciał zarabiać na swoje życie samodzielnie, więc dawał niewielkie występy w lokalu znajomego, gdzie spędzał dość dużo czasu.
Nikomu nic nie wspominał, iż przed tygodniem złożył podanie o pracę do jednej ze szkół jako nauczyciel muzyki. W tym momencie dziękował w duchu rodzicom, za katorgi jakie przechodził w dzieciństwie oraz czas poświęcany na doskonalenie jego śpiewu jak i gry na fortepianie. Gdyby dostał tę pracę, mógłby poczuć się bardziej niezależnym co podlegało jego ambicjom. Jednak zastanawiał się w jaki sposób połączy obowiązek występów w klubie, by na drugi dzień zjawić się w szkole pełnej dzieciaków za którymi nie specjalnie przepadał. To było kolejną komplikacją, jednak praca nie często idzie z przyjemnością.
Jego rozmyślania przerwał znajomy mu głos, dochodzący z korytarza. Ujrzał Eleanor zaglądającą w głąb pokoju. Niall przywitał się z dziewczyną, zerkając na przyjaciela który nie uprzedził go wcześniej o wizycie panny Clader. Louis uśmiechnął się do blondyna.
– Zostajesz Niall, czy wychodzisz? – zapytał, nakładając płaszcz. Chłopak zastanowił się chwilę.
– Zostaje, nie musisz obawiać sie o swoje mieszkanie Tomlinson.
– Szatyn chwycił dziewczynę pod ramie, po czym posyłając sympatyczne uśmiechy w swoje strony wyszli na umówiony spacer.
***
Harry zwiedził okolicę, w której miał pomieszkiwać oraz pracować. Czyżby dola stała po jego stronie? Być może tak, zważając na łut szczęścia towarzyszący mu od tych paru godzin. Klub znajdował się bardziej na obrzeżach miasta, przy drogich, wyrafinowanych oraz elitarnych dzielnicach. Mimo, iż jest tu od chwili, są mu one dobrze znane. Tak, cóż za zbieg okoliczności, iż mieszkają w tym miejscu tak ważne dla chłopaka osoby. Rodzice zadbali o to, by ich dzieciom było jak najlepiej. Mając pieniądze, kto by sobie odmówił takich przyjemności, kto nie zadbałby o własne pociechy… Nie martwcie się, będą w dobrych rękach. Harry uśmiechnął się lustrując wzrokiem budynki.
Raz, dwa, trzy… w którym domu mieszkasz ty?
Chłopak zaśmiał się ironicznie, na myśl tego, że wszyscy przyjaciele mieszkają przy tej samej ulicy, ich rodzice znają się wiele lat dzięki czemu tworzą wzór jednej, wielkiej rodziny. Urocze… Do czasu. Chłopak o szmaragdowych oczach usłyszał stłumione głosy oraz towarzyszące temu sporadyczne chichoty. Oparł się o swój motocykl, spoglądając na osoby wędrujące po drugiej stronie ulicy. Chłopak o kasztanowych włosach, które układały się na wszystkie strony tworząc niesforny chaos, w których tańczyły promienie wiosennego słońca obejmował trwającą u jego boku brunetkę. Wyglądali na rozbawioną, przepełnioną idyllicznym nastrojem parę. Przed tym gdy znikali z zasięgu jego wzroku, Harry nie mógł powstrzymać się by nie spojrzeć na pośladki chłopaka. Z bezczelnym uśmiechem malującym się na jego ustach zdecydowanie nie żałował, iż jego oczy nie odmówiły sobie tak atrakcyjnego widoku.
Harry zapalił światło rozświetlając pomieszczenie, przekręcił zamek w drzwiach oraz odwiesił płaszcz po czym przeszedł do sypialni. Miał jakby własne schronienie, oczywiście różniło się od tego, kiedy jako dziecko bawił się w ogródku, bujał na huśtawce przewieszonej przez gałąź drzewa, spacerował po własnym domu czy sypiał w swoim pokoju. Jednak to było kiedyś, lata temu. W takim razie co teraz było jego azylem? Chłopak sięgnął do toreb, wyciągając z nich swój dobytek. W szafie powiesił kilka ubrań, kolejne złożył w komodzie, fotografie również zajmowały na niej miejsce. Podszedł do okna, gdzie miał widok na tyły budynku. Idealnie, miejsce gdzie nikt nie będzie mu przeszkadzać. Zanurzył dłoń w głąb jednej z kieszeni torby, wyciągając materiałowy, brązowy woreczek. Podrzucił go ku górze, a na jego usta wkradł się ponury uśmieszek, wysypał zawartość torebki na beż pościeli. Dziesięć małych czarnych aniołów rozsypało się po aksamicie materiału.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz