sobota, 11 stycznia 2014

694

"Najgorszym więzieniem jest przeszłość."

Wraz z krzykiem dziewczyna upadła na kolana chowając twarz w dłoniach. George spojrzał na Louisa, którego oczy rozszerzone były w panice. Klęknął przy Danielle próbując ją objąć, lecz ta szarpała się oraz krztusiła przez słone łzy przeraźliwie rozpaczając. Złapał jej dłonie i zagarnął w objęcia przyciskając do siebie i głaszcząc delikatnie po plecach. Dziewczyna dała za wygraną, poddając się uściskowi. Szlochała w ramie chłopaka, podczas gdy Louis chwycił jedną z torb podróżnych Dan oraz spakował najpotrzebniejsze rzeczy, zgodnie z poleceniem Eleanor, która wieczorem przyjedzie do mieszkania po resztę z nich. Kiedy składał ostatnią bluzkę, chciał sięgnąć po telefon Peazer, który leżał na stoliku nocnym. Stało tam zdjęcie Liama, oprawione w ramkę. Louis przymknął oczy zaciskając wargi w cienką linie. Nie mógł uwierzyć, że już nigdy nie zobaczy przyjaciela, nie zamieni słowa, nie dotknie. Wciąż miał wrażenie, iż to wszystko jest pomyłką. Nadzieja nadal ukazywała obraz uśmiechniętego chłopaka, przekraczającego próg jego mieszkania wykrzykując powitanie. Tak bardzo chciał, aby to było prawdą. Kiedy powiadomił Nialla oraz Els o telefonie od Nicka, przyjaciele wpatrywali się w siebie oniemieli. Zupełnie, jakby to wszystko było chorym żartem. Niall widząc łzy wędrujące po policzkach szatyna, zdał sobie sprawę z tego co się stało. Nie chcąc w to wierzyć zaczął histerycznie powtarzać, iż to kłamstwo. Oddychał szybko dusząc się, a Eleanor wybiegła do łazienki z powodu mdłości jak domyślał się Tomlinson.

Niall o zdarzeniu powiadomił Zayna i poprosił, by przekazał wiadomości reszcie przyjaciół ponieważ on nie był w stanie, a zadzwonił do Malika wyłącznie za prośbą Louisa, który powiedział, że jemu te zdanie ponownie nie przejdzie przez gardło. Tak teraz stał w domu Danielle, w jej sypialni gdzie słyszał krzyki dziewczyny oraz spazmatyczny płaszcz. Dłonią dotknął zdjęcia, przechylając je do przodu gdzie teraz leżało na stoliku stykając się z jego powierzchnią, tak, iż nie było widać fotografii. Ocierając łzy z kącików oczu, wyszedł z pokoju, po czym wraz z Georgem zaprowadzili Danielle do samochodu. Kobieta w dalszym ciągu była w szoku, wpatrując się w okno nieobecnym wzrokiem. To o nią Louis najbardziej się bał, o to co przyniesie czas. Zmartwiony zerkał w lusterko, a gdy widział niewyobrażalny ból malujący się w jej szklanych oczach odwracał spojrzenie nie mogąc znieść tak przykrego widoku.

Danielle zatrzymała się u Louisa na ten… trudny czas. Chłopak zaprowadził ją do pokoju gościnnego, aby mogła się położyć oraz odpocząć. Składając pocałunek na czole dziewczyny oraz życząc spokojnego snu, przekroczył próg pomieszczenia kierując się do salonu. Na kanapie spoczywał Niall wpatrujący się w swoje splecione dłonie. Chwycił szklankę wody upijając jej niewielki łyk, po czym zerknął na chłopaka chcąc zwrócić jego uwagę. Widząc, iż nie przynosi to oczekiwanego efektu, intensywnie opadł na kanapę, tuż przy ciele chłopaka, który drgnął na ten niespodziewany ruch. Jego błękitne tęczówki w zdezorientowaniu przeniosły się na twarz szatyna, a po chwili wysilił się na niewielki uśmiech. Louis poklepał Horana po kolanie, odwzajemniając jego gest. Niall oparł głowę na ramieniu przyjaciela wzdychając cicho.

– Odwiedzę Nicka, zostaniesz w tym czasie z Danielle? – Louis przerwał milczenie, panujące od dłuższego czasu. Jego głos był ochrypły oraz słaby.

– Oczywiście – odpowiedział apatycznie, na co szatyn odwrócił głowę w jego stronę, napotykając wzrok towarzysza.

– Niedługo wrócę Nialler – wypowiadając te słowa, wstał kierując się w stronę korytarza, gdzie nakładając płaszcz oraz chwytając kluczyki od samochodu położył dłoń na klamce drzwi, by po chwili je zatrzasnąć.

Kiedy Louis prowadził samochód, zacisnął dłonie na kierownicy gdy jego umysł bezlitośnie zabawiał się z nim, karząc rozmyślać o zaistniałej sytuacji w jakiej się znajdował. Pierwszym utrapieniem Louisa, było pytanie “dlaczego?” Czemu to właśnie Liam padł ofiarą losu. Zdecydowanie niesprawiedliwego, który zabrał tak dobrą duszę z tego świata. Nawet nie wiedział, w jakich okolicznościach zginął chłopak. Czy było to potrącenie? Wypadek kiedy znajdował się za kierownicą? Jeśli tak, co było jego przyczyną? Tomlinson czuł jak ból rósł w okolicach skroni stający się co raz to bardziej nie do zniesienia. Och, a czy jego rodzice już wiedzą? Wątpił w to, pewnie od razu ekran telefonu Lou rozświetlały by połączenia przychodzące od Jay czy Dana, a z ojczymem poważnie nie miał ochoty rozmawiać. Nie był zły, jedynie poirytowany podejściem mężczyzny do jego spraw.

Tomlinson usiadł na kanapie, a na przeciw niego brunet trzymający w dłoniach kubek ciepłej herbaty. Louis sięgnął po swoją kawę, upijając łyk, po czym objął naczynie, oblizując usta, co zrobił nie świadomie. Grimmy odwrócił wzrok od chłopaka, mieszając łyżką w swoim napoju. Szatyn odchrząknął chcąc zacząć rozmowę.

– Nick, co było przyczyną wypadku Liama? – wypowiedział na wydechu, tak szybko jak tylko mógł, aby te słowa pozostawić już za sobą. Mężczyzna odłożył kubek, po czym oparł się o fotel.

– Zjechał z drogi, zupełnie jakby stracił panowanie nad samochodem, uderzył w drzewo… zmarł na miejscu – ostatnie słowa wypowiedział niemal niesłyszalnie, wpatrując się w niebieskie tęczówki. W tym momencie filiżanka trzymana przez Louisa w dłoniach, wyślizgnęła się rozbijając o podłogę. Louis przyłożył rękę do ust, natychmiast schylając się by pozbierać odłamki porcelany.

Nick od razu wstał, podchodząc prędko do chłopaka, który siedział na podłożu nie zważając na kałużę jaką tworzyła rozlana ciecz. Ukucnął tuż u jego boku, chwytając opuszkami palców jego policzki by zwrócić twarz w swoją stronę.

– Tak mi przykro Louis – wyszeptał, składając delikatny całunek na jednym z lic chłopaka. Ten jedynie wtulił się w jego ciało, chcąc poczuć bezpieczeństwo. Jednak przerażające fakty wciąż nie pozwalały mu odetchnąć. Liam odszedł, przyjaciel, człowiek będący dla niego niczym brat. Życie odebrało Louisowi część jego, w tak brutalny, tragiczny sposób. Skazało na cierpienie bliskich ludzi, wydało wyrok na zbyt szybkie opuszczenie tego świata. Było tak cholernie niesprawiedliwe…

– Louis? – Grimmy szepnął w prost do ucha chłopaka, ten jedynie mruknął na potwierdzenie tego, iż słyszy.

– Czy Liam… czy kiedykolwiek widziałeś w jego posiadaniu figurkę czarnego anioła? – zapytał, a wzdłuż kręgosłupa Tomlinsona przebiegły dreszcze.

– Nie, nigdy. Czemu pytasz? – jego głos był stłumiony przez materiał swetra.

– Ponieważ w dniu śmierci właśnie mu towarzyszyła.

***

Kiedy pan Malik siedział przy swym biurku podpisując dokumenty, spojrzał w stronę niszczarki, w której Edwards wczorajszego dnia umieścił tajemniczą wiadomość. Dłonią przetarł zmęczone oczy, nie spał całą noc rozmyślając o niepokojącej korespondencji. Do tego dochodziła również sprawa śmierci dziecka jednego z pracowników, pana Paynea. To wielka strata, nie był w stanie złożyć sensownego zdania kiedy składał kondolencje, przez jego głowę przeszła okropna myśl, której natychmiast starał się pozbyć. Mianowice, gdyby to jego dziecko odeszło. Gdyby stracił Zayna… nie był w stanie wyobrazić sobie cierpienia oraz bólu rodziny Payne. Gdy mężczyzna siedział, przyciskając opuszki palców do skroni w pomieszczeniu rozległo się pukanie, a po chwili zza drzwi wyłonił się ojciec Liama. Pan Malik wstrzymał powietrze w płucach. Starał się unikać mężczyzny gdyż ta sytuacja była niezwykle przytłaczająca oraz nie do końca wiedział, jak może się zachowywać, a widok tak załamanego pracownika, był jeszcze bardziej przytłaczającym. Mężczyzna podszedł do biurka, bez słowa kładąc na nim kartkę papieru zapełnioną drukiem.

– Wypowiedzenie? – zapytał zdziwiony Malik, spoglądając z niedowierzaniem na parę oczu wpatrujących się w jego osobę.

– Wybacz, nie jestem w stanie pracować tutaj ani chwili dłużej. Czy ty naprawdę nie widzisz co się dzieje? Myślisz, iż ta wiadomość była bez znaczenia? Nic bardziej mylnego – kładąc dłoń na klamce gotowy do wyjścia, pokręcił głową spoglądając na mężczyznę. – Yassar, przy Liamie znaleziono niewielkiego, czarnego aniołka.

Kiedy drzwi się zatrzasnęły, starszy mężczyzna wypuścił powietrze zalegające w jego płucach, nie dowierzając temu co właśnie usłyszał. W jego myślach wciąż krążyły słowa, które zapisane były na arkuszu, trzymanym przez niego wczorajszego dnia w dłoniach. Pod czarnymi skrzydłami, otulony pragnieniami…
***

Niall stojąc w kuchni przy blacie oraz popijając piwo ze szklanej butelki wpatrywał się w widok malujący za oknem. Wiatr poruszał gałęziami drzew, słońce ukryło się niespodziewanie za gęstymi chmurami, a ciemne niebo zsyłało krople deszczu, które teraz spływały po szybie, jakby tocząc wyścig. Blondyn wodził za nimi spojrzeniem, prychając pod nosem z bezsensu swych myśli. Chociaż… czy my ludzie, nie pędzimy wciąż do przodu, bez opamiętania spiesząc przed siebie? Przez to nie dostrzegamy wybojów na drodze naszego bytu, upadamy. Popełniamy błędy, jednak chcemy zostawić je za sobą, z nadzieją, iż jutro będzie lepsze. Nasze potknięcia wciąż nam towarzyszą, pomimo tego, że zostawiamy je za sobą nie jesteśmy w stanie od nich uciec. Błędy przeszłości zawsze będą miały wpływ na naszą dole.

– Wszystko w porządku, Nialler? – Chłopak podskoczył w strachu, wylewając nieco trunku na swą koszulkę, nie zwracając na to większej wagi oraz blat kuchenny. Natychmiast obrócił się, dostrzegając Zayna który spoglądał na niego ze zmartwieniem.

– Tak, do momentu w którym mnie nie wystraszyłeś, wiesz? – uśmiechnął się lekko. Malik skierował się w jego stronę, sięgając po ręcznik papierowy.

– Wybacz. O czym tak rozmyślałeś? – zapytał, wycierając powstałą plamę.

– Ogólnie o życiu, jak wszystko szybko się toczy. Jesteśmy zdani na łaskawość losu, biegu zdarzeń? To wszystko dzieje się tak prędko, Zayn.

Brunet spojrzał w błękitne tęczówki chłopaka oraz westchnął czemu towarzyszył bezradny ruch ramion, odwrócił się od przyjaciela, wyrzucając kawałek mokrego papieru. Kiedy Niall przybliżył butelkę do swych ust, upijając łyk napoju, poczuł na swoim ciele dotyk, przez który przebiegły go dreszcze. Zdumiony skierował tęczówki w miejsce gdzie czuł przyjemne ciepło, a na swym brzuchu ujrzał dłoń Zayna, przykrywającą mokry skrawek materiału. Jego oczy powędrowały nieco w górę, napotykając bursztynowe spojrzenie oraz rubinowe usta rozciągające się w niewielkim uśmiechu.

– Oblałeś się, Nialler. Niezdara. – usłyszał, śledząc każdy ruch warg przyjaciela. Speszony odwrócił wzrok mocniej ściskając butelkę.

– Umm… racja – przyznał. Kiedy brunet zabrał dłoń z miejsca na jego ciele, chciał niemal zaprotestować. Zamrugał zaskoczony swoją reakcją. Zayn sięgnął do szyjki butelki na której wciąż zaciskała się dłoń przyjaciela, po czym skierował ją w swoją stronę, by upić łyk trunku. Horan niczym zaczarowany spoglądał na przymknięte powieki bruneta, długie, czarne, rzęsy oraz wargi wilgotne od gorzkiego napoju.

– Bardzo dobry wybór, jest pyszne. – Zayn odezwał się wyzwalając z uścisku szklane naczynie, po czym uśmiechając się w stronę Nialla opuścił pomieszczenie zostawiając chłopaka samego. Och, nie do końca, nurtujące myśli dotrzymywały mu towarzystwa.

Harry siedząc przy barze oraz przyjmując zamówienia bawiących się ludzi, rozmyślał czego jeszcze będzie musiał dokonać, by zmusić kogoś do przerwania ciszy trwającej niemal dziesięć lat. Skoro wiadomość, a także jedna z czarnych figurek nie pomogły rozwiązać co niektórym języków, postanowił sięgnąć po kolejne środki. Pozostałe siedem kopert czekało już na swoich nowych właścicieli, w nadziei o jak najżyczliwsze przywitanie, przecież są tak urocze. To jedynie kwestia czasu. Każdy z nas jest czemuś winny, oni zmuszeni są do zapłaty za grzechy przodków, błędy przeszłości swych rodzicieli, które pozostawiają na nich przerażające piętno. Kochani rodzice, zacznijcie się troszczyć o swe pociechy, dbać oraz wychowywać w jak największej miłości. Przyglądajcie się każdym latom ich egzystencji, przeżywajcie z nimi to, co zostało odebrane kochającej matce, a wy potomkowie cieszcie się rozkosznym dzieciństwem, jakiego Harry Styles nie był w stanie doświadczyć.

Tomlinson pewnym krokiem kierował się w stronę baru, czując narastającą potrzebę napicia się czegoś, co sprawi, iż jego gardło będzie piekło, a obraz przed oczami zacznie nieco wirować. Kiedy prawie stanął przed kontuarem, po drugiej stronie dostrzegł mężczyznę wyższego od niego, z włosami o kolorze ciemnej czekolady. kręcącymi się przy końcach oraz ułożonymi w nieporządku, co dodawało zuchwałego wizerunku. Gdy podszedł bliżej, nieznajomy odwrócił się tyłem, odkładając na półki różnorodne trunki.

– Witam, aniele. – Louis uśmiechnął się sam do siebie wypowiadając ten zwrot. Oczywiście nie bez powodu, chłopak poważnie wyglądał niczym zagubiony anioł.

Styles spiął się słysząc głos dochodzący tuż zza jego pleców. Bardzo przyjemny głos, wypowiadający niepokojące słowa. Aniele… Przełykając ciężko ślinę, odwrócił się w kierunku parkietu, a pierwszym co dostrzegł były lazurowe tęczówki, przyglądające mu się za zaciekawieniem. W ich wnętrzu jakby tkwiły tajemnicze iskierki, napawając spojrzenie szatyna czymś niezwykłym. Louis uśmiechnął się szerzej, gdy napotkał szmaragdowe oczy, których kolor był niebywale intensywny. Harry odwzajemnił uśmiech.

– Czy mógłbym prosić o coś specjalnego? – zapytał, siadając na wysokim krześle przed kontuarem. Wyciągnął dłoń przed siebie, z inicjatywą poznania przystojnego mężczyzny. – Louis Tomlinson.

Styles po raz kolejny dokładnie lustrował jego twarz, po czym uścisnął dłoń dotykając delikatnej, chłodnej skóry. Och, Louis. Zaczekaj do wieczoru, specjalna wysyłka jedynie na to czeka.

– Miło mi, Harry Styles – chłopak niechętnie puścił rękę szatyna, przebiegając opuszkami palców po jej wewnętrznej stronie. Po chwili postawił przed chłopakiem drinka, przyglądając się jak umacza usta w kolorowym trunku. Louis położył łokcie na blacie, opierając podbródek na splecionych dłoniach. Harry zauważył, iż nie wyglądał on najlepiej. Jego skóra była blada, mniej niż jego własna jednak u chłopaka wyglądała jako oznaka zmęczenia. Pod oczami widniały niewielkie since, oznaczające zapewne nieprzespaną noc.

– Nie powinieneś wracać do domu? Wiesz, nie najlepiej wyglądasz – odezwał się, przecierając materiałem szmatki mokre naczynie.

– Och, nie dobijaj mnie. Czekaj, czy to nie właśnie barmanom ludzie najczęściej się zwierzają? – zapytał, upijając łyk alkoholu.

– Podobno tak, masz mi coś do powiedzenia?

– Hmm… ostatnie godziny są chyba najgorszymi w moim życiu. Dowiedziałem się o śmierci mojego przyjaciela, jego dziewczyna dusi się z rozpaczy. Boże, jak my sobie poradzimy bez Liama… – Louis wyglądał jakby wypowiadał te słowa bardziej do siebie niż Harry’ego stojącego na przeciw niego. Jednakże on dokładnie słyszał każde z nich. Ach, więc to było powodem otaczającego go zewsząd smutku. Ed krążył jakby nieobecny, rozmowy spotkanych były bardziej ciche, refleksyjne. Oznaczało to, iż Liam Payne musiał być dobrą duszą zasługującą na uczczenie pamięci.

– Bardzo mi przykro z powodu straty przyjaciela – odezwał się cicho, a Louis zwrócił na niego swe błękitne spojrzenie. – Wiesz, poznałem go w dzień ostatniej imprezy, rozmawiał ze mną nieco przy barze, był naprawdę w porządku. – Louis przytaknął, sięgając po szklankę oraz opróżniając jej całą zawartość.

Parę drinków później szatyn nadal siedział na swym miejscu, jednak teraz zdecydowanie z odczuciem efektów jakie pragnął. Jego gardło szczypało, widok przed oczyma znajomo wirował. Nie, wcale nie chciał uciec od problemów dzięki alkoholowi płynącemu w jego krwiobiegu. Po prostu chciał choć na chwile zapomnieć o okrutnej rzeczywistości otaczającej go. Harry w dalszym ciągu spoglądał na chłopaka zupełnie oczarowany. Śledził delikatne rysy jego twarzy, wąskie usta, długie rzęsy, nikłą, jasną cerę, kasztanowe włosy tworzące niewielki chaos oraz grzywkę opadającą na jego czoło. Był zachwycający.

– Wiesz, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze? – Jego ochrypły głos dotarł do kędzierzawego, sprowadzając na ziemie.

– Nie, nie wiem. – odpowiedział, podchodząc bliżej mężczyzny, tak, że teraz znajdował się idealnie przed jego twarzą.

– Przy Li, znaleziono czarnego anioła, co to może oznaczać? – Harry zamrugał kilkakrotnie, chłopak był już porządnie wstawiony, powinien wracać do domu. Zapewne gdyby nie oprocentowany napój, zachowałby tą wiadomość na własność. Dla Stylesa również będzie lepiej, gdy nikt więcej się o tym nie dowie.

– Nie mam pojęcia Louis, to może być jakiś zbieg okoliczności. Na pewno jest na to wytłumaczenie. Zbieraj się, odwiozę cię do domu.

Louis utrzymywał równowagę, podtrzymując się ramienia Harry’ego. Kiedy stanęli przed motocyklem, Tomlinson natychmiast zwrócił pytający wzrok w jego stronę. Styles podszedł z chłopakiem bliżej maszyny, polecając by usiadł oraz mocno się go trzymał. Louis protestował, jednak po chwili namowy zgodził się. Harry starał się jechać wolno, jednak nigdy nie potrafił opierać się magii szalonej jazdy. Po dziesięciu minutach pęd rytmu silnika wprawił go we władanie tak jak zawsze. Świat szybko przenikał, niemal stawał się niewidoczny. Wdychał chłodne powietrze wiosennego wieczoru, a przyjemnie ciepłe ciało opierało się o jego plecy. Ramiona Louisa oplatały go w pasie, a długie, szczupłe palce ściskały materiał koszulki. Jego usta niemal dotykały szyi, serce chłopaka biło tuż przy ramieniu Harry’ego. Poczuł, że jego oddech przyspieszył, nie tylko z powodu ekscytacji jazdą. Kiedy znalazł się pod wskazanym adresem, który dobrze znał, dostrzegł, iż nie tylko on był wprowadzony w taki stan. Oczy Louisa błyszczały jeszcze bardziej w świetle ulicznych latarni.

– Podobała Ci się przejażdżka? – zapytał, przerywając milczenie. Tomlinson roześmiał się w głos, a Harry uśmiechnął się słysząc tak rozkoszny dźwięk.

– Było wspaniale, dziękuję. – Harry ponownie wsiadał na motocykl gotowy do odjazdu. – Spotkamy się jeszcze kiedyś? – Louis spojrzał na niego, jakby z nadzieją wymalowaną w tak wspaniałych oczach.

– Jestem tego pewny. Do zobaczenia, Louis.
***

Szatyn przywykł do tego, iż jego mieszkanie stanowiło miejsce wszelkich spotkań, więc i tym razem przekraczając jego próg, nie zdziwił się kiedy zastał tam przyjaciół, czekających na jakiekolwiek wyjaśnienia odnośnie sprawy wypadku Liama. Zayn wygodnie rozsiadł się na kanapie, obok niego leżała Perrie wtulając się w ramie chłopaka. Niall zajmował jeden z foteli, dyskutując o czymś z Georgem. Eleanor przysłuchiwała się chłopcom od czasu do czasu wtrącając zdanie wyrażające swoją opinie.

– Witam kochana rodzinko! – Louis stanął w przejściu pokoju, zwracając na siebie uwagę wszystkich zebranych.

– Jesteś nawalony Tommo… – Zayn przewrócił oczyma i jęknął z zażenowania widząc irytujący uśmiech na twarzy chłopaka.

– Czego się dowiedziałeś? – zapytał Niall, prostując plecy.

– Niczego szczególnego. Chociaż… cóż, przy Liamie znaleziono jakąś figurkę. Czarny anioł, bodajże. Jutro dowiem się czegoś więcej. Chwila, gdzie Danielle? – Jego brwi zmarszczyły się w zastanowieniu.

– Co do cholery ma znaczyć ta figurka? Umm… odwiozłem Dan do własnego mieszkania na prośbę jej matki, chciała zaopiekować się córką, spokojnie jest w dobrych rękach. – Louis przytaknął.

– Nie mam pojęcia Nialler, jak my wszyscy, jednak Nick prowadzi śledztwo, więc jestem pewien, że niedługo się dowiemy. – Przyjaciele nie wyglądali na zbyt pewnych słów Louisa, jednakże starali się zachowywać zimną krew oraz nie panikować. Skinieniem głowy, zamilkli. Przecież to zwykła figurka, równie dobrze, mógł być to przypadek, iż znalazła się w samochodzie chłopaka.

Kiedy każdy wrócił do swych czterech ścian, tuż na wejściu, czekała na niego niespodzianka.

Niall rozerwał kopertę, która została wetknięta w drzwi jego mieszkania.

George oderwał kawałek białego papieru, gdy siedział przy stole swej kuchni.

Eleanor rozcięła nieoznaczoną kopertę cienkim nożykiem.

Zayn gwiżdżąc pod nosem, starał się delikatnie otworzyć przesyłkę, czekającą na wycieraczce.

Danielle uśmiechnęła się lekko, gdy jej matka przekazała korespondencje wraz z innym wiadomościami zalegającymi w skrzynce. Od razu zabrała się do rozdarcia koperty.

Perrie szukając jakiegokolwiek oznaczenia białego papieru, sięgnęła po nożyczki.

Louis popijając wodę, skierował wzrok na stół w salonie, gdzie czekała na niego poczta, zapewne odebrana dzisiejszego dnia, przez któregoś z przyjaciół. Przeglądając ją niedbale, zatrzymał sie na jednej z kopert, która zdecydowanie w sobie coś skrywała.

Gdy każdy z wybranych, przebiegł opuszkami palców, po fakturze delikatnego papieru, pochwycił niewielki przedmiot wypełniający kopertę. Na dłoni, znajdował się drobny czarny anioł. Każdy wpatrywał się w upominek, czując krew zastygającą w żyłach.

Ich nazwiska były niczym magiczne klucze, otwierające krainę zemsty. Kto będzie kolejną ofiarą, okrytą płachtą odkupienia win?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz