sobota, 11 stycznia 2014

700

“Wszystko ma swój koniec. Ale jesteś Ty. Ty jesteś moim początkiem.”

*soundtrack*

Louis przekręcił klucz w zamku, po czym przekroczył próg, zamykając cicho drzwi. Ściągając buty oraz odwieszając kurtkę, chwycił reklamówkę z zakupami starając się bezszelestnie dotrzeć do kuchni. Przewrócił oczami, widząc stojący kubek na blacie stołu, a w nim niedokończoną herbatę. Zabrał naczynie, wylewając zawartość do zlewu. Jego uwagę przykuły listy, które leżały nieopodal, marszcząc brwi, sięgnął po koperty. Przeglądając je pośpiesznie, z nadzieją, że znajdzie coś innego niż rachunki, natknął się na tą, której oczekiwał. Przyszła odpowiedź na jego podanie do pracy. Czym prędzej rozerwał papier i przebiegając wzrokiem po zapisanej kartce, odetchnął z ulgą uśmiechając się szeroko, ponieważ jego prośba została rozpatrzona pozytywnie. Chłopak zaczął podśpiewywać pod nosem nie mogąc opanować wciąż rosnącego uśmiechu.

– Pozbawiłeś mnie herbaty, nie wiem, czy powinieneś się cieszyć – usłyszał ochrypły głos który dochodził zza jego pleców. Odwrócił się natychmiast.

– Dostałem tę pracę! – krzyknął, biegnąc w stronę Harry’ego, by zarzucić mu ręce na szyję. Uśmiechnął się, spoglądając w oczy chłopaka, który złożył delikatny pocałunek na jego ustach.

– Mówiłem od samego początku, że tak będzie. – Styles muskał łagodnie szyję szatyna, przyciągając go bliżej siebie.

– Nie, nawet nie czekaj, aż przyznam ci rację… Czekaj, co ty tu robisz? Dlaczego nie leżysz w łóżku?! – Tomlinson natychmiast odsunął się od Harry’ego, który spoglądał na niego z rozbawieniem.

– Czuję się dobrze, Louis. Jestem w pełni sił… – Oczy Tomlinsona rozszerzyły się, kiedy usłyszał jakim tonem jego chłopak wypowiedział ostatnie zdanie, posyłając mu zuchwały uśmiech.

– Nie, nawet o tym nie myśl. Mówili, że masz odpoczywać, wracaj do pokoju.

– Bez ciebie nigdzie nie idę.

Louis nie zdążył zaprotestować, kiedy poczuł silny uścisk na nadgarstku, a jego plecy po chwili zostały przyciśnięte do ściany. Usta zaś atakowane były, przez pełne, rubinowe wargi Harry’ego, który całował go tak łapczywie, iż Tomlinson z trudem powstrzymywał się przed wydawaniem jakichkolwiek westchnięć.

Harry opuścił szpital trzy dni temu, gdzie spędził ponad tydzień. Z jego organizmu pozbyto się szkodliwej substancji, która mogła pozbawić chłopaka życia. Louis spędził całą noc oczekując, aż Harry wybudzi się. Wpatrywał się w niego bezustannie, śledząc rysy jego twarzy. Był dla niego tak niewyobrażalnie piękny, iż zastanawiał się, jak możliwym było, by tak cudna istota kroczyła pośród zwykłych ludzi. Kruczoczarne rzęsy oraz czekoladowe, ciemne loki, idealnie kontrastowały się z bladą, delikatną cerą, zupełnie jakby stworzony został z najdroższej porcelany. Wyglądał równie krucho co doprowadzało Tomlinsona do szaleństwa, ponieważ niemal co chwilę przykładał głowę do piersi chłopaka, nasłuchując bicia jego serca. Maszyna kontrolująca stan Styles’a nie była dla niego wystarczającym potwierdzeniem, czy jego serce wciąż pracuje.

Kciukiem gładził chłodną dłoń ukochanego, co jakiś czas unosząc ją oraz całując knykcie. Łzy Louisa skapywały na białą pościel, bądź skórę chłopaka, zaznaczając na niej wilgotną ścieżkę. Nikt nie ]zebrał się na odwagę, by podejść do szatyna i poprosić go o opuszczenie sali. Ból w jego oczach był tak szczery i widoczny, iż ludzie nie mogli spoglądać w tęczówki chłopaka. Ktokolwiek by próbował, nie był w stanie nawet sobie wyobrazić, co Louis przeżywał, w tym czasie, kiedy jego ukochany walczył o istnienie. Dusił się, wiedząc, że w każdej chwili najważniejszy składnik jego powietrza, może zostać mu brutalnie odebrany. Dopiero w chwili, kiedy dłoń Harry’ego uścisnęła delikatnie jego palce, a powieki otworzyły się, mrugając kilkakrotnie oraz ukazując szmaragdowe tęczówki, mógł odetchnąć.

– Kocham cię… Harry – wypowiedział Lou, łapiąc międzyczasie oddechy. Jego klatka piersiowa unosiła się niespokojnie.

– Ja ciebie też, Louis. – Styles wtulił się w bok szatyna, wodząc palcami po jego obojczyku oraz wpatrując się błękitne tęczówki.

Leżeli na łóżku, splątani w uścisku, a ich nagie ciała okrywał delikatny materiał, przyjemnie chłodząc rozgrzaną skórę. Tomlinson ucałował zarumieniony policzek Harry’ego, a ten zaśmiał się pod nosem, kiedy Louis zaczął składać więcej buziaków na twarzy kędzierzawego. W końcu dotarł do jego warg, pieszcząc je najczulej jak potrafił, by rozkoszować się ich łagodną fakturą. Pragnął do końca życia całować oraz być całowanym jedynie przez ich właściciela.

Niall siedział na kanapie, wpatrując się sennym wzrokiem w ekran telewizora. Do jego uszu co jakiś czas dobiegały odgłosy tłuczonych naczyń czy głośnych przekleństw i jęków bólu, jednak mimo wszystko siedział wytrwale na wyznaczonym miejscu, wierząc, że jego chłopak nie będzie na tyle upartym, by za wszelką cenę próbować przyrządzić potrawę, którą miał na celu. Zayn zabronił mu wchodzenia do kuchni, gdyż chciał przygotować dla niego kolację. Niall uznał to za cholernie uroczę i nawet pisnął, kiedy usłyszał tą wadomość, jednak szybko zszedł na ziemie, kiedy przypomniał sobie o zdolnościach kulinarnych Malika. Czy raczej ich braku. W momencie, kiedy sięgał po pilota, usłyszał głośny okrzyk zwycięstwa. Podskoczył, a drzwi kuchni uchyliły się. Oczy Nialla otworzyły się szerzej, kiedy zobaczył bruneta w fartuchu, który jak podejrzewał miał na sobie więcej jedzenia, niż znajdzie się go na talerzu. Jego włosy były zmierzwione, na co Niall przygryzł wargę, ponieważ wyglądało to bardzo znajomo. Podszedł do Zayna, składając na jego ustach czuły pocałunek.

Malik oraz Niall mieszkali razem, co nie uciekło uwadze ojca Zayna. Chłopak przyznał się przed rodzicami, iż jest w związku z Niallem. Mama bruneta… przyjęła to dosyć dobrze, chociaż wciąż przyswajała tę informację, jednakże ojciec Zayna nie chciał słyszeć, by jego syn był gejem. Brunet oczywiście przeciwstawił się, mówiąc, że nie ma zamiaru zmieniać samego siebie ani porzucać swojej miłości.

W firmie Sanoficox sporo się zmieniło. Wielu pracowników odeszło z wiadomych przyczyn, jednak ojciec Zayna nie zwolnił swojej posady, przez co Malik obrzucał go pogardą. Jeszcze większą, niż wcześniej. Sprawa przyczyn śmierci Anne, wyjaśniła się wraz ze znalezieniem sfałszowanych dokumentów. W tamtym czasie firma nie miała się dobrze, była zadurzona, o czym właścicielka, a tym samym matka Harry’ego nie miała pojęcia, ponieważ prawdziwe papiery, zastępowano tymi, które miały sfałszowane dane. Kiedy okazało się w jak poważnych tarapatach znajduję się działalność, winę zrzucono na Anne.

Louis denerwował się. Harry nie odbierał jego telefonów co jeszcze bardziej wpływało na nie korzystny stan Tomlinsona. Usiadł na ławeczce, oczekując aż chłopak skontaktuje się, a w tym czasie wiatr muskał jego twarz. Miał dla Harry’ego niespodziankę.

– Halo? Harry, dlaczego nie odbierałeś? – zapytał od razu Louis, kiedy odebrał dzwoniący telefon.

– Pracowałem, skarbie, było sporo ludzi. Coś się stało?

– Nie. To znaczy tak. Przyjedź na cmentarz, czekam na ciebie

– Hmm, wiesz to nie brzmi zachęcająco, ale dla ciebie zaraz tam będę.

Styles rozłączył się, a Louis odetchnął z ulgą. Teraz czekał na odgłos silnika motocyklu, który już tak dobrze znał. Nie wiele czasu później, zauważył jak Harry podjeżdża pod bramę. Zacisnął dłonie na spodniach, krocząc w jego stronę, przyspieszył, by Styles nie zdążył dojść, nim cokolwiek zobaczy. Przywitał chłopaka pocałunkiem, uśmiechając się.

– Tak, więc co nas tu sprowadza? – zapytał, spoglądając na uśmiechniętego szatyna.

– Zamknij oczy.

Styles spojrzał na niego zdziwiony, jednak wykonał polecenie, po czym został prowadzony przez Louisa, który mocno trzymał jego rękę. Kierowali się przed siebie, obydwoje odczuwając takie samo podekscytowanie. Louis miał nadzieje, że Harry’emu spodoba się to, co postanowił dla niego zrobić. Kiedy dotarli, stanął za plecami kędzierzawego, kładąc dłonie na jego zamkniętych powiekach. Harry czuł ciepły oddech Louisa, na swojej szyi.

– Teraz możesz je otworzyć – szepnął, po czym ściągnął ręcę z twarzy chłopaka.

Harry uchylił powieki, a w tym momencie wstrzymał oddech. Przed sobą ujrzał wielką rzeźbę anioła. Białego Anioła. Nie odzywając się, podszedł do niego, wpatrując się zdumionymi oczyma w posąg. Jego rysy twarzy, były zupełnie inne, niż Czarnego Anioła. Delikatne, przyjazne. Wargi wygięte były w łuku, formując łagodny uśmiech, a oczy były duże, skierowane przed siebie. Skrzydła natomiast, rozłożone, lekko zaokrąglone, by nadać mu majestatycznego wyglądu. Był piękny. Harry przykładając opuszki palców, do jego policzka, spojrzał na Louisa, który wciąż stał w tym samym miejscu, obserwując ukochanego. Uśmiechał się, a niebieskie tęczówki uważnie śledziły Harry’ego. Podszedł bliżej, a w tym momencie Styles również skierował się w jego stronę.

– Jest cudowny, dziękuję – wyszeptał, spoglądając na chłopaka z wdzięcznością. Delikatny uśmiech błąkał się na jego twarzy.

– Dla Anne. Dla ciebie, Harry. – Kędzierzawy wtulił się w ciało szatyna, chowając policzek w zagłębieniu jego szyi.

Kiedy wychodzili, ich dłonie były złączone, a palce splecione mocno ze sobą. Głowa Louisa opierała się na ramieniu Harry’ego, gdy kroczyli przed siebie. Styles przed przekroczeniem bramy, spojrzał w kierunku grobu swej matki, gdzie widać było zarys posągu. Harry nie tylko naprawił to, co zniszczone zostało przez haniebne kłamstwa. Harry naprawił również swoje życie.


Epilog

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz