środa, 23 kwietnia 2014

http://polishwriters.tumblr.com/my
*Po wczorajszym incydencie, Liam i Zayn postanowili dla własnego dobra nie wspominać ich magicznego pocałunku pod jemiołą. W sumie to nawet nie mieli okazji, aby wymienić się, chociaż spojrzeniami. Z samego rana pociąg odjechał na stację King Cross do Londynu. W przedziałach panowała kompletna cisza. Tylko od czasu do czasu pasażerowie wymieniali się krótkimi i pojedynczymi zdaniami.

Niektórzy uczniowie pozostali w szkole. Jedni nie mieli, do kogo wracać, ponieważ bitwa zabrała im najbliższych, natomiast drudzy nie mieli ochoty na świętowanie ze swoją rodziną i woleli spędzić ten czas samotnie. Z dala od domowego ogniska.

W Wielkiej Sali postanowiono, aby w czasie świąt w pomieszczeniu gościł tylko jeden stół. Dyrektor chciał zjednoczyć, dawno już zwaśnione domy. Szczególnie w te wyjątkowe dni. W całym Hogwarcie zostało pięć osób. Jeden Ślizgon, jeden Gryfon, dwóch Puchonów i jeden Krukon.

Harry zszedł o siódmej do Wielkiej Sali. Zasiadł na jednym z pustych miejsc i uśmiechnął się na to, co przed sobą ujrzał. Same pyszności. Nalał do swojego pucharka soku z dyni i powoli zaczął się nim rozkoszować. Poczuł obok siebie ruch. Zerknął w prawo.

- Czego chcesz? – spytał z wyrzutem. Nieproszony nic mu nie odpowiedział. Zaczął z gracją wszystko smakować. Delektował się każdym kęsem. – Głuchy jesteś? Pytałem się o coś.

- Słyszałem, ale jak mi wiadomo to nie rozmawia się podczas jedzenia. – Nawet na niego nie spojrzał. Nie zerknął. To doprowadziło Harry’ego do szewskiej pasji. Nienawidził jak ktoś go ignorował. To było najgorsze, co mogłoby być. Powoli zaczął się uspokajać postanawiając, że pierwszy się już do owego intruza nie odezwie. Po chwili zajął się sobą. Jak on się tak zachowuje to on sam nie będzie lepszy.

Z prędkością światła pochłonął śniadanie i ignorując swojego natręta pokierował się do wyjścia z Wielkiej Sali. Jak tylko będzie mógł to spędzi przerwę świąteczną samotnie. Tak będzie najlepiej. Może nawet przesiedzieć cały ten czas w dormitorium.

***

Siedziała w klasie. Lubiła takie dni jak ten. Niby pochmurnie, ale wokół panował spokój i przyjemne oraz błogie ciepło. Mogłaby się nim cały czas rozkoszować. To był raj dla jej ciała i ducha.

Wyjęła zwitek pergaminu. Zaczęła na nim stawiać delikatne literki, które po chwili łączyły się w wyrazy, a te natomiast w zdania. Mury zamku dawały nastrój tajemniczości. Nie wiedziała, w jaki sposób, ale w jakiś na pewno dawało jej to wenę.

Droga Tay,

będę się streszczać. Mam nadzieję, że u ciebie jak i Chrisa jest wszystko w porządku. W pracy też mam nadzieję, że wszystko dobrze i że Minister nie daje ci za bardzo popalić. Dawno nie rozmawiałyśmy i może to jest powód, abyśmy się spotkały i wszystko obgadały. Przepraszam, że tak listownie, ale chyba bardziej oficjalnie. Nie wiem czy masz plany na Sylwestra, ale jeśli nie, to dostałam dwa zaproszenia od mojego bliskiego kolegi. Bardzo mi zależy, abyś się zjawiła. Może wtedy miałybyśmy sposobność, aby porozmawiać. Miejsce owiane jest dla ciebie tajemnicą. Jeśli się zgodzisz to poznasz dopiero adres na miejscu. Nie chce ci nic zdradzać. Zaufaj mi. Jeśli się zdecydujesz to przybądź do mnie w Sylwestra około osiemnastej. Będę czekać. Aportujemy się przed wskazane przeze mnie miejsce. Jeśli martwisz się o syna to możesz go przecież powierzyć swojej matce. Nie wykręcaj się też pracą. Błagam cię. Zjaw się u mnie. Uwierz mi. Będziemy się dobrze bawić.

Twoja najdroższa

Cher



Zwinęła pergamin w rolkę i przywiązała do nóżki brunatnej Płomykówki. Wiedziała, że dobrze wypełni swoje zadanie i szybko dostarczy przesyłkę do Adresatki. Była mądrą sową. Kochała ją nad życie. Dostała je w swoje jedenaste urodziny, gdy miała wyruszać na pierwszy swój rok do Hogwartu. Do tej pory dziwi się, że tak długo się trzyma.

- Co tutaj robisz? – zapytała w momencie, gdy odwróciła się w kierunku wejścia. Nie miała pojęcia, że ktoś cały czas się jej przypatruje.

- Przyszedłem dotrzymać ci towarzystwa. – odpowiedział jej Justin. Wiedziała, że jego przybycie na pewno nie jest bezinteresowne. Za długo go znała.

- Nie musisz. Lubię samotność. – wstała z krzesła i podeszła do barku. Nalała sobie piwa kremowego. – Chcesz? – zapytała. Odmówił. – Więc tak szczerze, co cię tutaj sprowadza?

- Nie mogę już przyjść w odwiedziny do swoich podwładnych? – Przymrużyła oczy na jego słowa. Nie lubiła, gdy zwracał się do niej, jak do kogoś gorszego. Na każdym kroku musiał jej to uzmysławiać.

- To teraz jestem twoją podwładną? – zakpiła. – Za niedługo będę ci dotrzymywać towarzystwa w twojej sypialni!

- Wiesz, że nie o to mi chodziło. - powiedział powoli, ale mogła dostrzec w jego oczach kpinę.

- No właśnie nie wiem, o co ci cały czas chodzi! Określ się!

Ich krzyki było słychać na całym piętrze. Nie mieli pojęcia, że ich wymianę zdań podsłuchuje pewien uczeń. Lubił konflikty, ale to nie wyglądało na zwykłą wymianę zdań. Coś się kroiło. Usłyszał na korytarzu rozchodzące się echo kroków. Spojrzał w lewo i dostrzegł bujną burzę loków.

- Jeszcze jego tu brakowało. – wyszeptał do siebie. Schował się w ciemny zakamarku, a gdy owy wędrownik przechodził koło miejsca, gdzie znajdował się Ślizgon został pociągnięty za szkolną szatę. Louis zakrył mu usta dłonią. – Zdejmę teraz rękę, ale nie krzycz. – wyszeptał. Harry szybko przytaknął, a gdy Tomlinson odkrył mu usta złapał większy haust powietrza.

- Co ci odbiło?! – krzyknął. Louis zakrył mu ponownie wargi.

- Mówiłem, że masz nie krzyczeć. – wysyczał i zdjął rękę.

- O co ci chodzi debilu? – zapytał tym razem cicho.

- Nie chce nic spekulować, ale coś tu się dzieje. – pokierował wzrokiem w stronę gabinetu Profesor Lloyd.

- Wypieprzaj stąd! Nie chcę cię nigdy więcej widzieć! – krzyknęła Cher, a po całym zamku rozszedł się dźwięk trzaśnięcia drzwi.

- Widzisz? – odezwał się Lou.

- Myślisz, że to jest kłótnia kochanków? – stwierdził Harry, gdy zauważył, że Ślizgon potwierdza skinieniem głowy jego słowa to wybuchł perlistym śmiechem. – Jesteś idiotą. Oni się nienawidzą.

- Wcale nie! Uwierz mi! Mam dryg do takich spraw. Po drugie to nienawiść i miłość dzieli cienka linia. – powiedział Tomlinson.

- Jakby była to prawda to my stalibyśmy teraz na ślubny kobiercu. – zaśmiał się Harry, ale Lou nie było teraz do śmiechu. Obraził go i jego uczucia. Styles spoważniał, gdy zobaczył jego grymas wymalowany na twarzy. – Oj! Nie obrażaj się. Ja tylko żartuję.

- Mówisz serio, ale ja także. Może czas pobawić się kupidynów? – zaproponował Ślizgon.

- Czy ci się miesiące nie pomieszały? Jest grudzień, nie luty. To nie walentynki. Na dodatek nie mam zamiaru bawić się w swatkę. – oburzył się Harry.

- Styles nie chcesz pomóc nieszczęśliwym ludziom, którzy nie chcą się przyznać, że coś do siebie czują? Oni uważają, że to złe uczucie, którego powinni się pozbyć. Nie odpowiednie dla nich. Nigdy nie byłeś nieszczęśliwie zakochany? Nie chciałeś, aby ta druga osoba ciebie zauważyła? – mówił, a w jego oczach zabłysły iskierki podniecenia i szczęścia.

- Chciałem i byłem, ale to nie zmienia faktu jak już wcześniej wspomniałeś, że jest to złe i nieodpowiednie uczucie.

- Matko! Życie nie jest kolorowe, ale trzeba je starać się takie uczynić. Skąd masz wiedzieć, że ta druga nie czuję do ciebie czegoś więcej? Kłótnie i nienawiść to tylko gra pozorów. Tak naprawdę ukrywają w sobie głębsze uczucia. Czasami trzeba pozwolić, aby one wyszły na jaw.

- Może masz rację. – Harry miał minę człowieka, który bardzo uważnie wsłuchiwał się w zdanie swojego rozmówcy. Powoli interpretował każde jego słowo.

- Wiem, że mam, dlatego powinniśmy zażegnać nasz odwieczny spór i znaleźć porozumienie.

- Chcesz się ze mną pogodzić? – dopytał Harry.

- No oczywiście na czas przerwy świątecznej. Później wszystko wróci do normy. – wyjaśnił Louis.

- Dobra. No to zgoda. – wyciągnął rękę.

- Zgoda. – potwierdził Lou i chwycił dłoń swojego sojusznika. Po ciałach obu chłopców wraz z dotykiem przeszedł delikatny i nieznany im dreszcz.

Liam stał przed klasą oparty o ścianę, z rękoma zaplecionymi na piersi. Właśnie trwał jeden z ostatnich egzaminów śródsemestralnych, a on zapewne denerwował się bardziej niż niejeden z adeptów. Odepchnął się od ściany i zaczął chodzić w tę i z powrotem. W myślach powtarzał wszystkie zagadnienia, które przerobił z Horanem i zastanawiał się czy czegoś nie przegapili.

Przebiegł palcami po swojej czekoladowej grzywce czochrając ją, a potem zaczesując, tak by opadała na jego oczy. Przysiadł na parapecie co jakiś czas zerkając na drzwi. Wkrótce salę zaczęli opuszczać pierwsi uczniowie, którzy skończyli pisać. Liam za każdym razem podrywał głowę do góry, myśląc że to Irlandczyk. Z czasem zaczął też nałogowo zerkać na zegarek.

Wziął głęboki wdech by się uspokoić i przymknął powieki. Usłyszał szczęk zamka i chwilę potem na korytarzu pojawił się blondyn, który cicho zamknął za sobą drzwi. W czarne dżinsowe spodnie wpuszczona była biała koszula, której rękawy podwiną do łokci. Guzik pod szyją był odpięty, a w ręce ściskał czarne długopisy.

Liam zeskoczył z parapetu, gdy młodszy mężczyzna podszedł do niego. Oparł czoło na jego piersi, więc objął go ramieniem i pogładził po plecach.

- Chyba zawaliłem – odezwał się w końcu Irlandczyk. – Mam wrażenie, jakby wszystko mi się pomieszało.

- Wydaje ci się – pocieszył go szatyn całując w czubek głowy. – Na pewno nie jest tak źle jak myślisz.

- Masz rację – powiedział i gwałtownie się wyprostował. – Jest jeszcze gorzej. Pomyliłem wszystkie grupy. Pomyliłem ich kolejność. I nie jestem pewien…

- Niall – zawołał Liam i złapał go za ramię, przyciągając do siebie. Chwycił go za podbródek i nakierował jego spojrzenie na swoje, po czym uśmiechną ciepło. – Na pewno nie jest tak źle. Ucieszę się nawet jak zaliczysz na marną trójkę. Nie musisz się znać na demonach super ekstra. Jesteś lepszy w zielarstwie oraz eliksirach. Nie musisz być perfekcyjny we wszystkim, jasne?

Blondyn westchnął ciężko, ale mimo wszystko kąciki jego ust drgnęły ku górze. Payne uśmiechnął się na ten widok. Jego dłoń wsunęła się na policzek i nachylił się, by złożyć delikatny pocałunek na miękkich wargach swojego podopiecznego. Oderwał się od niego, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi za sobą.

- Chodź. Pooddychasz świeżym powietrzem i uspokoisz się – wplótł swoje palce między blondyna i obaj skierowali się na błonia zalane przedpołudniowym słońcem. Dni zrobiły się naprawdę ciepłe i przyjemne.

Rozsiedli się wygodnie na trawie, która stała się bardziej zielona, gdy tylko Niall się pojawił. Liam wyprostował nogi, krzyżując je w kostkach. Dłonie oparł za plecaki i odchylił głowę do tyłu. Poczuł przyjemny ciężar na swoim udzie jakim były głowa jego chłopaka.

No właśnie. Chłopaka. Czy aby na pewno mógł tak nazywać blondyna? Nie rozmawiali o tym kim dla siebie są. Po pocałunku na wrzosowisku po prostu zaczęli zachowywać się jak… Jak para. Obdarowywali się całusami, posyłali znaczące spojrzenia, przytulali, dotykali, trzymali za ręce i mógłby naprawdę wymienić jeszcze kilka ciekawych pozycji z listy jaka tworzyła mu się w głowie. Ale nigdy tak naprawdę nie zapytał go o to. Może powinien. Może powinien powiedzieć: Niall. Będziesz moim chłopakiem? Ale czy tak nie robią zakochane nastolatki w szkole średniej? Oni przecież byli dorosłymi ludźmi.

- Liam – usłyszał głos Irlandczyka, więc wyprostował głowę i mrugając spojrzał na niego. Zdążył się podnieść do pozycji siedzącej. Na rękach spoczywał wianek zrobiony z margerytek, które wyrosły dookoła nich. – Zrobiłem dla ciebie. I przy okazji dałem upust emocjom.

- Dziękuję – uśmiechnął się delikatnie, nachylając do przodu i pozwalając by Horan wsunął na jego włosy splecione kwiatki. Smukłe palce jasnookiego przebiegły przez jego miękką grzywkę i zahaczyły skroń, prześlizgując się po policzku, aż do linii szczęki, na której pojawił się zarost.

Przysunął się by złożyć pocałunek na ustach mężczyzny, jednak powstrzymał się w ostatniej chwili i odsunął dziwnie niepewny, gdy przypomniał sobie o czym myślał jeszcze chwilę temu. Spuścił wzrok na zieloną trawę i przebiegł po niej swoimi palcami.

- Muszę już lecieć – odparł Payne, podnosząc się na równe nogi i napotykając zaskoczone spojrzenie wciąż siedzącego blondyna. – Muszę się przygotować. Egzaminuję was z Podstaw Praktycznej Obrony. O dwunastej mam pierwszą grupę. O ile się nie mylę to są to związani z ogniem.

- Ty nas egzaminujesz? – zdziwił się Niall.

- Tak. Reynolds wyleciał, więc zostałem wyznaczony na nauczyciela do końca tego semestru – wytłumaczył, wciskając ręce do kieszeni spodni. – Tak więc do czerwca na pewno nie wyjadę z Violet Hill. Powtórz materiał i widzimy się o czternastej.

Odwrócił się chcąc odejść, jednak dłoń zaciskająca się na jego nogawce zatrzymała go. Spojrzał więc na niebieskookiego, który podniósł się i otrzepał spodnie z trawy.

- Zrobiłem coś źle? – zapytał cicho i niepewnie. Payne westchnął i pogładził go po policzku, uśmiechając się delikatnie.

- Nie, Głodomorku – odpowiedział. – Po prostu czasem za dużo myślę.

Cmoknął go na pożegnanie w czoło i skierował się do zamku. Odłożył wianek Nialla ostrożnie na biurko, po czym przebrał się w swoją czarną obcisłą koszulkę i szare spodnie dresowe. Wziął zestaw swoich sztyletów. Choć nie był pewny czy mu się przydadzą, po czym udał się z powrotem na błonia. Nialla już na nich nie było. Pojawiła się za to grupa uczniów wśród której dostrzegł Harry’ego.

2.

Blondyn wpadł do swojego pokoju i pospiesznie zatrzasnął drzwi, a potem oparł się o nie plecami. Kiedy jego drżące palce przekręciły klucz w zamku, osunął się na podłogę i zacisnął palce na swoich kolanach. Zrobił coś źle. I był tego absolutnie pewien, mimo zapewnień Liama. W końcu do tej pory żadnemu z jego partnerów nie zdarzyło się odsunąć na moment przed pocałunkiem, jeśli wszystko było w porządku.

Ze ściśniętym gardłem i dłońmi drżącymi z powodu zdenerwowania ostatnim egzaminem oraz zaistniałą sytuacją, blondwłosy mężczyzna podźwignął się z podłogi i powoli ruszył do łazienki. Tam odkręcił zimną wodę i nabrał jej trochę, żeby przemyć załzawione oczy oraz palące policzki. Zamoczył przy tym przód swojej białej koszuli, ale zignorował to, wiedząc, że na razie nie będzie mu potrzebna.

Wyszedłszy z łazienki, pospiesznie rozpiął guziki koszuli, a z nóg zrzucił eleganckie buty. Zastąpił je swoimi znoszonymi tenisówkami, które zawiązał dokładnie w drodze wyjątku, żeby przypadkiem się nie przewrócił. Na chwilowo nagi tors naciągnął za dużą, granatową koszulkę, prawdopodobnie należącą do jego opiekuna.

- Och, bogowie – sapnął pod nosem, kiedy spostrzegł wielkość nałożonego ubrania, jednak postanowił, że i tak nie ma sensu go zmieniać. – Umrę na tym egzaminie – stwierdził niemal płaczliwym głosem, uśmiechając się przy tym szeroko, żeby oszukać samego siebie.

Nie mając do zrobienia niczego poza nauką, Irlandczyk usadowił się na łóżku z segregatorem rozłożonym na kolanach. Jego palce sprawnie przerzucało kolejne strony, a jasne oczy uważnie śledziły tekst, dotyczący podstawowych zasad i technik obrony. Nie minęło kilka minut, jak literki zaczęły odstawiać dzikie harce, tańcząc przed jego niezadowolonym spojrzeniem.

Zrezygnowany, a także przepełniony niezbyt optymistycznymi uczuciami, odsunął notatki na bok i ześlizgnął się z łóżka. Przeczuwał, że pomocny okaże się spacer po błoniach, jednakże nie zamierzał przeszkadzać w prowadzonych egzaminach. Dlatego też, zamiast opuścić zamek głównym wyjściem, przeszedł przez to, które znajdowało się w kuchni. Dzięki temu znalazł się o kilka kroków od wrzosowiska, na którym zaczęła się cała ta chora sytuacja.

Bliska obecność roślin szybko wpłynęła na samopoczucie mężczyzny, który zdołał wyciszyć się, a nawet uśmiechnąć delikatnie. Po zajęciu miejsca pod wierzbą płaczącą, znajdującą się na krańcu ogromnej polany, wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Mimo usilnych starań, zaczął przypominać sobie potrzebne wiadomości, przez co nawet nie zauważył, jak wybiła godzina jego ostatniego egzaminu.

Przestraszony tym, że się na niego spóźni, poderwał się z miejsca i ruszył na błonia szybkim krokiem. W wyznaczonym miejscu byli zebrani już niemal wszyscy, a z zamku nadciągały ostatnie osoby. Uspokoiło go to tylko na krótką chwilę, po której stres wrócił ze zdwojoną siłą.

- Czy są już wszyscy? – po błoniach potoczył się donośny głos Liama, który przesunął wzrokiem po adeptach, stojących przed nim w prawie prostym szeregu. – Dobrze, w takim razie możemy zaczynać – pokiwał zadowolony głową i złożył dłonie za sobą, a następnie zaczął przechadzać się powoli w tą i z powrotem, nieświadomy tego, że nieprzerwanie śledzą go jasnoniebieskie tęczówki Irlandczyka. – Zaczniemy od pytań, które zadam wam indywidualnie, żeby uniknąć podpowiadania czy prób jakiegokolwiek ściągania – poinformował, zatrzymując się w miejscu na kilka chwil. – Potem przejdziemy do części praktycznej, do której możecie się przygotować już teraz. Ustawcie się w sporej odległości od siebie i na spokojnie rozgrzejcie, a ja będę do was kolejno podchodził – zakończył i klasnął głośno w dłonie, dając sygnał do wykonania jego poleceń.

Nie mając wyboru, uczniowie rozeszli się po błoniach, wymieniając między sobą ostatnie uwagi. Ich rozmowy zostały szybko uciszone przez srogie spojrzenie szatyna, który już rozpoczął egzaminowanie pierwszych osób. Część teoretyczna szła sprawnie, nie przynosząc większych problemów, przynajmniej do momentu, kiedy Liam stanął na przeciwko swojego podopiecznego i zmierzył go wzrokiem.

- Stresujesz się – zauważył, posyłając mu nikły uśmiech, będący efektem dostrzeżenia granatowej koszulki. – Spokojnie, nie będzie tak źle. Czy ja zagryzłem pozostałych? – zapytał, kiwając głową w stronę innych adeptów.

- Nie, ale ze mną może być zupełnie inaczej – odparł młodszy, uciekając wzrokiem gdzieś w bok, tak by nie patrzeć na nikogo. – Możemy zaczynać? Chciałbym to już mieć za sobą – westchnął po dłuższej chwili milczenia, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.

- Okej, niech będzie – mruknął Payne, marszcząc brwi tak mocno, że między nimi pojawiła się wyraźna, pionowa kreska. – Wymień mi dwa podstawowe rodzaje obrony i krótko je scharakteryzuj – rzucił, odchrząkając znacząco. – No dalej, przecież powtarzaliśmy to dziś rano.

Blondyn rozchylił usta, żeby udzielić mu szybkiej odpowiedzi, ale nagle zorientował się, że w jego głowie jest kompletna pustka. Zestresowany jeszcze bardziej niż wcześniej, zamknął usta i spuścił głowę, zaciskając powieki z całej siły. Miał ochotę rozpłakać się z bezradności, tak jak zrobił to pierwszego dnia nauki do egzaminów. Jednakże nie mógł zrobić tego w obecności tych wszystkich ludzi, którzy i tak wytykali go palcami.

- Niall, spokojnie – usłyszał przy uchu czuły głos Liama, na dźwięk którego mimowolnie zadrżał i odsunął się o dwa kroki w tył.

- Obrona pozycyjna i manewrowa – wyrzucił z siebie, mnąc w palcach krawędź za dużej koszulki. – Pierwsza polega na tym, że grupa próbuje utrzymać swój teren, dążąc do rozbicia zgrupowań przeciwnika jeszcze przed faktyczną, przednią linią obrony albo w rejonie oddziałów „pierwszego rzutu” – wyrecytował na jednym wydechu, wbijając spojrzenie w czubki swoich butów. – Obrona manewrowa skupia się bardziej na wykorzystaniu ruchliwości oddziałów, a jej celem jest osłabienie i wyhamowanie natarcia przeciwnika – skończył i wziął głęboki oddech, uzupełniając deficyt tlenu.

Brązowooki mierzył go spojrzeniem przez kilkanaście sekund, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Przenikliwy wzrok palił bladą skórę młodszego, jednak ten starał się jakoś zachować spokój i nie wybuchnąć.

- Dziękuję, to mi wystarczy – skinął głową i posłał podopiecznemu lekki uśmiech, zanim ruszył w kierunku ostatnich uczniów, których musiał przepytać przed rozpoczęciem części praktycznej.

Czując ulatujący z ciała stres, Niall usiadł ciężko na ziemi i wsunął palce w trawę. Powieki przymknął na moment, dzięki czemu uspokoił się znacznie szybciej niż wcześniej. Jego serce dalej wybijało przyspieszony rytm, jednak nie był on tak szaleńczy, jak w czasie odpowiadania na pytanie szatyna.

- Przejdziemy teraz do części praktycznej – krzyknął Payne, przywołując uczniów władczym ruchem dłoni. – Teorię zdaliście wszyscy, z większym lub mniejszym trudem, dlatego nie będziemy sobie zawracali głowy terminem poprawkowym – powiedział z uśmiechem, kiwając głową z wyraźnym uznaniem. – Jeśli wszyscy są gotowi, to myślę, że możemy zaczynać.

3.

Pożegnał się z Louisem, którego skończył egzaminować jako ostatniego, a ten od razu pobiegł w stronę zamku, za pewnie do Zayna. Zerknął na swój zegarek, ale ledwo dostrzegł tarcze w bladym świetle księżyca. Wiedział jednak, że jest coś koło dwudziestej drugiej. Przeegzaminowanie wszystkich tych uczniów okazało się niezłą męczarnią. Albo to on był zbyt wymagający. Lub to grupa związanych z powietrzem uznała, że to będzie bułka z masłem. Prawie wszyscy będą mieć poprawkę z wyjątkiem kilku osób.

Zaczesał do tyłu grzywkę, po czym pozwolił jej opaść swobodnie z powrotem na czoło. Westchnął i rozmasował kark. Pragnął teraz gorącej kąpieli. Długiej z bąbelkami i pianą. Naprawdę potrzebował się rozluźnić.

Wspiął się po schodach i wszedł do zamku zamykając za sobą wrota. Wspiął się na swoje piętro i powłócząc nogami nacisnął klamkę. Wśliznął się do pokoju, w którym paliło się światło lampki i to go zaskoczyło. Zmarszczył brwi i rozejrzał się po wnętrzu. Koło Lokiego drzemał John, a właściciel fretki przysnął w fotelu. Szatyn uśmiechnął się mimowolnie na ten uroczy widok.

Zrzucił z ramion bluzę i podszedł do blondyna. Oparł dłonie na jego kolanach i kucnął między nogami. Przez chwilę patrzył jak jasna grzywka układa się na jego czole podczas snu, aż w końcu wyciągnął dłoń i kciukiem pogładził go po policzku.

- Niall – odezwał się cicho i zaczął drapać za uchem, na co mężczyzna zareagował. – Nialler. Pobudka.

Niebieskie tęczówki zamazane snem wyłoniły się zza ciężkich powiek. Moment potem Irlandczyk przeciągnął się, przetarł oczy dłońmi i spojrzał na niego. Uśmiechnął się do niego czule, a w zmęczonych, sarnich oczach pojawiło się uczucie.

- Co tu robisz, Głodomorku? – spytał miękko i mocniej zacisnął dłoń na jego kolanie. Dostrzegł jak smutek wkrada się na twarz blondyna, a w oczach pojawiają łzy i Liam nie rozumiał co jest ich powodem.

- Czy zrobiłem coś źle dziś rano? – spytał lekko drżącym oddechem. – No bo tak nagle się odsunąłeś od pocałunku.

Westchnął ciężko i starł z jasnego policzka samotną łzę, która uwolniła się. Przejechał kciukiem, po drżącej dolnej wardze i uśmiechnął się delikatnie. Nie spodziewał się, że może to tak odebrać. Tak mocno przeżyć.

- Przecież powiedziałem ci, że nie zrobiłeś niczego źle – odezwał się Payne, sięgając po jego dłoń i zaciskając swoją na niej. – To ja. Po prostu… Rozmyślałem o tym, że okazujemy sobie uczucia. Dotykamy, całujemy i tak dalej. – A ja… - zawiesił głos i spojrzał w niebieskie oczy, gdzie tliła się nadzieja. – A ja nawet nie zapytałem, czy chcesz ze mną chodzić. Czy… Czy chcesz być moim chłopakiem? I chodzić ze mną na dziwne randki?

Niall zaśmiał się, a szeroki uśmiech rozjaśnił jego twarz. Serce szatyna zatrzepotało w piersi na ten widok i w duchu podskakiwał z radości. Bo to on spowodował, że te cudne usta wygięły się w tak szerokim i promiennym uśmiechu.

- Tak, ty głupku – zawołał, pospiesznie ocierając łzy z jasnych policzków. – Pewnie, że chcę z tobą chodzić na dziwne randki.

Liam uśmiechnął się i podniósł na równe nogi, po czym pociągnął Horana do góry. Wziął jego twarz w swoje dłonie i złożył na wąskich ustach długi oraz namiętny pocałunek. Potarł swój nos o jego, a ciepły oddech blondyna omiótł jego twarz. Dłońmi zjechał na jego talię, w której objął go mocno i przyciągnął najbliżej jak umiał.

- Marzę o gorącej kąpieli – wyznał Payne, wsuwając dłonie pod bluzkę swojego chłopaka. – Masz ochotę wziąć ją ze mną?

- No pewnie – mruknął w odpowiedzi Niall. – Zaczekaj.

Szatyn zamrugał zaskoczony, kiedy młodszy mężczyzna wyplątał się z jego objęć i zniknął w łazience. Chwilę potem usłyszał szum wody na co uśmiechnął się pod nosem. Zdjął z siebie czarną koszulkę i opadł na fotel, zrzucając ze stóp buty, które naprawdę już go uwierały. Rozprostował palce, po czym ciężko podniósł się z wygodnego miejsca.

- Już mogę? – zapytał, stając przy drzwiach.

- Jeszcze chwila – odpowiedział ze środka blondyn. Woda przestała lecieć, a on zmarszczył brwi zastanawiając się co on tam jeszcze robi. – Już.

Wśliznął się do środka i spostrzegł, że Niall przygotował mu kąpiel. Co prawda chciał z bąbelkami i pianą, ale ta zapowiadała się na równie przyjemną. Po powierzchni wody pływały płatki róż i drobne kwiatki, którymi zapewne była lawenda. To jej zapach roznosił się w powietrzu i domyślił się, że Irlandczyk na szybko przygotował olejek z tych kwiatków.

- Kochany jesteś – stwierdził, całując go w czoło. – To co? Wskakujemy?

Horan przytaknął energicznie i w tempie błyskawicznym pozbył się z siebie ubrań. Liam tłumaczył to sobie faktem, że nie egzaminował uczniów przez blisko dziesięć godzin. Wsunął więc stopy do ciepłej wody i usadowił się między nogami blondyna. Westchnął, przymykając powieki i pozwalając by dłonie jego chłopaka błądziły po jego plecach, rozmasowując napięte mięśnie.

- Miło? – szepnął mu cicho na ucho Niall.

- Nawet bardzo – wyznał, bawiąc się czerwonym płatkiem.

Niebieskooki przyciągnął go bliżej siebie, więc ułożył się wygodnie na jego piersi. Przebiegł mokrymi dłońmi przez jego brązowe włosy, zaczesując je do tyłu, a moment potem poczuł jak chłopak przyjemnie oraz delikatnie masuje jego skronie i skórę głowy.

- Jesteś aniołem – odezwał się, a jego głos wydawał się nienaturalnie głośny w ciszy jaka panowała w pomieszczeniu. W odpowiedzi otrzymał całusa w czubek głowy.

Powoli odpływał ze zmęczenia i gdyby nie głos blondyna, przywołujący go do rzeczywistości zasnąłby. Wyszli więc, wycierając się dokładnie nawzajem i uśmiechając się przy tym jak dwa głupki do sera. Wskoczyli w czyste ubranie i zakopali się pod kołdrą. Liam zasną niezwykle szybko, przytulając do siebie ciało Nialla, które tak idealnie wpasowywało się w jego własne.

wtorek, 22 kwietnia 2014

*********************************************++++++++++++++++++++++++++++++++++****++*******************************************+++++++++++********************************


Z powodu szalejącej na zewnątrz śnieżycy sowia poczta spóźniła się tego ranka o cały kwadrans, ale to nie przeszkodziło szaremu puchaczowi zrzucić egzemplarza Proroka Codziennego prosto w niedokończoną owsiankę Louisa, która rozbryzgała się po stole.

- Wielkie dzięki - powiedział Ślizgon kwaśno, wrzucając knuta do skórzanego woreczka przy nóżce sowy. Chwycił dwoma palcami lewy koniec grubego rulonu i wyciągnął gazetę z półmiska, krzywiąc się na widok szarej papki pokrywającej niemal całą resztę jego przesyłki. - To skandal. Następnym razem nie dostaniesz zapłaty.

Ptak zagruchał głośno w oburzeniu, kłapnął dziobem i odleciał, za karę chlastając go skrzydłem po twarzy.

- Ałaa, powiedziałem tylko prawdę!

Ale sowy już nie było. Louis westchnął, zrezygnowany, wciąż trzymając swojego Proroka wysoko nad blatem stołu, aby resztki owsianki oderwały się od papieru, gdy na ławkę obok opadł bardzo niewyspany i bardzo niezadowolony Zayn.

- Dobry - burknął chłopak, praktycznie na oślep nalewając sobie kawy do kubka. Jego oczy były całkiem zamknięte i tylko dzięki wprawie w wykonywaniu tej czynności zaoszczędził im wszystkim poparzenia parującym trunkiem. Według niego ranek zaczynał się w południe, a przed dwunastą normalny człowiek jest nieprzytomny, o czym wiedział w Slytherinie każdy, kto miał nieszczęście siedzieć przy nim na śniadaniu.

- Zayn - uśmiechnął się Louis, natychmiast zapominając o swojej felernej gazecie, która z głośnym pluśnięciem z powrotem wpadła do miski. - Zaynie, Zaynekins! Gdzie to cię wywiało zeszłej nocy? Przegapiłeś rozbieranego pokera. Zgadnij, kto znów przegrał i musiał obejść cały pokój wspólny bez stanika?

- Udało ci się wygrać tylko dlatego, że kantowałeś - wymamrotała siedząca naprzeciwko Eleanor, rzucając mu spojrzenie znad własnej gazety. Jej policzki pokrywał róż.

Louis zaśmiał się lekko.

- Jakbyś sama nie chowała kart pod stołem - odpowiedział słodko. - Mój dziadek był Ślizgonem, potem ojciec, a teraz ja. Mam kantowanie we krwi! Co nie zmienia faktu, że przyprawiłaś męską część domu o natychmiastowy wzwód. Dobra robota, kochanie. Justin zapewne obtarł sobie dłoń, waląc później konia do wspomnień twojego uroczego biustu.

- Uh, Bieber? - skrzywił się Zayn, którego mocna kawa zdążyła obudzić na tyle, by otworzył jedno z brązowych oczu. - On ma z dziesięć lat, Lou. Nie mów tak o dzieciach.

- Dwanaście - poprawił go Louis spokojnie. - A ty w jego wieku robiłeś gorsze rzeczy, jak choćby oblanie portretu Grubej Damy eliksirem znikania…

- To był twój pomysł.

- Nic niewarty szczegół, naprawdę. Co jeszcze… aha. Wielokrotnie zakradałeś się po meczu quidditcha do szatni dziewczyn! Przyznaj, że to robiłeś sam z siebie.

- Mhm - mruknął Zayn, z cieniem uśmiechu na przystojnej twarzy. - Tylko dlatego, że ty w tym czasie zajęty byłeś podglądaniem facetów w szatni obok.

Louis wyszczerzył się szeroko i obaj z Zaynem przybili sobie piątkę.

- Dobre czasy, oj tak.

- Obaj jesteście okropni - skomentowała Pierrie, wrzucając sobie kawałek grzanki w usta. - Zayn, podasz mi solniczkę?

W sekundę zmieniając się z wyluzowanego i zaspanego gbura w rumieniącą się fajtłapę, Zayn rzucił się do przodu, by podać różowowłosej dziewczynie solniczkę, przy okazji przewracając puchar z sokiem dyniowym Jade. Oczy chłopaka zrobiły się wielkie, gdy zerwał się na nogi, aby chwycić garść serwetek, przepraszając bez przerwy Perrie, choć to nie jej szata została zrujnowana.

Louis westchnął i machnięciem różdżki posprzątał bałagan, przyprawiając tym Zayna o bardzo głupi wyraz twarzy.

- O tym nie pomyślałem - wymamrotał Malik, opadając markotnie na ławkę. Końcówki jego uszu świeciły wściekłą czerwienią i Louisowi niemal zrobiło się go szkoda.

Zayn od lat szalał za Perrie, w jej obecności dosłownie tracił rozum i możliwość artykułowania złożonych zdań. Dziewczyna z kolei wydawała się absolutnie nieświadoma jego uczuć, traktując go z przyjazną obojętnością, z jaką zwracała się do każdego, kto nie należał do jej paczki, ale Louis wiedział, że potajemnie zerkała w jego kierunku zawsze, gdy Mulat nie patrzył. Byli siebie warci, naprawdę.

- Żałosna z ciebie namiastka czarodzieja, Z. Właśnie dlatego to ja jestem mózgiem w tym związku - odparł Louis, chowając sobie różdżkę do rękawa. - Pez, Jade, wybaczcie mojemu przyjacielowi to faux pas, biedak jeszcze nie do końca się obudził. - Posłał im przepraszający uśmiech, a potem zwrócił się do Zayna. - Co każe mi wrócić do mojego wcześniejszego pytania: gdzie byłeś przez całą noc?

Zayn siedział z tak nieszczęśliwym wyrazem twarzy, jakby co najmniej oblał końcowy egzamin z Astronomii. Louis nie był pewny, ale wydawało mu się, że dosłyszał raz czy dwa powtórzone przez niego pod nosem słowo „idiota”, jednak postanowił tego nie komentować. Chłopak miał już wystarczająco kiepski poranek, aby dokładać do tego upierdliwego kolegę bez manier. A Louis posiadał nienaganne maniery.

- Miałem szlaban - powiedział Zayn, dźgając wrogo kiełbaskę na swoim talerzu. - Mówiłem ci, że Filch przyłapał mnie na korytarzu po ciszy nocnej? No więc pieprzony dziad kazał mi czyścić odznaki w Izbie Pamięci, a potem stwierdził, że użyłem za mało pasty i nie świecą tak, jak powinny. Musiałem polerować wszystkie od nowa, a kiedy skończyłem, było za późno, by wracać do lochów. Wykąpałem się i przyszedłem prosto na śniadanie.

Louis poklepał go pocieszająco po plecach. Filch potrafił być wredny dla tych, co upodobali sobie nielegalne wędrówki szkolnymi korytarzami po zmroku. Wiedział z własnego doświadczenia.

- Przechlapane, stary.

- On chłyba nie łubi Ślizgonów. Zasze daje nam najgołsze kały - wtrącił Stan z pełną buzią, na co wszyscy w pobliżu skrzywili się z niesmakiem. Jasnowłosy chłopak nic sobie z tego nie zrobił, wracając do pochłaniania jajecznicy.

- Mmm - mruknął Zayn ze zmarszczonymi brwiami, przez chwilę wpatrując się w niego zdegustowanym spojrzeniem, a potem wstrząsnął głową i wbił wzrok w Louisa. - Nie sądzę. Styles musiał robić dokładnie to samo, a każdy wie, że to pupilek nauczycieli.

Louisowi bardzo nie spodobała się intensywność, z jaką jego przyjaciel gapił się na niego. Jakby spodziewał się szczególnej reakcji z jego strony na dźwięk nazwiska Gryfona. Co było głupim założeniem, ponieważ Louis miał głęboko gdzieś wszystkich mieszkańców Wieży Gryffindoru, a szczególnie Harry’ego Stylesa i jego irytujące loki. Zayn jak zwykle coś sobie ubzdurał.

- Filch jest tak stary i zgrzybiały, że pewnie i tak nie rozróżnia już Domów - powiedział krótko Louis, zmieniając temat i kompletnie ignorując wypalające mu dziurę w czaszce spojrzenie. - Serio, ile on może mieć lat? Był już dziadkiem za czasu Pottera, a od Bitwy o Hogwart minęło dobre ćwierć wieku. Słyszałem, że kiedy Złota Trójca była w zamku, Filch wieszał pod sufitem nieposłusznych uczniów za kostki u nóg i kazał im tak dyndać przez bite trzy godziny, dopóki nie zaczynali błagać o litość i nie obiecywali poprawy. Powinieneś się cieszyć, Zayn, że tobie przypadło pucowanie srebra.

- Naprawdę tak było? - przeraziła się Ellie, wybałuszając na niego swoje wielkie oczy.

- Oczywiście, że nie - pokręcił głową Zayn, uspokajając blondynkę. - Gdyby obecny tu Louis choć trochę uważał na Historii Magii, wiedziałby, że to tylko bajki. - Ellie odetchnęła z ulgą i wróciła do czytania Czarownicy, którą prenumerowała odkąd przyszła do Hogwartu jako słodka i wiecznie uśmiechnięta dziewczynka. - Ale on woli skupiać się na obserwacji zielonych oczu swojej nemezis. Prawda, Lou?

Gdyby spojrzenie mogło zabić, Zayn leżałby już martwy na podłodze Wielkiej Sali.

- Ta pasta, którą dostałeś od Filcha, musiała być przeterminowana, bo najwyraźniej jej opary wyżarły ci mózg - prychnął Louis. - Ja nie mam nemezis. W tej szkole nie ma nikogo, kto byłby godzien miana mojej nemezis, zapamiętaj to sobie.

Zayn chrząknął.

- Wiesz, poprzyglądałem mu się trochę i pod warstwą ubrań Styles ma niezłe mięśnie - rzucił obojętnie, jakby to była sensowna odpowiedź na wcześniejszą wypowiedź Louisa.

- Co mnie to obchodzi, Zayn… Powinieneś zobaczyć mięśnie Grega Jamesa, który jest pałkarzem Puchonów, mówię ci, jak …

- W dodatku właśnie się na ciebie gapi - przerwał mu Malik z głupim uśmieszkiem i Louis jak na komendę obrócił głowę w stronę stołu Gryffindoru.

Styles wcale się na niego nie gapił. Tak właściwie siedział odwrócony plecami i rozmawiał z Edem Sheeranem, którego ruda czupryna była aż nazbyt widoczna pośród tłumu uczniów. Był tak daleki od obserwacji Tomlinsona, jak to tylko możliwe. Miał na sobie obowiązującą wszystkich czarną szatę, ale jego ramiona rzeczywiście wyglądały w niej na szerokie i wyrzeźbione, jakby wieczorami ćwiczył podnoszenie ciężarów na siłowni, w którą został wyposażony Hogwart po odbudowie i Louis odwrócił się z zaciśniętymi ustami w stronę Zayna, żeby go ochrzanić.

Ale nic nie powiedział, bo Zayn uśmiechał się tak szeroko, że jego twarz groziła pęknięciem na pół. Louis w mig uświadomił sobie błąd, jaki popełnił, reagując na zaczepkę przyjaciela. Miał ochotę w ramach pokuty wbić sobie widelec w oko. Auć, albo i nie.

Postanowił zrezygnować z komentarza, jakby przed chwilą wcale nie złamał sobie prawie karku na wspomnienie Stylesa i rzucił wyniośle:

- Nie mam czasu na twoje pierdoły, Zayn. Podobają ci się mięśnie Stylesa? Świetnie, droga wolna. O ile wiem, dzieciak jest singlem, więc możesz śmiało próbować, skoro podobają ci się tacy jak on. Ja podziękuję. A teraz przepraszam, ale wolę raczej nie spóźnić się na Zielarstwo.

Po tym wstał bezceremonialnie i nie oglądając się za siebie, ruszył w stronę wyjścia z Wielkiej Sali. Zanim ją opuścił, usłyszał jeszcze, jak Eleanor pyta „Z kim macie Zielarstwo?”, a następnie bardzo zadowoloną odpowiedź Zayna „Z Gryfonami, oczywiście.”

Oczywiście.

***

- Co ty masz we włosach, Styles? - zdziwił się Louis, patrząc na osobliwie wyglądającą chustkę, którą Gryfon złożył kilka razy i zawiązał sobie na głowie. Obaj stali w kolejce do beczki z nawozem w jednej ze szklarni, gdzie odbywały się tego dnia zajęcia Zielarstwa i chłopak mógł przysiąc, że przy śniadaniu czekoladowe loki były wolne od niespotykanego gadżetu w kolorze neonowego błękitu w białe i czerwone paski. Nigdy wcześniej nie widział, aby ktokolwiek nosił coś takiego.

- To się nazywa bandana - odpowiedział uprzejmie Harry, unosząc rękę do włosów i przejeżdżając niemal pieszczotliwie po materiale.

Słowo to było dla Louisa całkowicie obce, zupełnie jak przedmiot, który określało. Nie zamierzał jednak dać znać o swojej niewiedzy, więc prychnął, mierząc bandanę pogardliwym spojrzeniem.

- Mugole i ich moda - zadrwił, ściskając mocniej uchwyt wiadra, które trzymał, gdy Harry odwrócił się do niego ze ściągniętymi brwiami. - Wyglądasz w tym niedorzecznie. A te kolory? Mają coś symbolizować? Bo jak na razie przyprawiły mnie jedynie o ból głowy.

Harry wyglądał, jakby nie bardzo wiedział, czy woli zapłakać, czy się roześmiać.

- Nie wierzę, że nie rozpoznajesz brytyjskiej flagi narodowej - powiedział płaskim tonem, robiąc krok, kiedy jakaś dziewczyna nabrała nawóz do swojego wiaderka i kolejka przesunęła się do przodu. - Żarty sobie robisz?

- Czarodzieje nie mają flag - poinformował go Louis. - Mamy rodowody i herby. Ale skąd mógłbyś o tym wiedzieć, twoi rodzice to w końcu Mugole.

Wbrew temu, co powiedział, Louis wcale nie uważał osób urodzonych w niemagicznych rodzinach za gorsze. Czasy prześladowania Mugoli i nazywania ich „szlamami” minęły wraz z upadkiem Voldemorta. Tata Zayna był Mugolem, profesor Teasdale, ulubiona nauczycielka Louisa, była pochodzenia mugolskiego… To po prostu Styles wyzwalał w nim najgorsze instynkty. W normalnych okolicznościach Louis nigdy nie zniżyłby się do poziomu, jaki nazywano czasem malfoyowskim (to za sprawą Dracona Malfoya i jego niesławnych odzywek, które przetrwały w pamięci uczniów do teraz), a patrzcie, co się stało. Draco byłby dumny.

Harry pokraśniał na policzkach, ale był to jedyny dowód na to, że komentarz Louisa w jakiś sposób go dotknął.

- Jesteś takim ignorantem, Tomlinson, w dodatku hipokrytą. Dobrze, że takich czarodziejów, jak ty, jest coraz mniej - wyrzucił z siebie. - Nie istnieją już czystokrwiste rody. W tobie też płynie krew Mugoli, tylko nie chcesz się do tego przyznać.

- Gadaj zdrów, Styles. I tak cię nie słucham - odparł ze znudzeniem Louis.

- Dziwię się, że Zayn jeszcze cię nie olał - padło następnie. - Facet jest w porządku, ma poukładane w głowie i dobrze się z nim rozmawia. Wielka szkoda, że nie umie dobierać sobie przyjaciół.

Zayn? To wytrąciło Louisa z równowagi i sprawiło, że wyprostował plecy. Malik słowem nie wspomniał, że przeszedł ze Stylesem na ty. Kiedy do tego doszło? Może w trakcie wspólnego szlabanu u Filcha. Louis poczuł jakąś dziwną sensację w żołądku, ale przyporządkował ją reakcji na obraźliwe słowa Harry’ego.

- Jestem najlepszym przyjacielem, jakiego mógłbyś sobie wyobrazić - warknął, gromiąc wzrokiem Gryfona. Jeżeli ostrzegawczy błysk w zielonych oczach był jakąkolwiek poszlaką, wyższy chłopak podzielał jego zdenerwowanie. Louis miał to gdzieś. - Spadaj, Styles.

- Bardzo chętnie.

Osoba przed nimi odeszła, co Harry wykorzystał, by podejść do beczki i nabrać do wiadra smoczego łajna, tym samym ucinając ich rozmowę. Louis uparcie poszedł za nim, dźgając go mocno łokciem w żebra, żeby się posunął i zrobił mu miejsce obok siebie. Smród, jaki dobywał się z beczki był niemożliwy do wytrzymania, ale Louis dzielnie wstrzymał oddech i zanurzył własne wiadro w zielonkawej mazi, nie chcąc wyjść przed Stylesem na słabeusza. Może był od niego niższy, może nie chodził na siłownię (wcale nie musiał, miał idealną sylwetkę), ale nie brakowało mu siły. Nie był też delikatną baleriną, jak czasem o nim mówiono w głupich żartach.

Harry napiął mięśnie i wyciągnął pełne wiadro, a szata na jego prawym ramieniu przyjemnie opięła imponujący biceps. Nie żeby Louis się przyglądał, był w końcu zajęty sapaniem i siłowaniem się z ciężarem w swoich dłoniach. Kiedy udało mu się udźwignąć nawóz, obrócił się, by rzucić Gryfonowi triumfalny uśmiech, ale chłopaka już nie było. Stał z powrotem przy swojej ławce, obsadzając gwałtownie tykwobulwę i rozrzucając przy okazji łajno na wszystkie strony, podczas gdy jedna z jego licznych przyjaciółek, Rita, czy jakoś tak, szeptała mu gorączkowo do ucha, co jakiś czas oglądając się z niesmakiem na Louisa, jakby to on był źródłem nieprzyjemnego zapachu w szklarni.

Z jakiegoś powodu Ślizgon poczuł ukłucie zawodu. Poczłapał markotnie do Zayna, od razu atakując go pytaniem, od kiedy to brata się z wrogiem za jego plecami.

***

Jak na wychowanka domu Salzara Slytherina przystało, ulubionym przedmiotem Louisa były Eliksiry, a choć Snape nie żył i prowadzący te zajęcia profesor nie faworyzował już Ślizgonów, chłopak był w nich cholernie dobry. Cholernie, cholernie dobry. Najlepszy z rocznika, drugi w całej szkole. Pierwsza, jak na ironię, była Gemma Styles, której młodszy brat nie potrafił nawet posiekać suszonej mięty, jakiej używali tego dnia do przyrządzenia Eliksiru Euforii. Louis przypatrywał się jego marnym próbom wyrównania koślawych pasków i śmiał się pod nosem z niewprawnych pociągnięć nożem, szepcząc o wszystkim Zaynowi, który w odpowiedzi kazał mu się zamknąć i zająć własną pracą. Ale Zayn był w złym humorze, bo Perrie na oczach wszystkich w Holu Głównym przyjęła zaproszenie od Olliego Mursa na bal zimowy, więc Louis mu wybaczył.

Po pierwszej godzinie zajęć, znudzony bezczynnym doglądaniem idealnie gotującego się eliksiru, podniósł się z miejsca i poszedł do ciasnego schowka na ingrediencje poszukać fig abisyńskich, które będą im potrzebne w końcowej fazie wegetacji mikstury. Stanął pod jedną z półek, przyglądając się zawartościom poszczególnych pudełeczek. Było tam wszystko, nawet sproszkowane paznokcie nimfy wodnej. Louis poczuł nieznane pociągnięcie ekscytacji na myśl, ile wspaniałych eliksirów mógłby przyrządzić, gdyby miał prywatny dostęp do tak rzadkich substancji. Mógłby… uwięzić w butelce sławę… uwarzyć chwałę… a nawet powstrzymać śmierć… Mógłby dosłownie…

Drzwiczki z tyłu zaskrzypiały, wyrywając go z zamyślenia. Wzdrygnął się i cofnął palce, którymi niemal dotykał już zakurzonej fiolki ze smoczą krwią. Kiedy się obrócił, zobaczył oczywiście Harry’ego Stylesa.

- Dlaczego mnie to nie dziwi - mruknął do siebie, choć w niewielkim pomieszczeniu słowa zabrzmiały na tyle głośno, by Gryfon także je usłyszał. - Nie mogłeś chwili beze mnie wytrzymać, co? Musiałeś przyjść za mną?

Harry wywrócił oczami, skanując półki na lewo od swojej twarzy.

- Pojęcia nie miałem, że tu jesteś - odpowiedział zdawkowo. - Naprawdę nie mam ochoty na kłótnie, więc siedź cicho i daj mi spokojnie wziąć to, czego potrzebuję.

Ta nędzna podróbka Micka Jaggera nie będzie mu mówiła, co ma robić, prawda? Niewiele jest mugolskich zespołów, o których Louis słyszał, ale The Rolling Stones należy do wyjątków, a Mick miał swego czasu bardzo apetyczny tyłek. Ach, ich muzyka też była niczego sobie. Ale chodziło przede wszystkim o ten tyłek.

- Kto się kłóci? Próbuję tylko być przyjacielski - odrzekł Louis, oparłszy się biodrem o dębowy stelaż kredensu i śledząc wzrokiem lekko nieporadną minę Gryfona, gdy ten przeglądał zawartość poszczególnych półek, najwyraźniej nie mając kompletnie pojęcia, gdzie szukać tego, czego potrzebował. Jego włosy były napuszone o wiele bardziej, niż zwykle, zapewne w wyniku pochylania się na kociołkiem, z którego unosiły się bujne opary, a skóra zaróżowiona. Podwinął też rękawy szaty i na lewym nadgarstku Louis dostrzegł całkiem ładny zegarek. Był mugolski, więc nie działał w Hogwarcie, ale Louis słyszał, że wielu ludzi nosiło zegarki z przyzwyczajenia, nawet ich nie używając, co mogło tłumaczyć obecność urządzenia na przedramieniu chłopaka. Dłonie też miał przyjemne dla oka - szerokie, o smukłych palcach, duże. Nie były to dłonie Mistrza Eliksirów, nie nadawały się do operowania delikatnym sierpem lub srebrnym nożykiem, ale mogły być bardzo użyteczne przy… wykonywaniu różnych innych czynności. Louis przystopował bieg swych myśli, zanim te wypłynęły na niepożądane wody. Najwyraźniej toksyczne opary w klasie i jemu uderzyły do głowy, bo to niemożliwe, aby na trzeźwo rozważał, czy Styles był opcjonalnie utalentowanym kochankiem, czy też nie.

Jednakowoż, z takimi dłońmi… ach, stop.

- Czego szukasz? - zapytał w końcu, kiedy cisza w schowku przedłużała się, a Harry wciąż bezowocnie szperał po szafkach. - Mniemam, że jestem odrobinę bardziej zaznajomiony z topografią tego pomieszczenia, jako najlepszy uczeń i w ogóle, więc mógłbym służyć ci radą.

Gryfon odwrócił powoli twarz, na której malowało się niedowierzanie pomieszane z lekką konsternacją. Jego oczy nieufnie omiotły sylwetkę Louisa, a potem, najwyraźniej nie wykrywszy żadnego podstępu, różowe usta otworzyły się i wypadło z nich krótkie…

- Mięta. - Sekundowa pauza. - Szukam mięty.

Nic dziwnego, że był na tyle zdesperowany, by przyjąć pomoc od ostatniej osoby, której mógł w tym temacie zaufać. Musieli użyć mięty wieki temu, praktycznie na samym początku pracy z tym konkretnym eliksirem. Jeżeli ktoś tego nie zrobił, jego wywar - bo eliksirem nazwać tego nie można - był bezużyteczny. Wtedy Louis przypomniał sobie, w jaki sposób Harry posiekał swoją miętę… nie było mowy, aby do czegokolwiek nadawała się po takich torturach. W głowie Ślizgona uformował się natychmiast niecny plan. Po prostu nie mógł przepuścić takiej okazji.

Spojrzał w te wypełnione nadzieją (o losie) oczy, a następnie zrobił najbardziej współczującą minę, na jaką było go stać, upewniając się, że wyrażała ona także głębokie poczucie winy.

- Przykro mi, Styles - zaczął ze skruchą, a oblicze Harry’ego zmarniało, jakby już wiedział, co usłyszy dalej - ale tak się składa, że ja też przyszedłem tu po miętę. Obawiam się, że to ostatnia porcja, jaka została w zapasach.

Uniósł do góry pięść; zwisały z niej końcówki zielonego pęczka, który ułamek sekundy wcześniej złapał z koszyka za swoimi plecami, więc ruch ten pozostał niezauważony przez Gryfona.

Harry zwiesił ramiona w geście przegranej i przygryzł wargę. Louis niemal marzył w duchu, aby chłopak poprosił go o podzielenie się rośliną, ponieważ wyglądał w tym momencie tak nieszczęśliwie, że Ślizgon mógłby się wspaniałomyślnie zgodzić. Ale nie poprosił. W zamian westchnął cicho i potarł kark, unosząc głowę do góry.

- Naprawdę jej potrzebujesz?

- Myślisz, że w przeciwnym wypadku marnowałbym tutaj swój czas?

Harry zamrugał i wzruszył ramionami.

- Mam dzisiaj pecha - powiedział, wykrzywiając usta w czymś, co przy dużej dozie fantazji mogłoby ujść za uśmiech. Dla tych, którzy nie posiadali wyobraźni był po prostu grymasem zrezygnowania. - Trudno, kto pierwszy, ten lepszy, co nie?

Louis bez słowa przytaknął, obracając w dłoniach zielone łodygi.

- W takim razie nic tu po mnie.

Harry obrócił się na pięcie i wyszedł ze składziku, a Louis odbił się od kredensu i podążył za nim. Idąc przez klasę widział, jak Harry staje przy swojej ławce, a profesor podchodzi do niego, miesza w jego kociołku i marszczy nos. Wielkie T, jakim mężczyzna ocenił jego pracę na swoim pergaminie, było widoczne z drugiego końca lochu. T jak Troll.

- A co nam pokaże pan Tomlinson? - rozległo się po kilku minutach, w czasie których Harry z nadąsaną miną uporządkował swoją ławkę, a także pozbył się bulgoczącej cieczy, która miała być jego eliksirem. Louis przeniósł spojrzenie na profesora i nie mógł powstrzymać zadowolenia, jakie wypełniło jego wnętrze, gdy zobaczył na twarzy dorosłego mężczyzny wyraz pozytywnego zaskoczenia. - Ach, no proszę! Powinienem był się tego spodziewać, naprawdę, ale szalenie trudno uchwycić odpowiedni moment dodania poszczególnych składników, co jest tak ważne przy ważeniu Euforii! Wrzucił pan miętę po dwunastu minutach od zagotowania się naparu, czyż nie?

- Dokładnie po dwunastu minutach i trzydziestu dwóch sekundach - uściślił Louis.

- Wspaniale! Najwyższa ocena, Tomlinson. Niebywała ręka, a to dopiero piąty rok.

Profesor przeniósł się dalej, wciąż mamrocząc pod nosem pochlebstwa, a Louis automatycznie podniósł wzrok. Harry patrzył na niego wściekle, w zielonych tęczówkach migotała chęć mordu i poczucie zdrady, ale także coś jeszcze. Po plecach Louisa przebiegł dreszcz podniecenia, ponieważ spojrzenie Gryfona obiecywało mu zemstę. Już nie mógł się doczekać.

***

- Jesteś pewny, że z nami nie idziesz? - zapytał Zayn, stojąc nogami w garbie posągu jednookiej czarownicy, ubrany w swoje najbardziej wyzywające szaty i z quiffem przeczącym prawom grawitacji. - Piątek, Lou. Ominie cię impreza.

Louis pokręcił głową.

- Nie mam dzisiaj ochoty. Odbijemy to sobie za tydzień, okej?

Zayn westchnął, ale gołym okiem było widać, że nie chce tracić więcej cennego czasu na bezsensowne próby wyciągnięcia przyjaciela do pubu. Poklepał Tomlinsona po łopatce.

- Koniecznie. Do zobaczenia rano.

- Mhm, będę czekał z eliksirem na kaca. Bawcie się dobrze.

Czarnowłosy chłopak uśmiechnął się zawadiacko i zniknął w otworze, który zamknął się za nim z cichym trzaskiem. Korytarz wypełniła niespotykana cisza i spokój, dwie rzeczy bardzo w tamtej chwili przez Louisa pożądane. Podejrzewał, że był chory. Na pewno miał gorączkę, do tego dochodził także nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej i kaszel. Nikt nie powinien się dziwić, że zrezygnował z piątkowego wypadu do Hogsmeade, skoro nawet uniesienie szklanki z wodą było niemal ponad jego siły. Chciał po prostu wrócić do dormitorium, położyć się na swoim łóżku i zasnąć. Ewentualnie łyknąć coś na przeziębienie. W szafce powinien mieć jeszcze resztkę Eliksiru Pieprzowego, który pomógłby mu przetrwać noc.

Nie zdążył jednak oddalić się od posągu o dalej, niż trzy kroki, gdy pokrywa znowu się otworzyła i z wnętrza zaczęła gramolić się na wolność pociągła sylwetka. Louis zatrzymał się, mrużąc oczy, ponieważ gorączka zamazywała mu nieco widoczność, ale nie był pewny, kogo ma przed sobą.

- Zayn? - zaryzykował, choć nie wiedział, po co jego przyjaciel miałby wrócić.

Nieznajomy zastygł w zaskoczeniu, a potem szarpnął się do przodu, tracąc równowagę, i zleciał na marmurową posadzkę, jęcząc głośne „Ałłaaaa!”, gdy jego tyłek wylądował na twardej podłodze. Louis znał ten głos aż za dobrze i sam jego dźwięk sprawił, że wciągnął gwałtowniej powietrze do płuc, a jego policzki oblały się gorącem. Choroba naprawdę dziwnie działała na jego ciało.

- Na Merlina, Styles - powiedział pod nosem, podchodząc do wciąż leżącego na podłodze chłopaka i wyciągając rękę, by pomóc mu wstać. Gryfon bez zastanowienia ujął jego dłoń, pozwalając mu podciągnąć się w górę i Louis zrozumiał natychmiast, jakim cudem udało mu się wylecieć z posągu. Był wstawiony. Nawet bardzo.

Styles bezwstydnie upił się w Hogsmeade, zanim na zegarze wybiła godzina ósma wieczorem. Niech no tylko Louis opowie o tym w pokoju wspólnym, śmiech nie ustanie przez tydzień.

- Dziękiii - wybełkotał Harry, stając chwiejnie na nogach, a potem czknął głośno. - Ojej, pardon. Chyba wypiłem jedno lub ewentualnie dwa kremowe za dużo… Hik!

Louis uniósł brwi.

- Upiłeś się piwem kremowym? - zapytał dla jasności, a kiedy wyższy chłopak skinął głową, powtórzył z niedowierzaniem. - Na Merlina, Styles. To hańba, nawet dla Gryfona. Gdzie są twoi kumple, gdy ich potrzebuje twój pijany tyłek?

- Oni… oh! - Harry zachwiał się gwałtownie, lecąc na pobliską ścianę i Louis w ostatniej chwili złapał go mocno w talii, chroniąc przed ponownym upadkiem na podłogę. - Przep… raszam, Tommo. Ziemia wiruje?

Z bliska Harry pachniał jak piwo kremowe, ziemia z korytarza łączącego Hogwart z Miodowym Królestwem oraz gorzka czekolada. Louis odkrył, że to połączenie działa kojąco na jego trawiony gorączką umysł, a ciepło ciała drugiego chłopaka jest przyjemniejsze, niż powinno.

- Tommo? - zapytał, ignorując miękkie brzmienie swojego głosu. Był poważnie chory. Miał gorączkę. W tych okolicznościach pewnie rzeczy mogły mu ujść płazem, prawda? Mógł na chwilę odłożyć na bok niechęć do Gryfona. I tak nikt się o tym nie dowie.

- Louis Tommo Tomlinson - zgodził się Harry, otaczając jego szyję ramieniem. Louis czekał, aż chłopak powie coś jeszcze, ale Gryfon wydawał się kompletnie usatysfakcjonowany swoją odpowiedzią. Gdy stało się jasne, że to już wszystko, westchnął ciężko.

- Jest z tobą gorzej, niż myślałem. Okej, zaprowadźmy cię pod portret Grubej Damy, zanim natkniesz się w tym stanie na Filcha.

- Założę się - wymamrotał bełkotliwie tamten, chichocząc cicho bez wyraźnego powodu - że byłbyś bardzo, bardzo szczęśliwy, gdyby złapał mnie Filch.

Louis nie był już tego taki pewny.

- Nie bądź śmieszny. Jeśli wyrzucą cię z Hogwartu za nielegalne wycieczki poza teren szkoły, komu wtedy będę uprzykrzał życie? - Spojrzał w górę na twarz Stylesa, jego półprzymknięte oczy i zarumienione policzki. Coś w jego wnętrzu drgnęło. Szybko odwrócił wzrok, czując gorąco na karku i dziwną sensację w żołądku. To musiały być mdłości. - Poza tym - odchrząknął - jestem tu razem z tobą. Jeszcze pomyślą, że byliśmy w Miodowym razem i mi też się oberwie.

Miał pewien problem z prowadzeniem Harry’ego po równiej linii; chłopak, idealnie wpasowując się w rysy osoby pijanej, szedł slalomem od ściany do ściany, choć na całe szczęście poruszał się też do przodu. Musieli stanowić zabawny widok, nie tylko ze względu na różnicę wzrostu. Pijany Gryfon prowadzony pod ramię przez trzeźwego Ślizgona z gorączką? Coś takiego nie zdarzało się zbyt często, możliwe, że to pierwszy podobny przypadek w historii. Louis podzielił się tą myślą z Harrym, na co Styles zachichotał, a potem westchnął tak przejmująco, jakby westchnięcie to pochodziło z samych czubków jego palców u nóg.

- Rita mówi, że mam słabą głowę do alkoholu - wyznał smutno, potykając się o pierwszy stopień wysokich schodów, prowadzących z trzeciego piętra na siódme. - Czy ona ma rację, Louis?

Ślizgon nie wierzył, że to dzieje się naprawdę. Nie tylko ściskał w pasie Harry’ego i praktycznie wciągał go na górę, ale też rozmawiał z nim jak cywilizowany człowiek. Może to dlatego, że pijany Styles był uroczy (uroczy?), ale Louis poczuł do niego cień prawdziwej sympatii. Poklepał go po dłoni, przywierając mocniej do żywego grzejnika, gdy nagły powiew zimniejszego powietrza przepłynął mu po plecach.

- Chyba ma. Zginąłbyś marnie, gdybyś poszedł do pubu ze Ślizgonami. Przestajemy pić piwo kremowe w wieku lat trzynastu. To podstawowe prawo naszego Domu, pijesz Ognistą albo nie jesteś godny. - Salzarze, skąd brała się ta łagodna nuta w jego głosie? - Czujesz, że trzeźwiejesz, Styles?

W odpowiedzi Harry ukrył twarz we włosach niższego chłopaka.

- Czuję, że zaraz zwymiotuję. To chyba niedobry znak.

- Umm - wymamrotał Louis, kiedy gorący oddech rozwiał mu włoski na karku. Zadrżał i zakręciło mu się lekko w głowie. - Pospieszmy się.

Przez jakiś czas wspinali się w ciszy, opierając jeden o drugiego. Harry opanował w końcu swoje długie nogi, które z początku plątały się jak u małego jelonka, który stawia pierwsze kroki, ale teraz zaczynały powoli współpracować. Louis wypracował też działający przy ich różnicy wzrostu rytm: jako pierwszy wchodził na nowy stopień, a następnie pociągał za sobą Gryfona, który to zwalniał nacisk na jego ramiona, dając mu większe pole manewru.

- Ed mi coś powiedział - odezwał się niespodziewanie Harry, gdy pokonali pierwszą z trzech kondygnacji schodów prowadzących na siódme piętro. Zatrzymał się raptownie, łapiąc poręczy i zagapił się w przestrzeń, jakby intensywnie nad czymś myślał. Louis, którego głowa wciąż spoczywała w zagłębieniu pod jego pachą, nie miał wyboru, jak tylko również przystanąć; był w głównej mierze uwięziony pomiędzy poręczą a umięśnionym bokiem Gryfona i pozycja ta nie należała do najwygodniejszych.

- Co ci powiedział Sheeran? - ponaglił go, gdy chłopak znowu się zawiesił. Czuł ból w gardle, jego ciałem wstrząsały dreszcze, a głowa pulsowała od środka, ale zamiast zmierzać w kierunku ciepłego łóżeczka, szedł dokładnie w przeciwną stronę, odprowadzając pijanego Stylesa na drugi koniec zamku. Powinien był zostawić go pod tamtym posągiem, ale nawet on nie był na tyle wredny, by to zrobić. - No, Styles, zastanów się. Wiem, że potrafisz. Co takiego usłyszałeś od Sheerana? Im szybciej sobie przypomnisz, tym szybciej będziemy w domu.

Powieki Harry’ego opadły i Louis już miał jęknąć „Nie zasypiaj na środku schodów, pacanie!”, gdy Gryfon znowu je otworzył. Uśmiechnął się z satysfakcją.

- Ed mi powiedział, że kiedy wyjdę z czarownicy, mam sprawdzić kieszenie spodni - rzekł trochę niewyraźnie, a potem poklepał się dumnie po piersi. - Tak mi właśnie powiedział.

Louis przytaknął głową.

- No to je sprawdź.

Styles sięgnął niezdarnie najpierw do jednej, a potem do drugiej kieszeni i nic. Pomiędzy jego brwiami wytworzyła się zmarszczka. Dopiero z tylnej wysupłał maleńką fiolkę z pomarańczowym eliksirem, który Louis poznałby wszędzie.

- Eliksir trzeźwości! Styles, ty idioto, cały czas miałeś to przy sobie i nic nie powiedziałeś? Oszczędzilibyśmy sobie ostatnie pół godziny szamotaniny!

Ze zdenerwowania zapomniał, że jest chory i słaby i walnął Gryfona w ramię. Mocno. Siłę tego uderzenia poczuł w każdej kości swojego ramienia, więc naprawdę nie powinien się dziwić, że niczego niespodziewający się Styles stracił równowagę i poleciał do tyłu, machając nieporadnie rękami. Flakonik wystrzelił do góry i Louis widział niemal w zwolnionym tempie, jak przelatuje przez balustradę schodów i uderza w najbliższą kolumnę, rozpryskując się na milion błyszczących kawałeczków. Sam był temu winny.

- Nieee…

Harry, leżąc na wznak na zimnej podłodze, śmiał się tak głośno, że niektóre portrety na ścianach odwróciły się w ich stronę ze zgorszeniem, szepcąc coś do siebie. Louis otarł czoło i popatrzył na niego bez wyrazu, a potem sam się uśmiechnął, pokonany. Styles był niemożliwy po pijaku. Zachowywał się jak dziecko.

- No już, skarbie, wstawaj - powiedział, trącając Gryfona stopą w łydkę. - Nie każ mi cię przelewitować do wieży.

- Wszystko się kręci i obraca, awww - zagruchał Harry i wyciągnął rękę prostopadle do swojej klatki piersiowej, poruszając w powietrzu palcami, jakby usiłował schwytać niewidzialnego świetlika. - Podoba mi się.

- Jesteś pewny, że to było tylko piwo? Nikt cię nie częstował podejrzanymi cukiereczkami?

Harry cofnął rękę i obrócił głowę na bok, żeby mu się przyjrzeć. Jego spojrzenie było mętne, oczy błyszczały nienaturalnie, a skórę przyozdabiały wypieki.

- Masz ładną twarz - zadecydował. - Ale naprawdę ładną.

Louis nie bardzo wiedział, jak zareagować na ten pijacki komplement, poza tym miał gorączkę i chciało mu się pić. Normalnie kazałby Stylesowi zamknąć buzię i spadać, ale to nie była normalna sytuacja, a Harry mówił poważnie. W każdym razie na tyle poważnie, na ile możliwość ma osoba po spożyciu znacznej ilości alkoholu. Jego oczy przybrały najbardziej intensywny odcień zieleni, jaki Louis kiedykolwiek u kogokolwiek widział, w dodatku patrzyły na niego tak zaborczo, że Ślizgon nie miał odwagi odwrócić spojrzenia. A usta? Chyba jeszcze o nich nie wspomniał. Były obscenicznie wielkie, różowe, teraz lekko rozchylone. Wyglądały, jakby ich właściciel często je przygryzał, a mimo to niższy chłopak zaczął obsesyjnie zastanawiać się, czy byłyby miękkie pod opuszkami jego palców.

Jak gdyby słysząc jego myśli, Harry wystawił czubek języka i przejechał nim po swoich wargach, a potem uśmiechnął się lekko. Wciąż leżał na podłodze, zginając jedną nogę w kolanie i mrużąc oczy w świetle lampionów. Jego poza była niemal… uwodzicielska.

Louis naprawdę potrzebował snu.

- Zostawię cię tutaj na pastwę Pani Norris, przysięgam, jeżeli zaraz nie wstaniesz - wychrypiał, przekładając ciężar ciała z nogi na nogę. - Nie żartuję, Styles. Lepiej podnieś ten swój tyłek.

Harry zajęczał, ale ostatecznie udało mu się stanąć na nogach, choć wciąż chwiał się jak nowo posadzone drzewo na silnym wietrze. Louis ponownie chwycił go pod ramię i tym razem bez żadnych przygód dotarli na samą górę, a potem przeszli przez korytarz i zatrzymali się pod portretem Grubej Damy, która spała w najlepsze pomiędzy krzakami róż. Musiało zrobić się późno.

Przez minutę stali w niezręcznej ciszy, którą ostatecznie przewał Harry, mówiąc niespodziewanie przytomnym tonem:

- Nie powinieneś wiedzieć, gdzie znajduje się nasz Pokój Wspólny.

Jego głos nie zlewał się już tak bardzo w niezrozumiały bełkot, chłopak musiał powoli trzeźwieć.

Louis wzruszył ramionami, odetchnąwszy w duchu z ulgą.

- Ty nie powinieneś wykradać się do Hogsmeade, a jednak to robisz. Gdzie to sławne umiłowanie przepisów, jakim szczyci się twój Dom?

- Jestem pewny, że to Puchoni. W Gryffindorze króluje odwaga i do wyczynów ochota - zaintonował cicho starą przyśpiewkę Tiary Przydziału, nie spuszczając zielonych tęczówek ze Ślizgona. - Od jutra znowu będziesz mnie nienawidził, prawda? - zapytał już poważniej, jakby zawiedziony.

Louis westchnął, naciągając rękawy swetra na zlodowaciałe dłonie. Nagle poczuł smutek, że ta chwila beztroski dobiegła końca. Koniec końców Gryfon nie był aż taki zły.

- Nie nienawidzę cię, Styles.

- Śmiejesz się z moich rodziców. Okłamałeś mnie, że potrzebujesz tamtej mięty.

- Uh, naprawdę wytrzeźwiałeś, prawda? I cóż takiego ci się stało?

- Przez ciebie zawaliłem eliksiry.

- Jestem Ślizgonem, to był tylko głupi przekręt. Każdy ma jakieś hobby.

Nastąpił moment ciszy. Kąciki ust Harry’ego drgnęły zdradziecko.

- Hobby?

- Może lubię patrzeć, jak zalewa cię krew i masz ochotę przywalić mi pięścią w twarz.

- Masz masochistyczne zapędy - zawyrokował Harry powoli. - Uważaj, bo jeszcze podejmę wyzwanie.

Okej, nie flirtowali. To nie był flirt. To było… coś innego.

Louis musiał się jednak upewnić. Zaryzykował i odchylił delikatnie głowę na bok, odsłaniając szyję. Przełknął, a wzrok Harry’ego automatycznie opadł do jego jabłka Adama, obserwując z wyraźnym głodem, jak podskakuje ono w górę i w dół. Och.

A więc Gryfon na niego leciał. Interesujące.

- To obietnica? - Louis uniósł brew. Cholera, nie powinien był tego robić, popełnił ogromny błąd.

Ale nie potrafił się tym przejmować, gdy na twarzy Stylesa znowu zobaczył ten dziki wyraz, który mówił mu tak. Szykuj się, Tomlinson. To dopiero początek.

Nie mógł się już doczekać.

- Czy któryś z was może łaskawie wypowiedzieć hasło i skończyć te pogaduszki? Próbuję spać.

Gruba Dama z irytacją łypała na nich spomiędzy różanych liści. Louis przypomniał sobie, gdzie jest i co robi. Znowu: to wszystko przez tą przeklętą gorączkę.

- Uważaj na Filcha, Tomlinson.

- Nie zapomnij postawić sobie przy łóżku eliksiru na kaca, Styles.

Po tych słowach rozeszli się w swoje strony.

***

Okazało się, że Louis miał grypę, więc cały weekend spędził w łóżku pod kołdrą, na zmianę śpiąc i lamentując o swej niedoli. Zayn szybko stracił cierpliwość, oznajmiając, że nie ma zamiaru przez całe dwa dni słuchać jego jęków i jeżeli Louis zaraz nie przestanie, odmówi dostarczania mu ciepłego mleka z kuchni. To była prawdziwa groźba w jego ustach, więc chłopak ostatecznie zgodził się cierpieć w ciszy.

W poniedziałek był znowu zdrów jak ryba i tryskał energią. Przed nikim by się nie przyznał, ale jego dobry humor brał się przede wszystkim z faktu, że przy śniadaniu miał zobaczyć znowu Stylesa. Od pamiętnego wieczora, kiedy Gryfon upił się i ledwo trzymał na nogach, nie miał okazji stanąć z nim twarzą w twarz, ani nie wszedł w kontakt z jego śmieszną fryzurą. Tęsknił za ustawicznym dogryzaniem sobie i ciętymi ripostami… no i pamiętał o obiecanej mu zemście.

Harry jak zawsze siedział przy stole Gryffindoru. Po jego lewej zajął miejsce Ed, a po prawej Rita. Cała trójka rozmawiała o czymś przy pucharach z sokiem dyniowym i nie zwracała uwagi na nic innego. Louis obserwował ich przez chwilę, pozwalając swoim myślom dryfować bez celu, a następnie westchnął i zajął się nakładaniem sobie jajecznicy na talerz. Może będzie musiał jeszcze trochę poczekać na wznowienie akcji.

Był ciekawy, co wymyśli dla niego Harry.

Wtedy Zayn szturchnął go łokciem. Louis spojrzał na niego wilkiem, ale oczy chłopaka utkwione były w czym innym, a jego usta otworzyły się na kształt litery o. Wydawał się kompletnie oniemiały.

- Coś nie tak, Zayn? - zapytał Tomlinson z irytacją.

- Twoje… włosy - wydukał Ślizgon, unosząc rękę i wskazując palem na głowę Louisa. - Nie wiem, naprawdę, przed chwilą były normalne, ale kiedy znowu zerknąłem… one…

- Co? - Louis chwycił najbliżej stojący nieużywany talerz i podniósł go sobie na wysokość twarzy, wykorzystując polerowane srebro jako substytut lustra. Jego oczy momentalnie zrobiły się wielkie. Zerwał się na nogi. - STYLES. CO. TO. MA. ZNACZYĆ.

Wszystkie głowy w Wielkiej Sali obróciły się w jego kierunku, ale Louis widział tylko jedną osobę, która z miną niewiniątka siedziała pośród reszty Gryfonów. Tu i ówdzie rozległy się zduszone śmiechy, gdzieś na drugim końcu komnaty ktoś otwarcie śmiał się w głos. Zielone oczy błyszczały w zadowoleniu.

- Ładna fryzura, Tomlinson - rzucił Harry przez salę. - Powiedziałbym nawet, że STYLOWA.

Louis podniósł się na nogi i ignorując spojrzenia uczniów, opuścił pomieszczenie. Jego niebieskie włosy z czerwonymi i białymi pasemkami powiewały podczas szybkiego marszu niczym flaga Wielkiej Brytanii na wietrze. Będąc poza zasięgiem wzroku, Louis pozwolił sobie na jeden krótki uśmiech. Zapowiadała się niezła zabawa.

***

Od tego czasu zaczęli robić sobie podobne dowcipy. Nic poważnego, aby nikomu nie stała się krzywda, ale wystarczająco permanentnego (włosy Louisa wciąż posiadały błękitne refleksy), żeby drugi chciał się odegrać. Trwało to miesiąc i wkrótce wszyscy w zamku wiedzieli, że kiedy Styles i Tomlinson znajdowali się w jednym pokoju, lepiej odsunąć się na bok. Profesor Hagrid porównywał ich nawet do sławnego Pottera i Malfoya, zaznaczając jednak, że tamci pałali do siebie czystą nienawiścią, podczas gdy oni zachowywali się bardziej jak dwa rozjuszone kociaki, walczące o kłębek wełny.

To były niewinne żarty, tak, ale Louis zauważył, że z każdym kolejnym razem coraz częściej dążyli też do poważniejszego kontaktu fizycznego, szukając pretekstu, by przesunąć dłonią po ramieniu, wcisnąć palce pomiędzy żebra, musnąć biodro. Czasem wydawało mu się, że spojrzenie Harry’ego dosłownie rozbierało go na środku korytarza i Ślizgon na samo wspomnienie zapominał, jak się oddycha. Nigdy wcześniej nie czuł tak ogromnej potrzeby, aby przyprzeć kogoś do ściany i poczuć go całym ciałem, zbadać każdą wypukłość stawów, odkryć niedoskonałości natury. Pocałować.

Jak już wspominał wcześniej, Styles wyzwalał w nim najgorsze instynkty.

Absolutnie nie miał mu tego za złe.

- Frustracja seksualna - powiedział kiedyś Zayn, kiedy siedzieli w bibliotece i próbowali skończyć swoje eseje na Zielarstwo - prowadzi do masturbacji i uszczerbku psychicznego. Im wcześniej dasz znać Harry’emu, że chętnie zobaczyłbyś go bez szat, tym szybciej skończycie te żałosne gierki.

- Cicho bądź - fuknął Louis w odpowiedzi. - Sam nie wiesz, o czym mówisz. Poza tym, nasze gierki są genialne.

Jedynym komentarzem Zayna na tę uwagę było głośniejsze skrobnięcie jego pióra, gdy wymalował na pergaminie Louisa wielkiego fallusa.

***

Louis był prefektem, co dawało mu przywilej używania ogromnej łazienki prefektów, z czego korzystał praktycznie bez przerwy. Tego wieczora zasiedział się w wannie pełnej różnobarwnej piany odrobinę dłużej, niż zwykle, więc zanim wytarł się i przebrał w piżamę, korytarze zdążyły całkowicie opustoszeć.

Drgające światło pochodni umocowanych do kamiennej ściany oświetlało mu drogę, gdy szedł spokojnie w stronę głównej klatki schodowej, nie za bardzo zwracając uwagę na otoczenie. W końcu był w lochach, swoim królestwie, a wszystkie najgorsze rzeczy zawsze przytrafiały się Gryfonom. Louis był pewny, że piwnice Hogwartu to najbezpieczniejsza część zamku, ponieważ znajdowały się najdalej od pechowego Gryffindoru. Mogło być to spowodowane także tym, że zwyczajnie nikt prócz Ślizgonów się tu nie zapuszczał, ale to już inna sprawa.

Jakież było jego zdziwienie, gdy potknął się nagle o coś małego i puszystego! Ręcznik wypadł mu z rąk, dzienna szata przeleciała przez ramię i wylądowała na podłodze, razem z różdżką. Louis zaklął cicho i schylił się po drewnianą pałeczkę, a potem obrócił się i wymierzył jej czubkiem w sprawcę całego zamieszania. U jego stóp siedział mały, biały kotek.

- Och, Merlinie - westchnął Louis, uśmiechając się do siebie delikatnie i wtykając różdżkę za gumkę swoich spodni od piżamy. Ale był niemądry. Ukucnął i pogłaskał zwierzątko po grzbiecie. - A skąd ty się tutaj wziąłeś?

Kotek zamiauczał przeciągle i przekrzywił główkę, a jego zielone oczy zaświeciły w półmroku. Serce Louisa spuchło w piersi. Miał słabość do słodkich kociaków.

- Chodź, znajdziemy twojego właściciela - powiedział i sięgnął po zwierzątko, ale kot natychmiast zwinnie uskoczył na bok. Louis zmarszczył brwi i ponowił ruch, jednak skończyło się identycznie. Za każdym razem, gdy próbował go złapać, zwierzak oddalał się coraz bardziej, mrucząc. - No dobra, skoro tak chcesz się bawić… - warknął Ślizgon przez śmiech i bez ostrzeżenia zerwał się z miejsca, biegnąc za kotkiem, który podskakiwał miękko na białych łapkach, prowadząc go w dół korytarza. Pościg, jakkolwiek nierozsądny, trwał ładne trzy minuty, dopóki zwierzę nie wpadło przez otwarte drzwi do rozświetlonego pomieszczenia, w którym Louis jeszcze nigdy wcześniej nie był. Zatrzymał się za progiem, rozglądając na boki.

Pokój wypełniały najróżniejsze sprzęty do ćwiczeń - rowery, bieżnie, samounoszące się hantle oraz wiszące w powietrzu drążki do podciągania. To musiała być ta sławna magiczna siłownia.

- Kici, kici, mały diable - zagruchał Louis miękko, zginając się w pół, żeby zajrzeć pod drewnianą skrzynię, którą wypełniały świeże ręczniki. - Gdzie się schowałeś?

- Pyłku! - usłyszał za sobą niespodziewanie niski głos. Podskoczył w powietrze, uderzając tyłem czaszki o drążek. Krzywiąc się niemiłosiernie i rozmasowując bolące miejsce, zrobił półobrót. Nie wiedział, że w siłowni był ktoś jeszcze. - Pyłku, ile razy mam ci powtarzać, że nie możesz sama chodzić po korytarzach?

W rogu stało dziwne urządzenie do podnoszenia ciężarów, a na jego brązowym siedzeniu zajmował miejsce półnagi Styles. Był spocony i zaczerwieniony na twarzy, niesforne loki ponownie przewiązał chustką, żeby nie wpadały mu do oczu, a w muskularnych ramionach trzymał białego kotka o imieniu Pyłek, który ocierał się pyszczkiem o jego policzek. To mógł być najsłodszy widok, jaki Louis miał kiedykolwiek okazję zobaczyć i jego żołądek wywrócił się do góry nogami. Nie wiedział, gdzie spojrzeć w pierwszej kolejności - na czarne tatuaże, które pokrywały skórę Harry’ego, czy na fantastycznie wyrzeźbione ciało? A może na pełen adoracji wyraz twarzy Gryfona, gdy ten przytulał swojego pupila?

- Ekhm - odchrząknął, zwracając na siebie uwagę Stylesa, który uniósł powoli głowę i w zaskoczeniu spojrzał na niego przez pokój. Louis nie wiedział, co powiedzieć. - Więc, eee… ćwiczysz tu sobie.

Żeby tak podłoga otworzyła się i pochłonęła go w całości. Albo zawalił się na niego sufit. Cokolwiek. Co gorsza Harry wyglądał, jakby z trudem powstrzymywał śmiech.

- No tak, ja… Na przyszłość pilnuj swojego kociaka, Styles. Jeszcze go kiedyś zgubisz.

Nie miał ochoty zrobić z siebie większego idioty, nie chciał też wdawać się tego wieczora w potyczki słowne, nawet (a może w szczególności) z Harrym, więc obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia, zaciskając mocno powieki, by dać upust emocjom. Nie lubił niespodzianek, niezbyt dobrze działał bez wcześniejszego planu i teraz czuł się jak ryba wyjęta z wody. Co miał począć ze Stylesem? Dosłownie zawsze musiał być gdzieś w pobliżu. Chłopak działał na niego niczym magnes na stalową igiełkę - nęcił go, przyciągał do siebie bez względu na wszystko. Ale przecież nie darzyli się sympatią. Louis był Ślizgonem, a Harry należał do Gryffindoru, więc niechęć od samego początku wpisana była w scenariusz ich znajomości. Zresztą żaden z nich nie chciał… nie chodziło o… Styles był po prostu cholernie wysportowany i bezczelny. Miał tatuaże. Nosił dziwne nakrycia głowy. Wyróżniał się z tłumu identycznie wyglądających uczniów Hogwartu i to dlatego Louis zwracał na niego uwagę.

- Hej, zaczekaj! - usłyszał, kiedy był już na korytarzu i szedł szybkim krokiem w kierunku najbliższego rozwidlenia dróg. Zawahał się, rozważając różne opcje, ale ostatecznie postanowił nie ignorować Harry’ego. Dałby tym tylko znać, że coś jest na rzeczy, prawda? A przecież nie było.

- Czego chcesz, Styles? - odpowiedział, obracając się przez ramię. Zobaczył przed sobą wysoką postać bez koszulki i w samych spodenkach (Jaki czarodziej nosi spodnie z nogawkami do kolan? To musiał być kolejny pomysł Mugoli.), która zbliżała się do niego pospiesznie, na wpół okryta cieniem.

- Skończmy z tym - rzucił bez ogródek Harry, przystając w niewielkiej odległości od Louisa. W pomarańczowej poświacie pochodni jego skóra błyszczała od potu i Ślizgon miał ochotę polizać jego obojczyki. W imię nauki, oczywiście. - Mówię poważnie, Louis. Skończmy tę szopkę.

Ślizgon wpatrywał się w niego w ciszy. Harry przygryzł dolną wargę i zmarszczył brwi.

- Louis - powiedział z naciskiem, robiąc krok do przodu.

- Styles - ostrzegł go Louis, krzyżując ramiona na piersi. - Zostań na swoim miejscu.

Wyższy chłopak potrząsnął lokami, które wymsknęły się spod bandany.

- Mam już dosyć zabawy w kotka i myszkę. Jestem zmęczony ciągłą walką. Nie możesz po prostu… - Louis automatycznie cofnął się, słysząc te słowa. - … dać za wygraną i przyznać, że też tego chcesz?

- Do diabła, jeśli wiem, o czym mówisz - parsknął Louis, czując w brzuchu rosnącą nerwowość. Do czego zmierzał ten nieprzewidywalny chłopak? - Nie za bardzo wiem, co możesz mieć na myśli.

- Zakopmy topór wojenny.

Musiał się przesłyszeć.

- Wybacz, chyba źle usłyszałem.

Harry odetchnął ze zmęczeniem, a potem pokonał ostatecznie dzielącą ich odległość, popychając Louisa na pobliską ścianę i unieruchamiając mu nadgarstki po obu stronach głowy. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że Ślizgon nie zdążył nawet zareagować; w jednej sekundzie stał na środku korytarza, a w drugiej jego plecy ocierały się o zimny kamień. Harry docisnął do niego swoje biodra, odbierając mu możliwość poruszenia się, i obniżył głowę. Był tak blisko, że Louis był w stanie rozróżnić pojedyncze rzęsy wokół jego zielonych oczu, policzyć blade piegi na czubku nosa.

- Rozum ci odjęło? - zawołał po kilku długich sekundach, odzyskawszy na chwilę głos. - Wypuść mnie w tej chwili!

W odpowiedzi Harry naparł na niego mocniej.

- Nie każ mi dłużej za sobą biegać. Merlinie, mam już dosyć czekania - wyszeptał niemal rozpaczliwie, a jego oddech połaskotał Louisa w szyję.

Louis nic z tego nie rozumiał. Poruszył się bezradnie i poczuł coś twardego i podłużnego na swoim udzie. Zamarł, unosząc wzrok na zielone tęczówki, które wbijały się w niego desperacko. Na myśl, że Harry mógłby… że chciał go tak bardzo, że zrobił się… Louis nie wytrzymał i przerwał kontakt wzrokowy. Sapnął, wiercąc się odrobinę gwałtowniej i zaraz zrozumiał, że była to tylko jego różdżka, którą wcześniej wetknął za gumkę swoich spodni od piżamy. Zalało go dziwne rozczarowanie.

- Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! Co ty sobie myślisz, Styles? Nie każdy padnie przed tobą na kolana tylko dlatego, że sobie tego zażyczysz. - Wykorzystując konsternację Gryfona, Louis wyswobodził jeden z nadgarstków i odepchnął od siebie chłopaka, natychmiast odsuwając się na rozsądną odległość. Jego serce dudniło w piersi, oddech był płytki i nierówny. Harry wyglądał jak osoba, która została właśnie spoliczkowana.

- Nie to miałem na myśli…

- Pieprzę to, co miałeś na myśli - rzucił Louis ze złością, dobywając różdżki. Harry uniósł defensywnie ręce do góry. - Jeszcze raz zrobisz coś takiego, to pożałujesz - ciągnął Tomlinson. - Przysięgam na moją matkę, Styles, dotknij mnie tak jeszcze raz, a rąbnę cię zaklęciem.

- Louis, prze…

Ślizgon odwrócił się i odszedł. Tym razem Harry za nim nie pobiegł.

***

- Ale czemu się nie zgodziłeś? - chciał wiedzieć Zayn pół godziny po tym, jak Louis wpadł niczym burza do Pokoju Wspólnego Ślizgonów i nie odzywając się do nikogo, zniknął w części sypialnianej.

- Zaskoczył mnie - odpowiedział szatyn w poduszkę, leżąc na brzuchu na swoim łóżku.

- Lou, to oczywiste, że Harry na ciebie leci. Tobie on też się podoba. Co cię powstrzymało?

Louis jęknął, szarpiąc włosy na czubku głowy.

- Nie wiem! Po prostu… To Gryfon.

- No i co z tego? Teraz nikt nie patrzy na takie rzeczy.

- Cóż, ja tak.

- Louis - westchnął Zayn, pocierając łydkę Tomlinsona. - Musisz z nim porozmawiać.

- Nie.

- Powiedz mu, że spanikowałeś i cofasz wszystkie swoje groźby.

- Nie.

- Powiedz mu, że masz ochotę na jego…

- Nie. I nie zamierzam już nigdy się do niego odzywać. Miałeś rację, najwyższy czas skończyć te głupie gierki, to i tak zaszło za daleko.

Zayn ponownie westchnął, ale nic więcej nie powiedział. Louis był mu za to wdzięczny.

***

Było oczywiste, że Harry zaczął go unikać. Po tygodniach ciągłych psikusów i głośnych sprzeczek pomiędzy lekcjami, nagła cisza przykuła uwagę nawet nauczycieli, którzy zaczęli podejrzliwie przyglądać się Louisowi, jakby spodziewali się odkryć w nim przyczynę tej zmiany. Niedoczekanie. Ślizgon ignorował wszelkie spojrzenia kierowane w jego kierunku, a na pytania znajomych odpowiadał wymijająco, albo wzruszał ramionami. Nie było o czym gadać.

Mijały dni, a sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Przy każdym spotkaniu, czy to na dziedzińcu szkolnym, czy na lekcji, twarz Harry’ego przybierała ten zacięty wyraz, ale Gryfon w głównej mierze zachowywał się tak, jakby Louis nie istniał. Nie patrzył na niego, nie odzywał się, nie reagował, gdy stali obok siebie w kolejce po nauszniki ochronne, które rozdawał profesor Longbottom. Z kolei Louis, jak na ironię, coraz częściej łapał się na tym, że śledził wysokiego chłopaka wzrokiem, chłonąc najmniejsze szczegóły jego wyglądu. Zauważył na przykład, że Harry miał smukłe, długie nogi i mocne uda oraz wąskie biodra, ponieważ pod szatami zawsze nosił bardzo obcisłe mugolskie spodnie, które apetycznie opinały wszystkie strategiczne miejsca dolnej połowy jego ciała. Jego szaleństwo osiągnęło szybko taki poziom, że nawet Stan zauważył, że coś jest nie tak i nie grzesząc taktem, zapytał któregoś dnia przy obiedzie, czy Louis i Harry regularnie się pieprzą, ponieważ napięcie pomiędzy nimi było wyczuwalne z kilometra.

- Przymknij się, Stan - warknął wtedy Zayn i siłą wyciągnął Louisa do Holu Głównego, żeby dać mu szeptem pewne ultimatum: albo weźmie się w garść, albo Zayn nie ręczy za siebie.

Wkrótce oba Domy zaczęły mierzyć się wrogimi spojrzeniami i atmosfera ogólnie stała się nieciekawa, a Louis chodził jak na szpilkach. Uparcie twierdził jednak, że trzeba po prostu przeczekać trudny okres i wszystko samo wróci do normy wraz z nadejściem wiosny. Zayn mu nie uwierzył, obstając przy swoim. Ellie zrobiła taką minę, jakby miała się rozpłakać. Louis zdecydował, że potrzebuje samotnego spaceru po błoniach.

Tam nareszcie odetchnął z ulgą, chłonąc spokój zasypanych śniegiem pól i wzgórz w oddali. W promieniu stu metrów nie było żywej duszy, więc nie groziła mu konfrontacja z żadnym rozżalonym Gryfonem, który czuł się zobowiązany stanąć w obronie swojego kolegi, mimo że nie wiedział, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Że Harry był winny. Ale Louis nie miał ochoty myśleć o Harrym Stylesie - robił to ostatnimi czasy tak często, że potrzebował przerwy. Obszedł boisko do quidditcha, potem przeszedł się skrajem Zakazanego Lasu, aż dotarł do jeziora, gdzie przystanął na moment, patrząc w dal jak promienie zachodzącego słońca grają na gładkiej tafli lodu.

Tego właśnie było mu trzeba - chwili dla siebie. Pokręcił się jeszcze nad brzegiem przez kolejną godzinę, a kiedy mróz zaczął dawać mu się we znaki, szczypiąc w policzki i zamieniając oddech w parę wodną, Louis podjął decyzję o powrocie do ciepłego zamku. I wtedy najwyraźniej wyczerpał swój limit na szczęście, gdyż przy drzwiach natknął się na pokaźną grupę ludzi, wśród których znajdował się też Harry oraz jego świta. Ślizgonowi nie udało przemknąć się niezauważenie, Rita zawołała go po nazwisku i nagle dziedziniec umilkł, a uszy zgromadzonych nastawiły się ciekawie.

- Ej ty, Tomlinson - zaczepiła go wyzywająco. - Pozwól na słówko.

Louis powoli odwrócił się w jej stronę, świadom wścibskich spojrzeń na plecach. Uniósł brwi.

- Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli chociaż jeden wspólny temat do rozmowy - odparł, a stojący za Ritą Harry zgarbił się mocniej, wyraźnie czując się niekomfortowo. Louis widział kątem oka, jak Gryfon stara się powstrzymać przyjaciółkę. Na próżno.

- Och, ależ mamy - ciągnęła dziewczyna. - Nie przeprosiłeś jeszcze Hazzy za swoje haniebne zachowanie.

Louis poczuł, jak krew zaczyna szybciej krążyć w jego żyłach. Wypuścił powietrze przez nos, miesząc tlenioną blondynkę niechętnym spojrzeniem.

- Jeżeli ktoś tu powinien kogoś przeprosić, to jest tą osobą Styles, nie ja - powiedział chłodno. - Już on dobrze wie, że to prawda.

Celowo użył trzeciej formy, co wywołało falę szmerów w przysłuchującym się tej wymianie zdań tłumie. Głowa Harry’ego podleciała raptownie do góry i chłopak drgnął dziwacznie, jakby rozważał uczynienie kroku w przód, ale Rita powstrzymała go ręką na ramieniu. Styles zmarszczył czoło, a następnie wstrząsnął włosami.

- Masz rację, nie ma sensu. Tchórz już zawsze pozostanie tchórzem. - Mówiąc to, po raz pierwszy od długiego czasu patrzył Louisowi prosto w oczy. - Pomyliłem się co do ciebie, Tomlinson, myślałem, że jesteś inny. A okazałeś się tylko małym, przestraszonym dzieckiem. Cóż, pomyłki się zdarzają, teraz będę już wiedział, kto na pewno nie jest wart mojego zachodu. Chodźmy, Ri, szkoda czasu.

I odszedł. Zwyczajnie ujął dziewczynę pod ramię, prowadząc ja spokojnie odśnieżoną ścieżką w dół podjazdu do zamku, jakby nic takiego nie zrobił. Jakby nie obraził Louisa na oczach trzech tuzinów ludzi ze wszystkich Domów, szargając jego reputację i ośmieszając go w najbardziej dosadny sposób. Jakby wcale nie pozbawił go możliwości obrony.

Więc jest tchórzem, tak? Bo co, bo odrzucił jego propozycję pojednania? Bo nie chciał mu się poddać? Styles najwyraźniej nie wiedział, w co się wpakował.

Jeżeli Louis kiedykolwiek czuł, że jest zdolny znienawidzić innego człowieka, stało się to właśnie w tamtej chwili.

- Nie macie nic do roboty? - warknął w stronę gapiów i bez oglądania się za siebie wbiegł po schodach i zniknął we wnętrzu zamku.

***

Plan, jaki ułożył, aby absolutnie upokorzyć Harry’ego, powiódł się bez zarzutu. Wszystko poszło jak w zegarku.

Jednak Louis nie świętował długo triumfu, właściwie nie zdążył nawet zacząć się cieszyć, bo Gryfon wylądował w skrzydle szpitalnym i przez trzy długie dni nie odzyskiwał przytomności.

A tego jego plan nie przewidywał.

***

Trzeciego popołudnia ręka Harry’ego drgnęła na materacu szpitalnego łóżka i chłopak otworzył wreszcie oczy. Louis patrzył z pewnej odległości, jak jego powieki powoli unoszą się do góry, odsłaniając zielone tęczówki, a spomiędzy spierzchniętych warg wydobywa się cichy jęk bólu. Rita natychmiast pobiegła po pielęgniarkę, a Ed Sheeran nachylił się nad łóżkiem, by usłyszeć, co chory starał się powiedzieć. Musiało mu się udać, ponieważ po kilku sekundach rudzielec sięgnął po dzbanek na szafce nocnej, nalał pełną szklankę wody i pomógł Harry’emu zwilżyć wyschnięte gardło, choć do Ślizgona nie dotarło żadne słowo. Styles wciąż wyglądał, jakby ledwo uszedł z życiem po ataku rozsierdzonego buchorożca i cóż, nie było to takie dalekie od prawdy. Był bledszy, niż zwykle, schudł. Pod oczami miał sińce, a jego normalnie sprężyste włosy stały się matowe. Rany i liczne poparzenia zagoiły się dzięki zaawansowanym eliksirom, nie pozostawiając na szczęście widocznych śladów, ale miało minąć jeszcze dużo czasu, zanim Harry odzyska pełną sprawność.

Louis czuł tak potworne wyrzuty sumienia, że gdyby tylko miał w zanadrzu zmieniacz czasu, nie zawahałby się go użyć i przyjąłby wybuch felernego rogu na siebie.

- Harry, dzień dobry! - zawołała pogodnie pielęgniarka, pani Lovegood, wychodząc ze swojego gabinetu i marzycielskim krokiem podchodząc do łóżka, na którym leżał Gryfon. - Odczuwasz pragnienie? Powinieneś szybko czegoś się napić.

- Już dałem mu wody - wtrącił Ed, wskazując na wciąż niemal pełną szklankę.

- Wspaniale, panie Sheeran, dziękuję - pochwaliła go Luna, a potem machnięciem różdżki sprawiła, że zasłony przy najbliższym oknie rozsunęły się, wpuszczając do środka więcej światła. - Jak się czujesz, kochanie?

Gryfon zamrugał okropnie wolno, a potem wychrypiał nieswoim głosem:

- Jakby przejechał po mnie czołg.

Rita i Ed nabrali gwałtowniej powietrza. Louis nie wiedział, co to jest czołg, ale z powodu ich rekcji podejrzewał, że nic dobrego. Supeł w jego żołądku zawiązał się mocniej.

- I właśnie tak powinieneś się czuć - poinformowała go tymczasem pielęgniarka, bardzo zadowolona z siebie, a wszyscy odetchnęli z ulgą, wyraźnie rozluźniając się na swoich krzesłach. - Buchorożce to bardzo piękne, aczkolwiek niebezpieczne stworzenia. Mój tatuś zawiesił kiedyś róg buchorożca w naszym salonie. Jego niespodziewany wybuch zdmuchnął całe lewe skrzydło domu. Ciesz się, że udało ci się przeżyć.

Harry, lekko oszołomiony opowieścią, wymamrotał ciche „bardzo się cieszę” i spróbował podnieść się do pozycji siedzącej, ale Rita popchnęła go lekko z powrotem na poduszki.

- Pani Lovegood, kiedy Harry będzie mógł stąd wyjść? - zapytała z troską w głosie.

Luna podrapała się po brodzie, jakby dokonywała w myślach skomplikowanych obliczeń.

- Obawiam się, że nie w ciągu kolejnych dwóch tygodni - powiedziała wreszcie. - Mój drogi, czy pozwolisz, że wykonam kilka badań kontrolnych?

Harry skinął głową i kobieta ponownie uniosła różdżkę, którą miała w ekstrawaganckim zwyczaju zakładać sobie za ucho, kreśląc skomplikowane wzory nad jego głową oraz klatką piersiową, aż orzekła, że wszystko jest w porządku i wróciła do swojego gabinetu, wcześniej oznajmiając, że jeśli Harry czuje się na siłach, może spędzić trochę czasu z trójką swoich przyjaciół. To z kolei zwróciło uwagę na Louisa, który do tej pory stał niezauważony pod ścianą przy drzwiach.

Słysząc o trójce przyjaciół, Harry zmarszczył w zdezorientowaniu brwi i uniósł się odrobinę na łokciu, a Louis żałował, że nie ulotnił się cichaczem ze skrzydła szpitalnego, zanim nie zdradzono jego obecność.

- Próbowałam się go pozbyć, ale pani Lovegood powiedziała, że każdy ma prawo cię odwiedzić, nawet Tomlinson - odezwała się Rita z niechęcią. - Idiota nie chciał nawet na moment zostawić cię w spokoju. Jakby nie wystarczyło, że cię tu wpakował.

Louis znajdował się w takim stanie odrętwienia, że nie próbował się obronić. Zresztą, i tak nie było sensu, bo wszystko, co powiedziała Rita, było szczerą prawdą. Przełknął ślinę, czekając na reakcję Harry’ego, który patrzył na niego bez słowa. Pewnie był zły, nawet wściekły, ale dopiero dochodziło do niego to, co się stało, więc emocje te nie zdążyły jeszcze w pełni zakwitnąć. Kiedy jednak to nastąpi, Louis pozwoli mu na wszystko, naprawdę. Może to w jakiś sposób zmniejszy ucisk w jego klatce piersiowej, a także uciszy wrzaski sumienia w głowie. Raczej nie.

Czego Louis kompletnie się nie spodziewał, to cichego:

- Zostawcie nas na chwilę samych.

Rita popatrzyła na niego, jakby wyrosła mu druga głowa.

- Ale Harry…

- Chodź - przerwał jej niespodziewanie Ed, podnosząc się na nogi. - Tak będzie najlepiej.

- Najlepiej dla kogo? Przez niego Harry prawie zginął! - Pomimo protestów, pozwoliła wyprowadzić się na korytarz, nie zapominając po drodze zmiażdżyć Louisa spojrzeniem. - Czekamy przed drzwiami, Haz.

Kiedy wyszli, skrzydło wypełniła ciężka cisza. Ślizgon podszedł powoli do łóżka Harry’ego i opuścił się niepewnie na skraj krzesła zajmowanego wcześniej przez Eda, a potem wbił palce spoconych dłoni w swoje uda i uniósł głowę. Z jego ust nic się nie wydostało. Nie potrafił wyrazić, jak bardzo żałował tego, co zrobił i ile by dał, by wszystko naprawić, więc bezgłośnie gapił się na wynędzniałe oblicze Gryfona. Harry czuł się i wyglądał okropnie, a to wszystko jego wina. Co mógł w tej sytuacji powiedzieć?

Minuty mijały, a słowa nie chciały do niego przyjść. Zamiast mówić, wciąż i wciąż przeskakiwał wzrokiem od zielonych oczu do długiej szyi, wystających spod luźnej piżamy szpitalnej obojczyków, czekoladowych włosów, a potem znowu do oczu i ponownie do włosów… Czegoś mu brakowało.

- Nie masz… - wypalił niespodziewanie, mrużąc oczy i machając nieporadnie palcami przy swojej głowie. - Nie masz tej… b-bandany. Chciałbyś, żebym ci ją założył?

Okej, to nie miało być to, miał go przecież przeprosić, ale Louis zauważył ze zgrozą, że jego język zupełnie z nim nie współpracował i mówił, co przyniosła mu ślina. Speszył się własną nieudolnością, jednak Harry przytaknął z dziwną miną, więc Louis sięgnął po chustę, która leżała złożona razem z resztą ubrań Gryfona, a następnie postarał się zwinąć ją w niezbyt szeroki rulon, jak zawsze robił to drugi chłopak. Kiedy po kilku próbach wreszcie udało mu się uzyskać odpowiedni kształt, przeniósł się z krzesła na krawędź łóżka i uważając, żeby nie dotknąć za mocno, podniósł delikatnie głowę Harry’ego do góry i podłożył pod nią bandanę. Oczy chłopaka były przez cały ten czas zamknięte, usta zaciśnięte w wąską linię. W końcu Louisowi udało się związać ze sobą dwa końce chustki i umieścił węzeł na skroni Harry’ego, aby nie przeszkadzał mu przy leżeniu. Potem wrócił na krzesło i z daleka ocenił efekt swojej pracy, podczas gdy Gryfon uniósł na ślepo rękę i zbadał położenie bandany palcami.

- Nie wygląda to tak, jak kiedy ty ją sobie zakładasz - powiedział Louis, gdy ręka opadła na pościel. - Nie mam wprawy w wiązaniu takich rzeczy…

- To nic - odezwał się do niego po raz pierwszy Harry, otwierając oczy. - Jest okej.

Louis przełknął ślinę, gdy uderzyła w niego kolejna fala beznadziejności i nie wiedząc kiedy, zaczął mówić.

- Nie mam pojęcia, co sobie myślałem, naprawdę. To miał być tylko żart, nie chciałem, żeby stało ci się coś złego - zawahał się. - No, w tamtym momencie może chciałem, byłem na ciebie wściekły za to, co powiedziałeś o mnie na dziedzińcu, ale nie miałem zamiaru zrobić ci krzywdy. Byłem zły, bo wszyscy uważali, że to moja wina, że nasze Domy zaczęły się kłócić i byłem zły na siebie, ponieważ wiedziałem, że mają rację. Przepraszam, że podetknąłem ci pod nos róg buchorożca. Nie wiedziałem, że ma aż taką moc. Przepraszam, że przeze mnie leżysz tu i czujesz się, jakby przejechał po tobie czołg. Nie wiem, co to jest, ale brzmi jak coś cholernie ciężkiego, i przepraszam, że zachowywałem się przez cały czas jak dzieciak. Miałeś rację, jestem tchórzem.

Louis skończył swój krótki monolog i znowu zapadła cisza. Wbił wzrok w podłogę, nerwowo ściskając swojego uda i czekając, aż Harry każe mu stąd wyjść i nigdy nie wracać.

- Nie proszę, żebyś mi wybaczył - dodał cicho po minucie, czując gulę w gardle. - Masz pełne prawo mnie nienawidzić za to, co ci zrobiłem. Chciałem tylko, żebyś wiedział, że jest mi przykro i bardzo żałuję.

- Nie nienawidzę cię - powiedział natychmiast Harry, używając dokładnie tych samych słów, co Louis dawno temu. - I ja też przepraszam.

Ślizgon pokręcił głową, wciąż gapiąc się na swoje buty. Coś silnego ściskało go w dołku.

- Nie masz za co.

- Owszem mam - uparł się Harry, przesuwając na łóżku. Louis słyszał, jak sprężyny materaca jęczą w proteście, ale nie odważył się spojrzeć. Jeśli Gryfon miał zamiar sięgnąć po różdżkę i go przekląć, niech to zrobi. - Nie powinienem był się na ciebie rzucać. Myślałem… uch, ubzdurałem sobie, że te wszystkie żarty to tylko kamuflaż, pod którym tak naprawdę… Wydawało mi się, że jesteś mną zainteresowany, co było głupie z mojej strony. Przepraszam.

Wtedy Louis podniósł głowę i zobaczył, że Harry siedzi o wiele bliżej, a jego mina wyraża zakłopotanie. Czarna bandana wisiała krzywo, niemal zsunąwszy się całkiem na lewą stronę.

- W porządku - odrzekł. - To też moja wina. Dawałem ci mieszane sygnały, które mogłeś źle odebrać.

Harry przytaknął, spuszczając wzrok na swoje kolana pod kołdrą. Louis poczuł impuls, by sięgnąć i poprawić mu bandanę, a potem powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale nie zrobił tego.

- Ten buchorożec - odezwał się nagle - to była własność mojego przyjaciela. Zabije mnie, gdy dowie się, po co go pożyczyłem, a pewnie niedługo to się stanie, bo Prorok nie może przestać o tym pisać. Zawiesili mnie na trzy tygodnie - dodał z niewesołym uśmiechem, starając się nie dać po sobie znać, że ten fakt go przerażał, kiedy oczy Harry’ego zrobiły się w wielkie z szoku i znowu na niego patrzył. - Powinni byli mnie wyrzucić, ale mój tata interweniował w Ministerstwie i mi się upiekło. Gdybym wiedział, że nazwa buchorożeca nie wzięła się znikąd… W każdym razie, dostałem za swoje. Rodzice nie odzywają się do mnie i mam praktycznie zakaz opuszczania lochów. To nie może się równać z tym, co cię spotkało, ale…

- Nie, Louis - przerwał mu Harry. - Przestań. Było, minęło. Nie rozmawiajmy o tym więcej. Obaj popełniliśmy wiele błędów i zachowywaliśmy się jak smarkacze, koniec tematu. Myślę, że najwyższy czas, abyśmy poszli w swoją stronę i o wszystkim zapomnieli. Koniec kłótni? - zapytał niepewnie i Louis prawie wywrócił oczami.

- Jak myślisz? - odparł, a potem ugryzł się w język. - To znaczy, tak.

Popatrzyli na siebie krótko, a potem Louisowi zrobiło się przykro, bo to naprawdę oznaczało koniec wszystkiego. Ściągnął brwi i westchnął, bawiąc się rękawem swojej szaty.

- Będzie mi brakowało twoich psikusów - wyznał z pewnym trudem. - Bądź co bądź, moje życie było naprawdę ekscytujące, gdy nie znałem dnia i godziny kolejnego ataku.

Harry zaśmiał się słabo i Ślizgon mu zawtórował.

- Mmm, mi też. Chociaż twój ostatni dowcip jeszcze długo będzie dawał mi się we znaki. - Mina Louisa natychmiast zmieniła się w pełen wyrzutów sumienia grymas. - Cóż.

- Cóż - powtórzył Louis.

- To już… to chyba wszystko, tak?

- Chyba… - Louis zaczął podnosić się z miejsca, ale coś mu się przypomniało. Zerknął jeszcze raz na Harry’ego, który żuł nieszczęśliwie dolną wargę i wyglądał jak osoba, która bardzo nie chce, aby coś się stało, jednak nie może nic z tym zrobić. - Wiesz - podjął ponownie i uchwycił niepewne spojrzenie Gryfona, w którym czaiła się iskierka nadziei. - Nie wierzę, że to powiem, ale podobają mi się mugolskie ubrania, które nosisz. A szczególnie ozdoby głowy. Pasują ci.

- Tak?

- Mhm. Zawsze… to zawsze coś, co wyróżnia cię z tłumu, co nie? Chociaż i tak nie ma w Hogwarcie osoby, która by cię nie chciała za samo to, że jesteś. Ta uwodzicielska moc loków jest niebywała.

Harry nie wydawał się przekonany i nie odpowiedział na przełamujący uśmiech, który Louis mu posłał. Serce Ślizgona ścisnęło się żałośnie w klatce piersiowej.

- Uch, okej, chyba już…

- Nie wszyscy - wszedł mu w słowo Harry. - Nie wszyscy mnie chcą. Jest jedna osoba, która mnie nie chce.

Louis przełknął ślinę, ponieważ Harry zwinął się w sobie, choć starał się udawać, że wszystko jest w porządku. Wiedział, o kim mówił chłopak. To kolejna rzecz, jaką Louis schrzanił i znowu to przez niego Gryfon wyglądał tak nieszczęśliwie.

- Jak już mówiłem, wysyłałem ci mylne sygnały - rzekł po chwili Louis, a Harry zamknął oczy. Kąciki jego ust opadły do dołu i nie mógł być bardziej oczywisty, bardziej otwarty. - Dobrze ci się wydawało. Chyba od samego początku chodziło właśnie o to, by być bliżej. Wszystkie te żarty, przytyki… wszystko to miało na celu zaczęcie kolejnej rozmowy, zwrócenia na siebie twojej uwagi. Przepraszam, że wtedy cię odepchnąłem. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, bo tak naprawdę chciałem na wszystko się zgodzić. Czasami zachowuję się jak idiota.

Obserwował, jak powieki Harry’ego podlatują do góry, a zielone oczy błyszczą z nadzieją, że to, co usłyszał, było prawdą. Louis nie mógł uwierzyć, że chłopak był tak ufny, tak bardzo chętny i ostatkiem silnej woli powstrzymał się przed ujęciem jego dłoni, która leżała nieopodal na kołdrze.

- Chcesz, żebym stąd poszedł?

Harry zamrugał i zmarszczył brwi.

- Jesteś takim idiotą, Merlinie.

Louis zaśmiał się głośno i nareszcie szczerze.

- Wystarczy Louis, naprawdę. - Harry wywrócił oczami, zagryzając wargi. - Ale w tym tkwi szkopuł, co nie? Rzeczywiście jestem idiotą. Czyli mogę zostać?

Wymowne spojrzenie Gryfona było jedyną odpowiedzią na jego pytanie i Louis z powrotem zajął miejsce na krześle.

- Chciałbyś może…

- Na Godryka, tak!

Ślizgon znowu się zaśmiał.

- Nawet nie wiesz, o co chciałem cię zapytać. Mogłeś zgodzić się na to, by posprzątać za mnie całą sowiarnię. Prace społeczne to część mojej kary - wyjaśnił.

W odpowiedzi Harry zmarszczył brwi, jakby chciał mu powiedzieć, że nie pora na żarty. Niepewnie, jak gdyby wciąż się bał, nakrył rękę Louisa dłonią. Potem szybko spojrzał mu w oczy, szukając w nich śladu oporu, ale Ślizgon nie miał wątpliwości, że niczego takiego w nich nie znalazł.

Obrócił rękę i nieśmiało splótł ze sobą ich palce, a Harry wypuścił drżąco powietrze, wyraźnie się rozluźniając i ścisnął lekko. Louis odwzajemnił gest, pieszczotliwie przejeżdżając kciukiem po kostkach ręki drugiego chłopaka. Zawsze podobały mu się jego dłonie, a kiedy wreszcie ich dotknął, polubił je jeszcze bardziej. Obawiał się, że Harry będzie musiał wkrótce nauczyć się wykonywać większość prac tylko jedną ręką, ponieważ nie zamierzał w najbliższym czasie zbyt często wypuszczać drugiej. To brzmiało bardzo zachęcająco.

- Harry, pójdziesz ze mną na bal zimowy? - zapytał z uśmiechem, czując przyjemne ciepło, kiedy twarz Gryfona rozjaśniła się i chłopak wyglądał, jakby Gwiazdka przyszła o cały miesiąc wcześniej.

- Wydaje mi się, że już odpowiedziałem na to pytanie - padło natychmiast i Louis nie mógł, po prostu nie mógł przestać uśmiechać się tak szeroko, że jego policzki zaczęły odrobinę boleć, ale pieprzyć to.

Podniósł do góry ich splecione ze sobą ręce i pocałował wierzch dłoni Harry’ego, decydując, że na prawdziwy pocałunek w usta przyjdzie jeszcze raz. Gryfon zarumienił się głębokim różem, ale jego zielone oczy błyszczały szczęściem i Louis nie potrzebował nic więcej, by wiedzieć, że wszystko będzie dobrze.

Może nawet wymyślą kilka kolejnych spektakularnych żartów, które wpiszą się w historię Hogwartu. Tym razem ręka w rękę. We dwóch. Razem.

Louis miał wielką nadzieję, że tak właśnie się stanie.