środa, 23 kwietnia 2014

*Po wczorajszym incydencie, Liam i Zayn postanowili dla własnego dobra nie wspominać ich magicznego pocałunku pod jemiołą. W sumie to nawet nie mieli okazji, aby wymienić się, chociaż spojrzeniami. Z samego rana pociąg odjechał na stację King Cross do Londynu. W przedziałach panowała kompletna cisza. Tylko od czasu do czasu pasażerowie wymieniali się krótkimi i pojedynczymi zdaniami.

Niektórzy uczniowie pozostali w szkole. Jedni nie mieli, do kogo wracać, ponieważ bitwa zabrała im najbliższych, natomiast drudzy nie mieli ochoty na świętowanie ze swoją rodziną i woleli spędzić ten czas samotnie. Z dala od domowego ogniska.

W Wielkiej Sali postanowiono, aby w czasie świąt w pomieszczeniu gościł tylko jeden stół. Dyrektor chciał zjednoczyć, dawno już zwaśnione domy. Szczególnie w te wyjątkowe dni. W całym Hogwarcie zostało pięć osób. Jeden Ślizgon, jeden Gryfon, dwóch Puchonów i jeden Krukon.

Harry zszedł o siódmej do Wielkiej Sali. Zasiadł na jednym z pustych miejsc i uśmiechnął się na to, co przed sobą ujrzał. Same pyszności. Nalał do swojego pucharka soku z dyni i powoli zaczął się nim rozkoszować. Poczuł obok siebie ruch. Zerknął w prawo.

- Czego chcesz? – spytał z wyrzutem. Nieproszony nic mu nie odpowiedział. Zaczął z gracją wszystko smakować. Delektował się każdym kęsem. – Głuchy jesteś? Pytałem się o coś.

- Słyszałem, ale jak mi wiadomo to nie rozmawia się podczas jedzenia. – Nawet na niego nie spojrzał. Nie zerknął. To doprowadziło Harry’ego do szewskiej pasji. Nienawidził jak ktoś go ignorował. To było najgorsze, co mogłoby być. Powoli zaczął się uspokajać postanawiając, że pierwszy się już do owego intruza nie odezwie. Po chwili zajął się sobą. Jak on się tak zachowuje to on sam nie będzie lepszy.

Z prędkością światła pochłonął śniadanie i ignorując swojego natręta pokierował się do wyjścia z Wielkiej Sali. Jak tylko będzie mógł to spędzi przerwę świąteczną samotnie. Tak będzie najlepiej. Może nawet przesiedzieć cały ten czas w dormitorium.

***

Siedziała w klasie. Lubiła takie dni jak ten. Niby pochmurnie, ale wokół panował spokój i przyjemne oraz błogie ciepło. Mogłaby się nim cały czas rozkoszować. To był raj dla jej ciała i ducha.

Wyjęła zwitek pergaminu. Zaczęła na nim stawiać delikatne literki, które po chwili łączyły się w wyrazy, a te natomiast w zdania. Mury zamku dawały nastrój tajemniczości. Nie wiedziała, w jaki sposób, ale w jakiś na pewno dawało jej to wenę.

Droga Tay,

będę się streszczać. Mam nadzieję, że u ciebie jak i Chrisa jest wszystko w porządku. W pracy też mam nadzieję, że wszystko dobrze i że Minister nie daje ci za bardzo popalić. Dawno nie rozmawiałyśmy i może to jest powód, abyśmy się spotkały i wszystko obgadały. Przepraszam, że tak listownie, ale chyba bardziej oficjalnie. Nie wiem czy masz plany na Sylwestra, ale jeśli nie, to dostałam dwa zaproszenia od mojego bliskiego kolegi. Bardzo mi zależy, abyś się zjawiła. Może wtedy miałybyśmy sposobność, aby porozmawiać. Miejsce owiane jest dla ciebie tajemnicą. Jeśli się zgodzisz to poznasz dopiero adres na miejscu. Nie chce ci nic zdradzać. Zaufaj mi. Jeśli się zdecydujesz to przybądź do mnie w Sylwestra około osiemnastej. Będę czekać. Aportujemy się przed wskazane przeze mnie miejsce. Jeśli martwisz się o syna to możesz go przecież powierzyć swojej matce. Nie wykręcaj się też pracą. Błagam cię. Zjaw się u mnie. Uwierz mi. Będziemy się dobrze bawić.

Twoja najdroższa

Cher



Zwinęła pergamin w rolkę i przywiązała do nóżki brunatnej Płomykówki. Wiedziała, że dobrze wypełni swoje zadanie i szybko dostarczy przesyłkę do Adresatki. Była mądrą sową. Kochała ją nad życie. Dostała je w swoje jedenaste urodziny, gdy miała wyruszać na pierwszy swój rok do Hogwartu. Do tej pory dziwi się, że tak długo się trzyma.

- Co tutaj robisz? – zapytała w momencie, gdy odwróciła się w kierunku wejścia. Nie miała pojęcia, że ktoś cały czas się jej przypatruje.

- Przyszedłem dotrzymać ci towarzystwa. – odpowiedział jej Justin. Wiedziała, że jego przybycie na pewno nie jest bezinteresowne. Za długo go znała.

- Nie musisz. Lubię samotność. – wstała z krzesła i podeszła do barku. Nalała sobie piwa kremowego. – Chcesz? – zapytała. Odmówił. – Więc tak szczerze, co cię tutaj sprowadza?

- Nie mogę już przyjść w odwiedziny do swoich podwładnych? – Przymrużyła oczy na jego słowa. Nie lubiła, gdy zwracał się do niej, jak do kogoś gorszego. Na każdym kroku musiał jej to uzmysławiać.

- To teraz jestem twoją podwładną? – zakpiła. – Za niedługo będę ci dotrzymywać towarzystwa w twojej sypialni!

- Wiesz, że nie o to mi chodziło. - powiedział powoli, ale mogła dostrzec w jego oczach kpinę.

- No właśnie nie wiem, o co ci cały czas chodzi! Określ się!

Ich krzyki było słychać na całym piętrze. Nie mieli pojęcia, że ich wymianę zdań podsłuchuje pewien uczeń. Lubił konflikty, ale to nie wyglądało na zwykłą wymianę zdań. Coś się kroiło. Usłyszał na korytarzu rozchodzące się echo kroków. Spojrzał w lewo i dostrzegł bujną burzę loków.

- Jeszcze jego tu brakowało. – wyszeptał do siebie. Schował się w ciemny zakamarku, a gdy owy wędrownik przechodził koło miejsca, gdzie znajdował się Ślizgon został pociągnięty za szkolną szatę. Louis zakrył mu usta dłonią. – Zdejmę teraz rękę, ale nie krzycz. – wyszeptał. Harry szybko przytaknął, a gdy Tomlinson odkrył mu usta złapał większy haust powietrza.

- Co ci odbiło?! – krzyknął. Louis zakrył mu ponownie wargi.

- Mówiłem, że masz nie krzyczeć. – wysyczał i zdjął rękę.

- O co ci chodzi debilu? – zapytał tym razem cicho.

- Nie chce nic spekulować, ale coś tu się dzieje. – pokierował wzrokiem w stronę gabinetu Profesor Lloyd.

- Wypieprzaj stąd! Nie chcę cię nigdy więcej widzieć! – krzyknęła Cher, a po całym zamku rozszedł się dźwięk trzaśnięcia drzwi.

- Widzisz? – odezwał się Lou.

- Myślisz, że to jest kłótnia kochanków? – stwierdził Harry, gdy zauważył, że Ślizgon potwierdza skinieniem głowy jego słowa to wybuchł perlistym śmiechem. – Jesteś idiotą. Oni się nienawidzą.

- Wcale nie! Uwierz mi! Mam dryg do takich spraw. Po drugie to nienawiść i miłość dzieli cienka linia. – powiedział Tomlinson.

- Jakby była to prawda to my stalibyśmy teraz na ślubny kobiercu. – zaśmiał się Harry, ale Lou nie było teraz do śmiechu. Obraził go i jego uczucia. Styles spoważniał, gdy zobaczył jego grymas wymalowany na twarzy. – Oj! Nie obrażaj się. Ja tylko żartuję.

- Mówisz serio, ale ja także. Może czas pobawić się kupidynów? – zaproponował Ślizgon.

- Czy ci się miesiące nie pomieszały? Jest grudzień, nie luty. To nie walentynki. Na dodatek nie mam zamiaru bawić się w swatkę. – oburzył się Harry.

- Styles nie chcesz pomóc nieszczęśliwym ludziom, którzy nie chcą się przyznać, że coś do siebie czują? Oni uważają, że to złe uczucie, którego powinni się pozbyć. Nie odpowiednie dla nich. Nigdy nie byłeś nieszczęśliwie zakochany? Nie chciałeś, aby ta druga osoba ciebie zauważyła? – mówił, a w jego oczach zabłysły iskierki podniecenia i szczęścia.

- Chciałem i byłem, ale to nie zmienia faktu jak już wcześniej wspomniałeś, że jest to złe i nieodpowiednie uczucie.

- Matko! Życie nie jest kolorowe, ale trzeba je starać się takie uczynić. Skąd masz wiedzieć, że ta druga nie czuję do ciebie czegoś więcej? Kłótnie i nienawiść to tylko gra pozorów. Tak naprawdę ukrywają w sobie głębsze uczucia. Czasami trzeba pozwolić, aby one wyszły na jaw.

- Może masz rację. – Harry miał minę człowieka, który bardzo uważnie wsłuchiwał się w zdanie swojego rozmówcy. Powoli interpretował każde jego słowo.

- Wiem, że mam, dlatego powinniśmy zażegnać nasz odwieczny spór i znaleźć porozumienie.

- Chcesz się ze mną pogodzić? – dopytał Harry.

- No oczywiście na czas przerwy świątecznej. Później wszystko wróci do normy. – wyjaśnił Louis.

- Dobra. No to zgoda. – wyciągnął rękę.

- Zgoda. – potwierdził Lou i chwycił dłoń swojego sojusznika. Po ciałach obu chłopców wraz z dotykiem przeszedł delikatny i nieznany im dreszcz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz