1
Powoli zapadał zmierzch. Mroźny wiatr targał nagimi koronami drzew. Kolejne warstwy śniegu odkładały się na ziemi i przysłaniały niedawno pozostawione na nim ślady. Przez zasypaną, leśną ścieżkę przedzierał się osłonięty grubą, wełnianą peleryną, młodzieniec. Na jego karmelowej twarzy, smaganej zimnym wiatrem, można było dostrzec rumieniec. Skulony w sobie, z rękoma wciśniętymi pod pachę, brnął przez kolejne zaspy. Zadarł lekko głowę do góry, jednak przez śnieg lewo mógł dostrzec niebo.
- Muszę się gdzieś schronić – wydukał sam do siebie, mrużąc oczy i rozglądając się dookoła. W oddali, przy rozwidleniu dróg zamajaczył mu jakiś kształt, więc ruszył w jego stronę. Śnieg wdzierał się mu za kołnierz, gdy szedł ku ciemnemu kształtowi.
Przystanął przy jednym z drzew, a jego czekoladowe tęczówki spoczęły na niewielkim domu pokrytym strzechą. W oknach panowała ciemność, jednak mimo wszystko zdecydował się podejść bliżej. Zapukał w drewniane drzwi, ale odpowiedziała mu cisza.
- Halo? – zawołał, ponownie pukając. – Jest tam kto?
Gdy znów nie dostał żadnej odpowiedzi, nacisnął klamkę, a drzwi bez przeszkód ustąpiły. Wszedł do środka i pogrążył się w ciemnościach. Chwilę opierał się o drewno i wsłuchiwał w odgłos świszczącego wiatru. Dopiero po momencie odwrócił się i rozejrzał po ciemnym wnętrzu.
Było to jednoizbowe mieszkanie. W jednym rogu stało łóżko, a w drugim drewniany stolik z czterema krzesłami. Wszystko pokryte było kurzem, a pod sufitem dostrzec można było pajęczyny. Nikt nie mieszkał tu od wieków, co nie zdziwiło chłopaka. W tym rejonie było wiele opuszczonych domów.
Zrzucił z ramion przemoczoną pelerynę i odwiesił na oparcie jednego z krzeseł. Następnie chwycił drugie i zwyczajnie roztrzaskał je o ziemię. W tej zamieci nie znalazłby nawet suchego źdźbła trawy, a co dopiero patyka. Jednak potrzebował się rozgrzać. Połamał więc krzesło, ułożył w stosik na podłodze i przykucając, wyciągnął przed siebie dłoń.
- Ignis – wypowiedział. Przez jego ciało przepłynęła silna fala energii, której zawsze się obawiał. Nie znał jej. Nie wiedział czym ona jest, ale wywoływała niezwykłe rzeczy, gdy używało się odpowiedniego słowa, które pojawiały się i znikały w zależności od sytuacji. Tak jak w tej chwili. Wypowiedział to jedno proste słowo, a połamane kawałki rozbłysły, by po chwili zapalić się.
Wyciągnął dłonie w stronę ognia, by je ogrzać, a następnie przysuną bliżej krzesło ze swoją peleryną, aby się choć trochę wysuszyła. Po chwili połamał kolejne krzesło i dorzucił je do ogniska. Spojrzał w stronę okna, za którym wciąż szalała zamieć.
- Mam nadzieję, że do rana minie – mruknął do siebie, znów przykucając przy ognisku i wyciągając w jego stronę dłonie.
Ezra Milo podróżował z Milano do Noricum – miasteczka, w którym się osiedlił, gdy tylko opuścił dom rodzinny. Kiedy w wieku szesnastu lat zakończył praktyki u medyka w Amalienor, musiał wyjechać, ponieważ powszechnie było wiadomo, że miejsce, w którym się wychował, to mała wieś i dwóch medyków to już tłok. Trafił więc do Noricum, gdzie po roku leczenia był w stanie kupić niewielki dom. Okolica wyglądała przyjemnie i także sprzyjała medykom: las pełen ziół i kwiatów, tak niezbędnych do wywarów i maści. Przez sam środek miasteczka zaś płynęła rzeka z krystalicznie czystą wodą, która dzieliła je na dwie części.
Wciąż pamiętał, że jego matka nie była zadowolona z faktu, jaki fach sobie wybrał, nawet jeśli Ezrą kierowały prywatne, słuszne powody - owa dziwna energia, która mu towarzyszyła odkąd pamiętał. Nie wiedział czym ona jest, ale powodowała dziwne rzeczy, takie jak przesuwanie przedmiotów, niechciane pożary czy rozbłyski światła w lampach oliwnych. Myślał, że praktykując u medyka dotrze do jakichś ksiąg, które to wyjaśnią, ale poza zielnikami oraz księgami medycznymi, znalazł jedynie stary egzemplarz elfickich legend, które zdążył poznać na pamięć i gdy nie leczył, dorabiał jako bard, opowiadając je przy ogniskach, jarmarkach czy innych spotkaniach.
Wiatr zahuczał głośno i trzasnął jedną ze starych okiennic, które wciąż trzymały się na zawiasach, wyrywając młodego medyka z zamyślenia. Spojrzał w ich stronę, po czym westchnął ciężko i wyprostował się. Podszedł do łóżka, z którego wziął narzutę. Strzepnął kurz, który się na niej zebrał, a drobinki wzbiły się w górę, drażniąc jego gardło i powodując atak kaszlu. Wziął jeszcze starą, zbitą poduszkę i wraz z nią wrócił do ciepła. Owinął się narzutą, ułożył poduszkę na podłodze i położył. Wpatrując się w wesoło skaczące płomyki, sam nie wiedział kiedy zasnął.
2.
Promienie zimowego słońca wtargnęły przez okna, rozświetlając unoszące się w powietrzu drobinki kurzu. Rozświetliły szarą podłogę, na której zostały ślady po butach, wślizgnęły się na ciemną twarz Ezry, który zamruczał cicho i zwinął się w kłębek. Powoli rozchylił powieki, zza których wyłoniły się zaspane czekoladowe oczy. Wyplątał się z narzuty i usiadł, rozglądając się dookoła. Ognisko, które wczoraj rozpalił z dwóch połamanych krzeseł, zgasło już dawno, a jego peleryna wciąż wisiała na oparciu.
Przeciągnął się i wygramolił z narzuty. Podniósł się, wyciągając całe ciało i mrucząc cicho. Przydeptał ognisko, by mieć pewność, że całkowicie zagasło i pochwycił z oparcia czarną pelerynę. Zdążyła wyschnąć przez noc, ogrzewana ciepłem ogniska. Zarzucił ją więc na ramiona i skierował się do drzwi. Nacisnął klamkę i wyszedł przed budynek.
Świat wyglądał teraz zupełnie inaczej. Biały puch iskrzył się w świetle porannego słońca, a nagie drzewa nie były już tak przerażające, jak poprzedniego dnia. Odetchnął głęboko, mroźnym powietrzem i spojrzał na niebo. Było spokojne, więc był pewien, że do domu dotrze przed zmrokiem.
Odwrócił się na pięcie i jeszcze raz spojrzał na chatę, która dała mu schronienie dzisiejszej nocy. Dopiero teraz spostrzegł żłobienia w ciemnym drewnie. Pomiędzy rowkami, które szły równolegle w górę drzwi, wiły się piękne i starannie wyrzeźbione roślinne motywy. Przejechał po nich opuszkami palców, zastanawiając się, kto mógł włożyć tyle energii, czasu i cierpliwości, by stworzyć takie małe dzieło sztuki.
Gdy skończył cieszyć oko drewnianymi rycinami, przeskakując zaspy, wyszedł na drogę. Spojrzał w dół, gdzie powinien się udać, jeśli chciał wrócić do domu. Zerknął też w górę i jego ciemne brwi uniosły się w zdumieniu, bowiem w odległości mniej więcej dwustu kroków dostrzegł bramę, której srebrna krata była opuszczona do połowy. Mury obronne były zniszczone, ale kamień z którego go wykonano nie poddał się zmianie czasu - wciąż lśnił przygaszonym, szarym blaskiem.
{Ancient Cities}
Ezra przygryzł dolną wargę, gdyż odezwała się w nim ciekawość oraz jego niezwykła umiejętność pakowania się w kłopoty najróżniejszej maści. Zaczął bawić się palcami i dając porwać się zainteresowaniu miejscem, w którym się znalazł, powoli ruszył w stronę bramy. Oblizał wargi, a gdy przechodził pod srebrnymi grotami kraty, przeszedł go dreszcz. Przyjrzał się uważnie murom i dostrzegł te same kanaliki pnące się równolegle w górę, co na drzwiach chatki, dwieście kroków wcześniej.
Mulat spojrzał w górę ulicy, szczelniej okrywając się swoją wełnianą peleryną. W oddali dostrzegł rynek z fontanną, a za nią jeszcze dalej wznosiły się wewnętrzne mury pałacu, którego wieżyczki były widoczne ponad nim; sięgały nawet wyżej ponad gołe korony drzew.
Ruszył w stronę rynku, rozglądając się dookoła. Drzwi każdego pojedynczego domu przypominały te z chatki – miały wąskie kanaliki i roślinne zdobienia; jedne były bogatsze, drugie już mniej. W niektórych dostrzegł powybijane szyby w witrynach kramów i sklepów. Miasto było opuszczone od wieków, czego również dowodził las, który wdarł się między budynki. Korzenie sprawiły, że ściany popękały, a gałęzie wdarły się przez dachy do wnętrz.
- To miasto musiało być piękne w czasach swej świetlności – szepnął do siebie, wciąż przyglądając się wszystkiemu dookoła. – Na prawdę piękne.
Minął ostatnie budynki i wyszedł na przestronny rynek, wokół którego stały kramy, sklepy oraz karczmy. Musiał on tętnić życiem za czasów dobrego bytu miasta; gwar zapewne był duży, a kuglarze czy bardowie prawdopodobnie również mieli niezły utarg.
W centrum rynku stała fontanna. Jak wszystkie budynki, pałac za nią czy mury, wyrzeźbiona została z szarego, skrzącego się kamienia. Miała idealny kształt koła, a po środku niej stała postać w długiej szacie. Na podeście, gdzie była ustawiona, dookoła wyżłobione miała małe otworki, z których zapewnie lała się woda.
Obszedł ją dookoła, zgarniając z niej zalegający śnieg. Dostrzegł złote litery, które układały się w słowo: verba. Wydało mu się niezwykle znajome, choć tak odległe. Nie znał jego znaczenia, a wiedział do czego służy i co opisuje.
- Słowa – szepnął do siebie, prześlizgując się po złotej literze v.
Ezra zgarnął resztę śniegu z fontanny, która ukazała długie zdanie wygrawerowane dookoła złotymi literami. Odnalazł jego początek i prześlizgnął po złotej literze e. Gwałtowne cofnął dłoń, gdy poczuł ukłucie - jakby kamień był naelektryzowany i kopnął go. Wziął wdech i ponownie czując napływ nieznanej mu energii, zaczął powoli i dokładnie odczytywać słowa:
- Et incantator redeverit, verba recitaverit, oppidi recirrerit ars magica, et perrecterit fuerit – mimo iż pierwszy raz widział te słowa, to doskonale wiedział, jak je zaakcentować oraz znał ich znaczenie. – I powróci Mag, słowa odczyta, magia do miasta wróci, a książę wybudzi się.
Cofnął dłoń od napisu i zrobił krok w tył. Ponownie spojrzał na postać zdobiącą fontannę, by po chwili przenieść ciemne tęczówki na górujący nad miastem pałac. Ciekawość znów w nim wezbrała. Chciał iść dalej, sprawdzić, jakie skarby kryje, ale wiedział, że nie może. Westchnął więc i zawrócił. Minął mury i ruszył w dół drogi, kierując się prosto do Noricum.
3.
Wysoki i dobrze zbudowany młodzieniec przyglądał się młodszym dzieciom, biegających po całym pokoju i bawiącym się w berka. On sam siedział na krześle, śledząc małe pociechy sarnimi oczyma, na które opadała grzywka brązowych włosów. Uśmiechał się, wsłuchując w dziecięce chichoty, a w ręce ściskał kubek z chłodnął już herbatą.
Tę atmosferę zaburzyło pukanie do drzwi. Chłopak podniósł się odstawiając kubek na stolik i nim skierował się do drzwi, ostatni raz obrzucił uważnym spojrzeniem dzieci. Nacisnął klamkę i w progu spostrzegł swego przyjaciela, który uśmiechnął się do niego, a jego ciemne oczy błyszczały wesoło.
- Dobry wieczór, Oliverze – przywitał się, gdy chłopak przepuścił go w progu, a do jego uszy dobiegły wesołe śmiechy. – Widzę, że znów pilnujesz młodszego rodzeństwa.
- Witaj, Ezra – odpowiedział, gdy jego przyjaciel ściągał pelerynę. – Jak podróż do Milano?
- W drodze powrotnej złapała mnie śnieżyca, ale przetrwałem, jak widać – odpowiedział brunet, uśmiechając się i odwieszając pelerynę na wieszak.
- To Ezra – usłyszeli piskliwy głos i obaj odwrócili głowę w jego stronę. Mała, piegowata dziewczynka stanęła w korytarzu, a zaraz obok niej pojawił się chłopiec, uśmiechając się ukazując lukę po zębie, który mu wypadł. Dzieci podbiegły do niego i chwyciły za rękawy.
- Ezra. Opowiedz o elfim księciu i elfim mieście – odezwała się piegowata dziewczynka, ciągnąc chłopaka w stronę pokoju.
- I Magu, który rzucił zaklęcie – zawtórował jej chłopiec.
- Maya, Tim, słyszeliście tę historię tyle razy, że znacie ją na pamięć – stwierdził mulat, śmiejąc się przyjaźnie.
- Ezra – zawołało równocześnie rodzeństwo, a obok niego pojawił się Oliver. – Braciszku, powiedz coś.
Szatyn spojrzał na przyjaciela, zaplatając ręce na piersiach. Brunetowi nie pozostało nic innego, jak tylko westchnąć ciężko i opowiedzieć historię.
{Fairy Dance}
- W takim razie rozsiąść się wygodnie, proszę – odezwał się. Dzieciaki chichocząc, rozsiadły się na podłodze i wlepiły w niego wielkie, błyszczące oczy. Oliver zaś na powrót zajął swoje miejsce na krześle. Wziął w palce kubek i wyciągając przed siebie nogi, splótł je w kostkach.
- Dawno, dawno temu, jeszcze przed czasami ludzi, gdy Pallasu było krainą piękną i spokojną, jej ziemię zamieszkiwali tylko i wyłącznie elfy – zaczął snuć swoją opowieść, z nikłą nutą tajemniczości w głosie. – Były to istoty nazwyczaj tajemnicze i niezwykłe. Wzrostem przypominały ludzi, co prawda, ale ich tajemnicze zdolności przerażały przejezdnych oraz przybyszów. Ponoć jednym machnięciem ręki potrafili wywołać potężny wiatr, a pstryknięciem palców – wykonał ów gest, by dodać ekspresji – umieli zapalić tysiące świec. Były też piękne i uwodziły swą urodą. Miały alabastrową skórę, niezwykle delikatną w dotyku, zielone bądź błękitne oczy, a ich włosy zazwyczaj miały barwę złota, czekolady i węgla. Zwykle nosiły przepiękne szaty z aksamitu, jedwabiu czy bawełny.
- Opowiedz nam o rodzinie królewskiej – wtrąciła się Maya, niecierpliwiąc się. – I o księciu elfów.
Milo odchrząknął i wyprostował się, wygładzając kamizelkę, po czym wznowił monolog:
- Wtedy, w czasach elfów, stolicą Pallasu było miasto zwane Ab Alesa. Tak piękne, że aż nie do opisania. Mówiono, że lśniło ono przepięknym blaskiem, a źródłem tego blasku miała być fontanna znajdująca się w jego centrum. Nazywano ją Fontanną Życia. Jej woda nieprzerwanie przepływała w obrębie stolicy, miała też niezwykłe właściwości, o których wiedziała tylko rodzina królewska.
- Opowiedz o Aryi i królu Fiorze – niecierpliwiła się dziewczynka.
- Jeszcze raz mi przerwiesz, a nie będzie historii o księciu – skarcił ją mulat.
- Przepraszam – skruszyła się. – Już nie będę, ale opowiadaj.
- A więc tak: kraj kwitnął, Elfy na początku niechętnie przyjmowały napływających ludzi, ale z czasem pozwoliły im się osiedlić na ziemiach Pallasu i stworzyć pierwsze miasta. Nadeszły czasy, gdy elfy i ludzie żyli razem w zgodzie obok siebie. Jedynym miastem, gdzie mieszkały same elfy, a ludzie nie mieli do niego wstępu było Ab Alesa. – Ezra spojrzał uważnie na małą Mayę, która przyłożyła sobie palec do ust, więc ciągnął dalej. – Były to czasy panowania królowej Aryi - niezwykle delikatnej i rozważnej oraz króla Fiora - porywczego, ale sprawiedliwego władcy. Długo starali się o potomka, który przedłużył by ród, ale nic się nie działo. Królowa nie umiała zajść w ciążę. Wtedy król polecił przynieść kielich wody z Fontanny Życia dla swej małżonki. Ta wypiła wodę i już wkrótce zaszła w ciążę.
- I urodził się mały książę – wtrąciła się w historię Myra. – O przenikliwych turkusowych oczach, które nadała mu woda z Fontanny oraz wiecznie rozwichrzonych włosach, gdyż królowa mimo zakazów w pierwszych miesiącach ciąży uwielbiała jeździć konno.
- Dokładnie, ale o ile się orientuję, to ja opowiadam, hym? – brunet spojrzał na nią znacząco, a ta ponownie przyłożyła sobie palec do ust. – Po dziewięciu miesiącach wyczekiwania na świat, przyszedł książę, następca tronu. Król pragnąc, by na młodego księcia spłynęło szczęście oraz zdrowie i moc, nadał mu imiona Aeonis Surion, czyli Wieczny Elf. Władca jednak nie wiedział jakie przekleństwo ściągnął tymi imionami na własnego syna – zrobił pauzę, by dodać dramaturgii scenie. – Książę rósł. Rozwijał się zdrowo i pielęgnował w sobie tajemnicze zdolności oraz niezwykłą mądrość, tak wyróżniającą te niezwykłe stworzenia, aż nadszedł ten dzień, gdy do Ab Alesa wpuszczono człowieka – ponownie zawiesił głos, a Maya złapała brata za rękaw. – Elfy nazwały go Magiem, gdyż posiadał tę samą tajemniczą zdolność, co one. Jednak był on człowiekiem śmiertelnym. Jak się okazało potem matką Maga była elfka, a ojcem zwykłym człowiekiem. Tak więc oto śmiertelnik posiadł tajemnicze moce elfów – Ezra przerwał, podszedł do Oliviera i staną za jego krzesłem. – Król chcąc poznać ów Maga, zaprosił go na dwór do Ab Alesa. Gdy tylko młody książę go zobaczył, wiedział, że ściągnie on kłopoty na miasto. Fior jednak nie chciał słuchać syna. Uważał, że jest za młody i nie zna świata. Jednak wkrótce racja stanęła po stronie Aeonisa i to on stanął oko w oko z Magiem.
- Walczyli długo w sali tronowe na Słowa – Tim poderwał się i zaczął wymachiwać rękoma. – Miotali w siebie barwnymi smugami, ale rozgoryczony śmiercią rodziców książę przegrał, ponieważ dał się ponieść emocjom.
- Dziękuję, mój drogi – zwrócił mu uwagę Ezra, na co chłopiec usiadł na podłodze, obok siostry i zaczął szarpać nogawkę swoich spodni.
- Po długiej walce na Słowa, wykończony książę opadł na tron i spojrzał na pełnego dumy Maga. Podszedł bliżej młodego elfa, zaśmiał mu się w twarz i powiedział – tutaj mulat spojrzał na Olivera. Ten chwilę przyglądał mu się, a gdy załapał o co chodzi, poprawił na krześle i odezwał się:
- Aeonis Surion – przemówił głębokim głosem Gilbert. – Twoje imię będzie przekleństwem. Zostaniesz Wiecznym Księciem Elfów na tym tronie, w tym mieście.
- I rzucił czar w stronę siedzącego na tronie księcia – szepnął Milo, wznawiając dalej historię. – Aeonis był tak wyczerpany, że nie zdołał odeprzeć Słów, które popłynęły w jego stronę, a Mag w pośpiechu opuścił miasto. Książę będąc tajemniczo przykutym do tronu, jeszcze przytomnym, rozkazał wszystkim elfom opuścić miasto. W pałacu została tylko wierna służba i garstka żołnierzy – wyprostował się i spojrzał na dzieci. – Oni pierwsi popadli w głęboki sen. Ponoć książę nim zasnął, zdążył wyszeptać Słowa, które miał odczytać tylko potomek Maga i zdjąć zły czar. Musiał on jednak mieć dobre serce, nie zatrute nienawiścią. Słowa ponoć osiadły na Fontannie Życia i zapieczętowały ją. Woda przestała płynąć, miasto zgasło i zasnęło na wieki wraz z Wiecznym Księciem Elfów na tronie.
- Myślisz, że obudzi się kiedyś? – zapytała dziewczynka.
- To tylko legenda – odpowiedział mulat.
- Ale w każdej legendzie tkwi ziarnko prawdy – usłyszał za sobą melodyjny, kobiecy głos. Odwrócił się i spostrzegł w progu matkę Olivera i jego młodszego rodzeństwa. Chwilę potem obok pojawił się ich ojciec.
- A teraz moje małe, idziecie wziąć przykład z Księcia – odezwała się.
- Ale nie zaśniemy na wieczność, prawda? – zapytała Maya, mijając Ezrę.
- Oczywiście, że nie. Zbudzę was z samego rana pocałunkiem – oznajmiła, idąc za dziećmi. Pan Gilbert oświadczył, że udaje się do gabinetu, dając chłopcom trochę prywatności, nim wróci jego małżonka. Brunet odwrócił się i spojrzał na przyjaciela, który podniósł się z krzesła.
- Więc co chciałeś, nim twoje rodzeństwo przyuważyło marnego barda? – Milo spytał, splatając ręce na piersiach.
- Ty znasz drogę do Milano, a ja wybieram się na roczny staż – wyjaśnił szatyn, przebiegając palcami po brązowych włosach. – Ojciec pociągnął za kilka sznurków i udało mu się wcisnąć mnie na staż w biurze starosty.
- Nie ma sprawy, poprowadzę cię – mulat wzruszył ramionami. – Ale będziemy musieli iść pieszo. Konie szybko by padły. To będzie z tydzień drogi, więc ubierz się ciepło. Kiedy chcesz ruszyć?
- Wiem, że wróciłeś cztery dni temu, ale muszę tam być z początkiem stycznia – odparł Oliver.
- Rozumiem. Czyli jutro – rzucił Ezra i wyszedł na korytarz. – Idę się w takim razie przespać. Widzimy się o brzasku przy moście.
Założył swoją pelerynę, pożegnał z przyjacielem i wyszedł w ciemną noc. Śnieg trzeszczał pod jego stopami, kiedy przemierzał puste uliczki, kierując się do domu. Gdy tylko znalazł się w ciepłej izbie, zrzucił z siebie ubrania. Wskoczył do ciepłego łóżka i nakrywając się kocem, powoli odpłyną w krainę snów.
4.
Delikatny podmuch zimowego wiatru wtargnął na dziedziniec pogrążonego we śnie pałacu. Przemknął schodami do wnętrza i szparą przecisnął się do sali tronowej. Przy jej drzwiach spali dwaj wartownicy, a w tyle, za tronem można było dostrzec dwóch młodzieńców, którzy również byli pogrążenie we śnie. Na honorowym miejscu spoczywał młody elf o rozwichrzonych, kasztanowych włosach. Srebrna obręcz, która zsunęła się z jego głowy, stoczyła się na podłogę.
Ten sam podmuch wiatru zawirował przy stopach szatyna i wzbił się do góry, po czym zniknął między wąskimi wargami. Przez chwilę w sali panowała niczym niezmącona cisza, którą moment potem przerwał głęboki wdech młodzieńca zajmującego tron. Zakaszlał kilka razy, a spomiędzy powiek wyłoniły się przenikliwe oczy.
- Wrócił. Był tu – szepnął do siebie, zdając sobie sprawę, że jego przebudzenie nie jest przypadkowe. Przodek Maga w końcu wrócił i odczytał zaklęcie, które stworzył, nim zasnął. Cieszyło go, że nie był taki jak tamten, ponieważ jedynym zastrzeżeniem do złamania złego uroku był fakt, iż jego serce było dobre. Bez nienawiści w nim zasianym wieki temu.
Wziął kolejny głęboki wdech, mocniej zacisnął palce na podłokietnikach i podniósł głowę do góry. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się po wnętrzu. Przez okna do środka wpadało poranne światło, przez co mógł dostrzec drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Zauważył strażników, służbę i przyjaciół wciąż pogrążonych we śnie.
Podniósł się z tronu i jęknął cicho, gdy poczuł przeszywający ból w plecach. Nogi miał jak z waty, gdy stanął na nich, ale zdołał otrzepać się z kurzu, który podrażnił jego gardło i wywołał atak kaszlu. Powłócząc nogami, podszedł do srebrnej obręczy, którą podniósł z ziemi i wsunął na głowę. Następnie ruszył w stronę wyjścia. W głowie miał tylko jedno: dotrzeć do Fontanny Życia. To było teraz najważniejsze.
{Aqua Vitae}
Pchnął drzwi sali tronowej i wyszedł do głównego hallu. Ciało szatyna przeszedł dreszcz, gdy zdał sobie sprawę, iż jest tylko w zwyklej, jedwabnej szacie. Jednak odsunął na bok przeszywające go dreszcze i wyszedł na schody przed pałacem.
Jasne słońce odbijające się od śniegu podrażniło jego tęczówki, które od lat nie widziały światła. Szybko jednak przyzwyczaił się do niego i zszedł po schodach na dziedziniec. Miękko stawiając kroki, przeszedł bramę i ruszył w dół ulicą, widząc jak wiele zniszczeń uczynił Mag. Był zszokowany tym, co widział. Nie rozumiał, dlaczego las zaatakował miasto. Miał jednak nadzieje, że da się to wszystko naprawić, nie naruszając drzew.
Stanął na rynku i spojrzał na Fontannę Życia. Śnieg z niej strącony utwierdził go tylko w fakcie, że przodek Maga niewątpliwie był tu i odczytał Słowa.
Jeszcze raz rozejrzał się dookoła, dokładnie przypatrując się cichemu i opustoszałemu miastu. Westchnął, czując ból, żal i rozgoryczenie. Znów zaczął się obwiniać. Gdyby bardziej naciskał na ojca i pokazał mu, jak złe i nieczyste było serce przybysza, nie doszłoby do tego wszystkiego. Ab Alesa nie upadłaby, a on nie straciłby rodziców.
Szybko jednak zebrał się w sobie. Chwycił w palce jedwabny materiał, by nie plątał mu się pod nogami i wspiął się na fontannę. Wyciągnął obie dłonie i dotknął nimi zimnego posągu. Przymknął powieki, skupiając energię i wypowiedział Słowa:
- Aqua vitae fluis et excitabas oppidum – jęknął przeciągle, gdy potężna energia wstrząsnęła jego drobnym ciałem. Odetchnął głęboko, otworzył oczy i wyprostował się. Spojrzał na żłobione otworki, z których powoli zaczęła sączyć się woda. Przyglądał się, jak skrzący pył napełnił fontannę, po czym zaczął umykać czterema innymi kanalikami. Woda rozpłynęła się na cztery strony świata, napełniając coraz to węższe żłobienia, docierając do wnęk w budynkach, i sprawiając, że wszystko lśniło, oczyściło się z kurzu, a popękane ściany czy uszkodzone dachy, zaczęły się samoistnie naprawiać.
Na twarz szatyna wkradł się uśmiech, gdy spostrzegł, jak całe miasto odzyskuje dawny blask, a pierwsze zimowe wróżki przeszywają miasto. Spostrzegł również, że las, w który wdarł się do miasta, nie wadził budynkom ani trochę.
- Wasza Książęca Mość – usłyszał za plecami znajomy, zachrypnięty głos. Odwrócił się na pięcie, a jego turkusowe, w tej chwili błyszczące oczy, spoczęły na dwójce jego najwierniejszych przyjaciół. Właścicielem głosu okazał się wysoki, szczupły brunet o malachitowym spojrzeniu, z burzą loków na głowie. Drugi nieco niższy, miał blond włosy i chabrowe spojrzenie. Jego jasne policzki zdobił rumieniec.
- Elerosse – zwrócił się o lokatego, po czym spojrzał na blondyna. – Findecano. Niezmiernie się cieszę, że was widzę.
- Aeonisie – odezwał się zielonooki, wyciągając rękę w jego stronę. – Jaśnie Pan pozwoli.
Szatyn posłał mu uśmiech i chwycił jego dłoń. Elerosse pomógł mu zejść z fontanny, Findecano natomiast rozłożył zimowy płaszcz. Książę wsunął w niego dłonie i pozwolił, by blondyn dopiął guziki. Następnie podał mu biały puchowy szal, który zawiązał pod szyją.
- Jesteś Panie pewnie zmęczony i skołowany – odezwał się lokaty. – Proponuję więc udać się do pałacu. Przypuszczam, że za niedługo zaczną zjeżdżać się elfy.
- Wszyscy powinniśmy odpocząć – odparł Aeonis. – To był długi sen, jak mniemam.
Zarówno blondyn, jak i brunet pokłonili mu się lekko, gdy ich mijał, po czym ruszyli za nim do bramy na dziedziniec. Książę obserwował każdą uliczkę, do której wdzierała się życiodajna woda, rozświetlając ulice i budynki. Zadowolony udał się do zamku, by mimo długiego snu, odpocząć.
5.
Dwóch młodzieńców szło leśną ścieżką, przedzierając się przez kolejne zaspy. Droga, którą wybrał Ezra, była bezpieczna, ale trudniejsza, głównie przez fakt, iż nie szli traktem. Podróż nim, zwłaszcza we dwóch, była niebezpieczna o tej porze roku. Mimo mrozów zbójnicy i rabusie czaili się na każdym kroku, gdyż wielu możnych panów wyjeżdżało na przyjęcia noworoczne.
- Przypomnij mi – odezwał się zdyszany Olivier, który szedł kilka kroków za brunetem. – Dlaczego nie idziemy traktem?
- Ponieważ zbliża się nowy rok i czyha tam wielu rabusiów – powtórzył Milo, który szedł lekkim krokiem. Zerknął przez ramię na przyjaciela i z głupawym uśmiechem dodał. – Nie trzeba było tyle brać.
- O, zejdź ze mnie – burknął w odpowiedzi tamten. – To nie ty wyjeżdżasz na cały rok do Milano.
- Już dobrze. Nie jęcz – rzucił w odpowiedzi. – Jeszcze kawałek i dojdziemy do tego domu, w którym skryłem się przed śnieżycą. Tam przenocujemy.
W odpowiedzi usłyszał pomruk aprobaty i znów zamilkli, wsłuchując się w odgłos własnych kroków. Śnieg skrzypiał pod ich stopami, odbijając się echem po okolicy. Nagle Oliver zatrzymał się, tak przynajmniej myślał Ezra, kiedy kroki przyjaciela ucichły.
- No dalej, przyjacielu – odezwał się. – Już niedaleko.
Przystanął i chciał się odwrócić, by spojrzeć na niego, posyłając pokrzepiający uśmiech. Nie zdążył jednak, gdyż poczuł przeszywający ból z tyłu głowy. Świat mu zawirował, zemdliło go, a potem zapadła ciemność. Ostatnie, co pamiętał, to jak jego policzek spotkał się z zimnym śniegiem.
6.
Aeonis wraz z baronami wyszedł z sali narad. Pożegnali się z księciem i udali na dziedziniec. On poprawił zimową szatę oraz diadem i ruszył w górę schodami. Szybkim krokiem przemierzał pałacowe korytarze. Przystanął tylko na moment, przy jednym z okien, by spojrzeć na miasto. Minął ponad tydzień od wybudzenia, a ono wciągu kilku dni na nowo zaludniło się elfami, co niezmiernie go ucieszyło. Podobnie, jak fakt, iż wciąż były one oddane rodzinie królewskiej.
- Jaśnie książę – usłyszał znajomy głos, gdy wchodził na jeden z korytarzy. Przystanął, odwrócił głowę i spostrzegł zmierzającego ku niemu blondyna. Poczekał, aż podejdzie.
- Czy coś się stało? – zapytał, gdy chłopak był już przy nim.
- Tamten drugi właśnie się obudzi – oznajmił Findecano. – Chce się z nim Jaśnie Pan zobaczyć?
- Nie teraz – zaprzeczył Aeonis. – Idę zajrzeć do bruneta, ty się nim zajmij. Powiedz mu, że znajdę dla niego chwilę później.
- Oczywiście – blondyn skłonił mu się lekko i zawrócił. On natomiast ruszył w swoją stronę. Cicho stawiając kroki, przemknął przez korytarz i stanął przed drzwiami do komnaty na końcu. Smukłe palce przebiegły po złotej klamce i dopiero po chwili ją nacisnął. Uchylił drzwi i wślizgnął się do środka, zamykając je za sobą cicho.
{When I First Met You}
Przeszedł przez komnatę, by delikatnie rozsunąć ciężkie kotary w jednym z okien, wpuszczając do środka światło i rozświetlić odrobinę ciemne do tej pory pomieszczenie. Przebiegł po granatowym materiale i odwrócił się na pięcie, spoglądając na wielkie łoże. Jego zasłony w bladoniebieskim odcieniu były zasłonięte. Mimo wszystko dostrzegł zarys sylwetki.
Delikatnie stawiając kroki, książę podszedł bliżej. Lekko rozsunął zasłony i przygryzając dolną wargę, spojrzał przez szparę, która się utworzyła. Nigdy nie widział ludzi, poza Magiem, który zniszczył mu życie. Ale ten, który leżał tutaj, był wyjątkowo piękny. Jego skóra była karmelowa, a kruczoczarne włosy rozsypywały się na poduszce. Samotne pasmo z grzywki zabłąkało się na jego twarz. Wyciągnął palce w jego stronę, ale chłopak poruszył się. Szybko więc cofnął się o kilka kroków.
Przysłuchiwał się odgłosom wydobywającym się zza zasłon łóżka. Usłyszał ciche pomruki i jęknięcia. Po chwili dotarł do niego szelest materiału i głos. Niski i niezwykle melodyjny - przyprawił go o przyjemne ciarki na plecach.
- Co jest grane? – usłyszał. – Gdzie ja…
Szatyn poczynił kilka kroków i stanął w nogach łóżka. Oparł dłonie na drewnianej ramie, chwilę milczał i dopiero po chwili się odezwał.
- Nie bój się. Nic ci nie grozi.
Ponownie chwycił w smukłe palce bladoniebieskie zasłony i delikatnie je rozsunął. Jego turkusowe, przenikliwe oczy, prześlizgnęły się po aksamitnej pościeli, sunąc w górę, aż napotkały ciemną skórę chłopaka na piersi. Poczuł, jak jego oddech przyśpiesza na widok idealnie wyrzeźbionego ciała. Podążył dalej w górę, poprzez pełne, teraz rozchylone usta, aż napotkał głębokie, czekoladowe tęczówki bruneta. Patrzył w nie przez dłuższą chwilę, by następnie całkowicie rozsunąć zasłonę.
- Kim jesteś? – zapytał chłopak, kiedy ruszył rozsunąć zasłony po swojej lewej stronie. Odpowiedział dopiero wtedy, kiedy materiał ułożył się przy kolumnach.
- Jestem Aeonis Surion. A jak ciebie zwą? – chwycił jeden ze złotych sznurów i związał dwie kotary przy kolumnie. Następnie wziął kolejny sznur i przeszedł na drugą stronę, by rozsunąć pozostał zasłony.
Brunet zaśmiał się, a on spojrzał na niego swoimi przenikliwymi oczyma. Od razu zmieszał się, spuścił wzrok i odchrząknął.
- Jestem Ezra Milo – odezwał się w końcu, gdy szatyn rozsunął ostatnią parę zasłon i zawiązał je przy kolumnie. – Powiesz mi, gdzie jestem?
- W Ab Alesi – odpowiedział książę, stając przy łóżku i spuszczając dłonie wzdłuż ciała. Przyjrzał się uważnie brunetowi, który najwyraźniej nie wierzył w jego odpowiedzi.
- Dobra. Świetny dowcip – odezwał się Ezra, pocierając skroń. Czuł tępy ból. – Aeonis Surion, Ab Alesa – spojrzał na szatyna. – Chyba jesteś zagorzałym fanem legend elfickich. Zwłaszcza tej o Uśpionym Księciu.
- Legend? – zdziwił się, na co brunet przytaknął. – Staliśmy się legendami? Opowiadacie sobie o nas na dobranoc?
- Ty uważasz, że jesteś… - Milo nie zdążył dokończyć swojej wypowiedzi, gdyż Aeonis zgarnął kasztanowe kosmyki, ukazując mu spiczaste ucho. Mulat wytrzeszczył oczy na ten widok, po czym przetarł je, zastanawiając się czy nie ma zwidów. Ale gdy ponownie spojrzał na chłopaka, jego uszy wciąż były spiczaste.
- Jesteś elfem – stwierdził, na co książę przytaknął. – Prawdziwym elfem. A to jest legendarne Ab Alesa.
- Na to wygląda – przyznał elf i wyprostował się. Zaczął czuć się niepewnie w jego towarzystwie. Opowiadał o rzeczach, które go zaskoczyły. Które musiał sprawdzić. Odchrząknął więc i dodał: - Ciebie i twojego przyjaciela zaatakowali rabusie. Nie martw się, nic mu nie jest. Chcieli was okraść, ale nasz patrol był w pobliżu. Byliście nieprzytomni kilka dni. A teraz wybacz, mam obowiązki. Medyk przyjdzie sprawdzić czy nie masz większych urazów.
- Rozumiem – mruknął w odpowiedzi brunet. Aeonis jeszcze chwilę na niego patrzył, po czym odwrócił się na pięcie. Skierował się o drzwi i wyszedł na korytarz, zmykając je za sobą. Posłał po medyka, jedną z pokojówek, a sam udał się do swoich obowiązków.
7.
Findecano po otrzymaniu rozkazu od księcia, powoli ruszył do komnaty, która została przydzielona towarzyszowi bruneta. Serce tłukło mu się w piersi, bowiem nie spodziewał się, iż przyjdzie patrzeć mu na najpiękniejszego człowieka na świecie. Gdy przywieziono ich na dwór, to jemu przypadło doglądanie brązowowłosego. Przychodził do jego komnaty dwa razy dziennie, skrzętnie wypełniając swoje obowiązki. A gdy przyszedł tam dziś rano i poprawiał narzutę, chłopak poruszył się. Od razu popędził do księcia.
Wziął wdech, wygładził jasną szatę, która podkreślała kolor jego oczu i nacisnął klamkę. Wsunął głowę przez szparę, a jego jasne tęczówki od razu spoczęły na łóżku, gdzie siedział ów nieznajomy. Jago oczy uważnie lustrowały wnętrze, aż w końcu zatrzymały się na drzwiach. Findecano oblał się rumieńcem, po czym wślizgnął do środka. Stanął przy drzwiach, splatając ręce za plecami.
- Jestem Findecano Telemnar, Panie – przedstawił się, lekko skłaniając. – Wyznaczono mnie, bym nad tobą sprawował pieczę.
- Tak, miło, – odezwał się lekko zakłopotany – ale żaden ze mnie Pan. Jestem Oliver Gilbert. Wystarczy Oliver.
- Jak sobie życzysz – odparł blondyn, podchodząc do łóżka i sięgnął po poduszki, chcąc je poprawić. – Jaśnie książę kazał przekazać, iż zajrzy do ciebie później. W tej chwili poszedł sprawdzić stan twojego przyjaciela.
- To Ezra też tu jest? – spytał szatyn, rozbudzając się. – Nic mu nie jest? Co się właściwie stało?
- Niedaleko stąd napadli was rabusie – wyjaśnił Findecano. – Nasz patrol był w okolicy, więc przegonił ich, a was odesłano tutaj. Jaśnie książę kazał przydzielić wam najlepsze komnaty. Mnie wyznaczył do opieki nad tobą, a sam osobiście dogląda twego towarzysza. To niezwykle intrygujące.
Wyprostował i zmarszczył brwi. Usta wydął w dziubek i cmoknął. Chwilę potem usłyszał chichot. Speszony odchrząknął i znów wygładził swoją szatę.
- Hej, nie denerwuj się tak, Fin – odezwał się Oliver. – Mogę cię tak nazywać? Fin. Taki skrót od Findecano.
Niespodziewanie drzwi komnaty otworzyły się, a do środka wszedł szatyn z diademem na głowie, o przenikliwych, turkusowych oczach. Spojrzał na Olivera, a blondyn skłonił się nisko.
- Wasza Książęca Mość – odezwał się.
- Tak, tak – rzucił elf, podchodząc do łóżka. Nachylił się do chłopaka i zajrzał w jego sarnie oczy. – Wyglądasz na bystrego i rozważnego. Tak więc, zanim ci się przedstawię, powiedz mi, tak szczerze, który mamy rok.
Oliver już otwierał usta, jednak po chwili zamknął je i zmarszczył brwi.
- To zależy, jak długo byłem nieprzytomny – odezwał się w końcu.
- Trzy dni – wtrącił Fin.
- W takim razie mamy pierwszy stycznia roku 1269 – odpowiedział po chwili. Blondyn szeroko otworzył oczy, a książę wyprostował się i spojrzał na niego. Oliver spoglądał to na jednego, to na drugiego, po czym pozwolił wtrącić: - Czy powiedziałem coś nie tak?
Szatyn spojrzał na niego i posłał mu smutny uśmiech. Następnie odwrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia z komnaty.
- Panie? – zawołał niepewnie za nim niebieskooki.
- Jesteśmy legendą – odezwał się królewicz, niespodziewanie odwracając się na pięcie w jego stronę. – Nie istniejemy w tym świecie poza legendami. Baśniami na dobranoc.
- Ale… - mruknął cicho blondyn, patrząc za odchodzącym szatynem. Drzwi do komnaty zamknęły się za nim cicho, a on opadł na łóżko. Nie rozumiał swojego władcy. Nie wiedział, co miał na myśli, mówiąc, że nie istnieją. Przecież jest tu. Zarówno duchem jak i ciałem.
- Co twój królewicz miał na myśli, mówiąc, że jesteście legendą? – spytał szatyn, na co on wzruszy tylko ramionami. Spojrzał w jego oczy, zaczynając coś rozważać i szukać tam odpowiedzi.
- Czy coś, co wydarzyło się prawie sześć wieków temu może być dziś legendą? – spytał Findecano.
- Jeśli nie jest to poparte faktami historycznymi, to tak. Dajmy na to legendy elfickie – odparł Oliver, a blondyn spojrzał na niego. – Wszyscy je znają, przekazują z pokolenia na pokolenie, ale to tylko baśnie, gdyż nikt nigdy nie znalazł dowodu na istnienie Ab Alesi i Uśpionego Księcia Elfów. Swoją drogą, to ulubiona baśń mojego młodszego rodzeństwa.
W niebieskookim zawrzała krew i gwałtownie podniósł się z łóżka. Postąpił kilka kroków na przód, po czym ponownie spojrzał na chłopaka siedzącego na materacu. Ten uniósł wysoko brwi wyraźnie zaskoczony.
- Ja, Elerosse, książę Aeonis i inni, spaliśmy przez pięćset siedemdziesiąt trzy lata – odezwał się, zaciskając ręce w pięści. – A wy, ludzie, obróciliście nasze istnienie w bajki, a Ab Alesię w ruinę. Gdyby nie Aqua vitae … Zresztą nie zrozumiesz.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł z komnaty, trzaskając wręcz drzwiami. Zaskoczony Oliver jeszcze długo wpatrywał się w drewno, zastanawiając się, co powiedział nie tak. Potem opadł na poduszki i westchnął ciężko.
8.
Ezra wygładził materiał ubrania, które zostało mu przyniesione. Nigdy nie chodził w takich tunikach, ale musiał przyznać, że te elfickie buty były niesamowicie wygodne i ciepłe. Zarzucił na ramiona ciemnofioletową szatę, którą również mu pozostawiono i podszedł do drzwi. Mimo późnej godziny oraz osłabionego organizmu musiał coś sprawdzić, a to była najlepsza pora.
{World of Dreams}
Wyjrzał na korytarz, a gdy okazał się pusty, przemknął przez szparę między drzwiami a futryną i cicho stawiając kroki, przemknął przez korytarz. Wbiegł w kolejny po swojej lewej i zbiegł schodami w dół, na następny korytarz. Westchnął ciężko i ruszył nim. Przy jego rozwidleniu wpadł na kogoś. Gdy spostrzegł na kogo - ulżyło mu.
- Oliver – szepnął, ściskając ręce na jego ramionach. – Żyjesz.
- Powiedz mi, gdzie my jesteśmy i co to za ludzie? – odszepnął wzburzony szatyn.
- Nie uwierzysz, jak ci powiem – odparł. – Zresztą ja sam właśnie idę się przekonać czy ten cały książę mówił prawdę.
- U mnie też był i bredził coś o legendach – wyjaśnił Gilbert półszeptem. – A ten blondyn mówił coś o sześciusetletnim śnie. To jakieś chore miejsce.
Ezra spojrzał na niego i przygryzł dolną wargę. Gdy dostrzegł natarczywe spojrzenie przyjaciela, pociągnął go tylko w stronę schodów.
- A widziałeś uszy tego blondyna lub księcia? – spytał, gdy schodzili nimi w dół.
- Nie, ale co to ma do rzeczy – żachnął się Oliver. – Uszy jak uszy. Każdy człowiek ma takie same.
- Właśnie. Człowiek – odparł, gdy stanęli w głównym hallu. Spostrzegł wrota prowadzące na główny dziedziniec. Serce zabiło mu szybciej, gdy jego przyjaciel stanął u jego boku. Z jednej strony bardzo mocno chciał wierzyć w to, że legenda okazała się prawdą, a drugiej obawiał się zawodu, gdy zobaczy zwykłe miasto, ze zwykłymi ludźmi.
Wziął głęboki wdech i ruszył w stronę głównego wejścia do pałacu. Zerknął przez ramię na Olivera, który stąpał tuż za nim. Stanął przed masywnymi, ciężkimi wrotami, które pchnął mocno i wyszedł na schody.
Zaparło mu dech w piersi, gdy spojrzał na migoczące delikatnym blaskiem mury wokół pałacu. Delikatna poświata wznosiła się nawet ponad nimi, co świadczyło, że zjawisko ma miejsce w całym mieście. Mieszała się z miękkim, żółtym światłem lampionów ustawionych wokół okrągłego dziedzińca, przez co misterne wzory roślinne wokół kolumn i między kanalikami były wyostrzone oraz uwydatnione. Na niebie, niczym ogon spadającej gwiazdy, smugi pyłu pozostawiały małe, świetliste wróżki.
- Czy ja dobrze widzę czy może jednak umarłem? – odezwał się Oliver, wyraźnie zachwycony tym, co widział, a jego oddech zamienił się w obłoczek na mroźnym powietrzu.
- Dobrze widzisz – odparł Ezra równie zachwycony widokiem, który miał przed sobą. – Jesteśmy w Ab Alesa.
Zeszli po schodach na dziedziniec, szczelniej otulając się szatami. Ciemne oczy bruneta chłonęły każdy najdrobniejszy szczegół. Chwilę potem spojrzał pod stopy i odgarnął stopą śnieg. Dostrzegł te same kanaliki, którymi płynęła woda.
- Aqua vitae – szepnął do siebie. – Woda Życia.
- Fidis mihi nunc? – usłyszeli za sobą delikatny głos. Obaj odwrócili się, a ich oczy spoczęły na szatynie. Miał ciemnozieloną szatę, a pod szyją zawiązany biały szal. Jego policzki ozdobiły rumieńce. Głowę zdobił srebrny diadem. Przenikliwe oczy przeszyły go, gdy stanął na placu i ruszył ku nim.
Podszedł do nich i z uwagą zajrzał w ciemne oczy. Na jego wąskie usta wtargnął delikatny uśmiech i znów do niego przemówił.
- Ergo. Fidis mihi nunc? – to było dziwne dla Ezry, gdyż doskonale rozumiał o co pyta go książę. Mianowicie o to czy teraz mu wierzy. Wziął wdech i spojrzał w te przenikliwe oczy. Nagle w jego głowie zakłębiło się tysiące pytań. Jak to możliwe, że legendy są prawdziwe? Skąd zna ten język? I co to za język?
- Respondis – poprosił Aeonis. – Opowiedz.
- Sic – odparł w końcu, ponownie zadziwiając samego siebie znajomością słowa. Pojawiło się w jego myślach jako odpowiedź. Było to potwierdzenie wszystkiego: że wierzy, rozumie, co mówi, ale nie wie skąd to jest.
- Cieszę się niezmiernie – szatyn posłał mu ciepły uśmiech i spojrzał na przyjaciela bruneta. – A ciebie przepraszam. Nie przedstawiłem się, gdy dziś u ciebie byłem. Aeonis Surion. Tak, ten książę z legend, które sobie opowiadacie. A teraz panowie, wracajmy. Jest zimno, późno. Czas odpocząć.
Odwrócił się i ruszył przez dziedziniec do pałacu. Ezra wymienił spojrzenia z Oliverem. Od razu rozpoznał to spojrzenie przyjaciela.
- O nie. Wiem, co powiesz – zagroził mu palcem. – Zostajemy.
- Ale to chore – odparł. – Świecące miasto. Książę z legend.
- Odpowiedzi na to, co się ze mną dzieje – wtrącił się mulat, zaplatając ręce na piersiach i posyłając przyjacielowi stanowcze spojrzenie. Nie ulegał mu na początku, jednak nie trwało to długo.
- Dobra – westchnął, na co Milo wyszczerzył zęby. – Dostaniesz te swoje cholerne odpowiedzi, a później zwijamy się stąd. Rzekomo żaden człowiek nie miał tu wstępu.
- Zamknij się – skwitował całość i ruszył w stronę wrót do zamku. Gdy podniósł wzrok, napotkał stojącego w nich Aeonisa, który przyglądał mu się uważne. Następnie odwrócił się i zniknął we wnętrzu. Ezra wspiął się po schodach i wszedł do głównego hallu, ale księcia już tam nie zastał.
sobota, 18 stycznia 2014
754
2
{Old Friends}
Słońce wstało nad lasem. Jego promienie odbiły się od śniegu, dodając okolicy uroku oraz rozświetlając ją; otulało swym blaskiem najwyższe z wieżyczek pałacowych, rozjaśniając szary kamień. Wdarło się między budynki, rozbudzając miasto. Sklepy i kramy powoli zaczęły się otwierać, a pierwsi mieszkańcy Ab Alesi wylegli na ulice.
Przez główną bramę, wprost na dziedziniec, wpadł blondyn w granatowej szacie zimowej. Szybkim, ale wciąż lekkim krokiem, przeszedł przez plac i wspiął się po oblodzonych schodach pałacu. Pociągnął ciężkie wrota i wszedł do głównego hallu, gdzie służki przywitały go krótkimi skinieniami głów.
Można powiedzieć, że pracował w pałacu, jednak służba kłaniała mu się za każdym razem - był doradcą księcia, choć nie odczuwał dzielącej ich bariery. Czuł się jego przyjacielem, choć raczej starał się nie wypowiadać, trzymał na uboczu i raczej był cichy, czuł to czym obdarza go jego książę – bezgranicznym zaufaniem.
Findecano zbiegł po schodach w dół i znalazł się w wąskim korytarzu. Do jego nozdrzy od razu dotarły przyjemne zapachy i wiedział, że w kuchni praca wre już od wczesnych godzin. Oblizał się na samą myśl o owocowych babeczkach czy pysznej szarlotce, jednak nie o podjadanie teraz chodziło.
Nacisnął klamkę drzwi i wśliznął się do środka. Kucharki kręciły się od garnka do garnka, przygotowując śniadanie. Nie tylko dla księcia, ale również dla pozostałych mieszkańców pałacu.
- Przepraszam – zatrzymał jedną z kucharek, która przystanęła i skłoniła mu się lekko. – Czy śniadanie dla panicza Olivera jest już gotowe?
- Tak, o tam – wskazała na tacę z maślanymi rogalikami, dżemem w porcelanowej miseczce oraz filiżankę świeżo zaparzonej kawy.
- Świetnie. Przynieś mi jeszcze cukiernicę i dzbaneczek ze śmietaną do kawy – poprosił kucharkę, a ta skinęła i odeszła. On natomiast podszedł do stołu i poprawił wszystko. Elfka doniosła mu to, o co poprosił. Podziękował jej uśmiechem i zabrał tacę. Ułożył ją na pełnej dłoni i wyszedł z kuchni.
Przemierzał kolejne korytarze, aż dotarł do tego właściwego. To tutaj zwolnił. Serce znów zaczęło mu tłuc się w piersi, a gdy stanął przed właściwymi drzwiami, miał wrażenie, że zapomniał, jak się oddycha. Wziął jednak głęboki wdech, nacisnął klamkę i wszedł do komnaty. Zamknął drzwi kopniakiem i spojrzał na łóżko.
Oliver leżał na brzuchu. Ręce wsunięte miał pod poduszki, w które wtulał policzek, narzuta przysłaniała jego ciało, a włosy opadały na twarz. Jego usta były lekko rozchylone, a oddech muskał materiał poduszki.
Findecano uśmiechnął się delikatnie i odstawił tacę na stolik, przy którym ustawiona była sofa i dwa krzesła. Następnie podszedł do okna i rozsunął ciężkie kotary. Gdy promienie słońca padły na łóżko, do jego uszu dotarł pomruk niezadowolenia.
- Dzień dobry, Oliverze – przywitał się, kierując do drugiego okna i zerkając na chłopaka przez ramię. – Podano śniadanie.
Rozsunął kotary i obracając się na pięcie, spojrzał na szatyna, który podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając zaspane oczy. Blondyn chwilę przyglądał się temu uroczemu widokowi, po czym podszedł do łóżka. Pochwycił z ramy długi do ziemi, obszyty srebrną nicią szlafrok w kolorze ciemnego brązu. Stanął przy boku i poczekał, aż chłopak wyplącze się z narzuty. Wtedy rozłożył go, a Gilbert pozwolił mu go na siebie założyć.
- Dziękuję – posłał jasnookiemu uśmiech, przewiązując go w pasie sznurem. – I dzień dobry.
- Ja… - zaczął Fin. – Chciałbym przeprosić za mój wczorajszy wybuch.
- W porządku. Nic się nie stało – Oliver machnął ręką i ruszył w stronę stolika, gdzie czekało na niego śniadanie. Zajrzał do filiżanki i został mile zaskoczony. – To elfy piją kawę?
Spojrzał na blondyna, który uśmiechnął się i podszedł do niego.
- To normalna roślina. Hodujemy ją w szklarniach – wyjaśnił i sięgnął po filiżankę. – Twoja jest parzona ze świeżo zmielonych ziaren z ostatniego zbioru. To znaczy… Może lepiej żebyś nie wiedział.
Podał filiżankę szatynowi, a ten wziął ją od niego, uważnie lustrując go swoimi sarnimi oczyma. Upił łyk ciepłego napoju i poczuł tę charakterystyczną gorycz, za którą nie przepadał.
- Muszę przyznać, że wyśmienita – stwierdził, odstawiając ją na spodeczek i sięgając po dzbaneczek ze śmietaną. – Ale preferuję ze śmietanką.
Oliver okrążył stolik i rozsiadł się na kanapie, zaś Findecano przysiadł na skraju krzesła. Przez chwilę panowała między nimi cisza, którą przerywał tylko brzdęk sztućców o naczynia. Dopiero kiedy szatyn się najadł i sięgnął po filiżankę z kawą, spojrzał na elfa, który miętolił skrawek swojego płaszcza.
- Opowiedz mi – odezwał się, a blondyn podniósł na niego swoje duże, chabrowe tęczówki. – Skoro to wszystko jest prawdą.
Elf westchnął i przebiegł palcami po jasnej grzywce. Sięgnął po pozostawiony kawałek rogalika i wgryzł się w niego, po czym przełknął.
- To trochę przez to się rozzłościłem. Kiedy zapytałem cię o to czy coś może stać się legendą po sześciu wiekach – zaczął. – To było głupie, ale po prawie sześciuset latach snu ma się pewne wyobrażenia.
Findecano zamilkł na chwilę. Oliver w tym czasie upił kolejny łyk kawy, znów mu się przyglądając. Opowieści, które z taką pasją deklamował Ezra, nie kłamały. Elfy faktycznie były piękne. Śniada cera sprawiała, że wyglądał na kruchego. Przenikliwe oczy przyprawiały go o dreszcze, gdy patrzyły na niego. Miał ochotę odgarnąć te jasne kosmyki i sprawdzić czy ma spiczaste uszy.
- Kiedy ten człowiek pojawił się w Ab Alesa, wszyscy uważnie mu się przyglądali. Było to bowiem jedyne miasto, do którego wasz gatunek nie wkroczył – delikatny głos blondyna wyrwał go z krótkiej zadumy. – Był dobrym aktorem. Przekupił wszystkich pięknymi słowami, delikatnym uśmiechem i chęcią pomocy. Nawet król mu uległ. Jednak książę szybko go przejrzał. Dostrzegł mrok w jego sercu.
- Według legendy Aeonis walczył z nim na Słowa – wtrącił się Oliver. – Wycieńczony opadł na tron i wtedy Mag rzucił na niego ten urok, jednak książę w ostatniej chwili zdążył rzucić czar, który je łamał i osiadło ono na Fontannie Życia.
- Dokładnie tak to się skończyło. A słowa osiadły na fontannie ze względu na fakt, iż królowa wypiła z niej wodę. Książę jest więc z nią niejako związany – mówił dalej Fin. – Zaklęcie natomiast miał złamać potomek Ariona Milo. Tak bowiem nazywał się Mag. Ale serce jego potomka miało być dobre, niezatrute nienawiścią.
Szatyn wyprostował się i spojrzał na elfa. Odstawił filiżankę na spodeczek i zmarszczył brwi.
- Jak się nazywał ten Mag? – spytał.
- Arion Milo – posłusznie odpowiedział Findecano.
- Muszę się zobaczyć z Ezrą – stwierdził, podnosząc się gwałtownie i dopadając szafy.
- Pójdę go poinformować – odparł blondyn i udał się do drzwi komnaty. Wyszedł na korytarz i ruszył do komnaty bruneta. Oliver w tym czasie wygrzebał z szafy ubrania i założył je na siebie w pośpiechu, co spowodowało, że musiał się poprawić.
2.
Ezra nie spał dobrze tej nocy. Po powrocie z dziedzińca rozmyślał – długo i dogłębnie. Jeśli Aeonis był naprawdę, a Ab Alesa odżyła na nowo, to musiał tu trafić potomek Maga, który odczytał słowa zaklęcia, łamiącego zły urok. Doszedł do szokujących wniosków, ale by mieć sto procent pewności potrzebował się dostać na rynek.
Zarzucił na ramiona ten sam ciemnofioletowy zimowy płaszcz i wyszedł na korytarz, gdzie wpadł na blondyna w bladoniebieskiej szacie.
- Bardzo przepraszam – rzucił, ale elf złapał go za ramię. Spojrzał więc na niego wyraźnie zaskoczony.
- Panicz Ezra? – spytał blondyn, na co skinął głową. – Panicz Oliver chce się z panem zobaczyć jak najszybciej.
{Spiritual Awakeing}
- Dziękuję – odparł, a tamten go puścił, więc ruszył przed siebie. Zszedł po schodach i wszedł na korytarz, na końcu którego spostrzegł znajomą sylwetkę przyjaciela. Przyśpieszył i już chwilę potem stał u jego boku.
- Muszę ci coś powiedzieć – oznajmił na wejściu Oliver.
- A ja coś sprawdzić. Chodź – odparł brunet i pociągnął przyjaciela w stronę schodów. Szybko po nich zeszli, przeszli przez główny hall i wypadli na dziedziniec.
- Słuchaj, rozmawiałem z Finem – odezwał się szatyn, gdy kierowali się do bramy prowadzącej na dolne miasto. – Powiedział mi kilka ciekawych rzeczy. Jak na przykład to, że nasz pierwszy król…
- Ten, którego obaliła obecna rodzina królewska? – wtrącił Milo, kiedy szli w dół zatłoczoną ulicą, mijając kolejne kramy i stragany.
- Tak, dokładnie ten. Arion Milo – przytaknął Gilbert. – Słuchaj, on był tym Magiem z legend.
Ezra zatrzymał się gwałtownie, przez co przyjaciel wpadł na niego. Spojrzał na szatyna swoimi czekoladowymi oczyma, niedowierzając. To wszystko stawiało jego rozważania w zupełnie innym świetle.
- Król Arion Milo był Magiem – powtórzył, na co Oliver przytaknął. Wziął wdech i pociągnął go za łokieć. W kompletnej ciszy pokonali jeszcze parę metrów i przebijając się przez tłum elfickich kobiet, zachwycających się jakimś materiałem, wyszli na rynek. Zatrzymali się, a ich spojrzenia padły na fontannę, z której sączyła się skrząca woda. W jej środku stała postać odziana w długie szaty, a dookoła wygrawerowany złotymi literami był napis: Et incantator redeverit, verba recitaverit, oppidi recirrerit ars magica, et perrecterit fuerit.
Ezra wziął głęboki wdech, czując, jak brakuje mu tchu. Serce szybciej zaczęło pompować krew, a nogi stały się jak z waty, gdy zdał sobie sprawę, co się dzieje i kim tak naprawdę jest.
- Jestem potomkiem Ariona Milo – wydukał, a Oliver spojrzał na niego, wytrzeszczając oczy. – Te wszystkie rzeczy, które dzieją się czasem wokół mnie. Jestem Magiem.
- Spokojnie – odezwał się szatyn, opierając ręce na jego ramionach. – Oddychaj, przyjacielu.
- Byłem tu podczas powrotu z Milano – ciągnął dalej. – Kiedy po zamieci wyszedłem z tej chatki, o której ci mówiłem, zobaczyłem ruiny miasta i wszedłem w nie. A potem znalazłem tę fontannę. Zgarnąłem śnieg i odczytałem słowa.
- I powróci Mag, słowa odczyta, magia do miasta powróci, a książę wybudzi się – usłyszeli spokojny i melodyjny, męski głos. Odwrócili głowy, a ich oczy spoczęły na księciu. Dziś miał niezwykle błękitną szatę, która podkreślała głębię jego tęczówek. Śnieżnobiały szal pozostał jednak niezmienny. Podobnie jak srebrny diadem na jego rozwichrzonych włosach.
- Elerossie, pokaż panu Gilbertowi bibliotekę – odezwał się, podchodząc bliżej wraz z lokatym towarzyszem. – Zapewne zainteresują pana nasze kroniki.
- Wasze kroniki? – powtórzył z błyskiem w sarnich oczach.
- W rzeczy samej – przytaknął książę i posłał mu przyjazny uśmiech. Następnie wysoki elf, który mu towarzyszył, gestem dłoni poprosił, by ruszył przodem. Odprowadzili ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli w tłumie, po czym znów spojrzeli na siebie.
- Zechcesz mi potowarzyszyć? – zapytał Aeonis. – Chciałbym z tobą porozmawiać.
- O tym kim jestem? – zapytał brunet, puszczając go przodem. Nie śmiał się z nim zrównać, skoro był najprawdziwszym księciem. Stąpał krok za nim.
- Wydaje mi się, że do tego już doszedłeś – odpowiedział szatyn i przystanęli na moment, patrząc tym razem na fontannę od przodu. – Odczytałeś te słowa i zrozumiałeś.
Przytknął, wpatrując się w posąg, a potem spojrzał na elfa.
- To tylko dowodzi tego, że jesteś potomkiem Maga. Tylko on mógł złamać urok rzucony na miasto – wznowił książę. – Szukasz odpowiedzi na te wszystkie dziwne rzeczy, które dzieją się wokół ciebie. Mogę ci ich udzielić, ale musisz równie uważnie słuchać.
- Mam tak wiele pytań – przyznał mulat, kiedy ruszyli w stronę zamku. – Co to za dziwna energia, która przepływa przez moje ciało? Co to za słowa, których używam? Skąd znam ich znaczenie, mimo iż wypowiadam je pierwszy raz?
- Jak powiedziałem, mogę odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania, a wręcz muszę – powtórzył Aeonis. – Jednak to wymaga czasu i cierpliwości, a dziś niestety go nie mam. Mam pewne obowiązki, od których niestety nie mogę się oderwać.
Przeszli przez bramę i na powrót znaleźli się na dziedzińcu. Szatyn dostrzegł dwóch elfów w białych szatach, którzy rozmawiali przy schodach. Wiedział, że czekają na niego. Nie mógł więc dłużej zwlekać. Spojrzał w pełne nadziei, czekoladowe oczy bruneta i posłał mu ciepłe oraz czułe spojrzenie.
- Obowiązki wzywają – wyciągnął dłoń i odgarnął zabłąkany kosmyk kruczoczarnych włosów chłopaka. Delikatnie prześliznął się po policzku i cofnął rękę. – Jeśli chcesz, poproszę Findecano, aby zabrał cię do biblioteki. Może tam zaspokoisz choć trochę swoją ciekawość.
- Dziękuję, książę, ale raczej wrócę do komnaty – przyznał. – Muszę wszystko przemyśleć.
Aeonis ponownie wyciągnął dłoń w jego stronę. Na moment zacisnął palce na ramieniu Ezry, po czym pogładził je w pocieszającym geście i lekko skinął głową na znak zrozumienia. Następnie oddalił się w stronę elfów odzianych na biało, zostawiając bruneta z myślami sam na sam. Uznał, iż to lepsze rozwiązanie, niż wymuszanie na nim rozmowy czy czynów.
3.
Pałac pogrążony był we śnie. Na korytarzach panował półmrok, a niektóre z nich oświetlone były pojedynczymi pochodniami czy też światłem księżyca, wpadającym przez duże okna. Cisza była niczym niezmącona do momentu, aż drzwi jednej z komnat nie otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
{Timeless}
Swoje stopy na zimnej posadzce postawił Aeonis. Długi, śnieżnobiały szlafrok ze złotymi haftami, ciągnął się za nim i musiał go odrzucić, by nie przytrzasnąć drzwiami, które zamknął za sobą cicho. Poprawił go i przewiązał w pasie, po czym ruszył korytarzem. Minął komnaty niegdyś należące do jego rodziców i wyszedł na kolejny korytarz, niezwykle długi. Ruszył nim powoli, zerkając co rusz w okna i spoglądając na lśniące w dole miasto.
Stąpając na palcach, zszedł po schodach do głównego hallu. Skierował się do dwuskrzydłowych drzwi sali tronowej i stanął przed nimi. Spojrzał na nie, po czym z wrodzoną, monarszą dumą, uniósł głowę. Wziął wdech i wypowiedział cicho:
- Ante rege patefaceritis – jak na rozkaz, wrota do sali tronowej rozwarły się. Jego oczom ukazała się osnuta, księżycowym światłem i blaskiem delikatnych lampionów ustawionych w rogach, ogromna sala. Na jej samy środku stał wysoki piedestał, gdzie spoczywała królewska korona. Osnuta bladym światłem błyszczała – srebrna, przyozdobiona szafirami i szmaragdami, niegdyś spoczywała na głowie jego ojca.
Wszedł do środka, stając na palcach, jakby obawiał się, że zaburzy spokój i wzniosłość, jaka w tej chwili panowała w sali. Podszedł bliżej i przygryzł dolną wargę. Wyciągnął dłonie i przejechał opuszkami palców po chłodnym metalu. Chwilę potem lekko przekrzywił głowę na lewą stronę.
- Wejdź, Ezra, a nie czaj się za progiem – odezwał się na tyle głośno, by brunet go usłyszał. Już od dłuższego czasu zdawał sobie sprawę, że za nim idzie. Najwyraźniej i on nie mógł spać tej nocy.
- Skąd wiesz, że to ja? – spytał zaskoczony mulat. On okrążył piedestał, stając po jego drugiej stronie, tak by mieć widok na wchodzącego do środka chłopaka.
- Wy, ludzie, macie ciężkie kroki – wyjaśnił szatyn, dotykając jednego ze spiczastych zakończeń korony. – W pałacu jest ich tylko dwóch. Twój jest typowy dla kogoś, kto dużo podróżuje. Oliver jest raczej domatorem – nigdy, nigdzie się nie spieszy.
- Zadziwiasz mnie z każdą chwilą, Jaśnie Książę – stwierdził Milo, stając po drugiej stronie i spoglądając na koronę. – To twoja?
- Mojego ojca – odpowiedział Aeonis. Odwrócił się na pięcie i pokonał kolejną część pomieszczenia. Stanął przed obitym czerwonym materiałem tronem, przyglądając mu się uważnie. – Ale już za cztery dni będzie moja.
Przebiegł palcami po chłodnym drewnie, po czym na powrót zasiadł na tronie. Zacisnął palce na podłokietnikach i podniósł wzrok, szukając nim Ezry. Chłopak wciąż stał przy koronie, jednak tym razem wpatrywał się w niego swoimi dużymi, ciemnymi oczyma.
- Przespałem na tronie ojca pięćset siedemdziesiąt trzy lata – odezwał się. – Za kilka dni stanie się miejscem, gdzie będę spędzał sporo czasu, nie licząc sali narad.
- To długi czas – przyznał brunet.
- Pojawisz się wraz z Oliverem na koronacji? – zapytał elf.
- Oczywiście – mulat lekko skłonił się. – Jeśli książę sobie tego życzy.
- Doskonale – odparł szatyn i podniósł się z tronu. – Chodźmy stąd. Ta sala jest zamknięta do czasu koronacji.
- Ale ty ją otworzyłeś – zwrócił mu uwagę Ezra. Aeonis podszedł do niego i przyłożył opuszki do jego ust. Wspiął się na palce i szepnął w ucho Maga.
- Ty to wiesz i ja to wiem – jego ciepły oddech połaskotał karmelową skórę na policzku chłopaka. – I nikt więcej nie musi wiedzieć.
Odsunął się i zajrzał w jego głębokie, czekoladowe oczy. Kąciki jego ust uniosły się ku górze, gdy zdał sobie sprawę, jak brunet spiął się na jego tak bliską obecność. Jemu też bliskość Ezry podobała się. On mu się podobał. Przez te kilka dni mógł doskonale przeanalizować niezwykłą urodę tego młodego człowieka.
Zacisnął palce lewej ręki na ramieniu mulata i ponownie wspiął się na palce. Prawa dłoń prześliznęła się po karku Maga, a następnie po ciepłym policzku. Omiótł oddechem usta bruneta, by po chwili złożyć na nich delikatny pocałunek. Na początku Ezra nie odwzajemnił go, co nie zniechęciło Aeonisa. Zacisnął palce na jego karku i dopiero wtedy Milo zareagował.
Objął szatyna w pasie i zdał sobie sprawę, jak wątły, drobny oraz kruchy jest książę. Przyciągnął go bliżej siebie i w końcu odwzajemnił pocałunek, jakim został obdarzony. Jego wolna dłoń powędrowała do kasztanowych włosów, które przeczesał. Poczuł też pod palcami spiczaste uszy.
- To chyba niewłaściwe, nie uważasz? – odezwał się brunet, kiedy elf prześliznął się nosem po jego szyi. – Jesteś księciem.
- I co z tego? – mruknął. – Podobasz mi się. Jesteś piękny.
Mimo wszystko, szatyn cofnął się i obrzucając ostatnim, przelotny spojrzeniem chłopaka, skierował się do wyjścia.
- Chodźmy. Czas spać – odparł. Odczekał aż Ezra opuści salę tronową i na powrót zapieczętował ją zaklęciem. Obaj wolnym krokiem ruszyli pałacowymi korytarzami. Rozstali się przy komnacie bruneta, gdzie książę obdarował go ostatnim pocałunkiem, szepcząc dormitas, by tym jednym, krótkim zaklęciem, ułatwić mu sen.
4.
Elerosse wszedł na korytarz, mijając służkę, która pokłoniła mu się lekko. Odwzajemnił gest, podszedł do drzwi jednej z komnat i wszedł do niej bez większych ogródek. Spojrzał na śpiącego bruneta, wydając usta w dziubek. Nie był przekonany do tych ludzi, ale jeżeli złamał on zły urok, musiał mieć dobre serce, jednak i to ani trochę go nie uspokajało.
Odetchnął i przeszedł przez komnatę. Schwycił w długie palce kotary i rozsunął je. Poranne światło rozjaśniło jego twarz i padło prosto na łóżko. Odwrócił się na pięcie i spojrzał na nie. Brunet poruszył się niezadowolony i przekręcił na drugi bok, przykrywając się narzutą po sam czubek głowy.
- Czas wstać, paniczu – odezwał się lokaty, podchodząc do łóżka i ściągając przykrycie. – Jaśnie książę chce zjeść z tobą śniadanie w gabinecie.
- Śniadanie? – zapytał zaspanym głosem mulat, siadając i przeciągając się.
- Tak, śniadanie – potwierdził Elerosse. – Zaczekam przed komnatą.
I nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony Maga, skierował się do wyjścia. Zamknął za sobą drzwi i odetchnął, kręcąc głową. Ludzie byli strasznie leniwi i ospali - tak przynajmniej mu się wydawało, bo za wielu - poza tą dwójką, która obecnie przebywała w pałacu - nie spotkał. Splótł ręce na piersi i uzbroił się w cierpliwość.
Ezra wyszedł po dwudziestu minutach, dopinając swój płaszcz. Lokaty zmierzył go od stóp do głów, po czym odwrócił się na pięcie. Szli korytarzami w ciszy, co rusz mijani przez służbę. Gdy znaleźli się przy schodach prowadzących prosto do głównego hallu, odbili w lewo na kolejny korytarz. Mulat wyjrzał przez balustradę w dół i dostrzegł spory gwar oraz straż przy sali tronowej. Przyglądał się temu, dopóki nie zniknęli za rogiem. Wtedy spojrzał przed siebie i na końcu dostrzegł mahoniowe drzwi. To tam się kierowali.
Elf zapukał w drzwi. Gdy usłyszał przyzwolenie na wejście, nacisnął klamkę i wspięli się po niewielkich schodkach do środka.
Gabinet okazał się być niezwykle przestronnym pomieszczeniem. Podłoga włożona była hebanowymi deskami i przykryta puszystym, białym dywanem. Po prawej znajdowało się obszerne biurko oraz krzesło wykonane z tego samego drewna, co podłoga. Za nim po ścianie rozciągała się ręcznie haftowana mapa Pallasu. Po przeciwległej stronie stało kilka regałów oraz znajdowały się spiralne schody, prowadzące na antresolę, która ciągnęła się po obwodzie całego gabinetu.
Mulat zadarł głowę do góry i spojrzał na nią. Ciągnęły się tam kolejne regały z przerwami przy oknach. Dostrzegł też mały, okrągły stolik z dwoma krzesłami. Balustrada była złota, a w centralnym jej punkcie - na wprost drzwi - wisiał królewski herb.
- Robi wrażenie, czyż nie? – usłyszał ten przyjemny, ciepły głos, więc spuścił głowę. Dopiero teraz dostrzegł nakryty stolik do kawy. Po obu jego stronach stały po dwa krzesła, a przy jednym z nich Aeonis i jakaś elfka. Wskazał na jedną z kartek, które trzymała, po czym skłoniła się i wycofała z gabinetu.
- Dziękuję, Elerossie. Jesteś wolny – oświadczył szatyn, na co lokaty również się skłonił i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. – Mniemam, iż dobrze spałeś?
- Po tym małym słowie, które wyszeptałeś, bez wątpienia – przyznał, na co książę uśmiechnął się i gestem zaprosił go do stolika. Podszedł i usiadł w wygodnym krześle, po czym spojrzał na Aeonisa - ten zajął miejsce naprzeciw i zapytał:
- Do śniadania preferujesz kawę czy może herbatę?
- Kawę, jeśli można – odpowiedział, a elf sięgnął po dzbanek i napełnił dwie filiżanki. – Przygotowania do koronacji idą pełną parą, jak mniemam.
- W rzeczy samej – przytaknął, odkładając porcelanowe naczynie i sięgając do cukiernicy. Mulat podziękował i dolał sobie tylko mleczka. Nachylił się i wypełnił nim również kawę elfa. Przyglądał mu się, gdy obaj zajadali chrupiące rogaliki maślane z dżemem truskawkowym. Tyle razy opowiadał o tych przedziwnych stworzeniach, a dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, jak prawdziwe to wszystko było. Zwłaszcza on. Faktycznie jego włosy zawsze były rozwichrzone, a oczy przenikliwe, o głębokiej barwie turkusa, otulone długimi rzęsami. Był drobny, ale mimo tej całej kruchości oraz łagodności, wydawał się niezwykle silny. Być może to przez fakt, iż był księciem, a wkrótce miał zostać królem.
- O czym myślisz? – głos księcia wyrwał go z rozmyślań, a spojrzenie przyprawiło o dreszcz.
- O niczym konkretnym – przyznał Ezra, sięgając po swoją filiżankę. – Zastanawiałem się, ile prawdy jest w historiach o was.
- To niebywałe, jak w ciągu kilku wieków można stać się legendą – stwierdził Aeonis, odwracając głowę w stronę okna. – Ale to też nasza wina. Nie wpuszczaliśmy tutaj ludzi. A z tego, co się zdążyłem dowiedzieć, to gdy Arion ogłosił się królem, wiele elfów wyemigrowało.
- Jestem jego potomkiem – odezwał się cicho Milo. – Dziwnie mi z tobą rozmawiać.
Przymknął oczy, gdy przypomniał sobie, co wydarzyło się w nocy w sali tronowej, teraz dobrze pilnowanej przez straż królewską. Chwilę potem poczuł delikatny dotyk na dłoni. Place prześliznęły się w górę, do policzka, poprzez linię szczęki.
- Nie zadręczaj się, Ezra – usłyszał przy uchu, więc rozchylił powieki i pozwolił podnieść swoją głowę. Spojrzał wprost na pochylającego się nad krzesłem elfa. – Nie masz czym. Jesteś inny. Złamałeś urok. Obudziłeś mnie.
Książę uśmiechnął i odgarnął kruczoczarne włosy z jego czoła, na którym złożył pocałunek. Mulat westchnął cicho na ten czuły gest, po czym kąciki jego ust uniosły się lekko ku górze.
- A teraz odpowiem na twoje pytania – stwierdził szatyn, prostując się. Podszedł do biurka, z którego wziął niewielką i niezbyt grubą książkę. – Jak zapewne wiesz z legend, Arion był potomkiem elfki oraz człowieka. Posiadał więc pewne zdolności, typowe dla naszego gatunku, które ty odziedziczyłeś.
Aeonis z powrotem zajął swoje miejsce naprzeciwko bruneta i położył przed nim wcześniej wspomniany tomik. Milo zerknął na niego, odczytując tytuł.
- Ars Magica. Sztuka Magii, bowiem tym jest ta dziwna energia, którą czujesz za każdym razem, gdy wypowiadasz Verba, czyli Słowa – wyjaśnił elf, biorąc w ręce swoją filiżankę i upijając łyk kawy, wygodnie rozsiadł się na swoim krześle. – Pozwól, że zacznę od języka, którym się posługujesz. To nic innego, jak Język Prawdy, czyli nasz język. Wyuczyliśmy się waszego, by móc się komunikować z ludźmi, jednak ma on do siebie to, że można w nim kłamać.
- W waszym to niemożliwe? – zdziwił się Ezra.
- Tak. Mówisz tylko i wyłącznie szczerą prawdę. Nawet, gdybyś chciał spróbować kogokolwiek okłamać, Verba ci na to nie pozwolą – wznowił, kiedy on przerzucał kolejne strony książki i uważnie słuchał. – Słowa służą do układania zaklęć, uroków czy czarów. Znasz odpowiednie Słowo, umiesz wyczarować daną rzecz czy wywołać zjawisko.
- Jak na przykład ignis? – dopytywał się, a książę przytaknął. – Ale skąd u mnie świadomość tego, że takie Słowo istnieje i fakt tego, iż wiem, co ono oznacza?
- Kiedy rodzi się elf, ma w sobie zaszczepioną nie tylko Magica, ale i podstawowe Verba – wyjaśnił Aeonis, znów upijając łyk swojego napoju. – Ty też urodziłeś się z podstawowym zasobem Słów, a gdy widzisz inne, automatycznie rozpoznajesz, że to Język Prawdy i wiesz, jak je odczytać. Nie pojmuję jednak faktu, iż automatycznie wiesz, co one oznaczą.
- To źle? – spytał niepewnie brunet.
- Nie wydaje mi się – rzucił w odpowiedzi szatyn. – Może po prostu urodziłeś się z większym zasobem albo gdzieś je widziałeś.
Mag zmarszczył brwi. Zaczął zastanawiać się, gdzie mógł widzieć Słowa. Na pewno nie w rodzinnym domu - nie mieli przecież książek. W Noricum też nie miał do nich wielkiego dostępu. Jedyny dostęp do nich miał tylko u medyka, u którego pobierał nauku. Tam miał dostęp do ksiąg. To w nich znajdował nazwy roślin - jak się teraz okazało - w Języku Prawdy.
- Widziałem je w księgach u medyka, u którego miałem praktyki – przyznał po chwili namysłu i spojrzał na elfa.
- Ach, więc jesteś medykiem – uśmiechnął się.
- Tak. Uprawiam dość nietypowe lecznictwo – przyznał mulat, przejeżdżając palcami po złotych literkach na okładce. – Wykorzystuję nazwy roślin w waszym języku, uzupełniając je o proste Słowa związane z uzdrawianiem.
- Ciekawe – Aeonis złożył usta w dziubek, po czym odłożył filiżankę na spodeczek. – Będziesz mi musiał kiedyś pokazać. A teraz wybacz - mam spotkanie związane z koronacją.
- Rozumiem – Ezra podniósł się z krzesła. – Pójdę do siebie i przejrzę książkę.
- Zajrzę w wolnej chwili – zapewnił go książę i odprowadził do drzwi. Powstrzymał go jednak przed otworzeniem ich. Zaskoczony brunet spojrzał na niego. Spostrzegł, jak elf wspina się na palce i wiedział co, chce zrobić. Szybko więc nachylił się i złączył ich usta w krótkim pocałunku. Dopiero po tym Aeonis otworzył mu drzwi i wypuścił.
5.
Poprawił ciemne pasma włosów, które, jak na złość, nie chciały go dziś słuchać. Warknął więc niezadowolony i ostatni raz je zaczesując, pochwycił z krzesła jasnoszarą pelerynę. Wypadł z komnaty i dopinając ją pod szyją, ruszył znajomymi już korytarzami. Zbiegł po schodach i wypadł na główny hall, gdzie zatrzymał się gwałtownie.
Nieopodal sali tronowej bowiem stał Aeonis w towarzystwie zawsze mu wiernych Findecana i Elerosse’a. Gdy tylko jego kroki zamilkły, cała trójka spojrzała na niego. On jednak całą uwagę skupił na księciu, który zachwycił go.
{I Will Be King}
Miał na sobie błękitny kontusz, którego rękawy były rozcięte do łokcia i obszyte złotą nicią. Pod spodem marszczył się jasnoszary, idealnie dopasowany, jedwabny żupan. W pasie przewiązany miał złoty, szeroki pas, a na ramiona zarzuconą pelerynę w tym samym kolorze. Kasztanowe włosy, jak zwykle rozwichrzone były we wszystkie strony. Nawet w dzisiejszym, tak ważnym dniu, nie układały się należycie. Jego oczy były jeszcze bardziej przenikliwe niż zazwyczaj. Przypuszczał, że to przez kolor szaty, która wydobywała głębię i podkreślała ją.
Ezra przełknął ślinę na ten widok. Przyszły król wyglądał bowiem olśniewająco i zwalał z nóg swoją urodą. Dopiero jego słowa wyrwały go z osłupienia.
- Ceremonia zaraz się zacznie. Nie powinieneś być już na sali? – zapytał elf, a on wyczuł nutę, która sprawiła, że jego głos zadrżał. Westchnął i ruszył przez hall.
- Tak. Nie umiałem… Doprowadzić się do porządku – stwierdził, stając na wprost.
- Wyglądasz idealnie – przyznał szatyn.
- Ty też – odparł Mag.
- Możecie zostawić nas na chwilę? – poprosił Aeonis, na co jego przyjaciele skłonili się lekko i odeszli na drugi koniec. – Denerwuję się.
- Widzę – przyznał mulat. – Jesteś bledszy niż zazwyczaj.
- Boję się, że nie podołam – szepnął elf, nerwowo wygładzając strój.
- Przestań. To ci nie pomoże – oznajmił Milo i chwycił w dłonie drobne ręce szatyna. Pogładził zewnętrzną stronę kciukami, a długie palce lekko ścisnęły jego. – Będziesz dobrym królem. Jestem tego pewien. Pokazałeś mi to w ciągu ostatnich dni. Po prostu ufaj sercu.
Książę uśmiechnął się, a on lekko skinął głową, po czym ruszył do sali. Lekko pchnął drzwi i wszedł do środka. Przemknął wzdłuż rzędu najlepszych rycerzy i stanął u boku Olivera. Ten zmierzył go od stóp do głów, na co prychnął.
Zawiasy znów skrzypnęły, a wrota do sali tym razem otworzyły się na oścież. Stał w nich Aeonis, a tuż za nim Fin i Elerosse. Ruszyli po rozwiniętym, czerwonym dywanie, a gdy przechodzili obok, szatyn spojrzał na niego. Posłał mu pokrzepiający uśmiech, nim go minął, a potem już obserwował, jak zatrzymują się przed tronem.
Koronacja przebiegała bez komplikacji. Siwiejący kapłan, który ją prowadził, właśnie miał przejść do oficjalnej części. Książę uklęknął przed nim, a Ezra spojrzał na Olivera i posłał mu uśmiech, który ten odwzajemnił. Kątem oka dostrzegł wysokiego elfa o kruczoczarnych, kręconych włosach, w bordowej szacie. Stał niespokojny, w jego zielonych oczach skrywało się coś złowrogiego, a między palcami przepływały podejrzane smugi. Przygryzł dolną wargę i zacisnął pięść.
Na salę wniesiono koronę i przelotnie spojrzał na Aeonisa oraz toczącą się ceremonię, po czym znów przeniósł wzrok na podejrzanego elfa.
- A teraz przysięga – odezwał się kapłan. – Czy ty, Aeonisie Surion, synu Aryi i Fiora, przysięgasz służyć krajowi i rządzić ludem elfim zgodnie z jego prawami oraz obyczajami?
Nim szatyn zdążył odpowiedzieć, obserwowany przez mulata elf w bordowej szacie, odwrócił się i posłał w kierunku księcia ciemną smugę. Przez salę przebiegła fala poruszenia, a niektóre dworzanki cicho zakrzyknęły, odsuwając się z linii ognia. Ezra natomiast wyszedł z szeregu i uwolnił energię, którą do tej pory skupiał w zaciśniętej dłoni.
- Scutum – wypowiedział, odpowiednio akcentując słowo. Przed nim rozproszyła się sieć złotych niteczek, formując tarczę, od której odbiła się ciemna smuga i rozproszyła. Elf o ciemnych lokach spiorunował go, po czym odwrócił się na pięcie i w pośpiechu opuścił salę. Za nim ruszyło kilku postawnych żołnierzy. Milo wycofał energię, po czym spojrzał za siebie. Aeonis podniósł się na proste nogi i przyglądał wszystkiemu. Chwilę potem przeniósł wzrok na Elerosse’a, który skinął głową i wycofał się z sali tronowej bocznym wyjściem.
Szatyn odwrócił się w stronę kapłana i znów ukląkł. Spojrzał na niego z dołu i odpowiedział:
- Przysięgam.
- Czy przysięgasz, że poprzez swoją władzę będziesz wydawał sprawiedliwe oraz miłosierne osądy? – zapytał duchowny.
- Przysięgam – powtórzył, wyraźnie i głośno.
- Czy przysięgasz być królem mądrym, sprawiedliwy, ale także wyrozumiałym? – ciągnął dalej.
- Przysięgam – odpowiedział po raz ostatni szatyn.
Kapłan skinął głową i sięgnął po koronę.
- Z mocy Ars Magica oraz Verba Veri, koronuję Cię, Aeonisie Surion na króla Ab Alesa – uniósł ją w górę i nim włożył na głowę władcy, wyszeptał kilka słów w Języku Prawdy. – Et reges curatur tecum.
Następnie ostrożnie umieścił ją na głowie elfa. Król wyprostował się, odwrócił w stronę tłumu i zaprezentował się w całej okazałości.
- Niech żyje król! Vivat rex! – zakrzyknął Findecano, a cały dwór i zaproszeni goście poszedł w ślad za nim. Zakrzyknęli zwrot trzy razy na znak pomyślnych rządów swego nowego władcy. Dopiero wtedy zasiadł na tronie ojca, a wszyscy pokłonili mu się.
6.
Ezra przeciskał się przez tłum elfów. Środek sali właśnie zajęły pary po Pierwszym Tańcu Króla i rozpoczęły wirować w takt muzyki. On sam wyszedł przy jednej z kolumn, a jego wzrok od razu powędrował w stronę tronu. Stał przy nim Aeonis i z uwagą słuchał tego, co mówił Elerosse i jeden z żołnierzy, który mu towarzyszył. Oblicze elfa było niezwykle poważne i zaczął się zastanawiać, ile on ma twarzy. Zazwyczaj widział jego łagodną stronę. Przyjazną i cierpliwą, a śliczny uśmiech nie schodził z jego ust. Jednak elfy były tajemniczymi stworzeniami.
Szatyn wydał rozkaz rycerzowi, który skłonił się i cichaczem opuścił salę. Lokaty natomiast wznowił rozmowę z królem. Ten jednak przerwał mu gestem ręki, najwyraźniej nie mając ochoty na dalsze wysłuchiwanie jego słów. Zielonooki widząc to, pokłonił się i wycofał.
Aeonis westchnął i powoli przemierzył bawiących się dworzan swoim uważnym okiem. Właśnie chciał spocząć, gdy jego wzrok zatrzymał się na Magu. Mulat odwrócił spojrzenie, gdy tylko napotkał przenikliwe oczy elfa i zaczął palcami jeździć po zdobieniach kolumn. Nie oderwał od nich wzroku, dopóki kątem oka nie spostrzegł błękitnej szaty, która zaszeleściła cicho.
- Nie spodziewałem się, że to Oropher zdradzi – usłyszał delikatny głos i dopiero wtedy podniósł głowę, spoglądając w jasne oczy, które były smutne. – To był jeden z najbardziej zaufanych ludzi mego ojca. Myślałem, iż wesprze mnie.
- Masz Findecana i Elerosse’a. Są tobie oddani – odpowiedział brunet, chcąc jakoś dodać mu otuchy. – Poza tym, nadeszły nowe czasy, a to oznacza zmiany. Nie idź za tym, co stare i dobrze ci znane. Twórz nowe, silne układy z ludźmi, którym ufasz.
- Niezwykła mądrość, jak na kogoś, kto nie jest elfem – stwierdził szatyn, na co on uśmiechnął się lekko. – Powinienem ci podziękować za to, co zrobiłeś podczas ceremonii. Jestem pod wrażeniem.
- Przez ostatnie trzy dni siedziałem z nosem w księgach z Verba – przyznał się młody Mag.
- Och, przepraszam. Nawet nie znalazłem chwili, by zajrzeć i sprawdzić, jak twoje studia nad magią – zasmucił się odrobinę świeżo upieczony król.
- Nie masz za co – zapewnił go Ezra. – W tej dziedzinie od zawsze byłem samoukiem.
- Obiecuję znaleźć dla ciebie odrobinę czasu w najbliższych dniach. Na pewno masz jakieś pytania – stwierdził Aeonis, po czym spojrzał za siebie. Wszyscy dobrze się bawili i nawet Fin - zazwyczaj nieśmiały i cichy - dał się porwać w wir zabawy wraz z Oliverem.
Znów spojrzał na mulata i chwycił go za rękę. Weszli między kolumny, gdzie zamajaczyło im przejście. Milo nie pytał o nic, tylko dał się poprowadzić. Przeszli więc wąskim korytarzem i wyszli na główny hall. Z sali dochodziły ich dźwięki muzyki, kiedy szatyn spojrzał na niego. Jego oczy rozbłysły w słabym świetle pochodni.
- Jak wy, ludzie, nazywacie to uczucie, – odezwał się cicho, bawiąc się palcami prawej dłoni bruneta – kiedy serce zaczyna bić szybciej przy osobie, którą lubisz? Jest ci przy niej gorąco i słabo, a zarazem czujesz się tak, jakbyś mógł podbić cały świat?
- Nazywamy to uczucie miłością – odpowiedział, pozwalając by elf podszedł bliżej i jego drobna dłoń prześliznęła się po jego piersi. – Amos.
- Amos – powtórzył cicho Aeonis i spojrzał w czekoladowe oczy chłopaka. Na jasne policzki króla wkradły się rumieńce, więc od razu spuścił wzrok, zawieszając go na guzikach kamizeli. Mag uśmiechnął się lekko i sięgając dłonią do jego twarzy, pogładził go kciukiem. Przejechał opuszkami palców po linii szczęki i chwytając podbródek, znów nakierował te jasne, błyszczące tęczówki na swoją twarz.
- Rumieńce i speszenie też jest czymś normalnym – uśmiechnął się lekko Ezra, przejeżdżając po jego wąskich ustach. – A także niesamowity zachwyt tą drugą osobą.
- Zachwycam cię? – wyszeptał szatyn.
- Niesamowicie – wyznał Milo i nachylił się. Musnął miękkie i ciepłe wargi elfa, który od razu odwzajemnił pocałunek, a drobne palce zacisnęły się na jego tali. Przyciągnął drobne ciało bliżej siebie i mocniej naparł na jego usta. Przerwało im skrzypnięcie wrót. Oderwali się od siebie i skryli w cieniu. Spostrzegli, jak z sali tronowej wyłania się niewysoka postać Findecana. Elf rozejrzał się, a chwilę potem obok niego pojawił się Oliver. Powiedział coś do blondyna i obaj wrócili, zamykając za sobą wrota.
- Chodź – powiedział Aeonis, chwycił dłoń mulata i pociągnął w stronę schodów.
Jego złocista peleryna falowała, gdy w pośpiechu mijali kolejne korytarze. Błękitny żupan, plątał się pod nogami, więc chwycił go wolną dłonią i ruszył dalej. Blade światła z zewnątrz oświetlały ich sylwetki, a dźwięki instrumentów cichły gdzieś za ich plecami.
Weszli na jeden z licznych korytarzy i zwalniając, stanęli przed drzwiami do komnaty. Aeonis nacisnął klamkę i wpuścił bruneta przodem. Obrzucił on pomieszczenie przelotnym spojrzeniem. Po rozmiarach i przepychu, zorientował się, iż są w komnacie należącej do króla.
{Eternal Love}
Ezra odwrócił się na pięcie i przełknął ślinę. Elf bowiem zdjął z ramion złotą pelerynę i odrzucił na bok pas. Z ramion zsunął błękitny kontusz, pozostając w samym jedwabnym żupanie oraz dopasowanych spodniach. Zrzucił ze stóp ciężkie buty i lekko stąpając na palcach, podszedł do chłopaka. Odpiął jego jasną pelerynę, która zsunęła się pod ich stopy.
- Czy ludzie okazują sobie miłość tak, jak elfy? – spytał szatyn, zsuwając z głowy ciężką koronę. Z brzdękiem upadła na podłogę i potoczyła się. Mulat spojrzał na niego zaskoczony, po czym poczuł, jak długie palce powoli rozpinają guziki jego kamizelki, więc spojrzał na drobną postać przed nim.
- Zależy, jak sobie ją okazujecie – odparł cicho, czując jak jego serce zaczyna szybciej pompować krew. Zaczął się zastanawiać czy to, co się teraz dzieje jest właściwe. Przecież nie robili nic złego.
- Stajemy się jednością – odszepnął cicho elf, do końca rozpinając kamizelkę i zsuwając ją z jego ramion, dopóki młodszy chłopak nie domyślił się o co mu chodzi. – Mówią, że to przyjemność.
- Nie kochałeś się jeszcze? – zapytał zdziwiony Milo, na co król zaprzeczył ruchem głowy. Chwycił jego nadgarstki, a ten spojrzał na niego zaskoczonymi oczyma. – Nie powinienem. Czy to nie obraza majestatu, Waszej Królewskiej Mości?
- Nie. Nie jest nią – odparł Aeonis. – Co prawda mój rozsądek mówi, iż faktycznie nie powinienem, ale serce dziwnym trafem rwie się do ciebie. Dziś przed koronacją kazałeś bym mu ufał, więc to robię. Dlaczego chcesz…
Nie zdążył dokończyć, gdyż Mag zachłannie wpił się w jego usta. Uwolnił jego nadgarstki i przyciągnął bliżej jego wątłe ciało, tak że ich klatki piersiowe zderzyły się ze sobą. Szatyn zarzucił mu ręce na szyję i odwzajemnił pieszczotę, pozwalając mu pogłębić pocałunek.
Ich oddechy zmieszały się ze sobą, gdy oderwali się od siebie. Dłonie Ezry prześliznęły się po plecach elfa oraz jego biodrach i mocniej zacisnęły na udach. Ten oplótł go nogami w pasie i westchnął głośno, kiedy brunet zaczął obsypywać pocałunkami jego szyję. Ułożył go delikatnie na łóżku i zaczął rozpinać złote guziki. Podciągnął go do pozycji siedzącej i zdjął z niego jedwabny żupan wraz z koszulą, którą miał pod spodem.
- Jesteś pewien… - zaczął mulat, ale elf mu przerwał.
- Tak – odpowiedział szybko. Jego oddech przyspieszył, a serce biło szybciej.
- Obawiasz się – wyszeptał cicho, całując Aeonisa w czubek nosa.
- Ale chcę to zrobić z tobą – przyznał, przebiegając palcami po kruczoczarnych włosach i ostatecznie zaciskając je na koszuli chłopaka. Pomógł mu się jej pozbyć, by po chwili znów poczuć ciepłe, pełne wargi na swoich. Oddawał pocałunki, błądząc dłońmi po jego umięśnionych plecach.
Ezra schodził z pocałunkami coraz niżej. Obdarzał nimi rozgrzaną skórę na szyi, następnie obojczykach. Ścisnął palcami jeden ze sutków króla, co zaskutkowało cichym jęknięciem. Mulata fascynował niezwykły kontrast między jasną skórą elfa, a jego własną, ciemniejszą. Z namaszczeniem pieścił jego ciało, ześlizgując się po jej gładkiej fakturze, przyprawiając go o gęsią skórkę oraz ciche westchnięcia.
Księżyc w pełni zajrzał do komnaty, kiedy skryci pod aksamitną narzutą oddali się sobie. Kasztanowe włosy Aeonisa rozsypały się na poduszce, na której zacisnął dłoń. Palce drugiej wbiły się w umięśnione plecy Maga, gdy ten powoli poruszał się w nim. Delikatna warstwa potu pokryła ich ciała, a urywane oddechy mieszały się ze sobą.
Elfi władca wyciągnął szyję, domagając się pocałunku. Był on głęboki i niezwykle namiętny. Nieprzyjemne uczucie, że robią coś niewłaściwego już dawno opuściło mulata, gdyż on również kochał. Kochał to drobne ciało, które tak idealnie wpasowywało się w jego. Ten kontrast, który pojawił się między nimi. I nie mówił tylko o kolorze skóry, ale również o charakterach czy samym fakcie przynależności do innych ras.
- Ezra – wydyszał szatyn, wyginając się w łuk, jęcząc i mocniej wbijając paznokcie, gdy chłopak ponownie pchnął. Mag nachylił się i dmuchnął w jego spiczaste ucho, co wywołało cichy chichot u elfa. Kącik jego ust uniósł się ku górze na ten przyjemny dźwięk i przygryzł jego płatek. Wpił się w jasną skórę, pozostawiając na niej czerwony ślad.
Powietrze zgęstniało, a ich szybkie oddechy oraz jęki, zmieszały się. Aeonis czuł przyjemność zalewającą jego ciało i kumulującą się w podbrzuszu. Wzdłuż kręgosłupa przeszedł go dreszcz. Wygiął się, po komnacie rozszedł się jego przeciągły jęk i opadł na prześcieradło. Brunet pchnął jeszcze kilka razy, po czym i on szczytował.
Opadł na falującą pierś elfa, który od razu objął go ramieniem i zaczesał ciemne kosmyki za jego ucho. Mulat musnął ustami jego pierś, po czym podpierając się po obu stronach, spojrzał w te przenikliwe, turkusowe oczy.
- Wszystko w porządku? – spytał, na co szatyn przytaknął i uśmiechnął się uroczo. Pocałował go więc w czoło. – Czy Wasza Królewska Mość życzy sobie, bym poszedł?
- Zostań – szepnął cicho elf. Milo musnął wciąż rozgrzany policzek króla i podciągnął wyżej narzutę. Aeonis zadrżał, więc okrył go nią dokładnie i objął ramieniem. Ucałował go w czubek głowy, a ich nogi splątały się. Skrył nos w kasztanowych włosach i przylgnął do jego pleców. Przymknął oczy i nim się obejrzał, zasnął.
7.
Czarny rumak wpadł przez bramy Capestrano. Szata jeźdźca powiewała przy każdym podmuchu, kiedy mknął główną ulicą miasta w stronę pałacu. Mężczyzna skryty pod kapturem poganiał konia cichymi słowami. Zatrzymał się dopiero na dziedzińcu i zeskoczył z wierzchowca. Stajenny z lękiem odebrał od niego lejce, a smukła postać odrzuciła kaptur do tyłu. Ciemne loki opadły na czoło i przysłoniły chłodne, zielone oczy oraz spiczaste uszy.
Elf ruszył w stronę wejścia. Wspiął się po schodach, zdejmując skórzane rękawiczki. Wszedł do głównego hallu i bez ogródek skierował się do sali tronowej. Strażnicy otworzyli mu wrota, a on pewnym krokiem wkroczył do środka.
Wszyscy się go obawiali na dworze z wyjątkiem króla. Nie mógł mu się sprzeciwić. On i piątka jego współsprzymierzeńców żyła dogodnie na jego dworze, służąc mu magią. A gdy odebrał wezwanie Aqua vitae, udał się do Ab Alesa jako szpieg. Nie spodziewał się, iż książę przyjmie go z otwartymi ramionami. Poza tym nie miał ochoty rezygnować ze statecznego i wygodnego życia na dworze Antoniusza.
{The Dark Knight}
Jego kroki echem odbiły się od marmurowych ścian. Radni, którzy w tej chwili znajdowali się w sali, zaczęli szeptać między sobą. Obrzucił ich więc przeszywającym spojrzeniem, co od razu sprawiło, iż spuścili głowy. Ranga elfa dawała mu przewagę nad tymi marnymi ludźmi.
- Ach, Oropher – odezwał się król, wychodząc w jego stronę i uśmiechając się. Na jego jasnych włosach spoczywała masywna korona, a w niebieskich oczach czaił się ten sam błysk zła. – Jakie wieści mi przynosisz?
- Wasza Królewska Mość – brunet odezwał się głębokim głosem i lekko pokłonił, po czym wyprostował. – Książę Aeonis faktycznie się przebudził. Zrobił to potomek Ariona Milo.
- A więc to prawda – warknął niezadowolony Antoniusz.
- Mój Panie, nie obawiałbym się tym marnym Magiem – stwierdził elf. – Obawiałbym się Aeonisa. Dziś odbyła się jego koronacja na króla, której niestety nie udało mi się przeszkodzić.
- Nie wątpię, że było trudno, ale i tak spisałeś się doskonale – blondyn poklepał go po ramieniu. – Niemniej jednak, zbierz swoich przyjaciół i jutro spotkajmy się w sali narad. Nie pozwolę, by jakiś księżulek, który chrapał przez sześć wieków, odebrał mi władzę.
- Jak sobie życzysz, mój królu – Oropher skłonił się lekko.
- Pozbędziemy się tego małego elfa i jego Maga – mruknął Antoniusz. Lokaty uśmiechnął się, a w jego zielonych oczach zabłysły złowrogie iskierki. Skłonił się lekko, odwrócił na pięcie i tym samym, pewnym krokiem opuścił salę tronową, odprowadzony cichym szelestem swej ciemnej szaty.
{Old Friends}
Słońce wstało nad lasem. Jego promienie odbiły się od śniegu, dodając okolicy uroku oraz rozświetlając ją; otulało swym blaskiem najwyższe z wieżyczek pałacowych, rozjaśniając szary kamień. Wdarło się między budynki, rozbudzając miasto. Sklepy i kramy powoli zaczęły się otwierać, a pierwsi mieszkańcy Ab Alesi wylegli na ulice.
Przez główną bramę, wprost na dziedziniec, wpadł blondyn w granatowej szacie zimowej. Szybkim, ale wciąż lekkim krokiem, przeszedł przez plac i wspiął się po oblodzonych schodach pałacu. Pociągnął ciężkie wrota i wszedł do głównego hallu, gdzie służki przywitały go krótkimi skinieniami głów.
Można powiedzieć, że pracował w pałacu, jednak służba kłaniała mu się za każdym razem - był doradcą księcia, choć nie odczuwał dzielącej ich bariery. Czuł się jego przyjacielem, choć raczej starał się nie wypowiadać, trzymał na uboczu i raczej był cichy, czuł to czym obdarza go jego książę – bezgranicznym zaufaniem.
Findecano zbiegł po schodach w dół i znalazł się w wąskim korytarzu. Do jego nozdrzy od razu dotarły przyjemne zapachy i wiedział, że w kuchni praca wre już od wczesnych godzin. Oblizał się na samą myśl o owocowych babeczkach czy pysznej szarlotce, jednak nie o podjadanie teraz chodziło.
Nacisnął klamkę drzwi i wśliznął się do środka. Kucharki kręciły się od garnka do garnka, przygotowując śniadanie. Nie tylko dla księcia, ale również dla pozostałych mieszkańców pałacu.
- Przepraszam – zatrzymał jedną z kucharek, która przystanęła i skłoniła mu się lekko. – Czy śniadanie dla panicza Olivera jest już gotowe?
- Tak, o tam – wskazała na tacę z maślanymi rogalikami, dżemem w porcelanowej miseczce oraz filiżankę świeżo zaparzonej kawy.
- Świetnie. Przynieś mi jeszcze cukiernicę i dzbaneczek ze śmietaną do kawy – poprosił kucharkę, a ta skinęła i odeszła. On natomiast podszedł do stołu i poprawił wszystko. Elfka doniosła mu to, o co poprosił. Podziękował jej uśmiechem i zabrał tacę. Ułożył ją na pełnej dłoni i wyszedł z kuchni.
Przemierzał kolejne korytarze, aż dotarł do tego właściwego. To tutaj zwolnił. Serce znów zaczęło mu tłuc się w piersi, a gdy stanął przed właściwymi drzwiami, miał wrażenie, że zapomniał, jak się oddycha. Wziął jednak głęboki wdech, nacisnął klamkę i wszedł do komnaty. Zamknął drzwi kopniakiem i spojrzał na łóżko.
Oliver leżał na brzuchu. Ręce wsunięte miał pod poduszki, w które wtulał policzek, narzuta przysłaniała jego ciało, a włosy opadały na twarz. Jego usta były lekko rozchylone, a oddech muskał materiał poduszki.
Findecano uśmiechnął się delikatnie i odstawił tacę na stolik, przy którym ustawiona była sofa i dwa krzesła. Następnie podszedł do okna i rozsunął ciężkie kotary. Gdy promienie słońca padły na łóżko, do jego uszu dotarł pomruk niezadowolenia.
- Dzień dobry, Oliverze – przywitał się, kierując do drugiego okna i zerkając na chłopaka przez ramię. – Podano śniadanie.
Rozsunął kotary i obracając się na pięcie, spojrzał na szatyna, który podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając zaspane oczy. Blondyn chwilę przyglądał się temu uroczemu widokowi, po czym podszedł do łóżka. Pochwycił z ramy długi do ziemi, obszyty srebrną nicią szlafrok w kolorze ciemnego brązu. Stanął przy boku i poczekał, aż chłopak wyplącze się z narzuty. Wtedy rozłożył go, a Gilbert pozwolił mu go na siebie założyć.
- Dziękuję – posłał jasnookiemu uśmiech, przewiązując go w pasie sznurem. – I dzień dobry.
- Ja… - zaczął Fin. – Chciałbym przeprosić za mój wczorajszy wybuch.
- W porządku. Nic się nie stało – Oliver machnął ręką i ruszył w stronę stolika, gdzie czekało na niego śniadanie. Zajrzał do filiżanki i został mile zaskoczony. – To elfy piją kawę?
Spojrzał na blondyna, który uśmiechnął się i podszedł do niego.
- To normalna roślina. Hodujemy ją w szklarniach – wyjaśnił i sięgnął po filiżankę. – Twoja jest parzona ze świeżo zmielonych ziaren z ostatniego zbioru. To znaczy… Może lepiej żebyś nie wiedział.
Podał filiżankę szatynowi, a ten wziął ją od niego, uważnie lustrując go swoimi sarnimi oczyma. Upił łyk ciepłego napoju i poczuł tę charakterystyczną gorycz, za którą nie przepadał.
- Muszę przyznać, że wyśmienita – stwierdził, odstawiając ją na spodeczek i sięgając po dzbaneczek ze śmietaną. – Ale preferuję ze śmietanką.
Oliver okrążył stolik i rozsiadł się na kanapie, zaś Findecano przysiadł na skraju krzesła. Przez chwilę panowała między nimi cisza, którą przerywał tylko brzdęk sztućców o naczynia. Dopiero kiedy szatyn się najadł i sięgnął po filiżankę z kawą, spojrzał na elfa, który miętolił skrawek swojego płaszcza.
- Opowiedz mi – odezwał się, a blondyn podniósł na niego swoje duże, chabrowe tęczówki. – Skoro to wszystko jest prawdą.
Elf westchnął i przebiegł palcami po jasnej grzywce. Sięgnął po pozostawiony kawałek rogalika i wgryzł się w niego, po czym przełknął.
- To trochę przez to się rozzłościłem. Kiedy zapytałem cię o to czy coś może stać się legendą po sześciu wiekach – zaczął. – To było głupie, ale po prawie sześciuset latach snu ma się pewne wyobrażenia.
Findecano zamilkł na chwilę. Oliver w tym czasie upił kolejny łyk kawy, znów mu się przyglądając. Opowieści, które z taką pasją deklamował Ezra, nie kłamały. Elfy faktycznie były piękne. Śniada cera sprawiała, że wyglądał na kruchego. Przenikliwe oczy przyprawiały go o dreszcze, gdy patrzyły na niego. Miał ochotę odgarnąć te jasne kosmyki i sprawdzić czy ma spiczaste uszy.
- Kiedy ten człowiek pojawił się w Ab Alesa, wszyscy uważnie mu się przyglądali. Było to bowiem jedyne miasto, do którego wasz gatunek nie wkroczył – delikatny głos blondyna wyrwał go z krótkiej zadumy. – Był dobrym aktorem. Przekupił wszystkich pięknymi słowami, delikatnym uśmiechem i chęcią pomocy. Nawet król mu uległ. Jednak książę szybko go przejrzał. Dostrzegł mrok w jego sercu.
- Według legendy Aeonis walczył z nim na Słowa – wtrącił się Oliver. – Wycieńczony opadł na tron i wtedy Mag rzucił na niego ten urok, jednak książę w ostatniej chwili zdążył rzucić czar, który je łamał i osiadło ono na Fontannie Życia.
- Dokładnie tak to się skończyło. A słowa osiadły na fontannie ze względu na fakt, iż królowa wypiła z niej wodę. Książę jest więc z nią niejako związany – mówił dalej Fin. – Zaklęcie natomiast miał złamać potomek Ariona Milo. Tak bowiem nazywał się Mag. Ale serce jego potomka miało być dobre, niezatrute nienawiścią.
Szatyn wyprostował się i spojrzał na elfa. Odstawił filiżankę na spodeczek i zmarszczył brwi.
- Jak się nazywał ten Mag? – spytał.
- Arion Milo – posłusznie odpowiedział Findecano.
- Muszę się zobaczyć z Ezrą – stwierdził, podnosząc się gwałtownie i dopadając szafy.
- Pójdę go poinformować – odparł blondyn i udał się do drzwi komnaty. Wyszedł na korytarz i ruszył do komnaty bruneta. Oliver w tym czasie wygrzebał z szafy ubrania i założył je na siebie w pośpiechu, co spowodowało, że musiał się poprawić.
2.
Ezra nie spał dobrze tej nocy. Po powrocie z dziedzińca rozmyślał – długo i dogłębnie. Jeśli Aeonis był naprawdę, a Ab Alesa odżyła na nowo, to musiał tu trafić potomek Maga, który odczytał słowa zaklęcia, łamiącego zły urok. Doszedł do szokujących wniosków, ale by mieć sto procent pewności potrzebował się dostać na rynek.
Zarzucił na ramiona ten sam ciemnofioletowy zimowy płaszcz i wyszedł na korytarz, gdzie wpadł na blondyna w bladoniebieskiej szacie.
- Bardzo przepraszam – rzucił, ale elf złapał go za ramię. Spojrzał więc na niego wyraźnie zaskoczony.
- Panicz Ezra? – spytał blondyn, na co skinął głową. – Panicz Oliver chce się z panem zobaczyć jak najszybciej.
{Spiritual Awakeing}
- Dziękuję – odparł, a tamten go puścił, więc ruszył przed siebie. Zszedł po schodach i wszedł na korytarz, na końcu którego spostrzegł znajomą sylwetkę przyjaciela. Przyśpieszył i już chwilę potem stał u jego boku.
- Muszę ci coś powiedzieć – oznajmił na wejściu Oliver.
- A ja coś sprawdzić. Chodź – odparł brunet i pociągnął przyjaciela w stronę schodów. Szybko po nich zeszli, przeszli przez główny hall i wypadli na dziedziniec.
- Słuchaj, rozmawiałem z Finem – odezwał się szatyn, gdy kierowali się do bramy prowadzącej na dolne miasto. – Powiedział mi kilka ciekawych rzeczy. Jak na przykład to, że nasz pierwszy król…
- Ten, którego obaliła obecna rodzina królewska? – wtrącił Milo, kiedy szli w dół zatłoczoną ulicą, mijając kolejne kramy i stragany.
- Tak, dokładnie ten. Arion Milo – przytaknął Gilbert. – Słuchaj, on był tym Magiem z legend.
Ezra zatrzymał się gwałtownie, przez co przyjaciel wpadł na niego. Spojrzał na szatyna swoimi czekoladowymi oczyma, niedowierzając. To wszystko stawiało jego rozważania w zupełnie innym świetle.
- Król Arion Milo był Magiem – powtórzył, na co Oliver przytaknął. Wziął wdech i pociągnął go za łokieć. W kompletnej ciszy pokonali jeszcze parę metrów i przebijając się przez tłum elfickich kobiet, zachwycających się jakimś materiałem, wyszli na rynek. Zatrzymali się, a ich spojrzenia padły na fontannę, z której sączyła się skrząca woda. W jej środku stała postać odziana w długie szaty, a dookoła wygrawerowany złotymi literami był napis: Et incantator redeverit, verba recitaverit, oppidi recirrerit ars magica, et perrecterit fuerit.
Ezra wziął głęboki wdech, czując, jak brakuje mu tchu. Serce szybciej zaczęło pompować krew, a nogi stały się jak z waty, gdy zdał sobie sprawę, co się dzieje i kim tak naprawdę jest.
- Jestem potomkiem Ariona Milo – wydukał, a Oliver spojrzał na niego, wytrzeszczając oczy. – Te wszystkie rzeczy, które dzieją się czasem wokół mnie. Jestem Magiem.
- Spokojnie – odezwał się szatyn, opierając ręce na jego ramionach. – Oddychaj, przyjacielu.
- Byłem tu podczas powrotu z Milano – ciągnął dalej. – Kiedy po zamieci wyszedłem z tej chatki, o której ci mówiłem, zobaczyłem ruiny miasta i wszedłem w nie. A potem znalazłem tę fontannę. Zgarnąłem śnieg i odczytałem słowa.
- I powróci Mag, słowa odczyta, magia do miasta powróci, a książę wybudzi się – usłyszeli spokojny i melodyjny, męski głos. Odwrócili głowy, a ich oczy spoczęły na księciu. Dziś miał niezwykle błękitną szatę, która podkreślała głębię jego tęczówek. Śnieżnobiały szal pozostał jednak niezmienny. Podobnie jak srebrny diadem na jego rozwichrzonych włosach.
- Elerossie, pokaż panu Gilbertowi bibliotekę – odezwał się, podchodząc bliżej wraz z lokatym towarzyszem. – Zapewne zainteresują pana nasze kroniki.
- Wasze kroniki? – powtórzył z błyskiem w sarnich oczach.
- W rzeczy samej – przytaknął książę i posłał mu przyjazny uśmiech. Następnie wysoki elf, który mu towarzyszył, gestem dłoni poprosił, by ruszył przodem. Odprowadzili ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli w tłumie, po czym znów spojrzeli na siebie.
- Zechcesz mi potowarzyszyć? – zapytał Aeonis. – Chciałbym z tobą porozmawiać.
- O tym kim jestem? – zapytał brunet, puszczając go przodem. Nie śmiał się z nim zrównać, skoro był najprawdziwszym księciem. Stąpał krok za nim.
- Wydaje mi się, że do tego już doszedłeś – odpowiedział szatyn i przystanęli na moment, patrząc tym razem na fontannę od przodu. – Odczytałeś te słowa i zrozumiałeś.
Przytknął, wpatrując się w posąg, a potem spojrzał na elfa.
- To tylko dowodzi tego, że jesteś potomkiem Maga. Tylko on mógł złamać urok rzucony na miasto – wznowił książę. – Szukasz odpowiedzi na te wszystkie dziwne rzeczy, które dzieją się wokół ciebie. Mogę ci ich udzielić, ale musisz równie uważnie słuchać.
- Mam tak wiele pytań – przyznał mulat, kiedy ruszyli w stronę zamku. – Co to za dziwna energia, która przepływa przez moje ciało? Co to za słowa, których używam? Skąd znam ich znaczenie, mimo iż wypowiadam je pierwszy raz?
- Jak powiedziałem, mogę odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania, a wręcz muszę – powtórzył Aeonis. – Jednak to wymaga czasu i cierpliwości, a dziś niestety go nie mam. Mam pewne obowiązki, od których niestety nie mogę się oderwać.
Przeszli przez bramę i na powrót znaleźli się na dziedzińcu. Szatyn dostrzegł dwóch elfów w białych szatach, którzy rozmawiali przy schodach. Wiedział, że czekają na niego. Nie mógł więc dłużej zwlekać. Spojrzał w pełne nadziei, czekoladowe oczy bruneta i posłał mu ciepłe oraz czułe spojrzenie.
- Obowiązki wzywają – wyciągnął dłoń i odgarnął zabłąkany kosmyk kruczoczarnych włosów chłopaka. Delikatnie prześliznął się po policzku i cofnął rękę. – Jeśli chcesz, poproszę Findecano, aby zabrał cię do biblioteki. Może tam zaspokoisz choć trochę swoją ciekawość.
- Dziękuję, książę, ale raczej wrócę do komnaty – przyznał. – Muszę wszystko przemyśleć.
Aeonis ponownie wyciągnął dłoń w jego stronę. Na moment zacisnął palce na ramieniu Ezry, po czym pogładził je w pocieszającym geście i lekko skinął głową na znak zrozumienia. Następnie oddalił się w stronę elfów odzianych na biało, zostawiając bruneta z myślami sam na sam. Uznał, iż to lepsze rozwiązanie, niż wymuszanie na nim rozmowy czy czynów.
3.
Pałac pogrążony był we śnie. Na korytarzach panował półmrok, a niektóre z nich oświetlone były pojedynczymi pochodniami czy też światłem księżyca, wpadającym przez duże okna. Cisza była niczym niezmącona do momentu, aż drzwi jednej z komnat nie otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
{Timeless}
Swoje stopy na zimnej posadzce postawił Aeonis. Długi, śnieżnobiały szlafrok ze złotymi haftami, ciągnął się za nim i musiał go odrzucić, by nie przytrzasnąć drzwiami, które zamknął za sobą cicho. Poprawił go i przewiązał w pasie, po czym ruszył korytarzem. Minął komnaty niegdyś należące do jego rodziców i wyszedł na kolejny korytarz, niezwykle długi. Ruszył nim powoli, zerkając co rusz w okna i spoglądając na lśniące w dole miasto.
Stąpając na palcach, zszedł po schodach do głównego hallu. Skierował się do dwuskrzydłowych drzwi sali tronowej i stanął przed nimi. Spojrzał na nie, po czym z wrodzoną, monarszą dumą, uniósł głowę. Wziął wdech i wypowiedział cicho:
- Ante rege patefaceritis – jak na rozkaz, wrota do sali tronowej rozwarły się. Jego oczom ukazała się osnuta, księżycowym światłem i blaskiem delikatnych lampionów ustawionych w rogach, ogromna sala. Na jej samy środku stał wysoki piedestał, gdzie spoczywała królewska korona. Osnuta bladym światłem błyszczała – srebrna, przyozdobiona szafirami i szmaragdami, niegdyś spoczywała na głowie jego ojca.
Wszedł do środka, stając na palcach, jakby obawiał się, że zaburzy spokój i wzniosłość, jaka w tej chwili panowała w sali. Podszedł bliżej i przygryzł dolną wargę. Wyciągnął dłonie i przejechał opuszkami palców po chłodnym metalu. Chwilę potem lekko przekrzywił głowę na lewą stronę.
- Wejdź, Ezra, a nie czaj się za progiem – odezwał się na tyle głośno, by brunet go usłyszał. Już od dłuższego czasu zdawał sobie sprawę, że za nim idzie. Najwyraźniej i on nie mógł spać tej nocy.
- Skąd wiesz, że to ja? – spytał zaskoczony mulat. On okrążył piedestał, stając po jego drugiej stronie, tak by mieć widok na wchodzącego do środka chłopaka.
- Wy, ludzie, macie ciężkie kroki – wyjaśnił szatyn, dotykając jednego ze spiczastych zakończeń korony. – W pałacu jest ich tylko dwóch. Twój jest typowy dla kogoś, kto dużo podróżuje. Oliver jest raczej domatorem – nigdy, nigdzie się nie spieszy.
- Zadziwiasz mnie z każdą chwilą, Jaśnie Książę – stwierdził Milo, stając po drugiej stronie i spoglądając na koronę. – To twoja?
- Mojego ojca – odpowiedział Aeonis. Odwrócił się na pięcie i pokonał kolejną część pomieszczenia. Stanął przed obitym czerwonym materiałem tronem, przyglądając mu się uważnie. – Ale już za cztery dni będzie moja.
Przebiegł palcami po chłodnym drewnie, po czym na powrót zasiadł na tronie. Zacisnął palce na podłokietnikach i podniósł wzrok, szukając nim Ezry. Chłopak wciąż stał przy koronie, jednak tym razem wpatrywał się w niego swoimi dużymi, ciemnymi oczyma.
- Przespałem na tronie ojca pięćset siedemdziesiąt trzy lata – odezwał się. – Za kilka dni stanie się miejscem, gdzie będę spędzał sporo czasu, nie licząc sali narad.
- To długi czas – przyznał brunet.
- Pojawisz się wraz z Oliverem na koronacji? – zapytał elf.
- Oczywiście – mulat lekko skłonił się. – Jeśli książę sobie tego życzy.
- Doskonale – odparł szatyn i podniósł się z tronu. – Chodźmy stąd. Ta sala jest zamknięta do czasu koronacji.
- Ale ty ją otworzyłeś – zwrócił mu uwagę Ezra. Aeonis podszedł do niego i przyłożył opuszki do jego ust. Wspiął się na palce i szepnął w ucho Maga.
- Ty to wiesz i ja to wiem – jego ciepły oddech połaskotał karmelową skórę na policzku chłopaka. – I nikt więcej nie musi wiedzieć.
Odsunął się i zajrzał w jego głębokie, czekoladowe oczy. Kąciki jego ust uniosły się ku górze, gdy zdał sobie sprawę, jak brunet spiął się na jego tak bliską obecność. Jemu też bliskość Ezry podobała się. On mu się podobał. Przez te kilka dni mógł doskonale przeanalizować niezwykłą urodę tego młodego człowieka.
Zacisnął palce lewej ręki na ramieniu mulata i ponownie wspiął się na palce. Prawa dłoń prześliznęła się po karku Maga, a następnie po ciepłym policzku. Omiótł oddechem usta bruneta, by po chwili złożyć na nich delikatny pocałunek. Na początku Ezra nie odwzajemnił go, co nie zniechęciło Aeonisa. Zacisnął palce na jego karku i dopiero wtedy Milo zareagował.
Objął szatyna w pasie i zdał sobie sprawę, jak wątły, drobny oraz kruchy jest książę. Przyciągnął go bliżej siebie i w końcu odwzajemnił pocałunek, jakim został obdarzony. Jego wolna dłoń powędrowała do kasztanowych włosów, które przeczesał. Poczuł też pod palcami spiczaste uszy.
- To chyba niewłaściwe, nie uważasz? – odezwał się brunet, kiedy elf prześliznął się nosem po jego szyi. – Jesteś księciem.
- I co z tego? – mruknął. – Podobasz mi się. Jesteś piękny.
Mimo wszystko, szatyn cofnął się i obrzucając ostatnim, przelotny spojrzeniem chłopaka, skierował się do wyjścia.
- Chodźmy. Czas spać – odparł. Odczekał aż Ezra opuści salę tronową i na powrót zapieczętował ją zaklęciem. Obaj wolnym krokiem ruszyli pałacowymi korytarzami. Rozstali się przy komnacie bruneta, gdzie książę obdarował go ostatnim pocałunkiem, szepcząc dormitas, by tym jednym, krótkim zaklęciem, ułatwić mu sen.
4.
Elerosse wszedł na korytarz, mijając służkę, która pokłoniła mu się lekko. Odwzajemnił gest, podszedł do drzwi jednej z komnat i wszedł do niej bez większych ogródek. Spojrzał na śpiącego bruneta, wydając usta w dziubek. Nie był przekonany do tych ludzi, ale jeżeli złamał on zły urok, musiał mieć dobre serce, jednak i to ani trochę go nie uspokajało.
Odetchnął i przeszedł przez komnatę. Schwycił w długie palce kotary i rozsunął je. Poranne światło rozjaśniło jego twarz i padło prosto na łóżko. Odwrócił się na pięcie i spojrzał na nie. Brunet poruszył się niezadowolony i przekręcił na drugi bok, przykrywając się narzutą po sam czubek głowy.
- Czas wstać, paniczu – odezwał się lokaty, podchodząc do łóżka i ściągając przykrycie. – Jaśnie książę chce zjeść z tobą śniadanie w gabinecie.
- Śniadanie? – zapytał zaspanym głosem mulat, siadając i przeciągając się.
- Tak, śniadanie – potwierdził Elerosse. – Zaczekam przed komnatą.
I nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony Maga, skierował się do wyjścia. Zamknął za sobą drzwi i odetchnął, kręcąc głową. Ludzie byli strasznie leniwi i ospali - tak przynajmniej mu się wydawało, bo za wielu - poza tą dwójką, która obecnie przebywała w pałacu - nie spotkał. Splótł ręce na piersi i uzbroił się w cierpliwość.
Ezra wyszedł po dwudziestu minutach, dopinając swój płaszcz. Lokaty zmierzył go od stóp do głów, po czym odwrócił się na pięcie. Szli korytarzami w ciszy, co rusz mijani przez służbę. Gdy znaleźli się przy schodach prowadzących prosto do głównego hallu, odbili w lewo na kolejny korytarz. Mulat wyjrzał przez balustradę w dół i dostrzegł spory gwar oraz straż przy sali tronowej. Przyglądał się temu, dopóki nie zniknęli za rogiem. Wtedy spojrzał przed siebie i na końcu dostrzegł mahoniowe drzwi. To tam się kierowali.
Elf zapukał w drzwi. Gdy usłyszał przyzwolenie na wejście, nacisnął klamkę i wspięli się po niewielkich schodkach do środka.
Gabinet okazał się być niezwykle przestronnym pomieszczeniem. Podłoga włożona była hebanowymi deskami i przykryta puszystym, białym dywanem. Po prawej znajdowało się obszerne biurko oraz krzesło wykonane z tego samego drewna, co podłoga. Za nim po ścianie rozciągała się ręcznie haftowana mapa Pallasu. Po przeciwległej stronie stało kilka regałów oraz znajdowały się spiralne schody, prowadzące na antresolę, która ciągnęła się po obwodzie całego gabinetu.
Mulat zadarł głowę do góry i spojrzał na nią. Ciągnęły się tam kolejne regały z przerwami przy oknach. Dostrzegł też mały, okrągły stolik z dwoma krzesłami. Balustrada była złota, a w centralnym jej punkcie - na wprost drzwi - wisiał królewski herb.
- Robi wrażenie, czyż nie? – usłyszał ten przyjemny, ciepły głos, więc spuścił głowę. Dopiero teraz dostrzegł nakryty stolik do kawy. Po obu jego stronach stały po dwa krzesła, a przy jednym z nich Aeonis i jakaś elfka. Wskazał na jedną z kartek, które trzymała, po czym skłoniła się i wycofała z gabinetu.
- Dziękuję, Elerossie. Jesteś wolny – oświadczył szatyn, na co lokaty również się skłonił i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. – Mniemam, iż dobrze spałeś?
- Po tym małym słowie, które wyszeptałeś, bez wątpienia – przyznał, na co książę uśmiechnął się i gestem zaprosił go do stolika. Podszedł i usiadł w wygodnym krześle, po czym spojrzał na Aeonisa - ten zajął miejsce naprzeciw i zapytał:
- Do śniadania preferujesz kawę czy może herbatę?
- Kawę, jeśli można – odpowiedział, a elf sięgnął po dzbanek i napełnił dwie filiżanki. – Przygotowania do koronacji idą pełną parą, jak mniemam.
- W rzeczy samej – przytaknął, odkładając porcelanowe naczynie i sięgając do cukiernicy. Mulat podziękował i dolał sobie tylko mleczka. Nachylił się i wypełnił nim również kawę elfa. Przyglądał mu się, gdy obaj zajadali chrupiące rogaliki maślane z dżemem truskawkowym. Tyle razy opowiadał o tych przedziwnych stworzeniach, a dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, jak prawdziwe to wszystko było. Zwłaszcza on. Faktycznie jego włosy zawsze były rozwichrzone, a oczy przenikliwe, o głębokiej barwie turkusa, otulone długimi rzęsami. Był drobny, ale mimo tej całej kruchości oraz łagodności, wydawał się niezwykle silny. Być może to przez fakt, iż był księciem, a wkrótce miał zostać królem.
- O czym myślisz? – głos księcia wyrwał go z rozmyślań, a spojrzenie przyprawiło o dreszcz.
- O niczym konkretnym – przyznał Ezra, sięgając po swoją filiżankę. – Zastanawiałem się, ile prawdy jest w historiach o was.
- To niebywałe, jak w ciągu kilku wieków można stać się legendą – stwierdził Aeonis, odwracając głowę w stronę okna. – Ale to też nasza wina. Nie wpuszczaliśmy tutaj ludzi. A z tego, co się zdążyłem dowiedzieć, to gdy Arion ogłosił się królem, wiele elfów wyemigrowało.
- Jestem jego potomkiem – odezwał się cicho Milo. – Dziwnie mi z tobą rozmawiać.
Przymknął oczy, gdy przypomniał sobie, co wydarzyło się w nocy w sali tronowej, teraz dobrze pilnowanej przez straż królewską. Chwilę potem poczuł delikatny dotyk na dłoni. Place prześliznęły się w górę, do policzka, poprzez linię szczęki.
- Nie zadręczaj się, Ezra – usłyszał przy uchu, więc rozchylił powieki i pozwolił podnieść swoją głowę. Spojrzał wprost na pochylającego się nad krzesłem elfa. – Nie masz czym. Jesteś inny. Złamałeś urok. Obudziłeś mnie.
Książę uśmiechnął i odgarnął kruczoczarne włosy z jego czoła, na którym złożył pocałunek. Mulat westchnął cicho na ten czuły gest, po czym kąciki jego ust uniosły się lekko ku górze.
- A teraz odpowiem na twoje pytania – stwierdził szatyn, prostując się. Podszedł do biurka, z którego wziął niewielką i niezbyt grubą książkę. – Jak zapewne wiesz z legend, Arion był potomkiem elfki oraz człowieka. Posiadał więc pewne zdolności, typowe dla naszego gatunku, które ty odziedziczyłeś.
Aeonis z powrotem zajął swoje miejsce naprzeciwko bruneta i położył przed nim wcześniej wspomniany tomik. Milo zerknął na niego, odczytując tytuł.
- Ars Magica. Sztuka Magii, bowiem tym jest ta dziwna energia, którą czujesz za każdym razem, gdy wypowiadasz Verba, czyli Słowa – wyjaśnił elf, biorąc w ręce swoją filiżankę i upijając łyk kawy, wygodnie rozsiadł się na swoim krześle. – Pozwól, że zacznę od języka, którym się posługujesz. To nic innego, jak Język Prawdy, czyli nasz język. Wyuczyliśmy się waszego, by móc się komunikować z ludźmi, jednak ma on do siebie to, że można w nim kłamać.
- W waszym to niemożliwe? – zdziwił się Ezra.
- Tak. Mówisz tylko i wyłącznie szczerą prawdę. Nawet, gdybyś chciał spróbować kogokolwiek okłamać, Verba ci na to nie pozwolą – wznowił, kiedy on przerzucał kolejne strony książki i uważnie słuchał. – Słowa służą do układania zaklęć, uroków czy czarów. Znasz odpowiednie Słowo, umiesz wyczarować daną rzecz czy wywołać zjawisko.
- Jak na przykład ignis? – dopytywał się, a książę przytaknął. – Ale skąd u mnie świadomość tego, że takie Słowo istnieje i fakt tego, iż wiem, co ono oznacza?
- Kiedy rodzi się elf, ma w sobie zaszczepioną nie tylko Magica, ale i podstawowe Verba – wyjaśnił Aeonis, znów upijając łyk swojego napoju. – Ty też urodziłeś się z podstawowym zasobem Słów, a gdy widzisz inne, automatycznie rozpoznajesz, że to Język Prawdy i wiesz, jak je odczytać. Nie pojmuję jednak faktu, iż automatycznie wiesz, co one oznaczą.
- To źle? – spytał niepewnie brunet.
- Nie wydaje mi się – rzucił w odpowiedzi szatyn. – Może po prostu urodziłeś się z większym zasobem albo gdzieś je widziałeś.
Mag zmarszczył brwi. Zaczął zastanawiać się, gdzie mógł widzieć Słowa. Na pewno nie w rodzinnym domu - nie mieli przecież książek. W Noricum też nie miał do nich wielkiego dostępu. Jedyny dostęp do nich miał tylko u medyka, u którego pobierał nauku. Tam miał dostęp do ksiąg. To w nich znajdował nazwy roślin - jak się teraz okazało - w Języku Prawdy.
- Widziałem je w księgach u medyka, u którego miałem praktyki – przyznał po chwili namysłu i spojrzał na elfa.
- Ach, więc jesteś medykiem – uśmiechnął się.
- Tak. Uprawiam dość nietypowe lecznictwo – przyznał mulat, przejeżdżając palcami po złotych literkach na okładce. – Wykorzystuję nazwy roślin w waszym języku, uzupełniając je o proste Słowa związane z uzdrawianiem.
- Ciekawe – Aeonis złożył usta w dziubek, po czym odłożył filiżankę na spodeczek. – Będziesz mi musiał kiedyś pokazać. A teraz wybacz - mam spotkanie związane z koronacją.
- Rozumiem – Ezra podniósł się z krzesła. – Pójdę do siebie i przejrzę książkę.
- Zajrzę w wolnej chwili – zapewnił go książę i odprowadził do drzwi. Powstrzymał go jednak przed otworzeniem ich. Zaskoczony brunet spojrzał na niego. Spostrzegł, jak elf wspina się na palce i wiedział co, chce zrobić. Szybko więc nachylił się i złączył ich usta w krótkim pocałunku. Dopiero po tym Aeonis otworzył mu drzwi i wypuścił.
5.
Poprawił ciemne pasma włosów, które, jak na złość, nie chciały go dziś słuchać. Warknął więc niezadowolony i ostatni raz je zaczesując, pochwycił z krzesła jasnoszarą pelerynę. Wypadł z komnaty i dopinając ją pod szyją, ruszył znajomymi już korytarzami. Zbiegł po schodach i wypadł na główny hall, gdzie zatrzymał się gwałtownie.
Nieopodal sali tronowej bowiem stał Aeonis w towarzystwie zawsze mu wiernych Findecana i Elerosse’a. Gdy tylko jego kroki zamilkły, cała trójka spojrzała na niego. On jednak całą uwagę skupił na księciu, który zachwycił go.
{I Will Be King}
Miał na sobie błękitny kontusz, którego rękawy były rozcięte do łokcia i obszyte złotą nicią. Pod spodem marszczył się jasnoszary, idealnie dopasowany, jedwabny żupan. W pasie przewiązany miał złoty, szeroki pas, a na ramiona zarzuconą pelerynę w tym samym kolorze. Kasztanowe włosy, jak zwykle rozwichrzone były we wszystkie strony. Nawet w dzisiejszym, tak ważnym dniu, nie układały się należycie. Jego oczy były jeszcze bardziej przenikliwe niż zazwyczaj. Przypuszczał, że to przez kolor szaty, która wydobywała głębię i podkreślała ją.
Ezra przełknął ślinę na ten widok. Przyszły król wyglądał bowiem olśniewająco i zwalał z nóg swoją urodą. Dopiero jego słowa wyrwały go z osłupienia.
- Ceremonia zaraz się zacznie. Nie powinieneś być już na sali? – zapytał elf, a on wyczuł nutę, która sprawiła, że jego głos zadrżał. Westchnął i ruszył przez hall.
- Tak. Nie umiałem… Doprowadzić się do porządku – stwierdził, stając na wprost.
- Wyglądasz idealnie – przyznał szatyn.
- Ty też – odparł Mag.
- Możecie zostawić nas na chwilę? – poprosił Aeonis, na co jego przyjaciele skłonili się lekko i odeszli na drugi koniec. – Denerwuję się.
- Widzę – przyznał mulat. – Jesteś bledszy niż zazwyczaj.
- Boję się, że nie podołam – szepnął elf, nerwowo wygładzając strój.
- Przestań. To ci nie pomoże – oznajmił Milo i chwycił w dłonie drobne ręce szatyna. Pogładził zewnętrzną stronę kciukami, a długie palce lekko ścisnęły jego. – Będziesz dobrym królem. Jestem tego pewien. Pokazałeś mi to w ciągu ostatnich dni. Po prostu ufaj sercu.
Książę uśmiechnął się, a on lekko skinął głową, po czym ruszył do sali. Lekko pchnął drzwi i wszedł do środka. Przemknął wzdłuż rzędu najlepszych rycerzy i stanął u boku Olivera. Ten zmierzył go od stóp do głów, na co prychnął.
Zawiasy znów skrzypnęły, a wrota do sali tym razem otworzyły się na oścież. Stał w nich Aeonis, a tuż za nim Fin i Elerosse. Ruszyli po rozwiniętym, czerwonym dywanie, a gdy przechodzili obok, szatyn spojrzał na niego. Posłał mu pokrzepiający uśmiech, nim go minął, a potem już obserwował, jak zatrzymują się przed tronem.
Koronacja przebiegała bez komplikacji. Siwiejący kapłan, który ją prowadził, właśnie miał przejść do oficjalnej części. Książę uklęknął przed nim, a Ezra spojrzał na Olivera i posłał mu uśmiech, który ten odwzajemnił. Kątem oka dostrzegł wysokiego elfa o kruczoczarnych, kręconych włosach, w bordowej szacie. Stał niespokojny, w jego zielonych oczach skrywało się coś złowrogiego, a między palcami przepływały podejrzane smugi. Przygryzł dolną wargę i zacisnął pięść.
Na salę wniesiono koronę i przelotnie spojrzał na Aeonisa oraz toczącą się ceremonię, po czym znów przeniósł wzrok na podejrzanego elfa.
- A teraz przysięga – odezwał się kapłan. – Czy ty, Aeonisie Surion, synu Aryi i Fiora, przysięgasz służyć krajowi i rządzić ludem elfim zgodnie z jego prawami oraz obyczajami?
Nim szatyn zdążył odpowiedzieć, obserwowany przez mulata elf w bordowej szacie, odwrócił się i posłał w kierunku księcia ciemną smugę. Przez salę przebiegła fala poruszenia, a niektóre dworzanki cicho zakrzyknęły, odsuwając się z linii ognia. Ezra natomiast wyszedł z szeregu i uwolnił energię, którą do tej pory skupiał w zaciśniętej dłoni.
- Scutum – wypowiedział, odpowiednio akcentując słowo. Przed nim rozproszyła się sieć złotych niteczek, formując tarczę, od której odbiła się ciemna smuga i rozproszyła. Elf o ciemnych lokach spiorunował go, po czym odwrócił się na pięcie i w pośpiechu opuścił salę. Za nim ruszyło kilku postawnych żołnierzy. Milo wycofał energię, po czym spojrzał za siebie. Aeonis podniósł się na proste nogi i przyglądał wszystkiemu. Chwilę potem przeniósł wzrok na Elerosse’a, który skinął głową i wycofał się z sali tronowej bocznym wyjściem.
Szatyn odwrócił się w stronę kapłana i znów ukląkł. Spojrzał na niego z dołu i odpowiedział:
- Przysięgam.
- Czy przysięgasz, że poprzez swoją władzę będziesz wydawał sprawiedliwe oraz miłosierne osądy? – zapytał duchowny.
- Przysięgam – powtórzył, wyraźnie i głośno.
- Czy przysięgasz być królem mądrym, sprawiedliwy, ale także wyrozumiałym? – ciągnął dalej.
- Przysięgam – odpowiedział po raz ostatni szatyn.
Kapłan skinął głową i sięgnął po koronę.
- Z mocy Ars Magica oraz Verba Veri, koronuję Cię, Aeonisie Surion na króla Ab Alesa – uniósł ją w górę i nim włożył na głowę władcy, wyszeptał kilka słów w Języku Prawdy. – Et reges curatur tecum.
Następnie ostrożnie umieścił ją na głowie elfa. Król wyprostował się, odwrócił w stronę tłumu i zaprezentował się w całej okazałości.
- Niech żyje król! Vivat rex! – zakrzyknął Findecano, a cały dwór i zaproszeni goście poszedł w ślad za nim. Zakrzyknęli zwrot trzy razy na znak pomyślnych rządów swego nowego władcy. Dopiero wtedy zasiadł na tronie ojca, a wszyscy pokłonili mu się.
6.
Ezra przeciskał się przez tłum elfów. Środek sali właśnie zajęły pary po Pierwszym Tańcu Króla i rozpoczęły wirować w takt muzyki. On sam wyszedł przy jednej z kolumn, a jego wzrok od razu powędrował w stronę tronu. Stał przy nim Aeonis i z uwagą słuchał tego, co mówił Elerosse i jeden z żołnierzy, który mu towarzyszył. Oblicze elfa było niezwykle poważne i zaczął się zastanawiać, ile on ma twarzy. Zazwyczaj widział jego łagodną stronę. Przyjazną i cierpliwą, a śliczny uśmiech nie schodził z jego ust. Jednak elfy były tajemniczymi stworzeniami.
Szatyn wydał rozkaz rycerzowi, który skłonił się i cichaczem opuścił salę. Lokaty natomiast wznowił rozmowę z królem. Ten jednak przerwał mu gestem ręki, najwyraźniej nie mając ochoty na dalsze wysłuchiwanie jego słów. Zielonooki widząc to, pokłonił się i wycofał.
Aeonis westchnął i powoli przemierzył bawiących się dworzan swoim uważnym okiem. Właśnie chciał spocząć, gdy jego wzrok zatrzymał się na Magu. Mulat odwrócił spojrzenie, gdy tylko napotkał przenikliwe oczy elfa i zaczął palcami jeździć po zdobieniach kolumn. Nie oderwał od nich wzroku, dopóki kątem oka nie spostrzegł błękitnej szaty, która zaszeleściła cicho.
- Nie spodziewałem się, że to Oropher zdradzi – usłyszał delikatny głos i dopiero wtedy podniósł głowę, spoglądając w jasne oczy, które były smutne. – To był jeden z najbardziej zaufanych ludzi mego ojca. Myślałem, iż wesprze mnie.
- Masz Findecana i Elerosse’a. Są tobie oddani – odpowiedział brunet, chcąc jakoś dodać mu otuchy. – Poza tym, nadeszły nowe czasy, a to oznacza zmiany. Nie idź za tym, co stare i dobrze ci znane. Twórz nowe, silne układy z ludźmi, którym ufasz.
- Niezwykła mądrość, jak na kogoś, kto nie jest elfem – stwierdził szatyn, na co on uśmiechnął się lekko. – Powinienem ci podziękować za to, co zrobiłeś podczas ceremonii. Jestem pod wrażeniem.
- Przez ostatnie trzy dni siedziałem z nosem w księgach z Verba – przyznał się młody Mag.
- Och, przepraszam. Nawet nie znalazłem chwili, by zajrzeć i sprawdzić, jak twoje studia nad magią – zasmucił się odrobinę świeżo upieczony król.
- Nie masz za co – zapewnił go Ezra. – W tej dziedzinie od zawsze byłem samoukiem.
- Obiecuję znaleźć dla ciebie odrobinę czasu w najbliższych dniach. Na pewno masz jakieś pytania – stwierdził Aeonis, po czym spojrzał za siebie. Wszyscy dobrze się bawili i nawet Fin - zazwyczaj nieśmiały i cichy - dał się porwać w wir zabawy wraz z Oliverem.
Znów spojrzał na mulata i chwycił go za rękę. Weszli między kolumny, gdzie zamajaczyło im przejście. Milo nie pytał o nic, tylko dał się poprowadzić. Przeszli więc wąskim korytarzem i wyszli na główny hall. Z sali dochodziły ich dźwięki muzyki, kiedy szatyn spojrzał na niego. Jego oczy rozbłysły w słabym świetle pochodni.
- Jak wy, ludzie, nazywacie to uczucie, – odezwał się cicho, bawiąc się palcami prawej dłoni bruneta – kiedy serce zaczyna bić szybciej przy osobie, którą lubisz? Jest ci przy niej gorąco i słabo, a zarazem czujesz się tak, jakbyś mógł podbić cały świat?
- Nazywamy to uczucie miłością – odpowiedział, pozwalając by elf podszedł bliżej i jego drobna dłoń prześliznęła się po jego piersi. – Amos.
- Amos – powtórzył cicho Aeonis i spojrzał w czekoladowe oczy chłopaka. Na jasne policzki króla wkradły się rumieńce, więc od razu spuścił wzrok, zawieszając go na guzikach kamizeli. Mag uśmiechnął się lekko i sięgając dłonią do jego twarzy, pogładził go kciukiem. Przejechał opuszkami palców po linii szczęki i chwytając podbródek, znów nakierował te jasne, błyszczące tęczówki na swoją twarz.
- Rumieńce i speszenie też jest czymś normalnym – uśmiechnął się lekko Ezra, przejeżdżając po jego wąskich ustach. – A także niesamowity zachwyt tą drugą osobą.
- Zachwycam cię? – wyszeptał szatyn.
- Niesamowicie – wyznał Milo i nachylił się. Musnął miękkie i ciepłe wargi elfa, który od razu odwzajemnił pocałunek, a drobne palce zacisnęły się na jego tali. Przyciągnął drobne ciało bliżej siebie i mocniej naparł na jego usta. Przerwało im skrzypnięcie wrót. Oderwali się od siebie i skryli w cieniu. Spostrzegli, jak z sali tronowej wyłania się niewysoka postać Findecana. Elf rozejrzał się, a chwilę potem obok niego pojawił się Oliver. Powiedział coś do blondyna i obaj wrócili, zamykając za sobą wrota.
- Chodź – powiedział Aeonis, chwycił dłoń mulata i pociągnął w stronę schodów.
Jego złocista peleryna falowała, gdy w pośpiechu mijali kolejne korytarze. Błękitny żupan, plątał się pod nogami, więc chwycił go wolną dłonią i ruszył dalej. Blade światła z zewnątrz oświetlały ich sylwetki, a dźwięki instrumentów cichły gdzieś za ich plecami.
Weszli na jeden z licznych korytarzy i zwalniając, stanęli przed drzwiami do komnaty. Aeonis nacisnął klamkę i wpuścił bruneta przodem. Obrzucił on pomieszczenie przelotnym spojrzeniem. Po rozmiarach i przepychu, zorientował się, iż są w komnacie należącej do króla.
{Eternal Love}
Ezra odwrócił się na pięcie i przełknął ślinę. Elf bowiem zdjął z ramion złotą pelerynę i odrzucił na bok pas. Z ramion zsunął błękitny kontusz, pozostając w samym jedwabnym żupanie oraz dopasowanych spodniach. Zrzucił ze stóp ciężkie buty i lekko stąpając na palcach, podszedł do chłopaka. Odpiął jego jasną pelerynę, która zsunęła się pod ich stopy.
- Czy ludzie okazują sobie miłość tak, jak elfy? – spytał szatyn, zsuwając z głowy ciężką koronę. Z brzdękiem upadła na podłogę i potoczyła się. Mulat spojrzał na niego zaskoczony, po czym poczuł, jak długie palce powoli rozpinają guziki jego kamizelki, więc spojrzał na drobną postać przed nim.
- Zależy, jak sobie ją okazujecie – odparł cicho, czując jak jego serce zaczyna szybciej pompować krew. Zaczął się zastanawiać czy to, co się teraz dzieje jest właściwe. Przecież nie robili nic złego.
- Stajemy się jednością – odszepnął cicho elf, do końca rozpinając kamizelkę i zsuwając ją z jego ramion, dopóki młodszy chłopak nie domyślił się o co mu chodzi. – Mówią, że to przyjemność.
- Nie kochałeś się jeszcze? – zapytał zdziwiony Milo, na co król zaprzeczył ruchem głowy. Chwycił jego nadgarstki, a ten spojrzał na niego zaskoczonymi oczyma. – Nie powinienem. Czy to nie obraza majestatu, Waszej Królewskiej Mości?
- Nie. Nie jest nią – odparł Aeonis. – Co prawda mój rozsądek mówi, iż faktycznie nie powinienem, ale serce dziwnym trafem rwie się do ciebie. Dziś przed koronacją kazałeś bym mu ufał, więc to robię. Dlaczego chcesz…
Nie zdążył dokończyć, gdyż Mag zachłannie wpił się w jego usta. Uwolnił jego nadgarstki i przyciągnął bliżej jego wątłe ciało, tak że ich klatki piersiowe zderzyły się ze sobą. Szatyn zarzucił mu ręce na szyję i odwzajemnił pieszczotę, pozwalając mu pogłębić pocałunek.
Ich oddechy zmieszały się ze sobą, gdy oderwali się od siebie. Dłonie Ezry prześliznęły się po plecach elfa oraz jego biodrach i mocniej zacisnęły na udach. Ten oplótł go nogami w pasie i westchnął głośno, kiedy brunet zaczął obsypywać pocałunkami jego szyję. Ułożył go delikatnie na łóżku i zaczął rozpinać złote guziki. Podciągnął go do pozycji siedzącej i zdjął z niego jedwabny żupan wraz z koszulą, którą miał pod spodem.
- Jesteś pewien… - zaczął mulat, ale elf mu przerwał.
- Tak – odpowiedział szybko. Jego oddech przyspieszył, a serce biło szybciej.
- Obawiasz się – wyszeptał cicho, całując Aeonisa w czubek nosa.
- Ale chcę to zrobić z tobą – przyznał, przebiegając palcami po kruczoczarnych włosach i ostatecznie zaciskając je na koszuli chłopaka. Pomógł mu się jej pozbyć, by po chwili znów poczuć ciepłe, pełne wargi na swoich. Oddawał pocałunki, błądząc dłońmi po jego umięśnionych plecach.
Ezra schodził z pocałunkami coraz niżej. Obdarzał nimi rozgrzaną skórę na szyi, następnie obojczykach. Ścisnął palcami jeden ze sutków króla, co zaskutkowało cichym jęknięciem. Mulata fascynował niezwykły kontrast między jasną skórą elfa, a jego własną, ciemniejszą. Z namaszczeniem pieścił jego ciało, ześlizgując się po jej gładkiej fakturze, przyprawiając go o gęsią skórkę oraz ciche westchnięcia.
Księżyc w pełni zajrzał do komnaty, kiedy skryci pod aksamitną narzutą oddali się sobie. Kasztanowe włosy Aeonisa rozsypały się na poduszce, na której zacisnął dłoń. Palce drugiej wbiły się w umięśnione plecy Maga, gdy ten powoli poruszał się w nim. Delikatna warstwa potu pokryła ich ciała, a urywane oddechy mieszały się ze sobą.
Elfi władca wyciągnął szyję, domagając się pocałunku. Był on głęboki i niezwykle namiętny. Nieprzyjemne uczucie, że robią coś niewłaściwego już dawno opuściło mulata, gdyż on również kochał. Kochał to drobne ciało, które tak idealnie wpasowywało się w jego. Ten kontrast, który pojawił się między nimi. I nie mówił tylko o kolorze skóry, ale również o charakterach czy samym fakcie przynależności do innych ras.
- Ezra – wydyszał szatyn, wyginając się w łuk, jęcząc i mocniej wbijając paznokcie, gdy chłopak ponownie pchnął. Mag nachylił się i dmuchnął w jego spiczaste ucho, co wywołało cichy chichot u elfa. Kącik jego ust uniósł się ku górze na ten przyjemny dźwięk i przygryzł jego płatek. Wpił się w jasną skórę, pozostawiając na niej czerwony ślad.
Powietrze zgęstniało, a ich szybkie oddechy oraz jęki, zmieszały się. Aeonis czuł przyjemność zalewającą jego ciało i kumulującą się w podbrzuszu. Wzdłuż kręgosłupa przeszedł go dreszcz. Wygiął się, po komnacie rozszedł się jego przeciągły jęk i opadł na prześcieradło. Brunet pchnął jeszcze kilka razy, po czym i on szczytował.
Opadł na falującą pierś elfa, który od razu objął go ramieniem i zaczesał ciemne kosmyki za jego ucho. Mulat musnął ustami jego pierś, po czym podpierając się po obu stronach, spojrzał w te przenikliwe, turkusowe oczy.
- Wszystko w porządku? – spytał, na co szatyn przytaknął i uśmiechnął się uroczo. Pocałował go więc w czoło. – Czy Wasza Królewska Mość życzy sobie, bym poszedł?
- Zostań – szepnął cicho elf. Milo musnął wciąż rozgrzany policzek króla i podciągnął wyżej narzutę. Aeonis zadrżał, więc okrył go nią dokładnie i objął ramieniem. Ucałował go w czubek głowy, a ich nogi splątały się. Skrył nos w kasztanowych włosach i przylgnął do jego pleców. Przymknął oczy i nim się obejrzał, zasnął.
7.
Czarny rumak wpadł przez bramy Capestrano. Szata jeźdźca powiewała przy każdym podmuchu, kiedy mknął główną ulicą miasta w stronę pałacu. Mężczyzna skryty pod kapturem poganiał konia cichymi słowami. Zatrzymał się dopiero na dziedzińcu i zeskoczył z wierzchowca. Stajenny z lękiem odebrał od niego lejce, a smukła postać odrzuciła kaptur do tyłu. Ciemne loki opadły na czoło i przysłoniły chłodne, zielone oczy oraz spiczaste uszy.
Elf ruszył w stronę wejścia. Wspiął się po schodach, zdejmując skórzane rękawiczki. Wszedł do głównego hallu i bez ogródek skierował się do sali tronowej. Strażnicy otworzyli mu wrota, a on pewnym krokiem wkroczył do środka.
Wszyscy się go obawiali na dworze z wyjątkiem króla. Nie mógł mu się sprzeciwić. On i piątka jego współsprzymierzeńców żyła dogodnie na jego dworze, służąc mu magią. A gdy odebrał wezwanie Aqua vitae, udał się do Ab Alesa jako szpieg. Nie spodziewał się, iż książę przyjmie go z otwartymi ramionami. Poza tym nie miał ochoty rezygnować ze statecznego i wygodnego życia na dworze Antoniusza.
{The Dark Knight}
Jego kroki echem odbiły się od marmurowych ścian. Radni, którzy w tej chwili znajdowali się w sali, zaczęli szeptać między sobą. Obrzucił ich więc przeszywającym spojrzeniem, co od razu sprawiło, iż spuścili głowy. Ranga elfa dawała mu przewagę nad tymi marnymi ludźmi.
- Ach, Oropher – odezwał się król, wychodząc w jego stronę i uśmiechając się. Na jego jasnych włosach spoczywała masywna korona, a w niebieskich oczach czaił się ten sam błysk zła. – Jakie wieści mi przynosisz?
- Wasza Królewska Mość – brunet odezwał się głębokim głosem i lekko pokłonił, po czym wyprostował. – Książę Aeonis faktycznie się przebudził. Zrobił to potomek Ariona Milo.
- A więc to prawda – warknął niezadowolony Antoniusz.
- Mój Panie, nie obawiałbym się tym marnym Magiem – stwierdził elf. – Obawiałbym się Aeonisa. Dziś odbyła się jego koronacja na króla, której niestety nie udało mi się przeszkodzić.
- Nie wątpię, że było trudno, ale i tak spisałeś się doskonale – blondyn poklepał go po ramieniu. – Niemniej jednak, zbierz swoich przyjaciół i jutro spotkajmy się w sali narad. Nie pozwolę, by jakiś księżulek, który chrapał przez sześć wieków, odebrał mi władzę.
- Jak sobie życzysz, mój królu – Oropher skłonił się lekko.
- Pozbędziemy się tego małego elfa i jego Maga – mruknął Antoniusz. Lokaty uśmiechnął się, a w jego zielonych oczach zabłysły złowrogie iskierki. Skłonił się lekko, odwrócił na pięcie i tym samym, pewnym krokiem opuścił salę tronową, odprowadzony cichym szelestem swej ciemnej szaty.
753
3
Pierwsze promienie słońca przedarły się w szczelinie między długimi kotarami i padły na łóżko, gdzie w aksamitną narzutę, zaplątane były dwa ciała. Wąska smuga zatańczyła na porcelanowej twarzy elfa, który mruknął cicho i przewrócił się na plecy. Jego drobna dłoń napotkała rozgrzaną skórę i na usta wkradł się delikatny uśmiech.
Zza jasnych powiek, powoli wyłoniły się błyszczące, turkusowe oczy. Przekręcił głowę i spoczęły one na wciąż pogrążonym we śnie brunecie. Przesunął się on na prawy bok, poprawiając aksamitną narzutę i z nieukrywanym uśmiechem, zaczął przyglądać się chłopakowi.
Jego klatka piersiowa falowała przy każdym wdechu i wydechu, a z pomiędzy pełnych warg ulatywał swobodny oddech. Długie rzęsy wachlarzem układały się na zarumienionych policzkach, a ciemna grzywka opadała na czoło. To do niej sięgnął i zaczesał za ucho chłopaka. Ten mruknął cicho i przekręcił się.
Szatyn przekrzywił lekko głowę i opuszkami palców prześliznął się po policzku Maga. Cofnął dłoń, by po chwili dotknąć nieosłoniętego ramienia. Sunął palcami w dół do łokcia, a następnie do dłoni, gdzie opuszkiem palca zaczął rysować kółeczka na jego karmelowej skórze.
- Dzień dobry, mój królu – usłyszał cichy, zachrypnięty głos, więc spojrzał na chłopaka. Jego czekoladowe oczy były wciąż zaspane, ale twarz rozjaśnił leniwy uśmiech.
- Witaj, Ezra – przywitał się cicho elf i nachylił do niego. Delikatnie musnął pełne wargi bruneta. Od razu poczuł, jak ten obejmuje go ramieniem w pasie i przyciąga bliżej siebie. Zachichotał cicho, kiedy Milo skrył twarz w zagłębieniu jego szyi i wziął głęboki wdech, napawając się jego zapachem.
- Nie powinniśmy byli tego robić – wyznał cicho mulat, gdy błądził dłonią po ciepłych plecach szatyna. – Jesteś królem, a ja? Urodziłem się w małej wiosce i marny ze mnie zarówno medyk, jak i Mag.
- Może masz rację. Dobry król powinien respektować tradycje – odpowiedział Aeonis, nakręcając na palec ciemne pasmo włosów. – Ale król musi też żyć w zgodzie ze sobą, robić to, co uważa za stosowne i być widziany z tymi, na których mu zależy.
- Nawet jeśli są marnymi ludźmi? – spytał Ezra, odchylając się na tyle, by spojrzeć w duże i mądre oczy króla. Elf uśmiechnął się do niego i nachylił, obdarzając jego usta słodkim i czułym pocałunkiem, który od razu został odwzajemniony.
- Czy to wystarczająca odpowiedź? – szatyn szepnął prosto w jego wargi, na co ten uśmiechnął się i przytaknął. – Wstawaj. Pójdziemy zaczerpnąć świeżego powietrza do ogrodu. Jest piękne słońce.
Mag zamruczał niezadowolony na ten pomysł. Owinął się szczelnie aksamitną narzutą i wtulił w poduszkę, która miała delikatny zapach Aeonisa. Ten widząc dziecinne zachowanie chłopaka, szarpnął materiałem i sam się z niego wyplątał. Chwycił jasny szlafrok, który zawsze leżał w nogach łóżka, okrył nim ramiona, przewiązał w pasie i skierował do szafy. Spojrzał jeszcze przez ramię na podnoszącego się do pozycji siedzącej chłopaka, a uśmiech znów wkradł się na jego usta.
2.
Findecano wziął głęboki wdech. Mroźne powietrze wypełniło jego płuca. Przymknął oczy i wypuścił oddech, który zamienił się w obłoczek. Podniósł powieki i jego chabrowe tęczówki przebiegły po okolicy. Biały puch przysłonił cały ogród, który zmienił się. Zapamiętał go inaczej. Ale minęło sześćset lat, więc nie dziwił się tym zmianom.
Śnieg za jego plecami zaskrzypiał, więc spojrzał przez ramię. Spostrzegł idącego w jej stronę Olivera. Odwrócił się do niego i powitał szczerym uśmiechem.
- Nie jest ci zimno? – spytał szatyn, gdy stanął przy boku blondyna. Ten zadarł lekko głowę i zajrzał w sarnie oczy.
- Lubię zimę – odparł elf, poprawiając szary szal. – Lubię śnieg. Co prawda jest zimny, ale zarazem taki puszysty. Potrafi tak wiele. W jednej chwili jest stały, a gdy weźmiesz go w rękę - topnieje.
- Ja lubię jesień – przyznał po chwili ciszy Oliver. – Ten moment, kiedy krople deszczu uderzają o szybę. Lubię ten dźwięk. Jest melancholijny, ale piękny. Uspokaja mnie.
Fin zerknął na niego kątem oka, po czym znów spojrzał w głąb ogrodu. Powoli ruszył w stronę najbliższego drzewa. Gilbert szedł tuż za nim. Bądź, co bądź, zdawał sobie sprawę z tego, gdzie jest jego miejsce. Wiedział, że jasnooki jest kimś ważnym i pewnych rzeczy nie wypada.
- Pamiętam ten ogród zupełnie innym – wyznał, stając przed dębem i spoglądając na gołe gałęzie. – Był piękny, rozległy i niezwykle barwny latem. Róże, pelargonie, fiołki. Jednak las wtargnął nie tylko do miasta, ale i do ogrodu. Cieszę się, że nie trzeba było niszczyć drzew. Król się też tego obawiał: że trzeba będzie wyciąć drzewa.
Wyciągnął rękę i przyłożył ją do pnia. Przez jego drobne ciało przeszedł dreszcz i potężna fala energii. Doskonale wiedział, co nadciąga. Nie cierpiał tego z całego serca, ale było to jego darem i dziwił się, że wcześniej się nie zaczęło.
{The Vision}
Jego umysł zalały obrazy i prawie natychmiast stracił kontakt z otaczającą go rzeczywistością. Widział smugi, kształty, słyszał głosy, zarówno znane, jak i te kompletnie mu obce. Oddech zamarł w jego piersi, a ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz.
Nagle z rozmazanych kolorów wyłonił się czarny rumak, który mknął ośnieżoną równiną. Od razu też rozpoznał jeźdźca. Ciemne loki oraz zielone, chłodne oczy mogły zapowiadać tylko Orophera Losselina. Gnał jakby ścigał go demon nieczysty.
Obraz zmienił się i spostrzegł ojca Elerosse wjeżdżającego do miasta wraz z piątką dobrze znanych mu elfich doradców króla Fiora. Wpadli na most nad rzeką, atakując Ars Magicą bezbronnych ludzi. Dostrzegł małą dziewczynkę o znajomych oczach i wieżę zegarową, dość charakterystyczną, bo z bladoniebieską tarczą. Spostrzegł również płonące sklepy.
Nagle wszystko ustało. Elfa ogarnął przenikliwy ziąb, a drżący oddech uleciał spomiędzy jego warg. Jęknął cicho i kompletnie wyczerpany taką kumulacją energii, osunął się na ziemię. Jego zmęczone i zlane potem ciało otulił biały puch.
- FIN! – usłyszał dobiegający skądś znajomy głos. Znów wypuścił drżący oddech, który zamienił się w obłoczek, kiedy odgłosy kroków na śniegu nasiliły się. Moment potem, ktoś przebiegł palcami po jego rozgrzanym czole.
- Na Boga, cały jesteś rozpalony – znów odezwał się ten znajomy, zaniepokojony głos. Chwilę potem przypasował go do właściciela. Podniósł więc ociężałe powieki i spojrzał na Olivera. – Fin, słyszysz mnie?
Przytaknął tylko w odpowiedzi. Szatyn odetchnął, po czym złapał za nadgarstki blondyna. Przywrócił go do pionu, ale widząc, iż ledwo trzyma się na nogach, wziął go na ręce. Elf owinął swoje ramiona wokół jego szyi i wtulił się w jego ciepły tors.
- Muszę się zobaczyć z Aeonisem – blondyn zdołał w końcu się odezwać.
- Nie ma mowy – odparł karcąco Gilbert. – Ledwo stoisz na nogach. Najpierw odpoczniesz, a potem…
Nie zdążył jednak odpowiedzieć, gdyż dostrzegł na swej drodze króla w towarzystwie Ezry. Przyśpieszył kroku, chcąc ich poinformować o zajściu. Gdy tylko tamci ich dostrzegli, z twarzy Aeonisa zniknął uśmiech, który do tej pory na niej widniał. Zastąpiła go powaga, a przenikliwe oczy wpatrywał się w niego, szukając odpowiedzi.
- Co się stało? – zapytał, kiedy zatrzymali się przed nimi. Drobny elf wyciągnął rękę i przyłożył ją do policzka blondyna. – Jest cały rozpalony. Chyba już wiem, co się stało. Czy stracił na chwilę z tobą kontakt, a potem zemdlał? – Oliver w odpowiedzi energicznie przytaknął głową. – Chodźmy zanim się przeziębi.
We czwórkę wrócili do pałacu. Aeonis poinformował jedną ze służek, które ich mijały, by zaparzono gorącą herbatę z ziół uspokajających i przyniesiono do komnaty Findecana, gdzie się udali. Szybko przeszli korytarzami i Gilbert zdał sobie sprawę, że komnata blondyna jest na wprost tej, którą mu przydzielono.
Ezra otworzył drzwi i puścił przyjaciela przodem. Za nim wszedł król, a on na samym końcu, zamykając za sobą. Oliver ułożył elfa na łóżku, nakrywając kocem i odgarniając z ciepłego czoła jasne kosmyki. Ten spojrzał na niego swoimi chabrowymi tęczówkami i rozpoznał w spojrzeniu chłopaka oczy dziewczynki.
- Masz młodszą siostrę? – zapytał, nim Aeonis zdążył się odezwać.
- Tak, mam – przyznał lekko zszokowany chłopak i przelotnie zerknął na przyjaciela. Ten tylko pokręcił głową. – Skąd wiesz?
- Mój przyjacielu – odezwał się król, siadając na skraju łóżka i sięgając po dłoń Telemnara. – Powiedz mi, co zobaczyłeś.
Drzwi komnaty otworzyły się i do środka wszedł Elerosse, niosąc filiżankę z parującym naparem. Blondyn podniósł się o pozycji siedzącej, odebrał od przyjaciela porcelanowe naczynie, po czym upił łyk. Fin podniósł wzrok na lokatego i posłał mu współczujące spojrzenie.
- Widziałem Orophera – zaczął cicho, patrząc na lokatego, który odwrócił wzrok i zacisnął dłonie w pięści. – On i pięciu pozostałych doradców króla Fiora wtargnęli do miasta. Widziałem wieżę zegarową. Jego tarcza była bladoniebieska. I dziewczynkę o takich samych oczach, jak Olivera.
Szatyn spojrzał na profil elfa, a potem na Ezrę. Bladoniebieską tarczę miał zegar w Noricum. Serce chłopaka zaczęło bić szybciej, gdy słuchał jego słów, zastanawiając, co się tak właściwie stało.
- Panie, złamali naszą Świętą Zasadę – powiedział Fin. Lokaty wyszedł, trzaskając drzwiami. Aeonis przymknął oczy i westchnął ciężko. Spojrzał na drzwi, a potem znów przeniósł wzrok na blondyna. Jego chabrowe tęczówki wpatrywały się w niego i doskonale zrozumiał intencje przyjaciela. Poklepał go po kolanie i on również opuścił komnatę.
- Czemu Elerosse zareagował tak gwałtownie? – zdziwił się Oliver, spoglądając na blondyna i odgarniając włosy za jego spiczaste ucho. Dopiero teraz udało mu się spojrzeć na nie z bliska.
- Oropher, ten elf, który przeszkodził w koronacji – zaczął niepewnie jasnooki, podczas gdy obaj chłopcy wpatrywali się w niego – to ojciec Elerosse. Stąd też jego reakcja.
Przyjaciele znów wymienili spojrzenia. Ezra posłał szatynowi twarde oraz stanowcze spojrzenie, po czym odepchnął się od ściany, przy której stał i wyszedł z komnaty. Oliver gładząc w pocieszającym geście plecy Fina, spojrzał przed siebie. Gdy usłyszał brzdęk porcelany, przeniósł wzrok na drobnego elfa, który wpatrywał się w niego dużymi oczyma. Posłał mu tylko uśmiech i ucałował w policzek.
3.
{Standing Alone}
Ezra przemierzał ciemne korytarze pałacu, oświetlane jedynie bladym światłem księżyca. Wydawały mu się podobne, ale on doskonale wiedział, w który wejść. W końcu dotarł do komnaty należącej do Aeonisa. Przystanął przed nią i przejechał palcami po złotej klamce. Wziął wdech, nacisnął ją i wśliznął się do środka.
Przeszedł na palcach przez pomieszczenie, wyciągając z wewnętrznej kieszeni zwiniętą w rulonik i przewiązaną wstążką, wiadomość. Odłożył ją na brzeg szafki nocnej, po czym spojrzał na spokojnie śpiącego elfa. Wyglądał tak delikatnie i niewinnie, z rozrzuconymi na poduszce włosami oraz odsłoniętym ramieniem. Delikatny uśmiech wkradł się na jego usta.
Nie dał rady by wyjechać, gdyby stał przed nim w pięknej szacie, z koroną na głowie. Uległby jego przeszywającemu na wskroś spojrzeniu i odłożył wyjazd do czasu podjęcia odpowiednich decyzji przez niego. Ale on nie mógł czekać. Chodziło o Olivera i miasto, które stało się jego domem. Miał tam przyjaciół - w ten sposób było mu łatwiej odejść.
Odgarnął kasztanową grzywkę z czoła Aeonisa i wycofał się z komnaty, cicho zamykając za sobą drzwi. Westchnął i czym prędzej ruszył korytarzami. Jak zawsze spotkał się z Oliverem niedaleko schodów prowadzących do głównego hallu.
- Co tak długo? – szepnął szatyn, gdy schodzili po schodach.
- Musiałem coś załatwić – odszepnął.
Jego przyjaciel nie skomentował odpowiedzi. Jemu samemu było ciężko opuścić komnatę Fina, kiedy ten zasnął. Sam nie spał w nocy, przewracając się z boku na bok, a gdy nadeszła ich pora, po prostu się ubrał i wyszedł po cichu.
Przemknęli przez hall i wypadli na dziedziniec. Skierowali się do stajni, gdzie osiodłali dwa konie. Dosiedli ich i nie odwracając się za siebie, wypadli z miasta galopem, nie zważając na nic. Zostawili za sobą lśniące delikatną poświatą Ab Alesa, a wraz ze wschodem słońca byli już kilkanaście kilometrów od niego.
4.
Elerosse przemierzał korytarze, a słońce wpadające przez okna, opierało się na jego bladej skórze i rozświetlało ją. Chciał być dziś pierwszą osobą z jaką zobaczy się król. Musiał go zapewnić jeszcze raz, że nie jest taki, jak swój ojciec, mimo iż wczoraj szczerze porozmawiali. Chciał go prosić - po raz kolejny - by jego pokrewieństwo z Oropherem nie rzutowało na ich przyjaźń.
Wszedł na korytarz, gdzie znajdowały się królewskie komnaty. Wziął kolejny głęboki oddech i skierował się w stronę drzwi pomalowanych na biało. Będąc zaledwie kilka kroków od nich, otworzyły się gwałtownie i wypadł z nich król. Był w koszuli, na którą pospiesznie zarzucił śnieżnobiały szlafrok.
- Panie… - zaczął lokaty, ale jego władca przerwał mu.
- Rozmawialiśmy o tym wczoraj – odparł, wręcz piorunując go spojrzeniem. – Nie jesteś swoim ojcem. Ufam ci. To tyle w tym temacie.
Elerosse spuścił wzrok na moment, a gdy go znów podniósł, oczy szatyna nieco złagodniały. Aeonis westchnął cicho i machnął na przyjaciela, by ten poszedł z nim. Razem w ciszy mijali kolejne korytarze. Biały szlafrok władcy falował lekko od jego szybkich kroków. W ręce zaciskał świstek, a pomiędzy palcami zwisała fiołkowa wstążeczka.
Weszli na korytarz, gdzie znajdowała się komnata Ezry i król wręcz podbiegł do drzwi. Nacisną klamkę i otwierając je na oścież, wpadł do środka. Lokaty przystanął w progu, przyglądając się, jak jego przyjaciel przebiega palcami po idealnie zaścielonym łożu. Chwilę potem obok niego pojawił się blondyn. Dysząc ciężko, oparł się o ramię i zajrzał do środka.
- Panie – wysapał w końcu, a szatyn spojrzał na niego. – Olivera też nie ma, a z królewskiej stajni zniknęły dwa konie.
- Wrócili do Noricum – stwierdził Aeonis, przygryzając dolną wargę. – Elerosse, zawiadom kapitana królewskich wojsk, by wybrał dziesięciu najbardziej zaufanych rycerzy i jeszcze przed południem byli gotowi do wyjazdu – lokaty skłonił się i odszedł. – Findecano, poproś, by osiodłano Ikarusa dla ciebie, Tezeusza dla mnie i Prometeusza dla Elerosse. Potem udaj się do koszar i spotkamy się na dziedzińcu.
Blondyn również się skłonił i odszedł, pozostawiając króla samego w komnacie. Elf jeszcze raz przejechał opuszkami palców po miękkiej narzucie na łóżku, po czym zaciskając palce na kartce od Ezry opuścił pomieszczenie. Idąc korytarzem do swojej komnaty, kilka razy owinął fiołkową wstążkę wokół palca serdecznego i zawiązał na śliczną kokardkę.
5.
Ezra wyjrzał przez niewielkie okno, na zniszczone budynki w dole. Kiedy wczoraj po południu wjechali do Noricum, nie spodziewali się zobaczyć tak wielkich zniszczeń. Myśleli, że najazd dopiero nastąpi. On jednak miał miejsce kilka dni wcześniej, i gdy przejeżdżali przez główną ulicę, zostali zaatakowani. Jeden ze sprzymierzeńców Orophera wypadł z jednej z ulic. Ezra starał się odeprzeć atak, jednak urok dosięgnął jego przyjaciela. Teraz ci, którym udało się przetrwać najazd, zebrali się w posiadłości sołtysa poza miastem. Mały dworek usytuowany na niewielkim wzniesieniu udostępniono, a ze stodoły zrobiono mały szpital.
Brunet westchnął i zakładając zimową szatę, w której podróżował z Ab Alesi, wyszedł na wieczorne, mroźne powietrze. Śnieg skrzypiał pod jego stopami, gdy kierował się do stodoły. Zimny wiatr chłostał jego policzki, które próbował osłonić postawionym kołnierzem. Biały puch osiadał się na jego kruczoczarnych włosach.
Pchnął drzwi stodoły, otrzepując ramiona i włosy ze śniegu. Skierował się do drabiny i wymijając ją, przykucnął obok swojego przyjaciela. Jego zamglone sarnie oczy spojrzały na niego. Brązowa grzywka kleiła się do czoła od gorączki, która go trawiła. Ciałem wstrząsały dreszcze, mimo iż nakryty był trzema kocami.
- Hej – przywitał się, uśmiechając ciepło. – Jak się czujesz, przyjacielu?
- Nie uwierzysz, ale jakoś lepiej – odparł słabym głosem Oliver.
- Przepraszam cię za to… - zaczął mulat, ale szatyn, wyciągnął rękę spod koca i zacisnął na jego.
- Robisz to po raz milionowy. Nie musisz. To nie twoja wina.
Milo westchnął i odgarnął z czoła przyjaciela mokre włosy, pod palcami czując rozpaloną skórę. W duchu wiedział, że to jego wina. I mógłby mu pomóc, ale obawiał się, że zrobi coś nie tak, używając magii.
- Wyjdziesz z tego – szepnął, jakby chcąc dodać samemu sobie odwagi.
- Oboje wiemy, że nie – odezwał się słabo chłopak. – Jestem zmęczony. Zostało mi zapewne kilka godzin.
- Nie mów tak – odparł cichym głosem. – Będzie dobrze. Naprawdę.
Doszły go podniesione głosy, gdzieś z pobliża stodoły. Wyprostował się więc i obrzucając przyjaciela ostatnim spojrzeniem, przeniósł wzrok na drzwi. Zacisnął rękę, przywołując energię, by w każdej chwili obronić chłopaka. Jednak gdy drzwi do stodoły otwarły się, a on spostrzegł znajomą sylwetkę i falujący jasnoniebieski płaszcz, jego oczy otwarły się w zaskoczeniu.
- Fin! – zawołał blondyna, który ciężko oddychając, przeniósł na niego swoje spojrzenie. Widząc bruneta, szybko do niego odbiegł.
Ezra cofnął się, pozwalając elfowi podejść bliżej. Spomiędzy jego warg uleciał cichy jęk i padł na kolana obok szatyna.
- Oliver – wyszeptał, przebiegając przez brązowe kosmyki swoimi długimi palcami.
- Możesz mu pomóc? – zapytał mulat, a Findecano spojrzał na niego. – To elfia rana. Nie chciałem się brać za jej uzdrawianie. Nie mam takich umiejętności.
- Ja mogę mu pomóc – usłyszał drugi znajomy głos, więc odwrócił głowę. Jego ciemne oczy spoczęły na Aeonisie. Stąpał lekko i dostojnie. Miał ciemnozieloną szatę, której rękawy, brzegi oraz kaptur zarzucony na głowę, obszyte były białym futrem. Sięgnął dłonią pod niego, wyciągając mały bukłak.
Zrzucił kaptur, a kasztanowe włosy jak zawsze sterczały w każdym możliwym kierunku. Chwycił w palce ciemny materiał swojej szaty i ukląkł z drugiej strony chłopaka. Przyłożył dłoń do jego policzka i od razu cofnął ją, czując jak bardzo rozpalony jest. Otworzył bukłak i nachylił do Oliviera.
- Ani się wasz dotknąć mojego syna! – do stodoły wpadł pan Gilbert oraz kilku ludzi. Przed nich wyszedł Elerosse, którego brunet dopiero teraz dostrzegł. Wyciągnął przed siebie dłoń, szepcząc coś pod nosem. Fala gorąca rozeszła się po pomieszczeniu, gwałtownie zatrzymując miejscowych. Lokaty spojrzał przez ramię i skinieniem głowy dał królowi znak do dalszego działania.
- Powiedziałem nie! – wrzasnął mężczyzna. – Ezra, powstrzymaj go!
Brunet patrzył na ojca swojego przyjaciela przez moment, po czym przeniósł wzrok na elfa.
- Rób, co uważasz za słuszne – szepnął, na co Aeonis, podniósł lekko głowę chłopaka, przyłożył do jego spierzchłych ust bukłak i pozwolił zaczerpnąć łyk wody.
- To aqua vitae – powiedział półszeptem elfi władca, dając mu kolejny łyk. – Uśmierzy ból, zatrzyma rozprzestrzeniającą się śmierć.
Oliver upił kolejny łyk, a Ezra oparł się o belkę, splatając ręce na piersi. Szatyn zamknął bukłak i swoimi długimi palcami odsłonił materiał okalający ranę, by rzucić na nią okiem. Jego turkusowe oczy spoczęły na blondynie, który tylko skinął głową.
Obaj jednocześnie chwycili dłonie Gilberta - Fin, prawą, a Aeonis lewą. Brunet widział, jak szatyn przymyka oczy, spuszcza głowę i szepce cicho coś pod nosem, co nie dotarło do jego uszu.
Mijały sekundy, które zamieniały się w minuty, a te powoli przechodziły w godzinę, od kiedy dwa elfy zabrały się za uzdrawianie chłopaka. Ojciec Olivera krążył w kółko po stodole, nie przepuszczony przez Elerosse i tylko wyzywał mulata od zdrajców.
Minęła kolejna godzina, kiedy pojawiły się widoczne oznaki działającej magii. Rana przestała tak intensywnie krwawić. Pojawiły się też pierwsze zdrowe komórki, które zaczęły się ze sobą sklepiać. Przez twarz Olivera raz po raz przechodził grymas. Fin szeptał mu wtedy, że jeszcze trochę i będzie po wszystkim. Kiedy pierwszy raz z jego ust uleciał jęk, pan Gilbert tak się uniósł, że Elerosse musiał znów powstrzymać go czarem, by się nie wtrącił.
Kolejne godziny przynosiły postępy. Rana coraz szybciej się zabliźniała, a dotychczas nierówny oddech, powoli uspokajał się. Zza powiek wyłoniły się zmęczone sarnie oczy i od razu odszukały Fina. Elf musiał posłać mu uśmiech, gdyż Oliver najwyraźniej go odwzajemnił, bowiem kąciki jego ust drgnęły lekko ku górze. Nie śmiał się jednak odezwać, zdając sobie sprawę, że obaj potrzebują skupienia.
Nastał poranek, kiedy wszystko dobiegło końca. Aeonis i Findecano puścili dłonie chłopaka i stanęli na chwiejnych nogach. Oliver natomiast podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał czujnym okiem na blondyna.
- Wszystko w porządku? – spytał Ezra, na co on tylko skinął głową. Podniósł się na równe nogi i niepewnym krokiem podszedł do jasnowłosego elfa.
- Fin – szepnął, obejmując go ramieniem w talii. – Musisz odpocząć, kruszyno moja.
Milo spojrzał na Aeonisa, który ledwo trzymał się na nogach. Podszedł do niego i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wziął go na ręce. Ten oplótł dłonie wokół jego karku i nie mając sił na sprzeczanie się, skrył twarz w zagłębieniu szyi chłopaka.
- Chodźmy. Muszą odpocząć – zwrócił się do Olivera, który mu przytaknął i poszedł w jego ślady, biorąc blondyna na ręce. Obaj pewnym krokiem skierowali się w stronę Elerosse i osłupiałego pana Gilberta.
- Myślę, że najlepsze, co teraz możesz zrobić, tato, to porozmawiać z Elerosse. Oni chcą pomóc – odparł chłopak, gdy na chwilę przystanęli przed jego ojcem. Następnie ruszyli w stronę wyjścia ze stodoły, gdzie przywitał ich mroźny poranek. Zmrużyli oczy i powoli skierowali się w stronę posiadłości.
6.
Stał przy oknie i wpatrywał się w Noricum. Miasto wyglądało jak jedna, wielka ruina, podobna do Ab Alesi. Nad dachami raz po raz przelatywały czarne wrony i Ezra nie mógł sobie tego wybaczyć. Nie mógł sobie wybaczyć, że nie było go na miejscu, gdy dochodziło do kolejnych starć.
Drobne dłonie prześliznęły się po jego napiętych plecach i zacisnęły na ramionach. Ciepły nos przejechał po jego odsłoniętej szyi, by moment potem złożyć na niej delikatny pocałunek. Milo westchnął i odwrócił się. Od razu napotkał duże, błyszczące oczy elfa.
- Jak się czujesz? – spytał, przebiegając palcami po jasnym policzku, a następnie wplatając je w miękkie kasztanowe kosmyki.
- Ze mną wszystko dobrze – odparł elf. – To było męczące przez wzgląd na ciągłość zaklęcia.
- Spałeś cały dzień – zaśmiał się cicho pod nosem, na co szatyn trzepnął go w ramię. Chwilę potem spoważniał i zajrzał w jego jasne tęczówki. – Rozmawiałeś z sołtysem?
- Yhm… - mruknął w odpowiedzi. – Trochę nie dowierzał w to, co mówię, ale mam swoje sposoby, by przekonać ludzi.
Ezra przytaknął i ponownie przebiegł przez kasztanowe włosy Aeonisa. Nachylił się, chcąc złożyć pocałunek na jego ustach, gdy ktoś bez zapowiedzi wpadł do pokoju zajmowanego przez mulata.
Na progu stanął wysoki, szczupły chłopak. Jego twarz przyozdobiona była piegami, a na brązowe oczy opadała ogniście ruda grzywka. Lekko zdyszany spojrzał najpierw w na mulata, a potem na szatyna, któremu lekko pokłonił głowę.
- Wasza Królewska Mość – rudzielec zwrócił się do elfa. – Chciał król wiedzieć, kiedy znów będą nadjeżdżać. Właśnie przybył patrol z informacją, że tamci nadciągają.
- Dziękuję. Znajdź moich przyjaciół i oznajmij, że wyjeżdżamy razem z waszymi ludźmi – polecił młodzieńcowi, który tylko skinął głową i zniknął.
Aeonis uwolnił się z objęć Maga i podszedł do łóżka, gdzie leżała jego zimowa szata. Ta bardziej podobała się mulatowi, niż te które nosił w pałacu, w elfim mieście. Zdecydowanie podkreślała status króla i dodawała mu uroku.
- Idziesz? – spytał szatyn, spoglądając na niego spod grzywki. Milo przytaknął, porwał swój płaszcz i ruszył za elfem.
Zeszli na dół, gdzie panował spory ruch. Przemknęli do drzwi i wyszli przed posiadłość, gdzie już czekali Fin, Elerosse oraz dziesięciu rycerzy, którzy najwyraźniej przybyli wraz z królem. Aeonis dosiadł swojego konia, a Ezra odczekał chwilę, nim przyprowadzono jego. Wspiął się na niego i wraz z grupą mężczyzn z Noricum, ruszyli ku miastu.
{Starfall}
Zatrzymali się przed wjazdem, gdyż konie spłoszyły się. Elfi król jako pierwszy okiełznał swojego wierzchowca i ruszył przodem. Zaraz za nim ruszyli Findecano i Elerosse. Po nich cała reszta.
Stukot podków o wybrukowaną uliczkę odbijał się echem. Turkusowe tęczówki Aeonisa uważnie lustrowały każdy zakamarek, szukając oznak zdrajców. Jednak oni, jakby wiedzieli, że tam będzie i przybyli dokładnie z drugiej strony.
Na czele kolumny przeciwnika znalazł się król Antoniusz, przyodziany w szkarłatną pelerynę. Chcąc pokazać swoją pozycję, jego jasne kosmyki przyozdobiła ciężka, złota korona. Tuż obok niego znalazł się Oropher, odziany w czarną szatę. Jego chłodne tęczówki wpatrywały się uważnie w syna, który nie ustępował mu ani trochę i równie mocno mierzył go swoimi wzrokiem.
- Więc to jest ten elfi król? – zapytał z wyraźnym sarkazmem w głosie Antoniusz. – Ten dzieciak na koniu? Też mi wróg.
Szatyn zmierzył go uważnie swoimi turkusowymi tęczówkami i odruchowo wyprostował się.
- Iluzja bezgranicznej władzy, jaką dał ci Oropher oraz duma i pycha, zgubiły cię już dawno temu – odezwał się ze spokojem w głosie Aeonis i przeniósł wzrok na ojca Elerosse. – A ty? Ty byłeś wierny memu ojcu. Omamiło cię łatwe sterowanie człowiekiem i zastraszanie ludzi Ars Magica. Zapomniałeś o jej zasadach.
Lokaty elf milczał. Chwilę potem na jego usta wkradł się arogancki uśmiech, jakby uważał, że zasady magii go nie obowiązują. Mina mu jednak zrzedła, gdy szatyn wyciągnął dłoń.
- Puni inobedientes – wypowiedział spokojnie Aeonis. Oropherem niespodziewanie wstrząsnął dreszcz. Zgiął się w pół na swoim koniu, a spomiędzy jego warg wyrwał się dziki wrzask.
- Złamałeś podstawową zasadę Ars Magica – wyjaśnił, zwijającemu się z bólu elfowi. – Nie służy ona do zabijania i niszczenia.
- Ty mały elfi zgredzie! – wrzasnął Antoniusz, zeskakując ze swojego wierzchowca. Jego ludzie poszli w jego ślady i stanęli za nim murem. – Złaź z tego swojego kucyka i zmierz się z prawdziwym władcą tych ziem.
Aeonis zeskoczył z konia i sięgnął pod płaszcz, skąd wyciągnął wąski i długi miecz. Ezra od razu stanął u boku władcy elfów, dobywając swego miecza. Z drugiej strony szatyna pojawił się Elerosse, dobywając podobny miecz do tego, który dzierżył w dłoni jego władca. Elfi rycerze stanęli za swym panem, a mieszkańcy Noricum również zwarli się do walki.
- Nas jest więcej – stwierdził Milo, na co król Pallasu prychnął i z dzikim wrzaskiem ruszył na króla elfów. Szczęk metalu o metal echem zaczął odbijać się od zrujnowanych budynków.
Aeonis z niezwykłą precyzją, szybkością i zwinnością odpierał ataki rozwścieczonego do granic możliwości Antoniusza. Król Pallasu napierał na drobnego elfa, który w jego oczach z niezwykłą lekkością i zadziwiającą szybkością blokował każdy cios.
- Chcesz wygrać z elfem? – spytał spokojnie szatyn, blokując kolejne uderzenie, które zapewne miało roztrzaskać mu czaszkę.
- Mam taki zamiar – warknął blondyn, celując w bok, ale Aeonis znów zablokował jego cios.
- Nie uda ci się to – ostrzegł go elf, blokując kolejne ataki, które wychodziły z wściekłości, a nie rozsądku. – I nie dlatego, że nie walczysz umysłem, tylko emocjami, a dlatego, że jestem elfem.
Postanowił przestać bawić się z królem Pallasu. Odparł jego ostatni atak i w końcu sam zadał pierwszy cios. Mężczyzna odparł go, ale wtedy posłał kolejny. Ostrze jego miecza wbiło się w bark blondyna, a ten krzyknął krótko. Złota korona, która do tej pory utrzymywała się na jego głowie, zsunęła się i potoczyła.
- Zgubiła cię pycha – powiedział spokojnie Aeonis i zamachnął się, podcinając nogi władcy. Mężczyzna upadł, a ciężki miecz wypadł mu z dłoni. Zabrzęczał, gdy uderzył o brukowaną uliczkę.
- Pycha, przez którą teraz zginiesz – dodał elf, stając nad Antoniuszem i przykładając ostrze w miejsce serca. – Oby twój syn nie był taki jak ty.
Naparł na klingę i przebił serce władcy. Jego jasnoniebieskie oczy do ostatniej chwili wpatrywały się w niego, dopóki nie zgasły. Spomiędzy warg uleciał ostatni oddech, a ręce bezwładnie opadły wzdłuż ciała. Szatyn wyciągnął ostrze, z którego skapywała szkarłatna krew Antoniusza.
- Król nie żyje! – ktoś krzyknął i wszystko jakby na moment zamarło. Ezra spostrzegł, jak jego dotychczasowy przeciwnik z zaciętego wojownika, przybierał postać przestraszonego chłopca i w nagłym odwrocie wycofał się z pola walki.
Milo spojrzał przez ramię, a jego czekoladowe tęczówki pospiesznie odszukały drobną postać elfa. Stał nad ciałem króla Pallasu, z mieczem w dłoni, z którego na biały śnieg skapywały kropelki krwi. Przeniósł wzrok na jego twarz i spostrzegł, jak dotychczasowa bezwzględność oraz opanowanie ustępuje miejsca nutce strachu.
Mulat podszedł do Aeonisa i wyciągnął miecz z jego dłoni. Ten spojrzał na niego dużymi, lekko przestraszonymi oczyma.
- Już po wszystkim, mój drogi – powiedział cicho, przyciągając jego drobne ciało i obejmując szczelnie ramieniem. Pogładził go po plecach, pozwalając by skrył swoje oblicze w jego ciemnej szacie. Spostrzegł ponad głową elfa wzrok Elerosse, który im się przyglądał. Gdy tylko lokaty zorientował się, iż Ezra wie, ten posłał mu delikatny uśmiech, po czym skierował się w stronę swojego konia.
7.
{Only the Beginning of the Adventure}
Ezra ustawił wszystkie poprzewracane krzesła wokół stołu, po czym rozejrzał się dookoła. Jego mieszkanie było zrujnowane i czekało go jeszcze sporo pracy. Pierwsze, za co się musiał wziąć, to doprowadzić je do względnego porządku. A przynajmniej część, w której śpi. Z czasem weźmie się za ewentualne naprawy.
Od bitwy minęło pięć dni. Po ciało króla przybył jego syn, którego poznał, gdy stanął u boku Aeonisa. Król elfów szczerze przeprosił młodego księcia za krzywdę, którą mu wyrządził, jednak młodzieniec sprawiał wrażenie, jakby mu ulżyło. Julian – bo tak miał na imię książę Pallasu – poprzysiągł Aeonisowi, że nie będzie jak ojciec. Widział ile krzywdy wyrządził. Dopytywał również o ewentualne stosunki polityczne i zaprosił szatyna na dwór. Mulat miał cichą nadzieję, że życie w królestwie pod władzą tego młodego i nie głupiego chłopaka, na nowo rozkwitnie.
Do uszy bruneta dotarło ciche pukanie, więc przeniósł wzrok na drzwi, które wisiały na zawiasie. Oparty o framugę stał Oliver i przyjaźnie uśmiechał się do przyjaciela. Ezra odwzajemnił ten gest i podszedł do niego.
- Jak zdrówko? – zapytał, poklepując szatyna po ramieniu.
- Nigdy nie czułem się lepiej – przyznał Gilbert, odsuwając się i pozwalając Milo wsadzić drzwi w zawiasy. – Co teraz będzie?
- Nie wiem – odparł Mag, wzruszając ramionami, a jego oddech zamienił się w obłoczek na zimowym powietrzu. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo piękny. Słońce opierało się na białym puchu, rozjaśniając okolicę.
- Julian wygląda na rozsądnego i nie da sobą sterować, jak jego ojciec – oznajmił Ezra, chowając ręce pod pachami, by osłonić je przed zimnem. – Zaprosił Aeonisa do stolicy na rozmowy dyplomatyczne. Myślę, że wszystko będzie dobrze.
- A co do Aeonisa – rzucił Oliver. Milo spojrzał na niego, ale ten wpatrywał się w coś ponad jego ramieniem. Odwrócił się więc i jego ciemne oczy spoczęły na kolumnie elfich rycerzy. Na jej czele w swoim ciemnozielonym płaszczu, obszytym białym futerkiem, jechał szatyn. Jak zwykle towarzyszyli mu Findecano i Elerosse.
Aeonis uniósł dłoń zatrzymując wszystkich i zeskoczył ze swojego wierzchowca. Milo wyszedł mu na spotkanie, zatrzymując się przy furtce, do której po chwili podszedł elf. Brunet spojrzał na zarumienioną twarz drobnego szatyna, którą rozjaśnił delikatny uśmiech. Chwilę potem spojrzał na zrujnowane mieszkanie.
- Doprowadzenie tego do porządku trochę ci zajmie – odezwał się w końcu elfi król, znów przenosząc wzrok na mulata, który w odpowiedzi przytaknął. – Na pewno nie chcesz jechać ze mną do Ab Alesi? Moja propozycja wciąż jest aktualna.
- Nie. Tutaj jest mój dom – wyznał Mag. – Poza tym, ktoś musi opowiedzieć legendy o wspaniałym Elfim Królu.
Aeonis zaśmiał się dźwięcznie, co Milo skomentował szerokim uśmiechem. Szarpany uczuciami, w końcu chwycił w dłonie twarz elfa, nachylił się i złożył długi, ciepły oraz czuły pocałunek na jego ustach. Jednak nie czuł, by to było pożegnanie. Wiedział, że jeszcze się zobaczą, więc gdy tylko się oderwał, potarł swoim nosem o jego.
- W takim razie – zaczął szatyn – wyślę posłańca z księgami, które pomogą w opanowaniu magii. I mam nadzieję, że wraz z Oliverem zechcecie przybyć do nas na wiosnę. Będą moje urodziny oraz święto Wiosennego Przesilenia.
- Z wielką przyjemnością, Wasza Królewska Mość – Ezra przytakną i na pożegnanie przytulił mocno szatyna. Ten zaśmiał się cicho i posłał ostatni, ciepły uśmiech mulatowi. Wrócił na swojego wierzchowca i cmokając na niego, zachęcił do ruszenia. Powolnym marszem minęli dom Ezry, który odprowadzał kolumnę wzrokiem.
- Więc to koniec? – spytał Oliver, który pojawił się u jego boku i również spojrzał na oddalające się elfy.
- Nie, Oliver. To tylko początek naszej przygody – odpowiedział, patrząc jak cała kolumna znika za zakrętem. Odwrócił wzrok i spojrzał w sarnie oczy przyjaciela. Posłał mu uśmiech i poklepał po ramieniu, wracając do swoich zajęć. - To dopiero początek.
Pierwsze promienie słońca przedarły się w szczelinie między długimi kotarami i padły na łóżko, gdzie w aksamitną narzutę, zaplątane były dwa ciała. Wąska smuga zatańczyła na porcelanowej twarzy elfa, który mruknął cicho i przewrócił się na plecy. Jego drobna dłoń napotkała rozgrzaną skórę i na usta wkradł się delikatny uśmiech.
Zza jasnych powiek, powoli wyłoniły się błyszczące, turkusowe oczy. Przekręcił głowę i spoczęły one na wciąż pogrążonym we śnie brunecie. Przesunął się on na prawy bok, poprawiając aksamitną narzutę i z nieukrywanym uśmiechem, zaczął przyglądać się chłopakowi.
Jego klatka piersiowa falowała przy każdym wdechu i wydechu, a z pomiędzy pełnych warg ulatywał swobodny oddech. Długie rzęsy wachlarzem układały się na zarumienionych policzkach, a ciemna grzywka opadała na czoło. To do niej sięgnął i zaczesał za ucho chłopaka. Ten mruknął cicho i przekręcił się.
Szatyn przekrzywił lekko głowę i opuszkami palców prześliznął się po policzku Maga. Cofnął dłoń, by po chwili dotknąć nieosłoniętego ramienia. Sunął palcami w dół do łokcia, a następnie do dłoni, gdzie opuszkiem palca zaczął rysować kółeczka na jego karmelowej skórze.
- Dzień dobry, mój królu – usłyszał cichy, zachrypnięty głos, więc spojrzał na chłopaka. Jego czekoladowe oczy były wciąż zaspane, ale twarz rozjaśnił leniwy uśmiech.
- Witaj, Ezra – przywitał się cicho elf i nachylił do niego. Delikatnie musnął pełne wargi bruneta. Od razu poczuł, jak ten obejmuje go ramieniem w pasie i przyciąga bliżej siebie. Zachichotał cicho, kiedy Milo skrył twarz w zagłębieniu jego szyi i wziął głęboki wdech, napawając się jego zapachem.
- Nie powinniśmy byli tego robić – wyznał cicho mulat, gdy błądził dłonią po ciepłych plecach szatyna. – Jesteś królem, a ja? Urodziłem się w małej wiosce i marny ze mnie zarówno medyk, jak i Mag.
- Może masz rację. Dobry król powinien respektować tradycje – odpowiedział Aeonis, nakręcając na palec ciemne pasmo włosów. – Ale król musi też żyć w zgodzie ze sobą, robić to, co uważa za stosowne i być widziany z tymi, na których mu zależy.
- Nawet jeśli są marnymi ludźmi? – spytał Ezra, odchylając się na tyle, by spojrzeć w duże i mądre oczy króla. Elf uśmiechnął się do niego i nachylił, obdarzając jego usta słodkim i czułym pocałunkiem, który od razu został odwzajemniony.
- Czy to wystarczająca odpowiedź? – szatyn szepnął prosto w jego wargi, na co ten uśmiechnął się i przytaknął. – Wstawaj. Pójdziemy zaczerpnąć świeżego powietrza do ogrodu. Jest piękne słońce.
Mag zamruczał niezadowolony na ten pomysł. Owinął się szczelnie aksamitną narzutą i wtulił w poduszkę, która miała delikatny zapach Aeonisa. Ten widząc dziecinne zachowanie chłopaka, szarpnął materiałem i sam się z niego wyplątał. Chwycił jasny szlafrok, który zawsze leżał w nogach łóżka, okrył nim ramiona, przewiązał w pasie i skierował do szafy. Spojrzał jeszcze przez ramię na podnoszącego się do pozycji siedzącej chłopaka, a uśmiech znów wkradł się na jego usta.
2.
Findecano wziął głęboki wdech. Mroźne powietrze wypełniło jego płuca. Przymknął oczy i wypuścił oddech, który zamienił się w obłoczek. Podniósł powieki i jego chabrowe tęczówki przebiegły po okolicy. Biały puch przysłonił cały ogród, który zmienił się. Zapamiętał go inaczej. Ale minęło sześćset lat, więc nie dziwił się tym zmianom.
Śnieg za jego plecami zaskrzypiał, więc spojrzał przez ramię. Spostrzegł idącego w jej stronę Olivera. Odwrócił się do niego i powitał szczerym uśmiechem.
- Nie jest ci zimno? – spytał szatyn, gdy stanął przy boku blondyna. Ten zadarł lekko głowę i zajrzał w sarnie oczy.
- Lubię zimę – odparł elf, poprawiając szary szal. – Lubię śnieg. Co prawda jest zimny, ale zarazem taki puszysty. Potrafi tak wiele. W jednej chwili jest stały, a gdy weźmiesz go w rękę - topnieje.
- Ja lubię jesień – przyznał po chwili ciszy Oliver. – Ten moment, kiedy krople deszczu uderzają o szybę. Lubię ten dźwięk. Jest melancholijny, ale piękny. Uspokaja mnie.
Fin zerknął na niego kątem oka, po czym znów spojrzał w głąb ogrodu. Powoli ruszył w stronę najbliższego drzewa. Gilbert szedł tuż za nim. Bądź, co bądź, zdawał sobie sprawę z tego, gdzie jest jego miejsce. Wiedział, że jasnooki jest kimś ważnym i pewnych rzeczy nie wypada.
- Pamiętam ten ogród zupełnie innym – wyznał, stając przed dębem i spoglądając na gołe gałęzie. – Był piękny, rozległy i niezwykle barwny latem. Róże, pelargonie, fiołki. Jednak las wtargnął nie tylko do miasta, ale i do ogrodu. Cieszę się, że nie trzeba było niszczyć drzew. Król się też tego obawiał: że trzeba będzie wyciąć drzewa.
Wyciągnął rękę i przyłożył ją do pnia. Przez jego drobne ciało przeszedł dreszcz i potężna fala energii. Doskonale wiedział, co nadciąga. Nie cierpiał tego z całego serca, ale było to jego darem i dziwił się, że wcześniej się nie zaczęło.
{The Vision}
Jego umysł zalały obrazy i prawie natychmiast stracił kontakt z otaczającą go rzeczywistością. Widział smugi, kształty, słyszał głosy, zarówno znane, jak i te kompletnie mu obce. Oddech zamarł w jego piersi, a ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz.
Nagle z rozmazanych kolorów wyłonił się czarny rumak, który mknął ośnieżoną równiną. Od razu też rozpoznał jeźdźca. Ciemne loki oraz zielone, chłodne oczy mogły zapowiadać tylko Orophera Losselina. Gnał jakby ścigał go demon nieczysty.
Obraz zmienił się i spostrzegł ojca Elerosse wjeżdżającego do miasta wraz z piątką dobrze znanych mu elfich doradców króla Fiora. Wpadli na most nad rzeką, atakując Ars Magicą bezbronnych ludzi. Dostrzegł małą dziewczynkę o znajomych oczach i wieżę zegarową, dość charakterystyczną, bo z bladoniebieską tarczą. Spostrzegł również płonące sklepy.
Nagle wszystko ustało. Elfa ogarnął przenikliwy ziąb, a drżący oddech uleciał spomiędzy jego warg. Jęknął cicho i kompletnie wyczerpany taką kumulacją energii, osunął się na ziemię. Jego zmęczone i zlane potem ciało otulił biały puch.
- FIN! – usłyszał dobiegający skądś znajomy głos. Znów wypuścił drżący oddech, który zamienił się w obłoczek, kiedy odgłosy kroków na śniegu nasiliły się. Moment potem, ktoś przebiegł palcami po jego rozgrzanym czole.
- Na Boga, cały jesteś rozpalony – znów odezwał się ten znajomy, zaniepokojony głos. Chwilę potem przypasował go do właściciela. Podniósł więc ociężałe powieki i spojrzał na Olivera. – Fin, słyszysz mnie?
Przytaknął tylko w odpowiedzi. Szatyn odetchnął, po czym złapał za nadgarstki blondyna. Przywrócił go do pionu, ale widząc, iż ledwo trzyma się na nogach, wziął go na ręce. Elf owinął swoje ramiona wokół jego szyi i wtulił się w jego ciepły tors.
- Muszę się zobaczyć z Aeonisem – blondyn zdołał w końcu się odezwać.
- Nie ma mowy – odparł karcąco Gilbert. – Ledwo stoisz na nogach. Najpierw odpoczniesz, a potem…
Nie zdążył jednak odpowiedzieć, gdyż dostrzegł na swej drodze króla w towarzystwie Ezry. Przyśpieszył kroku, chcąc ich poinformować o zajściu. Gdy tylko tamci ich dostrzegli, z twarzy Aeonisa zniknął uśmiech, który do tej pory na niej widniał. Zastąpiła go powaga, a przenikliwe oczy wpatrywał się w niego, szukając odpowiedzi.
- Co się stało? – zapytał, kiedy zatrzymali się przed nimi. Drobny elf wyciągnął rękę i przyłożył ją do policzka blondyna. – Jest cały rozpalony. Chyba już wiem, co się stało. Czy stracił na chwilę z tobą kontakt, a potem zemdlał? – Oliver w odpowiedzi energicznie przytaknął głową. – Chodźmy zanim się przeziębi.
We czwórkę wrócili do pałacu. Aeonis poinformował jedną ze służek, które ich mijały, by zaparzono gorącą herbatę z ziół uspokajających i przyniesiono do komnaty Findecana, gdzie się udali. Szybko przeszli korytarzami i Gilbert zdał sobie sprawę, że komnata blondyna jest na wprost tej, którą mu przydzielono.
Ezra otworzył drzwi i puścił przyjaciela przodem. Za nim wszedł król, a on na samym końcu, zamykając za sobą. Oliver ułożył elfa na łóżku, nakrywając kocem i odgarniając z ciepłego czoła jasne kosmyki. Ten spojrzał na niego swoimi chabrowymi tęczówkami i rozpoznał w spojrzeniu chłopaka oczy dziewczynki.
- Masz młodszą siostrę? – zapytał, nim Aeonis zdążył się odezwać.
- Tak, mam – przyznał lekko zszokowany chłopak i przelotnie zerknął na przyjaciela. Ten tylko pokręcił głową. – Skąd wiesz?
- Mój przyjacielu – odezwał się król, siadając na skraju łóżka i sięgając po dłoń Telemnara. – Powiedz mi, co zobaczyłeś.
Drzwi komnaty otworzyły się i do środka wszedł Elerosse, niosąc filiżankę z parującym naparem. Blondyn podniósł się o pozycji siedzącej, odebrał od przyjaciela porcelanowe naczynie, po czym upił łyk. Fin podniósł wzrok na lokatego i posłał mu współczujące spojrzenie.
- Widziałem Orophera – zaczął cicho, patrząc na lokatego, który odwrócił wzrok i zacisnął dłonie w pięści. – On i pięciu pozostałych doradców króla Fiora wtargnęli do miasta. Widziałem wieżę zegarową. Jego tarcza była bladoniebieska. I dziewczynkę o takich samych oczach, jak Olivera.
Szatyn spojrzał na profil elfa, a potem na Ezrę. Bladoniebieską tarczę miał zegar w Noricum. Serce chłopaka zaczęło bić szybciej, gdy słuchał jego słów, zastanawiając, co się tak właściwie stało.
- Panie, złamali naszą Świętą Zasadę – powiedział Fin. Lokaty wyszedł, trzaskając drzwiami. Aeonis przymknął oczy i westchnął ciężko. Spojrzał na drzwi, a potem znów przeniósł wzrok na blondyna. Jego chabrowe tęczówki wpatrywały się w niego i doskonale zrozumiał intencje przyjaciela. Poklepał go po kolanie i on również opuścił komnatę.
- Czemu Elerosse zareagował tak gwałtownie? – zdziwił się Oliver, spoglądając na blondyna i odgarniając włosy za jego spiczaste ucho. Dopiero teraz udało mu się spojrzeć na nie z bliska.
- Oropher, ten elf, który przeszkodził w koronacji – zaczął niepewnie jasnooki, podczas gdy obaj chłopcy wpatrywali się w niego – to ojciec Elerosse. Stąd też jego reakcja.
Przyjaciele znów wymienili spojrzenia. Ezra posłał szatynowi twarde oraz stanowcze spojrzenie, po czym odepchnął się od ściany, przy której stał i wyszedł z komnaty. Oliver gładząc w pocieszającym geście plecy Fina, spojrzał przed siebie. Gdy usłyszał brzdęk porcelany, przeniósł wzrok na drobnego elfa, który wpatrywał się w niego dużymi oczyma. Posłał mu tylko uśmiech i ucałował w policzek.
3.
{Standing Alone}
Ezra przemierzał ciemne korytarze pałacu, oświetlane jedynie bladym światłem księżyca. Wydawały mu się podobne, ale on doskonale wiedział, w który wejść. W końcu dotarł do komnaty należącej do Aeonisa. Przystanął przed nią i przejechał palcami po złotej klamce. Wziął wdech, nacisnął ją i wśliznął się do środka.
Przeszedł na palcach przez pomieszczenie, wyciągając z wewnętrznej kieszeni zwiniętą w rulonik i przewiązaną wstążką, wiadomość. Odłożył ją na brzeg szafki nocnej, po czym spojrzał na spokojnie śpiącego elfa. Wyglądał tak delikatnie i niewinnie, z rozrzuconymi na poduszce włosami oraz odsłoniętym ramieniem. Delikatny uśmiech wkradł się na jego usta.
Nie dał rady by wyjechać, gdyby stał przed nim w pięknej szacie, z koroną na głowie. Uległby jego przeszywającemu na wskroś spojrzeniu i odłożył wyjazd do czasu podjęcia odpowiednich decyzji przez niego. Ale on nie mógł czekać. Chodziło o Olivera i miasto, które stało się jego domem. Miał tam przyjaciół - w ten sposób było mu łatwiej odejść.
Odgarnął kasztanową grzywkę z czoła Aeonisa i wycofał się z komnaty, cicho zamykając za sobą drzwi. Westchnął i czym prędzej ruszył korytarzami. Jak zawsze spotkał się z Oliverem niedaleko schodów prowadzących do głównego hallu.
- Co tak długo? – szepnął szatyn, gdy schodzili po schodach.
- Musiałem coś załatwić – odszepnął.
Jego przyjaciel nie skomentował odpowiedzi. Jemu samemu było ciężko opuścić komnatę Fina, kiedy ten zasnął. Sam nie spał w nocy, przewracając się z boku na bok, a gdy nadeszła ich pora, po prostu się ubrał i wyszedł po cichu.
Przemknęli przez hall i wypadli na dziedziniec. Skierowali się do stajni, gdzie osiodłali dwa konie. Dosiedli ich i nie odwracając się za siebie, wypadli z miasta galopem, nie zważając na nic. Zostawili za sobą lśniące delikatną poświatą Ab Alesa, a wraz ze wschodem słońca byli już kilkanaście kilometrów od niego.
4.
Elerosse przemierzał korytarze, a słońce wpadające przez okna, opierało się na jego bladej skórze i rozświetlało ją. Chciał być dziś pierwszą osobą z jaką zobaczy się król. Musiał go zapewnić jeszcze raz, że nie jest taki, jak swój ojciec, mimo iż wczoraj szczerze porozmawiali. Chciał go prosić - po raz kolejny - by jego pokrewieństwo z Oropherem nie rzutowało na ich przyjaźń.
Wszedł na korytarz, gdzie znajdowały się królewskie komnaty. Wziął kolejny głęboki oddech i skierował się w stronę drzwi pomalowanych na biało. Będąc zaledwie kilka kroków od nich, otworzyły się gwałtownie i wypadł z nich król. Był w koszuli, na którą pospiesznie zarzucił śnieżnobiały szlafrok.
- Panie… - zaczął lokaty, ale jego władca przerwał mu.
- Rozmawialiśmy o tym wczoraj – odparł, wręcz piorunując go spojrzeniem. – Nie jesteś swoim ojcem. Ufam ci. To tyle w tym temacie.
Elerosse spuścił wzrok na moment, a gdy go znów podniósł, oczy szatyna nieco złagodniały. Aeonis westchnął cicho i machnął na przyjaciela, by ten poszedł z nim. Razem w ciszy mijali kolejne korytarze. Biały szlafrok władcy falował lekko od jego szybkich kroków. W ręce zaciskał świstek, a pomiędzy palcami zwisała fiołkowa wstążeczka.
Weszli na korytarz, gdzie znajdowała się komnata Ezry i król wręcz podbiegł do drzwi. Nacisną klamkę i otwierając je na oścież, wpadł do środka. Lokaty przystanął w progu, przyglądając się, jak jego przyjaciel przebiega palcami po idealnie zaścielonym łożu. Chwilę potem obok niego pojawił się blondyn. Dysząc ciężko, oparł się o ramię i zajrzał do środka.
- Panie – wysapał w końcu, a szatyn spojrzał na niego. – Olivera też nie ma, a z królewskiej stajni zniknęły dwa konie.
- Wrócili do Noricum – stwierdził Aeonis, przygryzając dolną wargę. – Elerosse, zawiadom kapitana królewskich wojsk, by wybrał dziesięciu najbardziej zaufanych rycerzy i jeszcze przed południem byli gotowi do wyjazdu – lokaty skłonił się i odszedł. – Findecano, poproś, by osiodłano Ikarusa dla ciebie, Tezeusza dla mnie i Prometeusza dla Elerosse. Potem udaj się do koszar i spotkamy się na dziedzińcu.
Blondyn również się skłonił i odszedł, pozostawiając króla samego w komnacie. Elf jeszcze raz przejechał opuszkami palców po miękkiej narzucie na łóżku, po czym zaciskając palce na kartce od Ezry opuścił pomieszczenie. Idąc korytarzem do swojej komnaty, kilka razy owinął fiołkową wstążkę wokół palca serdecznego i zawiązał na śliczną kokardkę.
5.
Ezra wyjrzał przez niewielkie okno, na zniszczone budynki w dole. Kiedy wczoraj po południu wjechali do Noricum, nie spodziewali się zobaczyć tak wielkich zniszczeń. Myśleli, że najazd dopiero nastąpi. On jednak miał miejsce kilka dni wcześniej, i gdy przejeżdżali przez główną ulicę, zostali zaatakowani. Jeden ze sprzymierzeńców Orophera wypadł z jednej z ulic. Ezra starał się odeprzeć atak, jednak urok dosięgnął jego przyjaciela. Teraz ci, którym udało się przetrwać najazd, zebrali się w posiadłości sołtysa poza miastem. Mały dworek usytuowany na niewielkim wzniesieniu udostępniono, a ze stodoły zrobiono mały szpital.
Brunet westchnął i zakładając zimową szatę, w której podróżował z Ab Alesi, wyszedł na wieczorne, mroźne powietrze. Śnieg skrzypiał pod jego stopami, gdy kierował się do stodoły. Zimny wiatr chłostał jego policzki, które próbował osłonić postawionym kołnierzem. Biały puch osiadał się na jego kruczoczarnych włosach.
Pchnął drzwi stodoły, otrzepując ramiona i włosy ze śniegu. Skierował się do drabiny i wymijając ją, przykucnął obok swojego przyjaciela. Jego zamglone sarnie oczy spojrzały na niego. Brązowa grzywka kleiła się do czoła od gorączki, która go trawiła. Ciałem wstrząsały dreszcze, mimo iż nakryty był trzema kocami.
- Hej – przywitał się, uśmiechając ciepło. – Jak się czujesz, przyjacielu?
- Nie uwierzysz, ale jakoś lepiej – odparł słabym głosem Oliver.
- Przepraszam cię za to… - zaczął mulat, ale szatyn, wyciągnął rękę spod koca i zacisnął na jego.
- Robisz to po raz milionowy. Nie musisz. To nie twoja wina.
Milo westchnął i odgarnął z czoła przyjaciela mokre włosy, pod palcami czując rozpaloną skórę. W duchu wiedział, że to jego wina. I mógłby mu pomóc, ale obawiał się, że zrobi coś nie tak, używając magii.
- Wyjdziesz z tego – szepnął, jakby chcąc dodać samemu sobie odwagi.
- Oboje wiemy, że nie – odezwał się słabo chłopak. – Jestem zmęczony. Zostało mi zapewne kilka godzin.
- Nie mów tak – odparł cichym głosem. – Będzie dobrze. Naprawdę.
Doszły go podniesione głosy, gdzieś z pobliża stodoły. Wyprostował się więc i obrzucając przyjaciela ostatnim spojrzeniem, przeniósł wzrok na drzwi. Zacisnął rękę, przywołując energię, by w każdej chwili obronić chłopaka. Jednak gdy drzwi do stodoły otwarły się, a on spostrzegł znajomą sylwetkę i falujący jasnoniebieski płaszcz, jego oczy otwarły się w zaskoczeniu.
- Fin! – zawołał blondyna, który ciężko oddychając, przeniósł na niego swoje spojrzenie. Widząc bruneta, szybko do niego odbiegł.
Ezra cofnął się, pozwalając elfowi podejść bliżej. Spomiędzy jego warg uleciał cichy jęk i padł na kolana obok szatyna.
- Oliver – wyszeptał, przebiegając przez brązowe kosmyki swoimi długimi palcami.
- Możesz mu pomóc? – zapytał mulat, a Findecano spojrzał na niego. – To elfia rana. Nie chciałem się brać za jej uzdrawianie. Nie mam takich umiejętności.
- Ja mogę mu pomóc – usłyszał drugi znajomy głos, więc odwrócił głowę. Jego ciemne oczy spoczęły na Aeonisie. Stąpał lekko i dostojnie. Miał ciemnozieloną szatę, której rękawy, brzegi oraz kaptur zarzucony na głowę, obszyte były białym futrem. Sięgnął dłonią pod niego, wyciągając mały bukłak.
Zrzucił kaptur, a kasztanowe włosy jak zawsze sterczały w każdym możliwym kierunku. Chwycił w palce ciemny materiał swojej szaty i ukląkł z drugiej strony chłopaka. Przyłożył dłoń do jego policzka i od razu cofnął ją, czując jak bardzo rozpalony jest. Otworzył bukłak i nachylił do Oliviera.
- Ani się wasz dotknąć mojego syna! – do stodoły wpadł pan Gilbert oraz kilku ludzi. Przed nich wyszedł Elerosse, którego brunet dopiero teraz dostrzegł. Wyciągnął przed siebie dłoń, szepcząc coś pod nosem. Fala gorąca rozeszła się po pomieszczeniu, gwałtownie zatrzymując miejscowych. Lokaty spojrzał przez ramię i skinieniem głowy dał królowi znak do dalszego działania.
- Powiedziałem nie! – wrzasnął mężczyzna. – Ezra, powstrzymaj go!
Brunet patrzył na ojca swojego przyjaciela przez moment, po czym przeniósł wzrok na elfa.
- Rób, co uważasz za słuszne – szepnął, na co Aeonis, podniósł lekko głowę chłopaka, przyłożył do jego spierzchłych ust bukłak i pozwolił zaczerpnąć łyk wody.
- To aqua vitae – powiedział półszeptem elfi władca, dając mu kolejny łyk. – Uśmierzy ból, zatrzyma rozprzestrzeniającą się śmierć.
Oliver upił kolejny łyk, a Ezra oparł się o belkę, splatając ręce na piersi. Szatyn zamknął bukłak i swoimi długimi palcami odsłonił materiał okalający ranę, by rzucić na nią okiem. Jego turkusowe oczy spoczęły na blondynie, który tylko skinął głową.
Obaj jednocześnie chwycili dłonie Gilberta - Fin, prawą, a Aeonis lewą. Brunet widział, jak szatyn przymyka oczy, spuszcza głowę i szepce cicho coś pod nosem, co nie dotarło do jego uszu.
Mijały sekundy, które zamieniały się w minuty, a te powoli przechodziły w godzinę, od kiedy dwa elfy zabrały się za uzdrawianie chłopaka. Ojciec Olivera krążył w kółko po stodole, nie przepuszczony przez Elerosse i tylko wyzywał mulata od zdrajców.
Minęła kolejna godzina, kiedy pojawiły się widoczne oznaki działającej magii. Rana przestała tak intensywnie krwawić. Pojawiły się też pierwsze zdrowe komórki, które zaczęły się ze sobą sklepiać. Przez twarz Olivera raz po raz przechodził grymas. Fin szeptał mu wtedy, że jeszcze trochę i będzie po wszystkim. Kiedy pierwszy raz z jego ust uleciał jęk, pan Gilbert tak się uniósł, że Elerosse musiał znów powstrzymać go czarem, by się nie wtrącił.
Kolejne godziny przynosiły postępy. Rana coraz szybciej się zabliźniała, a dotychczas nierówny oddech, powoli uspokajał się. Zza powiek wyłoniły się zmęczone sarnie oczy i od razu odszukały Fina. Elf musiał posłać mu uśmiech, gdyż Oliver najwyraźniej go odwzajemnił, bowiem kąciki jego ust drgnęły lekko ku górze. Nie śmiał się jednak odezwać, zdając sobie sprawę, że obaj potrzebują skupienia.
Nastał poranek, kiedy wszystko dobiegło końca. Aeonis i Findecano puścili dłonie chłopaka i stanęli na chwiejnych nogach. Oliver natomiast podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał czujnym okiem na blondyna.
- Wszystko w porządku? – spytał Ezra, na co on tylko skinął głową. Podniósł się na równe nogi i niepewnym krokiem podszedł do jasnowłosego elfa.
- Fin – szepnął, obejmując go ramieniem w talii. – Musisz odpocząć, kruszyno moja.
Milo spojrzał na Aeonisa, który ledwo trzymał się na nogach. Podszedł do niego i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wziął go na ręce. Ten oplótł dłonie wokół jego karku i nie mając sił na sprzeczanie się, skrył twarz w zagłębieniu szyi chłopaka.
- Chodźmy. Muszą odpocząć – zwrócił się do Olivera, który mu przytaknął i poszedł w jego ślady, biorąc blondyna na ręce. Obaj pewnym krokiem skierowali się w stronę Elerosse i osłupiałego pana Gilberta.
- Myślę, że najlepsze, co teraz możesz zrobić, tato, to porozmawiać z Elerosse. Oni chcą pomóc – odparł chłopak, gdy na chwilę przystanęli przed jego ojcem. Następnie ruszyli w stronę wyjścia ze stodoły, gdzie przywitał ich mroźny poranek. Zmrużyli oczy i powoli skierowali się w stronę posiadłości.
6.
Stał przy oknie i wpatrywał się w Noricum. Miasto wyglądało jak jedna, wielka ruina, podobna do Ab Alesi. Nad dachami raz po raz przelatywały czarne wrony i Ezra nie mógł sobie tego wybaczyć. Nie mógł sobie wybaczyć, że nie było go na miejscu, gdy dochodziło do kolejnych starć.
Drobne dłonie prześliznęły się po jego napiętych plecach i zacisnęły na ramionach. Ciepły nos przejechał po jego odsłoniętej szyi, by moment potem złożyć na niej delikatny pocałunek. Milo westchnął i odwrócił się. Od razu napotkał duże, błyszczące oczy elfa.
- Jak się czujesz? – spytał, przebiegając palcami po jasnym policzku, a następnie wplatając je w miękkie kasztanowe kosmyki.
- Ze mną wszystko dobrze – odparł elf. – To było męczące przez wzgląd na ciągłość zaklęcia.
- Spałeś cały dzień – zaśmiał się cicho pod nosem, na co szatyn trzepnął go w ramię. Chwilę potem spoważniał i zajrzał w jego jasne tęczówki. – Rozmawiałeś z sołtysem?
- Yhm… - mruknął w odpowiedzi. – Trochę nie dowierzał w to, co mówię, ale mam swoje sposoby, by przekonać ludzi.
Ezra przytaknął i ponownie przebiegł przez kasztanowe włosy Aeonisa. Nachylił się, chcąc złożyć pocałunek na jego ustach, gdy ktoś bez zapowiedzi wpadł do pokoju zajmowanego przez mulata.
Na progu stanął wysoki, szczupły chłopak. Jego twarz przyozdobiona była piegami, a na brązowe oczy opadała ogniście ruda grzywka. Lekko zdyszany spojrzał najpierw w na mulata, a potem na szatyna, któremu lekko pokłonił głowę.
- Wasza Królewska Mość – rudzielec zwrócił się do elfa. – Chciał król wiedzieć, kiedy znów będą nadjeżdżać. Właśnie przybył patrol z informacją, że tamci nadciągają.
- Dziękuję. Znajdź moich przyjaciół i oznajmij, że wyjeżdżamy razem z waszymi ludźmi – polecił młodzieńcowi, który tylko skinął głową i zniknął.
Aeonis uwolnił się z objęć Maga i podszedł do łóżka, gdzie leżała jego zimowa szata. Ta bardziej podobała się mulatowi, niż te które nosił w pałacu, w elfim mieście. Zdecydowanie podkreślała status króla i dodawała mu uroku.
- Idziesz? – spytał szatyn, spoglądając na niego spod grzywki. Milo przytaknął, porwał swój płaszcz i ruszył za elfem.
Zeszli na dół, gdzie panował spory ruch. Przemknęli do drzwi i wyszli przed posiadłość, gdzie już czekali Fin, Elerosse oraz dziesięciu rycerzy, którzy najwyraźniej przybyli wraz z królem. Aeonis dosiadł swojego konia, a Ezra odczekał chwilę, nim przyprowadzono jego. Wspiął się na niego i wraz z grupą mężczyzn z Noricum, ruszyli ku miastu.
{Starfall}
Zatrzymali się przed wjazdem, gdyż konie spłoszyły się. Elfi król jako pierwszy okiełznał swojego wierzchowca i ruszył przodem. Zaraz za nim ruszyli Findecano i Elerosse. Po nich cała reszta.
Stukot podków o wybrukowaną uliczkę odbijał się echem. Turkusowe tęczówki Aeonisa uważnie lustrowały każdy zakamarek, szukając oznak zdrajców. Jednak oni, jakby wiedzieli, że tam będzie i przybyli dokładnie z drugiej strony.
Na czele kolumny przeciwnika znalazł się król Antoniusz, przyodziany w szkarłatną pelerynę. Chcąc pokazać swoją pozycję, jego jasne kosmyki przyozdobiła ciężka, złota korona. Tuż obok niego znalazł się Oropher, odziany w czarną szatę. Jego chłodne tęczówki wpatrywały się uważnie w syna, który nie ustępował mu ani trochę i równie mocno mierzył go swoimi wzrokiem.
- Więc to jest ten elfi król? – zapytał z wyraźnym sarkazmem w głosie Antoniusz. – Ten dzieciak na koniu? Też mi wróg.
Szatyn zmierzył go uważnie swoimi turkusowymi tęczówkami i odruchowo wyprostował się.
- Iluzja bezgranicznej władzy, jaką dał ci Oropher oraz duma i pycha, zgubiły cię już dawno temu – odezwał się ze spokojem w głosie Aeonis i przeniósł wzrok na ojca Elerosse. – A ty? Ty byłeś wierny memu ojcu. Omamiło cię łatwe sterowanie człowiekiem i zastraszanie ludzi Ars Magica. Zapomniałeś o jej zasadach.
Lokaty elf milczał. Chwilę potem na jego usta wkradł się arogancki uśmiech, jakby uważał, że zasady magii go nie obowiązują. Mina mu jednak zrzedła, gdy szatyn wyciągnął dłoń.
- Puni inobedientes – wypowiedział spokojnie Aeonis. Oropherem niespodziewanie wstrząsnął dreszcz. Zgiął się w pół na swoim koniu, a spomiędzy jego warg wyrwał się dziki wrzask.
- Złamałeś podstawową zasadę Ars Magica – wyjaśnił, zwijającemu się z bólu elfowi. – Nie służy ona do zabijania i niszczenia.
- Ty mały elfi zgredzie! – wrzasnął Antoniusz, zeskakując ze swojego wierzchowca. Jego ludzie poszli w jego ślady i stanęli za nim murem. – Złaź z tego swojego kucyka i zmierz się z prawdziwym władcą tych ziem.
Aeonis zeskoczył z konia i sięgnął pod płaszcz, skąd wyciągnął wąski i długi miecz. Ezra od razu stanął u boku władcy elfów, dobywając swego miecza. Z drugiej strony szatyna pojawił się Elerosse, dobywając podobny miecz do tego, który dzierżył w dłoni jego władca. Elfi rycerze stanęli za swym panem, a mieszkańcy Noricum również zwarli się do walki.
- Nas jest więcej – stwierdził Milo, na co król Pallasu prychnął i z dzikim wrzaskiem ruszył na króla elfów. Szczęk metalu o metal echem zaczął odbijać się od zrujnowanych budynków.
Aeonis z niezwykłą precyzją, szybkością i zwinnością odpierał ataki rozwścieczonego do granic możliwości Antoniusza. Król Pallasu napierał na drobnego elfa, który w jego oczach z niezwykłą lekkością i zadziwiającą szybkością blokował każdy cios.
- Chcesz wygrać z elfem? – spytał spokojnie szatyn, blokując kolejne uderzenie, które zapewne miało roztrzaskać mu czaszkę.
- Mam taki zamiar – warknął blondyn, celując w bok, ale Aeonis znów zablokował jego cios.
- Nie uda ci się to – ostrzegł go elf, blokując kolejne ataki, które wychodziły z wściekłości, a nie rozsądku. – I nie dlatego, że nie walczysz umysłem, tylko emocjami, a dlatego, że jestem elfem.
Postanowił przestać bawić się z królem Pallasu. Odparł jego ostatni atak i w końcu sam zadał pierwszy cios. Mężczyzna odparł go, ale wtedy posłał kolejny. Ostrze jego miecza wbiło się w bark blondyna, a ten krzyknął krótko. Złota korona, która do tej pory utrzymywała się na jego głowie, zsunęła się i potoczyła.
- Zgubiła cię pycha – powiedział spokojnie Aeonis i zamachnął się, podcinając nogi władcy. Mężczyzna upadł, a ciężki miecz wypadł mu z dłoni. Zabrzęczał, gdy uderzył o brukowaną uliczkę.
- Pycha, przez którą teraz zginiesz – dodał elf, stając nad Antoniuszem i przykładając ostrze w miejsce serca. – Oby twój syn nie był taki jak ty.
Naparł na klingę i przebił serce władcy. Jego jasnoniebieskie oczy do ostatniej chwili wpatrywały się w niego, dopóki nie zgasły. Spomiędzy warg uleciał ostatni oddech, a ręce bezwładnie opadły wzdłuż ciała. Szatyn wyciągnął ostrze, z którego skapywała szkarłatna krew Antoniusza.
- Król nie żyje! – ktoś krzyknął i wszystko jakby na moment zamarło. Ezra spostrzegł, jak jego dotychczasowy przeciwnik z zaciętego wojownika, przybierał postać przestraszonego chłopca i w nagłym odwrocie wycofał się z pola walki.
Milo spojrzał przez ramię, a jego czekoladowe tęczówki pospiesznie odszukały drobną postać elfa. Stał nad ciałem króla Pallasu, z mieczem w dłoni, z którego na biały śnieg skapywały kropelki krwi. Przeniósł wzrok na jego twarz i spostrzegł, jak dotychczasowa bezwzględność oraz opanowanie ustępuje miejsca nutce strachu.
Mulat podszedł do Aeonisa i wyciągnął miecz z jego dłoni. Ten spojrzał na niego dużymi, lekko przestraszonymi oczyma.
- Już po wszystkim, mój drogi – powiedział cicho, przyciągając jego drobne ciało i obejmując szczelnie ramieniem. Pogładził go po plecach, pozwalając by skrył swoje oblicze w jego ciemnej szacie. Spostrzegł ponad głową elfa wzrok Elerosse, który im się przyglądał. Gdy tylko lokaty zorientował się, iż Ezra wie, ten posłał mu delikatny uśmiech, po czym skierował się w stronę swojego konia.
7.
{Only the Beginning of the Adventure}
Ezra ustawił wszystkie poprzewracane krzesła wokół stołu, po czym rozejrzał się dookoła. Jego mieszkanie było zrujnowane i czekało go jeszcze sporo pracy. Pierwsze, za co się musiał wziąć, to doprowadzić je do względnego porządku. A przynajmniej część, w której śpi. Z czasem weźmie się za ewentualne naprawy.
Od bitwy minęło pięć dni. Po ciało króla przybył jego syn, którego poznał, gdy stanął u boku Aeonisa. Król elfów szczerze przeprosił młodego księcia za krzywdę, którą mu wyrządził, jednak młodzieniec sprawiał wrażenie, jakby mu ulżyło. Julian – bo tak miał na imię książę Pallasu – poprzysiągł Aeonisowi, że nie będzie jak ojciec. Widział ile krzywdy wyrządził. Dopytywał również o ewentualne stosunki polityczne i zaprosił szatyna na dwór. Mulat miał cichą nadzieję, że życie w królestwie pod władzą tego młodego i nie głupiego chłopaka, na nowo rozkwitnie.
Do uszy bruneta dotarło ciche pukanie, więc przeniósł wzrok na drzwi, które wisiały na zawiasie. Oparty o framugę stał Oliver i przyjaźnie uśmiechał się do przyjaciela. Ezra odwzajemnił ten gest i podszedł do niego.
- Jak zdrówko? – zapytał, poklepując szatyna po ramieniu.
- Nigdy nie czułem się lepiej – przyznał Gilbert, odsuwając się i pozwalając Milo wsadzić drzwi w zawiasy. – Co teraz będzie?
- Nie wiem – odparł Mag, wzruszając ramionami, a jego oddech zamienił się w obłoczek na zimowym powietrzu. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo piękny. Słońce opierało się na białym puchu, rozjaśniając okolicę.
- Julian wygląda na rozsądnego i nie da sobą sterować, jak jego ojciec – oznajmił Ezra, chowając ręce pod pachami, by osłonić je przed zimnem. – Zaprosił Aeonisa do stolicy na rozmowy dyplomatyczne. Myślę, że wszystko będzie dobrze.
- A co do Aeonisa – rzucił Oliver. Milo spojrzał na niego, ale ten wpatrywał się w coś ponad jego ramieniem. Odwrócił się więc i jego ciemne oczy spoczęły na kolumnie elfich rycerzy. Na jej czele w swoim ciemnozielonym płaszczu, obszytym białym futerkiem, jechał szatyn. Jak zwykle towarzyszyli mu Findecano i Elerosse.
Aeonis uniósł dłoń zatrzymując wszystkich i zeskoczył ze swojego wierzchowca. Milo wyszedł mu na spotkanie, zatrzymując się przy furtce, do której po chwili podszedł elf. Brunet spojrzał na zarumienioną twarz drobnego szatyna, którą rozjaśnił delikatny uśmiech. Chwilę potem spojrzał na zrujnowane mieszkanie.
- Doprowadzenie tego do porządku trochę ci zajmie – odezwał się w końcu elfi król, znów przenosząc wzrok na mulata, który w odpowiedzi przytaknął. – Na pewno nie chcesz jechać ze mną do Ab Alesi? Moja propozycja wciąż jest aktualna.
- Nie. Tutaj jest mój dom – wyznał Mag. – Poza tym, ktoś musi opowiedzieć legendy o wspaniałym Elfim Królu.
Aeonis zaśmiał się dźwięcznie, co Milo skomentował szerokim uśmiechem. Szarpany uczuciami, w końcu chwycił w dłonie twarz elfa, nachylił się i złożył długi, ciepły oraz czuły pocałunek na jego ustach. Jednak nie czuł, by to było pożegnanie. Wiedział, że jeszcze się zobaczą, więc gdy tylko się oderwał, potarł swoim nosem o jego.
- W takim razie – zaczął szatyn – wyślę posłańca z księgami, które pomogą w opanowaniu magii. I mam nadzieję, że wraz z Oliverem zechcecie przybyć do nas na wiosnę. Będą moje urodziny oraz święto Wiosennego Przesilenia.
- Z wielką przyjemnością, Wasza Królewska Mość – Ezra przytakną i na pożegnanie przytulił mocno szatyna. Ten zaśmiał się cicho i posłał ostatni, ciepły uśmiech mulatowi. Wrócił na swojego wierzchowca i cmokając na niego, zachęcił do ruszenia. Powolnym marszem minęli dom Ezry, który odprowadzał kolumnę wzrokiem.
- Więc to koniec? – spytał Oliver, który pojawił się u jego boku i również spojrzał na oddalające się elfy.
- Nie, Oliver. To tylko początek naszej przygody – odpowiedział, patrząc jak cała kolumna znika za zakrętem. Odwrócił wzrok i spojrzał w sarnie oczy przyjaciela. Posłał mu uśmiech i poklepał po ramieniu, wracając do swoich zajęć. - To dopiero początek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)