1
Powoli zapadał zmierzch. Mroźny wiatr targał nagimi koronami drzew. Kolejne warstwy śniegu odkładały się na ziemi i przysłaniały niedawno pozostawione na nim ślady. Przez zasypaną, leśną ścieżkę przedzierał się osłonięty grubą, wełnianą peleryną, młodzieniec. Na jego karmelowej twarzy, smaganej zimnym wiatrem, można było dostrzec rumieniec. Skulony w sobie, z rękoma wciśniętymi pod pachę, brnął przez kolejne zaspy. Zadarł lekko głowę do góry, jednak przez śnieg lewo mógł dostrzec niebo.
- Muszę się gdzieś schronić – wydukał sam do siebie, mrużąc oczy i rozglądając się dookoła. W oddali, przy rozwidleniu dróg zamajaczył mu jakiś kształt, więc ruszył w jego stronę. Śnieg wdzierał się mu za kołnierz, gdy szedł ku ciemnemu kształtowi.
Przystanął przy jednym z drzew, a jego czekoladowe tęczówki spoczęły na niewielkim domu pokrytym strzechą. W oknach panowała ciemność, jednak mimo wszystko zdecydował się podejść bliżej. Zapukał w drewniane drzwi, ale odpowiedziała mu cisza.
- Halo? – zawołał, ponownie pukając. – Jest tam kto?
Gdy znów nie dostał żadnej odpowiedzi, nacisnął klamkę, a drzwi bez przeszkód ustąpiły. Wszedł do środka i pogrążył się w ciemnościach. Chwilę opierał się o drewno i wsłuchiwał w odgłos świszczącego wiatru. Dopiero po momencie odwrócił się i rozejrzał po ciemnym wnętrzu.
Było to jednoizbowe mieszkanie. W jednym rogu stało łóżko, a w drugim drewniany stolik z czterema krzesłami. Wszystko pokryte było kurzem, a pod sufitem dostrzec można było pajęczyny. Nikt nie mieszkał tu od wieków, co nie zdziwiło chłopaka. W tym rejonie było wiele opuszczonych domów.
Zrzucił z ramion przemoczoną pelerynę i odwiesił na oparcie jednego z krzeseł. Następnie chwycił drugie i zwyczajnie roztrzaskał je o ziemię. W tej zamieci nie znalazłby nawet suchego źdźbła trawy, a co dopiero patyka. Jednak potrzebował się rozgrzać. Połamał więc krzesło, ułożył w stosik na podłodze i przykucając, wyciągnął przed siebie dłoń.
- Ignis – wypowiedział. Przez jego ciało przepłynęła silna fala energii, której zawsze się obawiał. Nie znał jej. Nie wiedział czym ona jest, ale wywoływała niezwykłe rzeczy, gdy używało się odpowiedniego słowa, które pojawiały się i znikały w zależności od sytuacji. Tak jak w tej chwili. Wypowiedział to jedno proste słowo, a połamane kawałki rozbłysły, by po chwili zapalić się.
Wyciągnął dłonie w stronę ognia, by je ogrzać, a następnie przysuną bliżej krzesło ze swoją peleryną, aby się choć trochę wysuszyła. Po chwili połamał kolejne krzesło i dorzucił je do ogniska. Spojrzał w stronę okna, za którym wciąż szalała zamieć.
- Mam nadzieję, że do rana minie – mruknął do siebie, znów przykucając przy ognisku i wyciągając w jego stronę dłonie.
Ezra Milo podróżował z Milano do Noricum – miasteczka, w którym się osiedlił, gdy tylko opuścił dom rodzinny. Kiedy w wieku szesnastu lat zakończył praktyki u medyka w Amalienor, musiał wyjechać, ponieważ powszechnie było wiadomo, że miejsce, w którym się wychował, to mała wieś i dwóch medyków to już tłok. Trafił więc do Noricum, gdzie po roku leczenia był w stanie kupić niewielki dom. Okolica wyglądała przyjemnie i także sprzyjała medykom: las pełen ziół i kwiatów, tak niezbędnych do wywarów i maści. Przez sam środek miasteczka zaś płynęła rzeka z krystalicznie czystą wodą, która dzieliła je na dwie części.
Wciąż pamiętał, że jego matka nie była zadowolona z faktu, jaki fach sobie wybrał, nawet jeśli Ezrą kierowały prywatne, słuszne powody - owa dziwna energia, która mu towarzyszyła odkąd pamiętał. Nie wiedział czym ona jest, ale powodowała dziwne rzeczy, takie jak przesuwanie przedmiotów, niechciane pożary czy rozbłyski światła w lampach oliwnych. Myślał, że praktykując u medyka dotrze do jakichś ksiąg, które to wyjaśnią, ale poza zielnikami oraz księgami medycznymi, znalazł jedynie stary egzemplarz elfickich legend, które zdążył poznać na pamięć i gdy nie leczył, dorabiał jako bard, opowiadając je przy ogniskach, jarmarkach czy innych spotkaniach.
Wiatr zahuczał głośno i trzasnął jedną ze starych okiennic, które wciąż trzymały się na zawiasach, wyrywając młodego medyka z zamyślenia. Spojrzał w ich stronę, po czym westchnął ciężko i wyprostował się. Podszedł do łóżka, z którego wziął narzutę. Strzepnął kurz, który się na niej zebrał, a drobinki wzbiły się w górę, drażniąc jego gardło i powodując atak kaszlu. Wziął jeszcze starą, zbitą poduszkę i wraz z nią wrócił do ciepła. Owinął się narzutą, ułożył poduszkę na podłodze i położył. Wpatrując się w wesoło skaczące płomyki, sam nie wiedział kiedy zasnął.
2.
Promienie zimowego słońca wtargnęły przez okna, rozświetlając unoszące się w powietrzu drobinki kurzu. Rozświetliły szarą podłogę, na której zostały ślady po butach, wślizgnęły się na ciemną twarz Ezry, który zamruczał cicho i zwinął się w kłębek. Powoli rozchylił powieki, zza których wyłoniły się zaspane czekoladowe oczy. Wyplątał się z narzuty i usiadł, rozglądając się dookoła. Ognisko, które wczoraj rozpalił z dwóch połamanych krzeseł, zgasło już dawno, a jego peleryna wciąż wisiała na oparciu.
Przeciągnął się i wygramolił z narzuty. Podniósł się, wyciągając całe ciało i mrucząc cicho. Przydeptał ognisko, by mieć pewność, że całkowicie zagasło i pochwycił z oparcia czarną pelerynę. Zdążyła wyschnąć przez noc, ogrzewana ciepłem ogniska. Zarzucił ją więc na ramiona i skierował się do drzwi. Nacisnął klamkę i wyszedł przed budynek.
Świat wyglądał teraz zupełnie inaczej. Biały puch iskrzył się w świetle porannego słońca, a nagie drzewa nie były już tak przerażające, jak poprzedniego dnia. Odetchnął głęboko, mroźnym powietrzem i spojrzał na niebo. Było spokojne, więc był pewien, że do domu dotrze przed zmrokiem.
Odwrócił się na pięcie i jeszcze raz spojrzał na chatę, która dała mu schronienie dzisiejszej nocy. Dopiero teraz spostrzegł żłobienia w ciemnym drewnie. Pomiędzy rowkami, które szły równolegle w górę drzwi, wiły się piękne i starannie wyrzeźbione roślinne motywy. Przejechał po nich opuszkami palców, zastanawiając się, kto mógł włożyć tyle energii, czasu i cierpliwości, by stworzyć takie małe dzieło sztuki.
Gdy skończył cieszyć oko drewnianymi rycinami, przeskakując zaspy, wyszedł na drogę. Spojrzał w dół, gdzie powinien się udać, jeśli chciał wrócić do domu. Zerknął też w górę i jego ciemne brwi uniosły się w zdumieniu, bowiem w odległości mniej więcej dwustu kroków dostrzegł bramę, której srebrna krata była opuszczona do połowy. Mury obronne były zniszczone, ale kamień z którego go wykonano nie poddał się zmianie czasu - wciąż lśnił przygaszonym, szarym blaskiem.
{Ancient Cities}
Ezra przygryzł dolną wargę, gdyż odezwała się w nim ciekawość oraz jego niezwykła umiejętność pakowania się w kłopoty najróżniejszej maści. Zaczął bawić się palcami i dając porwać się zainteresowaniu miejscem, w którym się znalazł, powoli ruszył w stronę bramy. Oblizał wargi, a gdy przechodził pod srebrnymi grotami kraty, przeszedł go dreszcz. Przyjrzał się uważnie murom i dostrzegł te same kanaliki pnące się równolegle w górę, co na drzwiach chatki, dwieście kroków wcześniej.
Mulat spojrzał w górę ulicy, szczelniej okrywając się swoją wełnianą peleryną. W oddali dostrzegł rynek z fontanną, a za nią jeszcze dalej wznosiły się wewnętrzne mury pałacu, którego wieżyczki były widoczne ponad nim; sięgały nawet wyżej ponad gołe korony drzew.
Ruszył w stronę rynku, rozglądając się dookoła. Drzwi każdego pojedynczego domu przypominały te z chatki – miały wąskie kanaliki i roślinne zdobienia; jedne były bogatsze, drugie już mniej. W niektórych dostrzegł powybijane szyby w witrynach kramów i sklepów. Miasto było opuszczone od wieków, czego również dowodził las, który wdarł się między budynki. Korzenie sprawiły, że ściany popękały, a gałęzie wdarły się przez dachy do wnętrz.
- To miasto musiało być piękne w czasach swej świetlności – szepnął do siebie, wciąż przyglądając się wszystkiemu dookoła. – Na prawdę piękne.
Minął ostatnie budynki i wyszedł na przestronny rynek, wokół którego stały kramy, sklepy oraz karczmy. Musiał on tętnić życiem za czasów dobrego bytu miasta; gwar zapewne był duży, a kuglarze czy bardowie prawdopodobnie również mieli niezły utarg.
W centrum rynku stała fontanna. Jak wszystkie budynki, pałac za nią czy mury, wyrzeźbiona została z szarego, skrzącego się kamienia. Miała idealny kształt koła, a po środku niej stała postać w długiej szacie. Na podeście, gdzie była ustawiona, dookoła wyżłobione miała małe otworki, z których zapewnie lała się woda.
Obszedł ją dookoła, zgarniając z niej zalegający śnieg. Dostrzegł złote litery, które układały się w słowo: verba. Wydało mu się niezwykle znajome, choć tak odległe. Nie znał jego znaczenia, a wiedział do czego służy i co opisuje.
- Słowa – szepnął do siebie, prześlizgując się po złotej literze v.
Ezra zgarnął resztę śniegu z fontanny, która ukazała długie zdanie wygrawerowane dookoła złotymi literami. Odnalazł jego początek i prześlizgnął po złotej literze e. Gwałtowne cofnął dłoń, gdy poczuł ukłucie - jakby kamień był naelektryzowany i kopnął go. Wziął wdech i ponownie czując napływ nieznanej mu energii, zaczął powoli i dokładnie odczytywać słowa:
- Et incantator redeverit, verba recitaverit, oppidi recirrerit ars magica, et perrecterit fuerit – mimo iż pierwszy raz widział te słowa, to doskonale wiedział, jak je zaakcentować oraz znał ich znaczenie. – I powróci Mag, słowa odczyta, magia do miasta wróci, a książę wybudzi się.
Cofnął dłoń od napisu i zrobił krok w tył. Ponownie spojrzał na postać zdobiącą fontannę, by po chwili przenieść ciemne tęczówki na górujący nad miastem pałac. Ciekawość znów w nim wezbrała. Chciał iść dalej, sprawdzić, jakie skarby kryje, ale wiedział, że nie może. Westchnął więc i zawrócił. Minął mury i ruszył w dół drogi, kierując się prosto do Noricum.
3.
Wysoki i dobrze zbudowany młodzieniec przyglądał się młodszym dzieciom, biegających po całym pokoju i bawiącym się w berka. On sam siedział na krześle, śledząc małe pociechy sarnimi oczyma, na które opadała grzywka brązowych włosów. Uśmiechał się, wsłuchując w dziecięce chichoty, a w ręce ściskał kubek z chłodnął już herbatą.
Tę atmosferę zaburzyło pukanie do drzwi. Chłopak podniósł się odstawiając kubek na stolik i nim skierował się do drzwi, ostatni raz obrzucił uważnym spojrzeniem dzieci. Nacisnął klamkę i w progu spostrzegł swego przyjaciela, który uśmiechnął się do niego, a jego ciemne oczy błyszczały wesoło.
- Dobry wieczór, Oliverze – przywitał się, gdy chłopak przepuścił go w progu, a do jego uszy dobiegły wesołe śmiechy. – Widzę, że znów pilnujesz młodszego rodzeństwa.
- Witaj, Ezra – odpowiedział, gdy jego przyjaciel ściągał pelerynę. – Jak podróż do Milano?
- W drodze powrotnej złapała mnie śnieżyca, ale przetrwałem, jak widać – odpowiedział brunet, uśmiechając się i odwieszając pelerynę na wieszak.
- To Ezra – usłyszeli piskliwy głos i obaj odwrócili głowę w jego stronę. Mała, piegowata dziewczynka stanęła w korytarzu, a zaraz obok niej pojawił się chłopiec, uśmiechając się ukazując lukę po zębie, który mu wypadł. Dzieci podbiegły do niego i chwyciły za rękawy.
- Ezra. Opowiedz o elfim księciu i elfim mieście – odezwała się piegowata dziewczynka, ciągnąc chłopaka w stronę pokoju.
- I Magu, który rzucił zaklęcie – zawtórował jej chłopiec.
- Maya, Tim, słyszeliście tę historię tyle razy, że znacie ją na pamięć – stwierdził mulat, śmiejąc się przyjaźnie.
- Ezra – zawołało równocześnie rodzeństwo, a obok niego pojawił się Oliver. – Braciszku, powiedz coś.
Szatyn spojrzał na przyjaciela, zaplatając ręce na piersiach. Brunetowi nie pozostało nic innego, jak tylko westchnąć ciężko i opowiedzieć historię.
{Fairy Dance}
- W takim razie rozsiąść się wygodnie, proszę – odezwał się. Dzieciaki chichocząc, rozsiadły się na podłodze i wlepiły w niego wielkie, błyszczące oczy. Oliver zaś na powrót zajął swoje miejsce na krześle. Wziął w palce kubek i wyciągając przed siebie nogi, splótł je w kostkach.
- Dawno, dawno temu, jeszcze przed czasami ludzi, gdy Pallasu było krainą piękną i spokojną, jej ziemię zamieszkiwali tylko i wyłącznie elfy – zaczął snuć swoją opowieść, z nikłą nutą tajemniczości w głosie. – Były to istoty nazwyczaj tajemnicze i niezwykłe. Wzrostem przypominały ludzi, co prawda, ale ich tajemnicze zdolności przerażały przejezdnych oraz przybyszów. Ponoć jednym machnięciem ręki potrafili wywołać potężny wiatr, a pstryknięciem palców – wykonał ów gest, by dodać ekspresji – umieli zapalić tysiące świec. Były też piękne i uwodziły swą urodą. Miały alabastrową skórę, niezwykle delikatną w dotyku, zielone bądź błękitne oczy, a ich włosy zazwyczaj miały barwę złota, czekolady i węgla. Zwykle nosiły przepiękne szaty z aksamitu, jedwabiu czy bawełny.
- Opowiedz nam o rodzinie królewskiej – wtrąciła się Maya, niecierpliwiąc się. – I o księciu elfów.
Milo odchrząknął i wyprostował się, wygładzając kamizelkę, po czym wznowił monolog:
- Wtedy, w czasach elfów, stolicą Pallasu było miasto zwane Ab Alesa. Tak piękne, że aż nie do opisania. Mówiono, że lśniło ono przepięknym blaskiem, a źródłem tego blasku miała być fontanna znajdująca się w jego centrum. Nazywano ją Fontanną Życia. Jej woda nieprzerwanie przepływała w obrębie stolicy, miała też niezwykłe właściwości, o których wiedziała tylko rodzina królewska.
- Opowiedz o Aryi i królu Fiorze – niecierpliwiła się dziewczynka.
- Jeszcze raz mi przerwiesz, a nie będzie historii o księciu – skarcił ją mulat.
- Przepraszam – skruszyła się. – Już nie będę, ale opowiadaj.
- A więc tak: kraj kwitnął, Elfy na początku niechętnie przyjmowały napływających ludzi, ale z czasem pozwoliły im się osiedlić na ziemiach Pallasu i stworzyć pierwsze miasta. Nadeszły czasy, gdy elfy i ludzie żyli razem w zgodzie obok siebie. Jedynym miastem, gdzie mieszkały same elfy, a ludzie nie mieli do niego wstępu było Ab Alesa. – Ezra spojrzał uważnie na małą Mayę, która przyłożyła sobie palec do ust, więc ciągnął dalej. – Były to czasy panowania królowej Aryi - niezwykle delikatnej i rozważnej oraz króla Fiora - porywczego, ale sprawiedliwego władcy. Długo starali się o potomka, który przedłużył by ród, ale nic się nie działo. Królowa nie umiała zajść w ciążę. Wtedy król polecił przynieść kielich wody z Fontanny Życia dla swej małżonki. Ta wypiła wodę i już wkrótce zaszła w ciążę.
- I urodził się mały książę – wtrąciła się w historię Myra. – O przenikliwych turkusowych oczach, które nadała mu woda z Fontanny oraz wiecznie rozwichrzonych włosach, gdyż królowa mimo zakazów w pierwszych miesiącach ciąży uwielbiała jeździć konno.
- Dokładnie, ale o ile się orientuję, to ja opowiadam, hym? – brunet spojrzał na nią znacząco, a ta ponownie przyłożyła sobie palec do ust. – Po dziewięciu miesiącach wyczekiwania na świat, przyszedł książę, następca tronu. Król pragnąc, by na młodego księcia spłynęło szczęście oraz zdrowie i moc, nadał mu imiona Aeonis Surion, czyli Wieczny Elf. Władca jednak nie wiedział jakie przekleństwo ściągnął tymi imionami na własnego syna – zrobił pauzę, by dodać dramaturgii scenie. – Książę rósł. Rozwijał się zdrowo i pielęgnował w sobie tajemnicze zdolności oraz niezwykłą mądrość, tak wyróżniającą te niezwykłe stworzenia, aż nadszedł ten dzień, gdy do Ab Alesa wpuszczono człowieka – ponownie zawiesił głos, a Maya złapała brata za rękaw. – Elfy nazwały go Magiem, gdyż posiadał tę samą tajemniczą zdolność, co one. Jednak był on człowiekiem śmiertelnym. Jak się okazało potem matką Maga była elfka, a ojcem zwykłym człowiekiem. Tak więc oto śmiertelnik posiadł tajemnicze moce elfów – Ezra przerwał, podszedł do Oliviera i staną za jego krzesłem. – Król chcąc poznać ów Maga, zaprosił go na dwór do Ab Alesa. Gdy tylko młody książę go zobaczył, wiedział, że ściągnie on kłopoty na miasto. Fior jednak nie chciał słuchać syna. Uważał, że jest za młody i nie zna świata. Jednak wkrótce racja stanęła po stronie Aeonisa i to on stanął oko w oko z Magiem.
- Walczyli długo w sali tronowe na Słowa – Tim poderwał się i zaczął wymachiwać rękoma. – Miotali w siebie barwnymi smugami, ale rozgoryczony śmiercią rodziców książę przegrał, ponieważ dał się ponieść emocjom.
- Dziękuję, mój drogi – zwrócił mu uwagę Ezra, na co chłopiec usiadł na podłodze, obok siostry i zaczął szarpać nogawkę swoich spodni.
- Po długiej walce na Słowa, wykończony książę opadł na tron i spojrzał na pełnego dumy Maga. Podszedł bliżej młodego elfa, zaśmiał mu się w twarz i powiedział – tutaj mulat spojrzał na Olivera. Ten chwilę przyglądał mu się, a gdy załapał o co chodzi, poprawił na krześle i odezwał się:
- Aeonis Surion – przemówił głębokim głosem Gilbert. – Twoje imię będzie przekleństwem. Zostaniesz Wiecznym Księciem Elfów na tym tronie, w tym mieście.
- I rzucił czar w stronę siedzącego na tronie księcia – szepnął Milo, wznawiając dalej historię. – Aeonis był tak wyczerpany, że nie zdołał odeprzeć Słów, które popłynęły w jego stronę, a Mag w pośpiechu opuścił miasto. Książę będąc tajemniczo przykutym do tronu, jeszcze przytomnym, rozkazał wszystkim elfom opuścić miasto. W pałacu została tylko wierna służba i garstka żołnierzy – wyprostował się i spojrzał na dzieci. – Oni pierwsi popadli w głęboki sen. Ponoć książę nim zasnął, zdążył wyszeptać Słowa, które miał odczytać tylko potomek Maga i zdjąć zły czar. Musiał on jednak mieć dobre serce, nie zatrute nienawiścią. Słowa ponoć osiadły na Fontannie Życia i zapieczętowały ją. Woda przestała płynąć, miasto zgasło i zasnęło na wieki wraz z Wiecznym Księciem Elfów na tronie.
- Myślisz, że obudzi się kiedyś? – zapytała dziewczynka.
- To tylko legenda – odpowiedział mulat.
- Ale w każdej legendzie tkwi ziarnko prawdy – usłyszał za sobą melodyjny, kobiecy głos. Odwrócił się i spostrzegł w progu matkę Olivera i jego młodszego rodzeństwa. Chwilę potem obok pojawił się ich ojciec.
- A teraz moje małe, idziecie wziąć przykład z Księcia – odezwała się.
- Ale nie zaśniemy na wieczność, prawda? – zapytała Maya, mijając Ezrę.
- Oczywiście, że nie. Zbudzę was z samego rana pocałunkiem – oznajmiła, idąc za dziećmi. Pan Gilbert oświadczył, że udaje się do gabinetu, dając chłopcom trochę prywatności, nim wróci jego małżonka. Brunet odwrócił się i spojrzał na przyjaciela, który podniósł się z krzesła.
- Więc co chciałeś, nim twoje rodzeństwo przyuważyło marnego barda? – Milo spytał, splatając ręce na piersiach.
- Ty znasz drogę do Milano, a ja wybieram się na roczny staż – wyjaśnił szatyn, przebiegając palcami po brązowych włosach. – Ojciec pociągnął za kilka sznurków i udało mu się wcisnąć mnie na staż w biurze starosty.
- Nie ma sprawy, poprowadzę cię – mulat wzruszył ramionami. – Ale będziemy musieli iść pieszo. Konie szybko by padły. To będzie z tydzień drogi, więc ubierz się ciepło. Kiedy chcesz ruszyć?
- Wiem, że wróciłeś cztery dni temu, ale muszę tam być z początkiem stycznia – odparł Oliver.
- Rozumiem. Czyli jutro – rzucił Ezra i wyszedł na korytarz. – Idę się w takim razie przespać. Widzimy się o brzasku przy moście.
Założył swoją pelerynę, pożegnał z przyjacielem i wyszedł w ciemną noc. Śnieg trzeszczał pod jego stopami, kiedy przemierzał puste uliczki, kierując się do domu. Gdy tylko znalazł się w ciepłej izbie, zrzucił z siebie ubrania. Wskoczył do ciepłego łóżka i nakrywając się kocem, powoli odpłyną w krainę snów.
4.
Delikatny podmuch zimowego wiatru wtargnął na dziedziniec pogrążonego we śnie pałacu. Przemknął schodami do wnętrza i szparą przecisnął się do sali tronowej. Przy jej drzwiach spali dwaj wartownicy, a w tyle, za tronem można było dostrzec dwóch młodzieńców, którzy również byli pogrążenie we śnie. Na honorowym miejscu spoczywał młody elf o rozwichrzonych, kasztanowych włosach. Srebrna obręcz, która zsunęła się z jego głowy, stoczyła się na podłogę.
Ten sam podmuch wiatru zawirował przy stopach szatyna i wzbił się do góry, po czym zniknął między wąskimi wargami. Przez chwilę w sali panowała niczym niezmącona cisza, którą moment potem przerwał głęboki wdech młodzieńca zajmującego tron. Zakaszlał kilka razy, a spomiędzy powiek wyłoniły się przenikliwe oczy.
- Wrócił. Był tu – szepnął do siebie, zdając sobie sprawę, że jego przebudzenie nie jest przypadkowe. Przodek Maga w końcu wrócił i odczytał zaklęcie, które stworzył, nim zasnął. Cieszyło go, że nie był taki jak tamten, ponieważ jedynym zastrzeżeniem do złamania złego uroku był fakt, iż jego serce było dobre. Bez nienawiści w nim zasianym wieki temu.
Wziął kolejny głęboki wdech, mocniej zacisnął palce na podłokietnikach i podniósł głowę do góry. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się po wnętrzu. Przez okna do środka wpadało poranne światło, przez co mógł dostrzec drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Zauważył strażników, służbę i przyjaciół wciąż pogrążonych we śnie.
Podniósł się z tronu i jęknął cicho, gdy poczuł przeszywający ból w plecach. Nogi miał jak z waty, gdy stanął na nich, ale zdołał otrzepać się z kurzu, który podrażnił jego gardło i wywołał atak kaszlu. Powłócząc nogami, podszedł do srebrnej obręczy, którą podniósł z ziemi i wsunął na głowę. Następnie ruszył w stronę wyjścia. W głowie miał tylko jedno: dotrzeć do Fontanny Życia. To było teraz najważniejsze.
{Aqua Vitae}
Pchnął drzwi sali tronowej i wyszedł do głównego hallu. Ciało szatyna przeszedł dreszcz, gdy zdał sobie sprawę, iż jest tylko w zwyklej, jedwabnej szacie. Jednak odsunął na bok przeszywające go dreszcze i wyszedł na schody przed pałacem.
Jasne słońce odbijające się od śniegu podrażniło jego tęczówki, które od lat nie widziały światła. Szybko jednak przyzwyczaił się do niego i zszedł po schodach na dziedziniec. Miękko stawiając kroki, przeszedł bramę i ruszył w dół ulicą, widząc jak wiele zniszczeń uczynił Mag. Był zszokowany tym, co widział. Nie rozumiał, dlaczego las zaatakował miasto. Miał jednak nadzieje, że da się to wszystko naprawić, nie naruszając drzew.
Stanął na rynku i spojrzał na Fontannę Życia. Śnieg z niej strącony utwierdził go tylko w fakcie, że przodek Maga niewątpliwie był tu i odczytał Słowa.
Jeszcze raz rozejrzał się dookoła, dokładnie przypatrując się cichemu i opustoszałemu miastu. Westchnął, czując ból, żal i rozgoryczenie. Znów zaczął się obwiniać. Gdyby bardziej naciskał na ojca i pokazał mu, jak złe i nieczyste było serce przybysza, nie doszłoby do tego wszystkiego. Ab Alesa nie upadłaby, a on nie straciłby rodziców.
Szybko jednak zebrał się w sobie. Chwycił w palce jedwabny materiał, by nie plątał mu się pod nogami i wspiął się na fontannę. Wyciągnął obie dłonie i dotknął nimi zimnego posągu. Przymknął powieki, skupiając energię i wypowiedział Słowa:
- Aqua vitae fluis et excitabas oppidum – jęknął przeciągle, gdy potężna energia wstrząsnęła jego drobnym ciałem. Odetchnął głęboko, otworzył oczy i wyprostował się. Spojrzał na żłobione otworki, z których powoli zaczęła sączyć się woda. Przyglądał się, jak skrzący pył napełnił fontannę, po czym zaczął umykać czterema innymi kanalikami. Woda rozpłynęła się na cztery strony świata, napełniając coraz to węższe żłobienia, docierając do wnęk w budynkach, i sprawiając, że wszystko lśniło, oczyściło się z kurzu, a popękane ściany czy uszkodzone dachy, zaczęły się samoistnie naprawiać.
Na twarz szatyna wkradł się uśmiech, gdy spostrzegł, jak całe miasto odzyskuje dawny blask, a pierwsze zimowe wróżki przeszywają miasto. Spostrzegł również, że las, w który wdarł się do miasta, nie wadził budynkom ani trochę.
- Wasza Książęca Mość – usłyszał za plecami znajomy, zachrypnięty głos. Odwrócił się na pięcie, a jego turkusowe, w tej chwili błyszczące oczy, spoczęły na dwójce jego najwierniejszych przyjaciół. Właścicielem głosu okazał się wysoki, szczupły brunet o malachitowym spojrzeniu, z burzą loków na głowie. Drugi nieco niższy, miał blond włosy i chabrowe spojrzenie. Jego jasne policzki zdobił rumieniec.
- Elerosse – zwrócił się o lokatego, po czym spojrzał na blondyna. – Findecano. Niezmiernie się cieszę, że was widzę.
- Aeonisie – odezwał się zielonooki, wyciągając rękę w jego stronę. – Jaśnie Pan pozwoli.
Szatyn posłał mu uśmiech i chwycił jego dłoń. Elerosse pomógł mu zejść z fontanny, Findecano natomiast rozłożył zimowy płaszcz. Książę wsunął w niego dłonie i pozwolił, by blondyn dopiął guziki. Następnie podał mu biały puchowy szal, który zawiązał pod szyją.
- Jesteś Panie pewnie zmęczony i skołowany – odezwał się lokaty. – Proponuję więc udać się do pałacu. Przypuszczam, że za niedługo zaczną zjeżdżać się elfy.
- Wszyscy powinniśmy odpocząć – odparł Aeonis. – To był długi sen, jak mniemam.
Zarówno blondyn, jak i brunet pokłonili mu się lekko, gdy ich mijał, po czym ruszyli za nim do bramy na dziedziniec. Książę obserwował każdą uliczkę, do której wdzierała się życiodajna woda, rozświetlając ulice i budynki. Zadowolony udał się do zamku, by mimo długiego snu, odpocząć.
5.
Dwóch młodzieńców szło leśną ścieżką, przedzierając się przez kolejne zaspy. Droga, którą wybrał Ezra, była bezpieczna, ale trudniejsza, głównie przez fakt, iż nie szli traktem. Podróż nim, zwłaszcza we dwóch, była niebezpieczna o tej porze roku. Mimo mrozów zbójnicy i rabusie czaili się na każdym kroku, gdyż wielu możnych panów wyjeżdżało na przyjęcia noworoczne.
- Przypomnij mi – odezwał się zdyszany Olivier, który szedł kilka kroków za brunetem. – Dlaczego nie idziemy traktem?
- Ponieważ zbliża się nowy rok i czyha tam wielu rabusiów – powtórzył Milo, który szedł lekkim krokiem. Zerknął przez ramię na przyjaciela i z głupawym uśmiechem dodał. – Nie trzeba było tyle brać.
- O, zejdź ze mnie – burknął w odpowiedzi tamten. – To nie ty wyjeżdżasz na cały rok do Milano.
- Już dobrze. Nie jęcz – rzucił w odpowiedzi. – Jeszcze kawałek i dojdziemy do tego domu, w którym skryłem się przed śnieżycą. Tam przenocujemy.
W odpowiedzi usłyszał pomruk aprobaty i znów zamilkli, wsłuchując się w odgłos własnych kroków. Śnieg skrzypiał pod ich stopami, odbijając się echem po okolicy. Nagle Oliver zatrzymał się, tak przynajmniej myślał Ezra, kiedy kroki przyjaciela ucichły.
- No dalej, przyjacielu – odezwał się. – Już niedaleko.
Przystanął i chciał się odwrócić, by spojrzeć na niego, posyłając pokrzepiający uśmiech. Nie zdążył jednak, gdyż poczuł przeszywający ból z tyłu głowy. Świat mu zawirował, zemdliło go, a potem zapadła ciemność. Ostatnie, co pamiętał, to jak jego policzek spotkał się z zimnym śniegiem.
6.
Aeonis wraz z baronami wyszedł z sali narad. Pożegnali się z księciem i udali na dziedziniec. On poprawił zimową szatę oraz diadem i ruszył w górę schodami. Szybkim krokiem przemierzał pałacowe korytarze. Przystanął tylko na moment, przy jednym z okien, by spojrzeć na miasto. Minął ponad tydzień od wybudzenia, a ono wciągu kilku dni na nowo zaludniło się elfami, co niezmiernie go ucieszyło. Podobnie, jak fakt, iż wciąż były one oddane rodzinie królewskiej.
- Jaśnie książę – usłyszał znajomy głos, gdy wchodził na jeden z korytarzy. Przystanął, odwrócił głowę i spostrzegł zmierzającego ku niemu blondyna. Poczekał, aż podejdzie.
- Czy coś się stało? – zapytał, gdy chłopak był już przy nim.
- Tamten drugi właśnie się obudzi – oznajmił Findecano. – Chce się z nim Jaśnie Pan zobaczyć?
- Nie teraz – zaprzeczył Aeonis. – Idę zajrzeć do bruneta, ty się nim zajmij. Powiedz mu, że znajdę dla niego chwilę później.
- Oczywiście – blondyn skłonił mu się lekko i zawrócił. On natomiast ruszył w swoją stronę. Cicho stawiając kroki, przemknął przez korytarz i stanął przed drzwiami do komnaty na końcu. Smukłe palce przebiegły po złotej klamce i dopiero po chwili ją nacisnął. Uchylił drzwi i wślizgnął się do środka, zamykając je za sobą cicho.
{When I First Met You}
Przeszedł przez komnatę, by delikatnie rozsunąć ciężkie kotary w jednym z okien, wpuszczając do środka światło i rozświetlić odrobinę ciemne do tej pory pomieszczenie. Przebiegł po granatowym materiale i odwrócił się na pięcie, spoglądając na wielkie łoże. Jego zasłony w bladoniebieskim odcieniu były zasłonięte. Mimo wszystko dostrzegł zarys sylwetki.
Delikatnie stawiając kroki, książę podszedł bliżej. Lekko rozsunął zasłony i przygryzając dolną wargę, spojrzał przez szparę, która się utworzyła. Nigdy nie widział ludzi, poza Magiem, który zniszczył mu życie. Ale ten, który leżał tutaj, był wyjątkowo piękny. Jego skóra była karmelowa, a kruczoczarne włosy rozsypywały się na poduszce. Samotne pasmo z grzywki zabłąkało się na jego twarz. Wyciągnął palce w jego stronę, ale chłopak poruszył się. Szybko więc cofnął się o kilka kroków.
Przysłuchiwał się odgłosom wydobywającym się zza zasłon łóżka. Usłyszał ciche pomruki i jęknięcia. Po chwili dotarł do niego szelest materiału i głos. Niski i niezwykle melodyjny - przyprawił go o przyjemne ciarki na plecach.
- Co jest grane? – usłyszał. – Gdzie ja…
Szatyn poczynił kilka kroków i stanął w nogach łóżka. Oparł dłonie na drewnianej ramie, chwilę milczał i dopiero po chwili się odezwał.
- Nie bój się. Nic ci nie grozi.
Ponownie chwycił w smukłe palce bladoniebieskie zasłony i delikatnie je rozsunął. Jego turkusowe, przenikliwe oczy, prześlizgnęły się po aksamitnej pościeli, sunąc w górę, aż napotkały ciemną skórę chłopaka na piersi. Poczuł, jak jego oddech przyśpiesza na widok idealnie wyrzeźbionego ciała. Podążył dalej w górę, poprzez pełne, teraz rozchylone usta, aż napotkał głębokie, czekoladowe tęczówki bruneta. Patrzył w nie przez dłuższą chwilę, by następnie całkowicie rozsunąć zasłonę.
- Kim jesteś? – zapytał chłopak, kiedy ruszył rozsunąć zasłony po swojej lewej stronie. Odpowiedział dopiero wtedy, kiedy materiał ułożył się przy kolumnach.
- Jestem Aeonis Surion. A jak ciebie zwą? – chwycił jeden ze złotych sznurów i związał dwie kotary przy kolumnie. Następnie wziął kolejny sznur i przeszedł na drugą stronę, by rozsunąć pozostał zasłony.
Brunet zaśmiał się, a on spojrzał na niego swoimi przenikliwymi oczyma. Od razu zmieszał się, spuścił wzrok i odchrząknął.
- Jestem Ezra Milo – odezwał się w końcu, gdy szatyn rozsunął ostatnią parę zasłon i zawiązał je przy kolumnie. – Powiesz mi, gdzie jestem?
- W Ab Alesi – odpowiedział książę, stając przy łóżku i spuszczając dłonie wzdłuż ciała. Przyjrzał się uważnie brunetowi, który najwyraźniej nie wierzył w jego odpowiedzi.
- Dobra. Świetny dowcip – odezwał się Ezra, pocierając skroń. Czuł tępy ból. – Aeonis Surion, Ab Alesa – spojrzał na szatyna. – Chyba jesteś zagorzałym fanem legend elfickich. Zwłaszcza tej o Uśpionym Księciu.
- Legend? – zdziwił się, na co brunet przytaknął. – Staliśmy się legendami? Opowiadacie sobie o nas na dobranoc?
- Ty uważasz, że jesteś… - Milo nie zdążył dokończyć swojej wypowiedzi, gdyż Aeonis zgarnął kasztanowe kosmyki, ukazując mu spiczaste ucho. Mulat wytrzeszczył oczy na ten widok, po czym przetarł je, zastanawiając się czy nie ma zwidów. Ale gdy ponownie spojrzał na chłopaka, jego uszy wciąż były spiczaste.
- Jesteś elfem – stwierdził, na co książę przytaknął. – Prawdziwym elfem. A to jest legendarne Ab Alesa.
- Na to wygląda – przyznał elf i wyprostował się. Zaczął czuć się niepewnie w jego towarzystwie. Opowiadał o rzeczach, które go zaskoczyły. Które musiał sprawdzić. Odchrząknął więc i dodał: - Ciebie i twojego przyjaciela zaatakowali rabusie. Nie martw się, nic mu nie jest. Chcieli was okraść, ale nasz patrol był w pobliżu. Byliście nieprzytomni kilka dni. A teraz wybacz, mam obowiązki. Medyk przyjdzie sprawdzić czy nie masz większych urazów.
- Rozumiem – mruknął w odpowiedzi brunet. Aeonis jeszcze chwilę na niego patrzył, po czym odwrócił się na pięcie. Skierował się o drzwi i wyszedł na korytarz, zmykając je za sobą. Posłał po medyka, jedną z pokojówek, a sam udał się do swoich obowiązków.
7.
Findecano po otrzymaniu rozkazu od księcia, powoli ruszył do komnaty, która została przydzielona towarzyszowi bruneta. Serce tłukło mu się w piersi, bowiem nie spodziewał się, iż przyjdzie patrzeć mu na najpiękniejszego człowieka na świecie. Gdy przywieziono ich na dwór, to jemu przypadło doglądanie brązowowłosego. Przychodził do jego komnaty dwa razy dziennie, skrzętnie wypełniając swoje obowiązki. A gdy przyszedł tam dziś rano i poprawiał narzutę, chłopak poruszył się. Od razu popędził do księcia.
Wziął wdech, wygładził jasną szatę, która podkreślała kolor jego oczu i nacisnął klamkę. Wsunął głowę przez szparę, a jego jasne tęczówki od razu spoczęły na łóżku, gdzie siedział ów nieznajomy. Jago oczy uważnie lustrowały wnętrze, aż w końcu zatrzymały się na drzwiach. Findecano oblał się rumieńcem, po czym wślizgnął do środka. Stanął przy drzwiach, splatając ręce za plecami.
- Jestem Findecano Telemnar, Panie – przedstawił się, lekko skłaniając. – Wyznaczono mnie, bym nad tobą sprawował pieczę.
- Tak, miło, – odezwał się lekko zakłopotany – ale żaden ze mnie Pan. Jestem Oliver Gilbert. Wystarczy Oliver.
- Jak sobie życzysz – odparł blondyn, podchodząc do łóżka i sięgnął po poduszki, chcąc je poprawić. – Jaśnie książę kazał przekazać, iż zajrzy do ciebie później. W tej chwili poszedł sprawdzić stan twojego przyjaciela.
- To Ezra też tu jest? – spytał szatyn, rozbudzając się. – Nic mu nie jest? Co się właściwie stało?
- Niedaleko stąd napadli was rabusie – wyjaśnił Findecano. – Nasz patrol był w okolicy, więc przegonił ich, a was odesłano tutaj. Jaśnie książę kazał przydzielić wam najlepsze komnaty. Mnie wyznaczył do opieki nad tobą, a sam osobiście dogląda twego towarzysza. To niezwykle intrygujące.
Wyprostował i zmarszczył brwi. Usta wydął w dziubek i cmoknął. Chwilę potem usłyszał chichot. Speszony odchrząknął i znów wygładził swoją szatę.
- Hej, nie denerwuj się tak, Fin – odezwał się Oliver. – Mogę cię tak nazywać? Fin. Taki skrót od Findecano.
Niespodziewanie drzwi komnaty otworzyły się, a do środka wszedł szatyn z diademem na głowie, o przenikliwych, turkusowych oczach. Spojrzał na Olivera, a blondyn skłonił się nisko.
- Wasza Książęca Mość – odezwał się.
- Tak, tak – rzucił elf, podchodząc do łóżka. Nachylił się do chłopaka i zajrzał w jego sarnie oczy. – Wyglądasz na bystrego i rozważnego. Tak więc, zanim ci się przedstawię, powiedz mi, tak szczerze, który mamy rok.
Oliver już otwierał usta, jednak po chwili zamknął je i zmarszczył brwi.
- To zależy, jak długo byłem nieprzytomny – odezwał się w końcu.
- Trzy dni – wtrącił Fin.
- W takim razie mamy pierwszy stycznia roku 1269 – odpowiedział po chwili. Blondyn szeroko otworzył oczy, a książę wyprostował się i spojrzał na niego. Oliver spoglądał to na jednego, to na drugiego, po czym pozwolił wtrącić: - Czy powiedziałem coś nie tak?
Szatyn spojrzał na niego i posłał mu smutny uśmiech. Następnie odwrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia z komnaty.
- Panie? – zawołał niepewnie za nim niebieskooki.
- Jesteśmy legendą – odezwał się królewicz, niespodziewanie odwracając się na pięcie w jego stronę. – Nie istniejemy w tym świecie poza legendami. Baśniami na dobranoc.
- Ale… - mruknął cicho blondyn, patrząc za odchodzącym szatynem. Drzwi do komnaty zamknęły się za nim cicho, a on opadł na łóżko. Nie rozumiał swojego władcy. Nie wiedział, co miał na myśli, mówiąc, że nie istnieją. Przecież jest tu. Zarówno duchem jak i ciałem.
- Co twój królewicz miał na myśli, mówiąc, że jesteście legendą? – spytał szatyn, na co on wzruszy tylko ramionami. Spojrzał w jego oczy, zaczynając coś rozważać i szukać tam odpowiedzi.
- Czy coś, co wydarzyło się prawie sześć wieków temu może być dziś legendą? – spytał Findecano.
- Jeśli nie jest to poparte faktami historycznymi, to tak. Dajmy na to legendy elfickie – odparł Oliver, a blondyn spojrzał na niego. – Wszyscy je znają, przekazują z pokolenia na pokolenie, ale to tylko baśnie, gdyż nikt nigdy nie znalazł dowodu na istnienie Ab Alesi i Uśpionego Księcia Elfów. Swoją drogą, to ulubiona baśń mojego młodszego rodzeństwa.
W niebieskookim zawrzała krew i gwałtownie podniósł się z łóżka. Postąpił kilka kroków na przód, po czym ponownie spojrzał na chłopaka siedzącego na materacu. Ten uniósł wysoko brwi wyraźnie zaskoczony.
- Ja, Elerosse, książę Aeonis i inni, spaliśmy przez pięćset siedemdziesiąt trzy lata – odezwał się, zaciskając ręce w pięści. – A wy, ludzie, obróciliście nasze istnienie w bajki, a Ab Alesię w ruinę. Gdyby nie Aqua vitae … Zresztą nie zrozumiesz.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł z komnaty, trzaskając wręcz drzwiami. Zaskoczony Oliver jeszcze długo wpatrywał się w drewno, zastanawiając się, co powiedział nie tak. Potem opadł na poduszki i westchnął ciężko.
8.
Ezra wygładził materiał ubrania, które zostało mu przyniesione. Nigdy nie chodził w takich tunikach, ale musiał przyznać, że te elfickie buty były niesamowicie wygodne i ciepłe. Zarzucił na ramiona ciemnofioletową szatę, którą również mu pozostawiono i podszedł do drzwi. Mimo późnej godziny oraz osłabionego organizmu musiał coś sprawdzić, a to była najlepsza pora.
{World of Dreams}
Wyjrzał na korytarz, a gdy okazał się pusty, przemknął przez szparę między drzwiami a futryną i cicho stawiając kroki, przemknął przez korytarz. Wbiegł w kolejny po swojej lewej i zbiegł schodami w dół, na następny korytarz. Westchnął ciężko i ruszył nim. Przy jego rozwidleniu wpadł na kogoś. Gdy spostrzegł na kogo - ulżyło mu.
- Oliver – szepnął, ściskając ręce na jego ramionach. – Żyjesz.
- Powiedz mi, gdzie my jesteśmy i co to za ludzie? – odszepnął wzburzony szatyn.
- Nie uwierzysz, jak ci powiem – odparł. – Zresztą ja sam właśnie idę się przekonać czy ten cały książę mówił prawdę.
- U mnie też był i bredził coś o legendach – wyjaśnił Gilbert półszeptem. – A ten blondyn mówił coś o sześciusetletnim śnie. To jakieś chore miejsce.
Ezra spojrzał na niego i przygryzł dolną wargę. Gdy dostrzegł natarczywe spojrzenie przyjaciela, pociągnął go tylko w stronę schodów.
- A widziałeś uszy tego blondyna lub księcia? – spytał, gdy schodzili nimi w dół.
- Nie, ale co to ma do rzeczy – żachnął się Oliver. – Uszy jak uszy. Każdy człowiek ma takie same.
- Właśnie. Człowiek – odparł, gdy stanęli w głównym hallu. Spostrzegł wrota prowadzące na główny dziedziniec. Serce zabiło mu szybciej, gdy jego przyjaciel stanął u jego boku. Z jednej strony bardzo mocno chciał wierzyć w to, że legenda okazała się prawdą, a drugiej obawiał się zawodu, gdy zobaczy zwykłe miasto, ze zwykłymi ludźmi.
Wziął głęboki wdech i ruszył w stronę głównego wejścia do pałacu. Zerknął przez ramię na Olivera, który stąpał tuż za nim. Stanął przed masywnymi, ciężkimi wrotami, które pchnął mocno i wyszedł na schody.
Zaparło mu dech w piersi, gdy spojrzał na migoczące delikatnym blaskiem mury wokół pałacu. Delikatna poświata wznosiła się nawet ponad nimi, co świadczyło, że zjawisko ma miejsce w całym mieście. Mieszała się z miękkim, żółtym światłem lampionów ustawionych wokół okrągłego dziedzińca, przez co misterne wzory roślinne wokół kolumn i między kanalikami były wyostrzone oraz uwydatnione. Na niebie, niczym ogon spadającej gwiazdy, smugi pyłu pozostawiały małe, świetliste wróżki.
- Czy ja dobrze widzę czy może jednak umarłem? – odezwał się Oliver, wyraźnie zachwycony tym, co widział, a jego oddech zamienił się w obłoczek na mroźnym powietrzu.
- Dobrze widzisz – odparł Ezra równie zachwycony widokiem, który miał przed sobą. – Jesteśmy w Ab Alesa.
Zeszli po schodach na dziedziniec, szczelniej otulając się szatami. Ciemne oczy bruneta chłonęły każdy najdrobniejszy szczegół. Chwilę potem spojrzał pod stopy i odgarnął stopą śnieg. Dostrzegł te same kanaliki, którymi płynęła woda.
- Aqua vitae – szepnął do siebie. – Woda Życia.
- Fidis mihi nunc? – usłyszeli za sobą delikatny głos. Obaj odwrócili się, a ich oczy spoczęły na szatynie. Miał ciemnozieloną szatę, a pod szyją zawiązany biały szal. Jego policzki ozdobiły rumieńce. Głowę zdobił srebrny diadem. Przenikliwe oczy przeszyły go, gdy stanął na placu i ruszył ku nim.
Podszedł do nich i z uwagą zajrzał w ciemne oczy. Na jego wąskie usta wtargnął delikatny uśmiech i znów do niego przemówił.
- Ergo. Fidis mihi nunc? – to było dziwne dla Ezry, gdyż doskonale rozumiał o co pyta go książę. Mianowicie o to czy teraz mu wierzy. Wziął wdech i spojrzał w te przenikliwe oczy. Nagle w jego głowie zakłębiło się tysiące pytań. Jak to możliwe, że legendy są prawdziwe? Skąd zna ten język? I co to za język?
- Respondis – poprosił Aeonis. – Opowiedz.
- Sic – odparł w końcu, ponownie zadziwiając samego siebie znajomością słowa. Pojawiło się w jego myślach jako odpowiedź. Było to potwierdzenie wszystkiego: że wierzy, rozumie, co mówi, ale nie wie skąd to jest.
- Cieszę się niezmiernie – szatyn posłał mu ciepły uśmiech i spojrzał na przyjaciela bruneta. – A ciebie przepraszam. Nie przedstawiłem się, gdy dziś u ciebie byłem. Aeonis Surion. Tak, ten książę z legend, które sobie opowiadacie. A teraz panowie, wracajmy. Jest zimno, późno. Czas odpocząć.
Odwrócił się i ruszył przez dziedziniec do pałacu. Ezra wymienił spojrzenia z Oliverem. Od razu rozpoznał to spojrzenie przyjaciela.
- O nie. Wiem, co powiesz – zagroził mu palcem. – Zostajemy.
- Ale to chore – odparł. – Świecące miasto. Książę z legend.
- Odpowiedzi na to, co się ze mną dzieje – wtrącił się mulat, zaplatając ręce na piersiach i posyłając przyjacielowi stanowcze spojrzenie. Nie ulegał mu na początku, jednak nie trwało to długo.
- Dobra – westchnął, na co Milo wyszczerzył zęby. – Dostaniesz te swoje cholerne odpowiedzi, a później zwijamy się stąd. Rzekomo żaden człowiek nie miał tu wstępu.
- Zamknij się – skwitował całość i ruszył w stronę wrót do zamku. Gdy podniósł wzrok, napotkał stojącego w nich Aeonisa, który przyglądał mu się uważne. Następnie odwrócił się i zniknął we wnętrzu. Ezra wspiął się po schodach i wszedł do głównego hallu, ale księcia już tam nie zastał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz