czwartek, 16 stycznia 2014

744

Zayn leżał na pryczy, od czasu do czasu kręcąc się na materacu. Jego małe, pulchne palce szarpały za krawędź poduszki, która koniec końców spadła na ziemię. Podniósł się i podkulił nogi. To nie było fair. Miał tylko 8 lat, a ojciec w ogóle nie zwracał na niego uwagi. To nie była Zayna wina, że matka zmarła przy porodzie. Zbyt bardzo go kochała. Jednak ojciec wychowywał go surowo, tak też Malik nie miał ani krzty dobroci w swoim małym sercu. Nie kochał nikogo, bo po co mu to było? Miłość była do niczego, była dla niego jak papierek który można zgnieść i wyrzucić. Czemu miał takie podejście? Nikt nie powiedział mu że matka z miłości do niego zmarła. Nic nie wiedział.


~


Blade promyki słońca oświetliły nagle jego twarz. Warknął i odrzucił kołdrę na bok. Giovanna podeszła do niego z uśmiechem.


- Coś sobie Pan życzy? – spytała, miejąc w szafirowych oczach iskierki.


- Nie. – syknął młody Malik i popchnął ją, idąc do łazienki.


Nie traktował służby jako równych sobie. To byli służący którzy mieli mu usługiwać, a nie uśmiechać się. Po porannej toalecie zszedł na dół, gdyż usłyszał głos ojca. Z zaciekawieniem przypatrywał się sytuacji wydarzającej się przed schodami w salonie. Ojciec rozmawiał z jakimś mężczyzną i wskazywał na chłopca, który brudny i skulony stał wpatrując się pusto w podłogę. Zayn uśmiechnął się.


- Zaynie, jak miło ciebie widzieć! – zawołał starszy Malik. – To prezent na twoje urodziny. Wiem że spóźniony, ale jest.


- Kto to? – zapytał ciemnowłosy i podszedł do drugiego chłopczyka. Był szatynem, jego włosy były rozwiane jakby muśnięto je lekką wichurą. Niebieskie oczy przesłonięte były zasłoną łez. Policzki zdobiły lekkie rany. Zayn poczuł dziwne ukłucie w sercu. Nie współczuł mu.


- Znalazłem go w dolinie rzeki, w Afryce. Nie wiem co tam robił, nie jest czarnoskórym. Nie mówił nic. Rób z nim co chcesz, jest twój. – odrzekł ojciec i poszedł załatwiać swoje sprawy.


Zayn ucieszył się w głębi duszy, że ma towarzysza. Może nie do końca w tego słowa znaczeniu, ale jednak był obok niego ktoś, kto był w jego wieku.


Zaprowadził chłopca do swojego pokoju, i nakazał tonem nie znoszącego sprzeciwu mu usiąść. Szatyn usiadł i skulił się ponownie. Ciężko i szybko oddychał, co było niezrozumiałe dla Zayna. Pomyślał iż nieznajomy powinien się cieszyć z takiego obrotu spraw. Nie cieszył się.


- Jak masz na imię? – spytał cicho Zayn. Po chwili ciszy uznał, iż chłopak nie mówi po angielsku. Kiedy chciał wstać, usłyszał szept ledwo słyszalny.


- Louis…


- Miło mi… Jestem Zayn. – uśmiechnął się ciemnowłosy. – Będziesz moim towarzyszem. Znaczy się niewolnikiem.


Louis po tych słowach do końca dnia się nie odezwał. Zasnął na podłodze obok łóżka swojego nowego Pana.


~


Louisa męczyły koszmarne sny. Zlany potem obudził się gwałtownie. Rany na plecach niemiłosiernie piekły, ale i tak jak na 9 lat dużo wytrzymywał. Przysunął się do ściany i obserwował śpiącego Zayna. Przez głowę przemknęła mu myśl, że mógłby zaatakować go w śnie, jednak widząc jak łza spływa po policzku mulata, porzucił tę myśl. Przysunął się do ramy dębowego łoża i opierając głowę na jasnej pościeli Zayna, zasnął.


~ 10 lat później ~


- Louis! Do mnie! – usłyszał szatyn, który cały spocony poszedł do swojego ‘pana’. Przez te lata, Tomlinson miał cichą nadzieję na to, że będzie żył w spokoju, nie będzie niewolnikiem. A tu bum! Zayn każdą błahostkę rozkazywał Louisowi, mimo iż miał służby na pęczki. Za źle wykonane zadanie szatyn obrywał biczem. Tak też i teraz było. Louis miał w głowie wiele wizji tego co się zaraz wydarzy. Przygryzł wargę, jak miał w zwyczaju i wszedł do pokoju Malika. Pomieszczenie oblewało złote światło zachodzącego słońca. Liście mieniły się w blasku ostatnich, letnich promieni słonecznych.


Louis to lubił.


Lubił liście. I słońce. I lato. I błękitne niebo. I toń ciemnych oczy Zayna.


Spuścił wzrok na czyste kafelki i oczekiwał na wyrok. Brunet krzątał się w te i z powrotem.


- Louis, powinienem ciebie ukarać. – jęknął Zayn, co zdziwiło Louisa.


- Niech Pan to zrobi. – powiedział cicho w odpowiedzi, na co mulat gwałtownie spojrzał na szatyna. Wpatrywał się w jego sylwetkę, jak w posąg „Dyskobola”. Według Zayna, Louis był piękny i tajemniczy. Nigdy nie poznał jego przeszłości. Nigdy.


- Daruję ci baty w zamian za kawałek twej historii. – powiedział Zayn, a jego twarz nie zdradzała emocji. Usiedli, Tomlinson oczywiście na podłodze.


- Co tu dużo mówić? Mój ojciec… wziął mnie na wycieczkę do Afryki. Zaatakowano nasz konwój i… pobity, ledwo żywy trafiłem tutaj.


- Kto zaatakował? – mulat przeszywającym wzrokiem wpatrywał się w szatyna.


- N-nie mogę… Nie mogę powiedzieć…


- Masz mówić! – głos ciemnowłosego echem odbił się od wysokiego na kilka metrów sufitu. Louis się wzdrygnął.


- Twój, znaczy się pański ojciec. – wyszeptał, jednak po sekundzie zrozumiał że był to błąd.


Oberwał.


32 baty, przepełnione krwią, bólem i łzami. Nie tylko łzami Louisa.


~


Zayn przewracał się z boku na bok, powodując nieznośne skrzypienie łóżka. Słowa Louisa krążyły mu po głowie.


Czy to możliwe że jego ojciec zrobił to specjalnie?


Specjalnie porwał niewinną istotę, tylko po to by zadowoliła syna?


Zayn nie wiedział. Być może nie chciał wiedzieć. Faktem było to, iż poczuł się zdruzgotany. Jakby odebrano mu podłą nadzieję na to, że jego ojciec nie był potworem. A jednak był. Zayn podniósł się z łóżka. Nie zmył krwi Lou ze swoich rąk. Przeraźliwie brudziły palce, przypominając o bestialstwie jakie popełnił kilka godzin wcześniej.


Wstał i na swoje chude nogi założył spodnie. Po cichu, jakby się skradał, wyszedł z pokoju i przemknął obok gabinetu ojca.


- Louis nie jest już potrzebny mojemu synowi. Ma w końcu 18 lat! – zawołał starszy Malik, po czym podrapał się po brodzie. – Zabiję go, jeszcze jutro.


Słowa ojca zakuły w serce Zayna. Wypuścił powietrze, które nieświadomie przytrzymywał w płucach i ile sił w nogach pobiegł do ciasnego pomieszczenia Lou.


Louis nie spał. Pił wodę, kiedy jego Pan wbiegł do zadymionego, dusznego, ciasnego pokoju. Szatyn lekko zmieszany od razu wstał i skulił się, obawiając się iż dostanie kolejne baty. Zayn odetchnął głęboko, widząc że Lou jeszcze żyje. Położył rękę na jego ramieniu i głęboko wpatrując się w jego oczy.


- Weź najpotrzebniejsze rzeczy. Uciekamy zaraz. – wyszeptał i pobiegł do siebie. Wziął mały, podróżny plecak. Gotowy po 5 minutach zbiegł do ogrodu, gdzie stał ze swoim plecakiem Louis, zdziwiony jeszcze bardziej całą sytuacją. Malik wepchnął chłopaka do samochodu, po czym przekręcił kluczyk w stacyjce i odjechali.


Godzinę później zatrzymali się w hotelu. Oczywiście Louis nadal był niewolnikiem, służącym, nie było co do tego wątpliwości. Powędrowali do pokoju 342. Zayn rzucił plecak w kąt i położył się na łóżku, głośno oddychając.


- Czemu uciekliśmy? – spytał Tomlinson.


- Mój ojciec chciał ciebie zabić. – wychrypiał brunet i poszedł wziąć prysznic. Wróciwszy, zastał Louisa w samych bokserkach, szykującego się do spania. I wtedy coś w nim pękło. On kochał Louisa od dzieciństwa, po prostu ukrywał to głęboko w sobie. Bał się tego ciepłego, pięknego uczucia. Podszedł do szatyna i lekko musnął wargami jego usta, na co drugi chłopak drgnął. Niepewnie ujął wargi mulata, a ten ochoczo całował go.


Całowali się namiętnie i rozpaczliwie.


Brunet popchnął szatyna na łóżko, ściagając przy tym ich ubrania. Tomlinson nie był pewien co robić, nie uprawiał z nikim seksu i to pociągało Zayna. Ponad to był przecież niewolnikiem a takie rzeczy się nie zdarzają.


Malik delikatnie i spokojnie wszedł w Lou, który zacisnął pięści na prześcieradle. Jego knykcie pobielały, ale rozkosz i ekstaza którą dawał mu Zayn były najważniejsze.


Doszli w tym samym czasie, spoceni położyli się obok siebie.


Zayn jeździł kciukiem po policzku Louisa.


- Mój ukochany niewolniku, jesteś wolny. Wolny jak motyl. – wyszeptał.


- Nie do końca. Jestem twój, w twoim sercu. – mruknął Louis, składając mokry pocałunek na policzku mulata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz