Rozdział dziesiąty:
Louis ponuro spojrzał na swoje biurko i zauważył, że przez ostatnie dziesięć minut starannie rył w nim "Nudno mi!" za pomocą swojego długopisu. W zamyśleniu potarł zniszczone drewno, a następnie sięgnął do szafy na dokumenty. Otwierając dolną szufladę, dotarł do czekoladowego Hob Nob’a i wsunął go do swoich ust bez entuzjazmu. Utrzymywał tą szufladę dobrze zaopatrzoną; jego ciastka ciągle znikały - możliwe, że była to sprawka Nialla, ale bardziej prawdopodobne było to, że po prostu zjadał je sam, nie zauważając tego - był bardzo zdeterminowany, aby posiadać ilość ciastek, którą obiecał…
- Harry!
Powitalny okrzyk Nialla w korytarzu był wystarczająco głośny, by Louis go usłyszał aż w swoim biurze. Podskakując tak nagle, że jego kawa zaczęła latać i rozrzucił papiery po całym pomieszczeniu, wyrzucając je w powietrze jak setki olbrzymich, jednakowych ptaków. Odsunął swoje krzesło, wydostał się z nowego bałaganu na podłodze i wywalczył swoją drogę przed pomieszczenie do drzwi. Szarpiąc drzwi, aby się otworzyły, tak mocno, że nie byłby zaskoczony, gdyby spadły z zawiasów, wystawił swoją głowę zza drzwi. W korytarzu stał Liam, zerkając z nadzieją w kierunku krzyku Irlandczyka.
Louis spojrzał na niego. - Czy to to?
- Mam nadzieję!
Razem pobiegli w dół korytarza, co było prawdopodobnie nieodpowiednie w obu ich przypadkach; Liam jako strażnik i Louis jako psycholog nie powinni biec, by przytulić wracającego więźnia, który dopiero co wyszedł ze szpitala - ale prawdą było, że obaj lubili Harry’ego i za nim tęsknili. Nie chcieli ominąć szansy na przywitanie go z powrotem tylko dlatego, że w opisie ich prac nie było wzmianki o przyjaźnieniu się z nim.
Wpadli do głównego holu, zastając Harry’ego radośnie wylegującego się na jego zwyczajnej kanapie, uśmiechając się od ucha do ucha do wszystkich ze swoimi ramionami zabandażowanymi zwisającymi luźno po jego bokach. Wyglądał na o wiele bardziej szczęśliwego, niż przez ostatnie dni; powróciła ta iskierka w jego oczach, a jego zuchwały uśmiech nie pokazywał ani grama niepewności. Jego loki były gładkie i naturalne, i świeżo umyte, nie tak jak wtedy, gdy Louis odwiedził go ostatnim razem; pamiętał, jak Harry jęczał jak obrzydliwe były jego włosy i jak dużo czasu minęło od kiedy je mył ostatnio. Jego policzki miały dobry kolor; brzoskwiniowy z odrobiną koloru, a jego dołeczki ukazywały się, gdy się uśmiechał. Obok niego był Niall i przeprowadzali stosowną rozmowę, co Louisowi wydawało się trochę dziwne; nie wiedział, że Harry i Niall się kolegowali. Ale przecież nie widział, żeby Harry w ogóle miał jakichś przyjaciół; był wiecznym samotnikiem i to nie dlatego, że ludzie go unikali, ale dlatego, że nigdy nie wyglądał na zainteresowanego w rozmawianiu z nikim.
- Hej, Harry! - przywitał Liam, - wyglądasz o wiele lepiej.
- Czuję się lepiej. Jak tam mój ulubiony psychiatra? - Harry podniósł wzrok na Louisa i uśmiechnął się ciepło.
- Zakopany w górze pracy papierkowej, której właśnie mi dodasz. Masz zaległą sesję.
Harry cmoknął. - Zdezorganizowany.
- Mówimy o mnie. Ruchy, odciągnij się od swoich wielbicieli, mamy rzeczy do przedyskutowania.
Przewracając oczami, Harry wstał z kanapy i lekko uderzył Nialla w ramię. - Do później, tak, Nialler?
- Jasne, stary. Do zobaczenia.
Harry uśmiechnął się w stronę blondyna i poklepał go w kolano, a następnie podążył za Louisem przez pomieszczenie i ruszyli w kierunku biura.
- Nialler, co? - wymruczał Louis, gdy szli.
Harry nieśmiało wzruszył ramionami. - Ta. Wydaje mi się, że nie jest złym dzieciakiem. Myślę, że to już pora, aby zaczął się tu z kimś zaprzyjaźniać.
Louis ucichł. Aua.
Podnosząc wzrok, Harry powiedział szybko: - Oprócz ciebie, oczywiście.
Uśmiech Louisa w odpowiedzi był trochę za radosny, ale nic go to nie obchodziło.
- Och, łał, - powiedział Harry, gdy otworzyli drzwi do biura Louisa - nie żartowałeś. Te miejsce to bałagan.
- Upuściłem parę rzeczy, gdy usłyszałem krzyk Nialla - powiedział od niechcenia Louis, udając, że nie był bliski zejścia na zawał i nie wystrzelił ze swojego biura, jakby miało zaraz wybuchnąć, tylko dlatego, że Harry mógł wrócić.
Małe kaszlnięcie Harry’ego i uśmiech, który ukrywał za swoją dłonią, pokazały Louisowi, nie był zbyt przekonujący. Zastanawiał się, czy Harry wiedział, że Louis go adorował - i jak się z tym czuł. Jego policzki stały się gorące.
Wślizgując się na krzesło, Harry obejrzał się dookoła pomieszczenia. - No cóż, to chyba czas, żebyśmy nadrobili stratę.
Ich “nadrobienie straty” zajęło mi dłużej niż wyznaczone dwadzieścia minut - prawdę mówiąc, było to bliższe godzinie. Albo możliwie dwóm. Patrzenie na zegar było ostatnią rzeczą, o której myślał Louis. Był zafascynowany Harry’m; rozmowa, którą prowadzili ujęła go jak nic innego. W końcu, Harry zrelaksował się wystarczająco, by zacząć głośno narzekać, a jego stan psychiczny sprawił, że Louis siedział z rozdziawioną buzią, zdumiony myślami przechodzącymi przez mózg Harry’ego. Więc nadrobieniem zaległości był chłopak ze swoimi rewelacjami, które już nie wymagały odpowiedzi i w końcu Louis zapomniał, że powinien słuchać, komentować i analizować. Jego długopis spadł na podłogę i po prostu siedział i gapił się. Gdy pozwolił swoim myślom odpłynąć na parę minut i pozwolił Harry’emu mówił, czuł się, jakby mógł tak patrzeć cały czas, jak usta Harry’ego poruszały się, kształtując słowa. Każde nikłe drgnięcie twarzy Harry’ego sprawiało, że nieruchomiał z zainteresowaniem, zastanawiając się co mogłoby to znaczyć, lekko unosząc swoje brwi. Jego wzrok spoczywał na lokach Harry’ego przez dłuższy czas. Z ciekawością zastanawiał się, jakby się czuły gdyby, dotknął ich i poczuł gładkie włosy prześlizgując się pomiędzy jego palcami. Następnie zauważył, że patrzył we wspaniałe oczy Harry’ego i obserwował każde uczucie, które się przewinęło przez delikatne zielone głębie, kompletnie zafascynowany.
Był tak pochłonięty, że zajęło mu dobre pięć minut, żeby zdać sobie sprawę z tego, że Harry przestał mówić i po prostu na niego patrzył, tym razem był cicho, a jego mina była nieczytelna. Rumieniąc się, Louis odwrócił wzrok i spojrzał na swoje papiery, zażenowany.
- Jest późno. Chyba powinieneś już iść.
- Tak, - zgodził się Harry. - Chyba powinienem już iść.
Nie poruszył się nawet o cal na swoim krześle.
Przez chwilę dokładnie studiowali swoje twarze.
- Jesteś winien mi ciastka, Tomlinson.
- Cholera. Muszę je zdobyć.
Louis nie był pewien, dlaczego nadal rozmawiali. Ze względu na tęskne spojrzenia, które rzucali sobie, prawdopodobnie powinni do tego czasu już się całować.
- Lepiej, żebyś tak zrobił - albo będziesz musiał być… ukarany. - Głos Harry’ego był tak delikatny, że dziwnie przypomniał Louisowi pieszczotę. Lekko zadrżał, przezwyciężając dziwne uczucie, że Harry go dotknął, nawet jeśli była pomiędzy nimi nadzwyczaj oficjalna odległość.
Okej, zdecydowanie powinni się całować.
Biorąc głęboki oddech, Louis przybliżył się do niego lekko. Spojrzał Harry’emu prosto w oczy, a potem na jego usta, następnie jego wzrok powędrował z powrotem do oczu Harry’ego. Powtórzył to parę razy, oczekując odpowiedzi - była to dosyć subtelna technika flirtu, ale bardzo przekonywująca, i była tą, którą zawdzięczał swojemu podręcznikowi od psychologii.
Harry otworzył swoje usta, jakby miał coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Przełykając ślinę, spojrzał na Louisa i przygryzł z niepokojem swoją dolną wargę.
Louis słabo powiedział: - Ha…
- Louis, zdajesz sobie sprawę z tego, że miałeś wyjść pół godziny temu?
Wzdrygnęli się obaj i odwrócili się, aby zobaczyć Nialla stojącego w progu, patrząc na Louisa w sposób zdradzający zdziwienie. Żaden z nich nie słyszał, jak drzwi się otwierały, więc patrzyli na niego w szoku.
- Racja! - wypalił Louis. Jego dłoń podskoczyła do jego włosów, co działo się tylko, gdy był zdenerwowany - zdarzało mu się to rzadko. - Jasne! Oczywiście. Em… ja, ech… znaczy… lepiej już, uch, pójdę. Do zobaczenia jutro!
Chwytając jedną ze swoich teczek, był prawie za drzwiami, zanim Niall klepnął go w ramię.
- Louis? Jutro jest sobota. Nie pracujesz w soboty.
- Och. Cóż. Ja, em… no to do zobaczenia w poniedziałek. Pa! - jego słowa zatarły się razem, a on szybko wycofywał się jeszcze zanim skończył zdanie.
Niall i Harry patrzyli za nim. Zerkając na Harry’ego, Niall uniósł pytająco brew, jakby chciał powiedzieć "co w niego wstąpiło?".Harry w odpowiedzi wzruszył ramionami i na tym skończyli.
* * * * * *
Minęło za dużo czasu, odkąd Louis ostatnio spędził wieczór ze swoimi przyjaciółmi - a oni chyba podzielali tę opinię. Gdy dotarł do domu i puścił się do swojego ciemnego, cichego mieszkania, omal nie przewrócił się z szoku - ponieważ Stan, Hannah i około sześciu innych osób radośnie siedziała na jego podłodze w kuchni, popijając alkohol i kradnąc z jego lodówki, jakby to było ich miejsce. Zamiast wkurzenia się i wyrzucenia ich, jak pewnie powinien zrobić, Louis wykrzyczał w ich kierunku szczęśliwe wyzwiska i zaczął udawany mecz zapasów, cała ich dziewiątka turlała się dookoła piszcząc na podłodze jak dzieci. Jednak nawet Louis mógł zauważyć, że przebywanie ośmiu hiperaktywnych pijanych osób w jego raczej małym mieszkaniu nie było najbardziej rozsądnym pomysłem - więc dlatego wylądowali w lokalnym parku. Louis i Stan siedzieli na huśtawkach, podczas gdy wszyscy inni wylegiwali się leniwie na ziemi, a zwykła rozmowa pojawiła się znikąd.
- Jak tam twoja praca? - zapytał zadowolony z siebie Stan. - Założę się, że świrujesz.
- Nie, - uspokoił go Louis - jest całkiem dobrze, na serio. Poznałem paru kolegów.
Z wielkimi oczami, Hannah zażądała: - Co, jak… więźniów?
Uśmiech pojawił się na twarzy Louisa i walczył z nim. Gdy jego twarz była odpowiednio bez wyrazu, wzruszył nonszalancko jednym ramieniem. - Tak.
- Oooooooooch! - wydobyły się wysokie głosy.
- Ooch, jestem Louis i myślę, że jestem taki twardy z moimi kumplami z więzienia! - droczył się Ben.
- Zobacz gangstera Louisa z jego łamiącą prawo załogą!
- Tak, kolego! Jestem twardy, ja, luzując na chacie kryminalistów.
Cała paczka zaczęła się śmiać, Louis też. Potrząsnął głową, uśmiechając się, słysząc dokuczających mu przyjaciół, a następnie pochylił się do tyłu i zaczął lekko kołysać się w przód i w tył, a łańcuchy od jego huśtawki skrzypiały.
- Nie sądzę, że kiedykolwiek pójdę do pracy - powiedział marzycielko Stan. - Będę po prostu żył z zasiłku dla bezrobotnych, dopóki będę zbyt wiekowy i stary, by pracować.
- Wtedy będziesz miał do dupy emeryturę.
- Kogo to obchodzi? Żyj chwilą! To twoje motto, Boo; spróbuj nim żyć. - Stan szturchnął go żartobliwie.
-Żyję chwilą. Lubię moją pracę.
- Założę się, że nie.
- Lubię ją!
- Założę się, że jej nienawidzisz, serio. Boisz się wstać rano i musisz się tam przywlec, a potem spędzasz cały dzień słuchając przestępców jęczących na temat swoich problemów i niesprawiedliwości brytyjskiego prawa. - Stan potrząsnął swoją głową z rozbawieniem. - Brzmi okropnie.
- Pokazuje, jak wiele wiesz, - powiedział wyzywająco Louis - to jest świetne.
- No dalej, więc co sprawia, że jest to takie wspaniałe?
- Mam moje własne biuro, - zaczął Louis - i szafkę na dokumenty; i ksero, i biurko, i dwa krzesła. I roślinę!
- Twardziel - droczyła się Hannah.
- Mój kolega Liam jest tam jednym z najważniejszych strażników! - przechwalał się Louis.
To było lekkie naciąganie prawdy; Liam nie był autorytetem, gdy rozpatrywane były główne problemy, ale był przyjacielem prawie wszystkich i dlatego jego opinie liczyły się przy niemal każdej błahej sprzeczce pośród więźniów, a wiele ludzi uznawało go za pewnego rodzaju lidera, gościa, do którego mógłbyś pójść ze wszystkim. To było zasadniczo zdecydowane kłamstwo i Louis modlił się o to, żeby nie rozpoznał jego blefu i nie złapał go.
- Dostaję darmowe ciastka, - kontynuował Louis, udając prawdomównego.
To było całkowitą prawdą - dopóki sam je sobie najpierw dostarczał.
- Dobry Boże, darmowe ciastka! - powiedziała sarkastycznie Hannah. - Ktoś wzrósł na świecie.
Stan wyglądał na ekstremalnie nieporuszonego. Wszyscy inni byli po prostu znudzeni.
- To brzmi…. - zaczął Jamie.
- Fajnie - powiedziała taktownie Hannah.
- Nudno! - poprawił ją Stan, unosząc brwi.
- Cóż, tak czy siak, - przerwał im Louis - to nie była najlepsza część, zdecydowanie nie.
- O, Boże, nie sądzę, że mogę znieść jeszcze więcej! Co jest kolejne, kawa parzona przez filtr?
- Nie. - Louis ucichł dramatycznie dla efektu. - Wiecie, jest taki jeden koleś?
Nagle, wszyscy ożywili się z zainteresowaniem. Hannah uniosła się na łokciu, a Stan przechylił głowę w lewo. Wszyscy inni wyprostowali się, siedząc i przyglądali się Louisowi wyczuwając plotkę.
- Mów - zażądał Stan.
- Cóż? - Louis zawahał się, niepewny od czego zacząć. - On jest…
- Wysoki, tajemniczy i przystojny! - zachichotała Hannah.
Zarumienił się. - Tak mi się wydaje. Tak, jest taki.
- Mów dalej! - polecił Stan. Uśmiechnął się, podskoczył, a następnie zaczął śpiewać: - Mów dalej, mów dalej?
Louis położył dłoń na jego ustach. - Starczy melodii! Chcecie dowiedzieć się o Harry’m czy nie?
- Ooch, Harry, hę? - powiedział Stan, siadając.
- Tak. - Louis uśmiechnął się lekko.
- Chcęszczegółów, - zasugerowała Hannah. - Jakiego koloru są jego oczy? Jakie są jego włosy? Jak wysoki jest?
- Jego oczy są wspaniałe, są pewnego rodzaju zielone, i naprawdę, jak… intensywnie, wiecie, o co mi chodzi? Jakby zaglądał mi do duszy, ma piękne oczy. Jego włosy są brązowe; ciemniejsze niż moje, pewnego rodzaju czekoladowe, i są kręcone; wiecie, ten rodzaj bardzo fajnych gładkich loków, nie jak trwała starszej pani. - Uśmiechnął się od ucha do ucha. - A co do wzrostu: jest wyższy ode mnie, tylko odrobinę; jest jakośtak wysoki. - Uniósł rękę, na oko na poziomie wzrostu Harry’ego, chcąc zademonstrować.
- Jest jedna rzecz, o której zapomniałeś wspomnieć, - powiedział Stan.
- Och? Więc co to jest?
- Oczywiście to, że całkowicie za nim szalejesz!
Louis zarumienił się. - Wcale, że nie, - wymamrotał.
Hannah rozdziawiła usta. - O mój Boże, właśnie, że tak! - pisnęła, a jej dłonie powędrowały do jej ust.
Zmartwiony, Louis patrzył na nią spod byka. - Wcale, że nie!
- O mój Boże, i to jak bardzo, - zgodził się Stan.
- Louis się zakochał! - wykrzyknęła Hannah.
- Nie zakochałem się!
Oczywiście, im bardziej się starał temu zaprzeczyć, tym bardziej uparci się stawali.
- Louis się zakochał, Louis się zakochał!
- Zamknijcie się!
- Nie, dopóki nie przyznasz, że się zakochałeś!
Nienawidził tego głupiego słowa; zawsze go nienawidził. Brzmiało śmiesznie, i było śmieszne. - Kurwa, Hannah, nie zakochałem się!
Chór zaczepnych gwizdów sprawił, że jego policzki stały się soczysto czerwone z zażenowania.
- Nawet nie próbuj zaprzeczać, - powiedział Stan, - to jest wypisane na twojej twarzy.
- To nie jest zakochanie się, - warknął Louis. - Lubię go - i co z tego?
- Jak bardzo go lubisz?
- Bardzo, - przyznał niechętnie Louis.
- Oooo! To takie słodkie!
- Zamknij się!
- Ale tak jest!
- Obojętnie, - powiedział krótko Louis, - to i tak nic nie znaczy. Jest więźniem, a ja jego psychiatrą. To jest tan sam rodzaj, co związki uczeń-nauczyciel. Nigdy się nie uda.
- Masz na myśli jakRomeo i Julia? - zapytała szczęśliwie Hannah.
- Co? Nie!
- Para nieszczęśliwych kochanków, - powiedziała marzycielsko, zakładając swoją ręce na piersi i pochylając się do tyłu, do czasu, gdy leżała na swoich plecach na trawie, a nasiona dmuchawca wtykały się w jej włosy i trawa pocierała o jej białą koszulkę. - To urocze!
- Nie bądź głupia, - powiedział jej surowo Louis. - Nie jestem Romeo.
- Och, to wiem. - Hannah podniosła się, chichocząc, i strząsnęła parę kępek trawy ze swojej koszulki. Spojrzała na niego figlarnie i oznajmiła: - Ty byłbyś Julią.
Louis sięgnął w jej stronę - nie obchodziło go to, że była dziewczyną; on był gejem i byłoby to społecznie możliwe do przyjęcia, gdyby ją uderzył.
Śmiejąc się, Hannah wstała i zaczęła tańcząc oddalać się od niego, i po paru kolejnych sekundach irytacji, usiadł z powrotem z westchnieniem, znowu wprawiając huśtawkę w ruch. Przez około minutę, Louis huśtał się na twardym czarnym siedzeniu w ciszy, patrząc ponuro w ziemię.
- Zapomnijcie o tym - powiedział, próbując nie brzmieć smutno. - Nic z tego nie będzie.
Stan poklepał go po ramieniu. - Nie poddawaj się, stary.
- Tak - zgodziła się Hannah. - Tak czy siak? - przechyliła się do tyłu dramatycznie - miłość zawsze znajdzie sposób.
Louis prychnął w niewierze i przybliżył do siebie butelkę tequili. Jeśli miłość znajdzie sposób na wyciągnięcie Harry’ego z więzienia i wsadzenie go do jego łóżka, oficjalnie porzuci psychologię i zostanie świadkiem Jehowy.
Louis ponuro spojrzał na swoje biurko i zauważył, że przez ostatnie dziesięć minut starannie rył w nim "Nudno mi!" za pomocą swojego długopisu. W zamyśleniu potarł zniszczone drewno, a następnie sięgnął do szafy na dokumenty. Otwierając dolną szufladę, dotarł do czekoladowego Hob Nob’a i wsunął go do swoich ust bez entuzjazmu. Utrzymywał tą szufladę dobrze zaopatrzoną; jego ciastka ciągle znikały - możliwe, że była to sprawka Nialla, ale bardziej prawdopodobne było to, że po prostu zjadał je sam, nie zauważając tego - był bardzo zdeterminowany, aby posiadać ilość ciastek, którą obiecał…
- Harry!
Powitalny okrzyk Nialla w korytarzu był wystarczająco głośny, by Louis go usłyszał aż w swoim biurze. Podskakując tak nagle, że jego kawa zaczęła latać i rozrzucił papiery po całym pomieszczeniu, wyrzucając je w powietrze jak setki olbrzymich, jednakowych ptaków. Odsunął swoje krzesło, wydostał się z nowego bałaganu na podłodze i wywalczył swoją drogę przed pomieszczenie do drzwi. Szarpiąc drzwi, aby się otworzyły, tak mocno, że nie byłby zaskoczony, gdyby spadły z zawiasów, wystawił swoją głowę zza drzwi. W korytarzu stał Liam, zerkając z nadzieją w kierunku krzyku Irlandczyka.
Louis spojrzał na niego. - Czy to to?
- Mam nadzieję!
Razem pobiegli w dół korytarza, co było prawdopodobnie nieodpowiednie w obu ich przypadkach; Liam jako strażnik i Louis jako psycholog nie powinni biec, by przytulić wracającego więźnia, który dopiero co wyszedł ze szpitala - ale prawdą było, że obaj lubili Harry’ego i za nim tęsknili. Nie chcieli ominąć szansy na przywitanie go z powrotem tylko dlatego, że w opisie ich prac nie było wzmianki o przyjaźnieniu się z nim.
Wpadli do głównego holu, zastając Harry’ego radośnie wylegującego się na jego zwyczajnej kanapie, uśmiechając się od ucha do ucha do wszystkich ze swoimi ramionami zabandażowanymi zwisającymi luźno po jego bokach. Wyglądał na o wiele bardziej szczęśliwego, niż przez ostatnie dni; powróciła ta iskierka w jego oczach, a jego zuchwały uśmiech nie pokazywał ani grama niepewności. Jego loki były gładkie i naturalne, i świeżo umyte, nie tak jak wtedy, gdy Louis odwiedził go ostatnim razem; pamiętał, jak Harry jęczał jak obrzydliwe były jego włosy i jak dużo czasu minęło od kiedy je mył ostatnio. Jego policzki miały dobry kolor; brzoskwiniowy z odrobiną koloru, a jego dołeczki ukazywały się, gdy się uśmiechał. Obok niego był Niall i przeprowadzali stosowną rozmowę, co Louisowi wydawało się trochę dziwne; nie wiedział, że Harry i Niall się kolegowali. Ale przecież nie widział, żeby Harry w ogóle miał jakichś przyjaciół; był wiecznym samotnikiem i to nie dlatego, że ludzie go unikali, ale dlatego, że nigdy nie wyglądał na zainteresowanego w rozmawianiu z nikim.
- Hej, Harry! - przywitał Liam, - wyglądasz o wiele lepiej.
- Czuję się lepiej. Jak tam mój ulubiony psychiatra? - Harry podniósł wzrok na Louisa i uśmiechnął się ciepło.
- Zakopany w górze pracy papierkowej, której właśnie mi dodasz. Masz zaległą sesję.
Harry cmoknął. - Zdezorganizowany.
- Mówimy o mnie. Ruchy, odciągnij się od swoich wielbicieli, mamy rzeczy do przedyskutowania.
Przewracając oczami, Harry wstał z kanapy i lekko uderzył Nialla w ramię. - Do później, tak, Nialler?
- Jasne, stary. Do zobaczenia.
Harry uśmiechnął się w stronę blondyna i poklepał go w kolano, a następnie podążył za Louisem przez pomieszczenie i ruszyli w kierunku biura.
- Nialler, co? - wymruczał Louis, gdy szli.
Harry nieśmiało wzruszył ramionami. - Ta. Wydaje mi się, że nie jest złym dzieciakiem. Myślę, że to już pora, aby zaczął się tu z kimś zaprzyjaźniać.
Louis ucichł. Aua.
Podnosząc wzrok, Harry powiedział szybko: - Oprócz ciebie, oczywiście.
Uśmiech Louisa w odpowiedzi był trochę za radosny, ale nic go to nie obchodziło.
- Och, łał, - powiedział Harry, gdy otworzyli drzwi do biura Louisa - nie żartowałeś. Te miejsce to bałagan.
- Upuściłem parę rzeczy, gdy usłyszałem krzyk Nialla - powiedział od niechcenia Louis, udając, że nie był bliski zejścia na zawał i nie wystrzelił ze swojego biura, jakby miało zaraz wybuchnąć, tylko dlatego, że Harry mógł wrócić.
Małe kaszlnięcie Harry’ego i uśmiech, który ukrywał za swoją dłonią, pokazały Louisowi, nie był zbyt przekonujący. Zastanawiał się, czy Harry wiedział, że Louis go adorował - i jak się z tym czuł. Jego policzki stały się gorące.
Wślizgując się na krzesło, Harry obejrzał się dookoła pomieszczenia. - No cóż, to chyba czas, żebyśmy nadrobili stratę.
Ich “nadrobienie straty” zajęło mi dłużej niż wyznaczone dwadzieścia minut - prawdę mówiąc, było to bliższe godzinie. Albo możliwie dwóm. Patrzenie na zegar było ostatnią rzeczą, o której myślał Louis. Był zafascynowany Harry’m; rozmowa, którą prowadzili ujęła go jak nic innego. W końcu, Harry zrelaksował się wystarczająco, by zacząć głośno narzekać, a jego stan psychiczny sprawił, że Louis siedział z rozdziawioną buzią, zdumiony myślami przechodzącymi przez mózg Harry’ego. Więc nadrobieniem zaległości był chłopak ze swoimi rewelacjami, które już nie wymagały odpowiedzi i w końcu Louis zapomniał, że powinien słuchać, komentować i analizować. Jego długopis spadł na podłogę i po prostu siedział i gapił się. Gdy pozwolił swoim myślom odpłynąć na parę minut i pozwolił Harry’emu mówił, czuł się, jakby mógł tak patrzeć cały czas, jak usta Harry’ego poruszały się, kształtując słowa. Każde nikłe drgnięcie twarzy Harry’ego sprawiało, że nieruchomiał z zainteresowaniem, zastanawiając się co mogłoby to znaczyć, lekko unosząc swoje brwi. Jego wzrok spoczywał na lokach Harry’ego przez dłuższy czas. Z ciekawością zastanawiał się, jakby się czuły gdyby, dotknął ich i poczuł gładkie włosy prześlizgując się pomiędzy jego palcami. Następnie zauważył, że patrzył we wspaniałe oczy Harry’ego i obserwował każde uczucie, które się przewinęło przez delikatne zielone głębie, kompletnie zafascynowany.
Był tak pochłonięty, że zajęło mu dobre pięć minut, żeby zdać sobie sprawę z tego, że Harry przestał mówić i po prostu na niego patrzył, tym razem był cicho, a jego mina była nieczytelna. Rumieniąc się, Louis odwrócił wzrok i spojrzał na swoje papiery, zażenowany.
- Jest późno. Chyba powinieneś już iść.
- Tak, - zgodził się Harry. - Chyba powinienem już iść.
Nie poruszył się nawet o cal na swoim krześle.
Przez chwilę dokładnie studiowali swoje twarze.
- Jesteś winien mi ciastka, Tomlinson.
- Cholera. Muszę je zdobyć.
Louis nie był pewien, dlaczego nadal rozmawiali. Ze względu na tęskne spojrzenia, które rzucali sobie, prawdopodobnie powinni do tego czasu już się całować.
- Lepiej, żebyś tak zrobił - albo będziesz musiał być… ukarany. - Głos Harry’ego był tak delikatny, że dziwnie przypomniał Louisowi pieszczotę. Lekko zadrżał, przezwyciężając dziwne uczucie, że Harry go dotknął, nawet jeśli była pomiędzy nimi nadzwyczaj oficjalna odległość.
Okej, zdecydowanie powinni się całować.
Biorąc głęboki oddech, Louis przybliżył się do niego lekko. Spojrzał Harry’emu prosto w oczy, a potem na jego usta, następnie jego wzrok powędrował z powrotem do oczu Harry’ego. Powtórzył to parę razy, oczekując odpowiedzi - była to dosyć subtelna technika flirtu, ale bardzo przekonywująca, i była tą, którą zawdzięczał swojemu podręcznikowi od psychologii.
Harry otworzył swoje usta, jakby miał coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Przełykając ślinę, spojrzał na Louisa i przygryzł z niepokojem swoją dolną wargę.
Louis słabo powiedział: - Ha…
- Louis, zdajesz sobie sprawę z tego, że miałeś wyjść pół godziny temu?
Wzdrygnęli się obaj i odwrócili się, aby zobaczyć Nialla stojącego w progu, patrząc na Louisa w sposób zdradzający zdziwienie. Żaden z nich nie słyszał, jak drzwi się otwierały, więc patrzyli na niego w szoku.
- Racja! - wypalił Louis. Jego dłoń podskoczyła do jego włosów, co działo się tylko, gdy był zdenerwowany - zdarzało mu się to rzadko. - Jasne! Oczywiście. Em… ja, ech… znaczy… lepiej już, uch, pójdę. Do zobaczenia jutro!
Chwytając jedną ze swoich teczek, był prawie za drzwiami, zanim Niall klepnął go w ramię.
- Louis? Jutro jest sobota. Nie pracujesz w soboty.
- Och. Cóż. Ja, em… no to do zobaczenia w poniedziałek. Pa! - jego słowa zatarły się razem, a on szybko wycofywał się jeszcze zanim skończył zdanie.
Niall i Harry patrzyli za nim. Zerkając na Harry’ego, Niall uniósł pytająco brew, jakby chciał powiedzieć "co w niego wstąpiło?".Harry w odpowiedzi wzruszył ramionami i na tym skończyli.
* * * * * *
Minęło za dużo czasu, odkąd Louis ostatnio spędził wieczór ze swoimi przyjaciółmi - a oni chyba podzielali tę opinię. Gdy dotarł do domu i puścił się do swojego ciemnego, cichego mieszkania, omal nie przewrócił się z szoku - ponieważ Stan, Hannah i około sześciu innych osób radośnie siedziała na jego podłodze w kuchni, popijając alkohol i kradnąc z jego lodówki, jakby to było ich miejsce. Zamiast wkurzenia się i wyrzucenia ich, jak pewnie powinien zrobić, Louis wykrzyczał w ich kierunku szczęśliwe wyzwiska i zaczął udawany mecz zapasów, cała ich dziewiątka turlała się dookoła piszcząc na podłodze jak dzieci. Jednak nawet Louis mógł zauważyć, że przebywanie ośmiu hiperaktywnych pijanych osób w jego raczej małym mieszkaniu nie było najbardziej rozsądnym pomysłem - więc dlatego wylądowali w lokalnym parku. Louis i Stan siedzieli na huśtawkach, podczas gdy wszyscy inni wylegiwali się leniwie na ziemi, a zwykła rozmowa pojawiła się znikąd.
- Jak tam twoja praca? - zapytał zadowolony z siebie Stan. - Założę się, że świrujesz.
- Nie, - uspokoił go Louis - jest całkiem dobrze, na serio. Poznałem paru kolegów.
Z wielkimi oczami, Hannah zażądała: - Co, jak… więźniów?
Uśmiech pojawił się na twarzy Louisa i walczył z nim. Gdy jego twarz była odpowiednio bez wyrazu, wzruszył nonszalancko jednym ramieniem. - Tak.
- Oooooooooch! - wydobyły się wysokie głosy.
- Ooch, jestem Louis i myślę, że jestem taki twardy z moimi kumplami z więzienia! - droczył się Ben.
- Zobacz gangstera Louisa z jego łamiącą prawo załogą!
- Tak, kolego! Jestem twardy, ja, luzując na chacie kryminalistów.
Cała paczka zaczęła się śmiać, Louis też. Potrząsnął głową, uśmiechając się, słysząc dokuczających mu przyjaciół, a następnie pochylił się do tyłu i zaczął lekko kołysać się w przód i w tył, a łańcuchy od jego huśtawki skrzypiały.
- Nie sądzę, że kiedykolwiek pójdę do pracy - powiedział marzycielko Stan. - Będę po prostu żył z zasiłku dla bezrobotnych, dopóki będę zbyt wiekowy i stary, by pracować.
- Wtedy będziesz miał do dupy emeryturę.
- Kogo to obchodzi? Żyj chwilą! To twoje motto, Boo; spróbuj nim żyć. - Stan szturchnął go żartobliwie.
-Żyję chwilą. Lubię moją pracę.
- Założę się, że nie.
- Lubię ją!
- Założę się, że jej nienawidzisz, serio. Boisz się wstać rano i musisz się tam przywlec, a potem spędzasz cały dzień słuchając przestępców jęczących na temat swoich problemów i niesprawiedliwości brytyjskiego prawa. - Stan potrząsnął swoją głową z rozbawieniem. - Brzmi okropnie.
- Pokazuje, jak wiele wiesz, - powiedział wyzywająco Louis - to jest świetne.
- No dalej, więc co sprawia, że jest to takie wspaniałe?
- Mam moje własne biuro, - zaczął Louis - i szafkę na dokumenty; i ksero, i biurko, i dwa krzesła. I roślinę!
- Twardziel - droczyła się Hannah.
- Mój kolega Liam jest tam jednym z najważniejszych strażników! - przechwalał się Louis.
To było lekkie naciąganie prawdy; Liam nie był autorytetem, gdy rozpatrywane były główne problemy, ale był przyjacielem prawie wszystkich i dlatego jego opinie liczyły się przy niemal każdej błahej sprzeczce pośród więźniów, a wiele ludzi uznawało go za pewnego rodzaju lidera, gościa, do którego mógłbyś pójść ze wszystkim. To było zasadniczo zdecydowane kłamstwo i Louis modlił się o to, żeby nie rozpoznał jego blefu i nie złapał go.
- Dostaję darmowe ciastka, - kontynuował Louis, udając prawdomównego.
To było całkowitą prawdą - dopóki sam je sobie najpierw dostarczał.
- Dobry Boże, darmowe ciastka! - powiedziała sarkastycznie Hannah. - Ktoś wzrósł na świecie.
Stan wyglądał na ekstremalnie nieporuszonego. Wszyscy inni byli po prostu znudzeni.
- To brzmi…. - zaczął Jamie.
- Fajnie - powiedziała taktownie Hannah.
- Nudno! - poprawił ją Stan, unosząc brwi.
- Cóż, tak czy siak, - przerwał im Louis - to nie była najlepsza część, zdecydowanie nie.
- O, Boże, nie sądzę, że mogę znieść jeszcze więcej! Co jest kolejne, kawa parzona przez filtr?
- Nie. - Louis ucichł dramatycznie dla efektu. - Wiecie, jest taki jeden koleś?
Nagle, wszyscy ożywili się z zainteresowaniem. Hannah uniosła się na łokciu, a Stan przechylił głowę w lewo. Wszyscy inni wyprostowali się, siedząc i przyglądali się Louisowi wyczuwając plotkę.
- Mów - zażądał Stan.
- Cóż? - Louis zawahał się, niepewny od czego zacząć. - On jest…
- Wysoki, tajemniczy i przystojny! - zachichotała Hannah.
Zarumienił się. - Tak mi się wydaje. Tak, jest taki.
- Mów dalej! - polecił Stan. Uśmiechnął się, podskoczył, a następnie zaczął śpiewać: - Mów dalej, mów dalej?
Louis położył dłoń na jego ustach. - Starczy melodii! Chcecie dowiedzieć się o Harry’m czy nie?
- Ooch, Harry, hę? - powiedział Stan, siadając.
- Tak. - Louis uśmiechnął się lekko.
- Chcęszczegółów, - zasugerowała Hannah. - Jakiego koloru są jego oczy? Jakie są jego włosy? Jak wysoki jest?
- Jego oczy są wspaniałe, są pewnego rodzaju zielone, i naprawdę, jak… intensywnie, wiecie, o co mi chodzi? Jakby zaglądał mi do duszy, ma piękne oczy. Jego włosy są brązowe; ciemniejsze niż moje, pewnego rodzaju czekoladowe, i są kręcone; wiecie, ten rodzaj bardzo fajnych gładkich loków, nie jak trwała starszej pani. - Uśmiechnął się od ucha do ucha. - A co do wzrostu: jest wyższy ode mnie, tylko odrobinę; jest jakośtak wysoki. - Uniósł rękę, na oko na poziomie wzrostu Harry’ego, chcąc zademonstrować.
- Jest jedna rzecz, o której zapomniałeś wspomnieć, - powiedział Stan.
- Och? Więc co to jest?
- Oczywiście to, że całkowicie za nim szalejesz!
Louis zarumienił się. - Wcale, że nie, - wymamrotał.
Hannah rozdziawiła usta. - O mój Boże, właśnie, że tak! - pisnęła, a jej dłonie powędrowały do jej ust.
Zmartwiony, Louis patrzył na nią spod byka. - Wcale, że nie!
- O mój Boże, i to jak bardzo, - zgodził się Stan.
- Louis się zakochał! - wykrzyknęła Hannah.
- Nie zakochałem się!
Oczywiście, im bardziej się starał temu zaprzeczyć, tym bardziej uparci się stawali.
- Louis się zakochał, Louis się zakochał!
- Zamknijcie się!
- Nie, dopóki nie przyznasz, że się zakochałeś!
Nienawidził tego głupiego słowa; zawsze go nienawidził. Brzmiało śmiesznie, i było śmieszne. - Kurwa, Hannah, nie zakochałem się!
Chór zaczepnych gwizdów sprawił, że jego policzki stały się soczysto czerwone z zażenowania.
- Nawet nie próbuj zaprzeczać, - powiedział Stan, - to jest wypisane na twojej twarzy.
- To nie jest zakochanie się, - warknął Louis. - Lubię go - i co z tego?
- Jak bardzo go lubisz?
- Bardzo, - przyznał niechętnie Louis.
- Oooo! To takie słodkie!
- Zamknij się!
- Ale tak jest!
- Obojętnie, - powiedział krótko Louis, - to i tak nic nie znaczy. Jest więźniem, a ja jego psychiatrą. To jest tan sam rodzaj, co związki uczeń-nauczyciel. Nigdy się nie uda.
- Masz na myśli jakRomeo i Julia? - zapytała szczęśliwie Hannah.
- Co? Nie!
- Para nieszczęśliwych kochanków, - powiedziała marzycielsko, zakładając swoją ręce na piersi i pochylając się do tyłu, do czasu, gdy leżała na swoich plecach na trawie, a nasiona dmuchawca wtykały się w jej włosy i trawa pocierała o jej białą koszulkę. - To urocze!
- Nie bądź głupia, - powiedział jej surowo Louis. - Nie jestem Romeo.
- Och, to wiem. - Hannah podniosła się, chichocząc, i strząsnęła parę kępek trawy ze swojej koszulki. Spojrzała na niego figlarnie i oznajmiła: - Ty byłbyś Julią.
Louis sięgnął w jej stronę - nie obchodziło go to, że była dziewczyną; on był gejem i byłoby to społecznie możliwe do przyjęcia, gdyby ją uderzył.
Śmiejąc się, Hannah wstała i zaczęła tańcząc oddalać się od niego, i po paru kolejnych sekundach irytacji, usiadł z powrotem z westchnieniem, znowu wprawiając huśtawkę w ruch. Przez około minutę, Louis huśtał się na twardym czarnym siedzeniu w ciszy, patrząc ponuro w ziemię.
- Zapomnijcie o tym - powiedział, próbując nie brzmieć smutno. - Nic z tego nie będzie.
Stan poklepał go po ramieniu. - Nie poddawaj się, stary.
- Tak - zgodziła się Hannah. - Tak czy siak? - przechyliła się do tyłu dramatycznie - miłość zawsze znajdzie sposób.
Louis prychnął w niewierze i przybliżył do siebie butelkę tequili. Jeśli miłość znajdzie sposób na wyciągnięcie Harry’ego z więzienia i wsadzenie go do jego łóżka, oficjalnie porzuci psychologię i zostanie świadkiem Jehowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz