Miał dziwne wrażenie, że mimo starań, chłopak mu nie uwierzy. Przynajmniej nie od razu. Tak więc przyglądał mu się uważnie, rozważając jak właściwie zacząć tę rozmowę. Ból pleców, jednak dawał mu się we znaki. Zwłaszcza, że przysnęło mu się na tym fotelu, który - bądź co bądź - był wygodny. On jednak potrzebował teraz wygodnego materaca. I spotkania z medykiem, który zerknie na fioletowe siniaki, zapewne pojawiające się na plecach.
Westchnął ciężko i pozwolił zmęczeniu wkraść się na twarz. Od tygodnia nie spał w łóżku. W ogóle mało spał wciągu ostatniego tygodnia. Ale mimo wszystko lubił tą robotę. Bo po pierwsze, była dobrze płatna. A po drugie, lubił ryzyko i adrenalinę krążącą po jego krwi.
- Jestem Liam Payne i należę do ISMIO, czyli Międzynarodowej Tajnej Magicznej Jednostki Operacyjnej. Oddział w Wielkiej Brytanii – sięgnął do tylnej kieszeni spodni i z portfela wyciągnął swoją legitymację, którą podsuną blondynowi. – Jestem jednym z wielu szpiegów, których zadaniem jest obserwacja takich jak ty i w odpowiednim czasie przewiezienia do głównej siedziby w Kornwalii.
- Takich jak ja? – zapytał Niall, spoglądając na niego, po czym oddał mu legitymację. – To znaczy jakich? Zwykłych śmiertelników?
- Sęk w tym, że ty nie jesteś zwykłym śmiertelnikiem – odparł, odbierając plakietkę i chowając z powrotem do portfela. – Jesteś jednym z Pure-Blood. Czysta Krew.
- Nigdy no czymś takim nie słyszałem – odparł Irlandczyk, uważnie mu się przyglądając.
- I nie miałeś. Dlatego w nazwie organizacji jest tajne, a ja jestem szpiegiem – odparł z przekąsem, po czym odchrząknął, poprawiając koszulkę. – W każdym bądź razie. Pure-Blood to potomkowie pierwszych magów tej ziemi - Druidów. Każdy z was posiada umiejętność panowania nad jednym z pierwotnych żywiołów. W twoim przypadku jest to ziemia. Stąd te kwiaty.
- Nie! – zaprzeczył gwałtownie Horan, podnosząc się na równe nogi. – Ja… Ja po prostu mam rękę do roślin. Wszyscy ci to powiedzą.
- Oh, naprawdę – odparł z ironią w głosie Liam, również się podnosząc. – To ta twoja ręka trochę się rozrosła.
Machną dłonią i sam rozejrzał się po pomieszczeniu, patrząc jak kolejne kwiaty otwierają się, otulając ich przyjemnymi zapachami. Doszedł do wniosku, że jak następnym razem będzie miał ratować jakiegoś kolesia od kwiatków, to odda tę robotę Zaynowi. Ten zapach przyprawiał go o mdłości.
- Wasze zdolności magiczne są inne i nie ujawniają się od razu, w kilka miesięcy po narodzinach tak jak nasze – odparł i pstryknął palcami, a brązowe oczy pojaśniały. Powoli zaczął unosić dłonie, a meble w pomieszczeniu oderwały się od podłogi i uniosły w górę na kilkanaście centymetrów. Widział jak chłopak przygląda się temu, po czym opuścił meble z powrotem na ziemię.
- Wasza magia ujawnia się po osiemnastych urodzinach i przejawia najczęściej w okresach związanych z daną magią. Spójrz na siebie – odparł i podszedł do niego, po czym przejechał palcem po smukłym nosie. – Twój katar zniknął. A męczył cię przez całą zimę. Ciekawe, dlaczego akurat dzisiaj ustąpił. Ah, no tak. Zaczęła nam się wiosna. Czy to nie podczas niej czujesz się najlepiej? Podobne latem? Jesienią robisz się osowiały, a zimą ciągle smarkasz i chodzisz ze stanem podgorączkowym.
- Skąd ty… – blondyn sapnął, zdając sobie sprawę, że każde słowo jest prawdą. Dokładnie tak właśnie było w ciągu roku.
- Te wszystkie rośliny – Liam znów wskazał na pomieszczenie – pojawiły się, bo dziś twoja moc na dobre się rozbudziła. Możesz ją teraz kontrolować. A ja chcę zabrać cię do miejsca, gdzie tego się nauczysz. I poznasz takich jak ty. Poznasz innych potomków Druidów.
Blondyn rozejrzał się dookoła, a on dokładnie przyglądał się jego ruchom. Niall prześledził pomieszczenie, odgarniając jasną grzywkę z czoła, by błękitne tęczówki mogły dokładnie przyjrzeć się pnączom. Zatrzymał wzrok na jednym kwiatku, który otworzył się pod jego spojrzeniem. Otworzył usta zadziwiony, po czym znów spojrzał na szatyna, stojącego przed nim, z dłońmi zaplecionymi na piersi.
- Pakuj się. Musimy jak najszybciej wyjechać – oświadczył Payne.
- A nie mogę zostać tutaj? – zapytał młodszy. – Mogę się uczyć jakoś korespondencyjnie?
- Nie! – zagrzmiał Liama, gromiąc blondyna spojrzeniem. – Masz się spakować i nie utrudniać mi roboty, jasne?
- Ale…
- Żadnych „ale”. Pakuj się – polecił Irlandczykowi, który spojrzał na niego groźnie, jednak nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia. Uniósł w odpowiedzi wysoko brew, co wprawiło w zakłopotanie jego obiekt. Niall odwrócił się więc i umknął do swojego pokoju.
Ruszył za nim i staną w drzwiach, opierając się o framugę oraz patrząc, jak wszystkie rzeczy zostają wepchnięte w walizkę. Moment potem spod łóżka wystrzeliła biała smuga. Liam zareagował instynktownie. Sięgnął za pas po swój sztylet, podniósł nogę i przydepnął stworzeniu ogon. Prychnęło i zaczęło drapać po jego bucie. Zmarszczył brwi, widząc białą fretkę.
- Zostaw Johna! – krzyknął blondyn na Liama i wziął zwierzaka na swoje ręce. Pogłaskał stworzonko po główce, a jego spiorunował wzrokiem. Uniósł ręce w geście obronnym, wycofując się za drzwi. No bo skąd miał wiedzieć, że gdzieś tu czai się mała, biała fretka. Nigdy jej nie widział.
2.
Niall stał ze spuszczoną głową przy swoim łóżku, na którym rozłożył wszystkie możliwe torby i walizki. Część z nich była zapięta i pękała w szwach od rzeczy, które je wypełniały. Co ciekawe, każda koszulka, para spodni czy bokserek leżała równo ułożona, a nie wrzucona byle jak. Logicznym było więc, że blondyn gra na czas, starając się jakoś przekonać szatyna, by móc zostać w Londynie.
Spomiędzy jasnych warg, co jakiś czas ulatywało westchnienie, ale dłonie nie zaprzestawał pracy nawet na krótką chwilę. Palce pracowały sprawnie, układając kolejne ubrania, żeby zmieściło się ich jak najwięcej. Czasem w torbach lądowało coś jeszcze, jak laptop i wszystkie możliwe sprzęty, które można było przewieźć.
- Mogę to znosić do samochodu? – zapytał niecierpliwie Liam, tupiąc głośno nogą o jasne panele. – Błagam cię! Naprawdę musimy się pospieszyć – warknął, kiedy nie uzyskał jednoznacznej odpowiedzi. Po raz drugi nie zaczekał na nią, tylko zaczął przenosić walizki do swojego czarnego mercedesa.
Blondyn zacisnął palce na krawędzi torby i zamknął oczy, chcąc się uspokoić, żeby nie zacząć krzyczeć albo, co gorsza, nie wybuchnąć płaczem. A był do tego zdolny, ponieważ gdy się do czegoś przywiązał – niezależnie czy było to miejsce, rzecz lub osoba – ciężko było mu się z tym rozstać.
Minuty mijały powoli, jedna za drugą, aż w końcu Horan zapiął ostatnią torbę i przerzucił jej pasek przez swoje ramię. W prawą dłoń chwycił klatkę Johna, a jego samego wsunął do swojej kieszeni, żeby się przypadkiem nie zawieruszył. Oczywiście ciekawska fretka od razu wysunęła się z bezpiecznego miejsca i przebiegła po ramieniu właściciela, a potem owinęła się wokół jego szyi, sycząc ostrzegawczo na Liama.
Payne nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, tylko wrzucił walizkę do bagażnika, a klatkę wcisnął między przednie, a tylne siedzenia, by potem zajął miejsce kierowcy. Wtedy dopiero zaczekał, aż Niall wsiądzie do środka i zapnie pas bezpieczeństwa. Nie zwrócił mu nawet uwagi, kiedy zrzucił tenisówki i podciągnął nogi do klatki piersiowej, obejmując je ramionami.
Farbowana grzywka opadła mu na czoło, kiedy oparł brodę na kolanach, jednocześnie spuszczając wzrok na swoje stopy, oparte na krawędzi fotela. Miał na nich skarpetki w kolorowe wzorki, które wywołały delikatny uśmiech, ale nawet on zniknął w kilka sekund.
Pierwsze godziny jazdy minęły im w milczeniu, choć czasem przerywało je ciche nucenie Nialla. Trwało to jednak kilka sekund, zanim chłopak opamiętał się i znowu zacisnął wargi w wąską kreskę. Ciągle przyzwyczajał się do myśli, że musiał opuścić swoje małe mieszkanie oraz ukochaną kwiaciarnię, a także znajomych bez najmniejszego wyjaśnienia. Wszystko to sprawiało, że jego żołądek skręcał się z niepokoju. A także z głodu.
- Chcę coś zjeść – zakomunikował nagle, w stosunkowo nieodpowiednim momencie.
Znajdowali się bowiem na drodze, wzdłuż której ciągnęły się wyłącznie zielone pagórki. Według mapy wyświetlonej na GPS-ie najbliższe miejsce, gdzie można było coś zjeść, znajdowało się w odległości siedemdziesięciu mil od ich lokalizacji. Mężczyźni przez chwilę patrzyli na wyświetloną informację, a potem wolno przenieśli wzrok na siebie. Już wiedzieli, że najbliższe dwie godziny nie będą łatwe dla żadnego z nich.
Horan parsknął cicho, a potem zacisnął usta w wąską kreskę, zsuwając stopy z krawędzi siedzenia i przenosząc wzrok na widok za oknem. Porośnięte trawą wzgórza były tak monotonne, że wkrótce jego powieki zaczęły stawać się ciężkie. Przed zaśnięciem broniło go tylko nieprzyjemne ssanie w żołądku oraz odgłosy wydawane przez brzuch.
- Liam! – jęknął w końcu Irlandczyk, patrząc błagalnie na prowadzącego szatyna. – Nie masz tu jakiegoś jedzenia? Kanapki, batonika, czegokolwiek? Zakładam, że jeśli umrę z głodu, to nie będzie to dobrze wyglądało w aktach – stwierdził, odpinając pas bezpieczeństwa i wychylając się, żeby spojrzeć na tylne siedzenie.
Jego nadzieja została ugaszona w przeciągu kilku sekund, kiedy dojrzał jedynie stos papierów, rozrzucony na fotelach oraz zgniecione opakowania po hamburgerach czy innych fast foodach. Na ich widok, niebieskooki zmarszczył nosek i zerknął na Payne’a z niezadowoleniem.
- Mógłbyś się zdrowiej odżywiać – mruknął, nie przejmując się spojrzeniem mrożącym krew w żyłach, które zostało w niego wycelowane. – No co? Opychasz się tylko niezdrowym jedzeniem – wzruszył ramionami i znowu zapatrzył się na krajobraz. – A tak w ogóle, to chciałbym w końcu zjeść.
- Przymknij się w końcu albo cię tutaj wysadzę i będziesz na piechotę szukał baru czy czegoś innego – warknął brązowooki, tracąc w końcu cierpliwość. A trzeba było sporo, żeby wytrącić go z równowagi. – Za dwadzieścia mil mamy zjazd i jeśli będziesz grzeczny, zamilkniesz, to skręcimy i zatrzymamy się na noc w motelu, gdzie dostaniesz posiłek – powiedział, siląc się na spokojny ton.
Irlandczyk prychnął w odpowiedzi i skrzyżował nogi w kostkach, podciągając je z powrotem na siedzenie. Jego dłonie delikatnie zdjęły śpiącą fretkę z ramienia i ułożyły ją na kolanie, żeby przypadkiem nie spadła, w czasie gwałtownego hamowania czy skrętu. Na wargach blondyna błąkał się delikatny uśmiech triumfu, a na policzkach pojawiły dorodne rumieńce.
Liam zmarszczył brwi i już otwierał usta, żeby zwrócić mu uwagę na niezapięty pas, ale pokręcił głową i machnął na to ręką, skupiając się na prowadzeniu. Od dłuższego czasu czuł piasek pod powiekami, a ziewnięcia tłumił ostatkiem sił, jednak nie zamierzał ogłaszać postoju z własnej woli. Dlatego ucieszył się, kiedy poprosił o niego jego towarzysz podróży. Nawet, jeśli był niewiadomo jak irytujący.
3.
Zmierzchało, kiedy siedzieli przy stoliku w jakimś podrzędnym barze. Liam grzebał widelcem w swoim talerzu, uważnie przyglądając się jak jego towarzysz pochłania kolejną porcję ryby z frytkami. Przez chwilę zastanawiał się, gdzie ten mały człowieczek mieści to w sobie. Bo nie ukrywajmy. Blondyn był niższy od niego, drobniejszy i szczupły, a pochłaniał takie ilości jedzenia, jakby wykarmiał małą armię w swoim żołądku.
- Gdybyś się tak długo nie pakował, bylibyśmy na miejscu – odezwał się, w końcu biorąc się za swoją porcję. Niebieskie tęczówki spojrzały na niego. – No co. Taka prawda. Jakbyśmy wyjechali z samego rana to teraz bylibyśmy w Kornwalii.
- Po co jedziesz taką okrężną drogą? – zapytał z nutą ironii Niall.
- Och. Czyli rozumiem, że chcesz, by rozszarpała cię chmara rozwścieczonych demonów? – odgryzł się Payne, na co Irlandczyk prychną i wrócił do swojego posiłku. Szatyn podniósł się i podszedł do baru.
- Chcę uregulować rachunek – odparł, sięgając do portfela. Rudy mężczyzna za ladą zaczął wstukiwać wszystko na kasę, a on rozejrzał się po wnętrzu. Poza nim było tu dwóch mężczyzn siedzących w kącie. Mieli szpakowate twarze i okropnie przetłuszczone mysie włosy. Obaj przyglądali mu się uważnie znad swoich kufli piwa i Liam wiedział co to za jedni.
- To będzie piętnaście funtów sześćdziesiąt osiem centów – odezwał się właściciel baru. Szatyn sięgnął do portfela, z którego wyciągną dwudziestofuntowy banknot i położył na ladzie.
- Powiedz mi. Często mieszasz gości o tej porze? – spytał, wciąż trzymając palce na banknocie, jednocześnie pokazując swoją legitymacje. Rudy mężczyzna spojrzał najpierw na nią, potem na niego po czym dodał półszeptem.
- Wiesz. Nieczęsto. Zazwyczaj jacyś przejezdni jak wy – wyznał.
- A tamci dwaj w kącie? – dopytywał Payne.
- Siedzą tu od kilku godzin. Ale dopiero na wasz widok się ruszyli – odpowiedział mężczyzna. – Wcześniej tylko wpatrywali się w stolik.
Liam puścił banknot i dołożył jeszcze dwa o tym samym nominale.
- Nie widziałeś mnie, ani mojego kolegi, jasne? – odparł, posyłając mu spojrzenie spod brązowej grzywki.
- Ty tu jesteś szefem – odparł rudzielec, patrząc na banknoty, jak na świętość, a Li pomyślał, że wystarczyło by po dziesiątce od każdego. Najwyraźniej obrót był niewielki i liczył się każdy grosz. Szatyn wywrócił oczyma i wrócił na swoje miejsce, siadając naprzeciwko blondyna. Zerknął znad oparcia na mężczyzn i wiedział, że będą kłopoty. Musieli ich minąć by wyjść z baru.
- Jestem pełny – oznajmił Niall, zwracając tym samym jego uwagę.
- Świetnie. To się zbieramy. Na przeciwko jest motel – wyznał, podnosząc się z miejsca i ruszając przodem. Blondyn szedł za nim, ziewając głośno, a biała fretka wyskoczyła z kieszonki i owinęła się wokół jego szyi.
Dwaj mężczyźni podnieśli się ze swoich miejsc, na co Liam powoli sięgnął za pasek, zaciskając palce na sztylecie. Oczy gości pociemniały, a moment potem z ust wydobył się skrzek. Liam ruszył na nich z zaciętym wyrazem twarzy, pozostawiając Horana w osłupieniu.
Zamachnął się, ale oba demony odskoczyły. Rozjaśnił więc tęczówki, a rzędy kufli poszybowały na nich, roztrzaskując się na głowach. To nie było jednak dobre posunięcie, bo oba potwory rozzłościły się jeszcze bardziej, ukazując długie szpony i rzucając się na szatyna.
Sztylet wyśliznął mu się z dłoni i z brzdękiem upadł na podłogę, kiedy demony rzuciły nim na pobliski stolik. Mocno zacisnął usta, czując przeszywający ból w plecach. Tego było już za wiele. Co ten Irlandas miał, że wszystkie do niego lgnęły?
Podciągnął się na łokciach, ale jeden z nich zdążył wbić swoje szpony w jego łydkę. Zawył z bólu, czując piekący ból. Przywołał swoją magię i machnął dłonią, a sztylet który mu wypadł wbił się prosto w serce demona. Rozsypał się w popiół, ale jego miejsce zaraz zajął ten drugi. Mocno zacisnął usta, zsuwając się ze stołu i chwytając w palce swoją broń. Jakież było jego zaskoczenie, kiedy pod jego stopami przemknęły zielone pnącza, które owinęły się wokół kostek demona i zaczęły wspinać w górę. Zacisnęły się wokół brzucha potwora, a na końcu jednego z nich pojawił się gigantyczny kolec, który przebił serce napastnika. Rozsypał się on w popiół.
Liam wypuścił drżący oddech i odwrócił się w stronę blondyna, który przyglądał się swoim dłonią, z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Podniósł na niego swoje niebieskie spojrzenie, w którym dostrzegł nutę przerażenia.
- Ja… Nie wiem… – wydukał Niall, a on chwycił go za nadgarstek i pociągnął do wyjścia.
- Nie ważne jak. Ważne, że pozbyłeś się go – rzucił, lekko utykając na prawą nogę. Chłodne powietrze owiało jego twarz, sprawiając że poczuł ulgę na zmęczonej buzi. Pociągnął chłopaka do motelu po przeciwnej stronie i przyklejając uśmiech na twarz wszedł do recepcji, starając się normalnie chodzić.
- Dobry wieczór – przywitał się z ponurą kobietą za ladą. – Jest może wolna dwójka? Chcielibyśmy wynająć na jedną noc.
Kobieta odwróciła się i zdjęła z haczyka, kluczyk z numerem pięć. Położyła go na ladzie i odezwała się.
- Piętro wyżej, na końcu korytarza. Płatność przy wyjeździe – rzuciła, na co Liam poszerzył uśmiech, który zniknął, gdy tylko odwrócił się od lady. Wspiął się po schodach, doczłapał do drzwi, które otworzył i puścił Nialla przodem. Ten wszedł do środka, a on za nim, trzaskając drzwiami.
- Z żadnym, w całej mojej karierze nie miałem takich problemów jak z tobą – wybuchnął, kierując się do szafki nocnej, z której wygrzebał apteczkę. - Nie wiem co jest nie tak, ale lgną do ciebie jak ćmy do światła.
- O ile pamiętam, to nie miałem ochoty ruszać się z domu – odgryzł się blondyn, rzucając swoją torbę na drugie łóżko. – Sam mnie wyciągnąłeś z mieszkania.
- W którym prędzej czy później zginął być. Gdybyś się tak nie guzdrał przy pakowaniu, bylibyśmy bezpieczni w ISMIO – warknął Li, podciągając nogawkę spodni i ukazując wgłębienia po szponach demonów. Skrzywił się na ten widok i sięgnął po wodę utlenioną. Odkręcił ją i wylał połowę na rany. Warknął, zaciskając mocno szczęki.
- Będziesz mi to wypominał do końca życia? – zapytał Niall, biorąc od niego butelkę i siadając na podłodze przy jego nodze. Wziął z materaca apteczkę i przetarł rany wacikami.
- Może – mruknął Payne w odpowiedzi, opadając na materac. Był wykończony, wszystko go bolało, a noga rwała jak cholera. Jednak delikatny dotyk dłoni blondyna ulżył mu w dziwny sposób, gdy owijał bandażem jego łydkę.
- Potrzebuję odpocząć – mruknął na pół przytomny. – Tylko kilka godzin.
Sam nie wiedział kiedy powieki mu opadły i zasnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz