3
Pierwsze promienie słońca przedarły się w szczelinie między długimi kotarami i padły na łóżko, gdzie w aksamitną narzutę, zaplątane były dwa ciała. Wąska smuga zatańczyła na porcelanowej twarzy elfa, który mruknął cicho i przewrócił się na plecy. Jego drobna dłoń napotkała rozgrzaną skórę i na usta wkradł się delikatny uśmiech.
Zza jasnych powiek, powoli wyłoniły się błyszczące, turkusowe oczy. Przekręcił głowę i spoczęły one na wciąż pogrążonym we śnie brunecie. Przesunął się on na prawy bok, poprawiając aksamitną narzutę i z nieukrywanym uśmiechem, zaczął przyglądać się chłopakowi.
Jego klatka piersiowa falowała przy każdym wdechu i wydechu, a z pomiędzy pełnych warg ulatywał swobodny oddech. Długie rzęsy wachlarzem układały się na zarumienionych policzkach, a ciemna grzywka opadała na czoło. To do niej sięgnął i zaczesał za ucho chłopaka. Ten mruknął cicho i przekręcił się.
Szatyn przekrzywił lekko głowę i opuszkami palców prześliznął się po policzku Maga. Cofnął dłoń, by po chwili dotknąć nieosłoniętego ramienia. Sunął palcami w dół do łokcia, a następnie do dłoni, gdzie opuszkiem palca zaczął rysować kółeczka na jego karmelowej skórze.
- Dzień dobry, mój królu – usłyszał cichy, zachrypnięty głos, więc spojrzał na chłopaka. Jego czekoladowe oczy były wciąż zaspane, ale twarz rozjaśnił leniwy uśmiech.
- Witaj, Ezra – przywitał się cicho elf i nachylił do niego. Delikatnie musnął pełne wargi bruneta. Od razu poczuł, jak ten obejmuje go ramieniem w pasie i przyciąga bliżej siebie. Zachichotał cicho, kiedy Milo skrył twarz w zagłębieniu jego szyi i wziął głęboki wdech, napawając się jego zapachem.
- Nie powinniśmy byli tego robić – wyznał cicho mulat, gdy błądził dłonią po ciepłych plecach szatyna. – Jesteś królem, a ja? Urodziłem się w małej wiosce i marny ze mnie zarówno medyk, jak i Mag.
- Może masz rację. Dobry król powinien respektować tradycje – odpowiedział Aeonis, nakręcając na palec ciemne pasmo włosów. – Ale król musi też żyć w zgodzie ze sobą, robić to, co uważa za stosowne i być widziany z tymi, na których mu zależy.
- Nawet jeśli są marnymi ludźmi? – spytał Ezra, odchylając się na tyle, by spojrzeć w duże i mądre oczy króla. Elf uśmiechnął się do niego i nachylił, obdarzając jego usta słodkim i czułym pocałunkiem, który od razu został odwzajemniony.
- Czy to wystarczająca odpowiedź? – szatyn szepnął prosto w jego wargi, na co ten uśmiechnął się i przytaknął. – Wstawaj. Pójdziemy zaczerpnąć świeżego powietrza do ogrodu. Jest piękne słońce.
Mag zamruczał niezadowolony na ten pomysł. Owinął się szczelnie aksamitną narzutą i wtulił w poduszkę, która miała delikatny zapach Aeonisa. Ten widząc dziecinne zachowanie chłopaka, szarpnął materiałem i sam się z niego wyplątał. Chwycił jasny szlafrok, który zawsze leżał w nogach łóżka, okrył nim ramiona, przewiązał w pasie i skierował do szafy. Spojrzał jeszcze przez ramię na podnoszącego się do pozycji siedzącej chłopaka, a uśmiech znów wkradł się na jego usta.
2.
Findecano wziął głęboki wdech. Mroźne powietrze wypełniło jego płuca. Przymknął oczy i wypuścił oddech, który zamienił się w obłoczek. Podniósł powieki i jego chabrowe tęczówki przebiegły po okolicy. Biały puch przysłonił cały ogród, który zmienił się. Zapamiętał go inaczej. Ale minęło sześćset lat, więc nie dziwił się tym zmianom.
Śnieg za jego plecami zaskrzypiał, więc spojrzał przez ramię. Spostrzegł idącego w jej stronę Olivera. Odwrócił się do niego i powitał szczerym uśmiechem.
- Nie jest ci zimno? – spytał szatyn, gdy stanął przy boku blondyna. Ten zadarł lekko głowę i zajrzał w sarnie oczy.
- Lubię zimę – odparł elf, poprawiając szary szal. – Lubię śnieg. Co prawda jest zimny, ale zarazem taki puszysty. Potrafi tak wiele. W jednej chwili jest stały, a gdy weźmiesz go w rękę - topnieje.
- Ja lubię jesień – przyznał po chwili ciszy Oliver. – Ten moment, kiedy krople deszczu uderzają o szybę. Lubię ten dźwięk. Jest melancholijny, ale piękny. Uspokaja mnie.
Fin zerknął na niego kątem oka, po czym znów spojrzał w głąb ogrodu. Powoli ruszył w stronę najbliższego drzewa. Gilbert szedł tuż za nim. Bądź, co bądź, zdawał sobie sprawę z tego, gdzie jest jego miejsce. Wiedział, że jasnooki jest kimś ważnym i pewnych rzeczy nie wypada.
- Pamiętam ten ogród zupełnie innym – wyznał, stając przed dębem i spoglądając na gołe gałęzie. – Był piękny, rozległy i niezwykle barwny latem. Róże, pelargonie, fiołki. Jednak las wtargnął nie tylko do miasta, ale i do ogrodu. Cieszę się, że nie trzeba było niszczyć drzew. Król się też tego obawiał: że trzeba będzie wyciąć drzewa.
Wyciągnął rękę i przyłożył ją do pnia. Przez jego drobne ciało przeszedł dreszcz i potężna fala energii. Doskonale wiedział, co nadciąga. Nie cierpiał tego z całego serca, ale było to jego darem i dziwił się, że wcześniej się nie zaczęło.
{The Vision}
Jego umysł zalały obrazy i prawie natychmiast stracił kontakt z otaczającą go rzeczywistością. Widział smugi, kształty, słyszał głosy, zarówno znane, jak i te kompletnie mu obce. Oddech zamarł w jego piersi, a ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz.
Nagle z rozmazanych kolorów wyłonił się czarny rumak, który mknął ośnieżoną równiną. Od razu też rozpoznał jeźdźca. Ciemne loki oraz zielone, chłodne oczy mogły zapowiadać tylko Orophera Losselina. Gnał jakby ścigał go demon nieczysty.
Obraz zmienił się i spostrzegł ojca Elerosse wjeżdżającego do miasta wraz z piątką dobrze znanych mu elfich doradców króla Fiora. Wpadli na most nad rzeką, atakując Ars Magicą bezbronnych ludzi. Dostrzegł małą dziewczynkę o znajomych oczach i wieżę zegarową, dość charakterystyczną, bo z bladoniebieską tarczą. Spostrzegł również płonące sklepy.
Nagle wszystko ustało. Elfa ogarnął przenikliwy ziąb, a drżący oddech uleciał spomiędzy jego warg. Jęknął cicho i kompletnie wyczerpany taką kumulacją energii, osunął się na ziemię. Jego zmęczone i zlane potem ciało otulił biały puch.
- FIN! – usłyszał dobiegający skądś znajomy głos. Znów wypuścił drżący oddech, który zamienił się w obłoczek, kiedy odgłosy kroków na śniegu nasiliły się. Moment potem, ktoś przebiegł palcami po jego rozgrzanym czole.
- Na Boga, cały jesteś rozpalony – znów odezwał się ten znajomy, zaniepokojony głos. Chwilę potem przypasował go do właściciela. Podniósł więc ociężałe powieki i spojrzał na Olivera. – Fin, słyszysz mnie?
Przytaknął tylko w odpowiedzi. Szatyn odetchnął, po czym złapał za nadgarstki blondyna. Przywrócił go do pionu, ale widząc, iż ledwo trzyma się na nogach, wziął go na ręce. Elf owinął swoje ramiona wokół jego szyi i wtulił się w jego ciepły tors.
- Muszę się zobaczyć z Aeonisem – blondyn zdołał w końcu się odezwać.
- Nie ma mowy – odparł karcąco Gilbert. – Ledwo stoisz na nogach. Najpierw odpoczniesz, a potem…
Nie zdążył jednak odpowiedzieć, gdyż dostrzegł na swej drodze króla w towarzystwie Ezry. Przyśpieszył kroku, chcąc ich poinformować o zajściu. Gdy tylko tamci ich dostrzegli, z twarzy Aeonisa zniknął uśmiech, który do tej pory na niej widniał. Zastąpiła go powaga, a przenikliwe oczy wpatrywał się w niego, szukając odpowiedzi.
- Co się stało? – zapytał, kiedy zatrzymali się przed nimi. Drobny elf wyciągnął rękę i przyłożył ją do policzka blondyna. – Jest cały rozpalony. Chyba już wiem, co się stało. Czy stracił na chwilę z tobą kontakt, a potem zemdlał? – Oliver w odpowiedzi energicznie przytaknął głową. – Chodźmy zanim się przeziębi.
We czwórkę wrócili do pałacu. Aeonis poinformował jedną ze służek, które ich mijały, by zaparzono gorącą herbatę z ziół uspokajających i przyniesiono do komnaty Findecana, gdzie się udali. Szybko przeszli korytarzami i Gilbert zdał sobie sprawę, że komnata blondyna jest na wprost tej, którą mu przydzielono.
Ezra otworzył drzwi i puścił przyjaciela przodem. Za nim wszedł król, a on na samym końcu, zamykając za sobą. Oliver ułożył elfa na łóżku, nakrywając kocem i odgarniając z ciepłego czoła jasne kosmyki. Ten spojrzał na niego swoimi chabrowymi tęczówkami i rozpoznał w spojrzeniu chłopaka oczy dziewczynki.
- Masz młodszą siostrę? – zapytał, nim Aeonis zdążył się odezwać.
- Tak, mam – przyznał lekko zszokowany chłopak i przelotnie zerknął na przyjaciela. Ten tylko pokręcił głową. – Skąd wiesz?
- Mój przyjacielu – odezwał się król, siadając na skraju łóżka i sięgając po dłoń Telemnara. – Powiedz mi, co zobaczyłeś.
Drzwi komnaty otworzyły się i do środka wszedł Elerosse, niosąc filiżankę z parującym naparem. Blondyn podniósł się o pozycji siedzącej, odebrał od przyjaciela porcelanowe naczynie, po czym upił łyk. Fin podniósł wzrok na lokatego i posłał mu współczujące spojrzenie.
- Widziałem Orophera – zaczął cicho, patrząc na lokatego, który odwrócił wzrok i zacisnął dłonie w pięści. – On i pięciu pozostałych doradców króla Fiora wtargnęli do miasta. Widziałem wieżę zegarową. Jego tarcza była bladoniebieska. I dziewczynkę o takich samych oczach, jak Olivera.
Szatyn spojrzał na profil elfa, a potem na Ezrę. Bladoniebieską tarczę miał zegar w Noricum. Serce chłopaka zaczęło bić szybciej, gdy słuchał jego słów, zastanawiając, co się tak właściwie stało.
- Panie, złamali naszą Świętą Zasadę – powiedział Fin. Lokaty wyszedł, trzaskając drzwiami. Aeonis przymknął oczy i westchnął ciężko. Spojrzał na drzwi, a potem znów przeniósł wzrok na blondyna. Jego chabrowe tęczówki wpatrywały się w niego i doskonale zrozumiał intencje przyjaciela. Poklepał go po kolanie i on również opuścił komnatę.
- Czemu Elerosse zareagował tak gwałtownie? – zdziwił się Oliver, spoglądając na blondyna i odgarniając włosy za jego spiczaste ucho. Dopiero teraz udało mu się spojrzeć na nie z bliska.
- Oropher, ten elf, który przeszkodził w koronacji – zaczął niepewnie jasnooki, podczas gdy obaj chłopcy wpatrywali się w niego – to ojciec Elerosse. Stąd też jego reakcja.
Przyjaciele znów wymienili spojrzenia. Ezra posłał szatynowi twarde oraz stanowcze spojrzenie, po czym odepchnął się od ściany, przy której stał i wyszedł z komnaty. Oliver gładząc w pocieszającym geście plecy Fina, spojrzał przed siebie. Gdy usłyszał brzdęk porcelany, przeniósł wzrok na drobnego elfa, który wpatrywał się w niego dużymi oczyma. Posłał mu tylko uśmiech i ucałował w policzek.
3.
{Standing Alone}
Ezra przemierzał ciemne korytarze pałacu, oświetlane jedynie bladym światłem księżyca. Wydawały mu się podobne, ale on doskonale wiedział, w który wejść. W końcu dotarł do komnaty należącej do Aeonisa. Przystanął przed nią i przejechał palcami po złotej klamce. Wziął wdech, nacisnął ją i wśliznął się do środka.
Przeszedł na palcach przez pomieszczenie, wyciągając z wewnętrznej kieszeni zwiniętą w rulonik i przewiązaną wstążką, wiadomość. Odłożył ją na brzeg szafki nocnej, po czym spojrzał na spokojnie śpiącego elfa. Wyglądał tak delikatnie i niewinnie, z rozrzuconymi na poduszce włosami oraz odsłoniętym ramieniem. Delikatny uśmiech wkradł się na jego usta.
Nie dał rady by wyjechać, gdyby stał przed nim w pięknej szacie, z koroną na głowie. Uległby jego przeszywającemu na wskroś spojrzeniu i odłożył wyjazd do czasu podjęcia odpowiednich decyzji przez niego. Ale on nie mógł czekać. Chodziło o Olivera i miasto, które stało się jego domem. Miał tam przyjaciół - w ten sposób było mu łatwiej odejść.
Odgarnął kasztanową grzywkę z czoła Aeonisa i wycofał się z komnaty, cicho zamykając za sobą drzwi. Westchnął i czym prędzej ruszył korytarzami. Jak zawsze spotkał się z Oliverem niedaleko schodów prowadzących do głównego hallu.
- Co tak długo? – szepnął szatyn, gdy schodzili po schodach.
- Musiałem coś załatwić – odszepnął.
Jego przyjaciel nie skomentował odpowiedzi. Jemu samemu było ciężko opuścić komnatę Fina, kiedy ten zasnął. Sam nie spał w nocy, przewracając się z boku na bok, a gdy nadeszła ich pora, po prostu się ubrał i wyszedł po cichu.
Przemknęli przez hall i wypadli na dziedziniec. Skierowali się do stajni, gdzie osiodłali dwa konie. Dosiedli ich i nie odwracając się za siebie, wypadli z miasta galopem, nie zważając na nic. Zostawili za sobą lśniące delikatną poświatą Ab Alesa, a wraz ze wschodem słońca byli już kilkanaście kilometrów od niego.
4.
Elerosse przemierzał korytarze, a słońce wpadające przez okna, opierało się na jego bladej skórze i rozświetlało ją. Chciał być dziś pierwszą osobą z jaką zobaczy się król. Musiał go zapewnić jeszcze raz, że nie jest taki, jak swój ojciec, mimo iż wczoraj szczerze porozmawiali. Chciał go prosić - po raz kolejny - by jego pokrewieństwo z Oropherem nie rzutowało na ich przyjaźń.
Wszedł na korytarz, gdzie znajdowały się królewskie komnaty. Wziął kolejny głęboki oddech i skierował się w stronę drzwi pomalowanych na biało. Będąc zaledwie kilka kroków od nich, otworzyły się gwałtownie i wypadł z nich król. Był w koszuli, na którą pospiesznie zarzucił śnieżnobiały szlafrok.
- Panie… - zaczął lokaty, ale jego władca przerwał mu.
- Rozmawialiśmy o tym wczoraj – odparł, wręcz piorunując go spojrzeniem. – Nie jesteś swoim ojcem. Ufam ci. To tyle w tym temacie.
Elerosse spuścił wzrok na moment, a gdy go znów podniósł, oczy szatyna nieco złagodniały. Aeonis westchnął cicho i machnął na przyjaciela, by ten poszedł z nim. Razem w ciszy mijali kolejne korytarze. Biały szlafrok władcy falował lekko od jego szybkich kroków. W ręce zaciskał świstek, a pomiędzy palcami zwisała fiołkowa wstążeczka.
Weszli na korytarz, gdzie znajdowała się komnata Ezry i król wręcz podbiegł do drzwi. Nacisną klamkę i otwierając je na oścież, wpadł do środka. Lokaty przystanął w progu, przyglądając się, jak jego przyjaciel przebiega palcami po idealnie zaścielonym łożu. Chwilę potem obok niego pojawił się blondyn. Dysząc ciężko, oparł się o ramię i zajrzał do środka.
- Panie – wysapał w końcu, a szatyn spojrzał na niego. – Olivera też nie ma, a z królewskiej stajni zniknęły dwa konie.
- Wrócili do Noricum – stwierdził Aeonis, przygryzając dolną wargę. – Elerosse, zawiadom kapitana królewskich wojsk, by wybrał dziesięciu najbardziej zaufanych rycerzy i jeszcze przed południem byli gotowi do wyjazdu – lokaty skłonił się i odszedł. – Findecano, poproś, by osiodłano Ikarusa dla ciebie, Tezeusza dla mnie i Prometeusza dla Elerosse. Potem udaj się do koszar i spotkamy się na dziedzińcu.
Blondyn również się skłonił i odszedł, pozostawiając króla samego w komnacie. Elf jeszcze raz przejechał opuszkami palców po miękkiej narzucie na łóżku, po czym zaciskając palce na kartce od Ezry opuścił pomieszczenie. Idąc korytarzem do swojej komnaty, kilka razy owinął fiołkową wstążkę wokół palca serdecznego i zawiązał na śliczną kokardkę.
5.
Ezra wyjrzał przez niewielkie okno, na zniszczone budynki w dole. Kiedy wczoraj po południu wjechali do Noricum, nie spodziewali się zobaczyć tak wielkich zniszczeń. Myśleli, że najazd dopiero nastąpi. On jednak miał miejsce kilka dni wcześniej, i gdy przejeżdżali przez główną ulicę, zostali zaatakowani. Jeden ze sprzymierzeńców Orophera wypadł z jednej z ulic. Ezra starał się odeprzeć atak, jednak urok dosięgnął jego przyjaciela. Teraz ci, którym udało się przetrwać najazd, zebrali się w posiadłości sołtysa poza miastem. Mały dworek usytuowany na niewielkim wzniesieniu udostępniono, a ze stodoły zrobiono mały szpital.
Brunet westchnął i zakładając zimową szatę, w której podróżował z Ab Alesi, wyszedł na wieczorne, mroźne powietrze. Śnieg skrzypiał pod jego stopami, gdy kierował się do stodoły. Zimny wiatr chłostał jego policzki, które próbował osłonić postawionym kołnierzem. Biały puch osiadał się na jego kruczoczarnych włosach.
Pchnął drzwi stodoły, otrzepując ramiona i włosy ze śniegu. Skierował się do drabiny i wymijając ją, przykucnął obok swojego przyjaciela. Jego zamglone sarnie oczy spojrzały na niego. Brązowa grzywka kleiła się do czoła od gorączki, która go trawiła. Ciałem wstrząsały dreszcze, mimo iż nakryty był trzema kocami.
- Hej – przywitał się, uśmiechając ciepło. – Jak się czujesz, przyjacielu?
- Nie uwierzysz, ale jakoś lepiej – odparł słabym głosem Oliver.
- Przepraszam cię za to… - zaczął mulat, ale szatyn, wyciągnął rękę spod koca i zacisnął na jego.
- Robisz to po raz milionowy. Nie musisz. To nie twoja wina.
Milo westchnął i odgarnął z czoła przyjaciela mokre włosy, pod palcami czując rozpaloną skórę. W duchu wiedział, że to jego wina. I mógłby mu pomóc, ale obawiał się, że zrobi coś nie tak, używając magii.
- Wyjdziesz z tego – szepnął, jakby chcąc dodać samemu sobie odwagi.
- Oboje wiemy, że nie – odezwał się słabo chłopak. – Jestem zmęczony. Zostało mi zapewne kilka godzin.
- Nie mów tak – odparł cichym głosem. – Będzie dobrze. Naprawdę.
Doszły go podniesione głosy, gdzieś z pobliża stodoły. Wyprostował się więc i obrzucając przyjaciela ostatnim spojrzeniem, przeniósł wzrok na drzwi. Zacisnął rękę, przywołując energię, by w każdej chwili obronić chłopaka. Jednak gdy drzwi do stodoły otwarły się, a on spostrzegł znajomą sylwetkę i falujący jasnoniebieski płaszcz, jego oczy otwarły się w zaskoczeniu.
- Fin! – zawołał blondyna, który ciężko oddychając, przeniósł na niego swoje spojrzenie. Widząc bruneta, szybko do niego odbiegł.
Ezra cofnął się, pozwalając elfowi podejść bliżej. Spomiędzy jego warg uleciał cichy jęk i padł na kolana obok szatyna.
- Oliver – wyszeptał, przebiegając przez brązowe kosmyki swoimi długimi palcami.
- Możesz mu pomóc? – zapytał mulat, a Findecano spojrzał na niego. – To elfia rana. Nie chciałem się brać za jej uzdrawianie. Nie mam takich umiejętności.
- Ja mogę mu pomóc – usłyszał drugi znajomy głos, więc odwrócił głowę. Jego ciemne oczy spoczęły na Aeonisie. Stąpał lekko i dostojnie. Miał ciemnozieloną szatę, której rękawy, brzegi oraz kaptur zarzucony na głowę, obszyte były białym futrem. Sięgnął dłonią pod niego, wyciągając mały bukłak.
Zrzucił kaptur, a kasztanowe włosy jak zawsze sterczały w każdym możliwym kierunku. Chwycił w palce ciemny materiał swojej szaty i ukląkł z drugiej strony chłopaka. Przyłożył dłoń do jego policzka i od razu cofnął ją, czując jak bardzo rozpalony jest. Otworzył bukłak i nachylił do Oliviera.
- Ani się wasz dotknąć mojego syna! – do stodoły wpadł pan Gilbert oraz kilku ludzi. Przed nich wyszedł Elerosse, którego brunet dopiero teraz dostrzegł. Wyciągnął przed siebie dłoń, szepcząc coś pod nosem. Fala gorąca rozeszła się po pomieszczeniu, gwałtownie zatrzymując miejscowych. Lokaty spojrzał przez ramię i skinieniem głowy dał królowi znak do dalszego działania.
- Powiedziałem nie! – wrzasnął mężczyzna. – Ezra, powstrzymaj go!
Brunet patrzył na ojca swojego przyjaciela przez moment, po czym przeniósł wzrok na elfa.
- Rób, co uważasz za słuszne – szepnął, na co Aeonis, podniósł lekko głowę chłopaka, przyłożył do jego spierzchłych ust bukłak i pozwolił zaczerpnąć łyk wody.
- To aqua vitae – powiedział półszeptem elfi władca, dając mu kolejny łyk. – Uśmierzy ból, zatrzyma rozprzestrzeniającą się śmierć.
Oliver upił kolejny łyk, a Ezra oparł się o belkę, splatając ręce na piersi. Szatyn zamknął bukłak i swoimi długimi palcami odsłonił materiał okalający ranę, by rzucić na nią okiem. Jego turkusowe oczy spoczęły na blondynie, który tylko skinął głową.
Obaj jednocześnie chwycili dłonie Gilberta - Fin, prawą, a Aeonis lewą. Brunet widział, jak szatyn przymyka oczy, spuszcza głowę i szepce cicho coś pod nosem, co nie dotarło do jego uszu.
Mijały sekundy, które zamieniały się w minuty, a te powoli przechodziły w godzinę, od kiedy dwa elfy zabrały się za uzdrawianie chłopaka. Ojciec Olivera krążył w kółko po stodole, nie przepuszczony przez Elerosse i tylko wyzywał mulata od zdrajców.
Minęła kolejna godzina, kiedy pojawiły się widoczne oznaki działającej magii. Rana przestała tak intensywnie krwawić. Pojawiły się też pierwsze zdrowe komórki, które zaczęły się ze sobą sklepiać. Przez twarz Olivera raz po raz przechodził grymas. Fin szeptał mu wtedy, że jeszcze trochę i będzie po wszystkim. Kiedy pierwszy raz z jego ust uleciał jęk, pan Gilbert tak się uniósł, że Elerosse musiał znów powstrzymać go czarem, by się nie wtrącił.
Kolejne godziny przynosiły postępy. Rana coraz szybciej się zabliźniała, a dotychczas nierówny oddech, powoli uspokajał się. Zza powiek wyłoniły się zmęczone sarnie oczy i od razu odszukały Fina. Elf musiał posłać mu uśmiech, gdyż Oliver najwyraźniej go odwzajemnił, bowiem kąciki jego ust drgnęły lekko ku górze. Nie śmiał się jednak odezwać, zdając sobie sprawę, że obaj potrzebują skupienia.
Nastał poranek, kiedy wszystko dobiegło końca. Aeonis i Findecano puścili dłonie chłopaka i stanęli na chwiejnych nogach. Oliver natomiast podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał czujnym okiem na blondyna.
- Wszystko w porządku? – spytał Ezra, na co on tylko skinął głową. Podniósł się na równe nogi i niepewnym krokiem podszedł do jasnowłosego elfa.
- Fin – szepnął, obejmując go ramieniem w talii. – Musisz odpocząć, kruszyno moja.
Milo spojrzał na Aeonisa, który ledwo trzymał się na nogach. Podszedł do niego i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wziął go na ręce. Ten oplótł dłonie wokół jego karku i nie mając sił na sprzeczanie się, skrył twarz w zagłębieniu szyi chłopaka.
- Chodźmy. Muszą odpocząć – zwrócił się do Olivera, który mu przytaknął i poszedł w jego ślady, biorąc blondyna na ręce. Obaj pewnym krokiem skierowali się w stronę Elerosse i osłupiałego pana Gilberta.
- Myślę, że najlepsze, co teraz możesz zrobić, tato, to porozmawiać z Elerosse. Oni chcą pomóc – odparł chłopak, gdy na chwilę przystanęli przed jego ojcem. Następnie ruszyli w stronę wyjścia ze stodoły, gdzie przywitał ich mroźny poranek. Zmrużyli oczy i powoli skierowali się w stronę posiadłości.
6.
Stał przy oknie i wpatrywał się w Noricum. Miasto wyglądało jak jedna, wielka ruina, podobna do Ab Alesi. Nad dachami raz po raz przelatywały czarne wrony i Ezra nie mógł sobie tego wybaczyć. Nie mógł sobie wybaczyć, że nie było go na miejscu, gdy dochodziło do kolejnych starć.
Drobne dłonie prześliznęły się po jego napiętych plecach i zacisnęły na ramionach. Ciepły nos przejechał po jego odsłoniętej szyi, by moment potem złożyć na niej delikatny pocałunek. Milo westchnął i odwrócił się. Od razu napotkał duże, błyszczące oczy elfa.
- Jak się czujesz? – spytał, przebiegając palcami po jasnym policzku, a następnie wplatając je w miękkie kasztanowe kosmyki.
- Ze mną wszystko dobrze – odparł elf. – To było męczące przez wzgląd na ciągłość zaklęcia.
- Spałeś cały dzień – zaśmiał się cicho pod nosem, na co szatyn trzepnął go w ramię. Chwilę potem spoważniał i zajrzał w jego jasne tęczówki. – Rozmawiałeś z sołtysem?
- Yhm… - mruknął w odpowiedzi. – Trochę nie dowierzał w to, co mówię, ale mam swoje sposoby, by przekonać ludzi.
Ezra przytaknął i ponownie przebiegł przez kasztanowe włosy Aeonisa. Nachylił się, chcąc złożyć pocałunek na jego ustach, gdy ktoś bez zapowiedzi wpadł do pokoju zajmowanego przez mulata.
Na progu stanął wysoki, szczupły chłopak. Jego twarz przyozdobiona była piegami, a na brązowe oczy opadała ogniście ruda grzywka. Lekko zdyszany spojrzał najpierw w na mulata, a potem na szatyna, któremu lekko pokłonił głowę.
- Wasza Królewska Mość – rudzielec zwrócił się do elfa. – Chciał król wiedzieć, kiedy znów będą nadjeżdżać. Właśnie przybył patrol z informacją, że tamci nadciągają.
- Dziękuję. Znajdź moich przyjaciół i oznajmij, że wyjeżdżamy razem z waszymi ludźmi – polecił młodzieńcowi, który tylko skinął głową i zniknął.
Aeonis uwolnił się z objęć Maga i podszedł do łóżka, gdzie leżała jego zimowa szata. Ta bardziej podobała się mulatowi, niż te które nosił w pałacu, w elfim mieście. Zdecydowanie podkreślała status króla i dodawała mu uroku.
- Idziesz? – spytał szatyn, spoglądając na niego spod grzywki. Milo przytaknął, porwał swój płaszcz i ruszył za elfem.
Zeszli na dół, gdzie panował spory ruch. Przemknęli do drzwi i wyszli przed posiadłość, gdzie już czekali Fin, Elerosse oraz dziesięciu rycerzy, którzy najwyraźniej przybyli wraz z królem. Aeonis dosiadł swojego konia, a Ezra odczekał chwilę, nim przyprowadzono jego. Wspiął się na niego i wraz z grupą mężczyzn z Noricum, ruszyli ku miastu.
{Starfall}
Zatrzymali się przed wjazdem, gdyż konie spłoszyły się. Elfi król jako pierwszy okiełznał swojego wierzchowca i ruszył przodem. Zaraz za nim ruszyli Findecano i Elerosse. Po nich cała reszta.
Stukot podków o wybrukowaną uliczkę odbijał się echem. Turkusowe tęczówki Aeonisa uważnie lustrowały każdy zakamarek, szukając oznak zdrajców. Jednak oni, jakby wiedzieli, że tam będzie i przybyli dokładnie z drugiej strony.
Na czele kolumny przeciwnika znalazł się król Antoniusz, przyodziany w szkarłatną pelerynę. Chcąc pokazać swoją pozycję, jego jasne kosmyki przyozdobiła ciężka, złota korona. Tuż obok niego znalazł się Oropher, odziany w czarną szatę. Jego chłodne tęczówki wpatrywały się uważnie w syna, który nie ustępował mu ani trochę i równie mocno mierzył go swoimi wzrokiem.
- Więc to jest ten elfi król? – zapytał z wyraźnym sarkazmem w głosie Antoniusz. – Ten dzieciak na koniu? Też mi wróg.
Szatyn zmierzył go uważnie swoimi turkusowymi tęczówkami i odruchowo wyprostował się.
- Iluzja bezgranicznej władzy, jaką dał ci Oropher oraz duma i pycha, zgubiły cię już dawno temu – odezwał się ze spokojem w głosie Aeonis i przeniósł wzrok na ojca Elerosse. – A ty? Ty byłeś wierny memu ojcu. Omamiło cię łatwe sterowanie człowiekiem i zastraszanie ludzi Ars Magica. Zapomniałeś o jej zasadach.
Lokaty elf milczał. Chwilę potem na jego usta wkradł się arogancki uśmiech, jakby uważał, że zasady magii go nie obowiązują. Mina mu jednak zrzedła, gdy szatyn wyciągnął dłoń.
- Puni inobedientes – wypowiedział spokojnie Aeonis. Oropherem niespodziewanie wstrząsnął dreszcz. Zgiął się w pół na swoim koniu, a spomiędzy jego warg wyrwał się dziki wrzask.
- Złamałeś podstawową zasadę Ars Magica – wyjaśnił, zwijającemu się z bólu elfowi. – Nie służy ona do zabijania i niszczenia.
- Ty mały elfi zgredzie! – wrzasnął Antoniusz, zeskakując ze swojego wierzchowca. Jego ludzie poszli w jego ślady i stanęli za nim murem. – Złaź z tego swojego kucyka i zmierz się z prawdziwym władcą tych ziem.
Aeonis zeskoczył z konia i sięgnął pod płaszcz, skąd wyciągnął wąski i długi miecz. Ezra od razu stanął u boku władcy elfów, dobywając swego miecza. Z drugiej strony szatyna pojawił się Elerosse, dobywając podobny miecz do tego, który dzierżył w dłoni jego władca. Elfi rycerze stanęli za swym panem, a mieszkańcy Noricum również zwarli się do walki.
- Nas jest więcej – stwierdził Milo, na co król Pallasu prychnął i z dzikim wrzaskiem ruszył na króla elfów. Szczęk metalu o metal echem zaczął odbijać się od zrujnowanych budynków.
Aeonis z niezwykłą precyzją, szybkością i zwinnością odpierał ataki rozwścieczonego do granic możliwości Antoniusza. Król Pallasu napierał na drobnego elfa, który w jego oczach z niezwykłą lekkością i zadziwiającą szybkością blokował każdy cios.
- Chcesz wygrać z elfem? – spytał spokojnie szatyn, blokując kolejne uderzenie, które zapewne miało roztrzaskać mu czaszkę.
- Mam taki zamiar – warknął blondyn, celując w bok, ale Aeonis znów zablokował jego cios.
- Nie uda ci się to – ostrzegł go elf, blokując kolejne ataki, które wychodziły z wściekłości, a nie rozsądku. – I nie dlatego, że nie walczysz umysłem, tylko emocjami, a dlatego, że jestem elfem.
Postanowił przestać bawić się z królem Pallasu. Odparł jego ostatni atak i w końcu sam zadał pierwszy cios. Mężczyzna odparł go, ale wtedy posłał kolejny. Ostrze jego miecza wbiło się w bark blondyna, a ten krzyknął krótko. Złota korona, która do tej pory utrzymywała się na jego głowie, zsunęła się i potoczyła.
- Zgubiła cię pycha – powiedział spokojnie Aeonis i zamachnął się, podcinając nogi władcy. Mężczyzna upadł, a ciężki miecz wypadł mu z dłoni. Zabrzęczał, gdy uderzył o brukowaną uliczkę.
- Pycha, przez którą teraz zginiesz – dodał elf, stając nad Antoniuszem i przykładając ostrze w miejsce serca. – Oby twój syn nie był taki jak ty.
Naparł na klingę i przebił serce władcy. Jego jasnoniebieskie oczy do ostatniej chwili wpatrywały się w niego, dopóki nie zgasły. Spomiędzy warg uleciał ostatni oddech, a ręce bezwładnie opadły wzdłuż ciała. Szatyn wyciągnął ostrze, z którego skapywała szkarłatna krew Antoniusza.
- Król nie żyje! – ktoś krzyknął i wszystko jakby na moment zamarło. Ezra spostrzegł, jak jego dotychczasowy przeciwnik z zaciętego wojownika, przybierał postać przestraszonego chłopca i w nagłym odwrocie wycofał się z pola walki.
Milo spojrzał przez ramię, a jego czekoladowe tęczówki pospiesznie odszukały drobną postać elfa. Stał nad ciałem króla Pallasu, z mieczem w dłoni, z którego na biały śnieg skapywały kropelki krwi. Przeniósł wzrok na jego twarz i spostrzegł, jak dotychczasowa bezwzględność oraz opanowanie ustępuje miejsca nutce strachu.
Mulat podszedł do Aeonisa i wyciągnął miecz z jego dłoni. Ten spojrzał na niego dużymi, lekko przestraszonymi oczyma.
- Już po wszystkim, mój drogi – powiedział cicho, przyciągając jego drobne ciało i obejmując szczelnie ramieniem. Pogładził go po plecach, pozwalając by skrył swoje oblicze w jego ciemnej szacie. Spostrzegł ponad głową elfa wzrok Elerosse, który im się przyglądał. Gdy tylko lokaty zorientował się, iż Ezra wie, ten posłał mu delikatny uśmiech, po czym skierował się w stronę swojego konia.
7.
{Only the Beginning of the Adventure}
Ezra ustawił wszystkie poprzewracane krzesła wokół stołu, po czym rozejrzał się dookoła. Jego mieszkanie było zrujnowane i czekało go jeszcze sporo pracy. Pierwsze, za co się musiał wziąć, to doprowadzić je do względnego porządku. A przynajmniej część, w której śpi. Z czasem weźmie się za ewentualne naprawy.
Od bitwy minęło pięć dni. Po ciało króla przybył jego syn, którego poznał, gdy stanął u boku Aeonisa. Król elfów szczerze przeprosił młodego księcia za krzywdę, którą mu wyrządził, jednak młodzieniec sprawiał wrażenie, jakby mu ulżyło. Julian – bo tak miał na imię książę Pallasu – poprzysiągł Aeonisowi, że nie będzie jak ojciec. Widział ile krzywdy wyrządził. Dopytywał również o ewentualne stosunki polityczne i zaprosił szatyna na dwór. Mulat miał cichą nadzieję, że życie w królestwie pod władzą tego młodego i nie głupiego chłopaka, na nowo rozkwitnie.
Do uszy bruneta dotarło ciche pukanie, więc przeniósł wzrok na drzwi, które wisiały na zawiasie. Oparty o framugę stał Oliver i przyjaźnie uśmiechał się do przyjaciela. Ezra odwzajemnił ten gest i podszedł do niego.
- Jak zdrówko? – zapytał, poklepując szatyna po ramieniu.
- Nigdy nie czułem się lepiej – przyznał Gilbert, odsuwając się i pozwalając Milo wsadzić drzwi w zawiasy. – Co teraz będzie?
- Nie wiem – odparł Mag, wzruszając ramionami, a jego oddech zamienił się w obłoczek na zimowym powietrzu. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo piękny. Słońce opierało się na białym puchu, rozjaśniając okolicę.
- Julian wygląda na rozsądnego i nie da sobą sterować, jak jego ojciec – oznajmił Ezra, chowając ręce pod pachami, by osłonić je przed zimnem. – Zaprosił Aeonisa do stolicy na rozmowy dyplomatyczne. Myślę, że wszystko będzie dobrze.
- A co do Aeonisa – rzucił Oliver. Milo spojrzał na niego, ale ten wpatrywał się w coś ponad jego ramieniem. Odwrócił się więc i jego ciemne oczy spoczęły na kolumnie elfich rycerzy. Na jej czele w swoim ciemnozielonym płaszczu, obszytym białym futerkiem, jechał szatyn. Jak zwykle towarzyszyli mu Findecano i Elerosse.
Aeonis uniósł dłoń zatrzymując wszystkich i zeskoczył ze swojego wierzchowca. Milo wyszedł mu na spotkanie, zatrzymując się przy furtce, do której po chwili podszedł elf. Brunet spojrzał na zarumienioną twarz drobnego szatyna, którą rozjaśnił delikatny uśmiech. Chwilę potem spojrzał na zrujnowane mieszkanie.
- Doprowadzenie tego do porządku trochę ci zajmie – odezwał się w końcu elfi król, znów przenosząc wzrok na mulata, który w odpowiedzi przytaknął. – Na pewno nie chcesz jechać ze mną do Ab Alesi? Moja propozycja wciąż jest aktualna.
- Nie. Tutaj jest mój dom – wyznał Mag. – Poza tym, ktoś musi opowiedzieć legendy o wspaniałym Elfim Królu.
Aeonis zaśmiał się dźwięcznie, co Milo skomentował szerokim uśmiechem. Szarpany uczuciami, w końcu chwycił w dłonie twarz elfa, nachylił się i złożył długi, ciepły oraz czuły pocałunek na jego ustach. Jednak nie czuł, by to było pożegnanie. Wiedział, że jeszcze się zobaczą, więc gdy tylko się oderwał, potarł swoim nosem o jego.
- W takim razie – zaczął szatyn – wyślę posłańca z księgami, które pomogą w opanowaniu magii. I mam nadzieję, że wraz z Oliverem zechcecie przybyć do nas na wiosnę. Będą moje urodziny oraz święto Wiosennego Przesilenia.
- Z wielką przyjemnością, Wasza Królewska Mość – Ezra przytakną i na pożegnanie przytulił mocno szatyna. Ten zaśmiał się cicho i posłał ostatni, ciepły uśmiech mulatowi. Wrócił na swojego wierzchowca i cmokając na niego, zachęcił do ruszenia. Powolnym marszem minęli dom Ezry, który odprowadzał kolumnę wzrokiem.
- Więc to koniec? – spytał Oliver, który pojawił się u jego boku i również spojrzał na oddalające się elfy.
- Nie, Oliver. To tylko początek naszej przygody – odpowiedział, patrząc jak cała kolumna znika za zakrętem. Odwrócił wzrok i spojrzał w sarnie oczy przyjaciela. Posłał mu uśmiech i poklepał po ramieniu, wracając do swoich zajęć. - To dopiero początek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz