2
{Old Friends}
Słońce wstało nad lasem. Jego promienie odbiły się od śniegu, dodając okolicy uroku oraz rozświetlając ją; otulało swym blaskiem najwyższe z wieżyczek pałacowych, rozjaśniając szary kamień. Wdarło się między budynki, rozbudzając miasto. Sklepy i kramy powoli zaczęły się otwierać, a pierwsi mieszkańcy Ab Alesi wylegli na ulice.
Przez główną bramę, wprost na dziedziniec, wpadł blondyn w granatowej szacie zimowej. Szybkim, ale wciąż lekkim krokiem, przeszedł przez plac i wspiął się po oblodzonych schodach pałacu. Pociągnął ciężkie wrota i wszedł do głównego hallu, gdzie służki przywitały go krótkimi skinieniami głów.
Można powiedzieć, że pracował w pałacu, jednak służba kłaniała mu się za każdym razem - był doradcą księcia, choć nie odczuwał dzielącej ich bariery. Czuł się jego przyjacielem, choć raczej starał się nie wypowiadać, trzymał na uboczu i raczej był cichy, czuł to czym obdarza go jego książę – bezgranicznym zaufaniem.
Findecano zbiegł po schodach w dół i znalazł się w wąskim korytarzu. Do jego nozdrzy od razu dotarły przyjemne zapachy i wiedział, że w kuchni praca wre już od wczesnych godzin. Oblizał się na samą myśl o owocowych babeczkach czy pysznej szarlotce, jednak nie o podjadanie teraz chodziło.
Nacisnął klamkę drzwi i wśliznął się do środka. Kucharki kręciły się od garnka do garnka, przygotowując śniadanie. Nie tylko dla księcia, ale również dla pozostałych mieszkańców pałacu.
- Przepraszam – zatrzymał jedną z kucharek, która przystanęła i skłoniła mu się lekko. – Czy śniadanie dla panicza Olivera jest już gotowe?
- Tak, o tam – wskazała na tacę z maślanymi rogalikami, dżemem w porcelanowej miseczce oraz filiżankę świeżo zaparzonej kawy.
- Świetnie. Przynieś mi jeszcze cukiernicę i dzbaneczek ze śmietaną do kawy – poprosił kucharkę, a ta skinęła i odeszła. On natomiast podszedł do stołu i poprawił wszystko. Elfka doniosła mu to, o co poprosił. Podziękował jej uśmiechem i zabrał tacę. Ułożył ją na pełnej dłoni i wyszedł z kuchni.
Przemierzał kolejne korytarze, aż dotarł do tego właściwego. To tutaj zwolnił. Serce znów zaczęło mu tłuc się w piersi, a gdy stanął przed właściwymi drzwiami, miał wrażenie, że zapomniał, jak się oddycha. Wziął jednak głęboki wdech, nacisnął klamkę i wszedł do komnaty. Zamknął drzwi kopniakiem i spojrzał na łóżko.
Oliver leżał na brzuchu. Ręce wsunięte miał pod poduszki, w które wtulał policzek, narzuta przysłaniała jego ciało, a włosy opadały na twarz. Jego usta były lekko rozchylone, a oddech muskał materiał poduszki.
Findecano uśmiechnął się delikatnie i odstawił tacę na stolik, przy którym ustawiona była sofa i dwa krzesła. Następnie podszedł do okna i rozsunął ciężkie kotary. Gdy promienie słońca padły na łóżko, do jego uszu dotarł pomruk niezadowolenia.
- Dzień dobry, Oliverze – przywitał się, kierując do drugiego okna i zerkając na chłopaka przez ramię. – Podano śniadanie.
Rozsunął kotary i obracając się na pięcie, spojrzał na szatyna, który podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając zaspane oczy. Blondyn chwilę przyglądał się temu uroczemu widokowi, po czym podszedł do łóżka. Pochwycił z ramy długi do ziemi, obszyty srebrną nicią szlafrok w kolorze ciemnego brązu. Stanął przy boku i poczekał, aż chłopak wyplącze się z narzuty. Wtedy rozłożył go, a Gilbert pozwolił mu go na siebie założyć.
- Dziękuję – posłał jasnookiemu uśmiech, przewiązując go w pasie sznurem. – I dzień dobry.
- Ja… - zaczął Fin. – Chciałbym przeprosić za mój wczorajszy wybuch.
- W porządku. Nic się nie stało – Oliver machnął ręką i ruszył w stronę stolika, gdzie czekało na niego śniadanie. Zajrzał do filiżanki i został mile zaskoczony. – To elfy piją kawę?
Spojrzał na blondyna, który uśmiechnął się i podszedł do niego.
- To normalna roślina. Hodujemy ją w szklarniach – wyjaśnił i sięgnął po filiżankę. – Twoja jest parzona ze świeżo zmielonych ziaren z ostatniego zbioru. To znaczy… Może lepiej żebyś nie wiedział.
Podał filiżankę szatynowi, a ten wziął ją od niego, uważnie lustrując go swoimi sarnimi oczyma. Upił łyk ciepłego napoju i poczuł tę charakterystyczną gorycz, za którą nie przepadał.
- Muszę przyznać, że wyśmienita – stwierdził, odstawiając ją na spodeczek i sięgając po dzbaneczek ze śmietaną. – Ale preferuję ze śmietanką.
Oliver okrążył stolik i rozsiadł się na kanapie, zaś Findecano przysiadł na skraju krzesła. Przez chwilę panowała między nimi cisza, którą przerywał tylko brzdęk sztućców o naczynia. Dopiero kiedy szatyn się najadł i sięgnął po filiżankę z kawą, spojrzał na elfa, który miętolił skrawek swojego płaszcza.
- Opowiedz mi – odezwał się, a blondyn podniósł na niego swoje duże, chabrowe tęczówki. – Skoro to wszystko jest prawdą.
Elf westchnął i przebiegł palcami po jasnej grzywce. Sięgnął po pozostawiony kawałek rogalika i wgryzł się w niego, po czym przełknął.
- To trochę przez to się rozzłościłem. Kiedy zapytałem cię o to czy coś może stać się legendą po sześciu wiekach – zaczął. – To było głupie, ale po prawie sześciuset latach snu ma się pewne wyobrażenia.
Findecano zamilkł na chwilę. Oliver w tym czasie upił kolejny łyk kawy, znów mu się przyglądając. Opowieści, które z taką pasją deklamował Ezra, nie kłamały. Elfy faktycznie były piękne. Śniada cera sprawiała, że wyglądał na kruchego. Przenikliwe oczy przyprawiały go o dreszcze, gdy patrzyły na niego. Miał ochotę odgarnąć te jasne kosmyki i sprawdzić czy ma spiczaste uszy.
- Kiedy ten człowiek pojawił się w Ab Alesa, wszyscy uważnie mu się przyglądali. Było to bowiem jedyne miasto, do którego wasz gatunek nie wkroczył – delikatny głos blondyna wyrwał go z krótkiej zadumy. – Był dobrym aktorem. Przekupił wszystkich pięknymi słowami, delikatnym uśmiechem i chęcią pomocy. Nawet król mu uległ. Jednak książę szybko go przejrzał. Dostrzegł mrok w jego sercu.
- Według legendy Aeonis walczył z nim na Słowa – wtrącił się Oliver. – Wycieńczony opadł na tron i wtedy Mag rzucił na niego ten urok, jednak książę w ostatniej chwili zdążył rzucić czar, który je łamał i osiadło ono na Fontannie Życia.
- Dokładnie tak to się skończyło. A słowa osiadły na fontannie ze względu na fakt, iż królowa wypiła z niej wodę. Książę jest więc z nią niejako związany – mówił dalej Fin. – Zaklęcie natomiast miał złamać potomek Ariona Milo. Tak bowiem nazywał się Mag. Ale serce jego potomka miało być dobre, niezatrute nienawiścią.
Szatyn wyprostował się i spojrzał na elfa. Odstawił filiżankę na spodeczek i zmarszczył brwi.
- Jak się nazywał ten Mag? – spytał.
- Arion Milo – posłusznie odpowiedział Findecano.
- Muszę się zobaczyć z Ezrą – stwierdził, podnosząc się gwałtownie i dopadając szafy.
- Pójdę go poinformować – odparł blondyn i udał się do drzwi komnaty. Wyszedł na korytarz i ruszył do komnaty bruneta. Oliver w tym czasie wygrzebał z szafy ubrania i założył je na siebie w pośpiechu, co spowodowało, że musiał się poprawić.
2.
Ezra nie spał dobrze tej nocy. Po powrocie z dziedzińca rozmyślał – długo i dogłębnie. Jeśli Aeonis był naprawdę, a Ab Alesa odżyła na nowo, to musiał tu trafić potomek Maga, który odczytał słowa zaklęcia, łamiącego zły urok. Doszedł do szokujących wniosków, ale by mieć sto procent pewności potrzebował się dostać na rynek.
Zarzucił na ramiona ten sam ciemnofioletowy zimowy płaszcz i wyszedł na korytarz, gdzie wpadł na blondyna w bladoniebieskiej szacie.
- Bardzo przepraszam – rzucił, ale elf złapał go za ramię. Spojrzał więc na niego wyraźnie zaskoczony.
- Panicz Ezra? – spytał blondyn, na co skinął głową. – Panicz Oliver chce się z panem zobaczyć jak najszybciej.
{Spiritual Awakeing}
- Dziękuję – odparł, a tamten go puścił, więc ruszył przed siebie. Zszedł po schodach i wszedł na korytarz, na końcu którego spostrzegł znajomą sylwetkę przyjaciela. Przyśpieszył i już chwilę potem stał u jego boku.
- Muszę ci coś powiedzieć – oznajmił na wejściu Oliver.
- A ja coś sprawdzić. Chodź – odparł brunet i pociągnął przyjaciela w stronę schodów. Szybko po nich zeszli, przeszli przez główny hall i wypadli na dziedziniec.
- Słuchaj, rozmawiałem z Finem – odezwał się szatyn, gdy kierowali się do bramy prowadzącej na dolne miasto. – Powiedział mi kilka ciekawych rzeczy. Jak na przykład to, że nasz pierwszy król…
- Ten, którego obaliła obecna rodzina królewska? – wtrącił Milo, kiedy szli w dół zatłoczoną ulicą, mijając kolejne kramy i stragany.
- Tak, dokładnie ten. Arion Milo – przytaknął Gilbert. – Słuchaj, on był tym Magiem z legend.
Ezra zatrzymał się gwałtownie, przez co przyjaciel wpadł na niego. Spojrzał na szatyna swoimi czekoladowymi oczyma, niedowierzając. To wszystko stawiało jego rozważania w zupełnie innym świetle.
- Król Arion Milo był Magiem – powtórzył, na co Oliver przytaknął. Wziął wdech i pociągnął go za łokieć. W kompletnej ciszy pokonali jeszcze parę metrów i przebijając się przez tłum elfickich kobiet, zachwycających się jakimś materiałem, wyszli na rynek. Zatrzymali się, a ich spojrzenia padły na fontannę, z której sączyła się skrząca woda. W jej środku stała postać odziana w długie szaty, a dookoła wygrawerowany złotymi literami był napis: Et incantator redeverit, verba recitaverit, oppidi recirrerit ars magica, et perrecterit fuerit.
Ezra wziął głęboki wdech, czując, jak brakuje mu tchu. Serce szybciej zaczęło pompować krew, a nogi stały się jak z waty, gdy zdał sobie sprawę, co się dzieje i kim tak naprawdę jest.
- Jestem potomkiem Ariona Milo – wydukał, a Oliver spojrzał na niego, wytrzeszczając oczy. – Te wszystkie rzeczy, które dzieją się czasem wokół mnie. Jestem Magiem.
- Spokojnie – odezwał się szatyn, opierając ręce na jego ramionach. – Oddychaj, przyjacielu.
- Byłem tu podczas powrotu z Milano – ciągnął dalej. – Kiedy po zamieci wyszedłem z tej chatki, o której ci mówiłem, zobaczyłem ruiny miasta i wszedłem w nie. A potem znalazłem tę fontannę. Zgarnąłem śnieg i odczytałem słowa.
- I powróci Mag, słowa odczyta, magia do miasta powróci, a książę wybudzi się – usłyszeli spokojny i melodyjny, męski głos. Odwrócili głowy, a ich oczy spoczęły na księciu. Dziś miał niezwykle błękitną szatę, która podkreślała głębię jego tęczówek. Śnieżnobiały szal pozostał jednak niezmienny. Podobnie jak srebrny diadem na jego rozwichrzonych włosach.
- Elerossie, pokaż panu Gilbertowi bibliotekę – odezwał się, podchodząc bliżej wraz z lokatym towarzyszem. – Zapewne zainteresują pana nasze kroniki.
- Wasze kroniki? – powtórzył z błyskiem w sarnich oczach.
- W rzeczy samej – przytaknął książę i posłał mu przyjazny uśmiech. Następnie wysoki elf, który mu towarzyszył, gestem dłoni poprosił, by ruszył przodem. Odprowadzili ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli w tłumie, po czym znów spojrzeli na siebie.
- Zechcesz mi potowarzyszyć? – zapytał Aeonis. – Chciałbym z tobą porozmawiać.
- O tym kim jestem? – zapytał brunet, puszczając go przodem. Nie śmiał się z nim zrównać, skoro był najprawdziwszym księciem. Stąpał krok za nim.
- Wydaje mi się, że do tego już doszedłeś – odpowiedział szatyn i przystanęli na moment, patrząc tym razem na fontannę od przodu. – Odczytałeś te słowa i zrozumiałeś.
Przytknął, wpatrując się w posąg, a potem spojrzał na elfa.
- To tylko dowodzi tego, że jesteś potomkiem Maga. Tylko on mógł złamać urok rzucony na miasto – wznowił książę. – Szukasz odpowiedzi na te wszystkie dziwne rzeczy, które dzieją się wokół ciebie. Mogę ci ich udzielić, ale musisz równie uważnie słuchać.
- Mam tak wiele pytań – przyznał mulat, kiedy ruszyli w stronę zamku. – Co to za dziwna energia, która przepływa przez moje ciało? Co to za słowa, których używam? Skąd znam ich znaczenie, mimo iż wypowiadam je pierwszy raz?
- Jak powiedziałem, mogę odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania, a wręcz muszę – powtórzył Aeonis. – Jednak to wymaga czasu i cierpliwości, a dziś niestety go nie mam. Mam pewne obowiązki, od których niestety nie mogę się oderwać.
Przeszli przez bramę i na powrót znaleźli się na dziedzińcu. Szatyn dostrzegł dwóch elfów w białych szatach, którzy rozmawiali przy schodach. Wiedział, że czekają na niego. Nie mógł więc dłużej zwlekać. Spojrzał w pełne nadziei, czekoladowe oczy bruneta i posłał mu ciepłe oraz czułe spojrzenie.
- Obowiązki wzywają – wyciągnął dłoń i odgarnął zabłąkany kosmyk kruczoczarnych włosów chłopaka. Delikatnie prześliznął się po policzku i cofnął rękę. – Jeśli chcesz, poproszę Findecano, aby zabrał cię do biblioteki. Może tam zaspokoisz choć trochę swoją ciekawość.
- Dziękuję, książę, ale raczej wrócę do komnaty – przyznał. – Muszę wszystko przemyśleć.
Aeonis ponownie wyciągnął dłoń w jego stronę. Na moment zacisnął palce na ramieniu Ezry, po czym pogładził je w pocieszającym geście i lekko skinął głową na znak zrozumienia. Następnie oddalił się w stronę elfów odzianych na biało, zostawiając bruneta z myślami sam na sam. Uznał, iż to lepsze rozwiązanie, niż wymuszanie na nim rozmowy czy czynów.
3.
Pałac pogrążony był we śnie. Na korytarzach panował półmrok, a niektóre z nich oświetlone były pojedynczymi pochodniami czy też światłem księżyca, wpadającym przez duże okna. Cisza była niczym niezmącona do momentu, aż drzwi jednej z komnat nie otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
{Timeless}
Swoje stopy na zimnej posadzce postawił Aeonis. Długi, śnieżnobiały szlafrok ze złotymi haftami, ciągnął się za nim i musiał go odrzucić, by nie przytrzasnąć drzwiami, które zamknął za sobą cicho. Poprawił go i przewiązał w pasie, po czym ruszył korytarzem. Minął komnaty niegdyś należące do jego rodziców i wyszedł na kolejny korytarz, niezwykle długi. Ruszył nim powoli, zerkając co rusz w okna i spoglądając na lśniące w dole miasto.
Stąpając na palcach, zszedł po schodach do głównego hallu. Skierował się do dwuskrzydłowych drzwi sali tronowej i stanął przed nimi. Spojrzał na nie, po czym z wrodzoną, monarszą dumą, uniósł głowę. Wziął wdech i wypowiedział cicho:
- Ante rege patefaceritis – jak na rozkaz, wrota do sali tronowej rozwarły się. Jego oczom ukazała się osnuta, księżycowym światłem i blaskiem delikatnych lampionów ustawionych w rogach, ogromna sala. Na jej samy środku stał wysoki piedestał, gdzie spoczywała królewska korona. Osnuta bladym światłem błyszczała – srebrna, przyozdobiona szafirami i szmaragdami, niegdyś spoczywała na głowie jego ojca.
Wszedł do środka, stając na palcach, jakby obawiał się, że zaburzy spokój i wzniosłość, jaka w tej chwili panowała w sali. Podszedł bliżej i przygryzł dolną wargę. Wyciągnął dłonie i przejechał opuszkami palców po chłodnym metalu. Chwilę potem lekko przekrzywił głowę na lewą stronę.
- Wejdź, Ezra, a nie czaj się za progiem – odezwał się na tyle głośno, by brunet go usłyszał. Już od dłuższego czasu zdawał sobie sprawę, że za nim idzie. Najwyraźniej i on nie mógł spać tej nocy.
- Skąd wiesz, że to ja? – spytał zaskoczony mulat. On okrążył piedestał, stając po jego drugiej stronie, tak by mieć widok na wchodzącego do środka chłopaka.
- Wy, ludzie, macie ciężkie kroki – wyjaśnił szatyn, dotykając jednego ze spiczastych zakończeń korony. – W pałacu jest ich tylko dwóch. Twój jest typowy dla kogoś, kto dużo podróżuje. Oliver jest raczej domatorem – nigdy, nigdzie się nie spieszy.
- Zadziwiasz mnie z każdą chwilą, Jaśnie Książę – stwierdził Milo, stając po drugiej stronie i spoglądając na koronę. – To twoja?
- Mojego ojca – odpowiedział Aeonis. Odwrócił się na pięcie i pokonał kolejną część pomieszczenia. Stanął przed obitym czerwonym materiałem tronem, przyglądając mu się uważnie. – Ale już za cztery dni będzie moja.
Przebiegł palcami po chłodnym drewnie, po czym na powrót zasiadł na tronie. Zacisnął palce na podłokietnikach i podniósł wzrok, szukając nim Ezry. Chłopak wciąż stał przy koronie, jednak tym razem wpatrywał się w niego swoimi dużymi, ciemnymi oczyma.
- Przespałem na tronie ojca pięćset siedemdziesiąt trzy lata – odezwał się. – Za kilka dni stanie się miejscem, gdzie będę spędzał sporo czasu, nie licząc sali narad.
- To długi czas – przyznał brunet.
- Pojawisz się wraz z Oliverem na koronacji? – zapytał elf.
- Oczywiście – mulat lekko skłonił się. – Jeśli książę sobie tego życzy.
- Doskonale – odparł szatyn i podniósł się z tronu. – Chodźmy stąd. Ta sala jest zamknięta do czasu koronacji.
- Ale ty ją otworzyłeś – zwrócił mu uwagę Ezra. Aeonis podszedł do niego i przyłożył opuszki do jego ust. Wspiął się na palce i szepnął w ucho Maga.
- Ty to wiesz i ja to wiem – jego ciepły oddech połaskotał karmelową skórę na policzku chłopaka. – I nikt więcej nie musi wiedzieć.
Odsunął się i zajrzał w jego głębokie, czekoladowe oczy. Kąciki jego ust uniosły się ku górze, gdy zdał sobie sprawę, jak brunet spiął się na jego tak bliską obecność. Jemu też bliskość Ezry podobała się. On mu się podobał. Przez te kilka dni mógł doskonale przeanalizować niezwykłą urodę tego młodego człowieka.
Zacisnął palce lewej ręki na ramieniu mulata i ponownie wspiął się na palce. Prawa dłoń prześliznęła się po karku Maga, a następnie po ciepłym policzku. Omiótł oddechem usta bruneta, by po chwili złożyć na nich delikatny pocałunek. Na początku Ezra nie odwzajemnił go, co nie zniechęciło Aeonisa. Zacisnął palce na jego karku i dopiero wtedy Milo zareagował.
Objął szatyna w pasie i zdał sobie sprawę, jak wątły, drobny oraz kruchy jest książę. Przyciągnął go bliżej siebie i w końcu odwzajemnił pocałunek, jakim został obdarzony. Jego wolna dłoń powędrowała do kasztanowych włosów, które przeczesał. Poczuł też pod palcami spiczaste uszy.
- To chyba niewłaściwe, nie uważasz? – odezwał się brunet, kiedy elf prześliznął się nosem po jego szyi. – Jesteś księciem.
- I co z tego? – mruknął. – Podobasz mi się. Jesteś piękny.
Mimo wszystko, szatyn cofnął się i obrzucając ostatnim, przelotny spojrzeniem chłopaka, skierował się do wyjścia.
- Chodźmy. Czas spać – odparł. Odczekał aż Ezra opuści salę tronową i na powrót zapieczętował ją zaklęciem. Obaj wolnym krokiem ruszyli pałacowymi korytarzami. Rozstali się przy komnacie bruneta, gdzie książę obdarował go ostatnim pocałunkiem, szepcząc dormitas, by tym jednym, krótkim zaklęciem, ułatwić mu sen.
4.
Elerosse wszedł na korytarz, mijając służkę, która pokłoniła mu się lekko. Odwzajemnił gest, podszedł do drzwi jednej z komnat i wszedł do niej bez większych ogródek. Spojrzał na śpiącego bruneta, wydając usta w dziubek. Nie był przekonany do tych ludzi, ale jeżeli złamał on zły urok, musiał mieć dobre serce, jednak i to ani trochę go nie uspokajało.
Odetchnął i przeszedł przez komnatę. Schwycił w długie palce kotary i rozsunął je. Poranne światło rozjaśniło jego twarz i padło prosto na łóżko. Odwrócił się na pięcie i spojrzał na nie. Brunet poruszył się niezadowolony i przekręcił na drugi bok, przykrywając się narzutą po sam czubek głowy.
- Czas wstać, paniczu – odezwał się lokaty, podchodząc do łóżka i ściągając przykrycie. – Jaśnie książę chce zjeść z tobą śniadanie w gabinecie.
- Śniadanie? – zapytał zaspanym głosem mulat, siadając i przeciągając się.
- Tak, śniadanie – potwierdził Elerosse. – Zaczekam przed komnatą.
I nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony Maga, skierował się do wyjścia. Zamknął za sobą drzwi i odetchnął, kręcąc głową. Ludzie byli strasznie leniwi i ospali - tak przynajmniej mu się wydawało, bo za wielu - poza tą dwójką, która obecnie przebywała w pałacu - nie spotkał. Splótł ręce na piersi i uzbroił się w cierpliwość.
Ezra wyszedł po dwudziestu minutach, dopinając swój płaszcz. Lokaty zmierzył go od stóp do głów, po czym odwrócił się na pięcie. Szli korytarzami w ciszy, co rusz mijani przez służbę. Gdy znaleźli się przy schodach prowadzących prosto do głównego hallu, odbili w lewo na kolejny korytarz. Mulat wyjrzał przez balustradę w dół i dostrzegł spory gwar oraz straż przy sali tronowej. Przyglądał się temu, dopóki nie zniknęli za rogiem. Wtedy spojrzał przed siebie i na końcu dostrzegł mahoniowe drzwi. To tam się kierowali.
Elf zapukał w drzwi. Gdy usłyszał przyzwolenie na wejście, nacisnął klamkę i wspięli się po niewielkich schodkach do środka.
Gabinet okazał się być niezwykle przestronnym pomieszczeniem. Podłoga włożona była hebanowymi deskami i przykryta puszystym, białym dywanem. Po prawej znajdowało się obszerne biurko oraz krzesło wykonane z tego samego drewna, co podłoga. Za nim po ścianie rozciągała się ręcznie haftowana mapa Pallasu. Po przeciwległej stronie stało kilka regałów oraz znajdowały się spiralne schody, prowadzące na antresolę, która ciągnęła się po obwodzie całego gabinetu.
Mulat zadarł głowę do góry i spojrzał na nią. Ciągnęły się tam kolejne regały z przerwami przy oknach. Dostrzegł też mały, okrągły stolik z dwoma krzesłami. Balustrada była złota, a w centralnym jej punkcie - na wprost drzwi - wisiał królewski herb.
- Robi wrażenie, czyż nie? – usłyszał ten przyjemny, ciepły głos, więc spuścił głowę. Dopiero teraz dostrzegł nakryty stolik do kawy. Po obu jego stronach stały po dwa krzesła, a przy jednym z nich Aeonis i jakaś elfka. Wskazał na jedną z kartek, które trzymała, po czym skłoniła się i wycofała z gabinetu.
- Dziękuję, Elerossie. Jesteś wolny – oświadczył szatyn, na co lokaty również się skłonił i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. – Mniemam, iż dobrze spałeś?
- Po tym małym słowie, które wyszeptałeś, bez wątpienia – przyznał, na co książę uśmiechnął się i gestem zaprosił go do stolika. Podszedł i usiadł w wygodnym krześle, po czym spojrzał na Aeonisa - ten zajął miejsce naprzeciw i zapytał:
- Do śniadania preferujesz kawę czy może herbatę?
- Kawę, jeśli można – odpowiedział, a elf sięgnął po dzbanek i napełnił dwie filiżanki. – Przygotowania do koronacji idą pełną parą, jak mniemam.
- W rzeczy samej – przytaknął, odkładając porcelanowe naczynie i sięgając do cukiernicy. Mulat podziękował i dolał sobie tylko mleczka. Nachylił się i wypełnił nim również kawę elfa. Przyglądał mu się, gdy obaj zajadali chrupiące rogaliki maślane z dżemem truskawkowym. Tyle razy opowiadał o tych przedziwnych stworzeniach, a dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, jak prawdziwe to wszystko było. Zwłaszcza on. Faktycznie jego włosy zawsze były rozwichrzone, a oczy przenikliwe, o głębokiej barwie turkusa, otulone długimi rzęsami. Był drobny, ale mimo tej całej kruchości oraz łagodności, wydawał się niezwykle silny. Być może to przez fakt, iż był księciem, a wkrótce miał zostać królem.
- O czym myślisz? – głos księcia wyrwał go z rozmyślań, a spojrzenie przyprawiło o dreszcz.
- O niczym konkretnym – przyznał Ezra, sięgając po swoją filiżankę. – Zastanawiałem się, ile prawdy jest w historiach o was.
- To niebywałe, jak w ciągu kilku wieków można stać się legendą – stwierdził Aeonis, odwracając głowę w stronę okna. – Ale to też nasza wina. Nie wpuszczaliśmy tutaj ludzi. A z tego, co się zdążyłem dowiedzieć, to gdy Arion ogłosił się królem, wiele elfów wyemigrowało.
- Jestem jego potomkiem – odezwał się cicho Milo. – Dziwnie mi z tobą rozmawiać.
Przymknął oczy, gdy przypomniał sobie, co wydarzyło się w nocy w sali tronowej, teraz dobrze pilnowanej przez straż królewską. Chwilę potem poczuł delikatny dotyk na dłoni. Place prześliznęły się w górę, do policzka, poprzez linię szczęki.
- Nie zadręczaj się, Ezra – usłyszał przy uchu, więc rozchylił powieki i pozwolił podnieść swoją głowę. Spojrzał wprost na pochylającego się nad krzesłem elfa. – Nie masz czym. Jesteś inny. Złamałeś urok. Obudziłeś mnie.
Książę uśmiechnął i odgarnął kruczoczarne włosy z jego czoła, na którym złożył pocałunek. Mulat westchnął cicho na ten czuły gest, po czym kąciki jego ust uniosły się lekko ku górze.
- A teraz odpowiem na twoje pytania – stwierdził szatyn, prostując się. Podszedł do biurka, z którego wziął niewielką i niezbyt grubą książkę. – Jak zapewne wiesz z legend, Arion był potomkiem elfki oraz człowieka. Posiadał więc pewne zdolności, typowe dla naszego gatunku, które ty odziedziczyłeś.
Aeonis z powrotem zajął swoje miejsce naprzeciwko bruneta i położył przed nim wcześniej wspomniany tomik. Milo zerknął na niego, odczytując tytuł.
- Ars Magica. Sztuka Magii, bowiem tym jest ta dziwna energia, którą czujesz za każdym razem, gdy wypowiadasz Verba, czyli Słowa – wyjaśnił elf, biorąc w ręce swoją filiżankę i upijając łyk kawy, wygodnie rozsiadł się na swoim krześle. – Pozwól, że zacznę od języka, którym się posługujesz. To nic innego, jak Język Prawdy, czyli nasz język. Wyuczyliśmy się waszego, by móc się komunikować z ludźmi, jednak ma on do siebie to, że można w nim kłamać.
- W waszym to niemożliwe? – zdziwił się Ezra.
- Tak. Mówisz tylko i wyłącznie szczerą prawdę. Nawet, gdybyś chciał spróbować kogokolwiek okłamać, Verba ci na to nie pozwolą – wznowił, kiedy on przerzucał kolejne strony książki i uważnie słuchał. – Słowa służą do układania zaklęć, uroków czy czarów. Znasz odpowiednie Słowo, umiesz wyczarować daną rzecz czy wywołać zjawisko.
- Jak na przykład ignis? – dopytywał się, a książę przytaknął. – Ale skąd u mnie świadomość tego, że takie Słowo istnieje i fakt tego, iż wiem, co ono oznacza?
- Kiedy rodzi się elf, ma w sobie zaszczepioną nie tylko Magica, ale i podstawowe Verba – wyjaśnił Aeonis, znów upijając łyk swojego napoju. – Ty też urodziłeś się z podstawowym zasobem Słów, a gdy widzisz inne, automatycznie rozpoznajesz, że to Język Prawdy i wiesz, jak je odczytać. Nie pojmuję jednak faktu, iż automatycznie wiesz, co one oznaczą.
- To źle? – spytał niepewnie brunet.
- Nie wydaje mi się – rzucił w odpowiedzi szatyn. – Może po prostu urodziłeś się z większym zasobem albo gdzieś je widziałeś.
Mag zmarszczył brwi. Zaczął zastanawiać się, gdzie mógł widzieć Słowa. Na pewno nie w rodzinnym domu - nie mieli przecież książek. W Noricum też nie miał do nich wielkiego dostępu. Jedyny dostęp do nich miał tylko u medyka, u którego pobierał nauku. Tam miał dostęp do ksiąg. To w nich znajdował nazwy roślin - jak się teraz okazało - w Języku Prawdy.
- Widziałem je w księgach u medyka, u którego miałem praktyki – przyznał po chwili namysłu i spojrzał na elfa.
- Ach, więc jesteś medykiem – uśmiechnął się.
- Tak. Uprawiam dość nietypowe lecznictwo – przyznał mulat, przejeżdżając palcami po złotych literkach na okładce. – Wykorzystuję nazwy roślin w waszym języku, uzupełniając je o proste Słowa związane z uzdrawianiem.
- Ciekawe – Aeonis złożył usta w dziubek, po czym odłożył filiżankę na spodeczek. – Będziesz mi musiał kiedyś pokazać. A teraz wybacz - mam spotkanie związane z koronacją.
- Rozumiem – Ezra podniósł się z krzesła. – Pójdę do siebie i przejrzę książkę.
- Zajrzę w wolnej chwili – zapewnił go książę i odprowadził do drzwi. Powstrzymał go jednak przed otworzeniem ich. Zaskoczony brunet spojrzał na niego. Spostrzegł, jak elf wspina się na palce i wiedział co, chce zrobić. Szybko więc nachylił się i złączył ich usta w krótkim pocałunku. Dopiero po tym Aeonis otworzył mu drzwi i wypuścił.
5.
Poprawił ciemne pasma włosów, które, jak na złość, nie chciały go dziś słuchać. Warknął więc niezadowolony i ostatni raz je zaczesując, pochwycił z krzesła jasnoszarą pelerynę. Wypadł z komnaty i dopinając ją pod szyją, ruszył znajomymi już korytarzami. Zbiegł po schodach i wypadł na główny hall, gdzie zatrzymał się gwałtownie.
Nieopodal sali tronowej bowiem stał Aeonis w towarzystwie zawsze mu wiernych Findecana i Elerosse’a. Gdy tylko jego kroki zamilkły, cała trójka spojrzała na niego. On jednak całą uwagę skupił na księciu, który zachwycił go.
{I Will Be King}
Miał na sobie błękitny kontusz, którego rękawy były rozcięte do łokcia i obszyte złotą nicią. Pod spodem marszczył się jasnoszary, idealnie dopasowany, jedwabny żupan. W pasie przewiązany miał złoty, szeroki pas, a na ramiona zarzuconą pelerynę w tym samym kolorze. Kasztanowe włosy, jak zwykle rozwichrzone były we wszystkie strony. Nawet w dzisiejszym, tak ważnym dniu, nie układały się należycie. Jego oczy były jeszcze bardziej przenikliwe niż zazwyczaj. Przypuszczał, że to przez kolor szaty, która wydobywała głębię i podkreślała ją.
Ezra przełknął ślinę na ten widok. Przyszły król wyglądał bowiem olśniewająco i zwalał z nóg swoją urodą. Dopiero jego słowa wyrwały go z osłupienia.
- Ceremonia zaraz się zacznie. Nie powinieneś być już na sali? – zapytał elf, a on wyczuł nutę, która sprawiła, że jego głos zadrżał. Westchnął i ruszył przez hall.
- Tak. Nie umiałem… Doprowadzić się do porządku – stwierdził, stając na wprost.
- Wyglądasz idealnie – przyznał szatyn.
- Ty też – odparł Mag.
- Możecie zostawić nas na chwilę? – poprosił Aeonis, na co jego przyjaciele skłonili się lekko i odeszli na drugi koniec. – Denerwuję się.
- Widzę – przyznał mulat. – Jesteś bledszy niż zazwyczaj.
- Boję się, że nie podołam – szepnął elf, nerwowo wygładzając strój.
- Przestań. To ci nie pomoże – oznajmił Milo i chwycił w dłonie drobne ręce szatyna. Pogładził zewnętrzną stronę kciukami, a długie palce lekko ścisnęły jego. – Będziesz dobrym królem. Jestem tego pewien. Pokazałeś mi to w ciągu ostatnich dni. Po prostu ufaj sercu.
Książę uśmiechnął się, a on lekko skinął głową, po czym ruszył do sali. Lekko pchnął drzwi i wszedł do środka. Przemknął wzdłuż rzędu najlepszych rycerzy i stanął u boku Olivera. Ten zmierzył go od stóp do głów, na co prychnął.
Zawiasy znów skrzypnęły, a wrota do sali tym razem otworzyły się na oścież. Stał w nich Aeonis, a tuż za nim Fin i Elerosse. Ruszyli po rozwiniętym, czerwonym dywanie, a gdy przechodzili obok, szatyn spojrzał na niego. Posłał mu pokrzepiający uśmiech, nim go minął, a potem już obserwował, jak zatrzymują się przed tronem.
Koronacja przebiegała bez komplikacji. Siwiejący kapłan, który ją prowadził, właśnie miał przejść do oficjalnej części. Książę uklęknął przed nim, a Ezra spojrzał na Olivera i posłał mu uśmiech, który ten odwzajemnił. Kątem oka dostrzegł wysokiego elfa o kruczoczarnych, kręconych włosach, w bordowej szacie. Stał niespokojny, w jego zielonych oczach skrywało się coś złowrogiego, a między palcami przepływały podejrzane smugi. Przygryzł dolną wargę i zacisnął pięść.
Na salę wniesiono koronę i przelotnie spojrzał na Aeonisa oraz toczącą się ceremonię, po czym znów przeniósł wzrok na podejrzanego elfa.
- A teraz przysięga – odezwał się kapłan. – Czy ty, Aeonisie Surion, synu Aryi i Fiora, przysięgasz służyć krajowi i rządzić ludem elfim zgodnie z jego prawami oraz obyczajami?
Nim szatyn zdążył odpowiedzieć, obserwowany przez mulata elf w bordowej szacie, odwrócił się i posłał w kierunku księcia ciemną smugę. Przez salę przebiegła fala poruszenia, a niektóre dworzanki cicho zakrzyknęły, odsuwając się z linii ognia. Ezra natomiast wyszedł z szeregu i uwolnił energię, którą do tej pory skupiał w zaciśniętej dłoni.
- Scutum – wypowiedział, odpowiednio akcentując słowo. Przed nim rozproszyła się sieć złotych niteczek, formując tarczę, od której odbiła się ciemna smuga i rozproszyła. Elf o ciemnych lokach spiorunował go, po czym odwrócił się na pięcie i w pośpiechu opuścił salę. Za nim ruszyło kilku postawnych żołnierzy. Milo wycofał energię, po czym spojrzał za siebie. Aeonis podniósł się na proste nogi i przyglądał wszystkiemu. Chwilę potem przeniósł wzrok na Elerosse’a, który skinął głową i wycofał się z sali tronowej bocznym wyjściem.
Szatyn odwrócił się w stronę kapłana i znów ukląkł. Spojrzał na niego z dołu i odpowiedział:
- Przysięgam.
- Czy przysięgasz, że poprzez swoją władzę będziesz wydawał sprawiedliwe oraz miłosierne osądy? – zapytał duchowny.
- Przysięgam – powtórzył, wyraźnie i głośno.
- Czy przysięgasz być królem mądrym, sprawiedliwy, ale także wyrozumiałym? – ciągnął dalej.
- Przysięgam – odpowiedział po raz ostatni szatyn.
Kapłan skinął głową i sięgnął po koronę.
- Z mocy Ars Magica oraz Verba Veri, koronuję Cię, Aeonisie Surion na króla Ab Alesa – uniósł ją w górę i nim włożył na głowę władcy, wyszeptał kilka słów w Języku Prawdy. – Et reges curatur tecum.
Następnie ostrożnie umieścił ją na głowie elfa. Król wyprostował się, odwrócił w stronę tłumu i zaprezentował się w całej okazałości.
- Niech żyje król! Vivat rex! – zakrzyknął Findecano, a cały dwór i zaproszeni goście poszedł w ślad za nim. Zakrzyknęli zwrot trzy razy na znak pomyślnych rządów swego nowego władcy. Dopiero wtedy zasiadł na tronie ojca, a wszyscy pokłonili mu się.
6.
Ezra przeciskał się przez tłum elfów. Środek sali właśnie zajęły pary po Pierwszym Tańcu Króla i rozpoczęły wirować w takt muzyki. On sam wyszedł przy jednej z kolumn, a jego wzrok od razu powędrował w stronę tronu. Stał przy nim Aeonis i z uwagą słuchał tego, co mówił Elerosse i jeden z żołnierzy, który mu towarzyszył. Oblicze elfa było niezwykle poważne i zaczął się zastanawiać, ile on ma twarzy. Zazwyczaj widział jego łagodną stronę. Przyjazną i cierpliwą, a śliczny uśmiech nie schodził z jego ust. Jednak elfy były tajemniczymi stworzeniami.
Szatyn wydał rozkaz rycerzowi, który skłonił się i cichaczem opuścił salę. Lokaty natomiast wznowił rozmowę z królem. Ten jednak przerwał mu gestem ręki, najwyraźniej nie mając ochoty na dalsze wysłuchiwanie jego słów. Zielonooki widząc to, pokłonił się i wycofał.
Aeonis westchnął i powoli przemierzył bawiących się dworzan swoim uważnym okiem. Właśnie chciał spocząć, gdy jego wzrok zatrzymał się na Magu. Mulat odwrócił spojrzenie, gdy tylko napotkał przenikliwe oczy elfa i zaczął palcami jeździć po zdobieniach kolumn. Nie oderwał od nich wzroku, dopóki kątem oka nie spostrzegł błękitnej szaty, która zaszeleściła cicho.
- Nie spodziewałem się, że to Oropher zdradzi – usłyszał delikatny głos i dopiero wtedy podniósł głowę, spoglądając w jasne oczy, które były smutne. – To był jeden z najbardziej zaufanych ludzi mego ojca. Myślałem, iż wesprze mnie.
- Masz Findecana i Elerosse’a. Są tobie oddani – odpowiedział brunet, chcąc jakoś dodać mu otuchy. – Poza tym, nadeszły nowe czasy, a to oznacza zmiany. Nie idź za tym, co stare i dobrze ci znane. Twórz nowe, silne układy z ludźmi, którym ufasz.
- Niezwykła mądrość, jak na kogoś, kto nie jest elfem – stwierdził szatyn, na co on uśmiechnął się lekko. – Powinienem ci podziękować za to, co zrobiłeś podczas ceremonii. Jestem pod wrażeniem.
- Przez ostatnie trzy dni siedziałem z nosem w księgach z Verba – przyznał się młody Mag.
- Och, przepraszam. Nawet nie znalazłem chwili, by zajrzeć i sprawdzić, jak twoje studia nad magią – zasmucił się odrobinę świeżo upieczony król.
- Nie masz za co – zapewnił go Ezra. – W tej dziedzinie od zawsze byłem samoukiem.
- Obiecuję znaleźć dla ciebie odrobinę czasu w najbliższych dniach. Na pewno masz jakieś pytania – stwierdził Aeonis, po czym spojrzał za siebie. Wszyscy dobrze się bawili i nawet Fin - zazwyczaj nieśmiały i cichy - dał się porwać w wir zabawy wraz z Oliverem.
Znów spojrzał na mulata i chwycił go za rękę. Weszli między kolumny, gdzie zamajaczyło im przejście. Milo nie pytał o nic, tylko dał się poprowadzić. Przeszli więc wąskim korytarzem i wyszli na główny hall. Z sali dochodziły ich dźwięki muzyki, kiedy szatyn spojrzał na niego. Jego oczy rozbłysły w słabym świetle pochodni.
- Jak wy, ludzie, nazywacie to uczucie, – odezwał się cicho, bawiąc się palcami prawej dłoni bruneta – kiedy serce zaczyna bić szybciej przy osobie, którą lubisz? Jest ci przy niej gorąco i słabo, a zarazem czujesz się tak, jakbyś mógł podbić cały świat?
- Nazywamy to uczucie miłością – odpowiedział, pozwalając by elf podszedł bliżej i jego drobna dłoń prześliznęła się po jego piersi. – Amos.
- Amos – powtórzył cicho Aeonis i spojrzał w czekoladowe oczy chłopaka. Na jasne policzki króla wkradły się rumieńce, więc od razu spuścił wzrok, zawieszając go na guzikach kamizeli. Mag uśmiechnął się lekko i sięgając dłonią do jego twarzy, pogładził go kciukiem. Przejechał opuszkami palców po linii szczęki i chwytając podbródek, znów nakierował te jasne, błyszczące tęczówki na swoją twarz.
- Rumieńce i speszenie też jest czymś normalnym – uśmiechnął się lekko Ezra, przejeżdżając po jego wąskich ustach. – A także niesamowity zachwyt tą drugą osobą.
- Zachwycam cię? – wyszeptał szatyn.
- Niesamowicie – wyznał Milo i nachylił się. Musnął miękkie i ciepłe wargi elfa, który od razu odwzajemnił pocałunek, a drobne palce zacisnęły się na jego tali. Przyciągnął drobne ciało bliżej siebie i mocniej naparł na jego usta. Przerwało im skrzypnięcie wrót. Oderwali się od siebie i skryli w cieniu. Spostrzegli, jak z sali tronowej wyłania się niewysoka postać Findecana. Elf rozejrzał się, a chwilę potem obok niego pojawił się Oliver. Powiedział coś do blondyna i obaj wrócili, zamykając za sobą wrota.
- Chodź – powiedział Aeonis, chwycił dłoń mulata i pociągnął w stronę schodów.
Jego złocista peleryna falowała, gdy w pośpiechu mijali kolejne korytarze. Błękitny żupan, plątał się pod nogami, więc chwycił go wolną dłonią i ruszył dalej. Blade światła z zewnątrz oświetlały ich sylwetki, a dźwięki instrumentów cichły gdzieś za ich plecami.
Weszli na jeden z licznych korytarzy i zwalniając, stanęli przed drzwiami do komnaty. Aeonis nacisnął klamkę i wpuścił bruneta przodem. Obrzucił on pomieszczenie przelotnym spojrzeniem. Po rozmiarach i przepychu, zorientował się, iż są w komnacie należącej do króla.
{Eternal Love}
Ezra odwrócił się na pięcie i przełknął ślinę. Elf bowiem zdjął z ramion złotą pelerynę i odrzucił na bok pas. Z ramion zsunął błękitny kontusz, pozostając w samym jedwabnym żupanie oraz dopasowanych spodniach. Zrzucił ze stóp ciężkie buty i lekko stąpając na palcach, podszedł do chłopaka. Odpiął jego jasną pelerynę, która zsunęła się pod ich stopy.
- Czy ludzie okazują sobie miłość tak, jak elfy? – spytał szatyn, zsuwając z głowy ciężką koronę. Z brzdękiem upadła na podłogę i potoczyła się. Mulat spojrzał na niego zaskoczony, po czym poczuł, jak długie palce powoli rozpinają guziki jego kamizelki, więc spojrzał na drobną postać przed nim.
- Zależy, jak sobie ją okazujecie – odparł cicho, czując jak jego serce zaczyna szybciej pompować krew. Zaczął się zastanawiać czy to, co się teraz dzieje jest właściwe. Przecież nie robili nic złego.
- Stajemy się jednością – odszepnął cicho elf, do końca rozpinając kamizelkę i zsuwając ją z jego ramion, dopóki młodszy chłopak nie domyślił się o co mu chodzi. – Mówią, że to przyjemność.
- Nie kochałeś się jeszcze? – zapytał zdziwiony Milo, na co król zaprzeczył ruchem głowy. Chwycił jego nadgarstki, a ten spojrzał na niego zaskoczonymi oczyma. – Nie powinienem. Czy to nie obraza majestatu, Waszej Królewskiej Mości?
- Nie. Nie jest nią – odparł Aeonis. – Co prawda mój rozsądek mówi, iż faktycznie nie powinienem, ale serce dziwnym trafem rwie się do ciebie. Dziś przed koronacją kazałeś bym mu ufał, więc to robię. Dlaczego chcesz…
Nie zdążył dokończyć, gdyż Mag zachłannie wpił się w jego usta. Uwolnił jego nadgarstki i przyciągnął bliżej jego wątłe ciało, tak że ich klatki piersiowe zderzyły się ze sobą. Szatyn zarzucił mu ręce na szyję i odwzajemnił pieszczotę, pozwalając mu pogłębić pocałunek.
Ich oddechy zmieszały się ze sobą, gdy oderwali się od siebie. Dłonie Ezry prześliznęły się po plecach elfa oraz jego biodrach i mocniej zacisnęły na udach. Ten oplótł go nogami w pasie i westchnął głośno, kiedy brunet zaczął obsypywać pocałunkami jego szyję. Ułożył go delikatnie na łóżku i zaczął rozpinać złote guziki. Podciągnął go do pozycji siedzącej i zdjął z niego jedwabny żupan wraz z koszulą, którą miał pod spodem.
- Jesteś pewien… - zaczął mulat, ale elf mu przerwał.
- Tak – odpowiedział szybko. Jego oddech przyspieszył, a serce biło szybciej.
- Obawiasz się – wyszeptał cicho, całując Aeonisa w czubek nosa.
- Ale chcę to zrobić z tobą – przyznał, przebiegając palcami po kruczoczarnych włosach i ostatecznie zaciskając je na koszuli chłopaka. Pomógł mu się jej pozbyć, by po chwili znów poczuć ciepłe, pełne wargi na swoich. Oddawał pocałunki, błądząc dłońmi po jego umięśnionych plecach.
Ezra schodził z pocałunkami coraz niżej. Obdarzał nimi rozgrzaną skórę na szyi, następnie obojczykach. Ścisnął palcami jeden ze sutków króla, co zaskutkowało cichym jęknięciem. Mulata fascynował niezwykły kontrast między jasną skórą elfa, a jego własną, ciemniejszą. Z namaszczeniem pieścił jego ciało, ześlizgując się po jej gładkiej fakturze, przyprawiając go o gęsią skórkę oraz ciche westchnięcia.
Księżyc w pełni zajrzał do komnaty, kiedy skryci pod aksamitną narzutą oddali się sobie. Kasztanowe włosy Aeonisa rozsypały się na poduszce, na której zacisnął dłoń. Palce drugiej wbiły się w umięśnione plecy Maga, gdy ten powoli poruszał się w nim. Delikatna warstwa potu pokryła ich ciała, a urywane oddechy mieszały się ze sobą.
Elfi władca wyciągnął szyję, domagając się pocałunku. Był on głęboki i niezwykle namiętny. Nieprzyjemne uczucie, że robią coś niewłaściwego już dawno opuściło mulata, gdyż on również kochał. Kochał to drobne ciało, które tak idealnie wpasowywało się w jego. Ten kontrast, który pojawił się między nimi. I nie mówił tylko o kolorze skóry, ale również o charakterach czy samym fakcie przynależności do innych ras.
- Ezra – wydyszał szatyn, wyginając się w łuk, jęcząc i mocniej wbijając paznokcie, gdy chłopak ponownie pchnął. Mag nachylił się i dmuchnął w jego spiczaste ucho, co wywołało cichy chichot u elfa. Kącik jego ust uniósł się ku górze na ten przyjemny dźwięk i przygryzł jego płatek. Wpił się w jasną skórę, pozostawiając na niej czerwony ślad.
Powietrze zgęstniało, a ich szybkie oddechy oraz jęki, zmieszały się. Aeonis czuł przyjemność zalewającą jego ciało i kumulującą się w podbrzuszu. Wzdłuż kręgosłupa przeszedł go dreszcz. Wygiął się, po komnacie rozszedł się jego przeciągły jęk i opadł na prześcieradło. Brunet pchnął jeszcze kilka razy, po czym i on szczytował.
Opadł na falującą pierś elfa, który od razu objął go ramieniem i zaczesał ciemne kosmyki za jego ucho. Mulat musnął ustami jego pierś, po czym podpierając się po obu stronach, spojrzał w te przenikliwe, turkusowe oczy.
- Wszystko w porządku? – spytał, na co szatyn przytaknął i uśmiechnął się uroczo. Pocałował go więc w czoło. – Czy Wasza Królewska Mość życzy sobie, bym poszedł?
- Zostań – szepnął cicho elf. Milo musnął wciąż rozgrzany policzek króla i podciągnął wyżej narzutę. Aeonis zadrżał, więc okrył go nią dokładnie i objął ramieniem. Ucałował go w czubek głowy, a ich nogi splątały się. Skrył nos w kasztanowych włosach i przylgnął do jego pleców. Przymknął oczy i nim się obejrzał, zasnął.
7.
Czarny rumak wpadł przez bramy Capestrano. Szata jeźdźca powiewała przy każdym podmuchu, kiedy mknął główną ulicą miasta w stronę pałacu. Mężczyzna skryty pod kapturem poganiał konia cichymi słowami. Zatrzymał się dopiero na dziedzińcu i zeskoczył z wierzchowca. Stajenny z lękiem odebrał od niego lejce, a smukła postać odrzuciła kaptur do tyłu. Ciemne loki opadły na czoło i przysłoniły chłodne, zielone oczy oraz spiczaste uszy.
Elf ruszył w stronę wejścia. Wspiął się po schodach, zdejmując skórzane rękawiczki. Wszedł do głównego hallu i bez ogródek skierował się do sali tronowej. Strażnicy otworzyli mu wrota, a on pewnym krokiem wkroczył do środka.
Wszyscy się go obawiali na dworze z wyjątkiem króla. Nie mógł mu się sprzeciwić. On i piątka jego współsprzymierzeńców żyła dogodnie na jego dworze, służąc mu magią. A gdy odebrał wezwanie Aqua vitae, udał się do Ab Alesa jako szpieg. Nie spodziewał się, iż książę przyjmie go z otwartymi ramionami. Poza tym nie miał ochoty rezygnować ze statecznego i wygodnego życia na dworze Antoniusza.
{The Dark Knight}
Jego kroki echem odbiły się od marmurowych ścian. Radni, którzy w tej chwili znajdowali się w sali, zaczęli szeptać między sobą. Obrzucił ich więc przeszywającym spojrzeniem, co od razu sprawiło, iż spuścili głowy. Ranga elfa dawała mu przewagę nad tymi marnymi ludźmi.
- Ach, Oropher – odezwał się król, wychodząc w jego stronę i uśmiechając się. Na jego jasnych włosach spoczywała masywna korona, a w niebieskich oczach czaił się ten sam błysk zła. – Jakie wieści mi przynosisz?
- Wasza Królewska Mość – brunet odezwał się głębokim głosem i lekko pokłonił, po czym wyprostował. – Książę Aeonis faktycznie się przebudził. Zrobił to potomek Ariona Milo.
- A więc to prawda – warknął niezadowolony Antoniusz.
- Mój Panie, nie obawiałbym się tym marnym Magiem – stwierdził elf. – Obawiałbym się Aeonisa. Dziś odbyła się jego koronacja na króla, której niestety nie udało mi się przeszkodzić.
- Nie wątpię, że było trudno, ale i tak spisałeś się doskonale – blondyn poklepał go po ramieniu. – Niemniej jednak, zbierz swoich przyjaciół i jutro spotkajmy się w sali narad. Nie pozwolę, by jakiś księżulek, który chrapał przez sześć wieków, odebrał mi władzę.
- Jak sobie życzysz, mój królu – Oropher skłonił się lekko.
- Pozbędziemy się tego małego elfa i jego Maga – mruknął Antoniusz. Lokaty uśmiechnął się, a w jego zielonych oczach zabłysły złowrogie iskierki. Skłonił się lekko, odwrócił na pięcie i tym samym, pewnym krokiem opuścił salę tronową, odprowadzony cichym szelestem swej ciemnej szaty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz