Pół roku. Tak mówią oni. Zostało mi jedynie pół roku, a potem już nic. Kurwa. Przeklęte sześć miesięcy, przy czym ostatnie dwa w totalnym bólu i nieświadomości. Otumanienie mnie środkami przeciwbólowymi to jedyna rzecz jaka mi pozostanie. Pół roku. A potem... Potem już tylko ciemność. Boję się. Nie będzie światełka w tunelu, nie wierzę w to. Ja nie chcę. Nie zasługuję na to. Moja matka na to nie zasługuje. ŻADEN człowiek nie zasługuje by umierać w takim bólu.
Piekło? Niebo? Anioły? Nie wierzę w to. Co zrobiłem źle? Dlaczego teraz gdy marzenia się spełniają, muszę... być w takim stanie? Wydaje mi się, że to cena, którą muszę zapłacić za to wszystko. Trochę za wysoka, ale lepiej, żeby to dosięgło mnie niż kogokolwiek innego, prawda? Odrobiny bólu nikomu nie zaszkodzi. Należy mi się. Może nie aż w takiej dawce, ale przyjmę z pokorą to wszystko. W imię wyższej idei. Póki co na ziemi mały skrawek raju mam. Staram się nie przejmować wyrokiem, który zawisł nad moją głową. Staram się żyć jakbym miał przed sobą parędziesiąt lat życia. Staram się nie zwracać uwagi na to, ze zostało mi jedynie sześć miesięcy życia... Jak to beznadziejnie nawet brzmi...Próbuję... Staram się... Nie myślę o tym... Żyję chwilą, bo tych nie dużo mi pozostało. Równocześnie boję się wszystkiego wokół. A jeśli dowiedzą się wtedy będę uziemiony. Zmuszą mnie do czegoś, czego nie chcę. Nie potrzeba mi tego. Nie chce kolejnego bólu, który może nie skończyć się dobrze.
Pół roku. Sześć miesięcy. Sto osiemdziesiąt cztery dni. Jedenaście tysięcy i czterdzieści minut. A potem już nic. Pustka. Ciemność.
Kolejny raz powtarzaliśmy układ. Kolejny, skok. Szybki bieg w prawo. Przybliżenie się do kamery. Odskok. Delikatny freestyle, a na koniec ustanie w rządku. Proste, prawda? Tutaj nie ma jak się pomylić, jednak ciągle coś nie wychodziło, bo jeden z nas miał problem z koordynacją wzrokowo - ruchową. I to nie byłem ja. Nie żeby coś, ale zaczynało mnie to irytować. Przecież robiłem wszystko dobrze. Wszyscy robiliśmy to co do nas należało, pomijając Nialla. Nie wiedziałem co jest grane. Wyglądał na lekko zagubionego w myślach. Według mojego zdania oczywiście.
- Ej no chłopaki, co z wami? Jeszcze raz! Nie obijać mi się tam! - Krzyczał Paul. Zrobiłem młynka oczami, mimo, że to nie było bezpośrednio skierowane w moją stronę. To naprawdę było wkurzające. Być oskarżonym o coś czego się mnie zrobiło? No chyba komuś tu się klepki poluzowały.
- Nie obijamy się! - Krzyknął poirytowany Harry, po czym spojrzał z wyrzutem na Horana. Blondyn spuścił wzrok i jakby zapadł się w sobie.
- Prze-przeprasz-sz-szam. - Wyjąkał speszony chłopak. Przez moment miałem ochotę do niego podejść i przytulić, a następnie zmieszać z błotem Hazzę.
Paul wymamrotał cicho pod nosem wiązankę przekleństw. Założę się, że w myślach mordował nas wszystkich poklei. Nie żebym zarzucał mu bezduszność w naszą stronę, bo był naprawdę bardzo troskliwą osobą, jednak wiem jakie to trudne. Życie z piątką, popapranych, nastoletnich, chłopaków wcale nie jest łatwe. Wiem, przecież z własnego doświadczenia, prawda?
- Dobra. Piętnaście minut przerwy. I weźcie się ogarnijcie...
Paul wyszedł ze studia do ćwiczeń, a my pozostaliśmy sami. Tylko nasza piątka. Styles od razu wyszedł z pomieszczenia, a za nim Lou. Miałem ochotę krzyknąć do nich by przynieśli mi kawę, ale najprawdopodobniej dostałbym z buta. Harry nie był dziś w humorze, ale Louis jak zawsze starał się go ogarnąć. Urocze. Spojrzałem na Liama, który jedynie wzruszył ramionami i wyszedł zadzwonić, najprawdopodobniej do Danielle. Nawet nie spojrzałem na swój telefon, ponieważ wiedziałem, że Perrie ma ważniejsze zajęcia, niż pisanie czy dzwonienie do mnie. Miała własne próby, spotkania, wywiady. Może i nasz związek był dziwny, jednak uważam, że to tylko i wyłączenie moja sprawa.
Zostałem sam na sam z Nialler'em. Blondyn zerknął jedynie za wychodzącymi i po chwili położył się na podłodze. Przykrył twarz rękoma i westchnął. Ze zmęczenia? Najprawdopodobniej, ale nie wnikałem na razie. Podszedłem do niego siadając, po turecku, tuż obok jego ciała. Wydawał się śmiertelnie zmęczony, o czym świadczył jego ciężki i świszczący oddech.
- Hey Nialler, jak się czujesz?
Powiedziałem cicho patrząc z niepokojem na Horana. Chcąc bym szczerym, nawet przed samym sobą, muszę przyznać, że wyglądał marnie. Miał podkrążone oczy, nie uśmiechał się tak często jak kiedyś. I zgasł ten blask w jego oczach. I to chyba najbardziej mnie martwiło.
- Witaliśmy się przecież, i czuję się wyśmienicie.
Odpowiedział cicho, nadal mając zamknięte oczy. Uśmiechnąłem się delikatnie słysząc ton jego wypowiedzi. Odniosłem wrażenie, że nie życzy sobie mojej obecności przy sobie. Jednak coś kazało mi przy nim pozostać. To coś kazało mi także obserwować jego klatkę piersiową uważnie.
Wdech i jego klatka unosi się ku górze.
Wydech - opada na dół, a on wydaje ciężki świst.
Wdech i wydech...
Nie zauważyłem nawet jak sam zaczynam oddychać w jego tempie. Jakbym chciał się z nim zharmonizować. Wyłączyłem się na bodźce zewnątrz. Całą moją uwagę pochłonęło to jak on oddycha. Może i oddychał jak zwykły człowiek, ale dla mnie to było dość fascynujące. Mógłbym tego słuchać cały czas. Siedem dni w tygodniu. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez całe życie, do końca świata. Mógłbym zawsze słuchać oddechu przyjaciela. Przypominał mi spokojną kołysankę, w której się powoli zatracałem.
- Mógłbym się dowiedzieć co Ty robisz? - Spytał mnie zachrypniętym głosem Nialler przyglądając mi się uważnie. Chyba odpłynąłem myślami, szlag by to.
- Koordynuję wzrokiem, mój drogi przyjacielu, czy oddychasz prawidłowo, nie chciałbym siedzieć z trupem. - Odpowiedziałem szczerząc zęby. Oczekiwałem jakiegoś uśmiechu z jego strony, ale się nie doczekałem. Jego wyraz twarzy jakby zastygł i nic mi nie odpowiedział, tylko spojrzał w sufit.
- Jakbyś już tego nie robił. - Mruknął tak cicho, przypuszczam że nie było to przeznaczone dla mnie i moich uszu..
Znów się wyłączył i nie zwracał na mnie uwagi. Poczułem się przez chwilę osamotniony, nie mogąc się odezwać. Mimo, że cisza ta miała w sobie coś czystego i niewinnego, miałem ochotę ją przerwać. Chciałem porozmawiać z Niall'em. Równocześnie obawiałem się, że zniszczę tę kruchą konstrukcję. Nie chciałbym być niszczycielem tej zharmonizowanej ciszy, bo sam się w niej odnajdywałem. Pragnąłem jedynie porozmawiać odrobinę z blondynem, jednak nawet tak sprzyjająca sytuacja jak ta, nie pozwalała mi się odezwać. Nie chcąc dalej być więźniem własnych myśli nabrałem powietrza do płuc.
- Nialler, co ci dolega? Zachowujesz się jak... Jak nie Ty. - Szepnąłem cicho, przysuwając się jeszcze bliżej do jego leżącej postaci i delikatnie chwytając go za ramię. Skrzywił się delikatnie.
- Byłbym naprawdę wdzięczny gdybyś nie chwytał mnie tak mocno za ramię, wiesz? - Odpowiedział mi spokojnie, ale cicho. Podniósł się z pozycji leżącej i usiadł, podciągając nogi pod brodę. Wyglądał jak skrzywdzone dziecko, które miało zaraz się rozpłakać. Przysunąłem się jeszcze bliżej i objąłem go delikatnie ramieniem. Zadrżał, ale nie dałem po sobie poznać, że to wyczułem.
- Nialler, słuchaj. Nic nie jest tak czarne jakby mogło się nam wydawać. Na pewno nie jest tak, źle jakby mogło się tobie wydawać. Trochę optymizmu, nigdy nikomu nie zaszkodziło, a przecież ty nie należysz do tych wiecznie ponurych, prawda? Uśmiechnij się, bo tylko od ciebie zależy jakich kolorów użyjesz do pokolorowania swojego świata. Pamiętaj, że każdy jest panem własnego losu to co robimy wpływa na nas i naszą przyszłość wszystko można zmienić naprawić. Wystarczy zawzięcie i wola walki którą każdy ma w sobie. - Mówiłem cicho, chcąc skłonić go do zeznań.
Spojrzał na mnie, a jego wzrok przepełniony był bólem. Czułem się, jak nigdy, potrzebny mu. By mógł się wynurzyć, żeby mógł nabrać powietrza do płuc. Już otwierał usta by mi powiedzieć, co leży na jego sercu, jednak wrócili chłopacy i Paul. Niall od razu zamknął usta i powrócił ten jego dziwny wzrok. Po chwili wstał już naprzeciwko reszty grupy. Westchnąłem zrezygnowany wiedząc, że nie za szybko znów się przede mną otworzy. Wstałem i spojrzałem z niechęcią na wszystkich.
- No chłopcy, wstajemy, koniec przerwy. I radzę się wam nie pomylić tym razem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz