"Miłość to jedyny sens tego szalonego snu, w jakim jesteśmy uwięzieni."
*soundtrack*
Dłonie Harry’ego najprawdopodobniej jeszcze nigdy nie zaciskały się tak boleśnie w jego włosach, szarpiąc je. Tuż nad ranem, kiedy niebo było jeszcze ciemne opuścił mieszkanie Louisa, tłumacząc się, iż powinien uzupełnić braki w swojej lodówce, by nie umrzeć z głodu, a także, że Ed prosi go o pomoc w lokalu. Oczywiście wszystko było wymówką, aby tylko mógł jak najszybciej opuścić towarzystwo szatyna. Nie mógł znieść widoku załamanego chłopaka, który uporczywie trzymał się jego koszulki. Najgorsza była świadomość, iż to on jest powodem smutku i wszelkich tragedii Louisa. Stawało się to nie do zniesienia. Przecież nie tak to miało wyglądać. Jedynie chciał udowodnić prawdę oraz oczyścić zniesławione imię swojej matki. Teraz zwija się z bezsilności przeklinając samego siebie. Gdyby nie poznał Louisa… wszystko byłoby tak, jak zaplanował. Nie przejmował by się niczym ani nikim kto stanął by na jego drodze. Mógłby być bezwzględny i okrutny nie zważając na niczyje uczucia. Jednak los miał dla niego niespodziankę w postaci niebieskookiego szatyna, który każdego dnia skradał jego serce.
Styles oddychał głęboko, wpatrując się w swoje dłonie. Powie Louisowi, iż to on jest Czarnym Aniołem. Przyzna się do rozsyłania figurek, do całej swej intrygi, nie może pozwolić, by również jemu stała się krzywda. Jednak kto mu uwierzy, iż nie ma nic wspólnego ze śmiercią młodych ludzi? Wszystkie dowody wskazują na niego… To nie ma znaczenia. Najważniejsze jest, aby Louis był bezpieczny. Nigdy nie darowałby sobie, gdyby to jemu stało się coś złego. Jednak nim wypowie całą prawdę, uda się w pewne miejsce. Może zaryzykować… w końcu wszystko co ma, powoli traci.
Zaparkował motocykl w mało widocznym miejscu, po czym skierował się w stronę drzwi. Sanoficox Aventis prezentowała się okazale, jako jedna z najlepiej działających firm farmaceutycznych w Europie. Słońce próbowało przedostać swe promienie znad horyzontu, by rozświetlić chłodny dzień. Harry pchnął drzwi i zatrzasnął je cicho, by być jak najmniej zauważalnym. Kiedy ze spuszczoną w dół głową, kierował się w stronę wind, by dostać się do biura, zaczepił go delikatny, aczkolwiek znudzony bądź zmęczony głos. Obstawiał na to drugie.
– Przepraszam… dokąd się pan udaje? – Styles uniósł powoli głowę, zastanawiając się co odpowiedzieć.
– Jestem umówiony z Zaynem Malikiem – Recepcjonistka słysząc znajome imię ożywiła się nieco, a jej twarz stała się łagodniejsza. – Mam ustalić z nim cenę wykupienia wieczoru w lokalu…
– Oczywiście, rozumiem. Ósme piętro, drugie drzwi na lewo – przerwała, po czym uśmiechnęła się serdecznie w stronę zaskoczonego chłopaka.
Szczerze Harry nie przypuszczał, iż ta konwersacja przebiegnie tak łatwo. Sądził, że będzie musiał włożyć więcej wysiłku by dostać się do biura Pana Malika. Gdy drzwi windy otworzyły się, ruszył w kierunku biura. Korytarze były puste, jedynie czasem słychać było czyjeś oddalone kroki. Oznaczało to, iż miał co raz mniej czasu. Nie długo i ojciec Zayna pojawi się, gotów do pracy. Stanął przed drzwiami, mając nadzieje, że nie są zamknięte, chociaż wątpił w to. Nacisnął na klamkę i nie mylił się. Uderzył lekko czołem we framugę, przeklinając pod nosem. Sięgnął do kieszeni swojej skórzanej kurtki, wyciągając niewielki drucik, który zawsze miał przy sobie. Tak na wszelki wypadek, który teraz właśnie miał miejsce. Przylegając bardziej ciałem do drzwi, skierował swoje narzędzie do zamka, rozglądając się przy tym, czy nikt się nie zbliża. Po paru kolejnych przekleństwach i ruchach nadgarstka, usłyszał znajomy zgrzyt. Uśmiechnął się pod nosem, po czym ponownie naparł na klamkę, wchodząc w głąb pomieszczenia.
Błądził wzrokiem po pokoju, upewniając się, iż na pewno jest sam. Podszedł do biurka, po czym odsunął jedną z szuflad. Znajdywały się tam przeróżne papiery, których było dosyć sporo, a jego czas wciąż uciekał. Otwierał kolejne szuflady, przeglądając segregatory, książeczki, kolejne dokumenty zapakowane w foliowe koszulki. Westchnął przymykając oczy. Nigdy nie znajdzie tego czego szuka. Na pewno nie tutaj. Kiedy odkładał stos papierów, jego uwagę przykuł jednen z dokumentów. Zmarszczył czoło w zastanowieniu, czytając zapełniający go druk. Było to podsumowanie działalności firmy, przez ostatni rok, wskazujący na jej sukcesy. Odłożył kartkę na swoje miejsce, po czym odsunął się od biurka, podchodząc do szafy i uchylając jej szklane drzwiczki. Przejeżdżał palcem po segregatorach, zawierających archiwalne pliki Sanoficox. Szukał interesującego go okresu czasu, w którym to jego matka była właścicielką firmy. Kiedy chwycił odpowiednią teczkę oraz otworzył ją, a jego tęczówki studiowały stary papier. Oczy chłopaka rozszerzyły się w szoku, a dłonie zatrzęsły. Przełknął ciężko ślinę, opierając się plecami o ścianę, gdy świat wokół niego zaczął niebezpiecznie wirować.
Zayn przecierając oczy, przywitał się z recepcjonistką która natychmiast podniosła się kiedy chłopak wszedł do pomieszczenia. Nienawidził tego, iż ludzie traktowali go w wyniosły sposób, ze względu na stanowisko jego ojca. W dłoni trzymał dokumenty, o które został przez niego poproszony, by odebrał je od pewnego mężczyzny, który jest znajomym rodziny oraz prowadzi interesy z Panem Malikiem. Niechętnie zgodził się na pomoc, zważając na tak wczesną godzinę. Miał jedynie nadzieje, iż nie natchnie się na ojca i zdąży podesłać papiery, zanim ten zjawi się w firmie. Oparł czoło o ściankę windy, przymykając powieki. Ostatnie zdarzenia nie wpływały na niego dobrze i zdawał sobie z tego sprawę. Kiedy jego oczy były zamknięte, dostrzegł duże, niebieskie niczym najczystszy ocean szafiry. Natychmiast uchylił powieki, zdając sobie sprawę, iż widział oczy Nialla, wpatrujące się w niego, tak jak tego dnia kiedy stali na dachu budynku. Westchnął wiedząc, iż nie należy myśleć tak gorliwie o swym przyjacielu.
Sunął przez korytarz, ze spuszczoną w dół głową. Sięgnął do kieszeni po klucze, by otworzyć drzwi. Jego dłoń spoczęła na klamce i kiedy lekko na nią naparł, o dziwo, wejście otworzyło się. Brunet zamrugał kilkakrotnie, marszcząc brwi.
Harry zamknął szafkę, a wtem drzwi uchyliły się. Jego serce podeszło do gardła, a oddech przyspieszył. Dreszcz przebiegł przez jego ciało, kiedy dostrzegł, iż ktoś wchodzi do pomieszczenia. Po chwili czekoladowe tęczówki zatrzymały się na nim w szoku, napotykając również zdumione, zielone oczy. Obydwaj mężczyźni wpatrywali się w siebie bez słowa, co budowało napiętą, niespokojną atmosferę. Zayn dostrzegł, iż opuszki palców Harry’ego, spoczywając na szklanych drzwiczkach mebla.
– Harry, co ty tutaj robisz, do cholery? – odezwał się Zayn, kiedy mógł wykrztusić z siebie cokolwiek. Harry zamarł, nie wiedząc co ma zrobić. Przecież nie może rzucić sie pędem do drzwi, bez słowa wyjaśnienia, a tym bardziej unieszkodliwić chłopaka w jakikolwiek sposób. To byłoby podejrzane…
– Amm… przyszedłem do twojego ojca – odpowiedział, chowając ręce do kieszeni. – Ed poprosił mnie, bym rozliczył się z nim za catering. Wiesz, odnośnie tamtej imprezy – przełknął ślinę, czekając na reakcje chłopaka. Malik uniósł brew do góry.
– Sądziłem, że już wszystko załatwił, cóż, przekaże mu to – zbliżył się do biurka, odkładając trzymany przez niego plik dokumentów. Harry wciąż stał w tym samym miejscu. – Jak tutaj wszedłeś, skoro pomieszczenie było zamknięte? – zapytał po chwili, przyglądając mu się uważnie.
– Och, właśnie. Powinieneś porozmawiać ze swoim ojcem, o zwiększeniu środków bezpieczeństwa. Drzwi były uchylone, więc myślałem, iż już ktoś tu jest. – Styles uśmiechnął się lekko, a brunet pokiwał głową w zrozumieniu. – Pójdę już… do zobaczenia, Zayn.
Kiedy Harry wyszedł, Malik został jeszcze przez chwilę w biurze, studiując to, co miało miejsce. Po chwili zastanowił się, czemu to robi. Przecież Harry wytłumaczył się oraz był przekonywujący. Do tego jest chło… bliższym przyjacielem Louisa, nie ma powodu do obaw. Nie ma…
***
*soundtrack*
Niall zaparzył herbatę, wyrzucając jej torebeczkę do kosza, parząc przy tym swoją dłoń skapującymi, gorącymi kroplami cieczy. Nie przejął się bólem, myślami był zupełnie gdzie indziej. Zagłębiał się w bursztynowych tęczówkach, otoczonych niezwykle długimi, gęstymi rzęsami. Zatapiał swe palce w kruczoczarnych, miękkich włosach, szarpiąc je lekko, by mógł zderzyć się z koralowymi ustami, które były wręcz idealne. Zacisnął powieki mocniej, wiedząc, iż nie powinien myśleć w ten sposób. On i Zayn… są przyjaciółmi, bardzo dobrymi. Którzy są dosyć blisko siebie. Splatają swe palce, wpatrują z zachwytem w swe tęczówki oraz chowają ciała w silnym uścisku. Są pieprzonymi przyjaciółmi, którzy potrafią rozmawiać godzinami na różne tematy, nawet te najmniej wartościowe, czasem po prostu milczą, wymieniając lekkie uśmiechy. Spędzają niekiedy ze sobą noce, dzieląc jedno łóżko, przylegając do swych ciał. Bawią się kosmykami swoich włosów, a opuszkami palców przejeżdżają po fakturze delikatnej cielesności. Są tylko pieprzonymi przyjaciółmi! Zacisnął pięści oddychając głęboko.
Kiedy Irlandczyk popijał herbatę, w pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka. Ruszył w stronę korytarza, po drodze spoglądając na zegarek, który wyznaczał godzinę dwunastą w południe. Przekręcił zamek, po czym uchylił drzwi. Zamrugał lekko zaskoczony i uśmiechnął się do Zayna, stojącego w progu przejścia. Brunet wyciągnął dłoń zza pleców, pokazując niewielką papierową torbę. Uśmiech Horana poszerzył się i złapał Zayna za rękaw bluzy, ciągnąc do środka.
– Jak miło, że się zatroszczyłeś o moje śniadanie – odebrał poczęstunek od chłopaka, którym okazały się pączki. Zaśmiał się pod nosem.
– Nie mógłbym inaczej, po za tym, sam od rana nic nie jadłem, wręcz umieram z głodu – podbiegł do chłopaka, zaciskając swoje palce na jego bokach, po czym odebrał torebkę, wyciągając jeden ze smakołyków. Pączek polany był różowym lukrem, a na jego wierzchu, widniała kolorowa, słodka posypka. Niall nastawił ponownie wodę.
Blondyn czuł się tak dobrze, kiedy Zayn był przy nim. Lubił, kiedy chłopak odwiedzał go w jego mieszkaniu. Wnosił tam specyficzny nastrój, sprawiając, że zwykle ciche miejsce było wypełnione przez ich głosy oraz śmiechy, a w powietrzu unosił sie zapach jego wody kolońskiej, którą Niall tak uwielbiał. Kiedy stał w kuchni, lubił wychylać się i spoglądać na przyjaciela, leżącego na jego kanapie, gdzie czuł się tak swobodnie. Lubił zbierać jego ciuchy rozrzucone w różnych miejscach i krzyczeć, żeby sprzątał po sobie, jeśli już koniecznie musi zajmować jego przestrzeń. Oczywiście nie mówił tego poważnie. To on potrzebował, by Zayn zdecydowanie był przy nim, zajmując sobą całą jego przestrzeń. Jednak nigdy nie rozmawiali o tym, co dokładnie ich łączy. Niall nie chciał tego psuć, więc nie zadawał pytań. Starał wierzyć w to, iż rzeczywiście między nimi jest jedynie przyjaźń. Silna więź łącząca ich ze sobą. Zayn także milczał w tej kwestii, więc Niall sądził, że myśli podobnie. Obydwoje bali się naruszyć cienką linię, wyznaczającą między nimi granicę.
Niall zgasił wodę i obrócił się w kierunku Zayna, który przyglądał mu się z delikatnym uśmiechem, widniejącym na jego ustach. Chłopak odwzajemnił go, po czym sięgnął do łakoci. Przejechał językiem po słodkim lukrze, jak zawsze to robił od dzieciństwa. Zanim się zorientował, na jego nadgarstkach znalazł się uścisk dłoni bruneta, który nagle stanął przed nim, uważnie przyglądając się twarzy blondyna. Powoli opuścił jego dłonie, wciąż trzymając, tak, by chłopak mógł odłożyć przysmak. Zrobił to nieobecnie, wpatrując się w czekoladowe oczy, próbując wyczytać intencje bruneta. Ten jedynie znów się uśmiechnął, przybliżając jeszcze bardziej. Niall przywarł pośladkami do blatu stołu, a po chwili mógł poczuć opuszki palców Zayna, zatapiające się w jego kosmykach. Ich usta zderzyły się ze sobą boleśnie, spragnione swej bliskości. Wargi poruszały się wspólnie, co raz bardziej zatracając w namiętności. Kiedy Malik przejechał językiem po wardze Nialla, ten westchnął cicho, uchylając usta. Przez kręgosłup Zayna przebiegły dreszcze, słysząc nikły jęk Irlandczyka. Wtagnął, do wnętrza jego ust, spotykając się z językiem blondyna, a po chwili zassał go i pozwolił, by ocierały się o siebie, smakując nowych doznań.
Dłoń Horana przyległa do rozgrzanego policzka Zayna, kiedy wciąż pogłębiali swój pocałunek. Nagle poczuł dotyk, przez który na jego skórze pojawiła się gęsia skórka. Zayn przejechał opuszkami palców, po żebrach Nialla. Chłopak odchylił głowę w tył, tym samym przerywając pocałunek, by pozwolić im odetchnąć, a także z powodu dotyku bruneta, który poczuł niezwykle intensywnie. Zapewne była to zasługa pragnienia, jakie żywił do chłopaka. Po chwili mógł poczuć usta Zayna na swojej szyi, kiedy zasysały jego skórę, przebiegając po niej zwinnie językiem. Z jego ust ponownie wyrwało się delikatne westchnienie, kiedy chłopak przygryzł i polizał miejsce tuż pod jego uchem.
– Nie jesteśmy pieprzonymi przyjaciółmi. – Niall wypowiedział te słowa stanowczo, jednak dyskretnym tonem. Zayn uśmiechnął się, chowając twarz w zagłębieniu szyi blondyna.
– Nie, nie jesteśmy. Kocham cię, idioto. – Chłopak nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, słysząc słowa bruneta.
– Też cię kocham – splótł palce ich dłoni, po czym złożył łagodny pocałunek na knykciach Zayna.
Kiedy Niall oraz Zayn siedzieli na kanapie, ciesząc się swoim towarzystwem i rozmawiając o tym, co czują względem siebie, Malik nagle zamilkł. Horan upił łyk zimnej już herbaty, czekając, aż chłopak odezwie się. Ten jedynie wpatrywał się nieobecnie w jeden punkt, jakby zastanawiając się nad czymś głęboko.
– Wszystko w porządku? – zapytał, przytłoczony nagłą zmianą atmosfery. Zayn zwrócił na niego swój wzrok, wyrwany z myśli i sprowadzony do rzeczywistości.
– Tak… zastanawiałem się nad tym wszystkim. No wiesz… sądzę, że powinniśmy teraz wszyscy trzymać się razem – mruknął, odkładając przy tym kubek. – Zbieraj się, jedziemy do Perrie.
Horan o nic więcej nie pytał. Skierował się do swej sypialni, naciągając na biodra spodnie oraz okrywając ramiona ciepłą bluzą. Zayn włożył szarą czapkę, przykrywając swe czarne włosy, po czym wyszli, zmierzając do samochodu bruneta. Kiedy jechali, nie rozmawiali wiele. Blondyn spoglądał przez szybę, wystukując palcami rytm melodii która dobiegała z grającego radia. Niall nie miał czym zając swych myśli, więc musiał dopuścić do siebie popieprzoną realność, którą dopiero teraz zaczął pojmować. Znajdują się w chorej grze, a on jest kompletnie bezsilny. Czy to on niedługo będzie celem właściciela czarnej figurki? A może ktoś inny… nie, nie chce o tym rozmyślać. Zacisnął powieki, śmiejąc się pod nosem z absurdalności całej sytuacji.
– Co cię bawi, słonko? – zapytał Zayn, poruszając wymownie brwiami.
– Nic takiego, przypomniałem sobie nasz ostatni wypad do klubu. – Oczywiście skłamał, nie chciał martwić Zayna. Ten skinął głową w zrozumieniu, uśmiechając się subtelnie, po czym zaparkował pod domem panny Edwards.
Horan przeklinał w myślach, dlaczego nie poczekali, aż przyjedzie winda, a wspinali się schodami na siódme piętro. Malik wydawał się być w dobrej formie, dopóki nie znalazł się na czwartym piętrze, wspominając coś o skończeniu z papierosami. Niall jedynie wyśmiał go, zakładając, iż nigdy nie zerwie ze swoim nałogiem, po czym zaczął wyliczać wszystkie nieudane próby.
– Do tego jeszcze ta ostatnia w lutym. Ile trwała twoja przerwa… ach tak! Dokładnie cztery dni. Do tej pory pamiętam jak zerwałeś się z kanapy i rzuciłeś w kierunku drzwi bez żadnych wyjaśnień, do tego rozlewając piwo na spodnie Louisa, a niedługo później wróciłeś z odpaloną fajką.
– Uch, nie gadaj już tyle… – jęknął brunet, po czym pchnął Nialla na jedną ze ścian wpijając się w jego usta, tym samym przerywając wypowiadane przez chłopaka słowa. Zaskoczony blondyn oddał pocałunek, przymykając oczy.
Poprawiając ciuchy, stanęli przed drzwiami prowadzącymi do mieszkania Perrie. Malik nacisnął dzwonek, czekając, aż te uchylą się. Widząc, iż nic się nie dzieje, ponowił czynność, zerkając na Nialla który zmarszczył brwi. Blondyn wyciągnął pięść pukając, jednak i to nie przyniosło rezultatów.
– Może gdzieś wyszła? – Horan spojrzał na Mulata, który pokręcił przecząco głową.
– Dobrze wiesz, że w poniedziałki Perrie zawsze siedzi w domu, piekąc coś, szyjąc, czy cokolwiek, ale nigdy nigdzie nie wychodzi – zagryzł wargę niespokojnie i kilkakrotnie przycisnął dzwonek.
Niall stąpał z nogi na nogę. Zayn przyłożył czoło do drzwi, waląc w nie zaciśniętą pięścią. Drugą dłoń położył na klamce, chcąc za nią szarpnąć, jednak kiedy naparł na nią mocniej, drzwi otworzyły się.
Odskoczył zaskoczony, a Horan spojrzał na niego zaniepokojonym wzrokiem. Zayn pchnął drzwi, które otworzyły sie szerzej z towarzyszącym temu skrzypnięciem. Niall podszedł do niego, stając tuż za plecami chłopaka. Nieufnie ruszyli naprzód. W mieszkaniu było cicho, dochodziła do nich jedynie spokojna melodia dobiegająca z włączonego telewizora. Zayn zajrzał do sypialni dziewczyny, jednak tam jej nie było, a jedynie rozścielone łóżko oraz ciuchy znajdujące się na podłodze.
– Perrie? – zawołał Niall, spoglądając w stronę łazienki.
Wymienił szybkie spojrzenie z Zaynem, po czym ruszyli pewnie w stronę salonu, jednak tam również nie było dziewczyny. Zayn czuł, jak ogarnia go panika, nie wiedząc co się stało z blondynkom. Wciąż szedł przed siebie, a Horan dołączył do niego. Nagle na myśl przyszła mu kuchnia, w której jeszcze nie byli, więc brunet odwrócił się na pięcie, dostrzegając światło padające z pomieszczenia. Kiedy kierował się w tamtą stronę, jego uwagę przykuło coś widniejącego na ścianie, ponownie zwrócił tam swe tęczówki, które rozszerzyły się w przerażeniu, kiedy dostrzegł, iż są to ślady krwi. Jego serce przyspieszyło, a oddech zastygł w płucach. Nie mógł się ruszyć. Nie mógł, czy nie chciał? Słyszał Nialla, wypowiadającego imię przyjaciółki, kiedy wciąż stał w pokoju z telefonem w dłoni, nagrywając się na pocztę. Zayn przygryzł wargi tak mocno, iż poczuł metaliczny smak w ustach. Postawił pierwszy krok, a zanim kolejne. Trzymał się kurczowo ściany, ponieważ im był bliżej wejścia prowadzącego do pomieszczenia, tym bardziej bał się wychylić, by zajrzeć do jego środka.
Do uszu Irlandczyka dobiegł rozpaczliwy krzyk, odwrócił się szybko przez ramie, zauważając, że nie ma przy nim Zayna. Pobiegł w stronę, skąd dochodziły niepokojące odgłosy. Kiedy stanął w przejściu kuchni, kolana ugięły się pod nim, a oczy rozszerzyły w szoku, by po chwili wypełnić się łzami. Zachwiał się lekko, podtrzymując dłonią ściany. Napotkał bursztynowe tęczówki, skąpane w słonych łzach. Zayn spoglądał na niego, trzymając w ramionach ciało Perrie oraz klęcząc w kałuży krwi. Twarz bruneta umazana była szkarłatną cieczą, tak jak jego ciuchy i dłonie. Tulił dziewczynę do siebie, rozpaczliwie krzycząc. Niall nie potrafił wykonać żadnego ruchu.
– Perrie! Perri, do cholery! – wrzeszczał Zayn, wstrząsając zimnym ciałem. Usta Edwards były sine, a cały tułów pokrywała tkanina całkowicie skąpana we krwi. Na jej rękach widniały ślady cięć, a policzki umazane były czarnymi smugami oraz śladami krwi. – Boże, Niall zadzwoń! Dzwoń na pogotowie, słyszysz?!
– Zayn, Perrie nie żyje… – wydusił słabo, wchodząc do pomieszczenia. – Chodź….
– Nigdzie nie pójdę, rozumiesz?! – krzyknął chłopak, a jego łzy skapywały z pobladłych policzków.
Horan nie wiedział co ma zrobić. Po raz pierwszy widział Zayna w takim stanie… którego nie mógł opisać. Jego widok przyprawiał go o przeszywający ból w piersi. Drżącymi rękoma sięgnął do telefonu, wybierając numer Grimshawa.
Piętnaście minut później dwoje sanitariuszy trzmało wijącego się oraz krzyczącego Malika, wstrzykując w jego ramię środek uspokajający. Niall wpatrywał się w niego, w osłupieniu, nie odzywając do nikogo słowem. Nie docierały do niego zdania wypowiadane przez Nicka, który boleśnie ściskał jego barki, trzęsąc całą cielesnością. Dopiero kiedy ujrzał, jak ciało Perrie przykrywane jest białym materiałem ocknął się, zamglonym wzrokiem spoglądając w oczy Grimmy’ego.
Mężczyzna zaproponował im podwóz do domu, na co Horan beznamiętnie kiwnął głową. Zayn również milczał, nie wykazując już żadnych emocji, jakby doszczętnie opadł z sił. Jedynie łzy wciąż uciekały spod jego powiek. Nick zamknął drzwi samochodu za Zaynem, który usiadł z tyłu. Niall zajął miejsce pasażera, a natomiast Nick zacisnął dłonie na kierownicy, ruszając wozem Malika.
***
Harry nawet nie miał czasu się odezwać, kiedy poczuł uderzające w niego ciało, kurczowo obejmujące go rękoma. Zastanawiał się, jak szybko Louis musiał biec, zważając na siłę z jaką otworzył drzwi jego mieszkania oraz przywarł do Harry’ego. Oddychał głęboko i gwałtownie oraz szlochał w zagłębienie szyi kędzierzawego. Ten nie odzywając się, zatrzasnął drzwi, po czym skierował się do salonu obejmując szatyna. Posadził ich na kanapie, po czym wplątał swoje palce w kasztanowe włosy Louisa, delikatnie masując jego czaszkę, by poczuł się lepiej. Szeptał cicho do chłopaka, a ten uspokajał się, czując bezpieczeństwo w ramionach Harry’ego.
– Już dobrze Lou… powiesz mi, co się stało? – zapytał cichutko i poczuł jak dłonie szatyna zaciskają się mocniej na jego swetrze.
– Perrie nie żyje, ktoś ją zabił. Zasztyletował… Boże, to jakieś piekło! – Ponownie zaniósł się szlochem, a Styles natychmiast się spiął, czując, iż jego żołądek nieopanowanie się skręca.
Objął jedynie mocniej chłopaka, składając pocałunek na jego włosach. W tym momencie rozległ się dzwonek komórki Louisa. Tomlinson zastygnął przez krótką chwilę, po czym odsunął się od Harry’ego, sięgając do telefonu. Kiedy przeczytał wiadomość, westchnął.
– Muszę jechać do Nicka. Napisał, że robi się niebezpiecznie i wspomniał coś o zapewnieniu ochrony…
Gardło Harry’ego ścisnęło się. Chciał złapać Louisa za rękę, wyznając wszystko, co do cna, jednak chłopak podniósł się niespodziewanie i podążył korytarzem do drzwi wyjściowych, Styles ruszył za nim. Nie wiedział, czemu Louis tak szybko zareagował na wiadomość, jednak nie długo zajeło mu domyślenie się, iż po prostu chłopak był przerażony tym, co dzieje się wokół niego. Ponownie stracił kogoś bliskiego, a on był za to po części odpowiedzialny.
Oczywiście Louis nie chciał opuszczać Harry’ego, jednak kiedy jego spojrzenie przebiegało po ekranie telefonu oraz zatrzymało się na słowie niebespiecznie, nie mógł pozwolić, by z jego powodu stała się jakakolwiek krzywda zielonookiemu chłopcu, a kiedy on był przy nim, jego obawy mogły się potwierdzić. Dlatego też, jak najszybciej podniósł sie z wygodnego miejsca u boku kędzierzawego, chcąc jak najprędzej opuścić jego towarzystwo, chodź jednocześnie pragnął trwać w jego uścisku.
– Zadzwonię. Dobranoc, Harry – szepnął, sięgając dłonią do loków chłopaka, by odgarnąć je z czoła. Złożył delikatny pocałunek na jego rubinowych ustach, po czym wyszedł, zostawiając Harry’ego samego, w ciemnym pomieszczeniu.
***
Louis zapukał do drzwi mieszkania Nicka, które uchyliły się, ukazując Zayna. Tommo natychmiast wpadł na chłopaka, obejmując ciasno rękoma. Brunet odwzajemnił uścisk, by po chwili uwolnić szatyna, aby ściągnął płaszcz. Zamknął drzwi, przekręcając zamek i po momencie weszli w głąb mieszkania. Louis rozglądał się po znajomym pomieszczeniu, zastanawiając sie, gdzie jest Nick. Nagle ujrzał mężczyznę wychodzącego z kuchni. Niósł dwa kubki gorącego napoju, którym okazała się być kawa. Tomlinson usiadł, chwytając kubek w dłonie, oraz umaczając usta w aromatycznej cieczy. Zayn natomiast bawił się rękawami swojej bluzy, wyglądając na niezwykle zmęczonego, jakby uszło z niego całe życie, czemu Louis nie był zdziwiony.
– Gdzie jest Niall? – zapytał Tomlinson, rozglądając się po przyjaciołach.
– Pojechał po Eleanor, jeszcze za nim się tutaj zjawił – odpowiedział Grimshaw. Louis przytaknął, opierając głowę o kanapę.
Nikt się nie odzywał, nie czując takiej potrzeby. Louis rzucał zmartwione spojrzenia w stronę Zayna, nie wyobrażając sobie nawet, jak musiał się czuć, widząc ciało Pezz. Natychmiast odrzucił te myśli ze swojego umysłu, kiedy poczuł na ciele nieprzyjemną, gęsią skórkę. Nagle Zayn podniósł się, kierując w stronę toalety. Nick i Louis wymienili spojrzenia, a po chwili brunet sięgnął do kieszeni po telefon, który zaczął dzwonić. Kiedy odebrał, jego twarz wyglądała na zaniepokojoną i nagle jakby pobladł. Tomlinson wpatrywał się w niego pytająco, ten jedynie dalej rozmawiał, a po chwili zakończył połączenie.
– Niall został potrącony przez samochód – wypowiedział niedowierzająco, a jego tęczówki utkwiły w lazurowym spojrzeniu Louisa.
Uwagę przyjaciół przykuł dźwięk, dochodzący tuż zza ich pleców. Obydwoje natychmiast odwrócili się, dostrzegając Zayna opadającego bezwładnie na jedną z szafek. Podbiegli do mdlejącego chłopaka, który upadając uderzył o podłogę.
Słone łzy ponownie spłynęły po policzkach Louisa, kiedy spojrzał w zamglone, nieobecne tęczówki Zayna, nie widząc w nich poza niewyobrażalnym bólem.
»skomentuj«
9
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz