piątek, 28 marca 2014

4. Światło księżyca
Louis uwielbiał takie poranki, kiedy mógł w ciszy patrzeć na wschodzące za oknem słońce, wsłuchując się w śpiew ptaków i delikatny szum wiatru. W jego rodzinnym mieście rzadko było mu to dane. Mimo tego, iż mieszkał w dość spokojnej dzielnicy, już od rana był witany klaksonem samochodów i zapachem spalin.


Powoli liczył własne oddechy, mocno wciągając rześkie powietrze do płuc, które po chwili wypuszczał ze świstem, mrużąc z przyjemnością powieki. W oddali słychać było głośne śmiechy, które wpadały przez uchylone okno.


Podniósł się z łóżka pocierając oczy wierzchem dłoni, i podszedł do przezroczystej tafli odsuwając ręką zasłaniającą mu widok firankę. Na jego ustach pojawił się niewielki uśmiech, zauważając Liama, który z niebywałym uporem starał się nakłonić Nialla, by wsiadł na konia. Był mile zaskoczony, jak podczas jego śpiączki, ta dwójka się do siebie zbliżyła.
Wydarzenia sprzed kilku dni poszły jakby w niepamięć i nikt z domowników nie poruszał więcej tego tematu. Nawet blondyn zdawał się dać z tym spokój, kiedy widział, że ten nie jest zbyt skory do rozmowy. Mimo tego, Lou zdawał sobie sprawę, że od tego dnia nigdy nie był sam, czuł, że ktoś obserwuje każdy jego ruch i tylko czeka, by znów pojawić się w jego życiu.


Horan spojrzał w okno i pomachał mu wesoło, co natychmiast odwzajemnił. Również na ustach Liama pojawił się uśmiech, widząc , że jego przyjaciel wstał w końcu z lóżka.


Dla Payna ostatnie dni były wyjątkowo trudne. Nie dość, że musiał zmagać się z blondynem, który był niczym wrzód na tyłku, zadając masę bezcelowych pytań, które dziwnym trafem były dość specyficzne i wzbudzające podejrzenia, to jeszcze martwił się stanem swojego przyjaciela. To spotkanie nie zaczynało się najlepiej i obawiał się, że Louis pozostając dłużej w Kornwalii, może sobie zaszkodzić. Nie chciał go wyganiać, lecz wiedział, że dla jego dobra musi mu to delikatnie zasugerować, widząc w tym najwłaściwsze wyjście.


Tomlinson przeniósł wzrok na okolicę, podążając wzrokiem wzdłuż rozległych pół, aż do miejsca, gdzie soczysta trawa zaczynała chować się w cieniu drzew pobliskiego lasu. Po jego plecach przeszedł dreszcze, jakby dziwna magiczna siła ciągnęła go w głąb otchłani, a czyjeś dłonie zaciskały się na szyi pozbawiając oddechu.


Zamknął oczy, biorąc kilka wdechów, a kiedy ponownie je otwarł ujrzał ukrytą w mroku postać. Pomiędzy korą drzew stal chłopak, którego twarz okalała burza loków, tańczących pod wpływem wiatru. Twarz była rozmyta, i z tej odległości nie mógł dokładnie dostrzec jej rysów, lecz doskonale widział długi płaszcz, którym okryta byłą sylwetka nieznajomego.


Wydawało się, że patrzy na niego, uśmiechając się złośliwie, jakby doskonale odgadywał myśli i obawy Louisa.
Nie wiedział jak długo to trwało, ile czasu wpatrywał się w nieuchwytny cień. Nie wiedział też, co pognało go w stronę lasu, ale kiedy kilka chwil później szedł w jego stronę wolnym krokiem, ignorując wołanie Liama, jego serce zaczęło bić szybciej. Poczuł się wolny.


- Kim..kim jesteś? - zapytał cicho, stojąc na skraju lasu, gdzie nie dosięgał go cień drzew. Teraz doskonale widział twarz mężczyzny. Właściwie chłopca, o oczach barwy intensywnej zieleni i rysach niewinnego dziecka. Ich spojrzenia skrzyżowały się, wytwarzając nieznane magnetyczne napięcie. Louisowi zdawało się, że widzi przepływający między nimi prąd, a jego delikatne iskry krążą wokół niczym stado świetlików.


Wiatr poruszył się mocniej, unosząc w górze woń kwitnących na łąkach wrzosów. Chłopak w loczkach podszedł bliżej, a kiedy niewielki promień dotknął odkrytej skóry twarzy, ta zabłyszczała milionami srebrzystych diamentów.


- Kim jesteś? - Louis powtórzył, nie mogąc ruszyć żadną kończyną. Był zafascynowany i jednocześnie przerażony, patrząc na cudowne piękno przed swymi oczyma.


- Kimś, kogo wołał byś nigdy nie spotkać - odpowiedział ochryple, drapiąc paznokciami korę pobliskiego drzewa. Jego usta wykrzywiły się w wymuszonym uśmiechu, po czym odwracając się zniknął, niemal rozpływając się w powietrzu.


- Poczekaj - zawołał szatyn, lecz głos zabrzmiał słabo, zamieniając krzyk w cichy szept, zatrzymując wydobywające się z ust powietrze.
Louis wpatrywał się w głąb lasu, starając się dostrzec coś w ciemności, jednak wszystko co zobaczył to poruszające się liście i usłyszał szczęk łamanych gałęzi.


- Co się stało Lou, biegnę za tobą od domu? - usłyszał zdyszany glos i odwracając się napotkał postać Liama, który trzymając się za klatkę piersiową starał się unormować oddech.


- Coś kiepsko u ciebie z kondycją ? - zażartował Tomlinson, unosząc do góry jedną brew.


- Zabawne - parsknął. - To nie ty musiałeś biegać za Niallem, chcącym pokazać, ze już całkiem sam umie jeździć, mimo tego, że po raz pierwszy usiadł na konia - wyjaśnił, a z ust wydobył się krótki śmiech. - Choć nie powiem, jest całkiem śmiesznie.


- Polubiłeś go? - zapytał niepewnie, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela, kiedy zmierzali w drogę powrotną.


- Jest w porządku, tak myślę. - Liam podrapał się nerwowo po karku. - Choć zadaje masę dziwnych pytań.


- Jakich pytań? - wtrącił Lou, przygryzając wargę.


- Na przykład, czy w tych lasach są wilki i czy atakują ludzi. – powiedział, wzruszając ramionami.


- A..a są? - Louisa przeszły nieprzyjemne dreszcze.


- Nie głuptasie, ale lepiej nie chodź sam do lasu. W ogóle to po co tu przyszedłeś?


Tomlinson przystanął i odwrócił się, skanując wzrokiem las. Jedyne co zobaczył to ciemność, otoczoną aureolą z drzew:


- Wydawało mi się, ze kogoś widziałem - mruknął, spoglądając w oczy Payna, którego źrenice rozszerzyły się na te słowa, jakby ktoś odkrył skrywaną przez lata tajemnicę.


- Pewnie ci się przewidziało - skwitował, machając ręką.


I Louis postanowił się z tym zgodzić.
~~//~~
Słońce dawno schowało się za horyzontem, ustępując miejąca swojemu następcy. Księżyc oświetlał miasteczko, rozświetlając mroczne zakamarki, do których nie docierały światła ulicznych lamp.


Louis zakaszlał, kiedy ciężkie klubowe powietrze wdarło się do jego płuc. Zapach dymu i spoconych ciał wytworzył przerażającą mieszankę, dziwnie zagęszczając tlen.


- Pójdę po piwo, a wy znajdźcie miejsce - zawołał Liam, próbując przygłuszyć muzykę, i szybko zniknął wśród tłumu nieznanych mu ludzi. Poczuł delikatny uścisk na nadgarstku, a chwile potem został ciągnięty przez Nialla, do jednej z niewielu wolnych kanap. Dzięki bogu znajdowała się z dala od reszty, a muzyka nie docierała tu z całą swoja silą. Opadł na skórzany materiał, nieco wilgotny i pachnący jakby coś tu właśnie umarło.
- Niedobrze mi - jęknął, a twarz rzeczywiście pobladła.


- Nawet nie zaczęliśmy pić Lou. - Niall zachichotał, klepiąc gouspokajająco po ramieniu. - Może nie są to salony, a ten lokal z całą pewnością nie przeszedł by rewizji sanepidu, ale proszę, chociaż spróbuj się dobrze bawić. Nigdy nie byłem na takiej imprezie. Zrób to dla mnie i uśmiechnij się, proszęęęę - dodał, samemu wyszczerzając usta w szerokim uśmiechu.

Tomlinson nie mógł nie odwzajemnić tego gestu. Pomimo niechęci, nie potrafił odmówić temu szczenięcemu wzrokowi i nadziei w niebieskich tęczówkach.


Jego uśmiech najważniej wystarczył blondynowi, którego spojrzenie szybko uciekło na tłum, wypatrując kogoś interesującego. Postanowił pójść w jego ślady i również podążył wzrokiem po pomieszczeniu, zatrzymując się na chwilę przy kimś wartym uwagi.


Wziął kolejny ciężki oddech, chcąc ze zrezygnowaniem zamknąć oczy, kiedy dostrzegł smukłą sylwetkę, opartą o przeciwległą ścianę. Pomimo ciemności doskonale widział, że chłopak patrzy na niego, nawet nie marnując czasu by mrugnąć. Jego spojrzenie było takie intensywne, jakby chciał przejrzeć jego duszę. Na twarzy pojawił się cień uśmiechu, przez co Lou drgnął niespojenie, rozpoznając w nich chłopaka z lasu. Przełknął ciężko ślinę, mając wrażenie że został rzucony na niego urok, przez który nie potrafi się poruszyć.


- Nie rób tego Louis - usłyszał mocny głos, na dźwięk którego podskoczył na siedzeniu.


- C-co? - zapytał zdziwiony, a jego brwi zmarszczyły się zaskoczone. Gdzieś w oddali usłyszał głośny śmiech Horana, lecz kiedy popatrzył na Liama, wręczającego mu butelką piwa, twarz wyglądała niebywale surowo.


- Po prostu go zignoruj i nie gap się - powtórzył ostrym tonem. Usiadł naprzeciwko, zaraz obok blondyna, który niemal wydarł mu z rąk długo oczekiwany napój.


- Ale…


- To nie towarzystwo dla ciebie - wtrącił Payne, nie dając przyjacielowi dojść do słowa -; Nie zbliżaj się do niego i nie pozwól, by on zbliżał się do ciebie.


- O-okej - burknął cicho, łapczywie wypijając gorzki płyn. Nie rozumiał zachowania Liama, tym bardziej że ten chłopak pomimo rozchodzącej wokół niego aury tajemniczości, wydawał się być nieszkodliwy.
Zaczęły go też zastanawiać słowa nieznajomego, które usłyszał rankiem tego dnia, gdy zobaczył go w lesie. Dlaczego uważał się za kogoś z kim nie warto się zadawać, i dlaczego Liam zareagował tak agresywnie na zwykłe, niewinne spojrzenia.


Wziął kolejny ciężki oddech, przymykając powieki, a kiedy ponownie je podniósł dostrzegł zbliżająca się w ich kierunku nieznana sylwetkę chłopaka, odzianego w skórzaną kurtkę, i ciemne jeansy. Twarz pokryta była kilkudniowym zarostem, a tęczówki wydawały się niemal czarne. Pomiędzy rozchylonymi wargami tkwił papieros, którego delikatny dymek unosił się ku górze.


- Witam - mruknął, przelotnie skanując ich twarze, dłużej zatrzymując wzrok na Liamie, którego twarz zauważalnie pojaśniała.
Payne podniósł się ze swojego miejsca, przyciągając bruneta do czułego uścisku.


- To Louis, i Niall - wyjaśnił Liam okręcając się w stronę pozostałej dwójki, wskazując kolejno.- A to Zayn, mój chłopaka - dodał, rumieniąc się po same uszy.


Brwi Louisa natychmiast uniosły się do góry, Liam nigdy nie wspominał, że ma chłopaka. W pewnym sensie poczuł się przez to urażony, w końcu on powierzał mu wszystkie sekrety. Mimo to postanowił być uprzejmym, dlatego z uśmiechem podał dłoń brunetowi, który również odwzajemnił ten gest.


- Miło cię poznać Lou, wiele o tobie słyszałem - powiedział, potrząsając pewnie Vego drobna dłonią.


- Niestety ja nie słyszałem o tobie ani słowa - burknął cicho, chcąc sobie strzelić w twarz za niewyparzoną gębę. - Jednak mam nadzieję, że to nadrobię


Liam posłał mu wdzięczne spojrzenie, zawierające również obietnicę, że wszystko wyjaśni później.


Wbrew dziwnemu początkowi, wspólna zabawa przebiegła w zaskakująco przyjemnej atmosferze. Zayn był miłym gościem, poważnym, owianym nutką tajemnicy. I był kompletnie zapatrzony w Liama, jakby obok nich nie istniał żaden inny świat.


Tomlinson nie mógł tez nie zauważyć dziwnego zachowania ze strony blondyna, który zazwyczaj roześmiany, teraz pochłaniał piwo za piwem, posyłając zazdrosne spojrzenia w stronę obejmującej się dwójki. Czyżby podczas jego śpiączki miedzy nimi wydarzyło się cos więcej? I co tak właściwie kryje się naprawdę pod niewinnym opakowaniem chłopaka z Tiverton.


Kolejne procenty zostały pochłonięte, obraz stawał się coraz bardziej rozmyty, a dźwięki niewyraźne.


Louis wybiegł na zewnątrz, nie mogąc dłużej wytrzymać w dusznym pomieszczeniu. Pomimo protestów Liama, by się nie oddalał, nie potrafił więcej wdychać zapachu spoconych ciał. Przytrzymał się otwartą dłonią zimnego muru, starając się zachować równowagę. Twarz opadła w dół, a powieki przymknęły się, kiedy próbował uspokoić oddech i nie zwymiotować. Obraz powoli zaczął nabierać ostrości.
Wziął kilka głębokich wdechów, czując się znacznie lepiej, kiedy rześkie powietrze wypełniło jego płuca. Uniósł głowę i zamarł, a oddech się zatrzymał.


Zielone tęczówki wpatrywały sie w niego z taką samą intensywnością jak kilka godzin wcześniej. Jego wzrok był skupiony na oczach Louisa chłonąc każdy detal jego wyglądu, wywołując tym dreszcze biegnące wzdłuż kręgosłupa. Stał blisko, zdecydowanie zbyt blisko.


W Louisa uderzyła woń jego zapachu, zdumiewająca mieszanka ziemi i powietrza. Lecz było tam coś jeszcze, coś mrocznego, woń śmierci.


- M-musze iść. - Głos Louisa drżał niespokojnie. Chłopak wzbudzał w nim jednocześnie tyle skrajnych emocji. Z jednej strony chciał go całować do utraty tchu, a z drugiej pragnął trzymać sie z dala, nie będąc do końca przekonanym co do jego niewinności.


Chciał wyminąć nieznajomego, lecz tamten zastąpił mu drogę. Był zdecydowanie wyższy i wyglądał na silnego. Szerokie, barczyste ramiona mogły by go zgładzić w jednej sekundzie.


- Nie boisz sie sam wracać - zapytał chłopak, a płatek nosa drgnął niespokojnie.


Styles czuł głód, a bliskość jego posiłku nie pomagała mu tego zwalczyć. Oblizał ze smakiem usta i uniósł dłoń, kładąc ją na policzku mniejszego.
Tomlinson zadrżał, kiedy zimna kończyna przejechała wzdłuż twarzy.


- Z-zostaw mnie - poprosił, lecz nie zrobił nic, by przerwać ten kontakt.
Harry uśmiechnął się, przejeżdżając kciukiem wzdłuż malinowych warg. Dostrzegł w jego oczach strach. Prawdziwy i pełen bólu. Rozpacz.


- Odprowadzę cię - wyszeptał Loczek, i nie czekając na reakcje drugiego, który stał jakby był zahipnotyzowany, szarpnął jego ramię ciągnąc w stronę lasu.


Księżyc świecił wysoko na niebie, oświetlając leśną ścieżkę, oraz rzucając delikatne światło na ich twarze.


- G-gdzie mnie prowadzisz? - zapytał niepewnie Louis, obejmując drobne ciało ramionami. W lecie panował większy chłód, przez co zaczął drżeć.


- Do domu - odpowiedział krótko, a jego tęczówki pociemniały, kiedy brał głęboki wdech, wciągając do nozdrzy słodki zapach krwi.


Tomlinson potarł ramiona dłońmi, szukając ciepła, kiedy z impetem wpadł na plecy, idącego przed nim chłopaka, nagle zatrzymującego się w samym środku lasu.


- Proszę, pozwól mi wrócić - jęknął Lou, teraz całkowicie sparaliżowany strachem. Serce szybko uderzało w piesi, a oddech stał się płytki. - Gdzie mnie prowadzisz? Tędy wcale nie idzie się do domu Liama.


- Zamknij się - syknął chłopak, obejmując jego ciało ramionami, podczas gdy dłoń, zacisnęła się boleśnie na jego twarzy, zakrywając mu usta.
Harry zmrużył oczy, a zmysł słuchu wyostrzył się, kiedy pośród ciszy dobiegł go odgłos szelestu liści. I zdecydowanie nie był to wiatr.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz