wtorek, 25 marca 2014



  - DZIEŃ DOOOOOOOOBRY, KOCHANI!! Jest jedenasta i wiecie co to oznacza. Dobrze spędzony czas z waszym łobuzem Hazzą! Wiem, że uwielbiacie spędzać ze mną czas, bo po prostu jestem zajebisty i mam nadzieję, iż zostaniecie ze mną przez najbliższe trzy godziny, w których będą same czadowe kawałki i narzekanie na dzisiejszy dzień. Bo bądźmy szczerzy w tym momencie, większość dni jest do dupy, nieprawdaż? Hahahaha, więc… Nie chciałbym przerywać waszego kontaktu z muzyką, dlatego zapuszczę coś w tym momencie. Na dobry początek piosenka, którą wykrzykiwałem, idąc holem uniwerka, oto Animal, Neon Trees.

Louis westchną cicho, gdy znana piosenka zaczęła sączyć się z głośników jego samochodu. Rozkoszował się dźwiękami przez moment, za nim Zayn wyrwał go z rozmyślań.

- Co? – zawołał Louis, mrużąc oczy, kiedy jego przyjaciel wyszczerzył zęby.

- Zabujałeś się w hoście z radia – skomentował Zayn i Louis poczuł, jak jedzenie staje mu w gardle. – No wybacz. To jest zbyt oczywiste.

- Nie zakochałem się w nim – Louis odpowiedział szybko. – On po prostu… Gra dobrą muzykę, jasne? I wydaje się być spoko gościem.

- Spoko gościem, którego chciałbyś po… - cokolwiek miało wyjść z ust Zayna, zostało stłumione przez Louisa wpychającego mu do ust kanapkę, którą wziął ze swoich kolan. Brunet polizał jego rękę i szatyn gwałtownie cofną dłoń. Wytarł ją w serwetkę, jęcząc.

- Przypomnij mi, bym więcej nie jadł z tobą lunchu. Nigdzie cię nie odwiozę – powiedział Louis, próbując ukryć rumieńce, które rozkwitły na jego policzku.

- Ja tylko mówię. To ma sens, Boo Bear. Człowiek specjalizujący się w muzyce, zakochuje się w hoście muzycznym? Idealnie się dopasowaliście – odparł Zayn, oczywiście próbując wygrać, za nim miłość Louisa wróci.

„Będzie miał szczęście, jak odwiozę go z powrotem na uczelnie” – pomyślał Louis, ale jego myśli wyrwały się z jego ust, gdy cudowny, zachrypnięty głos popłyną z jego głośników.



- Iiiiii Wróciłem. Tęskniliście za mną? Wiem, że tak. Ja za tobą też, kochana osóbko. Wyglądasz dziś całkiem nieźle, choć powinienem powiedzieć… Bardzo. Przystojnie…

- Oh, Tommo kocha taką gadkę – Zayn wyszczerzył się i Louis posłał mu karcące spojrzenie, za nim pogłośnił.

- Zamknij się – wymamrotał i wrócił do słuchania chłopaka.


- Poszedłem dziś na wagary. Jestem hardcorem, wiem, ale przysiadłem przy moim winylu w domu i, jasna cholera, co za przeżycie. Nie wydaje mi się, iż powinienem przeklinać w radiu, kurwa. Mam na myśli… Po prostu przestanę mówić przez kilka sekund. – Śmiech Louisa wypełnił auto. Jest dziwakiem, ten Harry. – Tak naprawdę słuchałem kilku albumów, których jakiś czas nie miałem i zatraciłem się w nich. To jeden z tych momentów, który utwierdza mnie w tym, że muzyka jest najlepszą rzeczą na świecie. To dotyka twojej duszy i jedyne co możesz to usiąść i rozkoszować się przejażdżką w jaką cię zabiera. Po prostu… Nie mam bladego pojęcia czym bym bez niej był. Teraz powinienem sobie przyłożyć, ponieważ to była najbardziej ckliwa rzecz w świecie – Harry zaśmiał się i dziwne ciepło spłynęło do żołądka Louisa. – To był jeden z albumów, które słuchałem dzisiejszego ranka i mam nadzieję, że wam też się spodoba. Oto Calm the Storm w wykonaniu Graffiti6.


- Ten dzieciak – powiedział cicho Louis, gdy znane dźwięki zaczęły grać. – Nigdy nie wybrał kiepskiej piosenki. To jest, jakby ktoś dał mu moją osobistą playlistę.

- Tak, Lou, wiem – Zayn zaśmiał się. – Podoba ci się. Dlaczego nie wyjdziesz z inicjatywą? Co tak właściwie cię powstrzymuje?

Louis o mało nie zakrztusił się swoją herbatą Yorkshire.

- Kurwa, psychiczny jesteś? – zapytał chłopak z szeroko otwartymi oczami, gdy już wykrztusił resztki herbaty, która spłynęła mu do złej dziurki. Brunet wzruszył tylko ramionami.

- Nie, ani trochę – włożył do ust kolejnego kwaśnego, żelkowego robaka. – Naprawdę się zastanawiam, Lou. Co złego mogło by się wydarzyć? Lubisz go, a on powiedział, że jesteś przystojny…

- Powiedział, że wszyscy są przystojni – Louis zwrócił uwagę, chcąc wzmocnić swoje stanowisko w sprawie rozmowy z hostem radiowym o cudnym głosie i doskonałym wyczuciu muzycznym. – A poza tym, nie wiem jak wygląda! Może jest siedemdziesięcioletnim kolesiem!

- …Wyłączając to, iż powiedział, że wykrzykiwał Neon Trees, idąc korytarzem uniwerka – Zayn odpowiedział powoli, jakby Louis był głupi, a ten wywrócił oczami. – I wiesz, że możesz zobaczyć jak wyglądają prezenterzy, na stronie radiostacji, prawda? Jestem zaskoczony, że wcześniej o tym nie pomyślałeś.

Szatyn ponownie się zarumienił.

- To się nigdy nie wydarzy, Zayn – odpowiedział, mając nadzieję, że ton jego głosy był wystarczająco stanowczy i brunet się odczepi. Nie był.

- Ja tylko mówię, Lou. Od czasów ostatniego chłop…

- Myślę, że jesteśmy spóźnieni na lekcje – uciął szybko Louis. Odpalił silnik samochodu i gwałtownie wycofał auto, przez co Zayn rozlał swojego 7Up’a na skórzanej tapicerce.

Louis nie myślał, gdy lekkomyślnie prowadził, wracając na uczelnię. Przygryzła swoją wargę, tonąc w morzu myśli o radiowym hoście oraz innych rzeczach, przepływających przez jego umysł.



________________*_______________

Następnego dnia Louis znalazł samego siebie rozwalonego na kafelkach w kuchni, gdzie Zayn robił późne śniadanie, ponieważ, bądźmy szczerzy, sobota i niedziela to były jedyne dni, kiedy mogli sobie na nie pozwolić. Nikt nie wstawał wcześnie w weekendy i szatyn udowodnił to, rzucając się na pół przytomny w stronę radia by puścić kawałki z lat osiemdziesiątych.

Reklamy zaczęły sączyć się z niego i Louis, jak zwykle przymknął oczy. Dotarły do niego również odgłosy bekonu, który smażył brunet. Byłyby idealną podstawą dla piosenki, tak więc szatyn oddał się tworzeniu śniadaniowego utworu – skwierczący bekon, rozbijające się jajko i… Co to za trzask? Na chwilę porzucił pomysł tworzenia piosenki, zdając sobie sprawę, iż to dziwne jak na niego i świadczy o czymś.

Całą winę zwalał na to, że specjalizuje się w muzyce i pozostawiał to temu.

W połowie swojej piosenki, niejasno zdał sobie sprawę, iż Zayn bawi się radiem, szukając odpowiedniej stacji. Nie zwracał na to uwagi dopóki…

- Dzieeeeeeeeeeeń dobry! Tęskniliście za mną? W każdym bądź razie, ja tęskniłem za wami. Tutaj Harry. Przybyłem do was w tę przecudowną sobotę, zagrać wam kawałki, które lubię, nie zważając na to czy wy je lubicie – zaśmiał się do mikrofonu i Louis podniósł się tak gwałtownie, gdy rozpoznał głos, że uderzył głową w otwartą szafkę.

Położył się z powrotem, zwijając z bólu, który rozszedł po jego czole, a Zayn zawył ze śmiechu, udowadniając, że ten żenujący moment nie umknął jego uwadze.

- …i to składa się na mój poranek. Fajne rzeczy, co nie? Jestem tak popularny, że siedzę w domu, popijam herbatkę i znów całkiem sam oglądam „Seksualni, niebezpieczni*”. Ale przynajmniej mam was, prawda? Prawda? Awwwww, oczywiście, że mam. Ale zmieńmy temat rozmowy. Mam tu dla was trochę Oasis na dobry początek dnia.


Następną rzeczą jaką Louis poczuł, był lód spoczywający na jego twarzy i mruknął w podzięce, zanim przyłożył kompres do bolącego miejsca.

- Jesteś niedorzeczny, wiesz to? – drażnił się Zayn i szatyn był zadowolony, iż Bradford Boy nie widzi jak wywraca oczami, pod kompresem. – Totalnie za-u-ro-czo-ny. Śniadanie gotowe, tak swoją drogą.

Louis tym razem mądrze odsuną się od szafki zanim wstał. Musiał przyznać rację temu co powiedział brunet, kiedy podnosił się z ziemi. Nałożył sobie trochę bekonu i sadzonego jajka. Usiadł naprzeciwko kumpla i szybko zapchał usta pysznym śniadaniem Zayna.

- Jestem taki szczęśliwy, że mam współlokatora, który umie gotować – szatyn posłał pełen wdzięczności uśmiech, a brunet wywrócił oczami, odkrawając sobie kawałek bekonu.

- Jestem taki szczęśliwy, że mam współlokatora, który nie umie gotować, sprzątać, dbać o siebie, czy…

- Dobra, łapię. Dzięki za miłe słowa – Louis zachichotał, ucinając mu.

Tym razem Zayn odpowiedział uśmiechem.

- To trudna miłość Boo Bear, naprawdę.

Groźnie spojrzenie, które swoją drogą pasowało Louisowi, wystarczyło by młodszy chłopak roześmiał się o mało nie dławiąc.

- Zdecydowanie, Bradford Bad Boy – szatyn zwycięsko wyrzucił pięść, kiedy brunet zmarszczył brwi. - Jestem Bad boy! DJ Malik! Woo Hoo!

- Jestem Boo Bear! Jestem zakochany w prezenterze radiowym! – Zayn zakpił, a Louis wywrócił oczami.

- Musisz z tym w końcu skończyć, stary – wspomniał Louis, nie pozostawiając najmniejszego okruszka po posiłku, a pusty talerz przypomniał mu, że przerwał w połowie zdania. – Nic się nie wydarzy. Jestem szczęśliwy, żyjąc w świecie, w którym on nie ma bladego pojęcia o moim istnieniu.

- Dlaczego stawiasz się w takiej sytuacji, Boo? – westchnął Zayn. – Koleś wygląda na przyzwoitego i lubi „Seksualnych, niebezpiecznych”! Jeśli umie taniec to jest idealnym dla ciebie.

- Od kiedy to jesteś tak zainteresowany moim życiem miłosnym? – palnął Lou. – Nie powinieneś bardziej zainteresować się swoim?

Rozdrażnił się, bo nie zadowalało go dokąd to zmierza. Dlaczego Zayn po prostu nie mógł się odwalić?

- Ponieważ Lou, jesteś singlem od dwóch lat, od czasu… Incydentu – odpowiedział brunet, łapiąc go za nadgarstek, by nie mógł wstać od stołu. – I znalezienie przez ciebie kogoś uroczego od tego czasu, graniczy z cudem. Chcę żebyś był szczęśliwy, Lou, zasługujesz na to.

Trudno było mu się wyrwać z uścisku, nawet ze złością, kiedy Zayn był dla niego taki miły. Był dobrym przyjacielem, szatyn to wiedział, ale on nie był jeszcze gotowy na cokolwiek. Nie wszystko było jeszcze w porządku i to było oczywiste, kiedy Louis poczuł łzy zbierające się w jego oczach. Nawet nie wiedział, kiedy zaczął.

- Ja… - zająknął się Louis, posyłając delikatny uśmiech. – Nawet nie wiem jak ten chłopak wygląda.

Szeroki uśmiech Zayna przynajmniej dał mu do zrozumienia, że zmierza we właściwym kierunku. Brunet poderwał się i wybiegł mrucząc coś w styku: zaraz wracam, daj mi chwilę. Louis usłyszał jak przebiega przez korytarz i wpada do swojego pokoju, a w nim zrodziła się ciekawość.



  - Czy kiedykolwiek myśleliście, że myślicie za dużo? Tak właściwie nie wiem dokąd to zmierza, ale czasami mam ochotę wyłączyć mój mózg. Połowa rzeczy krążących po mojej głowie w nocy jest dziwna i nienormalna, iż mam wrażenie, że coś ze mną jest nie tak. Nie wiem czy to ma dla was jakiekolwiek znaczenie, ale to dobra rzecz do rozważenia. Lubię rozważać, ale wtedy znów zaczynam za dużo myśleć i trafiamy do błędnego koła, widzicie to! Specjalnie dla was Black Keys, dobre na ból głowy.

Ten zachrypnięty głos po prostu był końcem Louisa Tomlinsona i szatyn doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Zayn wrócił po chwili, a monitor laptopa oświetlał jego twarz. Z determinacją przewijał stronę, na cokolwiek patrzył. Szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy, a Louis wciąż wpatrywał się w niego zmieszany, gdy ten położył srebrny laptop na kuchennym stole.

Było tam zdjęcie chłopaka. Miał czekoladowe, poplątane sprężynki, które skręcały się w dół na jego uszy i porcelanową twarz. Rzeczą, jaka wyryła się w świadomości Louisa w pierwszej kolejności, były oczy, które na tym lekko niepoważnym zdjęciu chłopaka unoszącego kciuk z ekscytacją, błyszczały, duże, pełne żywego odcienia zieleni. To sprawiło, iż szatyn na moment zapomniał jak się oddycha. Mógł gapić się na te oczy cały dzień. Chwilę potem zdał sobie sprawę jak straszne to jest, biorąc pod uwagę, że nie znał tego chłopaka.

- Kto to? – zapytał, odwracając głowę w stronę Zayna.

Uśmiech na twarzy bruneta poszerzył się jeszcze bardziej, niż Louis przypuszczał, za nim chłopak się odezwał.

- Harry Styles.


*po ang. „The Inbetweeners Movie”. Stąd pochodzi słynny Inbetweeners Dance.

_________________*___________________


Harry Styles.

Cóż to za imię.

Louis skłamałby gdyby powiedział, że ta jedna myśl krąży po jego głowie przez cały dzień, albo kiedy próbuje zasnąć wieczorem, te zielone oczy przeszywają go na wskroś i siada wyprostowany jak struna, wstrzymując oddech z wrażenia.

To dziwne dla niego, gdyż nigdy nie był kimś tak bardzo zaślepiony. Ponieważ to wszystko jest… zaślepieniem. Nie ważne co Zayn insynuuje. Po prostu znalazł prowadzącego program, który jest uroczy, a zarazem nierealny, zwłaszcza po tym, że mógł dokładnie mu się przyjrzeć w sieci.

Nie, Louis nie jest nastoletnią dziewczyną.

Jeszcze raz przewrócił się w łóżku, powieki opadały na zmęczone oczy, a on myślał o Harrym, dopóki bezwiednie nie zasnął.



~~~

Dzisiejszej niedzieli padało w Doncaster, a Louis bezmyślnie jeździł po mieście, gdyż Zayn przyprowadził dziewczynę do mieszkania. Oczywiście nie miał nic przeciwko temu, ale chciał dać chłopakowi choć odrobinę prywatności w jego życiu miłosnym. Nie był specjalnie zainteresowany słyszeniem odgłosów tego, co ta dwójka zapewne chciała robić. Wzdrygnął się na swoim miejscu.

Zatrzymał się niedaleko parku i westchnął, spoglądając na huśtawki oraz zjeżdżalnie moknące w deszczu. Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu, gdy spojrzał na huśtawkę, z której zeskoczył, kiedy miał osiem lat, w rezultacie czego odbył małą wycieczkę do szpitala ze złamanym nadgarstkiem. Dzieci robią głupie rzeczy – Louis był doskonałym przykładem przez dłuższy czas.



- Cześć w-wszystkim – delikatny płaczliwy głos wydobył się z radia w samochodzie Louisa, a on zerknął na urządzenie zaskoczony, pogłaśniając je lekko. Czy nie przypadkiem była to pora… - Z t-tej strony H-Harry.

Louis zdziwił się słuchając młodszego chłopaka, który na antenie, zawsze jest w szampańskim, radosny nastroju, a w tej chwili był bliski płaczu. Szatyn próbował zignorować to jak jego serce ściska się z bólu, kiedy z głośników wydobył się dźwięk jakby ktoś pociągał nosem.

- Ja, c-cóż, po prostu zagram wam trochę muzyki. D-Dla was odrobina Boyce Avenue.


Louis delikatnie oparł głowę na szybie, czując przyjemne uczucie, gdy deszcz spływał po niej w dół. Co się przytrafiło Harry’emu? Był smutny, i wszystko co szatyn chciał zrobić, to przytulić biednego chłopaka oraz przebiec dłońmi po jego włosach, dopóki ten nie poczuje się lepiej. Chciał naprawić to co było nie tak z Harrym Styles’em i przywrócić tego uroczego, muzykalnego chłopaka, którego polubił.

„Taaa, Louis, masz zupełnie normalne myśli o kimś kogo kompletnie nie znasz” – pokręcił głowę, śmiejąc się pod nosem z samego siebie.

Rzeczą z której nie zdawał sobie sprawy, nawet Harry, było to, iż młodszy chłopak zostawił włączony mikrofon. Na początku były to jakieś szmery i szatyn nie do końca był pewny z kim rozmawia brunet dopóki:

- Harry, mówiłem ci żebyś dziś nie przychodził.

- Miałem zostać w domu, Liam. Nie m-mogłem tam wytrzymać minuty dłużej. Wszystko mi o nim przypominało.

- Harry, twój mik…

- Nie, Liam, nie rozumiesz, że ten pieprzony dupek wsadził moje serce do blendera, albo coś w tym stylu. Nie m-mogę rozglądać się po m-mieszkaniu i dostrzegać wszystkie wspomnienia nas! Nie mogę tego znieść!


Drżący, mokry szloch, który w następnej chwili rozerwał bębenki Louisa, sprawił, iż miał skulić się i umrzeć. Nikt tak niesamowity i utalentowany, nie powinien być smutny. To łamało serce szatyna.


Piosenka skończyła się chwilę potem i Harry wrócił na antenę.

- Wiec ch-chcielibyście się dowiedzieć c-co mam do powiedzenia w związku z t-tym co usłyszeliście? – zapytał słabo. – Bardzo p-przepraszam za przekleństwa. Miałem jeden z najgorszych dni w moim życiu i w-wiem, narzekam wam na to każdego dnia, ale ten dzisiejszy był prawdopodobnie najgorszym.

Louis usłyszał wymuszony chichot, kiedy Harry walczył ze sobą by się uspokoić. Marzył aby młodszy chłopak, w końcu wyrzucił to z siebie. Że mógłby pomóc w jakiś sposób, nawet jeśli miały by to być tylko pozytywne wibracje.

- Nic nie zwiastuje wspaniałego dnia, kiedy dostajesz SMS’a na komórkę od chło… Osoby, z którą chodziłeś przez ostatnie dwa lata, mówiącego ci, że to koniec – tym razem nie dał rady ukryć pociągnięcia nosem. – Kończąc wszystko pieprzoną wiadomością. Pokazał ile jestem wart, czyż nie?

Znów się zaśmiał i Louis poczuł potrzebę wyciągnięcia Harry’ego z radia jakby za dotknięciem magicznej różdżki i pokazania mu ile tak naprawdę jest wart, ponieważ to więcej, niż zdaje sobie z tego sprawę. Szatyn był tego pewien.

- Więc będę grał kupę, to znaczy dużo smutnych kawałków, by uspokoić swoje złamane serce, jeśli, oczywiście, nie macie nic przeciwko. A teraz Jeff Buckley, moja jedyna nadzieja. On zawsze j-jest najlepszym rozwiązaniem, kiedy popadam w depresję. Tak właściwie to nie jestem zdesperowany… Cóż, sam nie wiem.

Piosenka była depresyjna oraz smutna i Louis doskonale rozumiał jak bardzo Harry musiał być przywiązany do tej osoby, a teraz wiedział jak bardzo jego serce jest ranione, ponieważ jak to jest czuć się niechcianym przez kogoś kto jest dla ciebie wszystkim. Poczuł jak łzy zbierają się w jego oczach i nagle zdał sobie sprawę, że nie płaczę tylko przez Harry’ego, ale też przez samego siebie, wtedy to poczuł jakby był najdziwniejszym człowiekiem w historii. Płaczę przez osobę, których problemów nigdy nie znał, ale także przez przywiązanie do samego siebie. Jest totalnie szurnięty.

Może to przez tą pieprzoną piosenkę i całą jej doskonałość, która była jak katalizator, ponieważ im dłużej Jeff śpiewał tym więcej łez spływało po jego twarzy. To było piękne, tak właściwe i…

- Cześć wam, jestem Liam. Do tych wszystkich, który mnie nie znają, robię program zaraz po tym. Harry zdecydowanie jest trochę roztrzęsiony, więc przejmę dziś jego program, jeśli nie macie nic przeciwko. I ma parę funcików, które musi wrzucić do słoika przekleństw . I tak, jest jedynym, który go używa – Liam zaśmiał się, jednak nie trudno było wyczuć zmartwiony ton w głosie, gdyż myślał o Harrym. – Cóż, to kłamstwo, Niall też czasami z niego korzysta. A teraz moja pierwsza piosenka, Good Feeling, Flo Ridy.

Louis prychnął. On nie był Harrym jeśli chodzi o muzykę. I tak, może i oceniał ludzi po guście muzycznym, ale co z tego? Słuchał jego programu chwilę, uderzając palcem w kierownicę oraz kiwając głową w dół i w górę jak każdy zajebisty dzieciak by zrobił.

Nagle w jego głowie rozkwit pomysł.

Wybrał numer na centralę.

- Witam, co mogę dla ciebie zrobić? – ktoś automatyczny odpowiedział na jego telefon.

- Możesz połączyć mnie z recepcją radia 108.3 FM? – zapytał z nadzieją, gdyż było już za późno wycofać się i Lou wiercił się trochę na swoim miejscu, mocniej przyciskając telefon do ucha.

- Tak, oczywiście – usłyszał odpowiedź zwrotną, a zdenerwowanie zaczęło w nim rosnąć i naprawdę miał ochotę wyrzucić telefon przez okno prosto na deszcz, ponieważ po prostu nie mógł tego…

- Hello, 108.3 FM – delikatny, kobiecy głos rozbrzmiał po drugiej stronie i Louis naprawdę się przeraził.

- Dzień dobry, Pani. Zastanawiałem się czy nie mógłbym zostawić wiadomości dla jednego z prowadzących? – zapytał grzecznie, na tyle ile dał radę. – Nie jestem pewien czy jeszcze jest.

- Tak, tak oczywiście, że możesz. Któremu z prowadzących chciałbyś ją zostawić? – odpowiedziała szybko.

- H-Harry’emu Styles’owi – odpowiedział szybko. – Chcę żebyś napisała, iż jest doceniany oraz idealny i mam kogoś, kto myśli, że jest wyjątkowy.

Powiedział szczerze, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.

- I jako kogo mam cię podpisać? – mógł usłyszeć uśmiech w jej głosie, kiedy mu odpowiadała.

- Nie podpisuj – krzyknął. – Po prostu z-zostaw bez podpisu. Czasami każdy człowiek potrzebuje miłej niespodzianki, że jest gdzieś ktoś, kto się przejmuje. Wydaje mi się, że potrzebuje tego.

- Doskonale cię rozumiem, Louis – spojrzał oszołomiony na swój telefon. – Identyfikacja rozmówcy, głuptasie. Nie podpiszę cię, spokojnie – odetchnął z ulgą. – Jestem Danielle, jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej.

- Miło cię poznać, Danielle – Louis uśmiechnął się i zdał sprawę, że deszcz powoli przestawał padać.

- Ciebie też, Lou – zaszczebiotała radośnie. – A teraz, zastanawiam się, czy nie moglibyśmy tego podpisać w jakiś sposób. On jest troszkę… Innym typem gościa. Nie uwierzy mi jeśli powiem mu, że to od jakiejś anonimowej osoby. Masz może… No nie wiem, ulubione zwierze? Albo piosenka? Ulubiona rzecz?

Louis zastanawiał się przez moment.

- Mama nazywa mnie Boo Bear, może to umieścisz pod spodem.

- Awww, więc będziesz Boo Bear – powiedziała radośnie. – Naprawdę, dzięki Louis, nie masz pojęcia jak bardzo to go uszczęśliwi. Myślę, że jest jeszcze w swoim biurze, więc po prostu zatrzymam go po drodze i dostarczę wiadomość.

- Dziękuję, Danielle – odparł, a ona zachichotała pod nosem.

- Nie, to ja dziękuję, Lou. Mam nadzieję, że odezwiesz się wkrótce.



______________*___________________

Louis spędził poniedziałkowy poranek na ścieraniu kurzów ze słowników na sprzedaż, które znajdowały się na górnej półce muzyczno-książkowej kawiarni, gdzie pracował. Mało kto ją znał i szatynowi bardzo to odpowiadało, ponieważ, gdy nie ślizgał się na drewnianej podłodze w skarpetkach to dawał czadu przy swoich ulubionych piosenkach, wykrzykując tekst tak głośno jak się dało. Czasem Ed, jego współpracownik, przyłączał się, jednak częściej posyłał mu łagodne spojrzenia z za barowej lady. Przygotowywał mu co rano jego ulubioną herbatę, Yorkshire, więc nie mógł się na niego gniewać.

And even if it’s made to beeee you know that you can count on me

Lou zawodził do miotełki do ścierania kurzu.

And it doesn’t make your plans fall through, it doesn’t make your dreams come true, it doesn’t make your old ways new, it only means I love you.

Ed prychnął głośno ze swojego miejsca w sklepie. Przywilejem bycia jedynymi pracownikami ze starym hipisem za szefa, który odmawia wyjścia z domu ponieważ, mężczyzna-potwór jest nieśmiertelny, sprawiało, iż ta dwójka miała całkiem niezłą fuchę w miejscu, które lubili.

- Lou, stary, przycisz Augustanę. Mamy gościa.

Szatyn poczuł jak jego policzku rumienią się, kiedy odwrócił głowę, by spojrzeć na jedynego klienta, który gapił się na niego z nieukrywanym zaskoczeniem na twarzy.

- Ja, uh, przepraszam – odezwał się bez większego przekonania w głosie. – My nie, uh… Nie mamy zbyt wielu klientów… Wiec robię różne pokręcone rzeczy dla zabicia czasu…

Gestykulował, by przekonać do swoich racji wszystkich, którzy teraz znajdowali się w cichym pomieszczeniu. Chłopak w drzwiach zaczął się histerycznie śmiać, a blond włosy opadły na oczy. Jego śmiech był niezwykle zaraźliwy, gdyż moment potem Louis i Ed dołączyli do niego.

- Jest w porządku, koleś – powiedział blondyn, a Louis zdał sobie sprawę, że z jego ust wypłyną niezbyt subtelny Irlandzki akcent. Chłopak podszedł do kolekcji płyt winylowych i usiadł przed nią na podłodze, uważnie obserwowany przez obu. Louis wykorzystał ten moment i szybko znalazł się przy barowej ladzie, głośno szepcząc na ucho rudzielca.

- Ed, on jest Irlandczykiem.

- Nie pierdol, Sherlock’u – chłopak zaśmiał się. Louis wykrzywił twarz w grymasie, co było oczywiste, po czym prześliznął się na przeciwległą stronę sklepu by sprawdzić coś na biurku. Zerknął na zegarek – 10:30 – więc wciąż zostało trzydzieści minut…

- Macie może nowy album Radiohead? – zapytał blondyn z połogi, a Tomlinson zmarszczył brwi, zastanawiając się.

- Nie wie…

- Pewnie, że mamy, stary – Ed przeskoczył ladę i przejrzał skrzynkę winyli, których szatyn nie miał ochoty uporządkować, po czym wyciągną wspomniany album. Wręczył go Irlandczykowi, posyłając mu uśmiech, za nim wykrzywił twarz w grymasie do szatyna.

- Poważnie, Lou. Dział muzyczny to twoja praca, więc dlaczego jestem obeznany lepiej niż ty?

- Ponieważ, jesteś zajebisty? – Louis posłał mu czarujący uśmiech. Zaryzykował zgadywać, ale Ed bywał szyderczy i pokręcił tylko głową, a blondyn znów zaczął się śmiać.

- Nie śmiej się ze mnie, blondasku – skarcił go szatyn, co sprawiło, że jeszcze głośniej zaczął się śmiać.

- N-Niall – rzucił, między kolejnymi atakami śmiechu. – Jestem Niall.

Louis spojrzał na niego zdziwiony.

- Rodzice dali ci na imię Nial File? – to pytanie sprawiło, że chłopak znów zaczął się śmiać, czerwony na twarzy i praktycznie rozwalony na podłodze.

- Niall, ty durniu – Ed zwrócił uwagę Tomlinsonowi, przez co ten ponownie zawstydził się. – Musisz czasem ignorować Louis’ego. Ma dobre serce, ale zero mózgu.

- Mam też mózg, ty dupku – oburzył się szatyn. – Wybacz Niall, niedosłyszałem.

- I ty masz specjalizację z muzyki – mruknął rudzielec. Louis posłał mu najbardziej mordercze spojrzenie, po którym Ed się zamknął.

- Już dobrze, koleś, jesteście w porządku – powiedział Niall, podnosząc siebie i płytę z podłogi, zanim udał się do kasy. – Muszę tu zaglądać częściej, rozbrajacie totalnie.


- Zgadnijcie, kto wrócił! Ten dzieciak! Tu Harry i jestem zwarty oraz gotowy! I dużo bardziej podekscytowany, niż kiedy rozmawialiśmy ostatnim razem, przyjacielu. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, iż tak cię nazwę. Uważam, że jesteś uroczy, drogi słuchaczu. Wszyscy tu jesteśmy przyjaciółmi, prawda. Awww, wielka sesja tulenia! – śmiech Harry’ego wypłynął z głośników, przetoczył się przez sklep i Louis zaprzestał droczenia się z Niallem, na moment, by tego posłuchać.

- Ahhh, jesteś fanem Harry’ego? – zapytał Niall z uśmiechem.

- Nie masz bladego pojęcia jakim – Ed zaśmiał się w odpowiedzi.

- Zaraz, dosłownie przeskoczę przez ten stół, w stylu Diuków Hazzardu* i zabiję cię, Sheeran. Tuż pod nosem Niala File’a – powiedział Louis bardzo poważnie oraz uroczyście, co wywołało kolejny atak śmiechu u Nialla, gdzie w jego oczach pojawiły się łzy i uderzył pięścią o kontuar.

- …i mając to na uwadze, przejdźmy do muzyki, dobra? Chciałbym zrobić, ehm, coś trochę innego niż zazwyczaj. Chciałbym zadedykować piosenkę komuś, kto wczoraj poprawił mi humor. Jak wiecie, myślę, że to było oczywiste, iż wczoraj byłem roztrzęsiony i jeden z was zdecydował napisać do mnie małą wiadomość, która sprawiła, że nie mogłem przestać się uśmiechać. Więc to jest dla ciebie, Boo Bear, swoją drogą uroczy pseudonim. Oto moja ulubiona piosenka, Free Falling Johna Mayer’a. Mam nadzieję, że ci się spodoba, Boo, dzięki.

Kiedy piosenka zaczęła lecieć, Louis poczuł się jakby miał zaraz zemdleć. W głowie mu się zakręciło, obraz trochę rozmazał, a pierwszą myślą jaka przyszła do jego głowy było: Umieram. Harry Styles właśnie zabił mnie swoim urokiem. Powiedzieli, że to niemożliwe, a jednak. Normalnie umieram.


Próbował udawać, że jest totalnie zainteresowany zakupem Nialla.

- To wszystko razem będzie dwanaście funtów – odezwał się słabo, przyjmując zapłatę i wydając resztę.

- Ahhh, Boo Bear. Hazza wczoraj nie mógł przestać o nim mówić – powiedział Niall, wywracając oczyma. – Praktycznie wyszedł z siebie, latając wszędzie gdzie mógł oraz skacząc dookoła Liama, zadając te wszystkie pytania i przyciskając nam kartkę do nosa – zaczął naśladować zachrypnięty głos. – Jak myślicie, kto to może być? Myślicie, że jest przystojny? Oby był przystojny. O Mój Boże, chłopaki.

Yep, Louis umarł. Czas zgonu – 11:04.

- Znasz Harry’ego Styles’a? – zapytał Ed, drapiąc się po brodzie i nachylając do przodu z zainteresowaniem wymalowanym na twarzy.

- No cóż, mam taką nadzieję. Prowadzę program zaraz po jego – Niall posłał im uśmiech.

Oczy Louis’ego zrobiły się wielkie, niczym pięciozłotówki.

- Co? – wymsknęło mu się, nim zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie brzmi dziwacznie, więc szybko dodał. – Czy to znaczy, że pracujesz w 108.3 FM? To musi być zajebiste!

Uśmiech Nialla zrobił się jeszcze większy.

- Taaa. Jest z lekka zabawnie. Nie mogę narzekać, kiedy płacą mi za słuchanie i mówienie o muzyce, czyż nie? – podniósł trzy płyty i schował do swojej torby z niezwykłą ostrożnością.

- Dzięki chłopaki, to była przyjemność poznać was, Louis oraz Ed – oznajmił, gdy skierował się w stronę drzwi. – Myślę, że będę to zaglądał dość często.

- Wzajemnie, Nial File – zawołał za nim Lou, machając z entuzjazmem, nawet jeśli w środku przechodził małe załamanie nerwowe. Harry Styles, Boo Bear, Niall, stacja radiowa i oto co się wyrabia z życiem Louis’ego, cokolwiek to jest.

- Podobnie ciebie, Niall! – Ed pomachał na do widzenia i Irlandczyk wyszedł, a dzwonek nad drzwiami, rozbrzmiał za nim.

- Wygląda na miłego dzieciaka – zastanawia się Ed, gdy robił sobie filiżankę kawy.

- Zdecydowanie – zgodził się Louis. – Biegnę do łazienki na moment, zajmiesz moje miejsce?

Ed prychnął.

- Boże uchroń, przed przybyciem tu kogoś! – położył rękę na sercu i posłał Tomlinsonowi przerażony wyraz twarzy.

- Nigdy nic nie wiadomo, zwłaszcza po tym jak mieliśmy pierwszego klienta od dwóch tygodni! – szatyn krzyknął przez ramię, będąc w połowie korytarza na zaplecze, gdzie była toaleta. Było tam cicho i wiedział, że Ed nie usłyszy go poprzez piosenkę The Fray, którą Harry zaczął grać.

The Fray, ten chłopak zdobył jego serce.

Wcisnął numer, który mądrze zapisał na swoim telefonie i słuchał dźwięku oczekującego połączenia.

- Przypuszczam, że słyszałeś tę małą, uroczą przemowę, hym, Lou? – Danielle odezwała się nieśmiało i wiedział, że uśmiecha się pod nosem.

- Ja, no cóż – zamilkł na moment. – Tak.

Śmiech Danielle był głośny oraz oszałamiający, przez co zachęcał go jeszcze bardziej.

- Więc chcesz, bym zostawiła kolejną wiadomość? Oh, to takie ekscytujące!

Tym razem to Louis się zaśmiał.

- Jesteś tym podekscytowana, bardziej niż ja sam! Tak szczerze, to jestem trochę przerażony robiąc to. No wiem, może powinienem prze…

- Louisie Tomlinsonie, jeśli przestaniesz będę bardzo zawiedziona. Ta ostatnia wiadomość, była jedyną atrakcją od dwóch lat, kiedy zaczęłam pracę w 108.3 FM jako recepcjonistka i znam ten uśmiech, który pojawił się na twarzy Harry’ego, zaraz po tym jak ze świstem wypuścił powietrze – Danielle skarciła go, a szatyn przytknął, zastanawiając się, za jakie skarby świata, wpakował się w to.

- Dobra – poddał się i zaczął zastanawiać, iż nie powinien się tak uzależniać od pisania wiadomości Harry’emu. – P-Powiedz mu, że dziękuję? I to, że nie jestem uroczy. Boo Bear jest zacnym imieniem. I to, że John Mayer jest w porządku. Ja bardziej wolę Ray LaMontagne – powiedział złośliwie, a Danielle zachichotała do słuchawki.

- Też tak uważam – zgodziła się i Louis mógł usłyszeć, jak zapisuje wszystko jego odpowiedź. – Pójdę i zostawię to na jego biurku tuż przed zejściem z anteny, dobra Lou?

- Brzmi znakomicie, Dani – zachichotał, zanim spoważniał. – Dziękuję, Danielle, za to co robisz. Wiem, że nie musisz.

- Ah, ale robię to z przyjemnością, Boo – rzuciła złośliwie. – To mi poprawia humor. Widzieć jego szczęśliwy wyraz twarzy i móc ci o tym powiedzieć. To niesamowite. I takie przyjemne ciepło rozlewa się w moim sercu. To jest urocze, nawet jeśli jest niedorzeczne.

- Zdecydowanie niedorzeczne. Nie mam bladego pojęcia, co wyrabiam – Louis westchnął.

- Cóż, cokolwiek to jest, to właściwa rzecz, jestem pewna – powiedziała poważnie, a wielki uśmiech wtargnął na jego twarz.

- Też mam taką nadzieję – westchnął szczerze, zanim wymruczał pożegnanie i rozłączył się.





*Diukowie Hazzardu – amerykański serial lat 80. Miał też ekranizację w 2005 roku.


______________*________________

- Dołujesz mnie – to był pierwszy komentarz Zayna, kiedy wszedł do mieszkania i zobaczył Louis’ego, zwiniętego w kłębek oraz oglądającego po raz bilionowy Zaplątanych.

- Zamknij się – mruknął szatyn, zanim wsadził sobie do ust kolejną łychę lodów. – Rozmawiają o pójściu zobaczenia latających lampionów, Zayn. Latających lampionów.

- To wstyd, że nie mamy tutaj festiwalu latających lampionów – krzykną brunet, kiedy wchodził do kuchni i Tomlinson mógł usłyszeć, jak szuka po szafkach czegoś do jedzenia. – Wiem, że z przyjemnością zobaczyłbyś ta…

- Zamknij się, ona śpiewa! – Louis zbeształ go, wyprostował w swoim kokonie i zaczął kołysać się w takt muzyki, jak to miał w zwyczaju.

Zayn wrócił z paczką chipsów w rękach i usiadł na drugiej kanapie w pokoju, skupiając się na telewizorze, gdzie animowana księżniczka i złodziej, wypuszczali lamion.

- All at once everything looks different – Malik zaśpiewał idealnie w tonacji i to był moment, kiedy Louis przeklął przyjaciela za posiadanie tak dobrego głosu. Szatyn wiedział, że Zayn popisuje się; tyko to umiał.

Usta Tomlinsona otworzyły się, gdy piosenka została zakończona, wraz ze zgaszeniem telewizora. Spojrzał z wściekłością na przyjaciela, który patrzył na niego tryumfalnie, w ręku trzymając pilot.

- Więc – brunet sięgnął po kolejnego chipsa. – Chcesz mi powiedzieć, dlaczego, gdy dziś rano słuchałem 108.3, usłyszałem o kimś, kto nazywał się Boo Bear i zostawił Harry’emu wiadomość, która poprawiła mu humor?

Serce Louis’ego stanęło.

- Poważnie? – zapytał, starając się być najbardziej przekonujący, jak tylko mógł, ale głos mu zadrżał i wiedział, że zawalił. – Jakie to dziwne.

- Taaa, trochę – brunet posłał mu spojrzenie pot tytułem „bądź ze mną szczery”, i to sprawiło, że szatyn wyzna mu wszystkie błędy albo prawa, choć nie był pewien.

- Wczoraj był taki smutny, Zayn – mruknął, spoglądając na swoje lody czekoladowe, nie będąc już ani trochę głodnym. – Był taki załamy, więc chciałem mu w jakiś sposób pomóc. Chciałem, żeby wiedział, iż jest ktoś, kto go lubi za to jaki jest, więc zadzwoniłem do radia i zapytałem, czy mogę zostawić wiadomość.

Wzruszył ramionami, przygryzając mocno dolną wargę.

- Zamierzasz jeszcze do niego napisać? – głos Malika pozbawiony był jakichkolwiek emocji, przez co Louis był zbyt przestraszony, by podnieść wzrok i spojrzeć na jego twarz, która dawałaby mu więcej informacji, uspokajając jego serce, tłukące się w piersi, przez które był coraz bardziej zdenerwowany.

- Ich recepcjonistka, Danielle, jest urocza i uważa tą całą sprawę za ujmującą. Nie pozwoliłaby mi przestać pisać, nawet jeśli chciałbym – Louis zaśmiał się nerwowo i zasunął zamek swoje bluzy z kapturem.

Na chwilę zapanowała cisza, którą po chwili raptownie przerwało chrupanie chipsów, dające się usłyszeć w całym pokoju, na co szatyn wzdrygnął się. Na pewno nie spodziewał się, że jego najlepszy przyjaciel podejdzie i popchnie go, prawie przewracając na sofę.

- Jestem z ciebie dumny, Boo – powiedział szczerze brunet, a Tomlinson uświadomił sobie dlaczego właśnie Zayn Malik jest jego najlepszym przyjacielem. – Zrobiłeś pierwszy krok. Poczułem się jak dumny rodzic! Teraz wyjdź do świata i upoluj tego Stylesa!

Tym razem nawet Louis zaśmiał się z brunetem, który zdzielił go po głowie, jakby był małym dzieckiem.

- Mogę śmiało powiedzieć, iż to właściwy czas na świętowanie. Lou Bear wraca do żywych! – powiedział Zayn, skacząc i kierując się do wieszaka na ubrania, gdy szatyn go powstrzymał.

- Jest wtorek – Louis przypomniał mu oschle, na co brunet zmarszczył brwi. – Wszystkie dobre bary są zamknięte.

Obaj musieli zadowolić się kolacją zrobioną przez Malika i oglądaniem Grease. Louis był Dannym, Zayn był Sandym, i szatyn był pewien, iż brunet będzie musiał mu przyklasnąć, gdy uderzy w wysoką nutę, o którą nawet Olivia Newton-John byłaby zazdrosna.

~~~

Louis bawił się ołówkiem, siedząc z tyłu klasy, zupełnie znudzony i nieobecny myślami. Zayn spał, jak większość klasy, siedząca przed nim i nie miał nic przeciwko temu, ale patrzenie jak nauczycielka niezbędnego kursu przynudza na temat widelców, było złe. Nie miało to żadnego związku z zajęciami, ona jednak nadal to robiła. Louis’ego zbytnio to nie obchodziło, gdyż dostał A* za słuchanie jej biadolenia, więc kim on jest, by jeszcze narzekać.

Przeniósł oczy na zegar. Dziesiąta dwadzieścia cztery. Jeszcze sześć minut i będzie szczęśliwie wychodził z klasy, i uda się do swojego luksusowo starego, poobijanego-ale-kochanego samochodu. Wtedy będzie mógł coś przekąsić, zanim uda się do pracy, i kim on właściwie jest, by drwić z siebie, gdyż ma nadzieję, że Harry odpowie mu. Czy o tak wiele prosi? Miał nadzieję, że nie.

Dzwonek wyrwał Louis’ego z niepokojących rozmyślań, a Zayna ze snu, gdy nim potrząsnął, mamrocząc do siebie i zabierającego plecak, by udać się na kolejne zajęcia. Odwrócił się do niego tylko na moment, mrucząc wciąż zaspanym głosem: „do zobaczenia w mieszkaniu, stary”, zanim uderzył w drzwi.

Louis wybiegł przez frontowe drzwi, prosto do samochodu, sprawdzając godzinę. Dziesiąta trzydzieści pięć. W porząsiu, nie panikuj. W brzuchu mu zaburczało i przypomniał sobie, co właściwie powinien teraz zrobić. Odpalił silnik i wyjechał z parkingu, gotowy na jedzenie.

Zatrzymał się pod Tesco i będąc przebiegłym, jak tylko umiał, odkleił naklejkę zniżki i przykleił do swoich ulubionych, świeżych i pysznych kanapek. Z diabelskim uśmiechem na twarzy, podszedł do kasy, i niesłabnącym nawet, gdy uciekał do swojego auta, z większą ilością pieniędzy w portfelu, niż powinien mieć.

Jego następnym celem jest praca, nawet jeśli nie zamierza wejść. Jakaś część Louis’ego lubiła, gdy siedział tak sam w samochodzie, zajadając się posiłkiem i słuchając radia. To go uspokajało, nie musiał za dużo myśleć. Od kiedy przyjaciele zaczęli się z nim droczyć, mówiąc, że nie myśli, on ciągle myślał; po prostu lubił zatrzymywać wszystko sobie, niż dzielić się tym ze światem.


  - Dzień dobry, słuchacze! Tu Harry, na żywo ze studia, gotowy zagrać trochę dobrej muzyki, byście mogli przebrnąć przez resztę dnia. Musicie poprawić mi humor, jestem po… czterech godzinach snu? Tak myślę. Coś koło tego, w każdym bądź razie. Robiłem do późnej nocy projekt z teorii muzyki i to właśnie przez to. I teraz wszyscy słuchacze robią „awwwwww” dla biednego Harry’ego, proszę?

*Harry zrobił przerwę, dając czas słuchaczom na zrobienie „aww”, i Louis nie odmówił sobie tego, czując jak małe dziecko.



  - Podoba mi się, wielu z was, znacznie mnie rozbudziło. Więc mam dla was piosenkę na rozbudzenie. Oto She Dosen’t Get It, w wykonaniu The Format. Wybacz, Boo Bear, zdaję sobie sprawę, iż to nie Ray LaMontagne, ale mam nadzieję, że mi wybaczysz. W żaden sposób nie dorównuje Johnowi Mayer’owi, Boo, i zanim znów zaczniesz protestować, stwierdzam, że Boo Bear, to bardzo urocza ksywka, tak więc pozostanę przy swoim. I myślę, że jesteś uroczy. Proszę, nie bądź jakimś siedemdziesięciolatkiem, albo coś.

*Harry zachichotał, a do twarzy Louis’ego, na dobre przywarł uśmiech wraz z drugim Boo Bear, wzmocnionym przez głośniki, o ile to możliwe.


 - Napiszesz dziś do mnie, Boo? *– zapytał Harry, zanim nacisnął przycisk i piosenka The Format wydarła go z marzenia, że w prawdziwym życiu nie może zadzwonić, ponieważ to nie jest możliwe w żaden sposób.

Harry Styles myśli, że jest uroczy. Nawet się nie spotkali, a on myśli, że jest uroczy. Uczucia Louis’ego jakby wzrosły, albo oczyściły się, jak półki pełne książek, do których nikt długo nie zaglądał i pokryte były pajęczynami. Harry nazywając go uroczym, sprawił, iż mógłby powalczyć z pająkami.

Natychmiast zadzwonił do Danielle, która odebrała po pierwszym sygnale; czekała na niego.

- Lou! – zawołała uradowana do telefonu.

- Dani! – odpowiedział z tą samą dozą entuzjazmu.

- Co będzie dzisiaj, chłopcze? – dokuczyła mu, a on zaczął zastanawiać się, co u licha, powinien powiedzieć drugiemu chłopakowi.

- Powiedz mu… - zaczął, wciąż marszcząc czoło w zastanowieniu. – Powiedz mu, że musi przestać zwlekać z zadaniami, mimo iż będąc zaspanym, może być uroczy, to ja lubię słuchać go, kiedy jest skoncentrowany na zabawie, podczas swojej audycji. To rozjaśnia mój dzień.

Danielle uśmiechnęła się, zapisując, co Louis powiedział i czekając na dalsze instrukcje.

- I Boo Bear wciąż nie jest urocze, i nie jestem siedemdziesięciolatkiem; jestem dwudziestolatkiem, który studiuje, który lubi słuchać muzyki, jaką on puszcza oraz oglądać stare filmy Disney’a – szatyn skończył i zaczekał, aż dziewczyna wszystko zanotuje. – I to, że będę pisać tak długo, dopóki on będzie tego chciał - znów na moment zrobił pauzę. – Masz wszystko?

- Załatwione Lou, pójdzie prosto na biurko – oświadczyła, zanim się zaśmiała. – Ten biedny dzieciak usiadł dziś rano naprzeciw mojego biurka z determinacją wymalowaną na twarzy.

- Naprawdę? – Tomlinson podniósł wysoko brwi.

- Tak. Usiadł i był jak: Jeśli wiesz, kto zostawia mi te liściki, Dani, to kto to jest?

- I c-co powiedziałaś? – serce chłopaka zaczęło bić szybciej.

- Powiedziałam mu, że przedstawiłeś się jako Boo Bear, byłeś rozkoszny, i brzmiałeś dobrze przez telefon. Właściwie to nie było to, co chciał usłyszeć, ale wyglądał na wystarczająco usatysfakcjonowanego tym – zażartowała, a Louis odetchną.

- Dzięki, Dani.

- Nie mogłabym zniszczyć twojej przykrywki, Lou. Myślę, że jesteśmy lepszymi przyjaciółmi dzięki temu – obiecała, a jego serce załopotało na te słowa.

- Tak, przyjaciółmi, zdecydowanie – Louis zawołał radośnie, po czym oboje jeszcze chwilę porozmawiali o drobnych rzeczach i zdał sobie sprawę, że jest naprawdę fajna, fajniejsza, niż wcześniej myślał. I myślał, że była spoko już od samego początku. Wydawało mu się, iż mogą stać się dobrymi przyjaciółmi.

Przelotnie spojrzał na zegarek.

- Cholera, Dani, muszę lecieć. Jestem spóźniony do pracy – wyciągnął kluczyki ze stacyjki, uciszając tym samym Harry’ego.

- Ah, jasne Boo – Danielle odezwała się, ściszając swój głos. – Porozmawiamy jutro, prawda?

- Oczywiście – odpowiedział. – Oczywiście, jeśli odpowie mi jutro.

Dziewczyna zaśmiała się.

- Naprawdę musisz przestać zadawać sam sobie ciosy, Lou. Dzieciak wariuje na twoim punkcie. Do usłyszenia, Bear – I po tym rozłączyła się. Louis potknął się, wysiadając z samochodu i trzaskając drzwiami, sprintem wpadł do miejsca swojej pracy.

Dzwonek nad drzwiami zadzwonił, gdy wszedł do środka, gdzie był już Ed, bawiąc się swoim telefonem, nim zorientował się, iż Louis właśnie przybył.

- Cześć Lou – przywitał się rudzielec, wciąż wpatrując się w ekran.

- Sheeeeeee-run – zawołał szatyn, rzucając swoją torbę na podłogę tuż obok listy, i przebiegł przez pomieszczenie. – Przegapiłem coś?

- Poważnie, Lou? – Ed prychnął, pytając retorycznie, na co się zaśmiał.

- Nie zgadniesz – zanucił, za nim zamknął oczy, nagle popadając w graną przez Harry’ego, kołyszącą piosenkę. Jak ten chłopak jeszcze tam nie zasnął?

Cisza zapadła na moment, dopóki ktoś nie trzepnął kogoś innego i dało się usłyszeć: AŁ! LIAM! TO BOLI!, prosto do mikrofonu, dało jasno do zrozumienia, że Harry’emu jednak się przysnęło. Uśmiech wkradł się na jego usta, gdy pomyślał o tych zielonych, zamkniętych oczach oraz czekoladowych lokach, skręcających się wokół jego twarzy. Louis wyobraził sobie, że musiał wyglądać jak anioł, kiedy spał, i wiedział, że to szarpnięcie w jego brzuchu, przyprawia go o odrobinę nadziei, iż jeżeli będzie miał wystarczająco szczęścia, ujrzy ten widok w swoim życiu.

- Lou, nie mam zamiaru cię dobijać, albo coś tam – Ed przerwał ciszę. – Ale ten dzieciak z radia, Harry… Wygląda na to, że nieźle się wkopał z tym Boo Bear’em, kimkolwiek jest. To znaczy, mogę przesadzać z powodu tych rzeczy, które powiedział, ale to wydaje się oczywiste, że ci dwaj kolesie lubią się, kimkolwiek są.

- W porządku, Ed – Louis walczył z kolejnym uśmiechem.

- Poważnie? – ton zaskoczenia w głosie Sheerana, był zdecydowanie słyszalny. – Po prostu staram się mieć na ciebie oko, stary.

- Rozumiem – odpowiedział śpiącym głosem, który obniżał się, gdy popadał w nieprzytomność. – Podoba mi się wizja tego, że jest szczęśliwy.



*dla jasności już tłumacze, system ocen na uniwersytetach.

A – bardzo dobry

B – dobry plus

C – dobry

D – dostateczny plus

E – dostateczny

Fx – niedostateczny (pierwszy termin zaliczenia lub egzaminu)

F – niedostateczny (egzamin lub zaliczenie poprawkowe i komisyjne)



______________*_______________

- Ej! Pasiasty! Tak ty, macie coś Justina Biebera? Moja dziewczyna chce coś jego – krzyknął, działający na nerwy głos nastolatka, który tanecznie wszedł do ich sklepu, przez co Louis musiał użyć całej silnej woli, by nie wywrócić oczami z irytacji.


- Nie sprzedajemy tutaj Biebera, dzieciaku, spróbuj w innym sklepie muzycznym. My jesteśmy Indie - palce Louisa wbijały się w jego dłonie, zostawiając półksiężycowate ślady na skórze, im dłużej słuchał tego dzieciaka. – Sprzedajemy tylko winyle i coś mi mówi, że nie masz adaptera w domu.

- No weź, jestem pewien, że macie jakąś jego ostatnią płytę, którą chętnie mi sprzedacie – powiedział chłopak, gestykulując po stroju szatyna.

- Co to właściwie ma znaczyć? – Louis przygryzł wargę i spróbował zachować spokój, widząc Eda wchodzącego do sklepu.

- Ej! Stary! Pomóż mi tutaj… Czy ten koleś nie wygląda na zakochanego w Bieberze? Jakby chciał być jego chłopakiem, hę? Hę? – dzieciak zaczął się śmiać, a Tomlinson był gotowy przeskoczyć ladę i udusić go.

- Wynoś się stąd, do cholery – głos Eda rozbrzmiał mrocznie i przerażająco, kiedy zgarbił ramiona podchodząc do chłopaka, będą nieco wyższym od niego.

Przez chwilę dzieciak wyglądał jakby chciał coś odpowiedzieć, zanim się poddał i powłócząc nogami w stronę wyjścia, mrukną „dupek”, kiedy mijał Louisa.

- Nienawidzę pieprzonych gnojków – westchnął szatyn i ciężko opadł na krzesło za nim. – Jak ten dzieciak w ogóle znalazł to miejsce?

- Nie słuchaj takich małych gówniarzy, Lou. Herbaty? – zapytał Ed, również robiąc sobie kubek. – Lepszym pytaniem jest, jak ktokolwiek znalazł to miejsce.

- Cóż, może wygadałem się o sklepie na antenie – rozbrzmiał zmieszany głos Nialla i oboje odwrócili głowy, by zobaczyć Irlandzkiego blondyna z entuzjastycznym uśmiechem, przekraczającego próg.

- Nawet nie usłyszałem dzwonka do drzwi, dobrze cię widzieć, stary! – Louis uśmiechnął się szeroko, sięgając poprzez kontuar, by dać mu przyjacielski uścisk.

- Jestem ninją – Niall powiedział kompletnie poważnie, zanim uściskał Eda i zagłębił się między różne półki pełne cudów i płyt.

Trójka rozmawiała przez pół godziny o tym, który album jest najlepszy; Louis siedział na ladzie, Ed leżał w poprzek baru, a Niall swobodnie siedział na podłodze, mimo iż nie wyglądał na takiego co narzeka.

Rozmawiali o tym który z boysbandów był lepszy - NSYNC czy Backstreet Boys, kiedy kątem oka Louis dostrzegł coś brązowego. Wtedy dzwonek nad drzwiami dał znak i nowa osoba wśliznęła się, zamykając za sobą drzwi. Jeden wielki oddech umknął z ciała Louisa - niedosłyszalny i przerażony podmuch.

- Harry! Dałeś radę! – Niall zachichotał, kiedy pomachał ze swojego miejsca.

Harry Styles. Harry. Styles.

Stał zmieszany przed drzwiami, złączył razem kolana w obcisłych dżinsach, a jego ręce błądziły po czarnej koszulce z Ramones, wygładzając ją. Ściągnął okulary przeciwsłoneczne i potrząsnął kręconymi włosami, tak hipnotyzująco falującymi, zanim posłał krótkie skinienie Louisowi oraz Edowi i wszedł, krocząc na swoich, długich nogach ku Niallowi, którego uściskał szybko.

- Taaa, dałem radę.

O kurwa, jego głos brzmi seksowniej na żywo.

- To miejsce jest niesamowite, stary; jest trudno znaleźć winyle do radia, a ci goście mają ich masę. To jest Ed i Louis, to jest ten, o którym ci mówiłem, że nazwał mnie Niall File i śpiewał do miotełki do kurzu – Niall uśmiechnął się szeroko, wymachując rękoma tak jakby to było jego własne miejsce.

Uśmiech wtargnął na twarz Harry’ego i Louis zdał sobie sprawę, że pojawiły się na niej dołeczki i były najseksowniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek widział. Ten chłopak nie może być prawdziwy. Jak to w ogóle możliwe? Szatyn nie wiedział jak wiele niespodzianek zniesie jego serce zanim to się skończy i będzie mógł uderzyć czołem w kasę fiskalną. Co za pamiętny sposób na śmierć.

Patrzył jak Ed ściska dłoń Harry’ego zanim chudy chłopak podszedł do niego i hipnotyzujące zielone oczy napotkały jego, a on straci jakąkolwiek kontrolę nad ciałem oraz ustami.

- Nie zwariowałem – wyrzucił z siebie słowa, a uśmiech loczka poszerzył się jeszcze bardziej. – T-Tylko zwyczajnie się zabawiałem i najwyraźniej trochę przygłuchłem, co jest dobijające, ponieważ specjalizuję się w muzyce.

Harry zaśmiał się i był on tak melodyjny oraz wspaniały, jak Louis miał nadzieję, że będzie, a to wcale ani trochę mu nie pomagało.

- W porządku, Louis. Ja śpiewam pod prysznice Johna Mayera, rozmyślając, że nie zrobiłbym tego przed ludźmi – mrugnął oraz uścisnął dłoń Tomlinsona zanim odwrócił się na pięcie i zaczął oglądać ich sklep. Szatyn posłał rozbiegane spojrzenie Edowi, podczas gdy Harry i Niall z ekscytowaniem rozmawiali o muzyce. Rudzielec podniósł ręce i próbował się nie śmiać z przerażonej miny Lou.

- Słuchacie tu Ryana Adamsa? – zapytał Styles, kiedy po unikatowym sklepie rozniosło się Come Pick Me Up, spoglądając na rudzielca, który tylko się uśmiechnął.

  - To Louis jest tym, który wybiera muzykę – odpowiedział, wskazując na chłopaka w paskach, który próbował wyglądać nonszalancko, bawiąc się telefonem, wściekle pisząc do Zayna, bo co do jasnej cholery, powinien teraz zrobić?* „O, hej Harry, dopiero się poznaliśmy, ale to ja jestem Boo Bear oraz chciałem żebyś to wiedział, coś w tym rodzaju i czy ktokolwiek kiedykolwiek powiedział ci, że masz piękne oczy i urocze dołeczki? Ponieważ masz.”



*- Niezły wybór, Lou – pochwali go i szatyn przygryzł wargę w uśmiechu, nerwowo przytakując głową.

- Dzięki, stary.

- Harry, przestań flitrować z Louisem! Zranisz uczucia Boo Bear’a! – zganił go Niall, zanim wybuchnął śmiechem i Harry przyłożył dłoń go ust blondyna, a czerwone rumieńce pojawiły się na jego uroczych policzkach.

- Zamknij się Niall, poważnie – Harry wymruczał cicho, podnosząc płyty, które upuścił w pośpiechu i ruszył do Louisa, posyłając mu zmieszany uśmiech. Tomlinson odwzajemnił go.

- Fajnie to wasze miejsce – skomplementował Styles, ale chłopak znów wyrzucił z siebie słowa.

- Oh nie, nie jestem właścicielem. To znaczy, udekorowałem je, takimi moimi starymi plakatami, które już nie pasowały do mojego pokoju, ale to całe małe miejsce należy do tego starego hippisa, który boi się wyjść, więc tak właściwie prowadzimy je dla niego – powiedział na jednym wydechu, a Harry spojrzał na niego dziwnie i, o boże, Louis po prostu wszystko zniszczył. Harry Styles myśli, że jest dziwakiem. Rezygnuje ze wszystkiego.

W ciszy, Harry potrząsnął głowo i spojrzał w dół na swoje czarne conversy. Jego ramiona zatrzęsły się w śmiechu i podniósł wzrok z powrotem na Louisa, przygryzając wargę by powstrzymać się przed chichotem. To jedyna z najbardziej uroczych rzeczy jaką Louis Tomlinson kiedykolwiek widział w swoim życiu.

- Jesteś w porządku, Louis – to wszystko co odrzekł, nim odebrał resztę, o której szatyn nawet nie powiedział i schował do swojego plecaka.

- Muszę lecieć, moja zmiana wkrótce się zaczyna – powiedział Harry, łapiąc wszystkie trzy spojrzenia w jednym czasie. Odwrócił się do Eda. – Miło cię poznać.

- Wzajemnie, stary – rudzielec uniósł kciuki w górę zza baru.

Odwrócił się do Louisa i ten poczuł jak jego nogi mięknął. Ponownie się uśmiechnął, po czym skinął głową. – Pa, Loony*, miło cię poznać.

Tomlinson przytaknął, zanim gwałtownie podniósł głowę, gdy tak naprawdę dotarło do niego co Harry powiedział.

- Loony? Co to właściwie ma znaczyć! – oburzył się Louis i Styles nie mógł się powstrzymać - zaśmiał się głośno, szczęśliwie oraz beztrosko, co sprawiło, że serce szatyna nocno zaczęło rozbijać się w jego piersi.

- Cóż, jesteś szurnięty. Poznałem cię zaledwie godzinę temu i zdążyłeś opowiedzieć mi o śpiewaniu do miotełki na kurz. Niall File i stary hippis. Jesteś mistrzem rozpoczynania najdziwniejszych rozmów, jakiego kiedykolwiek poznałem – odpowiedział szczerze Harry i szatyn nie wiedział, czy przyjąć to jako komplement, czy iść odcedzić klejnoty na zapleczu oraz zniknąć.

- Dzięki, tak myślę? – odezwał się nieśmiało zdecydowanie niepewny Tomlinson, gdy zaciskał wargi.

Harry dostrzegł jego zmieszanie i szybko poprawił swój błąd.

- Nie, nie! To dobra rzecz. Mógłbym częściej spotykać zabawnych ludzi w moim życiu – powiedział z zapałem i Louis posłał mu uśmiech oraz przytaknął.

Szatyn próbował zignorować fakt, że jego umysł zaczyna się przeciążać, z powodu tego, iż Harry chce go w swoim życiu, ale o to mógł się pomartwić później, kiedy wróci do domu, opowie wszystko Zaynowi i zje krewetki z frytkami.

- Zobaczymy się potem, Niallinator – odwrócił swoje szmaragdowe spojrzenie na Horana. Irlandczyk był zbyt zajęty przeglądaniem albumów, by zerknąć na niego przelotnie.

- Wzajemnie, Haz Head. Bądź ostrożny, przynajmniej ze względu na Boo Bear’a.

- Taaa, ze względu na mnie! – Louis wykrzyczał w swojej głowie.

- Ty też – wymamrotał loczek; znikną za drzwiami i wyszedł w prawdziwy świat, gdzie takie rzeczy nie mają po prostu miejsca, a Louis Tomlinson - nieznajomy specjalista od muzyki - nie spotkał przypadkowo idealnego Harry’ego Stylesa. Louis Tomlinson nie doświadcza takich wspaniałych przywilejów. Ale mimo to wyglądało na to, że Louis Tomlinson zboczył ze ścieżki, myśląc, iż powinien zostawić notkę dla Harry’ego.

- Nie mógł przecież zmienić pracy jaką miał bez powodu – pomyślał.

I hej, w ostateczności, teraz ma śmieszną historię, którą potem opowie Danielle.



*Postanowiłam zostawić ksywkę Lou w oryginale, bo ładniej brzmi niż po polsku.



_______________*_________________

- …Żartujesz sobie – Danielle odpowiedziała zaskoczonym głosem, a uśmiech Louisa poszerzył się.

- Mówię ci prawdę, uwierz mi! – przysiągł, a po drugiej stronie zapadła cisza na moment przed tym, jak zachichotała do słuchawki.


- Louis! Powinieneś był coś powiedzieć, kochanie! Mogłeś mieć swoją wielką chwilę! – Danielle wyjęczała, a twarz Tomlinsona staje się czerwona i jest szczęśliwy, że prowadzi tę rozmowę na zapleczu sklepu.

- Co powiedzieć, Dani. Oh, Boo Bear to ja! – zakpił szatyn.

- Tak! – zapiszczała dziewczyna. – A potem moglibyście powłóczyć się na zachód słońca, bo oczywiście jesteś dla siebie stworzeni!

- Dani, nie możesz wierzyć, że to naprawdę się wydarzy – Louis wywrócił oczami.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

- Dobra, jasne, łapię – w końcu zdołała odpowiedzieć. – Zachowałabym się tak samo, gdybym znalazła się w podobnej sytuacji z Liamem.

- Liamem? – uniósł wysoko brew.

- On jest… Jest Hazzą dla mojego Boo Bear’a, jasne? – odpowiada nieśmiało i Louis znów uśmiecha się szeroko.

- Porozmawiaj z nim. Bo rozmawiacie ze sobą, prawda? – Tomlinson bierze i leniwie przerzuca w rękach gumową piłkę.

- Cóż, to znaczy, taaaa, o takich małych rzeczach jak pogoda i tym podobne. Raz – zmusza się, a szatyn krzywi się i rzuca lśniącą czerwoną piłkę w stronę białej ściany, dziwiąc się, jak przypadkowo odbija się.

- Danielle – westchnął. – Podejmij ryzyko! Porozmawiaj z nim! W ostateczności obiecaj mi, że powiesz do niego „cześć” każdego dnia, gdy przyjdzie do pracy? Musisz siedzieć na wprost głównych drzwi jako recepcjonistka, prawda? Po prostu powiedz proste „cześć” i uśmiechnij się! Nigdy nie wiesz co może się stać. – Potem uśmiechnął się. – Weź mnie na przykład - nigdy nie wiesz, co się stanie.

- Niech cię za to, że jesteś tak inteligentny i uroczy, poważnie Lou – Danielle karci go zanim ustępuje. – Ale podejmę się tego zadania, ok? Myślę, że mówienie mu codziennie „cześć”, nie powinno być zbyt trudne.

- Małe kroczki – Louis zachichotał, co odwzajemniła.

- Nie możesz zobaczyć, ale przytakuję ci – zwróciła uwagę, a on zaśmiał się i oparł głowę o ścianę za nim. – Ale wystarczająco o mnie i moim nie istniejącym życiu miłosnym, co dziś piszemy, Boo?

Słyszy jak kłóci się o długopis, zanim w końcu siadał i odchrząka, zachęcając go. On zastanawia się, co Harry powiedział dziś rano.



*

- Śliczne dzień dobry dla was od Harry’ego tutaj na 108.3 FM, jedynego miejsca, gdzie znajdziesz hiperaktywnego osiemnastolatka z pozwoleniem na narzekanie na uczucia i posłuchasz co najlepsze od Harry’ego biegłego w muzyce. Bo bądźmy szczerzy - większość muzyki w dzisiejszych czasach jest do bani, wystarczy posłuchać audycji Liama, która jest przed moją – Harry zaśmiał się w jeden z tych uroczych sposobów, znów w ten sympatyczny sposób i to częściowo obudziło Louisa z psychicznego otępienia.

- I do mojego ukochanego Boo Bear’a – jego głos podniósł się o kilka oktaw, jakby mówił do dziecka. – Podoba mi się, że rozjaśniam twój dzień, bo ty rozjaśniasz mój. Twoje małe wiadomości, które dostaje, jeszcze nigdy nie sprawiły, że się nie uśmiechnąłem… I dobra. Chichoczę, jak jakaś nastolatka na koncercie Justina Biebera – kolejny chichot. Chichot przeznaczony tylko dla Louisa. O mało nie zemdlał, zanim ześliznął się po ścianie, na której znajdował się plakat Arcade Fire; schował głowę między kolana, z głębokimi oddechami, które co chwilę opuszczały jego usta.

- Dwudziestolatek sprawia, że czuję się znacznie lepiej, tak swoją drogą, bo byłem dosłownie przerażony moimi myślami, że prawdopodobnie mogę mieć starsze fanki, które posyłają mi liściki. Nie wiem, to by było dziwne dla mnie. Nie mam oczywiście nic do starszych fanek! Ale jestem zadowolony, że jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku – serce Louisa zacisnęło się w jego klatce piersiowej, zupełniej tak jakby coś ostrego zaklinowało się w jego gardle i bezradnie próbował złapać oddech, uważnie słuchając Harry’ego, który do niego mówił.

- Podoba mi się to, że lubisz moją muzykę - to oznacza, że masz dobry gust – w głosie Harry’ego może usłyszeć, jak puszcza oczko, a Tomlinson przewraca oczami i znów wyobraża sobie ten uśmieszek. – I obiecuję być bardziej rozbudzonym na przyszłość, ale trudno nie przysnąć, kiedy do późna o tobie myślę – zachrypnięty głos. Głęboki, seksowny… W głowie mu się kręci, może powinie zawołać na pomoc Eda.

- I filmy Disney’a, Boo Bear? Kto ich nie lubi? Pożyczyłem „Zaplątanych” i trzymam to w domu od jakichś dwóch tygodni - zbyt urocze – uwaga, uwaga, Louis Tomlinson oficjalnie zmarł psychicznie. Jego mózg jest w tej chwili niczym, jak papką pełną uczuć do lokowatego, radiowego prezentera.

-A teraz po tym małym awwfest*, jedna z moich ulubionych piosenek Kings of Leon - Back Down South.



*Jak w ogóle mógł zacząć coś takiego?

- Louis? – Danielle zapytała niepewnie, a Tomlinson energicznie potrząsnął głową, by pozbyć się tych myśli.

- Taa… - wychrypiał. – Wciąż jestem, po prostu zastanawiam się co powiedzieć.

Czekała na niego cierpliwie po drugiej stronie.

- Powiedz mu, powiedz mu, że też się cieszę z powodu tego samego wieku, bo on myślący o mnie, że jestem zboczeńcem, nie było przyjemne – zaczął nieśmiało, a cichy śmiech Danielle powiedział mu, że to był dobry początek.

- I powiedz mu, że może powinienem przestać pisać do niego skoro rujnuje jego harmonogram snu! Nie jestem tego wart, poważnie. Choć szczerze przyznam, że sam sporo czasu spędzam, myśląc o nim – twarz Louisa zaczerwieniła się i marzy by pożyczyć choć trochę ega Harry’ego, tylko na moment podczas wypowiadania tych słów.

- I tak, filmy Disney’a Hazza! „Zaplątani” jest moją ulubioną bajką, choć to „Grease” będzie moim filmem numer jeden, podnoszącym na duchu. I got chills! They’re multiplying! – szatyn wesoło zaśpiewał piosenkę. – I… Tak, to jedyne co mogę wymyśleć. Czy to jest w porządku?

- Idealnie, Lou – Danielle odpowiedziała szybko. – Pójdę dostarczyć to bla bla bla - znasz zasady – zażartowała.

- Mam cię, Dani – Tomlinson zarechotał, i pozwolił sobie przymknąć oczy, kiedy westchnął.

- Pójdę dostarczyć to w tej chwili, dobra Lou? – zapytała, a on przytaknął.

- Tak, ja w każdym razie muszę wrócić do pracy; biedny Ed musi być zalewany przez naszych klientów widmo – zażartował, i dziewczyna znów się roześmiała.

- Musisz mi w końcu dać namiary na to miejsce, Boo. Chcę cię spotkać twarzą w twarz! Moglibyśmy czasem iść na kawę – powiedziała podekscytowała.

- Tak, czemu nie! Zapytaj Nialla o namiary, przychodzi to prawie każdego dnia – odpowiedział dziarsko.

- Podoba mi się to. Do zobaczenia jutro, Lou, pa!

- Pa, Dani! I porozmawiaj z Liamem!

Po drugiej stronie miasta, w głównej siedzibie 108.3 FM w recepcji, mały uśmieszek wkradł się na twarz Danielle i z przebiegłym błyskiem w oczach zapisała jakieś cyfry pod wiadomością do Harry’ego - numer telefony pana Louisa Tomlinsona.



*Nie wiedziałam jak to przetłumaczyć.



______________*_________________

- Louis, musisz dzisiaj zrobić coś produktywnego – Zayn wymruczał, kręcąc głową nad bezwładnym ciałem chłopaka, zwisającym z kanapy. Starszy chłopak po prostu wzruszył ramionami, gdy bardziej się zwinął, głębiej kryjąc pod ciepłym materiałem.


- To mój dzień wolny – Tomlinson odpowiedział, zachrypniętym od snu głosem, odwracając się twarzą w przeciwną stronę. Zayn prychnął.

- To nie ma znaczenia, Lou. W ostateczności rusz się z tej kanapy.

- Nie – Louis zaskomlał jak małe dziecko, mocno zamykając oczy i marzył żeby Zayn zniknął w tej chwili wybierając się do pracy, by on mógł spać przez kilka następnych godzin, niewzruszony. Jego umysł był zamglony słodkimi wizjami Harry’ego odkąd się spotkali, a teraz wydawał się nawiedzać umysł szatyna dużo częściej, niż to miało miejsce wcześniej.

Cichy dźwięk dobiegł z pokoju Louisa, ale nie potrafi zebrać w sobie tyle odwagi by o to zadbać, gdy ponownie to uczucie popadania w sen, ciągnęło go coraz bardziej, a jego powieki opadły i zasnął, śniąc o brązowych, kręconych loczkach oraz olśniewających, zielonych oczach.

~~~

Znacznie późnej tego dnia, kiedy Louis otworzył oczy, Zayn wciąż był w pracy i w mieszkaniu było niesamowicie cicho, gdy leżał rozwalony i nieprzytomny. Przetarł zaspane oczy, ziewnięcie wydostało się z lego ust, kiedy desperacko próbował ponownie ułożyć się na kanapie; sen wciąż trzymał się jego kości.

Decydując, iż teraz była najlepsza pora by kiedykolwiek wstać, Louis rozciągnął szeroko ramiona i westchnął zanim leniwie stoczył się z kanapy, z niezwykle donośnym hukiem, lądując niezgrabnie na dywanie pod nim.

Przeszedł do kuchni, wciąż będąc gdzieś pomiędzy trzeźwością, a nieprzytomnością, szatyn niechlujnie nalał sobie szklankę wody, rozlewając większość cieczy na blacie z drewna. Próbując ogarnąć rozprzestrzeniającą się małą powódź, spływającą na niego, ostatecznie wzruszył ramionami, odłożył napój i rozpoczął wędrówkę do swojego pokoju, gdzie w ostateczności mógł wygodnie spać. Kanapa jest ciasna i pachnie jak papierosy Zayna, który powiedział, że nie pali w mieszkaniu, ale Louis wiedział, iż jest inaczej.

Padł na swoje łóżko, zamykając oczy w momencie, kiedy uderzył w ciepłe, pluszowe prześcieradło, wciąż dające mu tę namiastkę domu, z którym nadal był związany - czy to zapachem, czy tylko wartością emocjonalną. Tomlinson uśmiechnął się i owiną nim, po czym ciepło otoczyło go, czując się w ten sam sposób, jak dziecko.

Był na krawędzi snu, kiedy to głupie buczenie znów go dobiegło. Wystrzelił ręką spod ciepłej poduszki prosto na źródło dźwięku - jego ręka wylądował na komórce.

Oczy Louisa skrzyżowały się, gdy próbował skupić się na dwóch nowych wiadomościach, spoczywających w skrzynce. Przekonany, że to Zayn, otworzył je szybko - prawdopodobnie lista rzeczy, które chciał ze sklepu spożywczego.

Nie spodziewał się nieznanego numeru, przypisanego do tych dwóch wiadomości, ani co powinien na nie odpisać.



Co myślisz o dzisiejszej audycji, Boo?

Po nim nastąpił:

Tak swoją drogą, tu Harry. Cieszę się, że zostawiłeś numer, więc mogłem skontaktować się z tobą osobiście, Boo. Nie czuję się jakbym rozmawiał z nieznajomym. xx



Ale Louis, nie… Co?


Jak, na Boga, Harry zdobył jego numer? Zrzucił swoje okrycie, teraz bardziej rozgrzany przez energię falami przepływającą przez jego ciało, dysząc ciężko, gdy spocone dłonie trzymały telefon.

I wtedy wszystko zaskoczyło.

Danielle.

Ma do niej kilka słów, gdy zadzwoni w przyszłym tygodniu.

Louis omal nie rozpłakał się z powodu tego wszystkiego, ponieważ to zbyt prawdziwe, by dłużej było jakąś fantazją. To prawda oraz prawdziwy Harry i coś faktycznie mogło z tego wyjść, a Louis nie mógł powiedzieć, czy był bardziej podekscytowany czy przerażony tą perspektywą.

Więc trzęsącymi dłońmi i palcami jak kołki, wystukał odpowiedź:

Nie dałem rady posłuchać :( Dzień wolny spędzony na godzinach snu zaprzątanych myślami o tobie. Jestem pewien, że było świetnie - chcesz podsumować biednemu Boo? xx


Zostawił to tak, oczy skupiając na niezbyt subtelnym flircie i nie potrafił powstrzymać rumieńca plamiącego jego policzki, gdy odczytał każdą część wiadomości, zanim był na sto procent pewny, iż nie może poprawić tego w żaden możliwy sposób.

Wziął głęboki wdech, skupił się i wcisnął wysyłanie.

Cały ten strach i zdumienie wystarczało, by z powrotem przeskoczyć na resztki energii w ciele Louisa Tomlinsona, a senność znów dała o sobie znać, więc z powrotem położył się, po tym jak sprytnie wpisał numer loczka do telefonu: My Hazza.

W chwili, gdy zamknął oczy, jego telefon zabuczał.

„Nie mogę powiedzieć, czy powinienem się obrazić, za to, że przegapiłeś mój show, czy uważając za kompletnie urocze to, iż zostałeś do późna myśląc o mnie. Myślę, że jedno i drugie. Wiesz, to, co zwykle, Boo Bear - grałem dobrą muzykę, oczywiście trafiającą do ciebie - podstawy. I mówienie w trzeciej osobie sprawia, iż Hazza wierzy, iż jesteś najsłodszą rzeczą. xx”


Mózg Louisa rozbijał się o jego czaszkę, gdy wgapiał się w telefon z niewzruszonym uśmiechem na twarzy.

Szatyn napisał szybką odpowiedź do Harry’ego, gdy czuł tylko, jak jego oczy zawodzą go, znów zaczynając się zamykać. Zmusił je jednak do pozostania otwartymi.

„Boo Bear ma ochotę znów zasnąć, ale porozmawia z Hazzą później, okej? Przysypia nad klawiaturą. xx”


Tomlinson wcisnął przycisk wysłania i dał sobie chwilę refleksji - jasna cholera, to się dzieje - zanim jego telefon ponownie zawibrował.

„Słodkich snów, Boo. Hazza będzie czekać na wiadomość od jego Boo Bear’a, kiedy już się obudzi. Nie słyszałeś tego ode mnie, ale poprawiłeś mu humor. ;) Dream a little dream of me*, Boo. xxx”

I z tym w myślał, Boo Bear śnił o chowaniu swojej głowy w zagłębieniu szyi Harry’ego i czuciu ciepłych fragmentów skóry, która tam była. Śnił o przytulaniu się do lokatego chłopaka, kochaniu, jak jego włosy sprawiają, że marszczy nos, gdy łaskoczą go w twarz, ale głównie szatyn śnił o tej niewytłumaczalnej i ogromnej radości, że przedziera się przez jego system, gdy senny Harry mruczy „Kocham Cię”.



*Nie tłumaczyłem tego, gdyż to tekst piosenki.



___________________*_______________


„Zagrasz Bon Iver dla mnie? Umieram tutaj nad zadaniami z matematyki, Hazza :’( xxx” - Louis napisał do Hazzy, gdy obgryzał końcówkę ołówka, bliski wyrwania sobie włosów z powodu matmy leżącej na drewnianym biurku tuż przed nim. Audycja Stylesa leciała z radia, podczas gdy szatyn mierzwi włosy i wzdychał, a zmarszczka na jego czole pogłębiła się, gdy ciągle próbował rozwiązać problem. To było niedorzeczne - Lou studiował muzykę, nie matematykę - nie miał zamiaru być matematykiem albo czymkolwiek mógł być po tym kierunku. Głupie wymagane zajęcia.

Jasne, niebieskie oczy Louisa podniosły się do góry na jego telefon, który zawibrował głośno na stole. „Załatwione, Boo. xxx” – uśmiech Tomlinosna poszerzył się i wywrócił oczami, próbując nie skupiać się zbyt mocno na zaczerwienionych policzkach.

Smsowali od dwóch tygodni - zaczął to sobie uświadamiać i ekscytować się na wiele sposobów - i to było niezłe przeżycie, tak myślał Louis. Nigdy nie był tym, który chwalił się wszystkim, ale wydawało mu się, że nigdy nie zamknie się na temat nowych informacji jakich uczył się o nieuchwytnym Harrym Stylesie za każdym razem, gdy mógł. To oczywiste do zaobserwowania, jak bardzo wkurzony był Zayn, gdy Tomlinson każdego wieczoru bredził w czasie gotowania kolacji, ale stał za Louisem i w ostateczności był wdzięczny.

- I jeśli zmagacie się z zadaniami jak mój Boo, tak więc to też jest również dla was. Bon Iver, specjalnie dla ciebie Boo. Mam nadzieję, że wszystko dobrze - trzymaj się tam! I pamiętaj: jeden plus jeden równa się dwa!


Impertynencki. Prędzej niż szybkość światła, palce Louisa pisały zawzięcie na klawiaturze, marszcząc nosek podczas chichotania z ekscytacji.

Tylko ten chłopak mógł sprawić, że czuł się jak dzieciak - w całym swoim życiu Louis Tomlinosn nie pamiętał ani jednego dnia, w którym był po prostu podekscytowany smsem. Ale każda z wiadomości Harry’ego sprawiała, że zalewała go przyjemna fala i następną rzeczą było napisanie równie bezczelnej odpowiedzi do dziwnego chłopaka.

Dzięki za pomoc, Harry. Jak inaczej mógłbym się tego dowiedzieć? – szatyn droczy się zanim dopisał kolejną odpowiedź. – Masz może jakieś wskazów do statystyk?


*Następuję przerwa między ich wiadomościami, ponieważ Styles gra więcej muzyki i Lou dalej pracuje nad doprowadzającym go do szaleństwa zadaniem domowym. Jego spojrzenie wraca do telefonu spoczywającym cicho obok jego ręki i może… Może przegapił jego wiadomość, albo coś! Szatyn ponownie przeszukuje swoją skrzynkę wypełnioną wiadomościami od Eda, Zayna i oczywiście Harry’ego, tylko po ty by dowiedzieć się, że jeszcze mu nie odpisał. Przeklina go i jego urocze, kręcone włosy.

Ostatni problem, czas największych problemów finansowych. Louis zapisuje odpowiedź i zostaje przywitany bzyczeniem telefonu, którym jest tak podekscytowany, że o mało nie spada ze swojego miejsca zanim chwyta go mocno w dłonie.



* „Właściwie to nie, ja…”

„LIAM PISZE Z MOJEGO TELEFONU”

„GFHJKDAS ZJEŻDŻAJ STĄD”

„NAPISZĘ DO CIEBIE PÓŹNIEJ BO BEAR! XXX”

„Harry musi przestać do ciebie pisać podczas przerwy na muzykę - przegapił swoją kolej! Wybacz stary. – Liam.”


*  Louis śmieje się głośno i hałaśliwie, aż opada na oparcie krzesła; oczy przebiegają przez wiadomości, gdy czytał je ponownie i jeszcze raz i jeszcze raz, wciąż chichocząc bez opamiętania. Ujmujący uśmiech rozszerza się na jego twarzy, gdy wzdycha rozmarzony i pisze niewielką odpowiedź, nawet jeśli Harry nie zobaczy jej dopóki nie skończy się audycja. 


 „Obyś do mnie potem napisał, Haz! Teraz wracaj do swojej audycji, ty głupku! Chcę posłuchać muzyki!”


- I to wtedy powiedziałem jej, że nie mogę posortować wypracowań i omal nie wybuchła ze złości, ale stary, tam wszędzie były smarki. Nie będę tego dotykał. Jaja se ze mnie robi? I kto każe pisać trzecioklasistom wypracowania? Kiedy ja byłem w trzeciej klasie, biegałem po podwórku albo tarzałem się w błocie, albo coś – paplał Zayn kiedy mieszał w misce ciasto na ciasteczka. Louis przytakiwał i wydawał dźwięk zgody co jakiś czas, dając znak Malikowi, że słucha, podczas gdy on bezmyślnie bawił się temperaturą pod grillownym serem.

- I poważnie - mężczyzna smark. Dzieciaki są obrzydliwe, dlaczego ja chcę być nauczycielem? – jęknął brunet, gdy sprawdzał galaretki w lodówce. Kiedy Zayn zaczynał się denerwować robił jedzenie; wspaniała cecha, którą Tomlinson odkrył, kiedy mulat wariował przed egzaminami końcowymi i starszy chłopak wszedł do domu wypełnionego zapachem świeżych ciasteczek. Kiedy wystarczająco uspokoił Malika, był cały pokryty cukrem pudrem i spędził następny tydzień na podniesionym poziomie cukru.

- Ponieważ po mimo tego wszystkiego, naprawdę lubisz dzieci i chcesz nauczyć ich wszystkich wspaniałości pisania słów? – Louis zaćwierkał głośno, a brunet zatrzymał się i opadł na linoleum pod nim.

- Nie cierpię kiedy masz rację – wymruczał Zayn zbyt wyczerpany, a Tomlinson posłał mu uśmieszek, gdy młodszy chłopak podniósł się, wycierając ręce z cukru przed jego chinos. – Tak swoją drogą, to palą się.

Louis westchnął i spojrzał na grillowany na parze ser teraz sczerniały, bardziej niż się spodziewał. Złapał rondel jedną ręką, którą natychmiast cofną, bo gorąco przyprawiło go o zawrót głowy. Malik przybył jedzeniu na ratunek, wyganiając szatyna od stołu, więc mógł zrobić prawdziwe jedzenie. To był powód, dla którego Tomlinson nie gotował; Zayn zganił go, więc wzruszył ramionami, spojrzał na spalony tost, wciąż parujący i wyrzucił go do śmieci.

- Więc co dziś ci się przydarzyło, Lou? – zapytał mulat, gdy woda zaczęła się gotować na kuchence i sprawdził ciasteczka piekące się w piecyku.

- Nic wielkiego. Praca. Szkoła. Zadania domowe. Słuchanie audycji Harry’ego. Zwyczajnie – szatyn wzruszyła ramionami nonszalancko.

Zayn zmarszczył brwi.

- No proszę cię, Boo, nic wielkiego? W ekscytującym życiu Louisa Tomlinsona? – drażnił się i chłopak pokazał mu swój język.

- Moje życie naprawdę nie jest tak ekscyt- – zaczął zanim przerwało mu skrzeczenie.

“Help I’m alive my heart keeps beating like a hammer,”

To jego telefon.

- Cóż, to jest ekscytujące – brunet zauważył oschle i stopy Louisa odbijały się od płytek kuchennych, gdzie na blacie zostawił komórkę.

"Hard to be soft, tough to be tender."

Tomlinson skupił wzrok na plastiku w porę, zanim uświadomił sobie, że wziął głęboki wdech, w ten sposób, gdy ktoś wyciąga cię z głębi oceanu. Jego serce rozbijało się w klatce piersiowej; stały szum, który pędził coraz szybciej i szybciej, niż by tego pragnął.

Harry dzwonił.

"Come take my pulse the pace is on a runaway train."

Zayn ścisnął jego tyłek, kiedy wrócił do zmysłów, wpatrując się nieprzerwanie w swój brzęczący telefon.

- No odbierz, ty idoto! – zganił go mulat i nacisnął zieloną słuchawkę oraz przycisnął do ucha Louisa, ręce wciąż mając ułożone, jakby trzymał komórkę.

- H-Halo? – słaby, zdenerwowany, zachrypnięty głos wymruczał z drugiej strony i kolana szatyna zmiękły od razu. W głowie mu się zawróciło, a gardło zacisnęło się i nie był w stanie nic wyrzucić z siebie nawet gdyby chciał. – B-Boo?

Malik posłał mu spojrzenie pod tytułem: powiedz coś, do cholery i Tomlinson otworzył usta, aby odpowiedzieć.

- H-Hej, Haz.

Podniesione kciuki były wszystkim co dostał od Zayna, zanim wypchnął go z kuchni, doprowadzając go do tego, że zatoczył się do swojego pokoju na splątanych stopach. Zamknął drzwi opierając się o nie ciałem, kiedy zgarbił się, telefon wciąż mocno przyciskając do swojego ucha.

- To jest… dziwne – Styles zachichotał nerwowo po drugiej stronie i to posłało poprzez ciało Louisa falę mrowienia, które łechtało go w górę i w dół jego kręgosłupa.

- Trochę – dokuczył szatyn, roześmiał się, a uśmieszek wkradł się na jego twarz, jak za każdym razem, kiedy myślał o lokatym. – Dzwonisz, Haz? To coś nowego.

- Taaa – jego głos był tak pociągający i sprawił że Lou chciał złożyć buziaka na tych uroczych dołeczkach w jego twarzy. – Stwierdziłem, dlaczego nie? I skłamałbym, gdybym powiedział, że nie chciałem usłyszeć dźwięku twojego głosu, tak dla odmiany.

Tomlinson zarumienił się i w tej chwili cieszył się, że rozmawia z Harrym przez telefon, zamiast twarzą w twarz, ponieważ lokaty chłopak bez wątpienia miały ubaw z niego i jego zaróżowionych policzków.

- Oh, jasne – wydukał zanim nowe spostrzeżenie uderzyło go prosto w serce, co zmroziło mu krew. – Nie masz na m-myśli, to znaczy, jestem facetem, prawda? Znaczy, nie chcesz mnie powiesić, prawda Haz?

Ostrożnie zadał pytania i znienawidził siebie za to jak słabo zabrzmiał pod koniec. Próbował wyobrazić sobie życie bez Harry’ego Stylesa. Po tym jak bardzo przywiązał się do niego, wydawało się być niedorzeczną koncepcją, ponieważ nie miał zielonego pojęcia jak by sobie poradził gdyby odszedł.

Cisza zawisła w powietrzu i Louis poczuł się bardziej niż zażenowany.

- Wiesz, m-może powinienem się po prostu rozłoą-

- Boo Bear – Harry zamruczał pokornie i to natychmiast go uciszyło. – Wyluzuj.

Szatyn czekał cierpliwie na Stylesa, nie opuszczając każdego słowa, które wylewało się z ust po drugiej stronie.

- Boo, nie obchodziłoby mnie jeśli byłbyś zielony czy, mógł chodzić tylko wspak, wciąż bym cię lubił. Mam na myśli, znaczysz dla mnie za dużo, Boo. Nie mogę sobie wyobrazić początku dnia bez jednego z twoich dziwacznych smsów, czy wiadomości, choć Danielle powiedziała mi, że jest zawiedziona, że nie dzwonisz, by je zostawiać. Chce wszystko wiedzieć z pierwszej ręki.

Lokaty stracił Louisa na wspomnienie tego, że go lubi i to wystarczyło by starszy chłopak zaczął wirować po podłodze, podczas gdy podniecony cicho dopingował niczym uczennica. Przygryzł wargę powstrzymując się przed zawstydzeniem siebie samego ponownie i szybko wyrzucił odpowiedź.

- Oh, tak, jasne, zdecydowanie – potwierdził. – Zadzwonię do niej wkrótce – odczekał chwilę zanim wymruczał. – Ja ciebie też lubię, Haz. Jeśli to jest coś warte.

Mógł usłyszeć uśmiech w głosie Harry’ego kiedy odpowiedział: - To jest coś warte, mój Boo.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz