niedziela, 23 marca 2014
**Przeciągnąłem się na łóżku. Miałem wrażenie, że bolała mnie każda komórka, każdy centymetr mojego ciała. To było okropne. Łóżko było strasznie niewygodne. Miałem wrażenie, że kręgosłup będzie mnie teraz bolał przez najbliższy miesiąc. To straszne. Wyciągnąłem się. Musiałem rozprostować wszystkie kości. Kark mnie przeraźliwie bolał. Nawet zapomniałem, że leże w ramionach mojego wroga. Nie wiedziałem, jakie dokładnie w moim ciele i umyśle panują odczucia. Myślałem, że będzie o wiele gorzej. Jednak, jak zwykle musiałem oceniać po pozorach.
To było dosyć dziwne. Mógłbym nawet powiedzieć, że… trochę przyjemne? Nie myślcie sobie, że mnie on pociąga. Serio wczoraj było mi zimno, więc dlatego podsunąłem taką propozycję. Wiedziałem, że pewnie ma na mnie wielką ochotę, ale wiedziałem także, że mnie nie skrzywdzi. Trudno było mi się oprzeć. Ja po prostu tak działałem na innych. Nie mogłem nic na to poradzić. Lubiłem jego reakcje. Często odwracał wzrok lub na jego policzki wstępowały lekkie rumieńce.
Spojrzałem na chłopaka. Miał lekko rozchylone wargi. Samo mnie kusiło, żeby go pocałować. Gdy prawie złączyłem nasze usta w pocałunku, opamiętałem się. Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Z jednej strony go nienawidzę, a z drugiej pragnę. Nagle kręciliby mnie chłopaki? To niemożliwe. Potrząsnąłem swymi lokami, aby wyrzucić te bezsensowne przypuszczenia i myśli. Podniecałem się, gdy byłem tylko z dziewczyną, lecz Louis był inny. Czułem się przy nim jak przy niejednej kobiecie. Stop! Jeszcze się zakocham. Egh… Wydałem sfrustrowany dźwięk.
Wtuliłem się bardziej w ciało chłopaka. Miałem dość swoich absurdalnych myśli. Niech się dzieje, co ma się dziać. Nie przeszkadzał mi tak naprawdę fakt, że jest gejem, to nic jeszcze nie znaczy. Przecież możemy zostać przyjaciółmi, co nie? Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak to absurdalnie brzmi. O czym ja myślę? My jesteśmy wrogami od zawsze. Na co ja liczę?
Poczułem, jak chłopak się budzi i wyswobadza z moich objęć. Nie spałem i nawet tego nie udawałem.
- Harry, śpisz? - Nie wiem, po co się zapytał. Wiedział, że nie. Jednak miałem świadomość, że robi wszystko zanim wszystko przeanalizuje. Taki już był. W pewnym stopniu było to urocze.
- Obudziłem się kilka minut przed tobą. Co teraz? Wracamy? - zapytałem z entuzjazmem. Klasnąłem w dłonie.
- No raczej. Jakbyśmy mieli spędzić tutaj cały następny dzień, to byśmy się pozabijali. Zbieraj się. - Wstał i schylił się, aby założyć buty, w konsekwencji, czego rzucił mi się w oczy jego tyłek. Najpiękniejszy okaz, jaki do tej pory widziałem. Zastanawiam się, jak chłopak może mieć takie cudo. Miałem wrażenie, że jeśli tak dłużej pójdzie to zacznę się ślinić na jego widok. To było dziwne, że zachwycałem się pośladkami kumpla. W sumie patrzenie jest dozwolone.
Kumpla? Na początku był wróg, teraz kumpel, a co będzie potem? Początkowo nie zarejestrowałem tego, jak go nazwałem w swoich chorych myślach. Po mimo tego mam wrażenie, że zakopaliśmy już topór wojenny i wszystko będzie w porządku. Poobserwowałem go jeszcze trochę i sam zacząłem się zbierać.
- Masz swój sweter. - zdjąłem górną część ubioru. Gdy podawałem ją Louisowi, zauważyłem, że chłopak błądzi wzrokiem po moim torsie. - Patrzysz się tak jakbyś miał mnie ochotę schrupać. Opamiętaj się. Wiem, że jesteś gejem i jesteś na mnie napalony no, ale proszę cię może nie tutaj. Ten dom mnie przeraża i jeszcze ten twój wzrok jakbyś chciał mnie zgwałcić. - Na moje słowa spojrzał mi prosto w oczy i lekko je przymrużył.
- Wiesz Harry… Powiem ci coś szczerze. Jesteś pacanem.
- Wiem. Powtarzasz się chyba z setny raz. - zaśmiałem się. - Ale znowu nie zaprzeczysz.
- Niby, co? Mam ci powiedzieć, że mnie kręcisz jak jesteś półnagi? Tak bardzo chcesz to usłyszeć? Proszę. Nawet nie masz pojęcia Harry jak wielką w tym momencie mam ochotę na ciebie. Zadowolony? Naśmiewaj się do woli i daj mi spokój. - Uuu… Haroldzie nie spodziewałeś się takiego obrotu spraw. To mówienie do siebie w trzeciej osobie przejąłem od znienawidzonej przeze mnie nauczycielki języka angielskiego. Przeszył mnie dreszcz. Te lekcje, gdy wyzywała nas od debili i idiotów. Jestem jeszcze ciekaw, czy pracuje w szkole, do której uczęszczałem przed przybyciem do liceum w Londynie. Czasami miałem wrażenie, że jakby znalazła sobie odpowiedniego mężczyznę, który porządnie by się nią zajął to by nie była już taka wredna. To jest smutne, co głupia miłość robi z ludźmi.
Teraz na to wygląda, że straciłem kumpla, ale nic na to nie poradzę, że kocham go drażnić i sprawiać, że jest mną zainteresowany. Chociaż wiem, że tak naprawdę mnie nienawidzi. W szkole sprawiłem mu wiele przykrości. Nie będę tego teraz rozpamiętywał. Wstydzę się tego, jaki dla niego byłem, albo raczej nadal jestem.
- Idziesz? Czy będziesz tak stał? - krzyknął Louis, w momencie, gdy wychodził przez drzwi.
- Już idę. - W głębi duszy miałem nadzieję, że to nie koniec naszej znajomości.
Podążyłem dokładnie za nim. Nie chciałem się już kłócić. Miałem dostać naszych sprzeczek. To było uciążliwe. Lubiłem mu dokuczać. Tak śmiesznie marszczył nos i ściągał brwi w złości. Słodko.
***
Czułem - jak spałem - jego spojrzenie wędrujące po moim ciele. Ogień w kominku wygasł w nocy. Oboje byliśmy do siebie przytuleni, więc nie odczuliśmy za bardzo spadku temperatury.
Teraz bardziej się przejmowałem, aby trafić do tego nieszczęsnego hotelu. Harry, gdzieś się wlekł z tyłu. Nie zwracałem na niego uwagi. Miałem określony cel i postanowiłem się go trzymać. Nie lubiłem się rozpraszać. Jednak w przypadku osiemnastolatka zdarzało mi się to dosyć często.
Przyspieszyłem tępo. Hotel. Hotel i kąpiel. Moje obecne marzenie. Zerknąłem do tyłu. Styles o dziwo nadążał. Uśmiechnąłem się. Nie powiem, ale przez chwile go polubiłem. Nie był taki najgorszy. Myślałem, że pobyt z nim w jednym miejscu przez tak długi okres czasu będzie kompletną katastrofą, jednak może być nawet miło. Nie powinienem się nastawiać. Po takiej osobie, jak Harry Styles nic nie wiadomo. Pozorny zawsze ubezpieczony.
Lekko podskakiwałem ze szczęścia, gdy moim oczom ukazał się dość pokaźny budynek. Przyspieszyłem. Odwróciłem się dopiero do chłopaka z loczkami, gdy stałem przed pokojem. Nie mogłem sprawiać wrażenia, że jestem delikatny i wrażliwy.
- Na razie pacanie. - powiedziałem, gdy wchodziłem do pokoju. Nie wiem, czy czasem nie przesadziłem. Niby między nami było lepiej.
- Na razie Lou. - Westchnąłem. Przesadziłem. Myślałem, że mnie wyzwie od najgorszych, a tu tak łagodnie. Miałem ochotę na lekką wymianę zdań.
Nie zastanawiając się nad tym dłużej. Po chwili wziąłem prysznic, ubrałem białą koszulę i miętowe spodnie. Wyszedłem na popołudniowy posiłek.
W jadalni prawie wszystkie miejsca były pozajmowane. Westchnąłem podirytowany. To naprawdę denerwujące. Dlaczego mam tak wielkie szczęście i nie mogę nigdy trafić idealnie, aby mi zawsze wszystko pasowało? Przewróciłem oczami i ze swoim daniem skierowałem się do stolika, przy którym były trzy miejsca wolne. Musiał mi chłopak wybaczyć. Nie miałem wyjścia. Dopiero teraz zauważyłem, że siedział tam pewien Mulat. Uśmiechnąłem się delikatnie i stanąłem koło niego.
- Cześć. Jestem Lou. Mógłbym się przysiąść? - powiedziałem przesłodzonym tonem. Jeśli chciało się poderwać to trzeba było być uprzejmym. Jego czekoladowe, jak mleczna czekolada oczy intensywnie się we mnie wpatrywały.
- Jasne. Hej. Jestem Zayn. - uśmiechnął się. Zafascynowała mnie jego uroda. Była mało spotykana. Taka wręcz egzotyczna. Miałem trudności przez chwilę z oddychaniem. Musiałem się uspokoić. Dłonie zaczęły mi się pocić i trząść.
- Jesteś sam w górach? - zaciekawiony zapytałem. Muszę wybadać grunt.
- Nie. Moja dziewczyna Perrie jest w pokoju. Przepraszam. Żona. Nie mogę się jeszcze przyzwyczaić. Spędzamy tutaj podróż poślubną. - momentalnie posmutniałem. Tak się właśnie czuję, jak sobie zrobię nadzieję, a nawet nie wiem czy facet jest gejem. Miałem ochotę… no wiecie, na co. - A ty jesteś sam? - zapytał. Obdarowałem go sztucznym uśmiechem, ale wyszedł mi on nawet, nawet.
- Tak. Chciałem odpocząć od ludzi, których znam. Byli strasznie frustrujący. Chciałem na chwilę uciec. Mam ferie i pomyślałem właśnie o tym miejscu. Jest tu cudownie. Każdy zakamarek przepełniony jest tą nadzwyczajną magią.
- Co ci zrobili, że chcesz od nich uciec? - zapytał zaciekawiony. Nie wiem, ale według mnie było to trochę wścibskie. Jednak opowiedziałem mu w skrócie całą historię, oczywiście pomijając większość złych zachowań. Nie chciałem otwierać się przed ledwo mi znanym facetem, który na dodatek ma żonę. Nie pominąłem jednak faktu, że jestem gejem. Jego reakcja? Żadna. Nie ruszyło go to nawet. Ucieszyłem się. Może miałem szanse na chwilowy romans. Zdecydowanie bez zobowiązań.
Miałem wrażenie, że znamy się od dziecka. Gadaliśmy i śmialiśmy, aż w pewnym momencie nie mogłem wypowiedzieć żadnego słowa. Brzuch mnie bolał od nadmiaru endorfin. Mogłoby być z nim tutaj całkiem ciekawie.
- Muszę już iść. Perrie pewnie się nie cierpliwi. Do zobaczenia. - puścił mi oczko i wyszedł. Tyle go widziałem
- No, na razie. - powiedziałem szeptem i uśmiechnąłem się w jego kierunku. Westchnąłem, jak zakochany nastolatek. Po chwili poczułem czyjąś obecność za moimi plecami.
- To twój chłopak? - Harold usiadł na przeciwko mnie. Zaśmiał się. Jak on mnie irytował. Nie mógł, chociaż raz mnie zostawić w spokoju. Musiał się zawsze wpieprzać.
- A co zazdrosny? - posłałem mu sztuczny uśmiech i wywróciłem oczami. Debil.
- O ciebie zawsze. - wyszczerzył zęby. Moja silna wola w stosunku do niego powoli znikała i zaczynałem być naprawdę złym chłopakiem.
- Pacan. - obraziłem go. - Co masz dzisiaj zamiar robić cały dzień? - spytałem zaciekawiony. Zerknąłem na niego kątem oka.
- Dlaczego tak bardzo ciekawi cie moje życie? - spytał lekko zdziwiony.
- Matko, nie odpowiadaj jak nie chcesz. Zapytać się już nie można. - może on mógł być spokojny, jednak takie pytania doprowadzały mnie do obłędu. Odpowiadał pytaniem na pytanie. Jestem spokojny człowiekiem, ale do czasu.
- Zamierzam pojeździć na snowboardzie. - poddał się i powiedział bez żadnych kłótni. - Nic ciekawego. - Od razu wpadłem na pewien pomysł. Tak, ja mam pełno fajnych pomysłów, ale ten bił na głowę wszystkie. Może da mi się go namówić? Był idiotą, ale może aż nie takim. W zyciu trzeba jednak zaryzykować.
- Mógłbyś mnie nauczyć? - spytałem robiąc oczka ze Shreka. Byłem w tym mistrzem.
- Co?! - rozdziawił swoją japę. - Kolejne godziny dodatkowo spędzone z tobą? - zamurowało mnie. - Nie rób takiej miny, na mnie to nie działa. - Tak bardzo nie chciał mojej obecności? Posmutniałem kolejny raz tego dnia. Serio, wyglądam aż tak niekorzystnie?
- Dobra, nie było tematu. - powiedziałem obojętnie. Miałem to już w dupie, czy się zgodzi, czy też nie.
- Nie. Poczekaj. Spoko. Mogę cię nauczyć. - zaśmiał się nerwowo. - Tylko jestem w lekkim szoku. Myślałem, że wolisz bardziej babskie sporty. - powiedział z kpiną. Nie umiał dobrać odpowiednich słów.
- To, że wole facetów to nic jeszcze nie oznacza. - powiedziałem bardzo mądrze.
- Nie pieklij się. Dla mnie znaczy to bardzo dużo. Idziemy? - zaproponował wstając.
- Już? - zapytałem zaskoczony.
- No raczej. Im szybciej zaczniemy tym szybciej skończymy.
- Masz rację. Im mniej twojej obecności, tym lepiej. - skłamałem. Lubiłem z nim teraz przebywać. Nie traktuje mnie tak jak w szkole. Jest o wiele lepiej. Mogliśmy nawet pozostać dobrymi kumplami.
- I tak wiem, że tego pragniesz. - uśmiechnąłem się na jego słowa. Zawsze musiał mi wszystko wmawiać. Idiota.
- Ty wiesz wszystko najlepiej. - Sypnąłem mu komplement.
- Oczywiście. - potwierdził z uśmiechem.
- Lepiej chodźmy, bo popadniesz w samo uwielbienie. - zakpiłem
- Bardzo śmieszne. Zostań komikiem. - powiedział z udawanym śmiechem. Nic już nie odpowiedziałem, tylko w milczeniu podążyłem za Harry’m.
***
Spojrzałem na to, co przede mną się ukazało. Zrobiłem wielkie oczy. Zatkało mnie kompletnie. Gdzie on mnie przyprowadził? Przecież to chyba góra śmierci. Jest coś takiego? Przed oczami ukazało mi się całe moje życie.
- Jesteśmy. To coś dla prawdziwych mężczyzn. - potwierdził moje przypuszczenia Styles. Specjalnie mnie tutaj przyprowadził. Żeby mnie zabić. Nie będzie miał później problemów. To byłby tylko wypadek.
- Aha. Chyba jednak zrezygnuje. - powiedziałem lekko przestraszony. Lekko. To słowo nie umywało się do tego, co w chwili obecnej czułem.
- Wymiękasz? - zapytał zdziwiony. W sumie to ja to zaproponowałem. Powinienem wytrwać.
- Harry, widziałeś tą górę? Ja się tu zabije! - zacząłem panikować.
- Lou, nie przesadzaj. Mała jest. - Nie dyskutowałem już z nim. I tak on wie wszystko lepiej. Nic mu nie przetłumaczycie. Zawzięty jest i to mi się w nim podobało, ale nie w takim sensie, co myślicie.
- Załóż to. - usiadłem na śniegu i wykonałem polecenie. - Podaj ręce. - Pociągnął mnie do góry. I znów. Nasze twarze były tak, blisko, że nie miałem zamiaru się od niego odsuwać. Zaczynało mi się to coraz bardziej podobać. Tak wiem, zaprzeczam sam sobie, ale to nie moja wina tylko jego, że tak na mnie działa.
- Oj, Louis…tak bardzo chcesz mojego pocałunku? - Nie potwierdziłem, ani nie zaprzeczyłem. Zaczął się zbliżać, z każdym milimetrem czułem coraz mocniejszy zapach jego perfum. Nagle wszystko prysło.
- Louis! - odsunąłem się od Harry’ego i uśmiechnąłem.
- Cześć Zayn! - zdjąłem szybko deskę i podbiegłem do chłopaka. Zostawiłem także zaskoczonego, a może również wściekłego Harry’ego.
Zaczęliśmy gadać. Był cudowny. Zauważył mnie i podszedł się przywitać. Marzyłem o takiej osobie w swoim życiu. Wiedziałem, że jest hetero, a po drugie nie chciałem niszczyć jego małżeństwa z Perrie. Postanowiłem zostawić ich samych, a sam po chwili rozmowy wróciłem do Harry’ego.
- Możemy kontynuować. - uśmiechnąłem się.
- Teraz to się odwal. - zabrał deskę i odszedł. Zostawił mnie tu samego. O co mu do cholery chodziło? Nie zrobiłem nic złego.
- Harry! - krzyczałem, ale chłopak już się nie odwrócił.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz